Strony

piątek, 1 marca 2013

Rozdział 37 [Chaos]


Las przylegający do królestwa Alitis. Dziwne to uczucie, wracać do ojczyzny, po tak długim czasie spędzonym poza nią. Wszystko wydawało się dobrze znane, wyczekiwane z utęsknieniem, a jednocześnie tak przerażająco obce, że zdawało się, iż minie dużo czasu, nim na nowo uda się przystosować do warunków i panującej rzeczywistości. Amir szedł niespiesznie przed siebie, rozglądając się dookoła z uwagą. Z wolna błądził wzrokiem po pniach otaczających ich drzew i okolicznej zieleni, wsłuchując się w radosny śpiew ptaków i szum liści, jakby usiłował jak najwięcej zapamiętać z tego właśnie momentu. Jednego z ostatnich, nim jego życie zostanie, w ten czy inny sposób, odwrócone do góry nogami. Wiedział już, że niezależnie od podjętych przez siebie decyzji, coś utraci. Nie było możliwości zachować dawnego ładu i jednocześnie połączyć go z tym wszystkim, co się wydarzyło. To było niewykonalne.
Dziwne. Ten las zawsze wydawał mu się nieprzyjazny i budził jak najgorsze skojarzenia, nie tylko ze względu na jego stosunek do potomków wilków. Teraz jednak, czując zapach trawy i słysząc odgłosy natury, pogrążony w skupieniu podobnym w swej głębi niemalże do snu, czuł się jakby był już w domu. Może dlatego, że zmienił stosunek do pobratymców Nadima. Może dlatego, że zrozumiał, jak wiele te ziemie znaczyły dla jego ojczyzny, dla jego wuja i dla niego samego. A może po prostu miał świadomość tego, że każdy kolejny krok, zbliża go do powrotu do dawnego życia. Albo do gwałtownej zmiany, która miała nim wstrząsnąć.
Dłoń Nadima odnalazła dłoń człowieka i ścisnęła ją lekko. Amir uśmiechnął się do siebie mimowolnie, nie mówiąc zupełnie nic. Nie była to zresztą pora na żadne słowa. Czas na kłótnie, spory, sprzeczki, rozmowy o przyszłości i plany, minął bezpowrotnie i, jak się okazało, nie miał w gruncie rzeczy żadnego znaczenia. Nawet, gdyby każda ich decyzja mogła zależeć tylko i wyłącznie od nich, nic nie byłoby oczywiste. Ale było przecież inaczej. Mieli swoje rodziny. Swoje obowiązki. Osoby, na których im zależało. Nic z tego, co ich czekało, nie było jasne, ani możliwe do przewidzenia. Zrobili, co kazano im zrobić. Powrócili, triumfując, zdobywszy to, po co ich wysłano. Nie byli wystarczająco pewni własnej przyszłości, jak i nie mieliśmiałości, by z góry podejmować ryzykowne decyzje. Amir dopiero teraz czuł, że brakowało mu wolności. A przynajmniej, że jego wolność była o wiele bardziej ograniczona, niż wolność jego towarzysza. Swoboda ludzi zdawała się być bardziej pozorna od tej potomków wilków. Rasa Nadima przetrwała swoje najgorsze chwile i przez kolejne wieki musiała znaleźć odpowiedni sposób, by eliminować tych swoich członków, którzy jej zagrażali. Byli naciskani, eliminowani, z czasem ich egzystencja została ograniczona, a  niebezpieczeństwem okazało się to, w czym pokładali największą nadzieję – natura. Musieli nauczyć się akceptacji i otwartości wobec różnych zjawisk i postaw, także takich, które nie do końca odpowiadały, zepchniętym na dalszy plan, opiniom i oczekiwaniom. Jedyne, co się dla nich liczyło, to grupa. Ogół wszystkich osobników, działających razem, w ramach wspólnego celu. Brakowało tu miejsca na indywidualizm. Niemalże wszyscy przedstawiciele tej rasy czynili dokładnie to samo. Ich pozycje i zadania, ustalał wiek, siła i nabyte, wyuczone jeszcze za dziecięcych lat, umiejętności. Nie było miejsca na zbyt duże urozmaicenie. I ,paradoksalnie, w tej nie-indywidualnej zbieraninie, akurat w kwestiach indywidualnego wyboru najwięcej było swobody. Potomkowie wilków płacili za swoją wolność, życiem w taki właśnie sposób. A ludzie, za swoje warunki, płacili wolnością. W ich świecie nie liczyła się grupa, a indywidualność właśnie. Mój ród. Moje imię. Mój majątek. Moja rodzina. Moje osiągnięcia. Moje dokonania. Moje życie. Do tego przywiązywano największą wagę i to też,śledziły ciekawskie oczy, chcąc dowiedzieć się jak najwięcej. Nie było miejsca na absolutną wolność wyboru, tam, gdzie kwitła, rozwijająca się coraz bardziej, cywilizacja. I paradoksalnie, w decyzjach indywidualnych, najbardziej czuć było nacisk ludzi. Amir byłby gotów stwierdzić, że mając wybór, chciałby żyć u boku potomka wilków. Ale przypomniał sobie jedno z jego pytań, które wzbudziły w nim wątpliwości. Co by było, gdyby Hadrin nie miał ambicji, by zostać monarchą...? Co wtedy Amir by uczynił...? Przymuszałby do tego brata, świadom, że nie czyni tego dla jego, a jedynie własnego dobra...? Również odszedł, pozostawiając Ludwika bez zaufanego następcy, wśród całego grona nieprzyjaznych mu ludzi? Było tak wiele okoliczności, tak wiele różnego rodzaju związków i zjawisk, których nie mógł jeszcze przewidzieć. Jego wcześniejsza pewność wydawała mu się teraz wręcz groteskowa. W ciągu ostatnich kilku dni, mocniej niż kiedykolwiek, uświadomił sobie, że Nadim miał rację. Żaden z nich nie wiedział, co może się jeszcze wydarzyć.
Perspektywa ponownego spotkania bliskich cieszyła go jednak jak nic innego. Nie było dnia, by nie myślał o swym wuju lub bracie, by nie zastanawiał się nad ich losem, nad tym, jak sobie radzą, gdy jego nie ma w pobliżu. Z drugiej strony, dręczyła go wciąż ta sama obawa, że być może wkrótce przyjdzie mu wybierać pomiędzy tymi, których kocha najbardziej. Nie wiedział, co wzbudzało u niego większe poruszenie, czy ta dobra myśl, która sprawiała, że uśmiech cisnął mu się na wargi, czy gorzka, wywołująca dziwny ucisk w gardle.
Najpierw usłyszał jakieś wesołe okrzyki z oddali. Moment później, ich oczom ukazała się niewielka polana. Dzieci potomków wilków, zgromadziły się wokół starszego opiekuna, wykrzykując coś głośno, po czym na sygnał stojącego pośrodku gromadki, rozpierzchły się w różnych kierunkach, chichocąc wesoło. Amir poczuł, jak dłoń Nadima wyślizguje się powoli z jego uścisku. Człowiek odetchnął płytko. No i nastąpiła ta chwila. Trzeba było stawić czoła rzeczywistości. Tamten potomek wilków stał przez chwilę w bezruchu, odliczając głośno, po czym powoli, odwrócił się w ich kierunku. Był zbyt daleko, by Amir mógł dostrzec jego twarz, ale Nadim nie miał z tym najmniejszego problemu.
-Elnir...?- rzucił cicho, sam do siebie, jakby nie mógł w to uwierzyć.- Elnir!- wykrzyknął zaraz radośnie i pognał w kierunku przyjaciela, rzuciwszy jeszcze do Amira pełne wesołości- Chodź!
Amir przyspieszył kroku, ale jego entuzjazm nie był na tyle mocny, by potomka wilków gonić. Widział, jak ten pada w ramiona swojego druha. Podszedł do nich, zatrzymując się jednak kawałek dalej i zachowując bezpieczny dystans. Elnir nie zwracał na niego najmniejszej uwagi, ściskając swojego kompana.
-Elnir... Dobry boże...- Nadim był wyraźnie wzruszony. Odsunął się na moment, na odległość wyciągniętych przedramion, spoglądając na swego przyjaciela. Amir też obdarzył go spojrzeniem, choć, co oczywiste, odrobinę dalszym od absolutnego szczęścia. Nie było się co dziwić. Raczej trudno mieć przyjazny stosunek do kogoś, komu ukochana osoba wyznaje, że nie miała pod ręką kobiet i wcale jej nie zależy, nawet, jeśli to tylko pokręcona wizja wywołana obecnością przeklętych głów. No dobrze, wymówka. Nie lubił go już wcześniej, właściwie od pierwszego dnia, gdy się spotkali i to się raczej nie zmieniło. Nie zmienił się też sam Elnir, wyglądał dokładnie tak, jak Amir go zapamiętał.- Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo mi cię brakuje!- wyznał Nadim.- Sam nie zdawałem sobie sprawy... O boże...- objął na powrót swego przyjaciela.
Amir przewrócił oczyma, tłumiąc, cisnące mu się na usta, ciężkie westchnienie. Uznał, że nieładnie byłoby psuć tak podniosłą chwilę, choć zdecydowanie nie podzielał emocji kompana, z dość oczywistych względów.
-Tak długo mnie nie było...- westchnął nostalgicznie Nadim, odsuwając się na powrót.
-Chwilę- odpowiedział Elnir, uśmiechając się lekko.- Długą, ale ledwie chwilę, bracie. Od początku wiedziałem, że wrócisz...- dodał, po czym spojrzał na Amira w taki sposób, jakby chciał mu dać do zrozumienia, że co do niego nie miał takiej pewności. Człowiek odwdzięczył mu się uroczym uśmiechem i dość ordynarnym gestem, który mógł naruszać nieco wzruszające okoliczności, ale sam wzruszony tego nie dostrzegł.- Wszystko czeka na ciebie tak, jak to pozostawiłeś...
To akurat było wyjątkowo pocieszające. Amir miał dziwne wrażenie, graniczące z pewnością, że nie usłyszy czegoś podobnego. Wśród ludzi, a już wśród arystokracji tym bardziej, działo się tak wiele, że raczej nie zastanie takich samych porządków, jakie panowały, gdy odchodził.
-Dziękuję- Nadim oparł dłoń na ramieniu potomka wilków, nie przestając spoglądać na niego z uśmiechem.- Dobrze być w domu.
-Pojawiasz się akurat, gdy naprawdę cię potrzebujemy- odparł Elnir.
-Z radością pomogę we wszystkim, ale najpierw muszę zobaczyć się z Canisem- powiedział Nadim.- Wszystko z nim w porządku...?
Elnir zawahał się wyraźnie. Nadim zmarszczył brwi, zaniepokojony postawą przyjaciela. Amira też to zmartwiło. Nieporównywalnie jednak bardziej wtedy, gdy niepewny wzrok potomka wilków spoczął właśnie na nim.
-O co chodzi...?- rzucił bez zrozumienia Nadim.
-Canis jest... w zamku ludzi...- odpowiedział ostrożnie Elnir.- Coś jest nie tak z jego wujem...- dodał, zerkając na Amira.
-Co takiego...?- szepnął z przerażeniem człowiek.
-Nie wiem co dokładnie- zastrzegł natychmiast przyjaciel Nadima.- Canis pojechał tam już wcześniej, na zaproszenie króla... Później wrócił i powiedział, że musi się zająć twoim wujem. Podzielił swoje obowiązki pomiędzy kilku z nas i od tamtej pory przebywa w zamku.
Amir nie odzywał się przez dłuższą chwilę, wstrząśnięty tym, co usłyszał. Gdy jednak wreszcie dotarło do niego to, co powiedział Elnir, tylko jedna myśl kołatała mu w głowie:
-Muszę natychmiast dostać się do zamku- powiedział swojemu kompanowi i wyminąwszy drugiego potomka wilków, ruszył szybkim krokiem przed siebie.
-Pójdę z tobą!- zawołał Nadim i pożegnawszy się krótko z przyjacielem, pobiegł za człowiekiem.

Słowa Elnira zawierały w sobie najgorszą informację, jaką Amir mógł usłyszeć. W najczarniejszych scenariuszach wyobrażał sobie coś podobnego, ale nigdy, w istocie, nie sądził, że coś takiego się zdarzy. Ludwik był starszy, to prawda, ale nie był chorowity, czuł się dobrze, gdy Amir odchodził, był w świetnej formie. Nie rozumiał, co się mogło zdarzyć, Elnir też zdawał się nie mieć najmniejszego pojęcia, więc na próżno było szukać u niego odpowiedzi. Amir wiedział tylko jedno. Jeśli Canis tam był, musiało chodzić o coś poważnego.
Nadim szedł u jego boku, nerwowo zagryzając wargę i spoglądając niepewnie na towarzysza. On na pewno równie dobrze zdawał sobie sprawę, że nie chodzi o żadną błahostkę. Oczywiście jako potomek wilków, już od pierwszego momentu, gdy spotkali na swojej drodze ludzi, jeszcze z dala od miasta, zwrócił na siebie uwagę. Później nie było lepiej. Padło pod jego adresem kilka niewybrednych komentarzy, różnego rodzaju jegomoście patrzyli w jego stronę z politowaniem lub gniewem, wymieniali między sobą kąśliwe uwagi, wołali za nim obraźliwie, ale, o dziwo, nie znalazł się żaden śmiałek, który zechciałby zrobić cokolwiek więcej. Może dlatego, że samotny potomek wilków nie stanowił najmniejszego zagrożenia, ale potomek wilków idący w towarzystwie mężczyzny, człowieka, uzbrojonego i sprawiającego słuszne wrażenie, jakby był kompletnie wytrącony z równowagi, stawał się nagle mniej oczywistym celem bardziej agresywnych zachowań. Dopiero gdy przechodzili koło jakiejś miejskiej karczmy, wyłonił się z niej, o dziwo, całkiem trzeźwy mieszczanin, który ruszył za potomkiem wilków, krzycząc w jego stronę prowokacyjne słowa. Nadim nie zwalniał, ignorując go zupełnie, ale człowiek przyspieszył, dogonił potomka wilków, a następnie zastąpił mu drogę.
-To trochę nierozsądne...- zwrócił się do Nadima niemalże uprzejmie.- Psy nie powinny pałętać się po mieście... Byłoby szkoda, gdyby ktoś ucierpiał przez zwykłą pomyłkę, więc lepiej odejdź.
Amir zatrzymał się gwałtownie i odwrócił w stronę tego człowieka, natychmiast dobywając miecza.
-Jeszcze większym nierozsądkiem jest zaczepianie kogoś, kto ma broń!- warknął w jego kierunku, a zdezorientowany mieszczanin, wycofał się nieco, unosząc dłonie w obronnym geście.- Byłoby szkoda przeoczyć okazję, żeby uciąć twój durny łeb! Idź precz!- krzyknął, rozjuszony, a mężczyzna nie czekał ani chwili, by spełnić polecenie.
Nadim spojrzał na kompana z zaskoczeniem. Amir rozejrzał się dookoła surowo, chowając broń dopiero po chwili. Był to ostatni raz, gdy ktoś zdecydował się na równie śmiałe zachowanie. Mężczyzna ruszył dalej.
-Amir...- zaczął łagodnie potomek wilków.
Człowiek nie odpowiedział. Wyglądało jednak na to, że i Nadim niewiele miał do powiedzenia. Gdyby chciał mówić, zrobiłby to, tak czy inaczej. Najwyraźniej oczekiwał więc,po prostu, jakiejkolwiek reakcji. Amir nie miał na to siły. Za żadne skarby nie był w stanie opanować wzbierających w nich emocji, na przemian wściekłości i przerażenia. W tym momencie drażniło go i irytowało wszystko, wszyscy ci ludzie, głupcy, którzy oglądali się za nimi, zajmowali się takimi drobnostkami, cały ten idiotyczny, pozbawiony podstaw konflikt, był wściekły na nich i na samego siebie. Irracjonalnie wściekły, że odszedł, zostawiając wuja, jakby mógł to przewidzieć albo jakkolwiek temu zaradzić. I bał się. Bał się okropnie tego, co zastanie, gdy znajdzie się wreszcie w zamku. Gdyby to była nic nie znacząca przypadłość, Ludwik nie zwracałby na siebie uwagi. Canis na pewno nie zostałby u jego boku, opuszczając własnych pobratymców. Coś było nie tak. Amir obawiał się najgorszego.
Przeszli do królewskiej dzielnicy, a następnie dostali się wreszcie pod samą bramę zamku. Amir pchnął ją, choć, co oczywiste, pozostawała zamknięta. Syknął wściekle i zrobił to jeszcze raz, jakby miał jakąkolwiek szansę ją sforsować. Zacisnął palce na długich prętach. W tym momencie do bramy zbliżył się jeden z patrolujących tereny zamku strażników. Zdzielił dłonie Amira rękojeścią miecza sprawiając, że ten je cofnął.
-Czego tu?- rzucił strażnik, łypiąc na nich zza bramy.- Żadnych datków. Wynocha.
-Nazywam się książę Amir- odpowiedział z irytacją mężczyzna.- Wpuść mnie do środka.
Strażnik parsknął donośnym śmiechem, oglądając się przy tym na przechodzącego kolegę, który zareagował podobnie.
-Książę...?- człowiek rechotał jeszcze przez chwilę, po czym spoważniał i rzucił- Dobre sobie. Mamy co dzień kilku takich, co w sobie odkrywają arystokratyczne pochodzenie... Wynocha, mówię!
-Jestem księciem. Jednym z przybranych synów króla...- wyjaśnił raz jeszcze Amir.- Zawołaj mojego brata, Hadrina, a jestem pewien, że to potwierdzi...
-Jeszcze czego!- prychnął z politowaniem strażnik.- Jakbym zawracał mu głowę za każdym razem, gdy jakiś dureń przychodzi do bram, to by mnie tu dawno nie było! Mówię ci raz jeszcze i lepiej posłuchaj, wynoś się stąd, inaczej sam się ciebie pozbędę...
Amir zacisnął mocno zęby, nie ruszając się z miejsca.
-Muszę dostać się do zamku- wycedził w końcu.
-Jedyny zamek, do którego możesz się w najbliższym czasie dostać, to ten w królestwie bogów! Pośmiertnym!- kpił strażnik.- Może tam przyjmują takich „książąt”...- zaśmiał się, mierząc Amira pogardliwym spojrzeniem.- Gdzie twoja pieczęć, książę...? Gdzie twoje piękne szaty...? Gdzie twoje bogactwa...? Słyszałem niegdyś legendy o żebraku, który okazał się być księciem... Ale nie słyszałem nic o tym, by towarzyszył mu pchlarz...-dodał, spoglądając na Nadima.
Szczęka Amira zadrżała lekko. Moment później, nim tamten człowiek zdążył się zorientować, książę wsunął dłonie przez kraty i chwycił mocno za poły stroju strażnika, przyciągając go do bramy.
-Ejże!- wrzasnął tamten, unosząc miecz. Drugi już szedł mu na pomoc.
-Nie róbcie tego!- zaprotestował natychmiast Nadim, usiłując odciągnąć kompana.- Amir! Nie rób tego! Amir!
Pierwszy ze strażników zamachnął się mieczem, chcąc uderzyć nim w mężczyznę.
-Zrób to...- syknął Amir. Ręka strażnika zatrzymała się nagle w powietrzu, a ten, spojrzał na księcia z zaskoczeniem.- Zrób to, a kiedy pokażesz memu bratu moje zwłoki, przekonasz się bardzo szybko, co grozi tym, którzy dopuszczają się zamachu na członków królewskiego rodu...- Strażnik parsknął raz jeszcze, ale tym razem, jakby mniej pewnie.- Nazywam się książę Amir...- powtórzył raz jeszcze mężczyzna, wpatrując się wprost w oczy tego człowieka.- Jestem siostrzeńcem króla. I mieszkańcem tego zamku. I, jeśli życie ci miłe, radzę ci dobrze iść po mojego brata. Natychmiast.
Strażnik cofnął się i zerknął na swojego współpracownika. Podszedł do niego, wymienili między sobą szeptem kilka słów, spoglądając wciąż ukradkiem na czekającego przed bramą Amira. Nadim odetchnął z ulgą i odgarnął włosy palcami, w nerwowym geście, zapewne przekonany, że mało brakowało, a zuchwałość i stanowczość jego kompana skończyłaby się tragicznie. Amir nigdy jednak nie wątpił w swój dar przekonywania. Nie wątpił również, że to, co najbardziej przekonywało ludzi, nie miało podłoża racjonalnego, a wprost przeciwnie. A jeszcze lepiej przekonywało ich to, co bazowało na strachu. Nie zdziwił go więc fakt, że strażnik, z którym rozmawiał, skierował swoje kroki w stronę zamku, podczas gdy drugi stał w pobliżu bramy, zerkając na oczekujących spode łba. Kilkanaście minut później, udało mu się dostrzec swojego brata w towarzystwie tamtego mężczyzny. Hadrin szedł przez ogród, w kierunku bramy. Miał na sobie elegancką, zdobioną szatę, jasne, rozpuszczone włosy, sięgały mu do pasa. Z niezadowoloną miną, karcił za coś idącego przy nim strażnika, który chyba tłumaczył swoje zachowanie. Amira nie zdziwiło zdenerwowanie brata. Do bram zamku przychodziło wielu ludzi, tych szukających pomocy, i tych szukających kłopotów. Co oczywiste, łatwiejsze było do odnalezienia to drugie, ale z racji tego, że byli to w zdecydowanej większości ludzie, których można było uznać za obłąkanych albo całkowicie zdesperowanych, nie dziwił fakt, że ta perspektywa ich nie odstraszała. Hadrin był kilkanaście metrów od bramy, gdy podniósł wzrok i spojrzał w jej kierunku. Przez moment wyraz jego twarzy nie zmienił się wcale, jakby dostrzegłszy oczekujących, wcale ich nie rozpoznał. Zaraz jednak zatrzymał się gwałtownie, jak wmurowany, urywając w połowie słowa swoją wypowiedź, z której Amir usłyszał jedynie pojedyncze słowa jak „narada” i „ważniejsze sprawy”. Jego brat spoglądał na niego przez dłuższą chwilę, kompletnie oszołomiony, chyba nie wierząc własnym oczom. Wreszcie podszedł bliżej bramy, wciąż z taką miną, jakby widział kogoś, kto powstał z martwych.
-Amir...- szepnął, kręcąc z niedowierzaniem głową.- Amir...- powtórzył i oczy zaszkliły mu się lekko.
Amir również na niego spoglądał. Wyobrażał sobie wiele razy, jak będzie wyglądało ich spotkanie i to, jak wiele będzie miał mu do powiedzenia. Teraz jednak, trudno było mu z siebie wycisnąć choćby słowo.
-Wróciłem...- odezwał się w końcu jedynie.
-Tak... Tak, ale...- Hadrin wciąż nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Otrząsnął się jednak i, nie odrywając wzroku od twarzy brata, rzucił ostro w kierunku strażników- Na co czekacie?! Otwierać bramę! Natychmiast!
Strażnik, który tak ochoczo dyskutował z Amirem, z początku minę miał zakłopotaną, teraz przerażoną. Zupełnie niesłusznie, bo ostatnim, o czym książę teraz myślał, było zajmowanie się jego osobą. Zaraz jednak brama została otwarta. Amir podszedł do brata. Ten położył dłonie na jego ramionach. Odetchnął głęboko i pokręcił głową.
-Nie mogę w to uwierzyć... Sądziłem... Bogowie...- powtarzał chaotycznie, jakby nie mogąc znaleźć odpowiednich słów, by wyrazić to, co czuł.- Byłem pewien, że już cię nie zobaczę...- stwierdził, wilgotnym głosem.- Byłem pewien, że... Dobrzy bogowie!
-Mówiłem ci, że wrócę- odpowiedział  Amir. Teraz jednak tylko jedna sprawa była mu w głowie i tylko jedno pytanie cisnęło mu się na usta- Co jest Ludwikowi...?
Hadrin otrząsnął się wreszcie. Zdawało się, że dopiero teraz zauważył, towarzyszącego bratu, potomka wilków. Spojrzał na Nadima z wyraźnym zaskoczeniem, przenosząc następnie zdumione spojrzenie na twarz księcia.
-Nasz wuj jest chory- odpowiedział w końcu.
-Ale co mu jest...?- drążył Amir.
Hadrin raz jeszcze spojrzał na Nadima, po czym rzucił krótkie:
-Wejdźmy do środka.
Amir skinął głową. Ruszył za zmierzającym w stronę zamku bratem, dając swemu kompanowi znak, by ten szedł za nim. Nadim nie wahał się ani chwili. Moment później, byli w zamkowym holu. Hadrin zatrzymał się w jego centrum i znów spojrzał na potomka wilków, znów z tym samym zdumieniem, jakby sądził, że Amir każe mu czekać za bramą.
-Porozmawiamy tu, dobrze...?- zapytał wreszcie znacząco, otwierając jedno z bocznych pomieszczeń.
Amir skinął głową. Nadim spojrzał na niego i odsunął się nieco, dając do zrozumienia, że poczeka tutaj. Dobrze odczytał zachowanie Hadrina, ten najwyraźniej chciał rozmawiać z bratem na osobności. Amir wszedł do pomieszczenia, które okazało się być niewielkim pokojem, mieszczącym kilka łóżek na raz, a zatem przeznaczonym dla służby. Amir już wcześniej kojarzył rozkład pomieszczeń na tyle słabo, że teraz nawet nie pamiętał, że znajdowało się tu coś takiego. Zatrzymał się tuż przy progu. Jego brat przeszedł nerwowym krokiem przez całe pomieszczenie, wreszcie spoglądając na Amira.
-Jest tu jeden z nich...- powiedział w końcu niepewnie.- Ich przywódca...- dodał dla jasności.- Ludwik zaprosił go już tutaj nim... Dobrze wiem, co o tym myślisz- zastrzegł natychmiast.- Mi też się to nie podobało, ale gdy już zachorował, uznałem, że z szacunku dla jego wcześniejszej decyzji lepiej będzie... Ale oczywiście mogę się go natychmiast pozbyć...
-Nie- odparł stanowczo Amir. Hadrin zmarszczył brwi, najwyraźniej niewiele rozumiejąc z zachowania brata.- Pozwól mu zostać. I powiedz mi wreszcie, co się stało z naszym wujem.
Hadrin zmieszał się wyraźnie.
-Ludwik postradał zmysły- odparł w końcu.
Amir parsknął mimowolnie.
-Co takiego...?- rzucił bez zrozumienia. Była to ostatnia odpowiedź, jakiej się spodziewał.
-Wiem, że ciężko ci to będzie przyjąć, ale taka jest prawda- odpowiedział Hadrin, siląc się na wypracowany przez lata, stoicki niemalże spokój, choć i do jego głosu wkradły się emocje.- Nasz wuj nie jest już tą samą osobą, co wcześniej. Kompletnie się zmienił. Zdziwaczał. Oszalał.
-Ludwik?!- rzucił z niedowierzaniem Amir, kręcąc głową. Nie! To nie było możliwe! Nawet nie potrafił wyobrazić sobie czegoś podobnego!- Co ty opowiadasz, Hadrin...? Ludwik nie mógłby...- przecież jego wuj nie przejawiał nigdy skłonności do żadnego rodzaju szaleństwa! Zawsze kierował nim rozsądek, był rozsądny do bólu, okazało się, że nawet w kwestii tej trudnej do uwierzenia legendy, miał rację. Starość nie zaćmiła mu umysłu ani przez chwilę. Nie postępował nieracjonalnie. Tacy ludzie jak on nie popadali w obłęd!- To niemożliwe- stwierdził stanowczo.- To jakiś spisek! Przeklęci arystokraci znaleźli sobie sposób, żeby odsunąć go od władzy! Uczepili się pewnie tego demona i...
-Amir- przerwał mu brat. Mężczyzna spojrzał na niego pytająco- To nie jest żaden spisek. Przykro mi, ale taka jest prawda... Nie było cię naprawdę długo, sporo się zmieniło...- Hadrin zastanawiał się przez chwilę, po czym podsunął powoli rękawy swojej szaty, ukazując bratu sińce na przedramionach.- Ludwik mi to zrobił- wyjaśnił.- Kiedy widziałem go po raz ostatni. On zupełnie nie zdaje sobie sprawy z otaczającej go rzeczywistości. Nie rozpoznaje nikogo.
-Mnie rozpozna- odpowiedział z pełnym przekonaniem Amir, jakby rzeczywiście mógł mieć co do tego pewność.- Chcę go zobaczyć.
-To nie jest dobry pomysł- zaprotestował natychmiast jego brat.
-Gdzie on jest?- zapytał Amir, nie zważając zupełnie na słowa jasnowłosego.- U siebie?
-Amir...- zaczął raz jeszcze Hadrin, wyraźnie starając się wyperswadować mężczyźnie ten pomysł.- Dopiero, co wróciłeś. Poczekaj z tym. Zawiadomię naszego medyka, porozmawia z tobą, wyjaśni ci wszystko, poza tym, to naprawdę nie jest bezpieczne.
Amir ruszył przed siebie i zatrzymał się tuż przed swoim bratem.
-Po prostu powiedz mi, gdzie on jest- odparł stanowczo.
Nie istniał żaden argument, który mógł go odwieść od spotkania z wujem. Musiał go zobaczyć. Kiedy usłyszał o jego chorobie, nawet nie spodziewał się, by mogło chodzić o coś podobnego. Mógł zrozumieć, że ciało Ludwika odmówiło mu posłuszeństwa, ale umysł... To wydawało się za bardzo abstrakcyjne.
Hadrin westchnął głęboko.
-Jest na piętrze, w zachodnim skrzydle zamku- odpowiedział cicho.- W pierwszym pomieszczeniu.
Amir zmarszczył brwi, usiłując przypomnieć sobie rozkład pomieszczeń w tamtych rejonach zamku. Z tego, co pamiętał większość z tamtych pokoi była zupełnie nieużywana, a niektóre z nich, stały całkowicie puste. Skinął głową, po czym ruszył do drzwi, ale zatrzymał go głos brata:
-Nie dostaniesz się tam. Pokój jest zamknięty na klucz.
Amir aż parsknął z niedowierzaniem, przenosząc wzrok na Hadrina.
-Trzymacie wuja pod kluczem...?- wyrzucił z siebie bez zrozumienia.
-Nie rozumiesz...
-Po prostu daj mi klucz- przerwał bratu Amir, podchodząc do niego na powrót i wyciągając dłoń w wyczekującym geście.
Hadrin zawahał się wyraźnie.
-Nie mam go- odpowiedział.
-Może i jesteś doskonałym dyplomatą, ale wiem, kiedy kłamiesz- odpowiedział mężczyzna. Hadrin zmieszał się jeszcze bardziej. Widać było, że wszelkimi metodami chciał odciągnąć brata od spotkania z wujem. Amir nie miał pojęcia, z jakiego powodu.- Poza tym wiem, że nie przeniósłbyś opieki nad Ludwikiem wyłącznie na naszą służbę... Daj mi klucz, Hadrinie.
Przez chwilę w pomieszczeniu panowała zupełna cisza. Hadrin spoglądał na brata pełnym wątpliwości wzrokiem. Wreszcie jednak odetchnął głęboko i wyjął pęk kluczy. Odszukał właściwy. Obracał go przez moment w palcach, po czym z wyraźną niepewnością, podał go bratu. Amir podziękował mu krótko i poszedł pospiesznie do drzwi. Otworzył je, jednak zatrzymał się w progu, rzuciwszy jeszcze do Hadrina:
-W holu czeka mój kompan, Nadim. Zaprowadź go do Canisa. Wszystko ci później wyjaśnię.
-Dobrze- zgodził się Hadrin, choć wyraźnie słychać było zdumienie w jego głosie.
Amir ruszył długim korytarzem, odnajdując boczne schody i wchodząc na piętro. Zatrzymał się na moment i zaczął rozglądać dookoła. Wnętrza zamku, znane mu przecież od samego dzieciństwa, nagle zaczęły wydawać mu się zupełnie obce, jakby czas podróży, przecież nieporównywalnie krótszy do czasu, jaki spędził w tych murach, zatarł większość wspomnień. Wreszcie jednak, udało mu się ustalić drogę do nieużywanej niemalże części zamku. Dotarł do pomieszczenia, które wskazał mu brat. Zatrzymał się przed drzwiami, odruchowo nacisnąwszy klamkę. Te ani drgnęły. Hadrin miał rację. Były zamknięte. Amir wsunął pospiesznie klucz do zamka i przekręcił go dwukrotnie, po czym pchnął drzwi i wszedł do środka. Był zupełnie pochłonięty swoimi myślami, niedowierzaniem i chęcią zobaczenia wuja. Miał niemal pewność, że sytuacja nie może być taka, jak przedstawiał mu ją Hadrin. Już sam pomysł, by trzymać Ludwika pod kluczem, niczym kompletnego szaleńca, doprowadził Amira do wściekłości. Gdy jednak przeszedł ledwie kilka kroków, uświadomił sobie, że było jeszcze gorzej. Pomieszczenie było pogrążone w całkowitych ciemnościach. Zasłonięte szczelnie okna, nie wpuszczały do jego wnętrza choćby odrobiny światła. Od wejścia uderzył mężczyznę obrzydliwy zapach. Amir skrzywił się najpierw, a później, nie mogąc go znieść, zakrył nos dłonią. Cuchnęło okropnie, zgnilizną i fekaliami. Mężczyzna wstrzymywał oddech, wchodząc głębiej do pomieszczenia. Poślizgnął się na czymś, co okazało się kawałkiem szkła, wyglądającym jak fragment rozbitego talerza. Amir przesunął się bliżej jednego z okien, zamaszystym ruchem, odsłaniając zasłony i wreszcie wpuszczając do pomieszczenia światła. Gdy jednak rozejrzał się wokół siebie, to, co zobaczył, zaszokowało go jeszcze bardziej, niż mógł przypuszczać. Niemalże cała podłoga pokryta była ostrymi fragmentami naczyń, jedzeniem i wymiocinami. Szafa stojąca niedaleko drzwi była przewrócona, jej tylna ścianka wybita. Ściany obdrapane i brudne. Amir nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Nie mógł zrozumieć, jak ktokolwiek mógł dopuścić do podobnego stanu.
-Wuju!- zawołał, wciąż nie znalazłszy Ludwika.- Wuju, to ja, Amir!- wydusił z siebie, odsłaniając kolejne okno.- Wróciłem! Wuju!
Nie było żadnej reakcji, ale kolejna dawka światła, jeszcze bardziej uwydatniła, panujące dookoła, okropne warunki. Amir był przerażony. Mieli przecież służbę. Ktoś powinien się tym zająć. Uprzątnąć to. Wuj nie mógł żyć przecież w takim otoczeniu! Nikt nie powinien żyć w takim otoczeniu. Niezależnie na swój własny stan. Poszedł dalej i dopiero po chwili, odnalazł kolejne drzwi, prowadzące do drugiej części pomieszczenia. Obawiał się tego, co tam zastanie. Uchylił je powoli, nie będąc w stanie jednak dostrzec wiele, więc w końcu otworzył je na oścież, pozwalając wniknąć światłu do niewielkiej części pokoju.
Dopiero wtedy go zobaczył. Drobnego mężczyznę, skulonego tuż przy ścianie, odwróconego do niego plecami. Przez te kilka sekund, gdy widział tego człowieka, jego zdarte niemalże zupełnie ubranie, uwidaczniające, noszące sińce i zranienia, ciało, okropne ciało, wychudłe i wynędzniałe, pomarszczoną, niezdrowo żółtawą skórę, która zdawała się przylegać bezpośrednio do kości, Amir mógłby przysiąc na wszystko, że to nie jego wuj. Nie Ludwik. Ale gdy ta osoba, odwróciła powoli w jego stronę głowę, mrużąc oczy pod wpływem światła i krzywiąc się okropnie, rozpoznał zmizerniałą twarz, tak niepodobną do twarzy wuja. Ale to był on. Ludwik. Umorusany i brudny, schorowany, okropnie okaleczony i naznaczony sińcami. Przechylił głowę na bok, wpatrując się wprost w Amira. Mężczyzna również spoglądał na niego, z szoku nie będąc w stanie wydusić z siebie nawet słowa.
-Wuju...- odezwał się wreszcie cicho.
Ludwik nie poruszał się przez dłuższą chwilę, spoglądając na swego siostrzeńca tak, jakby naprawdę go nie poznawał. Nagle jednak szeroki uśmiech wstąpił na jego twarz. Amir starał się zmusić do tego samego, ale nie był w stanie. Jak ktokolwiek mógł doprowadzić jego wuja do takiego stanu...? Samego króla! To nie mieściło mu się w głowie. Ludwik podniósł się powoli, choć Amir nie był pewien, czy wychudłe nogi będą w stanie utrzymać jego ciało, ale jego wuj zdawał się nie mieć z tym problemu. Zaczął zbliżać się do Amira. Powoli, krok po kroku, jak nieoswojone zwierzę. Amir czuł, jak rozgoryczenie i złość ściska go za gardło. Wuj zatrzymał się tuż przy nim.
-Wróciłem...- szepnął raz jeszcze Amir, z trudem tłumiąc łzy.- Wróciłem- powtórzył znowu.- Teraz już wszystko będzie dobrze.
Ludwik nie przestawał się uśmiechać. Uniósł drżące dłonie, wyciągając je w kierunku twarzy Amira. Ten zdobył się na uśmiech, wpatrując wciąż w okropnie zniszczoną twarz wuja. Chude palce przemknęły powoli po jego policzkach...
A moment później, z całą siłą, zacisnęły się na szyi. Zaskoczony tym Amir, stracił równowagę, cofając się do ściany. Ludwik przygwoździł go do niej natychmiast, nie przestając dusić. Amir usiłował się wyrwać, ale uścisk był potwornie silny. Zbyt silny jak na tak osłabionego człowieka. Łapał gwałtownie powietrze, starając się odepchnąć napastnika, zupełnie jednak bezskutecznie.
Osunął się powoli pod ścianę, tracąc oddech.

13 komentarzy:

  1. Stanowczo zbyt krótko . _ .

    OdpowiedzUsuń
  2. Matko! Jak mogłaś w takim momencie zakończyć! T^T Tyle pytań.. Ktoś uratuje Amira, prawda? Matko!
    Ale od początku. Cieszę się, że akurat dzisiaj pojawiły się 2 notki. Normalnie, idealny prezent na moje urodziny xP Akurat tak się fajnie złożyło <3

    Najpierw Theodor, później Chaos.. Normalnie cała drżę!!
    O wcześniejszej notce wspominałam w poprzednim komentarzu, dlatego teraz poświęcam się Chaosowi xP
    Zgadzam się z Kayo, zdecydowanie za krótkie, ale wspaniałe <3
    Świetnie zaczęłaś rozdział, a ich złączone ręce, jak wracali cud miód xD Świetne powitanie z Elnirem. A potem? Tylko strach i ból... bardzo bałam się o Ludwika i nadal boję.. Co mu się stało? T.T Podejrzewam, że demon go opętał, bo co innego? Strażnicy byli głupcami. Nie poznać księcia? Dobrze, że Hadrin wszystko wyjaśnił. Nie dziwię się, iż brat zdziwił się na reakcję Amira co do potomka wilków...
    Myślałam, że Ludwik będzie chory, leżał w łóżku, ale pozna Amira! A tutaj? Boję się. O niego o Amira.. O wszystkich. Mam nadzieję, że Ludwik przeżyje, że pozbędą się tego demona (jak już wspominałam obstawiam, że to on za tym stoi)... Ale pokój króla? Był ohydny! Aż mi się niedobrze zrobiło...
    Mam wiele hipotez i mam nadzieję, iż spełnią się te ze szczęśliwym zakończeniem!
    No i mam nadzieję, że za chwilę wpadnie Nadim i uratuje naszego księcia! Bo on MUSI żyć. Inaczej Ci tego nie wybaczę :(
    Wspominałam już, że zaskakujesz mnie w tym opowiadaniu? Ciągle jakieś niespodzianki.. Eh.. I każesz nam czekać tydzień! Buu! Niedobra Ty!! xD

    Pozdrawiam i życzę dużo weeeny! :*
    PS Mówiłam, że ten komentarz będzie dłuższy ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin ^^.

      Usuń
    2. Dziękuję ^^ Ale najlepszy prezent to były te dwie notki <3 (wiem, że to się nazywa szczęście, ale ciii..)

      Usuń
  3. Anonimowy9:25 PM

    Kocham twoje opowiadania.Ale aaa tyle uczuć. Co się dzieje ... i co będzie dalej z naszą ukochaną parą? ;___; chcę już wiedzieć




    ~MATT-CHAN TOSTER

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie... To straszne! Dlaczego musiało się skończyć w takim momencie? Nie wytrwam do następnej notki :(
    Rozdział cudny, ale dla mnie bardzo, bardzo smutny. Przez cały czas bałam się powrotu Amira i Nadima. W sumie, kiedy czytałam poprzedni rozdział, miałam nadzieję, że będą mieli jeszcze jakąś przygodę zanim wrócą... Chciałam, żeby się to jak najbardziej przedłużyło. Więc trochę się zdziwiłam.
    I to bardzo nieprzyjemne wrażenie, że zbliża się koniec... Mam nadzieję, że będzie szczęśliwy. Choć jak dla mnie Chaos mógłby nie kończyć się nigdy ♥

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie wiem co napisać. Nie spodziewałam się tego wątku z Ludwikiem. To znaczy spodziewałam się, że ucieszy go powrót Amira, a tu coś takiego. Zdecydowanie opętał go demo lub jakaś inna istota. Boje się o Ludwika i Amira. Mam nadzieję, że nic, zwłaszcza temu drugiemu, nie będzie. Zresztą jestem dobrej myśli. Amir wychodził z wielu kłopotów to i teraz mu się uda. A może Nadim wraz z Canisem go uratują.

    A z tym jak szli przez miasto i napadł na Nadima ten facet, co go Amir pogonił, doskonale oddałaś sytuację nienawiści do wszelkiej inności w tym właśnie i przede wszystkim do homoseksualizmu.

    Cieszę się, że za tydzień kolejny rozdział, bo nie wytrzymałabym dwóch tygodni. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie opętał go demon*

      Usuń
  6. Ukrainkaa12:19 AM

    O mój boże jak mogłaś przerwać w takim momencie?
    Teraz przez cały czas będe sie zastanawiała czy ktoś uratuje Amira.
    Ciekawi mnie też co tak naprawdę sie stało z Ludwikiem. Myślę że to coś sie stało gdy nie było Amira albo to przez demona.
    Jak widze opowiadanie zbliża się ku końcowi a naprawde tego nie chce bo to jedno z moich ulubionych opowiadań na twoim blogu i w ogóle. Ale naprawde chce wiedzieć jak sie skończy ( moje dylematy ).
    Ps. Ide rozdziałów tego opowiadania jeszcze przewidujesz ?
    ( jak zawsze komentarz bez ładu i składu)
    Wierna czytelniczka Ukrainkaa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, bo nie podzieliłam jeszcze wszystkiego, ale jeszcze trochę do końca zostało :).

      Usuń
  7. Już myślałam, że bardzo niedługo będzie koniec tego opowiadania, ale jest iskierka nadziei, bo pojawiło się wiele pytań w związku z zachowaniem Ludwika. No cóż, wystarczy czekać.
    Rozdział dobry, ale dopatrzyłam się paru błędów intetpkt.
    Weny życzę. :3

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeszcze nie przeczytałam, a już mi niewyraźnie. Po pierwsze dlatego, że rozdział krótki. Po drugie... Cóż, chyba koniec się zbliża, a na to zdecydowanie nie jestem przygotowana.

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy11:09 PM

    COCOCOOCOCOCO! NIE! D: Jak ja wytrzymam... AGH!
    Pisz szybciej XD (choć pewnie się nie da), kocham cię, ach! dziś bez ładu z składu komentarz bom po piwkach :D
    Cieszę się, że już zaraz weekend i będzie nowy rozdział. Twoje rozdziały zawsze są jak balsam dla duszy na koniec tygodni <3
    LoliShouta

    OdpowiedzUsuń