Strony

piątek, 8 marca 2013

Rozdział 38 [Chaos]


Amir usłyszał, jak drzwi od pomieszczenia otwierają się z hukiem. Moment później dostrzegł Nadima, który wpadł do wnętrza z taką gwałtownością, jakby wiedział, co zastanie w środku. Bez chwili namysłu, chwycił, zupełnie nie zwracającego na jego obecność uwagi, Ludwika od tyłu i, z trudem, odciągnął go od towarzysza. Chude ręce najpierw poluzowały uścisk, a zaraz później, oderwały się od Amira. Mężczyźnie udało się złapać oddech. Wsparł się dłonią o ścianę, usiłując dźwignąć na nogi. Usłyszał szybkie kroki i zaraz w pokoju pojawił się również kuśtykający Canis i zdezorientowany Hadrin. Nadim, który wciąż przytrzymywał szarpiącego się wściekle Ludwika, nawet nie mógł przypuszczać, jaką siłą dysponuje ten, sprawiający wrażenie zupełnie wyniszczonego chorobą, starzec. Rozjuszony król cofnął się gwałtownie w kierunku przeciwległej ściany, sprawiając, że Nadim z impetem uderzył w nią plecami. Potomek wilków jęknął zaskoczony, puszczając na moment starca, który natychmiast rzucił się z powrotem w stronę Amira. Na jego drodze stanął jednak Canis. Hadrin wybiegł na korytarz, wzywając głośno kogoś do pomocy. Nadim na powrót chwycił starca, który odepchnął go tak mocno, że potomek wilków uderzył w otwarte drzwi i, straciwszy równowagę, runął na podłogę. Ludwik nie ruszył się jednak ani o krok dalej. Wpatrywał się starszego potomka wilków z uwagą, po czym jego twarz wykrzywił okropny grymas, a następnie powoli, jak spłoszone zwierzę, wycofał się do tej części pomieszczenia, w której Amir go odnalazł i zatrzasnął za sobą drzwi. Dopiero wtedy, wraz z Hadrinem, do pomieszczenia wpadło kilku służących. Kompletnie oszołomiony Amir, nie słyszał już instrukcji i poleceń brata. Canis nachylił się nad nim, chyba o coś pytając. Później Nadim chwycił go za ramię, wyprowadzając z pomieszczenia. Człowiek był w szoku. To, co się wydarzyło... najpierw widok wuja... takiego... widok tego całego bałaganu, brudu... a później ten atak... Gdyby ktokolwiek stwierdził, że Ludwik będzie chciał zrobić mu krzywdę, wyśmiałby to jak najgorszą bzdurę, a teraz... Nadim zaprowadził go do pomieszczenia wskazanego przez Hadrina. Usadził na jednym z foteli. Canis wszedł do środka, zatrzymując się przy oknie.
-O bogowie... O bogowie...- jęknął głucho stojący w progu Hadrin i przetarł czoło.- Tak bardzo mi przykro... Nie wiedziałem, że dojdzie do czegoś podobnego! Wuj nie panował nad sobą, uderzył parę osób, ale nikogo dotąd nie próbował zabić... Nie sądziłem zresztą, że ma do tego siły...  Dziękuję za... przytomność- zwrócił się do Canisa po chwili wahania, skinąwszy mu głową.
Canis odpowiedział tym samym. Amir zerknął na niego kątem oka. Wyglądało na to, że to on nakazał Nadimowi i jego bratu zajrzeć do pomieszczenia, w którym znajdował się Ludwik. Skąd mógł wiedzieć...? Chwilę później, zawołany wcześniej przez Hadrina sługa, wszedł do pomieszczenia zeszklanką wody niosąc szklankę wody, którą jasnowłosy podał swemu bratu. Amir wypił kilka łyków, wciąż czując ucisk na swojej krtani.
-Co się stało z naszym wujem...?- zapytał zachrypniętym głosem, zaciskając mocno dłonie na naczyniu. Patrzył przez moment przed siebie, nieobecnym nieco wzrokiem, po czym spojrzał na Hadrina z wyczekiwaniem. To nie był Ludwik. Nie wyglądał jak on. Nie zachowywał się jak on. Amir nie mógł zrozumieć... Po prostu tego nie rozumiał.
-Mówiłem ci, że postradał zmysły- wyjaśnił Hadrin, wciąż mocno zdenerwowany sytuacją, która miała przed chwilą miejsce.- Nie wiem, jak do tego doszło...
-Jak mogliście go tak zaniedbać?- warknął Amir, spoglądając na brata bez zrozumienia.- Jak mogłeś pozwolić, by nasz wuj żył w takich warunkach?! O ile jeszcze w ogóle można nazwać to życiem- prychnął gniewnie.
-Jeśli wydaje ci się, że zmienił się pod wpływem tego, to mylisz się- odpowiedział stanowczo Hadrin, kręcąc głową.- Musieliśmy go przenieść z jego komnat w inne miejsce, bo niszczył wszystko dookoła siebie. Był niebezpieczny. Stanowił zagrożenie. Najpierw okaleczał swoje własne ciało, a później zaczął krzywdzić innych. Mnie. Ludzi, którzy się do niego zbliżali. Służących. Kawałkiem zbitego lustra, oszpecił okrutnie twarz jednej ze służek- powiedział cicho, wchodząc do pomieszczenia i zamykając za sobą drzwi.- Ludzie się go obawiali. Starałem się dbać o niego, ale on nie dopuszczał do siebie nikogo. Nie chciał jeść. Kazałem karmić go na siłę, ale wszystko, cokolwiek połknął, zaraz zwracał... Każdego dnia kazałem zostawiać mu jedzenie i raz w tygodniu sprzątać... Nic innego nie mogłem zrobić. Może dla ciebie brzmi to jak wymówka, ale nie było cię tu... Pojawiłeś się ledwie na chwilę i omal cię nie zabił, choć zdawało mi się, że zupełnie opadł z sił... Pomyśl więc, jak groźny był wtedy, gdy jego ciało było jeszcze zdrowe!
Amir nie odpowiadał przez dłuższą chwilę. To, co zobaczył, wyglądało jak najgorszy koszmar. I,z pewnością, pomieszczenie, w którym znalazł wuja, nie było sprzątane już od dawna.Znacznie dłużej niż od tygodnia. Hadrin mógł nawet nie zdawać sobie z tego sprawy, chociaż Amir nie rozumiał, dlaczego nie kontrolował tego osobiście. On nigdy nie zostawił by ich wuja, nie pozwoliłby mu doprowadzić się do takiego stanu. Nigdy! Z drugiej jednak strony, jego brat miał rację. Nie było go tu. Nie miał pojęcia, jak do tego wszystkiego doszło i,szczerze mówiąc, wciąż nie potrafił sobie tego wyobrazić. Wyobrazić sobie Ludwika popadającego w szaleństwo... Od czego to mogło się zacząć...? Czy zaczęło się już nim wyruszył...? Nie, na pewno nie... Nic przecież na to nie wskazywało...
-Kiedy to się zaczęło?- zapytał więc, spoglądając na Hadrina z uwagą.
-Niedawno- odpowiedział cicho mężczyzna.- I właściwie z dnia na dzień...- Amir zmarszczył brwi, słysząc te słowa.- Do dziś zadaję sobie pytanie, jak mogło do tego dojść...- stojący przy oknie Canis, zwrócił twarz w stronę mówiącego, nie odzywając się jednak ani słowem.- Jeszcze dzień przed tym, nim rozpoczęło się to... szaleństwo...- Hadrin westchnął cicho, ruszając wzdłuż pomieszczenia.- ... rozmawiałem z nim. Tak, jak zwykle ze sobą rozmawialiśmy. Nie zauważyłem nic dziwnego, nic niepokojącego, choć zastanawiałem się nad tą rozmową bardzo długo... Na drugi dzień, usłyszałem o tym, że wyrzucił służkę ze swojego pokoju i nawrzeszczał na nią. To zupełnie nie pasowało do Ludwika, nigdy nie podnosił głosu, ale ja... zlekceważyłem to...- przyznał, wyraźnie mając pretensję do samego siebie. Zatrzymał się na moment i spojrzał na brata.- Sądziłem po prostu, że to głupie pogłoski... Myślałem, że służka źle spełniła swoje obowiązki, a słysząc naganę wuja, wymyśliła sobie to, że był gwałtowny czy niegrzeczny... Ale później było już tylko gorzej. Najpierw zamknął się w komnacie i nie wychodził z niej przez kilka dni. Gdy przychodziłem pod drzwi i prosiłem, by otworzył, wyzywał mnie obelżywymi słowami. Nie rozumiałem tego, co się dzieje. Nie podejrzewałem, że doszło do czegoś takiego... Nie potrafiłem sobie wyjaśnić jego zmiany. Po trzech dniach, kazałem otworzyć drzwi siłą. Znalazłem go w środku, brudnego i okaleczonego. Sam zrobił sobie te rany- wyjaśnił, po czym milczał przez dłuższą chwilę, gryząc nerwowo wargę.- Zachowywał się strasznie. Krzyczał, używał słów, które nigdy wcześniej nie padały z jego ust, przeklinał mnie i wszystkich ludzi, którzy usiłowali mu pomóc... Starałem się mu wyjaśnić, że nie zachowuje się normalnie, że musi go obejrzeć uzdrowiciel, ale nie pozwolił sobie na to. Medyk nie mógł zbliżyć się do niego na krok. Wiedziałem, że to poniżej godności króla, ale nakazałem przytrzymać go siłą...- Hadrin przymknął na moment powieki, po czym kontynuował drżącym głosem.- Nie utrzymali go długo. Wyrywał się. Niszczył wszystko dookoła. Nie chciał jeść. Prawie nie spał. Krzywdził siebie i innych ludzi. Obejrzeli go wszyscy uzdrowiciele i lekarze, jacy byli w mieście, przyprowadziłem nawet kapłanów...- zerknął na Canisa, po czym odwrócił wzrok i pokręcił głową.- Nic nie pomogło- szepnął.- Nic. Dawali różne rady i mówili o różnych rozwiązaniach, ale wuj całkowicie zatracał się w swoim szaleństwie. Musieliśmy go przenieść. Było coraz gorzej. Doprowadził się do okropnego stanu, a ja... Ja starałem się jak najdłużej zajmować się jego obowiązkami i zbywać pogłoski, opowiadając o chorobie fizycznej, a nie psychicznej przypadłości... Arystokraci robili się coraz bardziej ciekawscy... Na pewno już wiedzą.
Tego Amir był pewien, nic nie mogło uchować się przed nimi w tajemnicy, zwłaszcza, jeśli dotyczyło to władzy albo mogło im ją zapewnić. Niezdolny do panowania król był doskonałym obiektem. Ale mężczyzna nie zamierzał przejmować się nimi w najmniejszym nawet stopniu. Nie to było najważniejsze.
-Widziało go tylu uzdrowicieli i nic?- rzucił bez zrozumienia.- Nikt nie mógł nic zrobić...? Nikt nie podał choćby przyczyny?!
-Wielu z nich różniło się między sobą- odparł cicho Hadrin.- Jedni twierdzili, że to szaleństwo, byli tacy, który sądzili coś innego... Jedni poddawali pod zastanowienie jedne czynniki, inni drugie... Byli też tacy, którzy twierdzili, że szaleństwo nie zrodziło się samo z siebie i jest efektem choroby nie umysłu, lecz ciała.
-Co to znaczy?- Amir zmarszczył brwi.
-Że może wuj zachorował na jakąś chorobę- wyjaśnił Hadrin.- Niektóre choroby wpływają na umysł i dają objawy podobne szaleństwu. Tak wyjaśniał to ten medyk, z którym rozmawiałem... Nie potrafił jednak odnaleźć tej choroby, ani nawet stwierdzić, co mogłoby pomóc... Poza tym, nie miał racji... Najpierw wuj się zmienił. Dopiero później jego ciało osłabło, pod wpływem jego własnych działań...
 Amir odłożył szklankę na bok. Pochylił głowę i zakrył twarz dłonią, przymykając powieki. Odetchnął płytko, usiłując raz jeszcze ułożyć w swojej głowie wszystko to, co się wydarzyło. Trudno było mu uwierzyć, że wuj mógł doprowadzić samego siebie do takiego stanu. Nie mógł nie mieć pretensji do brata. Ludwik był królem. Uzdrowiciele i medycy powinni prześcigać się nawzajem, by znaleźć lek lub rozwiązanie dla jego przypadłości. Służba powinna zajmować się nim należycie, bez względu na to, jak się zachowywał i co czynił. Tymczasem został pozostawiony sam sobie, jak ktoś całkowicie samotny, pozbawiony pozycji, ktoś, kogo los nikogo już nie obchodził. Nie mógł zdawać sobie sprawy z wszystkiego, co działo się pod jego nieobecność, ale był całkowicie pewien, że nie dopuściłby do czegoś podobnego. Z drugiej jednak strony, rozumiał, że stan wuja sprowadził na barki jego brata masę obowiązków. Musiał zająć się funkcjonowaniem królestwa i, jak najdłużej, trzymać arystokrację z daleka od bezpośrednich rządów. A to, wiązało się z wysiłkiem i pracą. Podniósł powoli głowę, patrząc na milczącego Hadrina, który sprawiał wrażenie, jakby dręczyło go poczucie winy. Nie zerknąwszy w kierunku Nadima, popatrzył przez chwilę na jego wuja, czując na sobie wzrok Canisa. Potomek wilków patrzył na niego w taki sposób, jakby chciał mu coś jeszcze powiedzieć. Amir zmarszczył brwi. Jeśli prawdą było to, co usłyszał od Elnira, i Canis był tu jeszcze przed chorobą jego wuja, mógł wiedzieć coś więcej.
-Nadim zostanie- obwieścił cicho Amir, przenosząc znów wzrok na Hadrina. Ten nie dał po sobie poznać zaskoczenia, choć jego brat dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że będzie musiał wyjaśnić mu jeszcze wiele rzeczy.- Znajdź dla niego jakiś wolny pokój i wskaż mu go, Hadrinie.
 -Oczywiście- Hadrin skinął głową, po czym spojrzał na potomka wilków, uprzejmie gestykulując w stronę drzwi.
Nadim obejrzał się z niepewnością, najpierw na swojego kochanka, a później na wuja, ale opuścił pomieszczenie. Hadrin wyszedł za nim, zamykając drzwi. Canis spoglądał w okno, milcząc. Przez dłuższą chwilę w pokoju panowała całkowita cisza. Amir oczekiwał słów potomka wilków, ale nie usłyszawszy nic, odezwał się w końcu pierwszy:
-Skąd wiedziałeś, że mój wuj zrobi coś takiego...?
Musiał wiedzieć, skoro zaalarmował Nadima i sam nie wahał się zareagować.
-Bo znam to, co nim kieruje...- odparł cicho Canis, zmęczonym głosem. Amir zmarszczył brwi, wpatrując się w niego bez zrozumienia.- I wiem, do czego dąży. Chce zniszczyć nie tylko jego ciało, ale i, jego własnymi rękami, odebrać mu wszystko, co kocha... Ty jesteś dla niego najbliższą osobą. Zrobiłby wszystko, żeby cię chronić...- dodał, znów odwracając wzrok.
Amir podniósł się powoli z miejsca, zupełnie nic z tego nie rozumiejąc.
-To, co nim kieruje...?- powtórzył, nie będąc pewnym, jak to rozumieć.
Canis spojrzał na niego i skinął głową.
-Demony- odpowiedział.
Amir poczuł, że robi mu się słabo. Przełknął ślinę, nie odrywając od Canisa uważnego spojrzenia.
-O czym ty mówisz...?- zapytał.- Twierdzisz, że to nie choroba...? Że nie jest szalony...?
-Nie- potwierdził ledwie słyszalnie Canis.
-Więc co...?- Amir zbliżył się do niego o kilka kroków.- To demon...? Ten demon...?- dopytał niepewnie.
-Nie. Pomniejsze demony. Właściwie ledwie ich fragmenty. Tak słabe, że muszą działać wspólnie... Podobne raczej duchom...- mówił niespiesznie Canis, nie patrząc na mężczyznę. Amir z każdym słowem czuł się coraz bardziej zdezorientowany i przerażony.- Dla tych, których pozyskają, są jednak absolutnie destrukcyjne.
-Więc mój wuj jest opętany...?
Canis zawahał się wyraźnie.
-Jest opętany?- powtórzył twardo Amir.
-On... On chciał pomóc- odpowiedział po chwili wahania potomek wilków.
-Co takiego...?- rzucił bez zrozumienia Amir, podchodząc jeszcze bliżej swego rozmówcy.
-Sądził, że w ten sposób pomoże... Dlatego zdecydował się...
-Chcesz powiedzieć, że Ludwik się na to zgodził?!- warknął gniewnie mężczyzna.
-Tak- potwierdził potomek wilków.- Zgodził się.
-Mój wuj zgodził się być opętanym przez demony?! Demony, które doprowadziły go do czegoś takiego?!- Amir spoglądał na starca z wściekłością i niezrozumieniem.
-Demony, nawet te najsłabsze, potrafią doskonale manipulować ludźmi, uderzać w najczulszy punkt i atakować, jakby...
-Nie!- przerwał mu gwałtownie człowiek, podchodząc do niego.- Dlaczego łżesz?!- krzyknął, chwytając starca za ramiona. Ten nie drgnął nawet, nie próbował wyrwać, a jedynie stał w bezruchu, wpatrując się w stojącego przed nim mężczyznę ze zmęczeniem.- Mój wuj nigdy nie uległby pokusie! Nigdy nie zdecydowałby się na coś podobnego!
-Zrobił to sądząc, że cię chroni...
-Przestań!- Amir szarpnął go mocno i ,chyba, gdyby wciąż go nie trzymał, starzec by upadł.- Mój wuj nie pozwoliłby na coś takiego! Nie pozostawiłby całego królestwa, nawet dla mnie! Nigdy by tego nie zrobił! Nigdy! Dlaczego mnie okłamujesz?!- mężczyzna potrząsnął bezbronnym starcem raz jeszcze, całkowicie otępiony własnym bólem i złością.- Dlaczego próbujesz wmówić mi coś takiego?!- wrzasnął, po czym w gniewie, odepchnął od siebie potomka wilków.
 Ten uderzył w ścianę i upadł. Bez słowa, zaczął podnosić się powoli z podłogi, nie patrząc na Amira. Amir za to wciąż patrzył na niego. Widział, jak rękaw szaty starca zsuwa się, ukazując wewnętrzną część przedramienia i, widniejącą na nim, podłużną bliznę. Dopiero w tym momencie opamiętał się i otrząsnął.
-Przepraszam...- wydusił z siebie z trudem, odchodząc kilka kroków dalej.- Przepraszam...- powtórzył, wsuwając palce we włosy i przeczesując je nerwowo.- To moja wina...?- zapytał w końcu, nie będąc w stanie powstrzymać emocji. To nie wściekłość na Canisa doprowadziła do jego zachowania, a wściekłość na samego siebie. Wyruszył. Zostawił wuja samego. Pozbawionego wsparcia i obrony. Hadrin nie zapewnił mu należytej opieki. A, jakby tego było mało, dowiadywał się o tym, że jego wuj był w takim stanie przez niego. Przez to, że chciał mu pomóc... Wciąż tego nie rozumiał. Nie rozumiał tak wielu spraw!
-Nie- odparł Canis.- To była jego decyzja. Nie miałeś na to wpływu. A on był gotów zrobić wszystko, by uchronić cię od cierpienia.
Amir parsknął gorzko, odwracając się na moment i usiłując opanować. Od cierpienia...? To, co przeżywał w trakcie wyprawy, było niczym w porównaniu z tym, co spotkało jego wuja. Nie doznał żadnego cierpienia, które mogłoby równać się temu potwornemu wyniszczeniu, tej utracie godności i zdolności decydowania o samym sobie. Nadal nie wiedział, jak to możliwe... Jak to możliwe, że jego wuj zgodził się na coś takiego, chociaż nie miał żadnej pewności, że rzeczywiście będzie w stanie mu pomóc? Przecież był rozsądny, rozważny, Amir nie wierzył, by mógł nabrać się na mamiące obietnice, na słowa... Dlaczego to wszystko się stało...?
-Możesz mu pomóc...?- zapytał cicho, wciąż nie patrząc na starca, choć odpowiedź zdawała się być oczywista.
-Nie- odpowiedział Canis, dokładnie tak, jak spodziewał się tego człowiek.
-Więc, co mam robić...?- Amir zwrócił się w jego stronę z rozpaczliwym pytaniem.
-Tym demonom zależy tylko na tym, by się pożywić i przetrwać. Kiedy wyniszczą doszczętnie ciało swojej ofiary, opuszczają je, szukając kolejnej. Twój wuj jest już bardzo słaby... Siła, którą włada, jest w rzeczywistości siłą pochodzącą od demonów... On sam jest niemalże całkowicie wyczerpany. Demony wkrótce opuszczą jego ciało.
-... On umiera, prawda...?- Amir spojrzał na twarz potomka wilków, czekając na odpowiedź i modląc się o choćby cień nadziei. Canis jednak skinął głową bez chwili wahania. Nie miał żadnych wątpliwości.- Bogowie...- szepnął mężczyzna, przymykając powieki. Czuł się rozgoryczony i wściekły. Nadal nie potrafił zrozumieć, jak mogło dojść do tego wszystkiego. Nie przewidywał czegoś takiego nawet w najgorszych koszmarach...- Bogowie...- powtórzył raz jeszcze, opierając się plecami o ścianę i zakrywając twarz dłońmi. Okropne uczucie narastało w jego ciele, jakby coś usiłowało wyrwać mu serce z piersi.
-... Kiedy odejdą, Ludwik będzie zupełnie świadom tego, co się wokół niego dzieje- powiedział Canis. Sprawiał wrażenie spokojnego, zupełnie wyciszonego, ale Amir wiedział, że to tylko pozory.- Teraz też zdaje sobie sprawę z większości rzeczy, ale nie ma na nic wpływu... Dlatego, gdy to wszystko minie... Wtedy będzie najlepszy czas, by się z nim pożegnać, jeśli masz mu coś do powiedzenia. Powiadomię cię, gdy tak się stanie.
Potomek wilków ruszył do wyjścia. Zatrzymał się jednak na moment przy człowieku i oparł delikatnie dłoń na jego ramieniu. Trwało to ledwie kilka sekund, jakby niepewny reakcji mężczyzny starzec, nie chciał go prowokować, bał się go. A może po prostu sam nie był już w stanie kontynuować tej rozmowy. Opuścił pomieszczenie, zostawiając człowieka samego.
Amir ruszył chwiejnym krokiem w kierunku fotela. Opadł na niego, niemalże bezwładnie, wsuwając palce we włosy i przeczesując je w nerwowym geście. Usiłował raz jeszcze przeanalizować wszystko, zachowanie wuja, wyjaśnienia Hadrina, a później Canisa... Ale nie był w stanie się na tym skoncentrować. Słowa umykały z jego umysłu, zastępowane obrazami. Widział twarz swojego wuja. Spokojną i zamyśloną, zdrową, nie zdradzającą późnego wieku. A zaraz później, zastępowała ją zupełnie inna. Ta, którą widział ledwie przez kilka sekund. Wychudzona, zniszczona twarz szaleńca, z rozbieganym spojrzeniem i okropnym grymasem. Przypominał sobie to, co było dawniej, swoje dyskusje z Ludwikiem, ich spory, jego pouczenia... I znów to, co zastał, wchodząc do pokoju, w którym obecnie go trzymano. Obrazy z dawnego, jakże spokojnego życia, mieszały się z tymi, które zastał po powrocie.
Powoli zaczynało do niego dochodzić, że nic już nie będzie takie samo.
I może tak właśnie, rozpoczynał się koniec.

-Przygotowują go...- obwieścił Hadrin, pojawiając się w pomieszczeniu.
Siedzący samotnie w mrokach pokoju Amir, skierował na niego zmęczone spojrzenie. Praktycznie cały dzień nie ruszał się z miejsca. Chciał być sam. Nie miał ochoty na rozmowy z nikim, a był pewien, że Nadim go szuka, chcąc jakoś dodać mu otuchy, czy choćby wyrazić swój żal. Amir jednak nie chciał tego słuchać. Musiał pogodzić się z tym wszystkim sam. Czyjaś obecność wzmagała w nim jedynie wściekłość i rozżalenie. Ta sama wściekłość pojawiała się w nim, gdy widział swojego brata, choć starał się ją opanować, świadom tego, że Hadrin nie jest niczemu winien. Jeśli ktoś był winny, to jedynie on sam.
-Wkrótce będziesz mógł iść do niego...- kontynuował jasnowłosy, wchodząc głębiej do pokoju. Zapalił jedną ze świec, która oświetliła fragment pomieszczenia bladym blaskiem.- Oczywiście, jeśli chcesz...
-Chcę- odparł bez wahania Amir.- I ty też powinieneś to zrobić...- dodał, nie odrywając wzroku od twarzy brata.- To jedyna szansa, by się z nim pożegnać.
-Zrobiłem to już wcześniej- odpowiedział spokojnie Hadrin, a brat wbił w niego pełne niezrozumienia spojrzenie.- Już jakiś czas temu zdałem sobie sprawę z tego, że nasz wuj, ten, który nas wychował, który cieszył się szacunkiem ludu, słynął ze swojej rozwagi i mądrości, umarł...
-Wcale nie- zaprotestował cicho mężczyzna, nie ruszając się z miejsca.
 -Wiem, że to dla ciebie trudne...- zaczął młodszy z braci, spoglądając na krewnego z troską i współczuciem.- Dopiero co przybyłeś. Nie mogłeś spodziewać się tego, co zastaniesz na miejscu. Ja jednak byłem tu przez cały czas i widziałem to wszystko, widziałem, w jaki sposób Ludwik się zmieniał i jak z każdym dniem przestawał być podobny do samego siebie... Robiłem wszystko, by mu pomóc, ale gdy zdałem sobie sprawę z tego, że nic nie może go uratować, musiałem się z tym pogodzić... Patrzyłem na tego szalonego człowieka i nie widziałem w nim już nic ludzkiego, nic, co mogłoby mi przypominać Ludwika... Dla mnie, nasz wuj umarł już dawno temu.
-Ja też...?- zapytał prowokująco Amir, uśmiechając się gorzko.
Hadrin drgnął. Odwrócił na moment wzrok i przełknął ślinę, po czym z wyraźnym trudem odpowiedział:
-Wiem, że jesteś na mnie zły. Wiem, że uważasz, że nie zrobiłem wszystkiego, co mogłem, aby pomóc wujowi i nie zadbałem o niego tak, jak należy... Postaw się w mojej sytuacji. Jeśli naprawdę uważasz, że ty uczyniłbyś na moim miejscu o wiele więcej, masz pełne prawo mieć do mnie pretensje, a nawet mnie nienawidzić...
-Tylko zapytałem- przerwał mu chłodno Amir.
 -Tak, sądziłem, że zginąłeś- odpowiedział szczerze Hadrin.- Kiedy wyruszyłeś, miałem nadzieję, że wkrótce powrócisz, ale ta nadzieja mijała z każdym dniem... Wydawało mi się, że nawet jeśli nie umarłeś, wydarzyło się coś innego, co uniemożliwia ci powrót... Ale jesteś...- dodał, podchodząc do brata.- Cały i zdrowy. Nigdy nie cieszyłem się równie mocno jak w tamtej chwili, gdy cię zobaczyłem...- oparł dłoń na ramieniu mężczyzny, spoglądając na niego z góry.- Jesteś teraz jedyną, bliską osobą, jaką mam- wyznał.
Amir spojrzał na niego.
-Nie nienawidzę cię- odparł zgodnie z prawdą.- Wiem, że się starałeś... To nie twoja wina, po prostu potrzebuję czasu, żeby to sobie uporządkować...
Hadrin skinął głową ze zrozumieniem. Cofnął dłoń i ruszył powoli w kierunku drzwi, ale zaraz zawahał się wyraźnie i zawrócił, stając na powrót przed swoim bratem.
-Wiem, co powiedział ci ten starzec. Ich przywódca. Mi mówił to samo- stwierdził.
-I nie uwierzyłeś...- to było stwierdzenie, Amir nie musiał pytać, doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Nie musiał nawet wsłuchiwać się w pobłażliwy ton brata.
-... A ty tak...?- parsknął Hadrin, ale zaraz spoważniał. Spoglądał na Amira z całkowitym zaskoczeniem, wyraźnie nie spodziewając się czegoś podobnego.- Uwierzyłeś...- szepnął zaraz, wyraźnie zaniepokojony.
-Nie miałem powodu, by mu nie wierzyć.
 -Nie wierzę, że to od ciebie słyszę...- Hadrin patrzył na swojego brata tak, jakby widział go po raz pierwszy w życiu.- Czy to nie ty powtarzałeś zawsze, że by komuś wierzyć, należy nie tyle nie mieć przeciwwskazań, co mieć podstawy...? A raczej, by wręcz nie wierzyć, a szukać dowodów...? Posłuchaj...- jasnowłosy odetchnął ze zmęczeniem i potarł skronie.- Królewski medyk zajmował się nim najdłużej, prowadził dokładną dokumentację... Sprowadzę go i wyjaśni ci wszystko, ale...
-Czy ten królewski medyk, zdołał pomóc naszemu wujowi?- zapytał retorycznie Amir.
-A ten starzec zdołał...?- Hadrin spojrzał na brata bez zrozumienia.
 -Z tego co wiem, medycy nie potrafili nawet określić, co mu jest.
-Potrafili, ale różnili się w swych ocenach- odpowiedział stanowczo Hadrin.- Co...? Choroba czy szaleństwo nie jest równie dobre, jak opętanie przez demony...?- zakpił. Amir wiedział, że bratem również targają ogromne emocje. Gdy uchodził cały jego spokój, jego powściągliwość i grzeczność, jasnym było, że tracił nad sobą panowanie. Nie zdarzało mu się to często.- Niegdyś wszyscy ludzie uważali, że ich los jest sprawką dobrych lub złych sił, chcesz do tego wracać...? Zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo ciężko jest ci przyjąć, że Ludwik mógł stracić zmysły... Mnie również nie było łatwo, ale taka jest prawda. On nie jest opętany, on zachorował. Zwariował. I dobrze wiesz, że już wcześniej jego decyzje były dalekie od racjonalności, ten kryształ, demon...
-To wszystko prawda- przerwał mu Amir. Hadrin drgnął jedynie, całkowicie wytrącony z równowagi.- Kryształ istnieje. Demon również. Wuj miał całkowitą rację.
-Ach, tak...- kpiący ton wkradł się do głosu młodszego z braci.- Więc co...? Mam teraz szykować naszą armię do walki z jakąś mityczną istotą...? Co się z tobą stało, Amir? Odkąd to zacząłeś zachowywać się w ten sposób i wierzyć w takie bajki?!
-Gdybyś wyruszył ze mną, doskonale byś rozumiał, dlaczego to nie są „bajki”- odparł gniewnie mężczyzna.
-Och, jasne!- warknął w odpowiedzi Hadrin.- Co za głupiec ze mnie! Mogłem przecież tak, jak i ty, rzucić wszystko i pobiec przed siebie, zostawiając naszego wuja i całe królestwo bez żadnej opieki! Strasznie mi przykro, że kiedy ty odnajdywałeś swoje oświecenie, ja musiałem być tutaj i dbać o taką drobnostkę, jak całe państwo i pilnować, by nie zawaliło się pod wpływem tego wszystkiego, co się wydarzyło, bez żadnego wsparcia- syknął, poirytowany.
Amir nie odpowiedział. Doskonale wiedział, że Hadrin ma pod tym względem rację. Nie chciał, w żaden sposób, urazić brata. Chciałby za to mieć czas, by opowiedzieć mu o wszystkim i wyjaśnić te sprawy, ale najzwyczajniej w świecie, nie miał na to sił. Wydawało mu się, że wszystko umyka mu z rąk.
-Arystokracja już od tamtej narady patrzyła na poczynania wuja z większą uwagą- powiedział Hadrin.- Miała różne teorie na temat twojego odejścia, jedni mówili, że to szaleńcza decyzja, inni, że być może od czegoś uciekasz, zastanawiano się nawet, czy nie popełniłeś jakiejś zbrodni...
-Ty też się nad tym zastanawiałeś...?
-Przestań!- ofuknął go surowo Hadrin.- Nie musisz sprawdzać mojej lojalności! Nigdy nie zawiodłem pod tym względem ani ciebie, ani wuja, i dobrze o tym wiesz! A ja wiem, jak to wszystko wyglądało... Ale w tym nie ma nic racjonalnego Amir, nic choćby prawdopodobnego... To stara legenda tych psów! Nie znosiłeś ich! Teraz przychodzisz z jednym z nich do zamku! Akceptujesz ich obecność tutaj, choć niegdyś nie mogłeś znieść ich widoku nawet w karczmie! I ufasz im tak bardzo, jakbyś mógł mieć pewność, że wiedzą, o czym mówią...
-Po prostu wiem, że wuj nie oszalał- odpowiedział Amir.
-A ja wiem, że tak było!- krzyknął w emocjach Hadrin. Starszy brat spojrzał na niego ze zmarszczonymi brwiami, nie rozumiejąc tych słów.- Chcesz wiedzieć, dlaczego stracił zmysły...? Właśnie przez tą decyzję, którą podjął! I boję się, że ciebie czeka dokładnie to samo!
-O jakiej decyzji mówisz?- nie rozumiał książę.
-O wysłaniu ciebie na wyprawę z tym psem! Miał do siebie żal! Nie był pewien, czy dobrze uczynił! Powiedział mi to prosto w oczy! Przyznał szczerze, że zaczął wątpić w słuszność swoich decyzji, jeszcze na długo przed tym, nim dopadło go to szaleństwo! Ciągle nie rozumiesz...?- parsknął Hadrin, kręcąc głową.- Oszalał z tęsknoty za tobą! Zrobił się jeszcze bardziej milczący i zamyślony, trudno było się z nim porozumieć, dzień w dzień analizował jakieś historyczne księgi, szukał rozwiązania czegoś, co, z oczywistych względów, nie mogło go posiadać! Zaczął żyć abstrakcją! A później ściągnął tu ich przywódcę i całe dnie rozmawiali tylko o tym... Może to on wmówił mu to wariactwo! Demony i opętanie! Może to wszystko jego wina!
-Nie wiesz o czym mówisz, Hadrin- odparł Amir.
-Wiem więcej niż ten pies!- stwierdził stanowczo jego brat.- A jeśli masz wątpliwości, idź do pokoju, w którym trzymano wuja. Obejrzyj ściany i zobacz, co się na nich znajduje. Zrozumiesz, co stało się powodem jego obłąkania.
To powiedziawszy, Hadrin rzucił krewnemu ostatnie spojrzenie, po czym wyszedł z pomieszczenia. Amir powiódł za nim zdumionym spojrzeniem, nie rozumiejąc jego słów. Po chwili jednak, podniósł się z miejsca. Podszedł do ściany i zdjąwszy z niej uchwyt wraz z świecą, wyszedł na korytarz. Tak jak się spodziewał, ten nie był oświetlony. Zatrzymał się przy drzwiach od pokoju, w którym zastał dziś wuja. Wahał się przez chwilę, po czym pchnął je i wszedł do środka. Wewnątrz panował już mniejszy chaos i bałagan, niż wtedy, gdy tutaj był. Najwyraźniej, gdy zabrano stąd Ludwika, Hadrin nakazał służbie porządki. Tak krótki czas nie był jednak wystarczający, by doprowadzić wszystko do ładu i, zapewne, odłożono je na jutro, gdy zaczęło się ściemniać. Potworny smród wciąż jednak nie zniknął. Amir usiłował nie oddychać przez nos, przemieszczając się po skąpanym w mroku pokoju. Zbliżał się do ścian i oglądał je w bladym świetle świecy, dostrzegając różnego rodzaju zadrapania i ślady, ale nic poza tym. Oglądał je z dokładnością, nie rozumiejąc, co miał na myśli jego brat. Miał już wracać, gdy coś go tknęło i otworzył kolejne drzwi, wchodząc do mniejszej części pomieszczenia. Tej, w której zobaczył Ludwika. Zatrzymał się przed przeciwległą ścianą i przez moment nie mógł uwierzyć własnym oczom. Na całej szerokości, wyryte były różnego rodzaju napisy. Imiona. Jego własne imiona, wszędzie, gdziekolwiek nie spojrzał. I gdzieś pomiędzy nimi, największe, imię Fortisa. Czworokątny, charakterystyczny, podłużny kształt. I znów, wszędzie tylko jego imię...
Zacisnął mocno wargi. Zbliżył się do ściany, przesuwając palcami po wgłębieniach. Przymknął na moment powieki, usiłując opanować targające nim emocje. A więc to o nim myślał wuj, w chwilach świadomości...? O nim, o Fortisie, krysztale...? Dlaczego zdawał się analizować tę historię...? Może miał mu coś do przekazania. Coś, czego Amir nie potrafił dostrzec, w tej plątaninie. A może... A może Hadrin miał rację. Może w gruncie rzeczy, to on był wszystkiemu winien. I gdyby nie wyruszył, wuja nie spotkałoby nic złego... Poczuł łzy pod powiekami. Gdyby istniał choćby cień nadziei, że Ludwika można ocalić... Gdyby on sam mógł zrobić cokolwiek... Gotów byłby uczynić wszystko. Ale wiedział już, że na to za późno.
Wciąż jednak nie potrafił zrozumieć, dlaczego jego wuj zgodził się na coś podobnego.

Wszedł powoli do pomieszczenia. Zatrzymał się na moment przy samych drzwiach, jakby nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Zaraz jednak zmusił się do tego, by iść dalej. Z każdym krokiem coraz trudniej było mu postawić kolejny. Jego serce biło jak oszalałe, za gardło ściskało go wciąż to samo uczucie gniewu, rozżalenia i niezrozumienia, jakie usiłował stłumić w sobie, odkąd tylko usłyszał wyjaśnienie całej tej sytuacji. Wreszcie jednak stanął przy łożu, na którym spoczywał jego wuj. Ludwik został wykąpany i odziany w jasną szatę, która zwisała makabrycznie na jego wychudzonym, wyniszczonym ciele. Leżał w bezruchu, sprawiając zresztą takie wrażenie, jakby nie miał siły zupełnie na nic. Jego twarz pozbawiona była wyrazu, wzrok nieobecny, skoncentrowany w jakimś punkcie na suficie. Można by pomyśleć, że już nie żyje, gdyby nie unoszącą się, ledwie zauważalnie, przy każdym płytkim oddechu, klatka piersiowa. Po drugiej stronie łoża, na dosuniętym do miejsca spoczynku krześle, siedział Canis. Spojrzał na Amira i zaczął podnosić się z miejsca, chcąc najwyraźniej opuścić pomieszczenie.
-Możesz zostać- powiedział cicho Amir.
Starzec usiadł z powrotem na miejscu. Ludwik, usłyszawszy głos siostrzeńca, drgnął wyraźnie. Jego wzrok spoczął na Amirze, przeniósł się na moment na potomka wilków i znów skoncentrował się na młodym mężczyźnie.
-Witaj, wuju...- Amir uśmiechnął się wymuszenie, siadając na brzegu łóżka.
Dłoń Ludwika uniosła się powoli. Wyglądało na to, że nawet tak drobny ruch, kosztuje króla ogromny wysiłek. Grymas bólu wymalował się na jego twarzy, gdy usiłował sięgnąć ręki siostrzeńca. Ten chwycił go delikatnie za dłoń, chcąc oszczędzić mu cierpienia. Palce wuja zacisnęły się na jego dłoni, lekko, właściwie ledwie wyczuwalnie. Zaraz jednak jego paznokcie wbiły się w skórę Amira. Oczy Ludwika rozchyliły się w wyrazie przerażenia. Poruszył bezgłośnie ustami, jakby chciał coś powiedzieć, ale najwyraźniej nie był w stanie wydusić z siebie choćby słowa. Amir usiłował odczytać coś z jego warg, ale nie był w stanie tego zrobić. Spojrzał na Canisa, który przyglądał się temu wszystkiemu w milczeniu. Widział smutek malujący się na starej, zmęczonej twarzy. Amir nie był w stanie łatwo pozbyć się swoich uprzedzeń i niechęci. Ale czuł, że to właśnie Canis, rozumie go w tej sytuacji tak, jak nikt inny.
-Przepraszam, że nie było mnie przy tobie wtedy, gdy mnie potrzebowałeś...- zaczął drżącym głosem Amir, spoglądając z powrotem na wuja. Ten nie puszczał wciąż jego dłoni. Cały czas zdawał się mówić, mimo, iż z jego ust nie wydobyło się żadne słowo. Jego siostrzeniec patrzył na niego długą chwilę, po czym kontynuował- Nie przypuszczałem, że dojdzie do czegoś takiego. Ja...- zagryzł nerwowo wargę i przełknął ślinę, widząc kolejny grymas bólu, jaki wstąpił na twarz Ludwika.- Tak bardzo mi przykro... Wiem, że rozczarowywałem cię wiele razy, że mówiłem i czyniłem rzeczy, których nie powinienem był robić... Ale zmieniłem się. Wiem, jakie popełniłem błędy. Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo chciałbym, żebyśmy mogli o tym porozmawiać...- spuścił wzrok, czując łzy pod powiekami. Zauważył, że oczy jego wuja również zaszkliły się wyraźnie.- Ale nauczyłeś mnie wszystkiego, co jest mi niezbędne. Poradzę sobie...- stwierdził, choć wcale nie był tego taki pewien. Dostrzegał jednak, bardziej niż kiedykolwiek, że ta sprawa zajmowała jego wuja najbardziej, gdy był jeszcze zdrów. Tego właśnie chciał być pewien. Że Amir i Hadrin nie zaprzepaszczą lat jego starań, przez własne ograniczenia i uprzedzenia. Że będzie miał godnego następcę, który nie doprowadzi królestwa do ruiny.
Ludwik przestał mówić. Cofnął dłoń, która opadła bezwładnie na pościel. Nie odrywał od siostrzeńca rozpaczliwego spojrzenia. Amir wiedział, że wuj chce mu coś przekazać. Był pewien, że chciałby mu wiele powiedzieć. Ale nie był w stanie. Amir sam zresztą gubił się we własnych słowach. Widok wuja, widok jego słabości, porażał go, paraliżował, sprawiał, że zapominał, co zamierzał mu powiedzieć, że czuł tylko tą potworną wściekłość, nie na wuja, ale na wszystko dookoła, na cały ten splot okoliczności, który doprowadził go do tego stanu.
-Nie musisz się martwić, wuju- odezwał się po dłuższej chwili.- Zebrałem wszystkie kryształy. Ten demon już nie będzie nam zagrażał.
Dłoń Ludwika uniosła się na moment znowu i opadła. Łza spłynęła po jego policzku, gdy raz jeszcze usiłował zdobyć się na to, by coś powiedzieć, ale i tym razem, nie przyniosło to żadnego efektu. Amir dotknął delikatnie jego ręki.
-Kocham cię, wuju...- szepnął, wilgotnym głosem, po czym złożył na czole Ludwika czuły pocałunek.- Przepraszam, że kiedykolwiek wątpiłem w twoje słowa i decyzje... Miałeś rację. Od samego początku.- Ludwik poruszył się znowu. Zdawało się, że usiłował kręcić głową, ledwie zauważalnie, z wyraźnym trudem, jakby chcąc zaprotestować. Amir wiedział, że gdyby ten mógł mu coś przekazać, w swoich ostatnich słowach, zapewne usiłowałby dodać mu otuchy.- Teraz też nie zamierzam w ciebie wątpić... Nawet, jeśli wciąż nie potrafię zrozumieć, dlaczego to wszystko się wydarzyło... Jestem pewien, że miałeś ważne powody.
Tego Amir był pewien. Nie wierzył, by Ludwik tak po prostu dał się zwieść. Nie był taki.
-On tylko cierpi...- usłyszał cichy głos Canisa.- Jeśli nie chcesz powiedzieć mu nic więcej, nie każ mu znosić tego dłużej... Ulżyłbym mu już wcześniej, ale wiedziałem, że on chcę cię zobaczyć nim...
Urwał.
Amir podniósł na niego spojrzenie. Walczył przez moment sam ze sobą, po czym skinął powoli głową. Nie chciał tego. Ale nie mógł patrzeć na mękę wuja. Canis podniósł się i stanął nad Ludwikiem. Patrzył na niego długą chwilę, po czym zakrył dłonią jego nos i usta. Wyniszczone ciało szarpnęło się w ostatnim, rozpaczliwym ruchu, po czym zamarło, nie stawiając żadnego oporu, zupełnie bezbronne wobec czynu potomka wilków. Wreszcie, znieruchomiało zupełnie. Amir poczuł narastający ucisk w gardle. Odkaszlnął, z trudem powstrzymując łzy.
-Możesz tu zostać...- zwrócił się do potomka wilków, podnosząc się powoli.- Tak długo, jak zechcesz...
Powiedziawszy to, wyszedł z pomieszczenia. Uciekł właściwie, czując, że nie jest w stanie wytrzymać tam ani sekundy dłużej. Nie mógł patrzeć ani na wuja, ani na pełną bólu twarz Canisa. Snuł się długo po korytarzach, właściwie na wpół przytomnie, jakby nie mógł odnaleźć drogi do swojej komnaty. Te wszystkie emocje... Ten gniew! Jego wuj umarł, to wywołało w nim naturalną rozpacz. Ból. Ale dlaczego wściekłość...? Dlaczego to właśnie to uczucie brało nad nim górę...? Nawet nie potrafił zrozumieć, z czego się zrodziło. Czy była to wściekłość na samego siebie, powodowana irracjonalnym niemalże przekonaniem, że mógł coś jednak zmienić, mógł czemuś zapobiec...? Czy była to wściekłość na Hadrina, że nie zadbał o wuja tak, jak należy...? Czy wściekłość wynikająca z niezrozumienia, z desperacji, z braku odpowiedzi, na kolejne istotne pytanie... Dlaczego Ludwik zrobił coś takiego? A może Canis się mylił? A może wcale nie miał wyboru? Nie mógł go mieć! Jego wuj nie pozwoliłby sobie na coś tak ryzykownego! Na coś, co doprowadziło go do kompletnego upadku, a mogło przecież zagrozić wielu innym ludziom! Amir zatrzymał się gwałtownie i wrzasnąwszy głucho z wypełniającej go goryczy i wściekłości. Oparł się o ścianę i przymknął powieki, czując wypływające spod nich łzy. Nie tak powinna wyglądać śmierć jego wuja. Nie tak powinny wyglądać jego ostatnie dni.
Wszystko stawało się coraz bardziej mroczne i niezrozumiałe.
I teraz, nie była to jedynie kwestia kryształu, demona i obcych ludzi.
Chodziło o jego własną rodzinę.

Siedział w swojej sypialni, na brzegu łóżka. Z pochyloną głową, nieobecnym wzrokiem, zupełnie pozbawiony sił do tego, by choćby się ruszyć. Niedługo miał nadejść poranek. On jednak nie przespał tej nocy ani sekundy. Wstrząśnięty tym, co się wydarzyło, zajęty gorączkowym, desperackim niemalże, rozmyślaniem i analizowaniem tego, co go spotkało, czuł się nie tyle zmęczony, co coraz bardziej osaczony i zdezorientowany.
 Usłyszał, jak drzwi jego sypialni uchylają się z cichym skrzypnięciem. Podniósł głowę, kierując swój wzrok na, wchodzącego do pomieszczenia, Nadima. Odwrócił spojrzenie, nie wiedząc, co powiedzieć. Był pewien, że potomek wilków niepokoił się o niego i pewnie już wcześniej usiłował go znaleźć.
-Słyszałem o tym, co się stało...- zaczął łagodnie Nadim, zatrzymując się na środku pokoju.- Bardzo mi przykro.
-Wiem- odparł mechanicznie Amir, wciąż na niego nie patrząc.
Potomek wilków podszedł bliżej. Usiadł obok człowieka, spoglądając na niego z troską.
-Canis bardzo cierpi...- odezwał się w końcu.- Nigdy nie przypuszczał, że to on będzie tym, który będzie musiał go opłakiwać...
-Zostań ze mną- szepnął jedynie człowiek.
Nigdy chyba nie potrzebował go bardziej, niż w tej właśnie chwili. Potomek wilków przysunął się bliżej niego. Położył dłoń na ramieniu mężczyzny, a gdy ten podniósł głowę, musnął delikatnie jego wargi. Oparł swoje czoło na czole człowieka i przymknął powieki, obejmując go wokół szyi. Amir nie odzywał się długo, chcąc po prostu czuć obecność kochanka i zatracać się w niej zupełnie. Ale ta cisza w niczym nie pomagała. Uspokoiła go na moment, by zaraz ze zdwojoną siłą, przywołać te wszystkie negatywne emocje i wątpliwości.
 -Nie rozumiem!- wybuchnął nagle, wyrywając się z uścisku mężczyzny i podrywając z miejsca.- Dlaczego to wszystko się stało...?- zapytał rozpaczliwie tak, jakby Nadim rzeczywiście mógł znać odpowiedź.- Przecież wuj... Wuj nigdy nie uległby jakiemuś demonowi! Nigdy! Nie był taki! Nie był słaby!
-Fortis również taki nie był...- odpowiedział Nadim.- A mimo to, podjął taką decyzję... Mimo swojej własnej siły...
-Fortis był tchórzem i kłamcą!- wrzasnął niepohamowanie Amir. Jego towarzysz umilkł, najwyraźniej uświadamiając sobie, że to porównanie było najgorszym, co mógł w tej chwili powiedzieć.- Wuj taki nie był! Nie miał powodu, by odwrócić się od swoich ludzi! Dobrze wiedział, że nigdy się nie poddam! Że będę walczył do samego końca, bez względu na wszystko! Nigdy nie zrobiłby niczego ani przeciwko mnie, ani przeciwko innym ludziom! Nigdy!
Jego własne krzyki zmęczyły go. Kontrastowały ze spokojem Nadima, który udzielił się w końcu i jemu. Amir przymknął powieki, pocierając czoło. Był zmęczony. Okropnie zmęczony i bezsilny. Nadim chwycił go za nadgarstek i ściągnął na miejsce obok siebie.
-Nie próbuj tego oceniać...- szepnął mu do ucha potomek wilków.- Czasem trzeba podejmować decyzję, które są dla wielu trudne i niezrozumiałe. Może on też musiał ją podjąć.
Amir skinął jedynie głową. Nie miał już sił, by zastanawiać się nad tym wszystkim, dobrze wiedział, że nie znajdzie odpowiedzi, a jedynie kolejne pytania. Nic nie było jasne, nic nie było oczywiste. Cały świat, którego był częścią i który, jak mu się zdawało, znał tak dobrze, zaskakiwał go i przerażał. A teraz, zaczynał się kruszyć. Kawałek po kawałku, zabierając mu wszystko to, na czym mu najbardziej zależało. I zabierając mu nadzieję na to, że wszystko będzie w stanie wrócić do normy. Nawet się nie zorientował, kiedy Nadim wciągnął go pod pościel. Położył się obok potomka wilków, wtulając mocno w jego ciało. Słyszał, jak ten mówi coś kojąco, choć chyba nawet nie rozumiał jego słów. Tyle mu wystarczyło. Słuchać jego spokojnego głosu, czuć bliskość jego ciała i , na moment, na chwilę, przymknąć powieki, zapaść w stan, który nie był snem, ale pozwalał na oderwanie się od rzeczywistości. Wreszcie, potomek wilków usnął. Niedługo później, skrzypnięcie drzwi sprawiło, że Amir uchylił powieki. Podniósł się powoli, chcąc sprawdzić, kto wszedł do pomieszczenia. Zauważył Hadrina. Ledwie przez chwilę, bo kilka sekund później, jego brat wycofał się w pośpiechu.
Amir nie wiedział, czy ten dostrzegł, kto  leży obok niego i nie miał siły się nad tym zastanawiać.
Opadł z powrotem na łóżko, niemalże natychmiast zasypiając.

-Do czego jestem ci potrzebny...?- mruknął nerwowo Amir, nieustannie kręcąc się po pomieszczeniu, jakby nie mógł ustać w miejscu.
Razem z Hadrinem, w niedużej sali na parterze, oczekiwali przybycia przedstawicieli arystokracji. Żaden z nich chyba nie miał wątpliwości, w jakiej to pilnej sprawie chcieli się z nimi spotkać niedługo po śmierci ich wuja. Amir wykąpał się i przebrał w przygotowane przez służących szaty, choć nie miał najmniejszej ochoty nawet ruszać się ze swojej komnaty, nie mówiąc już o przyjmowaniu gości. Takich gości zwłaszcza. Hadrin jednak skutecznie przekonał swojego brata (by nie rzec, że to był niemalże przymus), by ten zszedł na dół i ,wraz z nim, porozmawiał z tymi, którzy mieli przybyć. Najwyraźniej nie zamierzał dać krewnemu zbyt wiele czasu na coraz bardziej desperackie i dołujące rozważania. Najwyraźniej zamiast tego, wolał zupełnie wyprowadzić go z równowagi, bo innego celu w tej całej farsie, Amir nie widział. Ludwik dopiero co zmarł, nie zdążyli nawet wydać oficjalnego oświadczenia, a ci głupcy już, nie bacząc na żadne konwenanse, zamierzali pojawić się tutaj i napsuć mu krwi. Oczywiście Amir był pewien, że to nie był główny powód ich wizyty. Pojawiali się w zamku wtedy, gdy liczyli na załatwienie dla siebie jakiejś sprawy. Albo wtedy, gdy mogli doprowadzić do jakichś zmian w bieżącej władzy. Albo zagarnąć część jej dla siebie. I to, w istocie, był ich cel.
-Obaj powinniśmy tutaj być- odpowiedział Hadrin, jak zwykle ze spokojem, któremu brakowało jego bratu.- Wiem, że to dla ciebie trudne, biorąc pod uwagę to, co się wydarzyło, ale właściwie przyjmujemy ich w twoim imieniu... Jesteś najstarszy- wyjaśnił, zaskoczonemu Amirowi.- Do czasu wyboru nowego króla, oficjalnie pełnisz obowiązki wuja... Głównie te dyplomatyczne, bo cała reszta wymagałaby potwierdzenia arystokracji...- Amir parsknął cicho. Oczywiście.- Tak czy inaczej, ja jestem tu, teoretycznie, tylko w roli doradcy... Ale lepiej zostaw mówienie mnie- uprzedził natychmiast.
Amir skinął głową. To rzeczywiście brzmiało rozsądnie.
 Kilkanaście minut później, do sali wszedł służący, który obwieścił, że goście przybyli do zamku. Ledwie chwilę później, trzech arystokratów weszło do pomieszczenia w asyście strażników. Jednym z nich był ten, który nie chciał wpuścić Amira przez bramy. Teraz, dostrzegłszy księcia, ukłonił się mu nerwowo nim wyszedł wraz ze swymi współpracownikami, zostawiając przybyłych i gospodarzy samych.
-Szanowni panowie...- oczywiście powitał ich nikt inny, jak sam przywódca rady we własnej osobie. Fryderyk ukłonił im się lekko, wyglądając dość śmiesznie w towarzystwie dwóch, znacznie wyższych od niego mężczyzn.
Ich Amir też kojarzył. Jeden z nich, Golvan, był zastępcą Fryderyka i bywał na każdej naradzie i spotkaniu. Mimo, iż książę unikał takowych jak ognia, i tak zdążył już zapoznać się z tym człowiekiem. Posiadał najwięcej ziemi w całym królestwie i słynął ze swoich postulatów wprowadzenia różnego rodzaju ograniczeń dla chłopów, które, w konsekwencji, oznaczałyby właściwie stworzenie niewolnictwa. Nie tylko z tego powodu, daleko mu było do zaskarbienia sobie choćby nici sympatii Amira. Drugi, nazywał się chyba Ronan. Ten był już w podeszłym wieku i chyba nie udzielał się zbyt aktywnie na różnego rodzaju naradach. Amir kojarzył go bardziej z różnych uroczystości, przy okazji których mijali się z uprzejmym skinięciem głowy albo prowadzili jakąś sztuczną, pełną wymuszonych uprzejmości, rozmowę.
-Przybywamy jako przedstawiciele królewskiej rady...- kontynuował Fryderyk, swym irytująco cienkim głosem.- Jako, że usłyszeliśmy tę tragiczną wiadomość o śmierci króla...
-Usłyszeliście ją, jeszcze nim zdążyliśmy was poinformować- rzucił lodowato Amir, nie będąc w stanie się powstrzymać.- To dopiero interesujące...
Hadrin posłał mu ostrzegawcze spojrzenie. Fryderyk nie przestawał się uśmiechać.
-Miło cię widzieć, Amirze- odparł.- Dobrze, że już wróciłeś.
-Nie wątpię, że o tym też już wiedziałeś- Amir uśmiechnął się złośliwie.
-Takie informacje szybko się rozchodzą.
-O, tak. Aż strach się odezwać, nawet do samego siebie, w zamkniętych czterech ścianach...
-Amir...- odkaszlnął dyskretnie Hadrin.
-Nie rozumiem o co ci chodzi, szanowny Amirze...- odparł Fryderyk, jakby w istocie tak było.- Chyba nie zamierzałeś trzymać śmierci swego wuja w tajemnicy...?
-Nie, ale zamierzałem odczekać przynajmniej aż jego ciało ostygnie- wycedził przez zęby mężczyzna.- Spodziewałem się, że uczynicie to samo, ale, jak widać, nadmiarem optymizmu jest oczekiwanie szacunku wobec dopiero co zmarłego króla od jego, tak zwanej, rady...
-Wystarczy...- rzucił cicho Hadrin, posyłając bratu surowe spojrzenie, po czym przywoławszy uśmiech na twarz, rzucił- Wszyscy jesteśmy w wielkich emocjach... Nie unośmy się niepotrzebnie. Miło mi was powitać w naszym zamku- skłonił się przybyłym raz jeszcze.- Okoliczności nie sprzyjają raczej długim naradom, a więc wnioskuję, że macie nam coś do przekazania...
-Cała rada składa wam szczere kondolencje...- powiedział Fryderyk i, rzeczywiście, szczerość tak bardzo biła z jego głosu, że Amir prawie się wzruszył.- Docierały do nas informacje o złym stanie zdrowia króla i jego... powolnym odstępowaniu od zdrowych zmysłów... Niech bogowie mają w opiece jego duszę, wszyscy wiemy, jak bardzo zasłużył sobie na spokój i godniejszą śmierć...
-Do rzeczy- przerwał mu ostro Amir, nie mając najmniejszej ochoty tego słuchać.
Hadrin spojrzał na niego raz jeszcze, dając mu do zrozumienia, że nie powinien mówić już nic więcej. Amir nie zamierzał się odzywać od samego początku, ale słowa Fryderyka skutecznie prowokowały go do odpowiedzi dalekich od, wielbionej przez Hadrina, dyplomacji.
-Niepokoją nas różnego rodzaju pogłoski, które docierają ze społeczeństwa...- kontynuował, jak gdyby nigdy nic, Fryderyk.- Plotki o chorobie naszego szanownego króla rozprzestrzeniły się już jakiś czas temu i obrosły w różnego rodzaju przekłamania... Tak czy inaczej, lud się obawia. Musimy zapewnić ciągłość władzy. Dlatego, jutro odczytamy królewską wolę...
-Jutro...?- przerwał mu Amir, prychnąwszy cicho.- Mój wuj dopiero, co zmarł. Nie ogłoszono tego ludowi, nie przygotowano nawet pogrzebu...
-Więc pogrzeb również odbędzie się jutro- Fryderyk nie widział w tym najwyraźniej żadnego problemu.- Z samego rana, o świcie. Jeszcze dziś zadbam o to, by rozgłoszono to wśród ludu... Wolę odczytamy w południe. Cała rada zbierze się punktualnie w sali tronowej.
-Oczywiście- odpowiedział spokojnie Hadrin.
-Szanowni panowie... Amirze... Hadrinie...- niski arystokrata skłonił im się raz jeszcze, po czym opuścił pomieszczenie z towarzyszącymi mu mężczyznami.
Gdy drzwi zamknęły się za nimi, Hadrin rzucił natychmiast:
-Nie mogłeś się powstrzymać...?
-Oni nie mogli, więc nie wiem, czemu ja miałbym się ograniczać...- mruknął w odpowiedzi mężczyzna.
-Mogą narobić nam problemów- uświadomił mu Hadrin.- Mają dużą władzę i wpływy. Jeśli ich rozgniewamy, będą w stanie uczynić wiele, by utrudnić nam rządy. Lepiej uważaj- ostrzegł go raz jeszcze.
Amir, w duchu, przyznał mu rację. Jego zachowanie rzeczywiście nie należało do najbardziej rozsądnych, ale, za nic w świecie, nie byłby się w stanie zdobyć na wymuszoną uprzejmość wobec tych, którzy ta bardzo lekceważyli śmierć Ludwika. Którzy właściwie wtrącali się niepotrzebnie i usiłowali oczernić go przez cały czas trwania jego rządów. Ich rzekome współczucie brzmiało jak kpina. Nie od dziś wiadomo było, że tylko czekali na odpowiedni moment. Ludwik, jako król, wcale im nie odpowiadał. Cieszył się zbyt dużym szacunkiem społecznym, przez co trudniej było negować jego decyzję i wprowadzać lud w błąd. Poza tym, był bezkompromisowy i nie dało się na niego wpłynąć, ani przekupstwem, ani szantażem, ani groźbą. Był dla nich niebezpieczny, stanowił zagrożenie dla ich interesów. A przynajmniej oni tak to widzieli.
-Widziałem cię wczoraj.
Amir miał już zmierzać do wyjścia, gdy zatrzymały go słowa brata. Odwrócił się w jego stronę, zdumiony.
-Z tym... potomkiem wilków...- dodał niepewnie Hadrin.- Możesz mi to wyjaśnić?
Starszy książę wzruszył ramionami.
-Nie wiem, czy jest co wyjaśniać- odpowiedział szczerze.- Myślę, że doskonale wiesz, co widziałeś.
Hadrin spoglądał na niego długą chwilę, jakby wahał się i walczył sam ze sobą. Wreszcie jednak, rzucił:
-Jestem ostatnią osobą, która usiłowałaby cię pouczać o przyzwoitości...- stwierdził, choć sam ton jego głosu wskazywał, że za przyzwoite, poczynań brata, zdecydowanie nie uważał.- Ale zdajesz sobie sprawę, że to potomek wilków, więc...
-... I mężczyzna- dopowiedział Amir.- Liczyłeś na to, że nie zwróciłem uwagi...?- dodał, uśmiechnąwszy się z politowaniem.
-Liczyłem na to, że wykażesz się większym rozsądkiem- odparł, zgodnie z prawdą, Hadrin.- Twoje prywatne życie to twoja sprawa... Tak długo, jak i ty jesteś prywatnym człowiekiem... Jak długo nie jesteś kimś ważnym dla królestwa. Nawet jako książę nie masz pełnej swobody. Coś o tym wiem...- stwierdził, uśmiechnąwszy się gorzko.- Ludzie patrzą. Gadają. Pojawiają się plotki. Nie jesteś chyba naiwny i wiesz, że to nie umknie ciekawskim oczom i, prędzej czy później, ktoś powie pierwsze słowo, kto inny doda coś od siebie... Wiesz, że to nie spotka się z akceptacją.
-Nie szukam akceptacji- odpowiedział szczerze Amir.
-Owszem, szukasz- rzucił stanowczo Hadrin.- A przynajmniej powinieneś to czynić. Jesteś pierwszą osobą po Ludwiku w kolejce do tronu. Dopóki nie odczytają testamentu, reprezentujesz go. Reprezentujesz całe królestwo. Postępując nieostrożnie, możesz doprowadzić do oporu społeczeństwa, do buntów, rozruchów... Nawet, gdyby on był człowiekiem, większość ludzi potępiłaby takie zachowania... A jest potomkiem wilków.
-Tak... Ironia losu...- skomentował to kpiąco Amir.
Jego brat westchnął ciężko, pocierając skronie.
-Więc co...?- zapytał starszy z mężczyzn.- Mam się z nim nie widywać?
Hadrin zawahał się wyraźnie. Zapewne najchętniej stwierdziłby, że owszem, ale wiedział, że to raczej nie przekona brata.
-Niekoniecznie...- stwierdził więc.- Ale musisz być bardziej ostrożny. Bardziej dyskretny. Wiesz dobrze, że arystokraci również mają swoje tajemnice, mają kochanki, kochanków albo i... bardziej specyficzne preferencje... My też o tym wiemy, ale społeczeństwo, zazwyczaj, nie. Dlatego, że oni potrafią zadbać o to, by te informacje nie wyszły na światło dzienne... Musisz więc spotykać się z nim w jakichś... bezpieczniejszych okolicznościach... I mieć dobre kontakty z arystokracją- dodał znacząco.- Oni zawsze dowiedzą się pierwsi. Jeśli wasze relacje będą odpowiednie, dopilnują, by nikt prócz nich się o tym nie dowiedział...
Amir parsknął śmiechem.
-To by mnie uczyniło ich niewolnikiem- odpowiedział zgodnie z prawdą.- Znaliby moją tajemnicę, szantażowaliby mnie, grozili jej ujawnieniem, jeśli nie spełnię ich oczekiwań i nie wesprę interesów... Wiem, do czego to prowadzi. Nie zamierzam się z niczym kryć. Jestem tym, kim jestem. Nie będę się tego wypierał. Albo mnie takim przyjmą, albo nie.
-Ale tutaj nie chodzi o ciebie!- wykrzyknął nagle Hadrin, najwyraźniej wytrącony z równowagi słowami brata. Amir spojrzał na niego ze zdziwieniem.- Chodzi o całe królestwo! Nie rozumiesz?! Nie reprezentujesz siebie, ale wszystkich mieszkańców! I mnie! I radę! I przede wszystkim, Ludwika...- Amir drgnął lekko.- Myślisz, że on tego by właśnie chciał...? Że pozwoliłby sobie na tak nierozsądne zachowanie? Dobrze wiesz, że dla niego liczyło się przede wszystkim dobro królestwa...
-Tak. I dlatego był nieszczęśliwy- szepnął w odpowiedzi Amir.
-Może- potwierdził Hadrin.- Ale był też dobrym władcą.
-Ja nie chcę nim być.
-Ale jesteś, dopóki nie odczytają testamentu wuja!- warknął z irytacją jasnowłosy, po czym uspokoił się i umilkł, pocierając skronie.
Amir milczał. Tego się właśnie obawiał. Że nie tylko do tego momentu. Hadrin, najwyraźniej, zdawał się być jednak przekonany, że to on oficjalnie zastąpi Ludwika na tronie. Amir nie dziwił się temu. On sam, jeszcze niedługo przed swoją wyprawą, byłby gotów powiedzieć to samo bez najmniejszych wątpliwości. Ale tamta rozmowa  z Ludwikiem zmieniła wszystko. I,choć wciąż miał nadzieję, że może wuj, podczas jego nieobecności, zmienił zdanie, nie mógł już mieć pewności. I było to najgorsze uczucie na świecie.
-Proszę cię tylko o to...- zaczął nerwowo Hadrin.- Tylko o to, byś kierował się dobrem królestwa, zamiast swoim własnym... To, wbrew pozorom, nie jest wielkie poświęcenie...
-Większe niż możesz sobie wyobrazić- przerwał mu Amir. Zbyt długo myślał o historii Ludwika i Canisa, by popełnić te same błędy, co oni.- Nie będę niczyją marionetką.
-Nikt tego od ciebie nie wymaga, na bogów!- wybuchnął Hadrin.- Jedyne, czego od ciebie oczekuję, to rozsądek w działaniu! Nie rozumiem, co się z tobą stało! Nagle spotykasz się z...- jasnowłosy zacisnął wargi i machnął dłonią, chyba powstrzymując się od jakiegoś obraźliwego stwierdzenia.- Nigdy nie widziałem cię z żadnym mężczyzną! A teraz on...? Potomkowie wilków przestali ci wadzić, choć niegdyś gotów byłeś prowokować jednego z nich za sam fakt, że usiadł obok ciebie... Teraz nie przeszkadza ci nawet ich obecność tutaj! I jeszcze te demony...- Hadrin parsknął cicho, kręcąc głową.- Rozumiem, że się zmieniłeś... Ten czas zmienił nas wszystkich,  ale naprawdę nie wiem, jak mam to wszystko interpretować! Nie wiem, jak z tobą rozmawiać! Czego mogę się po tobie spodziewać! Spierałeś się z Ludwikiem przez jego opinię o potomkach wilków, a teraz, gotów jesteś ryzykować tak bardzo przez nic nie znaczący romans...?
-Specjalistą od nic nie znaczących romansów jesteś ty- odparł ostro Amir.
Zauważył, że na twarzy Hadrina wymalował się bolesny grymas. Jego brat odwrócił wzrok i odkaszlnął cicho, wyraźnie ugodzony słowami krewnego.
-Przepraszam- powiedział Amir, świadom tego, że posunął się zbyt daleko.- Ale musisz mnie zrozumieć... Ja nie żyję dla tego królestwa. Nie poświęcę dla niego wszystkiego. Nie jestem do tego zdolny. Nigdy nie byłem- stwierdził, zgodnie z prawdą. Hadrin spojrzał na niego i pokręcił głową z cichym westchnieniem.- Chciałbym jedynie, żeby te wszystkie bezcelowe spory między nami, a nimi... już się skończyły.
-To niemożliwe- odpowiedział Hadrin.- Ludność ich nie akceptuje. Patrzy na nich w dokładnie taki sam sposób, jak ty kiedyś.
-... I w taki sam, jak ty do tej pory- dopowiedział Amir.
Hadrin wahał się przez moment, po czym spojrzał bratu w oczy, zdobywając się nagle na odwagę.
-Tak- potwierdził śmiało.- Myślę, że ten konflikt skończy się dopiero wtedy, gdy oni się wyniosą.
-... albo znikną w inny sposób...- starszy z książąt uśmiechał się pobłażliwie. Popatrzył na brata jeszcze przez chwilę, po czym ruszył w stronę drzwi. Otworzywszy je, zatrzymał się na moment i rzucił jeszcze- Wiem, że chciałbyś, aby wszystko wróciło do normy, ale to, co się wydarzyło, zmieniło mnie na zawsze. Wydaje mi się, że poszedłem po prostu o krok dalej, podczas gdy ty wciąż stoisz w tym samym miejscu. I chyba sam powinieneś się zastanowić, czy tego właśnie chciałby nasz wuj.
Wyszedł, pozostawiając Hadrina samego.

15 komentarzy:

  1. Anonimowy2:14 PM

    Błagam, dodaj Wyzwanie, nie wytrzmam przerwy :( Cały czas ten Chaos... Lubię to opowiadanie, ale... Trochę go za dużo, no.

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy3:51 PM

    chciałabym powiedzieć... wreszcie! Ale to chamskie bo jednak Ludwik był fajny... szkoda, że umarł D: Miałam wrażenie że chciał coś ważnego przekazać, choć może były to zwykłe przeprosiny, których Amir nawet nie mógł usłyszeć...
    Dziękuję za śliczny rozdział na dzień kobiet. Mam nadzieję, że miło go spędzisz :D
    Pozdrawiam, życzę weny i ponawiam, iż kocham ciebie i twoje opowiadania!
    LoliShouta

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadzam się, jest to śliczny rozdział.
    Zupełnie nie spodziewałam się, że Ludwik umrze... Smutno. Bardzo :(
    Mam nadzieję, że Chaos szybko pojawi się ponownie. Bardzo chciałabym wiedzieć, co zdarzy się dalej.

    OdpowiedzUsuń
  4. No i się popłakałam. Muszę powiedzieć, że pierwszy raz płakałam czytając JAKIEKOLWIEK opowiadanie. Często zdarzało mi się, że miałam łzy w oczy, drżałam ale teraz? Płakałam jakby to mój wujek umarł.. Strasznie źle mi się przez to czytało.. Nigdy więcej! Nie zamierzam ryczeć i przez to dłużej czytać..
    Domyślałam się, że dojdzie do śmierci Ludwika, no ale! Jak mogłaś. Do samego końca miałam nadzieję, iż Amir go uratuje. Tak bardzo bym tego chciała..

    To było słodkie jak Nadim pocieszał Amira.. Książę ma w nim wsparcie, to dobrze ^^ Hadrin ich nakrył.. Ciekawie jak na ten fakt zareaguje Nadim.. W końcu nie chciał aby ktoś o nich wiedział.. A coś czuję, że jak Hadrin się dowiedział to dowiedzą się wszyscy, arystokracja, lud no i potomkowie wilków..
    Kłótnia Amira z arystokracją, zawsze dobra xD Ciekawie to się czytało.. Zastanawiam się jak to wszystko się potoczy..
    Czy Ludwik w testamencie spisał, iż Amir zostanie jego następcą? Pewnie tak, wątpię aby zmienił zdanie. Hadrin, niby dogaduje się z arystokracją ale.. nie nadaje się na władcę! On przesiedlił by potomków wilków! Pozbyłby się ich. Jednak Amir nie umie dogadać się z arystokracją jak i z ludem.. Jest zbyt wybuchowy.. No nie wiem, który jest lepszym kandydatem na króla... Podejrzewam, że Ludwik wybrał Amira, no i zastanawiam się jak na tą wiadomość zareaguje Hadrin..

    Dobra dosyć tego myślenia.
    Teraz podziękuję ładnie za prezent na dzień kobiet <33
    Następnie zapytam się ładnie: Dlaczego zakończyłaś w tym momencie!? No słucham? Jak mogłaś! T.T
    No i zacznę marudzić, że na kolejny rozdział Chaosu trzeba czekać dwa tygodnie! Jak ja to zniosę?
    To za tydzień Edmund tak? Nie ma szans aby pojawił się Chaosik? Chociaż nie.. Jeżeli się pojawi to zbliżymy się niebezpiecznie do końca. A coś czuję, że napiszesz z 4-5 rozdziałów i.. koniec, A ja tak bardzo nie chcę!! Chaos mógłby zawsze trwać ♥ (bosz, jak to brzmi xD)

    W tym momencie zakończę ten mega nieskładny komentarz xD
    Chociaż.. Jeszcze jedno powiem: Nie uśmiercaj mi nikogo więcej! Ja nie chcę już płakać! Chociaż myślę, iż podczas śmierci np. Hadrina nie płakałbym, jakoś on mnie irytuje, nie zawsze ale jednak. A Amira i Nadima nie śmiej tykać! Jeżeli ich zabijesz to, to.. nie wiem co zrobię. Ale coś na pewno! I miłe to to nie będzie, o!!!!
    A teraz na serio zakończę moją wypowiedź


    Pozdrawiam! :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak mi żal Ludwika. Płakać mi się chce. Teraz myślę, co on miał do przekazania i nigdy tego nie zrobi. :( Nie spodziewałam się jego śmierci. Cały czas miałam nadzieję, że nagle wydarzy się cud. Te kryształy coś zrobią i Ludwik na powrót stanie się sobą.
    Cieszy mnie to, że Amir chce walczyć o bycie tym kim jest i z kim chce być. Ludwik całe życie był nieszczęśliwy, bez swej miłości. Canis też. Niech teraz Amir i Nadim będą szczęśliwi.
    Piękny i przerażająco smutny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy8:21 PM

    Mi nie tyle żal Ludwika, co Amira. W porównaniu z tym co zastał po powrocie, jego wycieczka po kryształy była niemal wakacjami. Po kolei - niepewna sytuacja z Nadimem, choroba i wreszcie śmierć wuja, jednej z trzech, najbliższych Amirowi osób. Nie mam odpowiednich słów, rozdział był idealny.
    Właściwie to trochę się rozkleiłam przy scenie śmierci Ludwika. Podobnie jak inni komentujący, nie sądziłam, że jego choroba doprowadzi do tak szybkiej (!) śmierci. Mimo wszystko miałam nadzieję, że Amir będzie miał więcej czasu na spędzenie z wujem i być może znajdzie jakieś rozwiązanie. Również jestem ciekawa co miał do powiedzenia Ludwik i czy jego ostatnie słowa byłyby w jakiś sposób związane z kryształami lub demonem.
    Bardzo podoba mi się postać Hadrina. Nie wiem czy okaże się bohaterem pozytywnym czy negatywny, ale wierzę, że kocha brata i zrobi wszystko by mu pomóc. Zresztą bardzo zaskoczyła mnie bardzo spokojna reakcja Hadrina na kochanka swojego brata. Tak jakby nie wydawał się szczególnie zaskoczony.
    Zostało jeszcze sporo wątków do wyjaśnienia, więc wygląda na to, że Chaos jeszcze trochę potrwa. I bardzo dobrze :D

    Czekam na kolejny rozdział

    Virus

    OdpowiedzUsuń
  7. Ukrainkaa11:42 PM

    Jaki fajny nam dałaś prezencik na dzień kobiet :DD
    Mam nadzieje że niedłudo dodasz Wyzwanie bo nie wytrzymam tak długiej przerwy.
    Biedny Ludwik. Moja teoria o opętaniu przez demona sie sprawdza xDD
    Mam pytanie :Kiedy zamierzasz wrócić do pisania LPoH ??
    ( komentarz bez ładu i składu as always )
    Wierna czytelniczka Ukrainkaa

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy12:09 PM

    Beczeć mi się chciało, kiedy dowiedziałam się, że Ludwik umarł. Szkoda go, bo jednak był dosyć pozytywny :)
    Myślałam, że Hadrin inaczej zareaguje na wieść o tym, że jego brat jest z Nadimem, a cała rozmowa poszła nadzwyczaj spokojnie. I ciekawe co powie, kiedy dowie się, że to Amir ma zostać królem.
    Ja się dołączam do prośby i też chciałabym Wyzwanie :D


    ~Tess

    OdpowiedzUsuń
  9. Ten rozdział był taki ciężki. Świetnie opisałaś emocje, niczego nie pominęłaś, bardzo mi się podoba.
    Pozdrawiam~

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie spodziewałem się, że Ludwik umrze. Sądziłem, że go jakoś uratują. :x
    Denerwuje mnie podejście Hadrina i to, że wymaga od Amira poświęcania się dla królestwa.
    Rozdział smutny, ciekawe jak to się wszystko dalej rozwinie.

    Dołączam do osób oczekujących na Wyzwanie, mam nadzieję, że przerwa od niego nie będzie długa i za jakiś czas ukaże się nowy rozdział. :3

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy8:16 PM

    My partner and I absolutely love your blog and find most of your post's to be just what I'm

    looking for. Do you offer guest writers to write content for you?
    I wouldn't mind creating

    a post or elaborating on most of the subjects you write

    regarding here. Again, awesome site!
    My site :: cars east audi a4

    OdpowiedzUsuń
  12. Nominowałam Cię do The Versatile Blogger Award na http://phantasmagoria-thanatos.blogspot.com/

    Dużo weny życzę! <3 I więcej Wyzwania i Sunrise! *w* // Tsuu~

    OdpowiedzUsuń
  13. Ahh...
    Przeczytałam już 3 twoje opowiadania. Czas zabrać się za resztę^ ^
    Uwielbiam twoją twórczość. Dlatego .... Nominowałam Cię do "Versatile Blogger" :3

    ~~ http://pamietnik-yaoi-opo.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  14. Nominowałam cię do The Versatile Blogger na http://twincest-bill-i-tom.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  15. Anonimowy4:34 PM

    Najbardziej chyba czekałem na moment, w którym przyjdzie do niego i usną razem. Dało sie przewidzieć że Hadrin ich zauważy, ale jakoś dość łatwo przyjął tą wiadomość =.=. Hmmmmmm...
    Arek. :)

    OdpowiedzUsuń