Strony

piątek, 1 marca 2013

# 12 # [Theodore]


Zaniemówił. Nie był w stanie wydusić z siebie choćby słowa. Chciał o coś zapytać. Jak to się stało...? Jak to możliwe? Dlaczego? Z jakiego powodu...? Ale przecież znał już wszystkie odpowiedzi. Znał je doskonale. Wpatrywał się w zlęknioną twarz dziewczyny tak, jakby widział ją po raz pierwszy. Przez moment jeszcze nie dowierzał. Czekał na jakieś wyjaśnienie. Ale gdy kolejne zdania nie padły, wycofał się powoli do swojego pokoju. Zamknął za sobą drzwi. Zrobił kilka kroków przed siebie, ale zaraz zachwiał się i podparł dłonią o ścianę, oddychając płytko. Z początku nie czuł zupełnie nic, jakby sens usłyszanych słów do niego nie dotarł, choć, w rzeczywistości, zrozumiał je doskonale. Felix popełnił samobójstwo. Umarł. Nigdy już nie wróci. Ale to nie obojętność, wywołała to chwilowe otępienie. Coś zupełnie przeciwnego. Ból. Rozprzestrzenił się w zastraszającym tempie po całym ciele mężczyzny, jakby był fizycznym bólem, odbierającym mu wszelkie siły, odbierającym zmysły. Theodore, wciąż trzymając się kurczowo ściany, ruszył przed siebie. Łapał gwałtownie powietrze, czując, jak łzy, mimowolnie, napływają mu do oczu. Nie wiedział, co się z nim dzieje. Miał wrażenie, jakby stracił kontrolę nad własnym ciałem. Gdy usiłował zrobić kolejny krok, upadł. Osunął się pod ścianę, niemalże bezwładnie, otępiały i pełen przerażenia. Czuł, jakby jego serce boleśnie usiłowało wyrwać się z klatki piersiowej. Pokój kurczył się z każdą chwilą, zamykając Theodore’a w swoim wnętrzu i uniemożliwiając mu ucieczkę. Mężczyzna podkulił nogi. Wsunął palce we włosy, ściskając mocno kosmyki. Umarł. Nie wróci. Boże. Nie żyje. Przez niego. Wszystko przez niego. Dokładnie tak, jak wtedy.
Jego świat skończył się w jednej chwili, jakby nagle, urwała się ostatnia nić, jaka trzymała go po tamtej stronie – po stronie fikcji, własnych wymysłów i usprawiedliwień. Znowu to zrobił. Znowu zniszczył wszystko to, co miał wokół siebie. Ledwie mógł w to uwierzyć. Felix... Jak to...? Niemożliwe... To nie mogła być prawda! Przecież on by tego nie zrobił... Oczywiście, że nie. Nie, dopóki nie miał powodów. Sumienie Theodore’a było okrutne. Nie pozwalało mu odepchnąć się na bok. Nie pozwalało zapomnieć. Niemalże słyszał we własnej głowie ich ostatnią rozmowę. Słowa, które sam wypowiadał, z takim obrzydzeniem, z pełną świadomością tego, jak bardzo są krzywdzące... Zatkał uszy i zacisnął powieki, jakby liczył, że w ten sposób odegna je od siebie, ale był zupełnie bezsilny. Jego własne poczucie winy, które narastało w nim od dawna, od którego uciekał tak długo, teraz zdawało się stać tuż przed nim, potężniejsze i silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej, jak bestia, która miała go pożreć lada chwila. A on nie miał sił... Nie miał sił już dłużej się bronić. Oliver... Felix... Zabił ich. To jego wina. Wszystko jego wina! Najpierw Oliver... A później... Krzyknął z bólu i wściekłości, pochylając głowę. Łzy spłynęły mu po policzkach. Dlaczego powiedział mu to wszystko?! Bez chwili wahania, ale jednocześnie wiedząc doskonale, co robi. Od samego początku zrzucił całą winę na niego. Ale to nie wystarczyło. Kiedy go poznał, wszystko się zmieniło. On się zmienił. Był zmuszony patrzeć na tego chłopaka inaczej i, chociaż wcale tego nie chciał, nie mógł dłużej widzieć w nim sprawcy wszystkich swoich nieszczęść. Jego umysł był skołowany, ale nie na tyle, by uwierzyć w tak płytkie kłamstwo. Za długo się nim karmił. Stał się odporny. A on był coraz bliżej... Gdy był obok, stanowił odskocznię i dawał mu ukojenie. Ale gdy odchodził, przeszłość Theodore’a odżywała. Domagała się odpowiedzi. Wyjaśnień. Theodore dobrze je znał. Ale nie chciał się przyznać. Nie mógł się przyznać, bo musiałby umrzeć. Tylko to by mu pozostało, gdyby stwierdził otwarcie, że sam jest wszystkiemu winien... Musiał więc, zrobić coś innego. Nie wystarczyło mu samo obarczanie winą nieświadomego chłopaka. Musiał mu ją wmówić. Wepchnąć. Jego naiwność tylko wszystko ułatwiła. Jego oddanie i posłuszeństwo uniemożliwiło mu protest i obronę przed tymi pozbawionymi sensu oskarżeniami... Theodore triumfował... Był taki dumny z siebie... Taki zadowolony... Gdy przypomniał sobie dzień wyjazdu Felixa... I wyraz jego twarzy... Już wiedział, dlaczego wydał mu się tak znajomy. Tą samą obojętność widział u Olivera. Nie zareagował. Nic nie zrobił. Przysięgał przecież, że gdyby miał drugą szansę, postąpiłby inaczej. Ale tego nie uczynił. Doprowadził Olivera do śmierci. Doprowadził Felixa do śmierci. Tylko on był winien. Teraz nie potrafił już oderwać od siebie tej świadomości.
Zacisnął mocno zęby, tłumiąc w sobie szloch. On nie był ofiarą całej tej historii. Był oprawcą. Tym, który rozkochał ich w sobie, a później, stopniowo, odbierał im nadzieję. Krok po kroku... Żywił się świadomością ich całkowitego oddania.
Felix... Theodore nie mógł powstrzymać płaczu. Ten ból był nie do zniesienia. Już raz przeżył coś podobnego i dobrze wiedział, co czuje. Dobrze wiedział, co czuł do niego. Miał wrażenie, że serce pęknie mu z rozpaczy. Ten dzieciak... Głupi dzieciak, dlaczego pozwolił mu tak łatwo na to wszystko! Dlaczego uwierzył...? Znów to robił. Znów resztkami zdrowych zmysłów, usiłował odepchnąć od siebie odpowiedzialność, ale było już za późno. Nie było już nikogo, na kogo mógłby zrzucić winę. Był sam. On, w tym ciasnym pokoju. Cierpiący tak strasznie, jakby to nie on do tego wszystkiego nie doprowadził. Ale zrobił  to. Niemalże z premedytacją. Patrzył na łzy chłopaka, na jego histeryczną reakcję i nie zareagował. Tak samo, jak wcześniej patrzył na smutek Olivera...
Drzwi do pomieszczenia otworzyły się i pojawił się w nim Richard. Zajrzał do pokoju, a natrafiwszy wzrokiem na Theodore’a, westchnął głęboko. Dlaczego ten starzec wciąż patrzył na niego ze współczuciem, z litością...? Theodore nie mógł tego zrozumieć.
-Felix jest w szpitalu...- powiedział majordomus, lekko drżącym głosem. Mężczyzna przeniósł na jego twarz pełne niedowierzania spojrzenie.- Odratowali go. Dzwonił pan Grekch- wyjaśnił, widząc zdumienie lokaja.
-Powiedziała... Powiedziała, że nie żyje...- szepnął Theodore, nie mogąc się otrząsnąć.
-Taka była pierwsza informacja- wyjaśnił starzec.- Pan Grech dzwonił ze szpitala. Prosił, abyś przyjechał.
Theodore patrzył na niego przez chwilę, wilgotnymi oczyma. Przez chwilę, przez ledwie sekundę, zrodziła się w nim niezwykła ulga... Zerwał się gwałtownie na nogi, odzyskując na moment siły, gotów gnać do tego szpitala, zdolny do wszystkiego, żeby go zobaczyć... Ale ulga minęła. Theodore stał nieruchomo, zastanawiając się nad tym wszystkim.
-Nie...- szepnął ledwie słyszalnie, kręcąc głową.- Nie, nie... On... On nie będzie chciał mnie widzieć.
-Mylisz się, Theodore- odparł Richard.- Powinieneś jechać.
Theodore spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Przecież wiesz! Wiesz dobrze, że to moja wina! Zabił się przeze mnie!
-On żyje- poprawił go majordomus. Theodore drgnął lekko.- Pan Grekch mówił, że jest w dobrym stanie... fizycznie. Jesteś jedyną bliską mu osobą.
Theodore zaprotestował raz jeszcze.
-Zniszczyłem go...- stwierdził z rozpaczą w głosie.
-Popełniłeś błąd, ale on żyje. To nie jest Oliver, Theodore- powiedział łagodnie Richard.- Wciąż możesz naprawić to, co zrobiłeś.
Ale w jaki sposób...? Theodore patrzył na niego bez zrozumienia. On potrafił tylko niszczyć. Gdyby zareagował na czas, gdyby umiał zmusić się do tego, by jakoś zareagować, Oliver wciąż by żył... I gdyby był na tyle odważny, by uświadomić sobie własną winę, Felix nigdy nie próbowałby czegoś podobnego...
Richard otworzył szerzej drzwi, dając mężczyźnie do zrozumienia, by ten poszedł wraz z nim. Theodore znów wahał się przez chwilę, ale ruszył w ślad za starcem, chwiejnym, niepewnym krokiem.
Czuł się niemalże jak morderca, zmierzający na spotkanie ze swoją niedoszłą ofiarą.

Pół godziny później, samochód zatrzymał się pod szpitalem. Richard i Theodore wysiedli z niego i weszli do ogromnego budynku. Skierowani przez recepcjonistkę, skręcili w długi, biały korytarz. Theodore już z daleka widział Grekcha, siedzącego na jednej z ławek. Podeszli bliżej, choć coraz bardziej przerażony i pożerany przez własne wyrzuty sumienia mężczyzna, miał ochotę zawrócić. Nie miał tu czego szukać. To nie było jego miejsce. Nie mógł czekać z równą niecierpliwością i troską na wieści o stanie Felixa, skoro sam, do tego stanu go doprowadził.
-Theodore...- Grekch natychmiast poderwał się z miejsca, podchodząc do lokaja. Ten drgnął spłoszony, zupełnie nie wiedząc jak zareagować, ani jak zachowa się wuj Felixa. Ale on nie był wściekły. Był przerażony. Zatroskany. Smutny.- Tak bardzo mi przykro, zupełnie się tego nie spodziewałem...- wyjaśnił pospiesznie, kręcąc głową. Theodore spojrzał na niego bez zrozumienia.- Powinienem był zareagować, wiem... Ten chłopak tyle przeżył... Gdybym zrozumiał... Gdybym ściągnął jakiegoś psychologa... Albo zabrał go od razu... Był tak strasznie smutny, gdy przyjechał...- szepnął, pocierając skronie. Theodore przymknął na moment powieki. Czuł się coraz słabszy. Ledwie starczało mu sił, by trzymać się na nogach.- Widziałem to. Ale nie zareagowałem. Powinienem był zareagować. Spędzałem z nim prawie cały czas, zostawiłem go tylko na chwilę, nie wiedziałem, że coś takiego przyjdzie mu do głowy...
-To nie pana wina...- przerwał mu cicho Theodore.
-Nie mogę uwierzyć, że do tego dopuściłem...- jęknął głucho Grekch, siadając z powrotem i skrywając twarz w dłoniach.
Theodore nie był w stanie dłużej znieść jego obecności. Podszedł do znajdującego się na końcu korytarza okna, i wsparł o parapet, oddychając z trudem. Richard został przy krewnym Felixa. Dobrze. Theodore nie chciał nikogo obok siebie. Był załamany. Nie rozumiał. Jak łatwo przyszło temu człowiekowi wzięcie na siebie odpowiedzialności... Z jaką łatwością twierdził, nie mając na to żadnych dowodów, że to jego nieświadomość, jego brak reakcji, doprowadził do takiej sytuacji... Może jeszcze nie tak dawno, Theodore przyjął by to oświadczenie z satysfakcją. Może zacząłby nienawidzić Grekcha tak bardzo, jakby rzeczywiście miał z tym cokolwiek wspólnego. Tak bardzo, jak nienawidził jego brata. Ale tak naprawdę, żaden z nich nie był winny. Ani wtedy, ani teraz. Stary Grekch spisał testament, zawierając w nim to polecenie, od którego wszystko się zaczęło... A jego młodszy brat, jak się okazało, skoncentrowany na własnym zdrowiu, nie zainteresował się Oliverem w należyty sposób. Ale niezależnie od tego wszystkiego, to nie oni doprowadzili do śmierci chłopaka. To był Theodore. To samo zrobił z Felixem. Dlaczego wszyscy pozostali przyznawali się do winy? Dlaczego brali ją na własne barki nawet wtedy, gdy winni nie byli, a on był takim tchórzem, tak bardzo uciekał...? Bo jego wina była zbyt duża. To był gwóźdź do jego trumny. Świadomość popełnionych błędów, niesienie na barkach ich skutków, były dla niego zbyt trudne do zniesienia. To był mechanizm obronny. Ale teraz przestał działać.
Nie powinno go tu być. Nie powinien nigdy spotkać Felixa. Tak naprawdę, jedyne co powinien, to uczynić to, o czym myślał od tak dawna. Zabić się. Zabić się po tym, co stało się Oliverowi. Ale za bardzo się bał. I teraz, choć doprowadził do tego samego, to jedno się nie zmieniło. Bał się. Tak histerycznie bał się śmierci... Zasłużył na nią, skoro sam doprowadził do niej dwójkę innych ludzi.
Obejrzał się przez ramię i zauważył, że Grekch rozmawia z jakimś lekarzem, ale nie zareagował. Kilka minut później, wuj Felixa podszedł do niego i oparł dłoń na jego ramieniu.
-Ktoś z nas może wejść do niego na chwilę- powiedział cicho.- Rozmawiał z nim psycholog, ale Felix nie chciał mówić zbyt dużo... Tobie na pewno powie, co się stało...
-Nie- odparł natychmiast Theodore.- Niech pan do niego idzie.
-Jest do ciebie przywiązany, jak do nikogo innego. Proszę, Theodore. Błagam, porozmawiaj z nim i dowiedz się, dlaczego to zrobił.
-Ja...- zaczął mężczyzna, chcąc odpowiedzieć, że doskonale wie. Że to wszystko przez niego. Ale nawet teraz, w obliczu tego, co sobie uświadomił, nie był w stanie zdobyć się na podobne wyznanie. Dostrzegł, że Richard przygląda mu się z uwagą. Majordomus skinął lekko głową, jakby chciał dać Theodore’owi do zrozumienia, że powinien spełnić prośbę Grekcha.- Dobrze- zgodził się mężczyzna.
Grekch spojrzał na niego z wdzięcznością, po czym wskazał mu salę. Theodore wcale nie był pewny, czy to on powinien teraz rozmawiać z Felixem. A jednak, po chwili wahania, podszedł do drzwi i nacisnął klamkę, po czym uchylił je powoli i wszedł do środka. Drżał lekko, oczy wciąż miał załzawione, ruchy niepewne. Denerwował się tak strasznie, że ledwie był w stanie oddychać. A gdy spojrzał na leżącego na szpitalnym łóżku chłopaka... Miał wrażenie, że jego serce zatrzymało się na długą chwilę. Felix spoczywał nieruchomo na swoim miejscu. Do pasa nakryty był jakimś materiałem. Jego ręce, obandażowane na wysokości przedramion, leżały tuż przy tułowiu. Włosy miał rozczochrane, wzrok nieobecny i pusty. Gdy Theodore wszedł, rudzielec przeniósł na niego pozbawione wyrazu spojrzenie. Jego twarz nie zmieniła się. Pozostała równie obojętna, co wcześniej. Nie pojawił się na niej ani uśmiech, ani grymas żalu czy wściekłości. Zupełnie nic. Theodore podszedł bliżej, przełykając ślinę. Wciąż nie mógł uwierzyć, że doprowadził chłopaka do takiego stanu. Jeszcze przed swoim wyjazdem, jeszcze na dzień przed ich rozmową, Felix był wesoły, tryskał życiem, szukał jego towarzystwa... Zniszczył to wszystko. I najgorszy w tym był fakt, że chyba dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Usiadł na stojącym przy łóżku krześle i spojrzał na chłopaka. Milczał przez dłuższą chwilę, szukając odpowiednich słów. Zaciskał drżące dłonie w pięści, chcąc zachować spokój i opanowanie. Ale emocje przejęły nad nim kontrolę.
-Dlaczego to zrobiłeś, Felix...?- zapytał rozpaczliwie, pochylając się nad chłopakiem i dotykając jego ramienia.- Dlaczego mi to zrobiłeś...?- zapłakał niepohamowanie, pochylając głowę i wolną dłonią zakrywając twarz.
-Przepraszam, Theo- usłyszał cichą odpowiedź Felixa. Podniósł na niego wzrok.- Tak strasznie mi przykro, że to wszystko moja wina...- szepnął rudowłosy. Theodore zaprotestował cicho, zaciskając powieki. Nic nie jest twoją winą, Felix.- Nie chciałem, żeby on umierał. Nie wiedziałem... Ale chyba naprawdę nie mogę z tym żyć.
-To nie twoja wina, Felix- powiedział stanowczo.
Chłopak uśmiechnął się smutno, słysząc te słowa.
-Nie musisz mnie pocieszać- odparł ledwie słyszalnie, odwracając wzrok.
-Nie zrobiłeś niczego złego. Nie rozumiesz...
-Nie chciałem, żebyś cierpiał...
-Felix!- przerwał mu ostro. Rudowłosy wciąż na niego nie spoglądał, wpatrzony w jakiś punkt na ścianie.- Mylisz się. Ja... Ja nie powiedziałem ci prawdy... To nie jest twoja wina... To moja wina... Wszystko moja wina...- mówił, coraz bardziej drżącym i wilgotnym głosem. Dopiero wtedy, Felix spojrzał na niego z lekkim zdumieniem.- Przepraszam, ja.... Ja nie wiedziałem, że to się tak skończy...- rzucił rozpaczliwie mężczyzna, choć nawet tego nie był pewien. Może wiedział. Może w swoim szaleństwie, do tego właśnie dążył. Do zniszczenia chłopaka, a co za tym idzie, zniszczenia samego siebie.- Nie zrobiłeś niczego złego. Oliver... On nie zabił się przez ciebie. Skłamałem. Nie chodziło o to, że się pojawiłeś. Ani o dom. Chociaż... Tak, w pewnym sensie chodziło o dom...- zawsze o niego chodziło. Theodore wychował się tam i nie był w stanie wyrwać się z tego przeklętego miejsca.- Miał depresję. Po śmierci matki. Czuł się okropnie. Zmienił się nie do poznania. Rzadko się odzywał. Całymi dniami przesiadywał sam. Wiedziałem o tym, ale nie pomogłem mu. Denerwował mnie. Drażnił tak strasznie, że nie mogłem tego znieść...- wyrzucał z siebie kolejne słowa, coraz bardziej bolesne i okrutne. Nie mówił o tym, nie chciał nawet o tym myśleć, ale to była prawda. Dopiero zalążek prawdy. Cierpiał, dusząc to w sobie przez tak długi czas.- Nie wiedziałem, że dojdzie do czegoś takiego... Nie rozumiałem, że jest w tak strasznym stanie... A po tym, jak odczytano testament Grekcha... Zrobił się jeszcze bardziej ponury. Powtarzał cały czas, że znajdą jego drugiego syna i będzie musiał się wynieść... Nie chciałem z nim rozmawiać. Powtarzałem mu, żeby przestał wygadywać te bzdury, że Grekch pewnie zrobił to celowo, żeby go zdenerwować, że nawet jeśli nie, dzieciaka nigdy nie znajdą, a on powinien przestać zawracać mi tym głowę... Kłóciłem się z nim często. Prawie każda nasza rozmowa miała taki koniec. On był taki cichy i poważny. Odwracał się nagle i odchodził. Wydawało mi się, że się na mnie obraża. Krzyczałem czasem na niego, czasem z niego drwiłem. Chciałem po prostu, żeby zachowywał się normalnie, żeby przestał być... taki...- wycedził przez zęby, nie mogąc powstrzymać łez.- Nie rozumiałem tego, w jakim jest stanie... A później, gdy poinformowali nas, że cię znaleźli... On... Przyszedł do mnie, tak po prostu... Powiedział mi o tym... Ja się nie przejmowałem. Byłem pewien, że drugi Grekch mu pomoże, przecież nie mogli go tak po prostu wyrzucić... Ale on przejmował się bardzo. Stał przy mnie i wreszcie zapytał, czy jeśli będzie musiał odejść, ja odejdę z nim... Powiedziałem, że nie- załkał niepohamowanie.- Odszedłbym z nim, gdybym rzeczywiście musiał, ale... Ale w tamtym momencie... Teraz zresztą też... Nie wyobrażałem sobie, bym mógł być poza tym domem... Nie wyobrażałem sobie... On nic nie powiedział. Odszedł... Ja... Nie wiedziałem... Naprawdę nie wiedziałem... Sądziłem, że jeśli będę dla niego oschły i stanowczy, on się otrząśnie... Ale tego właśnie dnia go znalazłem... Tam, w łazience... Nie mogłem uwierzyć, że zrobił sobie coś tak potwornego... Że to wszystko przeze mnie... Gdy Carmen zadawała pytania, powiedziałem jej o tym, czego Oliver się bał. Twojego odnalezienia... Ona sama wysnuła z tego teorię... A ja... Ja się z nią zgodziłem... Chciałem, żeby myślała, że to twoja wina... Sam chciałem tak myśleć... Tak bardzo mi przykro, Felix... Przepraszam.... Nie chciałem ci tego zrobić... Nie mogłem już wytrzymać... To ja jestem winny... Ja powinienem był...- urwał, niemalże dławiąc się łzami
Spuścił głowę i nie mówił już zupełnie nic, tylko płakał. Oczekiwał słów pretensji, oskarżeń, wściekłości... Ale zamiast tego, chwilę później, poczuł, jak dłoń Felixa głaszcze jego włosy. Podniósł wzrok, spoglądając na chłopaka z niedowierzaniem.
-To nie twoja wina- powiedział spokojnie rudowłosy, patrząc na mężczyznę ze współczuciem. Theodore nie był w stanie tego zrozumieć. Znalazł się tu, z jego wuny, chwilę temu, zrobił sobie krzywdę, a teraz patrzył na niego tak, jakby naprawdę miał powód, by się o niego troszczyć.- Nie chciałeś do tego doprowadzić.
-Ale mogłem to przewidzieć. Widziałem, w jakim jest stanie. I mogłem przewidzieć to, co zrobisz ty. Może nawet przewidziałem... Nie zareagowałem... Nie pomogłem mu... Tobie też nie. Niewiele brakowało, a umarłbyś tak samo jak on. Przeze mnie.
-Ja po prostu... Nie chciałem żyć z myślą, że przeze mnie tak bardzo cierpisz...- przyznał cicho Felix.- Bałem się, że mnie nienawidzisz. Nienawidzisz mnie, Theo...?- dopytał po chwili niepewnie.
Theodore spojrzał na niego z uwagą.
-Nie- odparł zgodnie z prawdą.- Chciałem cię nienawidzić. Chciałem sądzić, że jesteś wszystkiemu winien, ale to nieprawda.
-To dobrze- szepnął rudowłosy, z wyraźną ulgą.
Theodore chwycił chłopaka za dłoń, ściskając ją mocno. Tyle mu wystarczyło, by się uleczyć... Tylko to wyjaśnienie... Tylko te słowa i zapewnienie, że mężczyzna wcale go nie nienawidzi... A jemu? Co on musiał zrobić, by przestać nienawidzić samego siebie? Czy w ogóle mógł jeszcze zostać uleczony? Skoro, o mały włos, nie doprowadził powtórnie do tego, co tak bardzo go zniszczyło?
-Kocham cię, Theo- szepnął miękko Felix.
Mężczyzna drgnął lekko, spoglądając na chłopaka. Wciąż nie puszczał jego dłoni. Być może los dał mu jedyną szansę, by mógł raz jeszcze odbudować wszystko i naprawić swoje życie, a on, ślepo, kierując się własnym tchórzostwem, ponownie wszystko zrujnował. Patrzył na Felixa świadom tego, że gdyby ostatniego dnia, przed ich wyjazdem, podszedł do niego, powiedział choćby słowo „przepraszam”, przytulił, spojrzał inaczej... To by się nie zdarzyło. Tak samo było z Oliverem. Gdyby tylko odniósł się do niego w inny sposób, gdyby zwrócił uwagę na stan, w jakim się znajdował, nigdy nie doszłoby do czegoś tak potwornego. Ale stało się inaczej. Uzależnił ich od siebie. A później doprowadził do kompletnego rozbicia, odbierając im punkt oparcia. Z gorzkim zdumieniem odkrył, że tym się właśnie zajmował. Czerpał satysfakcję z czyjegoś oddania. Nie widząc jednocześnie zagrożeń.
Nie mógł siedzieć przy Felixie długo, kilkanaście minut po ich rozmowie, kazano mu wyjść. Pomimo to, spędził niemal cały dzień w szpitalu, przesiadując na korytarzu. Wieczorem, po tym, jak z bratankiem zobaczył się też Grekch, Theodore’owi udało się zajrzeć do rudowłosego, na chwilę przed tym, nim wrócił do domu.
Gdy dotarł wreszcie do budynku, w którym spędził niemalże całe swoje życie, wiedział tylko jedno.
Coś musiało się zmienić.

Następnego dnia, niemalże natychmiast po rozmowie z tymi, którzy zasługiwali na wyjaśnienie, wyprowadził się z domu. Szybko, zabierając tylko niezbędne rzeczy, jakby bał się, że każda kolejna chwila zwłoki może spowodować, że tu zostanie, że zwątpi. Musiał oderwać się od tego domu i  tych wszystkich ludzi, którzy byli z nim przez lata. Przez jeden dzień mieszkał w hotelu, na drugi udało mu się znaleźć mieszkanie w dość ubogiej dzielnicy, wszystko poszło dość sprawnie. Nigdy dotąd nie miał aż takiej determinacji, by zrobić coś podobnego i zmienić diametralnie swoje życie. Właściwie, jego życie było tym domem. Opuszczenie go było dla Theodore’a dużą trudnością. Wciąż czuł pokusę, by wrócić do dawnych warunków, ale skutecznie z nią walczył. Przez dwa dni, jedynie,dzwonił do Felixa, zajęty przygotowaniami, kupnem potrzebnych rzeczy i poszukiwaniem pracy. Dopiero trzeciego, przyszedł znów do szpitala, choć tym razem, skierował się do drugiego, prywatnego skrzydła, w którym rudzielca umieścił Grekch. Theodore wszedł do małego, ale dużo bardziej przytulnego pomieszczenia i zastał Felixa który, siedząc na łózku, z dużym apetytem, jadł hamburgera. Theodore uniósł brew. Nie wyglądało mu to na szpitalne jedzenie, więc już się domyślał, że miał z tym coś wspólnego wuj rudowłosego.
-Theo!- ucieszył się na jego widok Felix, zupełnie tak jak zwykle, rozpromieniając się w jednej chwili.
Theodore uśmiechnął się niepewnie. Wciąż trudno mu było patrzeć na chłopaka bez potwornego poczucia winy i obrzydzenia w stosunku do samego siebie. Przysiadł na brzegu łóżka, podając Felixowi różę, którą kupił po drodze tutaj. Na jednej z szafek już stał ogromny kosz kwiatów, na drugiej, jakaś przenośna, z pewnością droga gra, na których Theodore nie znał się kompletnie. Było też parę innych przedmiotów, które z pewnością zostały zakupione przez Grekcha.
-Dziękuję- Felix uśmiechnął się ciepło do mężczyzny.
-Jak się czujesz?- zapytał cicho Theodore.
-Dobrze- odparł chłopak, wzruszywszy ramionami.- Ten psycholog powiedział, że szybko dałem sobie ze wszystkim radę. Chyba tak- potwierdził, nie przestając uśmiechać się radośnie.- A ty, Theo?- dopytał po chwili z uwagą.
Theodore zawahał się przez moment.
-Wyprowadziłem się z domu- powiedział.
Felix nie sprawiał wrażenia zaskoczonego, a wprost przeciwnie.
-Wuj mi powiedział- wyjaśnił, widząc zdumione spojrzenie Theodore’a.- Ale i tak spodziewałem się, że to zrobisz. A ja chyba zamieszkam z nim. Rozmawiałem już z nim o tym i ty też możesz się wprowadzić. Będzie naprawdę fajnie, Theo- zapewnił pogodnie.
-Zamieniłbym jedynie jeden duży dom na drugi- odpowiedział mężczyzna, kręcąc głową.- Tak jest lepiej, Felix.
Rudowłosy spoglądał na niego z niepokojem. Odstawił talerz na bok i, wyraźnie spłoszony, zdawał się chcieć o coś zapytać, ale najwyraźniej, wyjątkowo, brakowało mu do tego odwagi.
-Chcę się z tobą widywać- powiedział stanowczo Theodore, doskonale zdając sobie sprawę z tego, co wzbudzało w jego niedawnym podopiecznym tak dużą niepewność. Natychmiast,na twarzy Felixa pojawiła się ulga. Mężczyzna nie czuł tego samego. Nie wyobrażał już sobie, by mógł normalnie funkcjonować bez niego, ale z drugiej strony, wcale nie był pewien, czy jego obecność i ich, co by nie mówić, toksyczna relacja, jest tym, co, zwłaszcza teraz dla Felixa najlepsze.- Co oczywiste, nie będziemy widywać się codziennie. No i... Sądzę, że powinniśmy się ograniczyć. W niektórych kontaktach...- zaznaczył ostrożnie. Felix spojrzał na niego bez zrozumienia.- Chcę poczekać, aż będziesz trochę starszy... I... Rozmawiałem z twoim wujem, pójdziesz teraz do szkoły, więc... Będziesz miał czas na poznanie nowych osób i może...
-Nie polubię żadnej dziewczyny- stwierdził kategorycznie Felix.- I dlaczego mamy czekać?- dopytał niepewnie.
Theodore parsknął cicho.
-Jesteś za młody.
-Wcale nie.
-Za młody w stosunku do mnie.
-To się już raczej nie zmieni- zauważył Felix.- Myślisz, że zakocham się w kimś innym, Theo? Bo mi się wydaje, że to  niemożliwe- stwierdził szczerze.- Zresztą... Kiedy będziemy się widywać?- dopytał niespokojnie.
-Mam mieszkanie. Może czasem po szkole będziesz mógł przyjeżdżać do mnie... Chociaż jest małe i...
-Sądzisz, że już przyzwyczaiłem się do luksusu?- zachichotał chłopak. Mężczyzna uśmiechnął się jedynie w odpowiedzi. Wiedział dobrze, że nie.- Ale cieszę się, że zamieszkam z wujem. Jego dom jest dużo bardziej... no... taki... jest więcej do roboty- stwierdził dyplomatycznie.- No i wuj jest taki miły! Codziennie do mnie przychodzi, siedzi ze mną długo i wciąż przynosi te wszystkie rzeczy...- zaśmiał się Felix, rozglądając dookoła.- Powiedziałem, że nie musi, ale on chyba czuje się winny.
-Nie powiedziałeś mu, dlaczego to zrobiłeś- zauważył Theodore. Zdawał sobie z tego sprawę, Grekch, gdy tylko wyszedł, po pierwszej wizycie, zamęczał go pytaniami, ale wtedy mężczyzna zupełnie nie miał do tego sił. Na drugi dzień jednak, dzwonił znowu, pytał, czy chodzi o niego, dlaczego Felix tak zareagował, co powinien zrobić... Theodore zamierzał się przyznać, ale wiedział, że to oznaczałoby, zapewne, zupełne urwanie kontaktów z Felixem. Wątpił, by czyjkolwiek rodzic czy opiekun, zezwolił komuś takiemu na spotykanie się z jego podopiecznym. Dlatego nie powiedział nic, licząc, że sam Felix zadecyduje.
-Sam nie wiem, Theo...- westchnął rudzielec.- Byłem po prostu taki smutny! I myślałem o Oliverze i o tym, co mu się stało...- te słowa nie mogły nie wywołać reakcji Theodore’a. Na jego twarzy pojawił się bolesny grymas, ale nic nie powiedział.- To nie była niczyja wina... Tylko... Nie wiedziałem już, co mam dalej robić. Gdy ty mnie nie chciałeś.
-Wiesz, jak i ja, że to była moja wina- stwierdził cicho Theodore.- I jeśli uważasz, że powinien wiedzieć... Możesz mu powiedzieć. Nie będę zaprzeczał ani protestował.
Felix spojrzał na niego i uśmiechnął się łagodnie, po czym pokręcił głową. On również musiał zdawać sobie sprawę z tego, czym zakończyłoby się to wyznanie.
-Rozmawiałeś z panią Carmen...?- dopytał po chwili.
Theodore spojrzał na niego ze zdumieniem. Nie spodziewał się nawet, że w takiej chwili i przy tych okolicznościach, Felix może myśleć o ich domu i tych wszystkich ludziach.
-Tak...- odparł, zgodnie z prawdą.- Powiedziałem jej dokładnie to, co tobie. Prawdę.
-I jak ona się czuje...?
Theodore wzruszył niepewnie ramionami.
-Źle- szepnął.
Felix skinął głową.
Jak zwykle, rozumiał z tego wszystkiego więcej, niż sam Theodore. I, na pewno, bardziej współczuł. Mężczyzna został przy nim kilka kolejnych godzin. Wiedział, że chłopak niedługo wyjdzie ze szpitala. Niczego jeszcze nie planowali. Nic nie było oczywiste. Theodore potrzebował przerwy od dawnego środowiska, a Felix, z całą pewnością, przerwy od niego. Nie mówił mu jednak o swoich planach.
Wszystko mogło zmienić się na lepsze albo, kolejny raz, zupełnie zawalić.

Trzy miesiące. Tyle, mniej więcej, minęło od czasu, gdy widzieli się po raz ostatni. Tego dnia Felix wychodził ze szpitala, Theodore odebrał go wraz z wujem. Rozmawiali tylko chwilę, bo mężczyzna, nagabywany przez chłopaka i jego opiekuna, nie chciał, mimo wszystko, jechać wraz z nimi do domu. To był trudny czas. Ledwie dawał sobie radę sam z sobą, bał się, że znajdując się znowu w jakiejś posiadłości, z dużo łatwiejszą sytuacją, zostanie tam na dłużej, a w konsekwencji, na zawsze. Theodore wiedział, że musi zupełnie zmienić swoje otoczenie i życie. Z Felixem kontaktował się tylko telefonicznie, rozmawiali niemalże codziennie. Z pozostałymi osobami, które stanowiły służbę w jego poprzednim domu, nie rozmawiał od czasu wyprowadzki. Oderwanie się od dawnych nawyków, od przyzwyczajeń, z początku wydawało się tak trudne, że wręcz niewykonalne, ale z dnia na dzień, radził sobie coraz lepiej. Gdyby to wszystko się nie zdarzyło, pewnie nie miałby odpowiedniej motywacji. Dopiero po tym czasie niepewnej samodzielności, uświadomił sobie, że nie chce rezygnować z Felixa. Wcześniej nie był pewien, co dokładnie zrobi. Chłopak był młody, miał przed sobą perspektywy, mógł żyć zupełnie inaczej, z dala od swojej toksycznej miłostki. Oczywiście sam nie mógł się jeszcze na to zdobyć, ale Theodore, subtelnie, nie raniąc go, mógł powoli zrywać łączność pomiędzy nimi, przystosowując siebie i jego do nowej sytuacji. Ale jednak, mimo wszystko, nie chciał tego. Wszystko, co do tej pory uczynił, uczynił dla niego albo ze względu na to, co się wydarzyło. Felix był jedyną osobą, która skłoniła go do zmian. I jeśli Theodore miał skosztować względnie normalnego życia, to tylko z tym chłopakiem.
Choćby więc ze względu na czas, jaki upłynął od ich ostatniego spotkania, dziwacznym był wybór cmentarza, na miejsce kolejnego. Ten pomysł wyszedł od Felixa. Sam Theodore zgodził się, pomimo, że nie był pewien, co o tym wszystkim myśleć. Od momentu pogrzebu, ani razu nie odwiedził grobu Olivera. Sam aż nie mógł się nadziwić, że przystał na propozycję rudowłosego bez chwili wahania. To zaskakujące, jak bardzo potrafił zmienić go ten dzieciak. Czasem, trwająca kwadrans, telefoniczna rozmowa, podnosiła Theodore na duchu bardziej, niż cokolwiek innego.
Szli powoli jedną z alejek. Felix chwycił mężczyznę pod ramię, zupełnie jak wtedy, gdy spacerowali razem w parku. Theodore zerknął na niego ukradkiem, widząc, jak rudowłosy promienieje. Westchnął cicho. Wiedział, że ten dzieciak jest mu oddany równie mocno, jak wcześniej i mogło z tego wyniknąć wiele problemów. On sam, choć świadom swego przywiązania, unikał mówienia o uczuciach i precyzowania ich. Bał się pełnego zaangażowania. Stan, w jakim znajdowali się w tym momencie, był mu całkowicie na rękę.
Wreszcie, po kilkudziesięciu minutach błądzenia, odnaleźli to, po co tu przybyli. Zatrzymali się przy grobie Olivera. Był czysty, stały na nim znicze i kwiaty. Theodore wiedział, że Carmen często odwiedzała to miejsce, nie mogąc pogodzić się ze śmiercią chłopaka. Zawsze znajdował wymówki, gdy prosiła, by jej towarzyszył. Musiała sądzić, że to dla niego zbyt bolesne. Było, ale z zupełnie innego powodu, niż przypuszczała.
-Nie do końca wiem, co mam robić...- przyznał Theodore, skrępowany całą sytuacją.
Felix przyklęknął i odpalił znicz, który kupili przed wejściem. Ułożył go na płycie, po czym spojrzał na mężczyznę i uśmiechnął się do niego lekko.
-Porozmawiaj z nim.
-Co?- obruszył się Theodore.
-No... Powiedz mu to, co chcesz mu powiedzieć- wyjaśnił Felix, wzruszając ramionami i podnosząc się powoli.
-Nie będę rozmawiał z grobem.
-Więc rozmawiaj z Oliverem.
Mężczyzna zastanowił się przez chwilę.
-Nie- powiedział w końcu cicho.- Nie sądzę, żeby to było konieczne.
Felix ścisnął jego dłoń, spoglądając na nagrobek.
-Mogę go uznawać za brata, Theo...?- dopytał po chwili, przechylając głowę. Mężczyzna spojrzał na niego bez zrozumienia.- Bo chyba byłby moim bratem, prawda? Gdybym poznał go normalnie, nim to wszystko się stało...
-Tak... Chyba tak.
Rudzielec uśmiechnął się pogodnie.
-Mamy zresztą trochę wspólnego...- stwierdził, przytulając się do Theodore’a.
Tak. Mężczyzna uśmiechnął się gorzko. Wszystko to, co najgorsze. Łączyła ich fascynacja tą samą osobą, toksyczny związek i próba samobójcza. W przypadku Felixa, na szczęście, nieudana.
-Pójdziemy na lody?- zapytał nagle rudowłosy.
Theodore parsknął mimowolnie, przenosząc na niego wzrok.
-Felix- mruknął karcąco.
-Co? Skoro i tak nie chcesz mówić...- zaśmiał się chłopak.- Zgłodniałem. Możemy tutaj wrócić, gdy już je kupimy.
-Chcesz jeść w takim miejscu...?- Theodore spoglądał na niego, ledwie w to wierząc.
-Mogę jeść wszędzie- Felix wzruszył ramionami, nie widząc problemu.- Oliver na pewno by się nie obraził. Musiał być strasznie fajny. Chciałbym go poznać, Theo.
-Niewiele brakowało, a miałbyś okazję...- wymamrotał ledwie słyszalnie mężczyzna.
Chłopak przycisnął się do niego jeszcze mocniej.
-Już cię nie zostawię- szepnął ciepło.
Theodore uśmiechnął się do niego.
Czasem zdaje się, że po upadku na samo dno nie ma już ratunku. I wtedy, dzieje się coś jeszcze. Coś, co sprawia, że choć było się przekonanym, że to niemożliwe, upada się jeszcze niżej, niemalże do kompletnego zatracenia. Dopiero wtedy, dopiero w najczarniejszych otchłaniach własnych lęków i kłamstw, przychodzi chwila, gdy zyskuje się nadzieję, że wciążmożna się podnieść. Wstać z kolan. Strzepnąć kurz. Wyciągnąć dłoń. I tylko od tego, czy znajdzie się ktoś kto ją pochwyci, zależy ocalenie.
Theodore był właśnie w takiej sytuacji. Felix był jego ratunkiem.
I choć nie wiedział, czy jego uczucia są jeszcze cokolwiek warte, czy sam może wierzyć własnym zmysłom, chciał go kochać. To, co do niego czuł, było niezwykle silne, ale nie miał pojęcia, czy może określić to miłością. Może nie był pewien. Może za bardzo wątpił w samego siebie, by powiedzieć to bez cienia wątpliwości, tak, jak Felix. Ale nawet, jeśli teraz nie był zdolny do uczucia, miał nadzieję, że przyjdzie dzień, w którym zaleczone rany pozwolą wreszcie o siebie zapomnieć.
I Felix nie będzie tym drugim.
A tym jedynym.

12 komentarzy:

  1. Płaczę ze szczęścia i śmieje się na przemian xdd Nareszcie, Nareszcie, Nareszcie!!!!! Warto było czekać ^^ Jeeeeeny wielkie dzięki ^^ I moje życie znów ma sens ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne ^.^ Dobrze , że go odratowali . Nooo , oby Theodore tego nie spieprzył ; D Naprawdę fajna historia ; 3

    OdpowiedzUsuń
  3. Aww.. Mi się bardzo ten rozdział podobał. Fajne zakończenie *w*
    Nie jestem przywiązana do tego opowiadania, dlatego nie płakałam,ale i tak byłam wzruszona ^^
    Kocham Cię za takie zakończenia, jak zwykle w dobrym stylu xD
    Cieszę się, że Felix przeżył, no i że wszystko potoczy się dobrze, że Theo zrozumiał swój błąd.
    Teraz idę czytać Chaos (jejku jej) więc za za niedługo pojawi się drugi komentarz ode mnie xD Zapewne będzie dłuższy xP

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Przez cały rozdział miałam łzy w oczach, tak bardzo go przeżywałam. A tutaj: Nienawidzisz mnie, Theo...?" Zwyczajnie się popłakałam.
    I też historia Oliviera była wstrząsająca. Chłopak zapadał się coraz bardziej w depresję i nikt mu nie pomógł. Theodore dobrze zrobił wyrzucając to z siebie i wyprowadzając się z domu. Potrzebował zmiany miejsca, otoczenia by uleczyć swą duszę. Wierzę, że z czasem mu się to uda i będą z Felixem naprawdę szczęśliwi i wolni od duchów z tamtego domu.

    Dziękuję za wzruszający rozdział i całe opowiadanie. :D

    Chaos przeczytam w ciągu najbliższych dni.

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy9:18 PM

    koniec?! O.O nie wierzę... Szybko! Ale rozdział przeboski <3 Cieszę się, że Felixowi nic się nie stało. Moje serce by tego nie przeżyło D:
    Pozdrawiam!
    Teraz czas na Chaos! :D
    LoliShouta

    OdpowiedzUsuń
  6. Jeju jeju jeju. Nie ryczałam na rzadnym romansidle, ani na filmie ani nawet na królu lwie. A przy Twoich opowiadaniach wzruszam się jak kura domowa! :D
    Bardzo podobał mi się początek, szkoda że drmatyzm tak szybko opadł, ale i tak jest to kawał dobrej roboty, jestem zadowolona.

    Ale mam szczęscie, wchodząc dziś na Twojego bloga! Liczę, że to jeszcze nie koniec?:3

    OdpowiedzUsuń
  7. Czytam twojego bloga cały czas i staram się być na bieżąco z wpisami, ale dopiero teraz zdecydowałam się skomentować.
    Zdecydowanie warto było czekać na ten rozdział. Płakałam jak dziecko podczas czytania, nie mogłam tego opanować. Piszesz tak pięknie, to trafia jakby do mojego serca.
    Silencio jesteś moją idolką.
    Inspirujesz mnie, dzięki tobie staram się rozwijać, pisać coraz lepiej, chciałabym w przyszłości chociażby częściowo ci dorównać.
    Uwielbiam wszystkie twoje dzieła. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ojaaa.... genialne. Po przeczytaniu tego nie wiem, co powiedziec. Bajeczne. Tyle uczuć w tym. I do tego oba opowiadania, które dotychczas przeczytałam, miały jakiś morał, pouczenie. Z początku wydawało mi się to bardzo naturalne i nie było nic specjalnego, odnosiwszy się do fabuły. Jedyne, co mnie niemożliwe intrygowało, to te porównania Theo. I te wszystkie myśli z niedopowiedzeniem, niewyjaśnieniem. Od początku do końca wiedziałaś, co piszesz, o czym piszesz i wyszło Ci to nieziemsko. Te 'omamy' Theo z Olivierem były opisane i dzięki temu wyobrażone w mojej głowie tak.. no po prostu.. trzymały w napięciu, nie miałam pojęcia czy tym razem to sen czy rzeczywistość. Do tego dochodzą emocje Theo i przemyślenia, ale jednak w trzeciej osobie.. tak myślę czy dlatego ta narracja, żeby nie ukazywać dokładnych jego myśli i tworzyć świetną aurę do opowiadania. Tajemnica prawdziwych wydarzeń z tragedii, wszystko takie, jak końcowo myślę, że chciałabym przeczytać.
    Z pewnością zapamiętam tą historię na długo, a wniosła wiele do moich myśli i przekonań. Kolejne opowiadanie, za które daję Ci najwyższą możliwą ocenę.
    Lecę do następnego opowiadania :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach. Zapomniałabym. Tak sobie myślałam, że fajnie byłoby poczytać o życiu Oliviera. Tak strasznie mnie on ciekawi..! Felix też jest niczego sobie... takie dziecko (nie)szczęścia xp. Ale gdybyś to napisała teraz, po zakończeniu, to straciłoby już swój urok, tak sądzę xd.
      Dodam jeszcze, że Olivier i Theo byli moimi ulubionymi bohaterami. Sama bardzo jestem podobna do tego drugiego.. ale duchowo xd na zewnątrz.. to jak Felix bardziej xd tylko nie aż tak aktywna, a tym bardziej otwarta xd. Jeju, idę do następnego, bo Ci tu zaraz napiszę biografię xDD.

      Usuń
  9. Anonimowy7:22 PM

    Coraz rzadziej wchodzę na twojego bloga, nigdy nie mogę znaleźć czasu, coraz więcej się dzieje, jestem coraz starszy, mam więcej obowiązków itd. Ale nie licząc Chaosu z każdym opowiadaniem jestem na bieżąco.
    Rozpłakałem się jak doszedłem do końca rozdziału, nie tylko dlatego, że był piękny, ale też dlatego, że to ostatni rozdział, koniec kolejnej historii na twoim blogu, koniec przeżyć, wyczekiwania na kolejny rozdział, po prostu koniec kolejnej wspaniałej rzeczy.
    Przepraszam, że tyle nie komentowałem.
    S.S

    OdpowiedzUsuń
  10. W kółko lata mi po głowie pieśń którą śpiewaliśmy dzisiaj ze scholą. Ma w sobie coś, co od razu wpasowało się w klimat tego opowiadania.
    Od twojego bloga zrobiłam sobie ogromną przerwę. Po przeczytabiu fenomenalnej 'Drag Quenn' zabrałam się za 'Chaos' i jakoś tak się złożyło, że zastopowało mnie na 6 rozdziale i teraz czytam od nowa, gdyż zupełnie niczego nie pamiętam :')) Ach, ta moja pamięć, kocham ją.
    'Theodore' wcale nie zapowiadał się jako taki dramat. Sądziłam, że będzie to lekka historyjka, którą autor próbował wszelakimi sposobami udramatyzować, ale bez skutku. Teraz już wiem, że czytając twoją twórczość nie mogę już tak pomyśleć! Każdy rozdział przepełniony był tzw rozkminami, które momentami wydawały się nużące, ale umieszczone bardzo właściwie. Służyły jako taka retardacja do dalszej akcji. Zastanawiam się tylko, czy nie przesadzona, bo dramaturgii i zagłębiania się w umysł bohatera trzeba dodawać tę odpowiednią ilość, a na właściwą granicę czasem trudno trafić.
    No, jest noc, moja komórka zaraz umrze, za chwilkę trzeba wstać i lecieć zdawać niemiecki i zająć się pracą do plastyka, a ja tutaj leżę i czytam! Życie miłośniczek opowiadań nie jest łatwe...
    Wracając do właściwego tematu - pierwszy raz chyba czytałam opowiadanie, na którym aż tak bardzo skupiono się na odczuciach wewnętrznych. Czasem nawet w pierwszoosobówce nie jest to wszystko tak mocno ujęte!
    'Theodore' miał fabułę nieco odbiegającą od schematów i przypominał mi trochę wzorzec miłości z dramatów, gdzie często jedynym wyjściem jest tylko śmierć :')) Prócz tego mocno ukazałaś w tym opowiadaniu jak bardzo Theo był zakłamany względem samego siebie, a to właśnie najgorsze uczucie, kiedy serce i mózg wzajemnie sobie przeczą.
    Muszę spać. Przespać się z tym opowiadankiem, nabrać sił... Było wyczerpujące, w pozytywnym sensie.

    --
    bytaasteful.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja, nie wiem co powiedzieć. Przeczytałam to już jakiś czas temu i teraz tylko komentuje, ale no.
    Sama nie wiem jak się czuję. Nie, nie jest mi smutno, bardziej tak jakoś obojętnie?
    Samo opowiadanie było świetne. Nawet poprzez sam fakt, że żaden z bohaterów nie był mi obojętny, co zdarza się rzadko.
    Właśnie, co do bohaterów.
    Felix, kocham, lubię, bardzo. Uroczy dzieciak. Może zbyt naiwny i bezsilny, ale nadal kochany. I jego wygląd. Mam słabość do rudych włosów <3
    Theo, jak już wspominałam, nie lubię go i nie polubiłam. No, cieszę się, że się ogarnął, ale nie mogę zmienić o nim zdania nie ważne jak bardzo chciałabym. Denerwował mnie niesamowicie, zwyczajnie nie lubię postaci w tym stylu. Możliwe, że to dlatego iż nie mogłam się wczuć w jego sytuację. Zachowywał się zbyt irracjonalnie na moje oko. Ale ok, rozumiem. Człowiek w chwilach załamania nie myśli logicznie.
    Oliver - sama nie wiem. Niby uważam go za tchórza i niezbyt lubię, ale z drugiej strony dzieciak miał depresję. Gdyby ktoś mu pomógł, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej.
    Pani na C była zwyczajnie szalona, ale starszego pana bardzo polubiłam. Był jakiś taki normalny. Służąca i wuja z resztą też.
    I to chyba tyle. Opisy uczyć były wykonane bezbłędnie jak i omamy. Dodatkowo zrobił się z tego niezły dramat i cóż, zaryzykowałabym stwierdzenie, że dom wariatów.
    Szczerze podziwiam Felixa. Ja bym chyba stamtąd uciekła, serio.
    W każdym razie pozdrawiam i życzę weny! A tekst, pomimo moich wszystkich uwag i niechęci do bohaterów, czytało się miło.

    OdpowiedzUsuń