Strony

piątek, 15 marca 2013

19. Johnny i sytuacje nietypowe [Wyzwanie]


Johnny cisnął się pomiędzy Benny’m a Carlem, usiłując przebrać na wf. Na ławce nie było miejsca by usiąść, bo wszędzie zalegały torby, plecaki i porozrzucane w nieładzie ubrania. W pomieszczeniu panował straszny zgiełk i chaos. Szatyn, usiłując przebrać spodnie, potknął się o but Benny’ego i o mały włos, nie przewrócił siebie i przyjaciela, na którego wpadł. Blondyn przytrzymał się ściany, zachowując równowagę. Nie mieli zbyt wiele przestrzeni by się ruszyć.
Wf mieli zazwyczaj sami, ale tym razem ich nauczyciel dostał zastępstwo i zajęcia miały być połączone z rok starszą klasą, która wraz z nimi cisnęła się w tym niewielkim wnętrzu, przeklinając, piekląc się i rozglądając za zaginionymi częściami garderoby, które przed chwilą sami gdzieś rzucili albo ktoś je przełożył, chcąc znaleźć dla siebie miejsce. Przy samej ścianie przebierał się Keith. Minę miał wybitnie niezadowoloną, zapewne najchętniej nie brałby w ogóle udziału w ćwiczeniach. Kawałek dalej, w nieco mniej napiętej atmosferze, na wf szykował się Eric, otoczony kumplami z klasy, którzy dali mu odpowiednio dużo przestrzeni i jakoś niecodziennie milczeli. Decyzja Smitha o wzięciu udziału w konkursie, a nie ważnych, międzyszkolnych ćwierćfinałach musiała zaskoczyć i zdenerwować wiele osób. Zapewne ktokolwiek inny, kto pozwoliłby sobie na coś podobnego, zostałby bardzo napiętnowany, bo środowisko sportowców nie należało do szczególnie tolerancyjnych i łagodnych, a ponadto zawody były tym, co liczyło się dla nich przede wszystkim i było najwyższym priorytetem. Ale Eric nie był osobą, do której wielu miałoby odwagę podskakiwać. Nikt więc nie czynił mu zbytnich wyrzutów, Johnny słyszał tylko, jak jeden z członków drużyny siatkarskiej, błagając właściwie, starał się go przekonać do rezygnacji z tamtego konkursu, ale Eric, równie beznamiętnie i lodowato jak zwykle, odparł mu, że nie ma takiego zamiaru. Nie słychać było nawet niechętnych pomruków czy komentarzy pod jego adresem. Może dlatego, że gdyby Eric jakiś niepochlebny komentarz usłyszał, odwdzięczyłby się tym samym. A każdy kto Erica znał, wiedział, że ten bywał w tych sprawach bardzo bezlitosny. Ale, wyjątkowym trafem, w szatni znalazł się ktoś jeszcze, kto cieszył się niemalże tak dużą popularnością jak Eric (wśród sportowców... poza nimi, nikt oczywiście nie mógł dorównywać Johnny’emu!). Trevor Kinsley chodził do starszej klasy. Ze względu na swoje niewłaściwe zachowanie ledwie zdał w poprzednim roku. Podpadł większości nauczycieli i przez jakiś czas był zawieszony w drużynie, ale szybko do niej powrócił. Zresztą, chyba tylko ulubiony sport mógł go zmotywować do poprawy zachowania i ocen. Był ciemnowłosym, typowym mięśniakiem, potężnym i silnym, o niezbyt ciekawej aparycji, z krzywym nosem, którego kształt był efektem przebytego złamania. Sam Trevor mówił o tym dość oszczędnie, twierdził, że po prostu oberwał przez przypadek na którymś meczu. Pogłoski mówiły jednak, że niezbyt sympatycznie przystawiając się do pewnej dziewczyny, podpadł jej chłopakowi, a ten, bardzo szybko i konkretnie, przedstawił niezbyt trzeźwemu Kinsleyowi swoje zdanie na ten temat. Tyle Johnny o nim wiedział, bo mając ciekawsze zajęcia (choćby związane z sobą samym!), nie przysłuchiwał się plotkom.
Tak czy inaczej, ten właśnie Trevor, choć nie rozmawiał bezpośrednio z Erickiem, już od samego wejścia wymieniał się z kumplami niezbyt cichymi komentarzami na temat Smitha. Johnny to słyszał, więc i Eric musiał, ale póki co, nie reagował w żaden sposób.
Wreszcie zadzwonił dzwonek i wszyscy wyszli na salę. Wf-ista kazał im ustawić się w rzędzie. Było ich wielu, więc mając wyraźny problem z tym, jak ich podzielić i co właściwie powinien robić z tym tłumem, zakomenderował:
-Jedna połowa... Od Wilsona do Cramera, schodzi ze mną do sali na dole. Pogramy w koszykówkę- stwierdził i dla nikogo nie było to zaskakujące. Wskazani przez niego, opuścili salę.- A wy tutaj podzielicie się na dwie drużyny... No, odliczcie co dwóch!
Najwyraźniej nie było czasu na wybieranie, ten system był szybszy, wszyscy zaczęli więc odliczać po kolei. Johnny stał obok Benny’ego, więc już wiedział, że nie będą razem w grupie, ale, obliczywszy wszystko w myślach, z radością zauważył, że będzie z Keithem. Niestety nie poszło tak świetnie, jak się spodziewał. Ledwie chwilę po tym, jak sam powiedział głośno  „dwa”, ktoś zamienił się z ciemnowłosym miejscami, zapewne chcąc być w drużynie z jakąś konkretną osobą. W efekcie czego, Keith wylądował w grupie z Benny’m.
... I Erickiem.
-Świetnie- obwieścił trener, bez szczególnych emocji.- Więc wy pograjcie w siatkę... A tak przy okazji, Eric, wstąp do mnie po lekcji, chyba mamy coś do omówienia...- powiedział i raczej nie było wśród obecnych takiej osoby, która nie zdawałaby sobie sprawy w czym rzecz.
Eric skinął głową.
Drużyny ustawiły się po odpowiednich stronach boiska i zaczęła się gra. W grupie z Keithem, co Johnny zauważył dopiero po chwili, znalazł się również Trevor, który dumnie przeszedł przed nosem Ericka i zatrzymał się na stanowisku serwującego. Johnny już czuł, że jego skład, z Carlem, choć także dwoma kumplami Ericka z siatkarskiej reprezentacji, nie ma zbyt wielkich szans w starciu z dwoma szklonymi „tytanami”. Szybko okazało się jednak, że jest zupełnie przeciwnie. Trevor słynął ze swojego mocnego uderzenia i teraz też je stosował, najpierw z pewnego rodzaju ostentacją, jakby chciał udowodnić swoją wyższość nad Smithem, który grał bardziej taktycznie, później już jednak z gniewem i irytacją, bowiem zupełnie mu nie wychodziło. Nieustannie przestrzelał, rzadko trafiał tam, gdzie powinien i wściekając się sam na siebie, wywrzaskiwał coś do członków drużyny, pełnym pretensji głosem, krytykując ich dosłownie za wszystko. Jakby tego było mało, cały czas starał się grać pierwsze skrzypce, jakby poważnie zależało mu na tym by pokazać, że góruje nad Smithem. Wcinał się w akcje Ericka i bardziej przeszkadzał niż pomagał. Pomimo tego, chłopak nie sprawiał wrażenia poirytowanego tym faktem. Z pełnym politowania uśmieszkiem reagował na zagrania Kinsleya, chyba na rękę był mu fakt, że ten ośmiesza się tak bardzo. Kolejna nieudana próba Trevora pociągała za sobą kolejną i ten, z minuty na minutę, frustrował się coraz bardziej i bardziej, przeklinając głośno, warcząc coś gniewnie do stojących przy nim zawodników. Keith miał to szczęście, że w jego drużynie było o jedną osobę za dużo, więc przez znaczną część czasu z wyraźną ulgą obserwował to, co się działo, siedząc na ławce. Jednak jakiś kwadrans przed końcem lekcji, ktoś z drużyny Erica przewrócił się boleśnie na boisku i Keith musiał się z nim zamienić. Minę miał więcej niż tylko nieszczęśliwą.
Drużyna Johnny’ego triumfowała.
Wygrali ze sporą przewagą i mieli powody do radości. Po przeciwnej stronie boiska, też nikt raczej nie rozpaczał, w końcu ten mecz był praktycznie bez żadnego znaczenia. Dla wszystkich, poza Trevorem, który miotał się dookoła wściekły, najwyraźniej nie mogąc pogodzić się ani z porażką całej drużyny, ani, przede wszystkim, swoją własną. Nie mając się chyba do kogo przyczepić, podszedł do Keitha. Johnny zauważył to kątem oka, gdy rozmawiał o czymś z Carlem i odwrócił się w tamtą stronę, zdumiony.
-Nie widzisz piłki, czy jak?!- wrzasnął na ciemnowłosego, o wiele od niego większy, Kinsley. Keith spłoszył się nieco, najwyraźniej zaskoczony tym nagłym atakiem. Brunet rzeczywiście nie orientował się zbytnio na boisku, przepuszczał większość piłek, ale przecież każdy zdawał sobie sprawę z tego, że nie jest najlepszy w sporcie.- Chociaż ją przyjmuj, do jasnej cholery! Każdy mecz jest stracony jak ma się w drużynie takiego niedojdę!
Johnny dosłownie nie mógł w to uwierzyć. A przede wszystkim, nie mógł pozwolić na to, by ktokolwiek traktował w taki sposób Keitha. Szybkim krokiem ruszył w tamtym kierunku, ale zatrzymał się gwałtownie, dostrzegając coś, co bardzo go zaskoczyło. Stojący nieopodal Tevora Eric, podszedł do niego i stanowczym, lodowatym tonem, rzucił:
-Odpuść sobie.
Kinsley obejrzał się na niego i parsknął:
-Że co?
-To, co słyszałeś- powtórzył beznamiętnie blondyn.- Odpuść sobie.
-Bo co?!- warknął Trevor, wyraźnie rozjuszony.- Przez tą łamagę przegraliśmy!
-Tak...?- Eric uśmiechnął się z politowaniem.- A ja sądziłem, że przez jakiegoś debila, który nie umie nawet wcelować w boisko...
Nie tylko Johnny przysłuchiwał się rozmowie. Spora grupka umilkła i patrzyła w kierunku kłócących się ze swoistym napięciem, najwyraźniej podejrzewając, że może nie skończyć się na słowach.
-Ale przynajmniej umiem wcelować w piłkę!- prychnął Kinsley, posyłając Keithowi pogardliwe spojrzenie.
-Gratuluję- odpowiedział ironicznie Eric.- To rzeczywiście niezwykła i wielka umiejętność jak na członka siatkarskiej drużyny... Słyszałem, że mają ci wysłać dyplom...
Trevor odsunął się od ciemnowłosego i zrobił kilka kroków, zatrzymując się tuż przy Ericku.
-O co ci właściwie chodzi, co?- wycedził przez zęby.
-Hej, hej!- do sporu włączył się też Benny, wyraźnie zdenerwowany sytuacją.- Nie ma o co się spinać, serio! Daj spokój, Kinsley, nie każdy musi być dobry w sporcie...
-I nie każdy musi być takim durniem, żeby nie odbijać piłki!- nie odpuszczał Trevor, wyraźnie wyprowadzony z równowagi. Każdy gołym okiem widział, że w tym wszystkim nie chodziło o Keitha i jego, niezbyt spektakularne, zdolności. Kinsley po prostu szukał możliwości wyładowania się po fatalnej grze.
-Dobrze ci radzę, lepiej już się zamknij- rzucił surowo Eric.
-Bo co?- zakpił Trevor.- Pobijesz mnie, jak swojego kumpla?- parsknął, zerkając na Benny’ego.
-Może skończyć się trochę gorzej...- odparł lodowato Eric, przysuwając się jeszcze bliżej chłopaka.- Bo ty moim kumplem zdecydowanie nie jesteś.
-Dobra, dobra, dajcie spokój!- Benny odciągnął prędko Erica, najwyraźniej postanawiając interweniować.- Okej, przegraliśmy, okej, jest trochę niefajnie, ale naprawdę nie ma sensu się chyba o to bić, nie? Kolejne zawieszenie ci się nie przyda, nie?- dodał, spoglądając na Kinsleya znacząco.
-Ani kolejne złamanie nosa- dodał prowokacyjnie Eric.
Wargi Trevora zadrżały gniewnie, ale nic więcej nie zrobił, ani nie powiedział. Eric wybroniłby się niemalże z każdej sytuacji, był lubiany przez nauczycieli, dobrze się uczył. Dla Kinsleya, kolejna bójka na terenie szkoły i to jeszcze z kimś tak ważnym dla drużyny, mogłaby się skończyć dużo gorzej. Eric uśmiechnął się więc złośliwie, po czym odwrócił na pięcie i pewnym krokiem, ruszył do szatni. Dopiero wtedy, reszta również zaczęła wychodzić z sali, wymieniając się po cichu uwagami. Trevor kopnął leżącą na podłodze piłkę i, z niezbyt wesołą miną, powlókł się za resztą.
Johnny podszedł do Keitha.
-Wszystko w porządku?- zapytał z troską. Było mu głupio, że nie zareagował w żaden sposób, ale sytuacja zaszokowała go tak bardzo, że przez dobre kilka minut gapił się jedynie na to, co się działo, nie będąc w stanie zdobyć na żadną reakcję. Eric występujący w obronie kogokolwiek...
-Jasne- odparł Keith bez zbytnich emocji, wzruszywszy obojętnie ramionami.- To nie pierwszy idiota, który się do mnie przyczepił.
Ale Keith był pierwszą osobą, nie licząc Benny’ego i niekiedy, bardzo rzadko, pozostałych członków ich paczki, którą Smith zdecydował się bronić. Nie raz przecież był świadkiem podobnych, agresywnych zachowań i zupełnie to olewał. Był ostatnim człowiekiem u którego ktokolwiek szukałby pomocy czy wsparcia w takiej sytuacji. A jednak, zdobył się na coś takiego...
Johnny’emu coraz trudniej było uwierzyć, że wszystkie działania Erica są jedynie zbiegiem okoliczności.
Prowokował, kłamał i,z jakiejś przyczyny, usiłował zdobyć sympatię Keitha.
A szatyn czuł, że powody takiego postępowania, z pewnością mu się nie spodobają.

-Dlaczego on to zrobił...?- zapytał iście filozoficznie Johnny, przeżuwając kęs ostatniego kawałka pizzy, jaki im pozostał.
Siedział wraz z Benny’m w swoim mieszkaniu, na kanapie w salonie. Przyjechali tu razem tuż po szkole. Blondyn znowu nie miał nic do roboty, a Johnny umówił się z Keithem i tak, bardzo wstępnie, na sam wieczór. Chyba brunet znów miał w domu spore zamieszanie, chociaż nie mieli czasu o tym porozmawiać. Johnny jednak głowił się nad czymś zupełnie innym. Nad motywami postępowania Erica. Te jednak, jak zwykle, były dla niego zagadką. Gdyby w podobny sposób postąpił ktokolwiek inny, pewnie uznałby po prostu, że był uprzejmy, miły albo zachowanie Trevora rozdrażniło go na tyle, że postanowił zareagować.
Ale hej, chodziło o Ericka.
A jego uprzejmość nie dotyczyła. Kinsley nie wkurzał jego, ale sam siebie, a nawet gdyby, Eric załatwiłby to inaczej, nie musząc „zniżać się” do obrony jakiejś tam osoby. Ale fakt, że chodziło o Keitha raczej nie był przypadkiem.
-Powiedziałbym, że dlatego, iż jest dobrym człowiekiem...- odparł równie filozoficznie Benny, rozwalony wygodnie na kanapie, z jedną ręką opartą o brzuch, a drugą zaciśniętą natelefonie. Johnny zerknął na niego. Benny odwzajemnił spojrzenie i w tym momencie, obaj parsknęli śmiechem.- Ale jak wiemy, chodzi o Ericka, więc to raczej marny argument...
-On nikomu nigdy nie pomaga- zauważył szatyn.- No prawie.- Najczęściej, jeśli w ogóle, to pomagał Benny’emu. Parę razy, choć były to czasy tak zamierzchłe, że trudne do przypomnienia, zdarzyło mu się również zrobić coś... miłego dla dwóch pozostałych kumpli. Ale na tym koniec.- Ma gdzieś czyjeś uczucia.
-Nooo...- potwierdził Benny, westchnąwszy głęboko.- O litość też go nie podejrzewam... Ale wiesz, jaka jest najlepsza odpowiedź...? Po prostu jest Erickiem- parsknął z rozbawieniem jasnowłosy.- Serio, nie ma innego wyjaśnienia. Zawsze taki był... Prawie zawsze. W każdym razie najpierw był spokojny, nagle się wkurzał, było okej, a zaczynał mnie ignorować, gadał ze mną, a zaraz się dąsał, śmiał się, i znowu się wkurzał... Wydzwaniał do mnie, a później olewał całymi dniami jakby mnie nie zauważał... Ach, no i zapomniałem... Walnął mnie, a później przeprosił- zaśmiał się cicho Benny. Wyglądało na to, że nie ma już tego za złe Smithowi. Johnny nie był zdziwiony. Jego przyjaciel był taki z natury, potrafił długo się dąsać, ale jeśli już coś przebaczał, to definitywnie.- Cały Eric.
-Był taki w stosunku do ciebie, nie do nas- uświadomił mu Johnny.- Nas zazwyczaj po prostu olewał.
-No...- potwierdził Benny, wzruszywszy ramionami, po czym sięgnął do telefonu i spojrzał na wyświetlacz. Uśmiechnął się lekko, odczytując sms.- Maicy- poinformował szatyna, choć ten dobrze wiedział kto cały czas do niego pisze.
-Czemu jej dzisiaj nie było?
-Wyjechała. Do spa- Benny przewrócił oczyma i zachichotał.- Z mamusią. Napisała, że może mnie też tam zaciągnie. Mam nadzieję, że żartowała- dodał z wyraźnym niepokojem.- Kiedyś miałbym pewność, ale po tej jej transformacji...
-Spa nie jest wcale takie złe...
Benny spojrzał na kumpla pobłażliwie.
-Chyba dla miłośników Keitha- skwitował złośliwie.
Johnny zdzielił go w ramię.
-Daj już spokój...- parsknął, nieco nerwowo.- Jak tam spotkanie z Erickiem?
-Na pewno nie tak udane, jak twój wieczór z Keithem, nie licz na to...
-Benny!- jęknął głucho chłopak, spoglądając na przyjaciela błagalnie. Miał pewną, całkiem zresztą uzasadnioną obawę, że może nieopacznie palnąć coś głupiego albo zdradzić się w inny sposób.- Nie żartuj sobie z tego... Mówiłem ci już, że to tylko mój przyjaciel...- Benny skrzywił się na to słowo. Johnny natychmiast odpowiedział sobie w myślach, że tak przecież stwierdził sam Keith. To było całkiem bezpieczne określenie, choć oczywiście, ich relacje znacznie poza przyjaźń wykraczały.- Poza tym, wieczorem byłem w domu. Sam.
-Przecież miałeś być u niego.
-Ale jego mama wróciła i w ogóle- chłopak wzruszył ramionami.
-To trzeba było zadzwonić-  zauważył Benny.- Spotkalibyśmy się gdzieś w trójkę albo wpadli do ciebie... Nie robiliśmy właściwie nic ciekawego... Poszliśmy się gdzieś napić... Siedzieliśmy i gadaliśmy...
-O czym?- to wyjątkowo interesowało Johnny’ego. Eric był dziwny nie tylko w stosunku do Keitha. Niecodzienne było też jego postępowanie co do Benny’ego i jego dziewczyny.
Benny zamyślił się przez chwilę. Zmarszczył brwi, usiłując sobie przypomnieć.
-Nooo...- najwyraźniej miał duży problem z odpowiedzią.- Nie pamiętam za bardzo...- przyznał szczerze.- O głupotach jakiś... Jak zwykle... Siedzieliśmy tam może dwie godziny...
-Dwie godziny i nie pamiętasz?- zaśmiał się chłopak.
Blondyn wzruszył ramionami.
-Jak mnie jutro zapytasz o czym gadaliśmy teraz też pewnie będę ledwie pamiętać- odparł, chichocąc.- Na pewno gadaliśmy o szkole. Palnąłem coś pewnie o Maicy, jak zawsze...
-Pytałeś go, czemu olał mecz...?- zapytał otwarcie szatyn.
-O, tak- potwierdził jasnowłosy, skinąwszy głową.- Powiedział, że nie chciał stracić u Stevens.
Johnny pokręcił głową bez zrozumienia.
-Przecież to nie ma sensu...- stwierdził.- Stevens go lubi, bo dobrze się uczy, poza tym na pewno by zrozumiała gdyby nie pojechał. Znalazła by kogoś innego... A poza tym, Eric...
-... ma to w dupie- dokończył Benny, westchnąwszy cicho.- Wiem, mi też brzmiało to jak wymówka, ale co mam go dopytywać, to jego sprawa, nie? Może też chce się z KIMŚ zaprzyjaźnić...- zażartował złośliwie, ale Johnny’emu nie było z tego powodu do śmiechu. Zdecydowanie nie.- Serio, Eric to Eric. Robi czasem dziwne rzeczy, niby bez sensu, ale z jakimś sensem... Pewnie chciał coś uzyskać. Albo kogoś wkurzyć. To w końcu lubi. A jak na razie świetnie mu idzie... Choćby ten Trevor, jest wkurzony totalnie... Okej, zaraz osiemnasta- powiedział blondyn, zerkając na wyświetlacz.- Muszę się zbierać.
-Maicy wróciła?
-Nie o to chodzi... Ojciec ma jutro urodziny, mama wygoniła go dziś do kumpli, szykujemy mu przyjęcie i tak dalej...- zaśmiał się, przewróciwszy oczyma.- Wiesz, że ona lubi takie głupoty... Tak swoją drogą, kazała cię zaprosić.
-Eee...- Johnny podrapał się po głowie, nieco skrępowany. Miał trochę inne plany. Keith wyjeżdżał w sobotę,więc chciał z nim spędzić jutrzejszy dzień.- No nie wiem...
-Spoko, przecież wiem, że nie przyjdziesz- zaśmiał się Benny, podnosząc  z miejsca.- Zaprasza wszystkich, ciebie zresztą też, co roku i nigdy nie przychodzisz...
-Raz byłem- zaoponował szatyn, również wstając.
-Przyszedłeś do mnie! Nawet nie wiedziałeś, że ma urodziny!- przypomniał mu ze śmiechem przyjaciel, ruszając w stronę drzwi. Johnny powlókł się za nim.- To straszne nudziarstwo... Przyjeżdża dużo rodziny i w ogóle... Sam bym to chętnie olał, ale pewnie i tak szybko ulotnię się z Maicy na górę...
-Maicy idzie?
-No raczej. Taki już smutny obowiązek dziewczyny- zachichotał Benny, zatrzymując się przy wyjściu.- Ja na imieninach jej matki byłem. Okej... To do zobaczenia...- jasnowłosy klepnął go serdecznie po ramieniu.- Jak będziesz chciał wpaść to daj znać.
-Jasne. Cześć, Benny.
-I zrób coś z Lindą...- dodał poważnie chłopak.- Bo cały czas żali się Maicy. A Maicy żali się mnie. Chcesz się z nią chyba spotykać, no nie...?
Johnny uśmiechnął się jakoś niewyraźnie.
Lubił Lindę, ale „spotykać” chciał się tylko z jedną osobą.
I nie była to żadna dziewczyna.

Johnny wszedł do salonu i, z pogodnym uśmiechem, podał Keithowi kubek z herbatą. Ciemnowłosy siedział na kanapie, okryty kocem. Szatyn zatrzymał się na moment przy elektrycznym grzejniku, by podkręcić temperaturę, po czym przysiadł obok chłopaka. Na dworze robiło się coraz zimniej,a zima zbliżała się wielkimi krokami. Brunet odłożył kubek na stojący przed nim stolik. Johnny skorzystał z tej okazji, by objąć go ciasno ramionami i wtulić się w jego klatkę piersiową z błagalnym niemal pomrukiem.
-Naprawdę nie możesz zostać dłużej...?- zapytał, bo ciemnowłosy już uprzedził, że niedługo będzie musiał się zbierać. Nie mieli okazji spędzić ze sobą zbyt wiele czasu.
-Nie zaczynaj...- odparł z cichym westchnieniem Keith.
-Więc chociaż powiedz, że przyjdziesz jutro. Na długo- Johnny podniósł głowę, spoglądając wprost w oczy bruneta.- To w końcu ostatni dzień przed twoim wyjazdem... Moglibyśmy spędzić go razem...
-Wyjeżdżam na weekend, a nie na rok...- przypomniał mu niemal litościwie ciemnowłosy.
-Gdybyś wyjeżdżał na rok, nie wypuszczałbym cię stąd przez miesiąc- zażartował Johnny, cmoknąwszy chłopaka w policzek.- Zresztą... Właściwie to nie pozwoliłbym ci wyjechać na rok- stwierdził, gdy dobrze się nad tym zastanowił.
Keith zaśmiał się cicho. Johnny przysunął go do siebie tak blisko, jak mógł i błądził przez moment wargami po szyi chłopaka. Musnął wargami linię jego szczęki, a następnie płatek ucha, aż wreszcie położył go na kanapie i  zawisnąwszy nad nim, pocałował bruneta. Keith objął go wokół szyi, oddając pocałunek. Szatyn rozsiadł się pomiędzy jego kolanami i oparł dłoń na biodrze chłopaka. Ta jednak szybko przesunęła się na jego brzuch, aż wreszcie zacisnęła na pasku spodni. Nim Johnny zdążył się dobrze zastanowić, już bezwiednie go rozpinał. I wtedy zareagował Keith, który przerwał pocałunek i chwycił szatyna za nadgarstek, spoglądając na niego znacząco.
-Zaraz wychodzę- przypomniał.
-Mówiłeś, że zdążysz wypić herbatę...- Johnny uśmiechnął się swym iście firmowym uśmiechem.
-Nie zdążę, jeśli będziesz mi wtedy gmerał w spodniach...- nieubłagany Keith, podniósł się do pozycji siedzącej i sięgnął po kubek.
Johnny westchnął cicho, nieco rozczarowany, ale pokornie usiadł przy chłopaku.
-Wszystko u ciebie w porządku, Keith?- zapytał po chwili, spoglądając na niego z uwagą. Ciemnowłosy posłał mu pytające spojrzenie.- No wiesz... Z Angie... I twoją mamą... Chyba zdenerwowała się, że przyszedłem, nie...?
-Nie sądzę- Keith wzruszył ramionami, po czym upił łyk herbaty.- Po prostu cały czas jej się wydaje, że dla Angie będzie lepiej jeśli odetnie ją od całego świata... Czasem naprawdę nie mogę już tego słuchać...- dodał z wyraźną złością w głosie, ale dostrzegłszy spojrzenie Johnny’ego, spłoszył się jakby i stwierdził sucho- Nie chcę o tym rozmawiać.
-Okej... To porozmawiajmy o czymś miłym- zaproponował z uśmiechem Johnny.- O twoich urodzinach...
-Nie chcę żadnych urodzin- zaoponował Keith.
-Już za późno... O jakieś siedemnaście lat...- zachichotał chłopak, przytulając się do ciemnowłosego dość gwałtownie. Ten o mało nie wylał na siebie gorącej herbaty, więc szybko znów odłożył kubek, najwyraźniej obawiając się o swoje zdrowie.- Chcę ci zrobić naprawdę ładny prezent, Keith...
-Johnny...- chłopak poruszył się nerwowo, najwyraźniej nie czując zbyt komfortowo w tym temacie.- Nie chcę żadnych prezentów. Mówię serio. Nie chcę.
-Prezentów nie daje się dlatego, że ktoś ich oczekuje, ale dlatego, że ktoś ma ochotę je dać- wyjaśnił cierpliwie szatyn, nie przestając się uśmiechać i tulić do siebie bruneta.- A tak przy okazji, skoro w miłych tematach jesteśmy... Wracając do naszej rozmowy... tej nocnej...- dodał znacząco. Keith chyba z początku nie rozumiał.- To kiedy zamierzamy...
-Cicho!- przerwał mu natychmiast brunet, pąsowiejąc rozkosznie. Johnny nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Specjalnie go prowokował. Uwielbiał, gdy ciemnowłosy był zawstydzony i niepewny.
-No co? Nic nie mogę poradzić na to, że myślę o tym i naprawdę chcę...
-Nie mów tego!- jęknął błagalnie Keith, jakby Bóg wie czego się spodziewał i, w zabawnym geście, zatkał Johnny’emu usta dłonią.
Szatyn złożył na jej wnętrzu krótki pocałunek, po czym odsunął się nieco i dokończył z figlarnym uśmiechem:
-... kochać się z tobą.
-Johnny...- Keith był zawstydzony do granic możliwości.- Ja... Wiesz dobrze, że... Nie znam się na tym zupełnie, to znaczy... Nie jestem pewien, czy ja... No... Nie wiem... Nigdy jeszcze z nikim tak nie byłem... tak...- powtórzył znacząco.
-Ja też nie- odparł swobodnie i absolutnie bezmyślnie Johnny. Przy tym szczerze, bo owszem, był z dziewczynami, ale takie doświadczenia z tą samą płcią były dla niego czymś absolutnie nowym. I, nie dało się ukryć, bardzo ekscytującym.
Zauważył, że Keith marszczy brwi, spoglądając na niego bez zrozumienia.
-Przecież jesteś gejem...
-No... No tak...- Johnny spłoszył się nieco.- A-Ale mówiłem ci przecież, że prawie nikt nie wie- przypomniał sobie swoje własne kłamstwo i uśmiechnął się wymuszenie.
-Więc...- ciemnowłosy wciąż patrzył na niego jakoś dziwnie.- Jesteś prawiczkiem...?
Ha! Jasne!
-Tak...- kolejne kłamstwo gładko przeszło przez gardło szatyna, choć zaraz poczuł wyrzuty sumienia. Bał się jednak, że szczera odpowiedź wywołałaby kolejne pytania, a on już gubił się w tym wszystkim okropnie.
-Cóż... To trochę... zaskakujące...- Keith zaśmiał się i założył pasemko włosów za ucho. Chyba po słowach szatyna, poczuł się troszkę pewniej. Johnny odpowiedział kolejnym, niemrawym uśmiechem.- W szkole naprawdę opowiadają o tobie niestworzone historie...
-Taaak... Zupełnie nie wiem, czemu...
To całe wyzwanie rodziło tylko problemy.
Gdy Johnny’emu wydawało się, że wyjaśnił już wszystko jednym kłamstwem i będzie mógł zachowywać się tak, jakby nic się nie stało, zaraz musiał wymyślić kolejne i kolejne.
Miał wrażenie, że sam zapędził się do labiryntu i zagubił w nim kompletnie, nie mogąc już odnaleźć drogi wyjścia.
A zamiast Minotaura, dostał w prezencie Erica i jego intrygi.

9 komentarzy:

  1. Asdfghjkl, no nie wierzę! Wyzwanie! Aww, jak dla mnie to opowiadanie mogłoby się pojawiać codziennie. I oczywiście nigdy nie kończyć. :3
    Eric to zagadka, ciekawe czy przy okazji wyjazdu na konkurs powie coś Keithowi. Mam nadzieję, że nie... ale kiedyś w końcu i tak będzie musiał się dowiedzieć. Keith jest taki uroczy, nie zasługuje na to by go okłamywać. :c

    Btw, jakoś tak mam wrażenie, że Wyzwanie zmierza ku końcowi. Obym się mylił. ;3

    OdpowiedzUsuń
  2. Johnny coraz bardziej brnie w kłamstwa. Tym bardziej zrani Keitha. Mógł powiedzieć, że raz był z dziewczyną czy coś. Nie wiem jak od się z tego wszystkiego wykaraska. Och, będzie przepraszał Keitha na kolanach za wszystko i dawał wielkie dowody miłości.
    Jak najbardziej jestem za tym ich kochaniem się. :DD

    A Eric jest nadal dla mnie tajemnicą. Nawet większą niż był. Zrozumienie jego postępowania nie jest proste. Strasznie mnie jego osoba ciekawi i co go skłoniło do obrony Keitha. Tym bardziej mam przeczucie, że on jedzie na ten konkurs dlatego, że brunet tam będzie. Ten chłopak to jedna wielka zagadka. :DD

    OdpowiedzUsuń
  3. ("-Może skończyć się trochę gorzej...- odparł lodowato Keith, przysuwając się jeszcze bliżej chłopaka.- Bo ty moim kumplem zdecydowanie nie jesteś." zamianaimion?)

    więc Ericowi podoba się Keith. i wyzwanie miało służyć zdobyciu informacji, czy Keithowi mogą podobać się faceci. ale zaszło już za daleko...
    och problem kłamstwa stał się taki fascynujący <3
    czyżby Eric był gejem nieszczęśliwym z powodu swych skłonności / z powodu jednostronnego zakochania? ;p it somehow doesn't fit his character...:^

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Droga Silencio,
    jakiś czas temu przeglądając opowiadania Dream natknęłam się na informację że jedno z Twoich opowiadań o takim samym tytule natchnęło ją do napisania "Księcia". Postanowiłam poszperać troszeczkę w necie i Cię znaleźć. Nawet nie zauważyłam jak szybko pochłonęłam tamto opowiadanie. Strasznie się wciągnęłam i w tej chwili zostały mi do przeczytania tylko "Chaos" oraz "You Found Me" ale prawdopodobnie spodobają mi się tak samo jak reszta twoich tekstów.
    Ogromnie przepraszam również że nie skomentowałam każdego z twoich opowiadań osobno zaraz po przeczytaniu ale niestety pisanie komentarzy niezbyt mi wychodzi.
    Jednym zdaniem: zyskałaś nową czytelniczkę


    OdpowiedzUsuń
  6. Dobra, w tym rozdziale uwielbiam Erica za jego teksty. No i arogancję bliską mojej. Dalej stawiam na to, że buja się w Bennym - tylko tak (póki co) mogę sobie wytłumaczyć niektóre z jego zachowań. Fajniutki jest!
    A Johnny zapętla się i zapętla... Już nie potrafię doczekać się chwil, w których cały ten supeł będzie próbował rozplątać. Szkoda, że słodki Keith w całym tym wariactwie sobie pocierpi, ale mam nadzieję, że koniec końców wszyscy zostaniemy z uśmiechem na twarzy.

    Notka zdecydowanie na plus. Oczywiście dla mnie zawsze będzie za krótko, ale to już norma.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy11:26 AM

    Eric mnie przeraża... Bo już nawet nie wkurza jak to było na początku, a seryjnie przeraża :D
    Zawsze po przeczytaniu rozdziału tak się zastanawiam, jak Keith przeżyje odkrycie prawdy i jestem cholernie ciekawa czy moje wizje będą pokrywać się z tym jak to będzie w opowiadaniu.

    Popiskuje z radości, że następnym razem będzie Chaos <3


    ~Tess

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy4:29 PM

    A taki nowy gostek się przyplątał~ Lubie Wyzwanie i jak ogółem piszesz. Rozdział fajny... Nie moge sie doczekać aż w końcu wszystko zacznie sie komplikować, ale mam skrytą nadzieje że zanim to nadejdzie to napiszesz ich wspólną dłuższą noc ^ ^.
    Arek. Jak chcesz to wstąp, postanowiłem tyż spróbować coś pisać.
    http://yaoi-erral.bloog.pl

    OdpowiedzUsuń
  9. Jeżeli głowisz i zastanawiasz co by tu sprezentować swoim czytelnikom na Zająca, to Ci podpowiem ze kolejny rozdział "Wyzwania" byłby naprawdę genialnym wyborem :):)i jakkolwiek uwielbiam to opowiadanie we wszystkich jego aspektach, marzy mi sie aby poczytać o ich wspólnie spędzonym dniu przed wyjazdem na konkurs- i żeby było właśnie tak słodko i uroczo, jak dzisiaj:D to naprawdę jest niesamowite, że opisujesz ich właśnie tak rozkosznie sweet a czytelnik zamiast mdłości, czuje pozytywnego kopa i ich niedosyt:D i na dodatek nie są nudni, bezbarwni czy jednowymiarowi! naprawdę zazdroszczę!
    i rozważ proszę moją prośbę o zajączka... (może być przeterminowany nawet)

    OdpowiedzUsuń