Strony

piątek, 29 marca 2013

25. Kłótnia i zgoda [Sunrise]

Od tamtego zdarzenia z Ricky’m, minął ponad tydzień. Amadeusz, tak jak się spodziewałem, wrócił kolejnego dnia. Jak zwykle był wściekły i jak zwykle się pokłóciliśmy, jak zwykle też, nie udało nam się dojść do porozumienia. Na koniec po prostu wymusił na mnie obietnicę, że nie spotkam się z Ricky’m, nie będę się z nim kontaktował, a jeśli cokolwiek będzie nie w porządku, natychmiast dam mu znać. Zgodziłem się dla świętego spokoju, bo naprawdę nie chciałem się już z nim spierać i tłumaczyć po raz tysięczny tych samych, dla mnie zupełnie oczywistych, spraw. Między nami nie było dobrze. Nie od tamtego wydarzenia, co jasne, było kiepsko już wcześniej, ale po tym wszystkim, sytuacja jeszcze bardziej się pogorszyła i skomplikowała. Zazwyczaj po sporach obaj dążyliśmy do tego, by jakoś to wszystko naprawić. Amadeusz często unosił się dumą, więc to ja, jako strona „uległa”, starałem się wszystko wyprostować. Czasem bywało odwrotnie. Czasem to ja się denerwowałem, a on łagodniał nagle i bardzo urokliwie, choć niezbyt empatycznie, a więc zupełnie w swoim stylu, starał się mnie udobruchać, zaczynając od pieszczot i dążąc oczywiście do tego, na czym zależało mu w naszej relacji najbardziej. Ale nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo. Lubiłem go takiego. Teraz jednak, żaden z nas nie dążył do porozumienia. Rzadko ze sobą rozmawialiśmy. Rzadziej też się widywaliśmy. Ja zacząłem chodzić do szkoły z większą częstotliwością, chyba po to, by nie siedzieć w mieszkaniu ze snującym się dookoła z ponurą miną demonem. On znikał gdzieś w trakcie dnia i najwyraźniej znowu zaczął mnie obserwować, bo czasem zauważałem go gdzieś w trakcie lekcji, gdy rozmawiałem z przyjaciółmi czy wracałem do domu. Wiedziałem, że robi to z troski, a on wiedział doskonale, co o tym wszystkim myślę. Nie pierwszy już raz nie liczył się z moim zdaniem, a ja byłem na tyle znużony tym wszystkim, że nawet nie miałem ochoty o tym dyskutować. Chciał mnie sprawdzać…? Proszę bardzo.
Zaczynałem czuć się przy nim naprawdę źle. Cała atmosfera, jaka się między nami wytworzyła, to nieprzyjemne napięcie, jakby lada chwila miało dojść do konfliktu, wszystko to mnie drażniło i irytowało. Sprawiało, że unikałem konfrontacji i właściwie wolałem uciec od wszystkiego. Częściej widywałem się z przyjaciółmi. Wychodziłem gdzieś pod różnymi pretekstami, byle tylko powłóczyć się po parku czy obejść kilka razy blok i odetchnąć świeżym powietrzem. Ktoś, kto patrzyłby na naszą sytuację z zewnątrz, mógłby pomyśleć, że zaczynałem się odkochiwać. Ale to nieprawda. Czułem do Amadeusza dokładnie to samo, co wcześniej. Naprawdę byłem w nim zakochany. Ale coraz częściej nie mogłem pozbyć się myśli, że to uczucie nie przyniesie mi nic dobrego. Nie chodziło tylko o rozczarowanie związane z tym, że demon go nie odwzajemniał. Miałem wrażenie, że do siebie nie pasujemy. Że po tym, jak odszedłem od Ricky’ego, znowu wpakowałem się w bardzo niebezpieczną relację. Tym razem niebezpieczną pod zupełnie innym względem. Nie bałem się, że Amadeusz mógłby mi cokolwiek zrobić. Na pewno nie celowo. Ale te wszystkie kłótnie mnie dołowały i zniechęcały. Dni pełne milczenia sprawiały, że zastanawiałem się nad tym, jaki to wszystko ma sens. On jest demonem. Ja człowiekiem. To, co nas łączyło, było tak naprawdę bardzo nietrwałe i kruche. Naprawdę mi na nim zależało. Jemu na mnie też, byłem tego pewien, ale w zupełnie inny sposób. Ja miałem wybór. O ile można mówić o wyborze, gdy któregoś dnia, w twoim mieszkaniu, pojawia się bardzo natrętny współlokator. Tak czy inaczej, mogłem go zignorować, odepchnąć od siebie i być z kimkolwiek innym. On wyboru nie miał. Byłem jedynym człowiekiem, jakiego spotkał, który go widział. To nie były głębokie uczucia, to była fascynacja połączona z czymś na kształt przekonania, że ma mnie na własność.
Amadeusz nie był moim głównym problemem, ale na pewno nie stanowił dla mnie odpowiedniego wsparcia. Ricky już się nie pojawił, choć byłem tym szczerze zdumiony. Wydawało mi się, że natychmiast przyjdzie ponownie. Zaniepokojony, zapytałem nawet Amadeusza, czy ma z tym coś wspólnego, a on zareagował równie impulsywnie jak i tamtego dnia, zarzucając mi, że troszczę się o kogoś, kto mnie krzywdził. Nie rozumiał, że nie o troskę tu chodziło. Tak czy inaczej, Ricky chyba miał się dobrze, bo nie zrezygnował. Znowu znajdowałem te wiadomości w swojej skrzynce. Katy mówiła mi, że natknęła się na jednego z jego kumpli i zachowywał się wobec niej bardzo wulgarnie. Któregoś dnia, gdy szedłem do szkoły, ktoś wpadł na mnie z impetem, potrącił i przewrócił na ziemię, po czym pobiegł dalej, nawet się nie oglądając. Nie widziałem kto to, miał na sobie kaptur, ale na pewno nie był to Ricky. I właściwie, mógłby to być ktokolwiek. Ktoś, kto zrobił to przez przypadek, kto naprawdę się spieszył, kto nie zauważył… A jednak ta sytuacja wytrąciła mnie z równowagi i długi czas nie mogłem przestać o tym myśleć. To nie tak, że zaczynałem się bać, choć trudno było nie odczuwać strachu. Chodziło raczej o autentyczne zmęczenie całą sytuacją. Wiem, że to głupota, ale gdybym miał pieniądze i rzeczywiście byłoby mnie na to stać, chyba zapłaciłbym mu nawet dla chwili świętego spokoju. Ta sprawa nie dawała mi żyć. Nie mogłem spać. Źle się czułem. Nieustannie się nad tym zastanawiałem. Nie chodziło już o samego Ricky’ego i jego żądania wobec mnie. Nawet nie o niepokój, że jest zdolny posunąć się do czegoś więcej. Do tych obaw dołączyły bowiem nowe. A co, jeśli Ricky pojawi się tu znowu? Co, jeśli tym razem, Amadeusz w swojej gwałtowności, uczyni coś, co będzie miało znacznie gorsze skutki? Przecież ostatnim razem mógł go zabić. Demon tego nie rozumiał. Nie było mi żal byłego chłopaka. Po prostu nie chciałem mieć problemów. A przede wszystkim, nie chciałem być przyczyną jakiejś tragedii.
Siedziałem w szkolnej stołówce, razem z Jenną i Jackiem. Katy zaliczała jakiś sprawdzian. Ja nawet się nie trudziłem, dobrze wiedziałem, że nie zdam. Do szkoły chodziłem właściwie dla towarzystwa moich przyjaciół i po to, by wyrwać się z domu. Nie starałem się nawet o poprawienie ocen, nie dopytywałem nauczycieli, czy mogę cokolwiek poprawiać. Było mi głupio, gdy Jenna w moim imieniu usiłowała coś załatwić, najwyraźniej sądząc, że w ten sposób skłoni mnie do zmiany nastawienia. Ale ja byłem zrezygnowany. Zniechęcony. Nie miałem ochoty zupełnie na nic, a szkoła przestała być jakimkolwiek priorytetem. Nie wiedziałem nawet, czy w ogóle będę powtarzał klasę, czy zrezygnuję z dalszej nauki, gdy tylko skończę osiemnaście lat.
-Josh, ile ostatnio schudłeś…?- zapytała Jenna, przyglądając mi się z uwagą.- Pięć, sześć kilo…?- oceniła na oko. Wzruszyłem ramionami, uśmiechając się niepewnie.- Nie wyglądasz dobrze…
-Ale czuję się dobrze- odpowiedziałem, starając się brzmieć jak najbardziej swobodnie, choć nie było w tym nic prawdziwego. Tęskniłem za momentem, w którym mogłem to powiedzieć z całą odpowiedzialnością. To było wtedy, gdy między mną i Amadeuszem było dobrze. Naprawdę dobrze. Owszem, zawsze się o coś kłóciliśmy. Ale nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek wcześniej wykrzykiwał, że kogoś zabije przez zazdrość o mnie. Ani żeby zarzucał mi zdradę.
-Uważam, że naprawdę powinieneś spróbować raz jeszcze podejść do egzaminu z matematyki- powiedziała Jenna, która już od kilku dni wyraźnie nie mogła się powstrzymać, by nie próbować wpłynąć jakoś na zmianę podjętej przeze mnie decyzji. Jack zerknął na nią ostrzegawczo, ale kontynuowała- Serio, Josh. Nic nie jest jeszcze stracone! Mogę ci przecież pomóc w nauce… To wcale nie jest takie trudne… Wiem, że Worner cały czas się ciebie czepia, ale…
-Nie sądzę, żeby to cokolwiek dało…- odpowiedziałem spokojnie.- Nie tylko Worner mówi, że mnie obleje…
-No tak, ale nauczyciele zmieniliby zdanie, gdyby zobaczyli, że się starasz!- usiłowała mnie przekonać dziewczyna.- Nie wszyscy są tacy złośliwi jak ona, zresztą, gdybyś tylko chciał, poradziłbyś sobie i z Worner! Serio, Josh, postaraj się! Lepiej skończyć z jedną poprawką niż powtarzać rok…
-Nie wiem, czy będę go powtarzał- odparłem szczerze, a Jenna dosłownie osłupiała.- To chyba nie jest szkoła dla mnie…- dodałem cicho.
-Mówisz serio?- zdziwił się Jack. Skinąłem głową.- No… Ale przecież… No, do tej pory dawałeś sobie radę, nie?
-Właśnie!- podchwyciła natychmiast Jenna.- Zaliczyłeś pierwszy semestr bez najmniejszego problemu, no, może nie licząc fizyki, ale i z tym dałeś sobie radę! Ten semestr też zacząłeś dobrze. Dopiero później coś się zmieniło. Wiem, że chodzi o tego uciążliwego debila, który cały czas cię oszukiwał… Wiem, że on ciągle nie chce dać ci spokoju…
-Mówiłem ci, że sobie odpuścił…- przypomniałem swoje własne kłamstwo.
-Tak, a Katy z kolei mówiła mi, że jego koleś się do niej doczepił!- odpowiedziała Jenna, spoglądając na mnie z politowaniem.- Nie musisz mnie okłamywać, Josh. Mówiłam ci już, że powinieneś coś z tym zrobić… I naprawdę, proszę cię, nie olewaj szkoły! Co będziesz robił, jeśli nie zdasz liceum…? Przecież nie pójdziesz na żadne studia ani nawet do policealnej szkoły! Gdzie chcesz pracować bez podstawowego wykształcenia…?
Nie wiedziałem. Naprawdę się nad tym nie zastanawiałem, nie miałem do tego głowy. Nie miałem też pojęcia, co odpowiedzieć. Już od momentu pojawienia się Amadeusza, moi przyjaciele przestali mieć pełną wiedzę na temat tego, co dzieje się w moim życiu. Później doszły jeszcze inne kłamstwa. Chciałbym wyjaśnić im wszystko i sprawić, by choćby częściowo zrozumieli motywy mojego postępowania, ale nie mogłem.
-Jenna, daj już spokój…- burknął Jack, zerkając na mnie ukradkiem.
-No co? Przecież mam rację!- obruszyła się dziewczyna.- Josh zmarnuje sobie życie, chcesz na to pozwolić?!
-Niekoniecznie, przecież są ludzie, którzy nie skończyli szkoły, a radzą sobie bardzo dobrze…
-Och, świetnie! Na co czekasz? Jeszcze bardziej upewnij go w przekonaniu, że wcale nie popełnia błędu, chcąc rzucić szkołę! Nie rozumiesz, że to pojedyncze przypadki…? Żeby do czegoś dojść, trzeba mieć chociaż minimum wiedzy! Podstawowe wykształcenie to… to… to podstawa! Josh będzie tego naprawdę żałował, jeśli nie teraz, to za kilka lat! A my jesteśmy jego przyjaciółmi…
-Więc powinniśmy uszanować jego decyzję.
-Głupią decyzję?!
Milczałem, przysłuchując się kłótni przyjaciół. Dobrze wiedziałem, że Jenna ma rację, ale nie mogłem teraz myśleć o swojej przyszłości, skoro głowę zaprzątały mi niemal wyłącznie bieżące sprawy. Wiedziałem, że nawet gdybym chciał, nie udałoby mi się nadrobić całego tego materiału. Wiedziałem też, że nie znalazłbym w sobie odpowiednio dużo motywacji, by choćby spróbować. Wstałem nagle z miejsca, biorąc swój plecak. Przyjaciele przestali się spierać i spojrzeli na mnie z zaskoczeniem.
-A ty dokąd…?- rzuciła Jenna.
-Do domu.
-Ale mamy jeszcze trzy lekcje!- parsknęła dziewczyna.
Uśmiechnąłem się niemrawo.
-I tak nikt się mnie na nich nie spodziewa…- odpowiedziałem cicho, po czym narzuciłem plecach na ramię i ruszyłem do wyjścia ze stołówki.
-Widzisz…?- dotarł jeszcze do mnie oskarżycielski głos Jacka.- Twoja wina!
A może wszystko było wyłącznie moją winą…? Olewałem przyjaciół, odkąd pojawił się Amadeusz. Wcześniej bez problemu godziłem swój związek z Ricky’m i relacje z moją paczką. Później naprawdę ich zaniedbałem, chociaż oni ciągle przy mnie byli i troszczyli się o mnie. Oczekiwałem od demona rzeczy, których nie powinienem od niego oczekiwać. Wyznałem mu swoje uczucia i może popełniłem błąd, może powiedziałem o kilka słów za dużo, stawiając go w bardzo niezręcznej i nietypowej sytuacji. I nie mogłem poradzić sobie z Ricky’m, choć przecież nie jestem damą w opresji, a mężczyzną! Wstydziłem się iść na policję, a sam nie miałem odwagi, by raz na zawsze załatwić tą sprawę… Nikt inny prócz mnie nie ponosił winy za moją naiwność i tchórzostwo.
Wyszedłem poza teren szkoły i ruszyłem chodnikiem w kierunku swojego domu. Nagle zatrzymałem się, jak wmurowany. Kilkanaście metrów dalej, tuż przede mną, stał Ricky. Z początku byłem przekonany, że mam jakieś zwidy albo po prostu mi się wydaje. Przerażony tamtą sytuacją, nie raz już „widziałem” go gdzieś na ulicy, a gdy przechodziłem obok, okazywało się, że to ktoś, kto czasem nawet nie był do niego podobny. Teraz jednak się nie myliłem. To był mój dawny chłopak. Uśmiechnął się na mój widok paskudnie i ruszył w moją stronę. Niewiele myśląc, przeszedłem przez ulicę, choć w tym miejscu nie było pasów. Akurat nic nie jechało. Zrobił dokładnie to samo. Przystanąłem znowu, nie mając zbytnich możliwości, by przed nim uciec. Mogłem powtórzyć to, co przed chwilą, ale i on zapewne podążyłby za mną. Podobnie byłoby, gdybym odwrócił się i próbował odejść w inną stronę. Szedł w moim kierunku. Gdy trochę się do mnie zbliżył, zauważyłem, że prawą rękę ma obandażowaną i zawieszoną na temblaku. Na czole, po tej samej stronie, miał mały plaster, a kość policzkowa była wyraźnie opuchnięta. Od razu przypomniało mi się zdarzenie, do którego doszło gdy widzieliśmy się ostatnim razem. Miałem szczerą nadzieję, że Amadeusza nie ma tym razem gdzieś w pobliżu. Demon tego nie rozumiał, ale to ja mogłem mieć poważne kłopoty. Gdy twój były chłopak zostaje nagle zrzucony ze schodów, podczas rozmowy z tobą, a jedynym, który jest tam fizycznie obecny, jesteś ty sam, to raczej trudno się wytłumaczyć i upierać, że to absolutnie nie twoja wina.
-Cześć, Josh…- rzucił swobodnie Ricky, zatrzymując się tuż przy mnie. Poruszyłem się niespokojnie i zerknąłem na niego przez moment, po czym odwróciłem wzrok, nie odpowiadając.- Co za miłe, przypadkowe spotkanie…
-Nie ma w nim nic miłego- odpowiedziałem, siląc się na chłód, chociaż mój głos zdradzał jedynie zdenerwowanie całą sytuacją.
-Wiesz… Pamiętam jeszcze czasy, gdy byłeś zachwycony, gdy czekałem na ciebie kilka godzin pod szkołą…- przypomniał złośliwie.
-To było zanim okazałeś się draniem i naciągaczem- odparłem krótko.
-Wszystko byłoby w porządku, Josh, gdybyś nie mieszał nosa w nie swoje sprawy… Było nam ze sobą dobrze, a ty byś nie zbiedniał, gdybyś sypnął kasą…- powiedział zwyczajowo. Parsknąłem cicho. Rozbrajała mnie jego argumentacja. Jasne, on przecież nie zrobił absolutnie nic złego! Wcale nie próbował wyłudzić ode mnie pieniędzy, to ja, jego zły chłopak, popsułem wszystko między nami, bo byłem rzekomo dociekliwy. Chociaż tak naprawdę, to też było zasługą Amadeusza.- Zresztą, mogłeś to tak zostawić, ale nie. Ty musiałeś wszystkim rozgłosić, jaki to jesteś biedny i skrzywdzony… Przez ciebie, mój złoty interes się posypał. To chyba nic dziwnego, że żądam rekompensaty, nie…? I lepiej dobrze się zastanów nad kolejną odmową… Mam coraz większe problemy i nie mam za co zapłacić czynszu… Robię się coraz bardziej zdesperowany…- stwierdził z podłym uśmiechem.
Nie mogłem uwierzyć, że ktokolwiek może być tak bezczelny. Ale najbardziej dziwiłem się temu, jak w ogóle mogłem spotykać się z takim człowiekiem. Naprawdę byłem aż tak ślepy? Przecież byłem w nim zakochany po uszy! Gotów byłem bronić go bez względu na wszystko… Mówić, jaki to jest szczery, czarujący, miły, że nie byłby zdolny mnie oszukiwać… Teraz ciężko było mi się pogodzić ze swoją własną naiwnością. Co za głupiec ze mnie!
-Może trzeba było zacząć od takiej argumentacji, a nie gróźb…- zasugerowałem chłodno.-Wtedy zastanowiłbym się chociaż nad tym, czy ci pomagać.
Ricky zaśmiał się głośno.
-Nie chcę pożyczki ani pomocy charytatywnej…- odparł z rozbrajającą szczerością.
-Nie. Chcesz łatwej kasy od naiwnego, zakochanego w tobie frajera- odpowiedziałem niemal z bólem, przypominając sobie, że jeszcze nie tak dawno, doskonale wpisywałem się w ten opis.
Mój były wzruszył ramionami, nie przestając się uśmiechać.
-Teraz wystarczy mi kasa od ciebie.
-Powiedziałem ci już, że nic nie dostaniesz!- rzuciłem z całą stanowczością, jaką byłem z siebie w stanie wydobyć.- Chcesz pieniędzy? Więc je sobie zarób! Czy zdobądź, jak wolisz, ale w jakiś uczciwy sposób! Nawet łatwy, niech będzie! Jestem bardzo zdziwiony, że w swojej bezczelności, jeszcze mnie za to nie pozwałeś…- prychnąłem, wskazując na jego zabandażowaną rękę.- Ale wiesz co…? To przynajmniej nosiłoby ZNAMIONA uczciwości!
-Kto zepchnął mnie wtedy ze schodów…?- zapytał Ricky, wyraźnie zaciekawiony.
Pokręciłem jedynie głową i usiłowałem go wyminąć, ale chwycił mnie za ramię i przyciągnął z powrotem do siebie.
-Twój chłoptaś…?
-To byłem ja- skłamałem.
-Nie, nie, nie…- rzucił Ricky, wciąż nie chcąc mnie puścić.- Na pewno nie. To był ktoś inny. Nie zauważyłem kto, bo patrzyłem na ciebie przez cały ten czas… Wciąż jesteś całkiem niezły, Josh…- mruknął, przysuwając się do mnie bliżej.
Wyrwałem się z jego uścisku i odsunąłem natychmiast.
-Odchrzań się ode mnie- warknąłem. Znów próbowałem go wyminąć, ale przesunął się, zagradzając mi drogę.
-Kto to jest Amadeusz…?- zapytał nagle.
Na moment mnie zamurowało. Spojrzałem na niego ze zdumieniem.
-Że co…?- wydusiłem z siebie.
-Amadeusz. Kto to taki?
-Nie mam pojęcia.
-Nie kłam- Ricky parsknął cicho.- Słyszałem, jak krzyknąłeś to imię po tym jak spadłem… To on mnie zepchnął. Proszę, proszę, Josh znalazł sobie faceta… Chętnie wpadnę do twojego mieszkanka raz jeszcze, może podczas twojej nieobecności… Może z kumplami…
-Daj mi spokój!
-Dobrze wiesz, co możesz zrobić, żeby pozbyć się mnie raz na zawsze…
-Chyba na jakiś czas!- parsknąłem, nie mając najmniejszych wątpliwości, że nie skończyłoby się na jednej zapłacie. Nie zamierzałem dać się wciągnąć w coś takiego, zresztą naprawdę nie miałem pieniędzy! Rodzice płacili za szkołę i za mieszkanie, mi przesyłali akurat tyle, żeby starczyło na przeżycie, a czasem i tak było kiepsko i brakowało mi pod koniec miesiąca. Nie miałem szans prosić ich o większe sumy, zwłaszcza teraz, gdy narobiłem sobie problemów w szkole i miałem nie zdać.- Zresztą… Posłuchaj mnie uważnie…- zacząłem, drżącym z nerwów głosem. Ricky zachichotał złośliwie, spoglądając na mnie z uwagą.- Powiedziałem ci to raz i powtórzę raz jeszcze. Nie dostaniesz ode mnie ani pensa. Możesz powtarzać te swoje groźby, próbować ode mnie wyłudzić kasę, ale prawda jest taka, że nie stać cię na nic więcej… To tylko twoje słowa. Zaczepiasz mnie i moich przyjaciół, nachodzisz mnie w domu, wydzwaniasz do Jenny, nasyłasz swoich kumpli, żeby mnie śledzili… Sądzisz, że się przestraszę?- rzuciłem z wymuszonym uśmiechem, choć w rzeczywistości, naprawdę się tego obawiałem.- Nie boję się ciebie. Już nie.
-Ta twoja denerwująca przyjaciółeczka… Ta Jenna…- zaczął Ricky z udawanym zamyśleniem.- Pewnie czasem wraca sama wieczorem z jakichś zajęć czy od koleżanki… Głupio by było, żeby natknęła się na mnie albo moich kolegów… Ale skoro jesteś pewien, że nie stanie się jej nic złego…
-Tak!- warknąłem gwałtownie w odpowiedzi. Ricky zdumiał się wyraźnie.- Tak, jestem pewien! Wiesz dlaczego? Bo mam już dość tych twoich gierek! Zbyt długo się z tobą męczyłem! Jeszcze dziś pójdę na policję i powiem im o wszystkim! Złożę na ciebie zawiadomienie… Mówiłeś, że już masz z nimi jakieś kłopoty…?- dodałem w teatralnym zamyśleniu.- Szkoda byłoby, być miał kolejne…- podsumowałem dokładnie takim samym tonem, jak i on, gdy zwracał się do mnie i mi groził.
Nie miałem takiego zamiaru. Wciąż przecież brakowało mi jakichkolwiek dowodów, wciąż cała sprawa była strasznie wstydliwa, ale Ricky chyba potraktował moje słowa poważnie, bo uśmiech zniknął na moment z jego twarzy.
-Nikt ci nie uwierzy w takie bajki…- stwierdził wreszcie.
-Wystarczy mi nasza ostatnia rozmowa przez telefon… No co tak patrzysz? Wszystko nagrałem- odparłem stanowczo, choć i to, oczywiście, było kłamstwem. On jednak nie mógł o tym wiedzieć.- Nie chciałem sobie robić dodatkowych kłopotów, sądziłem, że naprawdę się w końcu odczepisz, ale stało się inaczej, więc wkrótce zobaczysz…
Ricky wpatrywał się we mnie przez dłuższą chwilę z wyraźnym poirytowaniem.
-Nic nie masz. Blefujesz- parsknął w końcu, choć jak na dłoni widać było, że nie ma co do tego pewności i najwyraźniej się obawia.
-Skoro jesteś tego taki pewien, to się przekonajmy…- odpowiedziałem z uśmiechem.
-Jesteś na to za głupi, Josh. Gdybyś rzeczywiście miał jakieś nagranie, poszedłbyś na policję już wcześniej…
-Przekonajmy się- powtórzyłem chłodno.
Ricky przysunął się do mnie.
-Jeśli na mnie doniesiesz…- zaczął szeptem.- Jeśli narobisz mi dodatkowych kłopotów… Zobaczysz, do czego naprawdę jestem zdolny.
-Nie boję się ciebie- odparłem twardo, choć nie było w tym nic prawdziwego.- Powiedziałem ci już raz, że jeśli zrobisz cokolwiek moim przyjaciołom lub mnie, stanie ci się coś bardzo złego!- dodałem i w tym akurat, nie było żadnego kłamstwa. Zwłaszcza po tamtej sytuacji i mojej rozmowie z demonem przekonałem się, że Amadeusz jest zdolny do naprawdę okrutnych rzeczy. I ja też byłbym do nich zdolny, gdyby Ricky odważył się zrobić cokolwiek moim bliskim.
-Ciekawe co…- zaśmiał się na te słowa chłopak.- Twój nowy znowu zepchnie mnie ze schodów…? Chyba trochę brakowało mu odwagi, skoro nawet nie stanął ze mną twarzą w twarz…
-Nie ma żadnego „nowego”! To ja cię zepchnąłem!
-Ta…- Ricky przewrócił oczyma, uśmiechając się pobłażliwie.- Chciałbym to zobaczyć, serio… Uśmiałbym się jak nigdy! Ale ty nie jesteś zdolny do czegoś takiego… Zresztą, pewnie nadal ci się podobam…- dodał bezczelnie.
-Brzydzę się tobą- odparłem zgodnie z prawdą, co nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia.- I możesz wierzyć lub nie, ale tak, to byłem ja!
-Strasznie mi się taki podobasz, Josh…- przysunął się do mnie na powrót.- Może ciebie też jeszcze odwiedzę…?
Zamachnąłem się i z całej siły uderzyłem go z pięści w twarz. To było zaskoczenie nie tylko dla Ricky’ego, który zachwiał się gwałtownie i nie spodziewając takiego ciosu, upadł na ziemię. Dla mnie również. Zrobiłem to raczej odruchowo niż z namysłu. Rozejrzałem się nerwowo dookoła, ale ulice były właściwie puste.
-Co ty kurwa wyrabiasz?!- warknął Ricky, który miał wyraźne problemy z podniesieniem się z ziemi, ze względu na niesprawną rękę.
Ani myślałem, żeby mu pomagać.
-Jestem zdolny do rzeczy, o których nawet nie masz pojęcia…- powiedziałem, drżącym od emocji głosem.- A jeśli jeszcze raz pojawisz się w moim mieszkaniu, spotka cię coś znacznie gorszego niż wtedy! To nie jest groźba, Ricky…- dodałem poważnie.- To ostrzeżenie. Nie zbliżaj się do mnie już nigdy więcej.

Wróciłem do domu. Wszedłem do mieszkania i zatrzasnąłem za sobą drzwi. Oparłem się o nie, oddychając głęboko i starając  uspokoić, bo po spotkaniu z Ricky’m wciąż targały mną emocje. Nadal nie mogłem uwierzyć, że go uderzyłem. To zresztą stanowiło chyba najlepszy dowód na to, jak bardzo wyprowadził mnie z równowagi. Dlaczego zawsze musiał pojawiać się w najmniej odpowiedniej chwili…? Dlaczego nie chciał dać mi spokoju? Przez niego wszystko komplikowało się jeszcze bardziej, a nie był moim jedynym problemem. Torba wymsknęła mi się z dłoni i upadła na posadzkę. Również osunąłem się na nią, czując, że brakuje mi sił. Podkuliłem nogi i wsunąłem palce we włosy, czując się strasznie zagubiony. Chciałem naiwnie wierzyć, że Ricky już się nie pojawi i że zrozumiał to ostrzeżenie. Ale ta nadzieja już nie raz okazywała się złudna. Zawsze wracał. Dawał mi chwilę oddechu, moment, w którym wydawało mi się, że wreszcie dał mi spokój i mogę o nim zapomnieć, a później pojawiał się jak gdyby nigdy nic. Co jeszcze mogłem zrobić, żeby odczepił się raz na zawsze? Zapłacić mu? To przyniosłoby odwrotny skutek. Pójść na policję? Świetnie, ale z czym? Nawet nie chciałem sobie wyobrażać, jakby mnie tam potraktowali, gdybym opowiadał o moim byłym facecie, który próbuje wyłudzić ode mnie pieniądze, który mi grozi, podczas gdy ja zachowuję się jak nastolatka, nie umiejąca sobie z tym wszystkim poradzić. Zresztą teraz, dzięki Amadeuszowi, Ricky miał dobry argument w ręce. W każdej chwili mógł się powołać na tamto zdarzenie i twierdzić, że zrobiłem mu krzywdę. Albo, co gorsza, oskarżyć o to Amadeusza. Nie widział go, ale słyszał jak o nim mówię i to mogłoby wystarczyć. Co, jeśli policja zaczęłaby o niego dopytywać? Jeśli zaczęliby próbować ustalić kto to taki, jeśli kręciliby się wokół mnie, zadawali niewygodne pytania, a ja w końcu powiedziałbym coś głupiego, co postawiłoby mnie w bardzo złej sytuacji? Zresztą, najbardziej zdenerwowałem się właśnie wtedy, gdy Ricky wypowiedział imię demona. Sam nie wiem dlaczego. Przecież nigdy nie zobaczy Amadeusza, nie podejdzie do niego, niczego mu nie powie, nie skrzywdzi go, nie zrealizuje swoich gróźb… Ale sama świadomość, że o nim wiedział, wprawiła mnie w coś na kształt paniki. Wszystko wymykało mi się z rąk, traciłem kontrolę. Ricky wiedział o Amadeuszu i zapewne będzie chciał się dowiedzieć, kto to taki. Moi przyjaciele wiedzieli o nim te kłamstwa, które wymyśliłem na poczekaniu, ale już coraz częściej nalegali, żebym z nim gdzieś przyszedł albo chociaż im go przedstawił. Najwygodniej byłoby znów skłamać i powiedzieć, że się rozstaliśmy, ale wtedy z kolei, nie mógłbym im już wytłumaczyć tego, dlaczego tak rzadko się widujemy. Tak czy inaczej, moje życie z demonem komplikowało się coraz bardziej. A najbardziej komplikował je sam Amadeusz, który zamiast pomagać mi czy chociaż mnie wspierać, piętrzył problemy i zachowywał się raczej jak gniewny policjant, uparłszy się na to, by sprawdzać mnie na każdym kroku, a w domu okazywać mi zupełną obojętność. Czułem się coraz gorzej.
Poczułem łzy pod powiekami. Pociągnąłem nosem, starając się z całych sił powstrzymać od płaczu, ale z każdą jedną chwilą, każdą jedną myślą, było coraz gorzej. Popłakałem się i to było chyba najlepszym dowodem na to, jak bardzo słaby i żałosny byłem. Nie mogłem sobie poradzić z tymi wszystkimi sytuacjami i kłopotami, które sam ściągnąłem na swoją drogę. I już naprawdę nie wiedziałem, co mam robić i na czym się koncentrować. Miałem szkołę, którą kompletnie zawaliłem. Przyjaciół, których nie traktowałem tak, jak należy. Byłego chłopaka, który nie dość, że najpierw perfidnie mnie wykorzystał, to próbował to czynić nadal po naszym zerwaniu. I wreszcie Amadeusza, który w swojej zazdrości nie znał umiaru, a ja nie byłem pewien, czy jeszcze znam jego.
Łzy spływały mi po policzkach. Załkałem cicho, czując się kompletnie bezsilny. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że ktoś przede mną stoi. Podniosłem powoli wzrok. To był demon. Byłem tak zdezorientowany, że nie wiedziałem jak zareagować. Nie spodziewałem się go tutaj o tej porze. Amadeusz zaś, na pewno nie spodziewał się mnie w takim stanie. Przez moment nie ruszał się i nic nie mógł, tylko na mnie patrząc, by wreszcie zapytać cicho:
-Co się stało?
Nie odpowiedziałem. Przetarłem twarz, starając się doprowadzić do porządku, ale łzy wciąż wracały. Nie byłem nawet świadom, że jestem tak bardzo rozbity i słaby.
Amadeusz klęknął przy mnie. Patrzył na mnie z troską i jednocześnie tak, jakby kompletnie nie miał pojęcia, w jaki sposób ma zareagować.
-Ktoś cię skrzywdził…?- zapytał z poważnym zaniepokojeniem.
Pokręciłem głową, parsknąwszy cicho. Wciąż zdumiewało mnie to, że mógł jednego dnia patrzeć na mnie spode łba, nie zamienić ze mną słowa, czy w ogóle unikać, a drugiego szukać porozumienia i zwracać się do mnie jak gdyby nigdy nic.
-Jesteś cały…?- rzucił, przysuwając się i przyglądając mi się z uwagą, jakby naprawdę sądził, że coś mi się stało.
W pierwszej chwili wcale nie zamierzałem tego robić, ale nie wytrzymałem. Objąłem go mocno wokół szyi, wtulając się w niego. Jednak zamiast opanować emocje, płakałem jeszcze bardziej. Amadeusz pomógł mi się podnieść. Poprowadził mnie powoli w stronę salonu, również przytulając do siebie. Wreszcie, usadził na brzegu łóżka, po czym usiadł obok. Patrzył na mnie w taki sposób, że mimo łez, miałem ochotę parsknąć śmiechem. Trochę tak, jak się patrzy na rozbite kawałki cennego naczynia leżące na podłodze – niby chciałoby się coś zrobić, żeby to naprawić, ale właściwie, nie bardzo wiadomo co.
-Dlaczego płaczesz…?- zapytał w końcu, wyraźnie poruszony.- Co się stało? Dlaczego płaczesz, Josh?- dopytywał nerwowo, podczas gdy ja, nie mogłem jeszcze wydusić z siebie ani słowa. Drżałem, usiłując się uspokoić.- O co chodzi? O szkołę? Dlaczego płaczesz?
-Boję się…- powiedziałem cicho.
-Czego?- zaniepokoił się demon.
-Że mnie zostawisz.
Amadeusza wyraźnie zamurowało.
-Że co…?- parsknął, kręcąc głową.- Dlaczego miałbym...? Nie zostawię cię, Josh…- stwierdził, ściskając mocniej moją dłoń.
Uśmiechnąłem się przez łzy. Wiedziałem, że to właśnie powie. Wiedziałem też, że nie chciał odchodzić, ale coraz częściej się nad tym zastanawiałem. Czasem wydawało mi się… Wydawało mi się nawet, że może rzeczywiście… w pewnym sensie… Może byłoby łatwiej, gdyby tak się stało. Ale szybko uświadamiałem sobie, że byłoby inaczej. Nie mógłbym się pozbierać, gdybym stracił go na zawsze. Teraz cały mój świat koncentrował się właśnie na nim.
Odchyliłem się do tyłu, kładąc na plecach i ocierając łzy. Do oczu wciąż napływały nowe, choć zaczynałem się wreszcie uspokajać. Amadeusz zawisł nade mną i musnął moje czoło.
-Przysięgam…- powiedział miękko. Po tym napiętym tygodniu, czułem się tak, jakbym nie słyszał go… takiego… od bardzo dawna.- Nie zostawię cię, Josh. Nie chcę cię zostawiać…
Poczułem jego wargi na swoich. Za jego pocałunkami też zdążyłem się stęsknić. Objąłem go jedną ręką, włączając się w pocałunek. Mój Amadeusz… Gdyby tylko potrafił być taki na co dzień, zapewne byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, nie bacząc na szkołę czy Ricky’ego… Bo właśnie w tym tkwił sęk. To kłótnie i spory z demonem najbardziej wyprowadzały mnie z równowagi i najbardziej zasmucały. Jego wargi przesunęły się na mój policzek. Złożył na nim kilka mniejszych pocałunków, a następnie musnął jeszcze ustami ucho, by zaraz ułożyć głowę na mojej klatce piersiowej, wtulając się w nią mocno. Zaśmiałem się cicho, pociągając nosem.
-Wiem, że jestem dla ciebie zły…- odezwał się po dłuższej chwili demon, podnosząc powoli. Spojrzałem na niego z wyczekiwaniem, chcąc usłyszeć wyjaśnienie tych słów.- Źle cię traktuję. Wiem o tym. Żałuję…- stwierdził, odwracając wzrok.- Chcę, żeby wszystko było z nami dobrze. Chcę, żebyśmy ze sobą byli, kochali się i robili inne miłe rzeczy…- uśmiechnąłem się lekko na te słowa.- Ale nie mogę zrozumieć, dlaczego stajesz w jego obronie!- rzucił nagle Amadeusz, spoglądając na mnie niemal z wyrzutem.
-Nie staję- odpowiedziałem stanowczo.
-Więc dlaczego nie pozwalasz mi go ukarać…?- zapytał surowo Amadeusz.- Dlaczego się o niego troszczysz?
-Nie chodzi o troskę- wyjaśniłem spokojnie.- Po prostu nie chcę, żebyś zrobił coś, czego będziesz żałować.
Amadeusz obruszył się wyraźnie.
-Nie żałowałbym nawet, gdybym go zabił- odparł lodowato.
Westchnąłem cicho. Spodziewałem się tych słów.
-Ale ja bym żałował… Posłuchaj- rzuciłem ostro widząc, jak gniewny grymas pojawia się na jego twarzy.- Takich rzeczy po prostu się nie robi. To nie w porządku.
-A to, co on ci robi, jest w porządku?!- zapytał zbolałym głosem, wpatrując się we mnie bez zrozumienia.- Ciągle coś do niego czujesz, prawda…?
Podniosłem się na przedramionach, patrząc mu prosto w oczy.
-Już mnie o to pytałeś…- mówiłem spokojnie, nie chcąc prowokować kolejnej kłótni.- I już ci odpowiedziałem. Nie zależy mi na nim w żaden sposób. Kocham ciebie…- szepnąłem, choć po moim pierwszym wyznaniu  i reakcji Amadeusza, nie sądziłem, by łatwo przeszło mi to przez usta. Demon drgnął lekko, jakby moje słowa go speszyły albo były dla niego niewygodne. Zignorowałem bolesne ukłucie w sercu i dokończyłem- Ricky jest mi zupełnie obojętny.
-Obojętny?! Powinieneś go nienawidzić za to, co ci zrobił!
-Ale co takiego mi zrobił, Amadeusz? Owszem, wykorzystywał mnie. Uderzył mnie na imprezie. Chce wyłudzić kasę. Okej. To naprawdę podłe i chamskie sprawy, nie lubię go, może nawet nie znoszę, ale nienawiść to bardzo duże słowo… I naprawdę potworne uczucie. Nie sądzę, bym chciał nim darzyć kogokolwiek, nawet jego…- stwierdziłem szczerze.
-Ale ja go nienawidzę…- odparł Amadeusz.
-Robisz to z zazdrości. To nie nienawiść- szepnąłem.
Dobrze wiedziałem, co kierowało demonem. Nie byłem natomiast pewien, co do tego, jakie „ludzkie” uczucia jest w stanie odczuwać i czy w ogóle potrafi je rozróżniać. Kierował się emocjami, robił to, co uznawał za słuszne, ale może wcale nie potrafił nienawidzić.
… I wcale nie potrafił kochać.
Nie mogłem mieć o to do niego żalu, tak jak i nie mogłem pozbyć się uczucia smutku, za każdym razem, gdy o tym myślałem.
Widziałem, że znów zastanawia się nad czymś i byłem pewien, że za chwilę będzie kontynuował tę rozmowę, zadając mi kolejne pytania, a ja nieszczególnie miałem na to ochotę, zwłaszcza, że potrafił pytać i manipulować mną w taki sposób, że zawsze słyszał to, czego chciał. Chociaż może to co „chciał” nie było tu odpowiednim słowem, bo raczej nie chciał słyszeć o mojej rzekomej sympatii do Ricky’ego. Ale ilekroć uparł się na jakimś temacie, zawsze gmatwał wszystko tak bardzo, że i tak wychodziło na jego.
Zareagowałem więc zawczasu, obejmując go na powrót i przyciągając do pocałunku. Jeśli cokolwiek mogło go odwieść od drążenia tej kwestii, to tylko i wyłącznie to. Zamruczał mimowolnie, oddając pocałunek i kładąc się obok mnie. Jego dłonie właściwie natychmiast znalazły się pod moją koszulką. Uśmiechnąłem się. Amadeusz, choć był istotą, która nie miała żadnych potrzeb, a już na pewno, nie powinna mieć potrzeb seksualnych (… seksualny demon brzmi kusząco, acz jakoś mało dostojnie), zawsze był skoncentrowany głównie na tym aspekcie i chyba rzeczywiście bardzo mu tego brakowało. Przez ten czas. Ten długi, długi czas.
… Tydzień.
Nie żeby mnie to dziwiło. Pewnie w normalnych warunkach uznałbym to za komplement i z dumą patrzył na siebie jak na kochanka doskonałego (… do którego, niestety, było mi daleko), ale fakt, że Amadeusz nie bardzo miał w czym wybierać, raczej nie pozwalał mi myśleć w ten sposób. Wciągnął mnie na siebie. Wsunąłem język między jego wargi, rozkoszując się pocałunkiem i czując, jak jego dłonie przesuwają się wzdłuż moich pleców, by spocząć na pośladkach i uciskać je lekko. Przetoczył się ze mną na bok, siadając okrakiem na moich biodrach i nagle chyba przypomniał sobie o tym, że jednak miał dalej dopytywać, bo przerwał pocałunek, wyprostował się i spojrzał na mnie z uwagą.
-Nie, błagam…- jęknąłem cicho, usiłując znów go pocałować, ale tym razem nie poszło tak łatwo.
-Gdybyś miał wybór pomiędzy mną, a nim…- zaczął Amadeusz, a ja już westchnąłem ciężko doskonale wiedząc, o co zapyta.- To wszystko, co chcę wiedzieć… Gdyby on cię przeprosił, zmienił się i chciał, żebyś z nim był, wybrałbyś mnie?
-Oczywiście, że tak- odparłem zdecydowanie.- Przecież wiesz, że nie wróciłbym do niego po tym, co mi zrobił!
Pierwsza część mojej wypowiedzi zapewne absolutnie by wystarczyła, ale chciałem dodać jeszcze jakiś element racjonalnego wyjaśnienia, który sprawiłby, że demon nie pytałby dalej. Najwyraźniej, przyniosło to jednak odwrotny skutek.
-A gdyby wcale cię nie skrzywdził? Gdyby był taki, jak myślałeś, że jest? Wtedy też wybrałbyś mnie…?
… Co to w ogóle było za pytanie?
Nie był taki i już. Nie mogłem tego zmienić.
Nie wiem, co by się zdarzyło, gdyby Ricky był uczciwy. Amadeusz i tak pojawił się już w moim życiu. Jeszcze w czasie trwania mojego związku z tamtym draniem, było między nami… bardzo… no… Ekhem… Cóż… Powiedzmy, że gdyby Ricky był uczciwy, to nie on zasługiwałby na miano dupka w tym związku, okej. Ale może nasze losy potoczyłyby się inaczej. Może ostatecznie wcale nie uległbym Amadeuszowi.
Nie wiem, nie miałem pojęcia, do licha!
Chociaż gdyby porównać to, co czułem do Ricky’ego, z tym, co czułem teraz do demona…
-Wybrałbyś mnie?- powtórzył Amadeusz, z wyraźnym napięciem.
-Tak!- odparłem stanowczo z nutką irytacji, a widząc, że otwiera usta, dodałem- Zamierzasz kontynuować, czy będziesz roztaczał kolejne wizje i kazał mi podejmować decyzje zależnie od stopnia cudowności Ricky’ego…?
Amadeusz spojrzał na mnie i zaśmiał się cicho. Chyba trochę mu ulżyło, chociaż dobrze wiedziałem, że ta sprawa dręczyła go w jakiś dziwny sposób. Nie rozumiałem dlaczego. Pomiędzy mną a Ricky’m wszystko było definitywnie skończone. Tylko skończony kretyn i masochista nadal czułby coś do takiego drania jak on.
Amadeusz wpił się w moje wargi, a jego palce zatrzymały się na rąbku mojej koszulki. Przerwał pocałunek, by zdjąć ją ze mnie sprawnie i zaraz znowu jego język znalazł się w moich ustach, pieszcząc ich wnętrze. Jedynym, co pozwalało mi przetrwać nasze spory i nie czuć, że są kompletnie pozbawione sensu, były te chwile – chwile, w których się godziliśmy. Jęknąłem mimowolnie, gdy wargi Amadeusza przeniosły się na moją klatkę piersiową i błądziły po całym torsie, na przemian ssąc i całując spragnioną pieszczoty skórę. Zagryzłem wargę, oddychając płytko. Dłonie ciemnowłosego prześlizgnęły się na moje uda. Gładziły przez moment ich wewnętrzną stronę, wywołując przyjemne mrowienie i podniecając coraz bardziej. Zaraz jednak znalazły się tuż przy zapięciu spodni. Amadeusz bardzo niecierpliwym gestem, odpiął guzik i otworzył rozporek. Już miał pozbawić mnie dolnej części garderoby, gdy nagle zatrzymał się i zniknął.
Zamrugałem zdezorientowany, rozglądając się dookoła, ale nie minęła chwila, gdy pojawił się znów na mnie.
Nagi.
Całkiem nagi.
Z buteleczką nawilżacza, którą musiał wziąć z łazienki.
-Bardzo ci się spieszy, co…?- zachichotałem z rozbawieniem.
-Nawet nie masz pojęcia…- zamruczał demon.- Mogę…?- szepnął z figlarnym uśmiechem, jak gdyby rzeczywiście musiał pytać o zgodę.
Zagryzłem wargę w uśmiechu, nic nie odpowiadając i tylko przyglądając mu się badawczo i czując, jak podniecenie narasta z każdą chwilą. Poruszyłem lekko biodrami, domagając się tego, by wreszcie zdjął ze mnie spodnie i zdecydowanie za ciasną bieliznę. Odłożył nawilżacz na bok i zrobił to, jednak wyjątkowo powoli, jakby prowokował mnie do jakiejś reakcji. Z trudem powstrzymałem się od ponaglenia go. Wytrzymałem. Uśmiechnął się z rozbawieniem.
-Josh…- zaczął, poważniejąc nagle, a mnie w pierwszej chwili mina zrzedła, bo pomyślałem sobie, że oto Amadeusz wybrał sobie ten jakże doskonały moment do kontynuowania naszej rozmowy.- Muszę zadać ci bardzo ważne pytanie…
-Amadeusz, błagam!- jęknąłem z autentyczną frustracją.
-Pozwól więc, że zrobię to tak, jak należy…- kontynuował, a ja dopiero wtedy wychwyciłem w jego głosie nutkę rozbawienia i uświadomiłem sobie, że ten oficjalny ton bardzo mi coś przypomina.- Joshu Carter…- rzucił, przesuwając się wgłęb łóżka i nachylając nad moją męskością. Musnął wargami jej czubek, wywołując u mnie mimowolny jęk.- Czy zechcesz…- jego język przesunął się wzdłuż jego męskości.
-Boże, Amadeusz…- westchnąłem błagalnie.
-… czy zechcesz pozwolić mi na to…- kontynuował jak gdyby nigdy nic, po czym powtórzył swój wcześniejszy ruch, doprowadzając mnie do kolejnej, jeszcze głośniejszej reakcji.- Czy zechcesz pozwolić mi na to, żebym cię wziął?- dokończył wreszcie, po czym wziął moją męskość w usta.
Zaśmiałem się niepohamowanie, by zaraz jęknąć kilkakrotnie w reakcji na jego pieszczoty.
-Boże… Tak… Tak!- krzyknąłem, sam nie wiedząc, czy to w odpowiedzi, czy w konsekwencji jego czynów. Zacisnąłem palce na pościeli, gwałtownie łapiąc powietrze i czując, że jeśli Amadeusz będzie kontynuował, to zaraz dojdę w jego wargach.
Przerwał, jak mi się zdawało, dosłownie na moment przed kulminacyjnym momentem. Jęknąłem cicho, ale dobrze wiedziałem, że warto poczekać na finał. Rozsiadł się pomiędzy moimi nogami, sięgając po nawilżacz. Nabrał żelu na palce i wsunął je we mnie, szybkimi ruchami przygotowując mnie do stosunku. Również chciałem go przygotować, odwdzięczając się jednocześnie za tamtą pieszczotę, ale on był już całkowicie podniecony i gotowy. Spojrzał na mnie tęsknym, choć wyjątkowo pokornym, proszącym właściwie wzrokiem, jakby pytając, czy może już przystąpić do działania. Uśmiechnąłem się lekko i skinąłem głową. Moment później, wszedł we mnie powoli. Objąłem go ciasno. Pocałował mnie znowu. Zaczął poruszać się we mnie mocno i szybko. Nasze wargi odrywały się od siebie co krótki moment, łapiąc gwałtownie oddech, wydając z siebie jęk czy westchnienie i zaraz powracały znowu do tego urywanego, chaotycznego pocałunku. Dobry Boże, jak strasznie go uwielbiałem… Niewiele brakowało, a z moich ust, już po raz drugi tego dnia, wymsknęłoby się miłosne wyznanie. Nie sądziłem jednak, by mogło mu się to spodobać, a w tej sytuacji tylko by go rozproszyło.
Nie chciałem go rozpraszać, o nie…
Zacisnąłem mocno dłonie na jego ramionach, zdecydowanie za mocno, zapewne gdybym nie miał do czynienia z demonem, już usłyszałbym jakąś reakcję na ból. Wpiłem się gwałtownie w jego wargi, szczytując. Jego dłonie znalazły się na moich biodrach. Wchodził we coraz mocniej i szybciej. Wyjęczałem jego imię, moment przed tym, nim doszedł w moim wnętrzu.
Opadł na mnie, przyjemnie ciepły i nie przejawiający żadnych, najmniejszych nawet oznak zmęczenia, do czego zresztą przywykłem. Przetoczył się na miejsce obok i objął mnie mocno, nie dając mi możliwości, by się podnieść i sięgnąć po chusteczki czy cokolwiek innego, czym mógłbym się wytrzeć. Odetchnąłem, zostając w jego ramionach.
-Nienawidzę naszych kłótni…- powiedziałem szczerze.- Ale kocham się z tobą godzić…- zachichotałem, oglądając się na niego i muskając jego wargi.
Amadeusz zaśmiał się lekko.
-Nie chcę się z tobą kłócić…- odparł.- I nie chcę myśleć o tym całym… Nie chcę- skwitował stanowczo.- Ale nie chcę też, żebyś ty o nim myślał…
-Już ci tłumaczyłem!- westchnąłem bezradnie.
-Nie chcę, żebyś przez niego cierpiał.
-Nie cierpię przez niego, tylko przez ciebie- wypaliłem bez zastanowienia.
Amadeusz wbił we mnie zdumione spojrzenie.
-Przeze mnie…?- zapytał z wyraźną obawą.
-Nie w tym sensie…- wytłumaczyłem się natychmiast.- Chodzi po prostu o to, że kiedy między nami wszystko gra, to naprawdę potrafię mniej myśleć o tych przykrych sprawach… Ale kiedy jesteś… TAKI… Kiedy łazisz za mną wszędzie, śledzisz mnie, ignorujesz, zachowujesz się tak, jakbym zasługiwał na potępienie… Wtedy jest naprawdę źle.
Demon zamyślił się wyraźnie.
-Więc nie płakałeś przez niego…?- dopytał ostrożnie.
Zerknąłem na niego z obawą. Przez moment miałem wrażenie, że może rzeczywiście widział moją kłótnię z Ricky’m albo chociaż jej fragment, ale wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że pewnie zareagowałby już w jej trakcie, a jeśli nie, z pewnością nie dałby mi w domu żyć.
-Nie- odparłem spokojnie, choć w istocie mój dzisiejszy wybuch był mieszanką wszystkich tych emocji, również związanych z byłym chłopakiem.
Miałem wrażenie, że demon rzeczywiście zrozumiał moje wyjaśnienia, choć nie miałem wątpliwości, że nie uchroni nas to przed kolejnym sporem. Amadeusz postępował bardzo impulsywnie, wystarczyła drobna rzecz, by wytrącić go z równowagi.
-Więc płakałeś przeze mnie…?- rzucił ze szczerym zaniepokojeniem.
-Nie. Po prostu… byłem zmęczony…- powiedziałem, uśmiechając się do niego niepewnie.
-Zawsze płaczesz, gdy jesteś zmęczony…?- uniósł pytająco brew.- Bo mam cię dzisiaj zamiar zmęczyć jeszcze bardziej…- dodał, składając na mojej szyi kilka pocałunków, a ja parsknąłem śmiechem.
-Zmęczony psychicznie. Fizycznie możesz męczyć mnie do woli- stwierdziłem z rozbawieniem.
Leżeliśmy obok siebie przez chwilę. Z początku naprawdę nie zamierzałem do tego wracać ani nic mu mówić, ale zastanawiałem się nad tym nie raz i wiedziałem, że ja też nie jestem w stosunku do niego stuprocentowo uczciwy. Może niektórych z jego gwałtownych reakcji dałoby się uniknąć, gdybym był szczery i od razu mówił mu, co się dzieje. Amadeusz był demonem, przyzwyczaił się do tego, że może być wszędzie, gdzie tylko zechce i kontrolować wszystko, co go interesuje. Samo nie łażenie za mną krok w krok sprawiało mu chyba duży problem. A kiedy jeszcze ukrywałem coś przed nim i nagle okazywało się, że nie miał pojęcia, o jakieś sprawie – wtedy wpadał we wściekłość.
-Spotkałem dzisiaj Ricky’ego…- zacząłem nieśmiało.
Podniósł się na przedramieniu i spojrzał na mnie z uwagą.
-Pod szkołą…- dodałem, już po jego minie widząc, że nie miał o niczym pojęcia.- Wyszedłem wcześniej z lekcji, a on już tam czekał… Miał zabandażowaną rękę i wyglądał dosyć…
-I co?- przerwał mi Amadeusz, chyba nieco poirytowany tym opisem, jakby uważał, że jest to przejaw troski z mojej strony, choć oczywiście tak nie było.
-Nic szczególnego- odpowiedziałem ostrożnie.- Zatrzymał się przy mnie. Zaczął rozmawiać. Jak zwykle chciał pieniędzy. Zapytał, kim jesteś, bo słyszał, jak wołałem twoje imię… I… I go uderzyłem- dokończyłem cicho.
Amadeusz wbił we mnie zdumione spojrzenie.
-Że co zrobiłeś?
-Uderzyłem go- powtórzyłem, odkaszlnąwszy cicho.
-Uderzyłeś?
-Tak. Z pięści w twarz.
Demon zamrugał kilkakrotnie, po czym zaczął się głośno śmiać.
-Naprawdę trudno mi sobie wyobrazić… Ciebie i… Och, rany…- chichotał nieustannie.- Żałuję, że mnie przy tym nie było!- rzucił z autentycznym zawodem.- Naprawdę musisz go nie lubić…- dodał po chwili z wyraźną ulgą.
-Nawet nie masz pojęcia…- szepnąłem, jak on uprzednio i obaj zaśmialiśmy się znowu.

Było koło szesnastej. Otworzyłem swoją torbę i wrzuciłem do niej podręczniki z matematyki i fizyki. Krzątałem się przez moment po pokoju, szukając portfela i nie mogąc sobie przypomnieć, gdzie u licha go zostawiłem. Kilka sekund później, Amadeusz pojawił się przy mnie ze zgubą w ręce, wyjątkowo pomocny. Uśmiechnąłem się do niego z wdzięcznością, nie zwracając uwagi na to, że swoim zwyczajowym, pełnym gracji zachowaniem, omal nie strącił stojącego na stole talerza.
-Dziękuję- powiedziałem, chowając portfel do torby.
-Więc…- Amadeusz spojrzał na mnie z uwagą.- Będziesz u Jenny…?
-Tak- potwierdziłem pogodnie, narzucając na siebie dżinsową kurtkę i zakładając torbę przez ramię. Dopiero po chwili skierowałem na niego nieco zaniepokojone spojrzenie.- A ciebie tam nie będzie…?- dopytałem.
Zaśmiał się cicho.
-Jasne, że nie, Josh. Wiesz, że ci ufam. A tak a propos, poszedłem wczoraj odwiedzić Ricky’ego… Dobra robota, Josh…- stwierdził, uśmiechając się bardzo złośliwie.
-Ot i twoje zaufanie! Nie mogłeś uwierzyć mi na słowo…?
-Uwierzyłem. Po prostu chciałem zobaczyć efekt.
Zachichotałem. Zbliżyłem się do niego, po czym oparłem dłonie na jego ramionach i ucałowałem go powoli.
-Mam rozumieć, że będziesz tu, gdy wrócę…?- zapytałem, po czym zagryzłem wargę w figlarnym uśmiechu, moment przed tym, nim jego usta znowu połączyły się z moimi, ledwie na krótką chwilę.
-Mam rozumieć, że się pospieszysz…?
-Zajmie mi to góra dwie, trzy godziny- obiecałem. Jenna zadzwoniła do mnie wczoraj wieczorem, stosując chyba wszelkie możliwe argumenty, żeby przekonać mnie do zmiany zdania i przyłożenia do nauki. Ja właściwie podjąłem już decyzję, więc nie przyniosło to takiego efektu, jakiego się spodziewała, ale dla swojego i jej spokoju, postanowiłem się zgodzić na korepetycje i sprawdzić, czy rzeczywiście potrafię opanować chociażby kilka tematów.- Mam nadzieję, że nie będę musiał na ciebie czekać…- zaśmiałem się lekko, po czym ostatni raz musnąłem jego wargi i skierowałem się do wyjścia.
Opuściłem blok i ruszyłem niespiesznie przed siebie. Skręciłem w prawo, w jedną z uliczek. Usłyszałem dźwięk telefonu. Wyjąłem komórkę z kieszeni i dostrzegając na wyświetlaczu imię przyjaciółki, odebrałem z radosnym:
-Cześć, Jenna. Już idę na przystanek, będę u ciebie za jakieś pół godziny.
-Wiesz, już od naszej wczorajszej rozmowy mam dziwne wrażenie, że pogodziłeś się z tym twoim chłopakiem…- zaczęła dziewczyna z wyraźnym zaciekawieniem.
-C-Co…?- bąknąłem, pąsowiejąc lekko.- Ską… Właściwie, skąd pomysł, że byliśmy pokłóceni?- zreflektowałem się.
-No nie wiem, miałeś taki zły humor, naprawdę już sądziłam, że zerwałeś z tym swoim Amadeuszem… Ale jak słyszę, wprost promieniejesz- zachichotała, by zaraz dodać z całkowitą powagą i wyraźną determinacją- To dobrze. Bo wiedz, że ci nie odpuszczę, Joshu Carter! Wiem dobrze, że jesteś w stanie poprawić te wszystkie złe oceny jeśli weźmiesz się do roboty…
-Jenna…- jęknąłem cicho.
-Hej- usłyszałem czyjś głos i zatrzymałem się nagle, po czym odwróciłem za siebie.
Stał tam jakiś chłopak, wysoki i dość masywny, krótko ścięty. W pierwszej chwili sądziłem, że nie zwracał się do mnie, ale w uliczce nie było nikogo innego, a on patrzył wprost na mnie.
-Josh? Jooosh…?- rzuciła Jenna, najwyraźniej czekając na odpowiedź.
-Poczekaj, oddzwonię do ciebie zaraz, dobrze?- poprosiłem, po czym rozłączyłem się, nie rozumiejąc, o co chodzi.- Przepraszam, w czym rzecz?- zapytałem uprzejmie, patrząc na chłopaka.
Tamten wzruszył ramionami, uśmiechając się.
-Tak po prostu… Chciałem się przywitać…
-My się znamy…?
-A nie?- zapytał z udawanym zdumieniem.
-Nie sądzę…- odpowiedziałem szczerze. Zaczął iść w moim kierunku. Poczułem się mocno zdezorientowany.- Nie przypominam sobie, żebyśmy kiedykolwiek się widzieli…
Przyspieszył kroku. Cofnąłem się odrobinę, nie mając bladego pojęcia, co właściwie się dzieje.
-Zaraz przypomnisz sobie to i owo, frajerze- powiedział całkowicie spokojnym głosem, po czym zatrzymując się przy mnie, gwałtownym ruchem wytrącił mi telefon z ręki. Komórka z trzaskiem upadła na ziemię.
-J… Ja nie rozumiem…- stwierdziłem, przełykając ślinę.
Chciałem wycofać się jeszcze bardziej, ale z bocznej uliczki wyszło jeszcze dwóch chłopaków, który podeszli do mnie powoli, zagradzając drogę. Ten, który stał przede mną, pchnął mnie tak mocno, że wpadłem na jego kolegów. Jeden z nich przyłożył mi z pięści w brzuch. Zgiąłem się w pół z głuchym jękiem i z pewnością upadłbym na ziemię, gdyby pozostali dwaj nie przytrzymali mnie mocno. Tamten uderzył mnie jeszcze dwa razy, dokładnie w taki sam sposób, po czym zamachnął się mocno i walnął mnie prosto w twarz. Krzyknąłem z bólu. Puścili mnie, a ja upadłem na ziemię. Wołałem coś do nich, kuląc się jednocześnie i starając osłonić przed kolejnymi ciosami. Kopali mnie po plecach i nogach, śmiejąc się i wymieniając między sobą wulgarne komentarze. To im jednak nie wystarczyło, bo zaraz jeden z nich nachylił się nade mną i szarpnął mnie mocno, przewracając na plecy. Wrzasnąłem, gdy kolejne ciosy koncentrowały się na moim brzuchu. Wreszcie przestali, a jeden z nich, przycisnął mocno stopę do mojej klatki piersiowej, uniemożliwiając mi przewrócenie się. Z każdą chwilą dociskał ją coraz mocniej, wsłuchując się w moje pełne bólu jęki i szeptane z trudem prośby
-Lepiej się zastanów, co robisz, frajerze…- rzucił, pełnym rozbawienia głosem.- Bierz to- warknął do któregoś ze swoich kumpli.
Zauważyłem tylko, że jeden z nich sięga po torbę, która zsunęła mi się z ramienia, gdy zaczęli mnie bić.
-Idziemy!- zakomenderował ten sam chłopak i cała trójka przeszła obok mnie zupełnie spokojnie, jak gdyby nic się nie stało. Dopiero w miejscu, gdzie ta uliczka łączyła się z kolejną, przyspieszyli, by wreszcie ruszyć biegiem przed siebie.
Odkaszlnąłem gwałtownie, czując zbierającą się w ustach ciecz.
Próbowałem się podnieść, ale nie miałem siły. Klatka piersiowa strasznie mnie bolała. Widziałem swoją rozbitą komórkę, która leżała na ziemi, kawałek dalej. Usiłowałem się do niej przesunąć, ale znieruchomiałem gwałtownie, czując przeszywający ból w okolicach żeber.
Miałem wrażenie, że własne ciało odmawia mi posłuszeństwa.
Wszystko dookoła zaczynało ciemnieć.

8 komentarzy:

  1. Biedny Josh. A było już tak pięknie.. Pugodził się z Amadeuszem a tu co?
    Ale zacznijmy od początku. Fajnie, że chłopak ma takich przyjaciół. Widać, że się troszczą o niego.. Ogólnie bardzo lubię Jennę widać, że zależy jej aby Josh był szczęśliwy i nie popełnił życiowego błędu.
    Ricku to kretyn, debil i dupek. Jak ja go nie lubię >.< Bardzo dobrze, że Josh mu dowalił!
    Cieszę się, że między nim, a Amadeuszem zaczyna się na powrót układać. Chcę aby byli szczęśliwi razem.. Podobała mi się reakcja demona, gdy dowiedział się, iż Josh uderzył swojego byłego chłopaka.. Ta jego zazdrość jest trochę słodka, ale powinien przystopować.
    Wszystko pięknie i wspaniale, aż tutaj nagle pojawili się kumple Ricky'ego. Debil nie umie sam załatwiać swoich spraw, tylko kolegów nasyła. Biedny Josh, mam nadzieję, iż Amadeusz wyczuje, że coś mu się stało i mu pomoże. Sprowadzi pomoc czy coś..
    Trochę boję się jego reakcji, gdy dowie się o tym "wypadku".. Coś czuję, że Ricky nie pożyje za długo..

    Ogólnie bardzo cieszę się, iż w końcu pojawił się rozdział Sunrise. nie wiem czemu ale bardzo lubię to opowiadanie, jak większość.. Chciałabym też kolejny rozdział YFM, Książę i AFY.. Znalazłoby się jeszcze kilka innych opowiadań, które chciałabym przeczytać, ale jakoś mam ochotę na te trzy..
    No i oczywiście Chaos. Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału. Eh, muszę czekać kolejny tydzień. I znowu będę myślała co się później wydarz. A przyznam, iż pojawiły się kolejne teorię xD
    Znając Ciebie, zaskoczysz mnie jeszcze nie raz i wszystkie moje domysły okażą się błędne xP


    Pozdrawiam, życzę duużo weny i z niecierpliwością oczekuję kolejnej notki! <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Chcę jeszcze Q_Q to moje ulubione opowiadanie *-*

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy5:57 PM

    ja tam reakcji Amadeusza na to pobicie po prostu nie mogę się doczekać, chociaż może bezpodstawne i płonne okażą się moje nadzieje. otóż oczekuję jakiegoś wstrząsu; być może kolejnego kroku na drodze do odwzajemnienia uczuć Josha...
    bo zaserwowano nam już dzisiaj jeden <3

    ach tak, zastanawiam się też nad tym co sam Josh zacznie sobie myśleć. teraz powinno łatwiej mu przyjść przełknięcie akcji odwetowej Asmodeusza. zwłaszcza gdy będzie w szpitalu, nikt nie powinien go podejrzewać o ewentualne morderstwo. [Ricky nie zasługuje na zbyt dużo kolejnych szans; za bardzo, zbyt wiele osób skrzywdził]. a w szkole?.. ten rok Josh straci już pewnie na czysto, ale tylko rok da się nadrobić, prawda? o ile będą razem ;]

    no i wesołych świąt. puste słowa,
    indy

    OdpowiedzUsuń
  4. Ach, uwielbiam to ich godzenie się, są uroczy. *.* Ale po kolei. Gdy zobaczyłam, że dodałaś "Sunrise", wydarłam się na całe gardło. Kocham to opowiadanie, bo niesamowicie podoba mi się postać Amadeusza. Lubię demony, a w takowej wersji to już szczególnie. Z kolei nie znoszę Ricky'ego. Boziu, co za wredny typek. .__. Irytuje mnie ponad miarę dosłownie wszystkim. Szkoda mi Josha i podejrzewam, że Amadeusz tym razem nie odpuści tak łatwo. W końcu już dawno chciał nieco "uszkodzić" jego byłego chłopaka.. I szkoda, że wcześniej tego nie zrobił.
    Wybacz nieco chaotyczny komentarz, aczkolwiek zasypiam. Edmunda przeczytam rano. Pozostaje mi jeszcze życzyć Ci wesołych świąt wielkanocnych i dużo weny. :3

    OdpowiedzUsuń
  5. Q.Q Co za dranie! Tacy cwani bo we trójkę -.- och jaka szkoda że tam nie było Amadeusza ;-; Mam nadzieję, że cała ta banda Ricka włącznie z nim doigra się w końcu >.< Czekam na następną notkę niecierpliwie @.@
    PS Dzięki Tobie piszczę na słowo "lokaj" i Kocham demony <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Q.Q Co za dranie! Tacy cwani bo we trójkę -.- och jaka szkoda że tam nie było Amadeusza ;-; Mam nadzieję, że cała ta banda Ricka włącznie z nim doigra się w końcu >.< Czekam na następną notkę niecierpliwie @.@
    PS Dzięki Tobie piszczę na słowo "lokaj" i Kocham demony <3

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy5:13 PM

    Tchórzliwy frajer z tego Ricka ;/ Nie lubię go. Rozdział cudowny, potrafisz niesamowicie złapać człowieka za serce. Kiedy Amadeusz się tak wścieka z byle powodu, to bardziej przypomina demona niż jak jest uroczy i pomocny xD ale zakochałam się w nim. Cudownie się pogodzili z Joshem, aż i ja zrobiłam się zazdrosna hehe ;)
    Czekam na więcej.
    Cloode

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy1:03 AM

    jaacie...w takim momencie kończyć :( Ricky mnie wkurza jak chyba wszystkich i dobrze, że Josh go uderzył. Haa, i ten seks na zgodę był naprawde dobry. Amadeusz moim zdaniem troche przesadza. Za mało ufa Joshowi. Ale ja też bym w sumie martwiła się na jego miejscu. Jejku, nie mogę doczekać się kolejnych rozdziałow. Amadeusz zeświruje...

    OdpowiedzUsuń