Strony

piątek, 22 marca 2013

Rozdział 39 [Chaos]

Niebo było szare i ponure. Promienie słońca ledwo przebijały się przez ciemne chmury, które gromadziły się nad królestwem od samego rana. Nad miastem dominowała aura smutku i znużenia. Wyjątkowo, ulice przepełnione były nie mieszkańcami, a strażnikami i żołnierzami, którzy, od samego świtu, gromadzili się na drodze prowadzącej do głównego placu, na którym miał odbyć się pogrzeb. Ich zadaniem było odseparowanie ludzi i umożliwienie przejazdu krewnym zmarłego, a następnie, przepuszczenie uroczystego marszu. Były to niezbędne środki ostrożności. Przynajmniej według Hadrina. Nic nie wskazywało na to, by wiadomość o śmierci króla miała rozpocząć jakieś rozruchy czy bunt. Młodszy książę twierdził jednak, że zgromadzenie się w jednym miejscu tak dużej liczby istotnych dla funkcjonowania królestwa osób, może wzbudzać szaleńcze instynkty i zachowania, stąd, dla zapewnienia bezpieczeństwa, podjęto tego rodzaju kroki.
Amir i Hadrin jechali wspólnie pierwszą karocą. Za nimi ciągnęła się jedynie druga, która przewoziła ciało Ludwika. Nie było czasu, by powiadomić dalekich krewnych czy władców państw, z którymi utrzymywali stosunki dyplomatyczne. Właściwie nie było czasu na nic. A zwłaszcza na to, by choć odrobinę pogodzić się z tym, co się wydarzyło. Amir nie tak zapamiętał to miasto. Miał wrażenie, że wokół panowała upiorna, nienaturalna cisza. Od czasu do czasu, słyszał jedynie krzyki znajdujących się na zewnątrz strażników, którzy porozumiewali się ze sobą, albo rozkazywali komuś stanąć dalej. Być może codzienny, miejski zgiełk, musiał ustąpić atmosferze związanej z tym niezwykłym wydarzeniem, jakim była śmierć władcy. Należało okazać mu szacunek. Ze szczerych pobudek albo przynajmniej oficjalnie, bo tak trzeba było uczynić. Ludwik był powszechnie lubiany. A lud ciekawski. Nie ulegało wątpliwości, że wiele osób zechce uczestniczyć w pogrzebie. Dla okazania czci albo właśnie – z ciekawości. Wuj Amira panował długo. Niektórzy nawet nie pamiętali okoliczności śmierci i pogrzebu poprzedniego władcy, ale sama uroczystość kojarzyła się z istotnym wydarzeniem. Przyciągała zainteresowanych. Wydawało się, że to ważne i, że należy przy tym być. Zwłaszcza, że od dnia ogłoszenia śmierci władcy, przez trzy dni panowała oficjalna żałoba. Zakazana była nie tylko zabawa, ale też praca i handel. Nikt nie pilnował przestrzegania tego przepisu, ale zwłaszcza pierwszego dnia, ludność korzystała z możliwości oderwania się od codziennych obowiązków i, w zaintrygowaniu, czekała na przemarsz żałobników, by następnie ruszyć w ślad za nimi i dotrzeć na główny plac. Pogrzeb Ludwika nie był nawet w połowie tak dobrze przygotowany i zorganizowany, jak to zazwyczaj było. Pośpiech i przymus arystokracji, nie pozwalał jednak na nic więcej, Amir był zresztą pewien, że jego wuj nie chciałby niczego spektakularnego ani przesadnie rozdmuchanego.
Kiedy oni znajdowali się już blisko placu, spod zamku musiał akurat wyruszać marsz. Na jego czele, tradycyjnie, stał arcykapłan. On jeden szedł w swej uroczystej szacie, z odsłoniętym obliczem. Zaczynał śpiewać pieśni religijne i te chwalące władcę, wywołując do śpiewu pozostałych żałobników. Wszyscy oni, ubrani byli w czarne płaszcze, z kapturami, które mieli narzucone na głowę. Wśród nich kroczyli ludzie ważni, doradcy króla, arystokraci wraz z całymi rodzinami, przebywający w kraju dyplomaci, kapłani, oficjalnie zaproszeni goście, bogatsi mieszczanie, głównie kupcy, i inne ważne osobistości, poproszone o udział w wydarzeniu. Żałobnikom nie wolno było pokazywać twarzy, traktowane to było jak zniewaga. Jedyną istotną osobą, miał być sam władca. Ograniczenia nie dotyczyły tylko jego najbliższej rodziny.
Tym razem jednak, w pochodzie uczestniczyło dwóch niezapowiedzianych i niespodziewanych gości. Gdy tego ranka, Canis spotkał się z Amirem i zapytał nieśmiało, czy jest możliwość, by uczestniczył w pogrzebie, Amir bez wahania się zgodził, nie mając głowy do tego, by zastanawiać się nad konsekwencjami. Zapewne, gdyby nie trzeźwa reakcja Hadrina, wywołałby niemały skandal. To jego brat zaproponował, by wmieszać potomków wilków w tłum żałobników. Tylko tam mogli pozostać niezauważeni i nie wzbudzać podejrzeń.
Karoca zatrzymała się na placu. Amir i Hadrin wysiedli z niej. Dookoła również gromadziła się spora liczba straży, mająca na celu odizolować żałobników i rodzinę od zwykłych mieszkańców, co, zapewne, również miało służyć bezpieczeństwu, choć Amir nie widział w tym żadnego celu. Moment później, z drugiej karety, wyciągano już zwłoki jego wuja. Kawałek dalej, stał przygotowany nocą stos, na którym ułożono bezwładne, wychudzone ciało. Amir nie chciał na nie patrzeć, ale, jednocześnie, nie mógł oderwać wzroku. Wciąż był przerażony stanem, do jakiego doprowadzono wuja. Do jakiego doprowadziło go to, co w nim siedziało. Zastanawiał się, jak zareagują ludzie, którym dane będzie go zobaczyć. Mieszkańcy nie widywali króla często, ale jednak różnego rodzaju wystąpienia wystarczyły, by zapamiętali jego wygląd.
Bracia czekali jakiś czas, machinalnie oglądając przygotowania do pogrzebu. Wreszcie, doszły ich odgłosy śpiewu i zaraz, w pobliżu placu, pojawili się, prowadzeni przez arcykapłana, żałobnicy. Za nimi, i za całym kordonem straży, do miejsca ostatniego pożegnania króla, zmierzała tłumnie ludność. Gdy żałobnicy zatrzymali się już na placu, a arcykapłan stanął w jego centrum, kończąc śpiewać pieśń, mieszańcy szukali dla siebie miejsca, okalając niemalże cały plac. Amir rozglądał się usiłując, choćby ogólnie, ustalić, jak duża mogła być liczba tych, których przybyli. Ale nie był w stanie nawet zliczyć rzędów. Ludzi wciąż przybywało i przybywało. Większość z nich, z pewnością, nie miała szansy ani usłyszeć, ani zobaczyć tego, co działo się na placu, a jednak, mimo to, zdecydowali się przybyć. Gdy pieśń się zakończyła, przez dłuższą chwilę, panowała zupełna cisza. Kapłan zrobił kilka kroków do przodu, by zacząć modlić się za duszę króla, ale nim to zrobił, zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Z tłumu wypadł jakiś szaleniec, usiłując przecisnąć się na plac.
-Za kim płaczecie?!- wrzasnął, zachrypniętym głosem.- Tfu! Niech umiera król, który od własnych ludzi wolał psy! Czego wy...?! Zabierajcie łapy!- krzyczał, gdy kilku strażników podeszło do niego i, chwyciwszy go za ramiona, odciągnęło gdzieś wgłęb tłumu.
Ludność zdawała się potępiać jego słowa, nie wybuchła jednak żadna awantura, żaden spór. Wszyscy zachowywali spokój i powagę. Prawie wszyscy. Dopiero, gdy arcykapłan zaczął przemawiać, Amir usłyszał rozpaczliwy płacz, dochodzący ze strony najbliżej stojących mieszczan. Jakaś kobieta łkała i zawodziła tak głośno, że niemalże zagłuszała słowa modlitwy. Straż zerknęła w jej stronę, ale nie zareagowała. Płacz niósł się po całym placu, wzbudzając wśród ludności spojrzenia pełne zdumienia albo wprost przeciwnie, zrozumienia. Gdzie indziej, mignęła przed Amirem kobieta, wycierająca łzy w białą chustę. Dalej mężczyzna, również ze łzami w oczach. Wielu z tych, którzy tu przybyli, reagowało w podobny sposób. Amir nie mógł się im dziwić.
Arcykapłan skończył wygłaszać modlitwę i wtedy podpalono stos. Na placu panowała cisza, przerywana jedynie tym histerycznym płaczem. Mężczyzna, nie chcąc patrzeć na wuja, spoglądał na twarze ludzi, którzy znajdowali się najbliżej. Widział tych płaczących cicho, tych skrywających łzy, tych poważnych, skupionych i pozostających w zadumie. Ale zaraz, zobaczył też coś zupełnie innego. Zobaczył dwóch strażników, którzy, kilka metrów dalej, przekomarzali się ze sobą po cichu i chichotali. I tych, którzy ciekawsko podnosili się na palcach albo wyciągali głowy, usiłując dostrzec płonące zwłoki znad ramion stojących przed nimi ludzi. Widział stojącego w pierwszym rzędzie chłopca, który ze znudzeniem i wyraźną sennością, pocierał oczy, a następnie szarpał za suknię swej matki, zapewne prosząc ją, by już sobie poszli. Kilku starców, którzy dyskutowali ze sobą o czymś zawzięcie, spoglądając w kierunku płonącego stosu. I jakiegoś jegomościa, który, przemykał się pośród tłumu, dyskretnie rozglądając i zdawało się Amirowi, że nie szuka dla siebie miejsca, by obserwować ceremonię, a raczej kilku łatwych do zdobycia sakiewek.
I wtedy dopiero, książę zrozumiał – oni wszyscy nie czuli tego samego, co on. Nie mogli tego czuć. Trwał w tym złudzeniu, chcąc odnaleźć w kimś zrozumienie, kiedy Hadrin stał obok, tak poważny, chłodny i opanowany, że doprowadzało go to do szału. Wydawało mu się, że ci ludzie, którzy tak jak i on, dowiedzieli się o śmierci Ludwika nagle, którzy przecież nie raz twierdzili, że go miłują, że jest ich ukochanym królem, będą odczuwali jego odejście w podobny sposób, ale mylił się. Ani ci znudzeni, ani posępnie zamyśleni, ani nawet rozpaczający – nie czuli tego, co on. Ta kobieta nie płakała w tęsknocie za Ludwikiem. Płakała, tęskniąc za królem, nie za konkretnym człowiekiem, a za pewnym obrazem, postacią, której przecież nie znała osobiście, której cechy nadały opowiastki ludu i własna wyobraźnia kobiety. Płakała, tęskniąc za symbolem pewnego rodzaju rządów. Za symbolem czasów, które mogły przeminąć tego dnia bezpowrotnie. Tego właśnie obawiali się ci ludzie. Tu nie chodziło o śmierć króla, a o strach przed tym, co będzie dalej. Umierał ten, który zapewnił im długie lata dobrobytu, który nie dopuścił do żadnej wojny, pozwolił miastu rozwijać się w spokoju i nie uciskał ludności. Ten, którego mieli za rozsądnego, za miłosiernego, oddanego sprawom królestwa, i do którego, większość z nich, miała niemalże absolutne zaufanie. Ale któż przyjdzie po nim...? Jakie będzie podejmował decyzje? Czy uda im się dalej uchronić przed konfliktami z zewnątrz? Czy będą mogli żyć tak, jak żyli do tej pory? To wzbudzało w nich refleksję. Zastanawianie się nad przyszłością budziło lęk i niepokój. To nie była ta specyficzna rozpacz, która targała sercem Amira, która była tęsknotą, czystą tęsknotą za jego wujem, najwspanialszym człowiekiem, jakiego znał i jakiego podziwiał najbardziej spośród wszystkich ludzi. Która zmieniała się, niekiedy, w zupełnie inne uczucie, która stawała się gniewem i wściekłością, napędzanymi przez poczucie niesprawiedliwości i niepewności. Ci ludzie tego nie czuli.
Minęło kilkadziesiąt minut, gdy Hadrin delikatnie dotknął ramienia swojego brata i skinął głową, dając mu do zrozumienia, że ten powinien wyjść na przód i przemówić do ludności. Tak należało czynić. Amir został uprzedzony już wcześniej, ale nie przygotował sobie żadnych słów. Chciał po prostu stanąć przed tymi ludźmi i powiedzieć coś, krótko, zwięźle, a następnie wrócić do zamku. Gdy jednak poszedł parę kroków do przodu, zajmując miejsce w centrum placu i to na nim, skoncentrowały się pełne nadziei spojrzenia, nie wiedział, co robić. Patrzył znów na tych ludzi, szukając odpowiednich słów, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Otworzył usta, jakby zamierzał coś powiedzieć, ale, po prostu, nie był w stanie. Chyba po raz pierwszy, nie był w stanie wyrazić własnych myśli, ani nawet, najzwyczajniej w świecie, powiedzieć czegoś dla świętego spokoju. Ludzie spoglądali na niego z coraz większą niecierpliwością i wyczekiwaniem. Aż w pewnym momencie, Amir usłyszał kroki i obok niego zatrzymał się Hadrin.
-Zgromadziliśmy się tutaj, żeby pożegnać króla- przemówił do zebranych łagodnym głosem.- Waszego króla, a naszego wuja. Jego choroba i niespodziewana śmierć, była dla nas trudnym doświadczeniem...- oparł dłoń na ramieniu Amira. Mężczyzna spojrzał na niego ukradkiem.- Choć jesteśmy pogrążeni w żałobie, ja, i mój brat, przysięgamy, że zrobimy co w naszej mocy, by kontynuować rządy i politykę naszego wuja. Był on człowiekiem o wielkiej mądrości i rozsądku. Ten rozsądek, nie pozwolił mu nigdy, sprowadzić na poddanych żadnego nieszczęścia czy wojny. Naszym zadaniem, będzie utrzymanie tej sytuacji, w trudnych, nieprzewidywalnych czasach. Dziękuję wszystkim, którzy byli tu wraz z nami- zakończył.
To były słowa, których zgromadzeni zdawali się oczekiwać.
Po dopełnieniu pozostałych obrządków, pogrzeb wreszcie się zakończył. Tym razem, w kierunku zamku, najpierw wyruszyli żałobnicy. W ślad za nimi, wolno podążała kareta, w której znajdowali się książęta. Tradycja królestwa nie uznawała organizowania uczt w dzień pogrzebu. Żałobnicy mieli więc dotrzeć na teren zamku, tam dopiero mogli odsłonić twarze, tam też, czekały na nich najczęściej karety lub konie i stamtąd właśnie, wracali do swych domostw. Amir niepokoił się przez chwilę, czy Nadim będzie wiedział, co robić, gdy już wróci, ale po chwili doszedł do wniosku, że jeśli Hadrin zezwolił potomkom wilków uczestniczyć w pochodzie, na pewno też dokładnie poinstruował ich, jak mają się zachowywać i co w danej sytuacji robić.
Wrócili do królestwa. Amir bardzo chciał zobaczyć się z kochankiem, choćby przez chwilę, ale Hadrin natychmiast skierował go do sali tronowej, gdzie miała już na nich oczekiwać część rady. Książę był skołowany i przytłoczony sytuacją. Coś buntowało się wewnątrz niego na myśl, o odczytaniu woli wuja. Rosła w nim jakaś niechęć, napędzana nie troską o obyczaje, a zwykłym lękiem, paraliżującym i odbierającym zdolność trzeźwego myślenia.
Oczekującymi okazał się być Fryderyk oraz dwóch towarzyszących mu wczoraj mężczyzn. Z pewnością mieli doskonałe argumenty, by wyjaśnić, z jakich to istotnych przyczyn nie pojawili się na pogrzebie władcy, ale Amirowi nie bardzo chciało się tego słuchać. Pewnie w normalnych okolicznościach wykrzesałby z siebie jakąś mniej czy bardziej uprzejmą uwagę, ale teraz nie bardzo był w stanie wydusić z siebie choćby dwa słowa. Zauważył leżącą na tronie białą poduszkę, a na niej klucz, przyniesiony prosto z królewskiego skarbca. Obok tronu, jak zwykle, stała przytwierdzona do posadzki szkatuła, w której znajdował się królewski testament. Mężczyzna przełknął ślinę. W pomieszczeniu zbierało się coraz więcej osób, członkowie rady, którzy szli wraz z żałobnikami, powracali do zamku i natychmiast zmierzali w stronę sali, gromadząc się w niej tłumnie. Hadrin sprawiał wrażenie nieco zestresowanego, choć nie chciał tego po sobie pokazywać. Amir nie był zestresowany. Był kompletnie przerażony. Pewnie gdyby nie fakt, że dopiero co odbył się pogrzeb jego wuja, jego brat natychmiast dostrzegłby, z czego wynikają jego emocje. Amir bał się momentu odczytania woli. Bał się tego, co zapowiedział mu wuj. Bał się, że jego decyzja, w jednej chwili wywróci wszystko w jego życiu do góry nogami. Ale przecież nie mógł mieć pewności. Tak właśnie się pocieszał. Powtarzał sobie w myślach, że Ludwik był rozsądnym człowiekiem, że mógł zmienić zdanie. Że przecież, nie było go w królestwie tak długo i na pewno wiele się zmieniło, a jego wuj spędził dużo czasu z Hadrinem. Na tyle dużo, by mieć możliwość podjęcia innej decyzji. Amir miał szczerą nadzieję, że tak właśnie było. Nie był gotowy na to wszystko, co się wokół niego działo. Śmierć wuja kompletnie go rozbiła i przytłoczyła, a teraz jeszcze to... Nie nadawał się do pełnienia tak wysokiej funkcji, miał tego świadomość. Nie był do tego przygotowany. A w tym momencie, nie było go stać nawet na racjonalne myślenie.
Fryderyk rozejrzał się dookoła, najwyraźniej odczuwając duży dyskomfort, z powodu faktu, że jego wzrost po raz kolejny sprawiał, że, właściwie, niknął wśród przybyłych. Wspiął się więc, na kilka schodków, prowadzących do podwyższenia, na którym znajdował się tron i stamtąd zamierzał przemawiać. Jego zastępca, wyraźnie zaspany, ślepo podążył za nim i dopiero karcące spojrzenie niskiego arystokraty, uświadomiło mu, co ten zabieg miał na celu, więc powrócił pokornie na swoje miejsce.
-Szanowni panowie!- zaczął piskliwym głosem Fryderyk, uśmiechając się do zebranych.- Oto zebraliśmy się tutaj, by odczytać królewską wolę! Lud nasz oczekuje wyboru nowego króla, a więc dajmy mu to, czego żąda!
Powiedziawszy te słowa, ruszył w kierunku tronu i uroczystym gestem, sięgnął po klucz, a następnie stanął przy szkatule i otworzył ją. Z jej wnętrza wyciągnął zapieczętowaną kopertę, którą uniósł tak wysoko, jak mógł, ukazując ją gościom.
-Oto jest wola naszego króla...- rzekł, otwierając kopertę i wyjmując z niej pergamin, który również okazał zebranym. Amir widział materiał jedynie przez chwilę, ale poznał charakterystyczne, nieco pochylone pismo wuja. Testament był bardzo krótki.- Przyjmując, że wszystkie procedury zostały dopełnione i wola jest w pełni świadomym postanowieniem szanownego władcy, przystępuję do jej odczytania...- oznajmił, po czym odkaszlnął kilkakrotnie i zaczął- Szanowni panowie...- Amir uniósł brew w geście politowania, świadom, że to z pewnością nie jest początek testamentu- Oto słowa króla... Ja, Ludwik, król Alitis...- piskliwy głos czytającego był tak irytujący, że niemal nie do wytrzymania.- ... po mej śmierci, bezzwłocznie oddaję królestwo w ręce mych dwóch, najdroższych, przysposobionych synów – Amira i Hadrina...- Amir drgnął lekko. Wuj rzadko nazywał ich synami, bo i oni nie zwracali się do niego jak do ojca. Ludwik zresztą nigdy nie stawiał się w tej roli. Mężczyzna poczuł się wzruszonymi tymi słowami.- ... Wszystko, cokolwiek należało do mnie, od tej chwili należeć będzie wyłącznie do nich, wraz z całą pełnią praw do dysponowania majątkiem, mając pewność co do ich uczciwości oraz słuszności podejmowanych decyzji. Przede wszystkim jednak, zobowiązuję do przejęcia przeze mnie tronu, mojego...- tu zapanowała długa cisza. Fryderyk najwyraźniej przeczytał już kolejne słowa, ale nie zdążył ich wygłosić, kompletnie nimi zdumiony. Przyglądał się testamentowi uważnie, jakby był przekonany, że źle coś odczytał albo zrozumiał. Amir przymknął na moment powieki. On już znał ciąg dalszy.- ... mojego najstarszego syna, Amira...- odczytał wreszcie Fryderyk, z wyraźnymi oporami. Wśród rady zapanowało poruszenie. Najwyraźniej większość jej członków była przekonana, że przewodniczący się pomylił. Amir nie miał pojęcia, jak zareagował jego brat. Bał się na niego spojrzeć.- ... pewien tego, że będzie on odpowiednim władcą w czasach chaosu i zamętu, w jakich przyszło nam żyć obecnie. Mego młodszego syna, Hadrina, mianuję jego najbliższym doradcą, mając nadzieję, iż będzie dla swojego brata stanowił podpoporę i stanie się głosem rozsądku, pomagającym mu w rozstrzyganiu o słuszności podejmowanych decyzji. Ludwik. Król Alitis...- zakończył Fryderyk i po chwili dodał zwyczajowo, choć z wyraźnym zaskoczeniem- Taka jest wola króla...
Wśród zebranych panowała wyraźna konsternacja. Członkowie rady spoglądali po sobie, wymieniali cicho jakieś uwagi, nie wiedzieli, jak mają się w tej sytuacji zachować. Byli, zapewne, równie, a może i bardziej zdumieni, jak Amir wtedy, gdy usłyszał, co planuje jego wuj. Teraz jednak, nie było już możliwości odwrotu ani zmienienia decyzji zmarłego władcy. Wszyscy stanęli przed faktem dokonanym i to najwyraźniej kompletnie ich zdezorientowało i zbiło z tropu. Amir zerknął ukradkiem na brata. Widział na jego twarzy wyraz kompletnego oszołomienia i dezorientacji. Czyli Ludwik mu nie powiedział... Amir przymknął powieki i potarł skronie, czując się okropnie. Miał nadzieję, że nawet, jeśli jego wuj nie zmienił zdania, poinformował o tym Hadrina. Ale już wcześniejsze słowa brata, kazały mu przypuszczać, że ten wciąż wierzy w swoją koronację. To on powinien był mu powiedzieć, ale przed wyprawą nie starczyło mu czasu,a był pewien tego, że będzie miał jeszcze okazję przekonać wuja do zmiany zdania. Teraz, nie starczyło mu odwagi.
-To niemożliwe...- usłyszał słowa jednego z członków rady.
-Istne szaleństwo.
-On...?
Te szepty docierały do niego, a jego lęk, zamiast maleć, rósł z każdą chwilą. Dlaczego Ludwik mu to zrobił? Dlaczego wybrał jego, choć wiedział, że Amir nie jest gotowy do tego rodzaju funkcji? Przecież powiedział mu, że tego nie chce.
-Tak... Szanowni panowie... Cóż...- odkaszlnął Fryderyk, starając się robić dobrą minę do złej gry.
-Trzeba ustalić prawdziwość woli- odezwał się jeden z doradców.
-Tak- potwierdził natychmiast zastępca Fryderyka.- Wykluczyć możliwość fałszu...
-... Szanowni panowie, wola jest prawdziwa...- odparł jednak przewodniczący, wyraźnie skrępowany tym faktem.
-Przecież wiadomo, że był szalony!
Amir odwrócił się gwałtownie w stronę, z której dobiegł krzyk, ale nie był w stanie ustalić, kto wypowiedział te słowa.
-Otóż to!- podchwycił Golvan.- Docierały do nas pogłoski o chorobie szanownego króla, chorobie nie tylko ciała, ale też umysłu! Nie można przecież wierzyć w wolę kogoś, kto tej woli był pozbawiony...
-To ma sens, szanowny panie- Fryderykowi najwyraźniej spodobało się to wyjaśnienie.- Trzeba będzie więc najpierw ustalić, czy król aby na pewno był świadom podejmowanych przez siebie decyzji, a dopiero później...
-Nie.
Amir drgnął słysząc stanowczy głos i spojrzał na swego brata ze zdumieniem.
-O cóż chodzi, szanowny Hadrinie?- Fryderyk spojrzał na niego pytająco.
-Mój wuj był w pełni świadom, gdy pisał swój testament- odpowiedział Hadrin, nieco rozedrganym, ale pewnym głosem.- Jeśli zawarł tam te postanowienia, to znaczy, że naprawdę tego pragnął.
Fryderykowi zrzedła mina. Oto stracił swoją jedyną szansę, by móc zanegować testament.
-Niech więc żyje nasz nowy, szanowny król!- obwieścił, ale te słowa nie spotkały się ze zbyt entuzjastyczną reakcją. Nie był oklasków, ani krzyków ku czci nowo mianowanego. Amira wcale to nie zdziwiło i nie oczekiwał tego. Szczerze mówiąc, nie czuł się zbyt dobrze. Chciał już wrócić do swojej komnaty, zobaczyć się z Nadimem i chwycić się ostatniej nici nadziei, jaka mu pozostała.- Nie ma co zwlekać, przed nami wiele wyzwań... Koronacja odbędzie się nazajutrz. Lud zostanie powiadomiony. Z pewnością uraduje go ta decyzja...- dodał z wymuszonym uśmiechem, po czym trzymając wciąż pergamin, podszedł do jednej ze świec.
-Nie!- zaprotestował gwałtownie Amir, zbierając w sobie tyle energii, by podbiec do niego i zabrać mu testament wuja.
-Ależ szanowny Amirze!- obruszył się Fryderyk.- Szanowny królu, powinienem raczej powiedzieć... Zgodnie z obyczajem, wola jednego króla płonie, gdy wybrany został drugi... Każdy z nas tu obecnych słyszał postanowienia testamentu i nie zechce ich negować...
Amira jednak to nie interesowało. Zabrał list wuja, wracając na swoje miejsce.
Później członkowie rady zaczęli zbierać się do odejścia. Zgodnie z protokołem, każdy jeden, podchodził do braci i żegnał się z nimi, kłaniając  przed królem. Gdy Amir widział pełne niechęci miny arystokratów, już wiedział, że, choćby z tego względu, jego wuj popełnił duży błąd. On nigdy nie ulegnie przed naciskami, nie będzie pewnie nawet umiał rozróżnić nacisków od autentycznych potrzeb i zwykłych propozycji, a arystokraci, choćby z tego powodu, nie będą popierać ani jego, ani jego decyzji. Ludwik miał ten sam kłopot, ale był na tyle zaradny i mądry, by skutecznie radzić sobie i bez poparcia rady. Amir nie znał się na tym kompletnie. Był jak dziecko we mgle. Nie wiedział, co ma robić.
-Szanowny Hadrinie...- Fryderyk zatrzymał się przy nich, skinąwszy głową młodszemu z braci. Hadrin odpowiedział mu wymuszonym uśmiechem.- Szanowny królu...- tak samo pożegnał się z Amirem, który również skinął mu głową, pochłonięty zupełnie własnymi myślami.- Nasz poprzedni król bardzo lubił nas zaskakiwać...- dodał Fryderyk, nie przestając się uśmiechać.- Widzę, że zaskoczył nawet ciebie...- stwierdził, po czym ruszył do wyjścia.
Ale to nie zaskoczenie malowało się na twarzy mężczyzny. To był wciąż ten sam lęk i niepokój, jaki dręczył go jeszcze przed odczytaniem decyzji. Hadrin spojrzał na brata ze zmarszczonymi brwiami. Amir nie wytrzymał długo jego spojrzenia. Odwrócił wzrok, by zaraz zerknąć na brata kątem oka. Widział, jak Hadrin zaciska mocno drżące usta i nerwowo szarpie rękawy szaty. On już wiedział. Wiedział, że Amir podejrzewał to, co dziś miało miejsce i, że miał przesłanki, by zakładać taki rozwój wydarzeń.
Wszystko komplikowało się coraz bardziej.

Amir siedział w jadalni. Ogromne pomieszczenie, które znajdowało się pomiędzy czterema salami, zawsze było pełne ludzi, przede wszystkim krzątającej się wte i wewte służby. Jednak w tym dniu, służba była zwolniona z większości pełnionych przez siebie obowiązków. Przez to, jadalnia była zupełnie opustoszała, nieoświetlona i nieogrzana. Amir drżał z zimna, siedząc przy długim stole, na którym stała, wypalająca się powoli, świeca, oświetlająca fragment znajdującego się na stole pergaminu. Mężczyzna odczytywał wciąż te same zdania, choć znał je właściwie na pamięć, i odruchowo gładził opuszkami palców testament wuja. Obraz rozmazywał mu się przed oczyma. Co jakiś czas, łzy napływały mu do oczu. Był potwornie zmęczony. Odczytując raz po raz kolejne słowa, odczuwał smutek i niedosyt. Tylko tyle... Tylko te kilka zdań. Tak bardzo chciałby, by wuj zostawił po sobie coś jeszcze. Jakiś list. Wyjaśnienie. Cokolwiek, co pozwoliłoby Amirowi zrozumieć to, co się wydarzyło przed jego chorobą i co skłoniło go do takich, a nie innych decyzji. Ale niczego takiego nie było. Niczego prócz tych imion, wydrapanych na ścianach pokoju, w którym go trzymali.
Dlaczego Ludwik mu to zrobił...? Amir przetarł twarz dłońmi i przymknął na moment powieki. Dlaczego wybrał akurat jego? Dlaczego postawił go w takiej sytuacji, wobec rady, ale i wobec brata...? Hadrin czuł się rozczarowany i zawiedziony. To było oczywiste. Wuj zawsze traktował go w taki sposób, jakby to on miał być jego następcą. Nigdy nie powiedział tego wprost, niczego nie obiecywał, ale Amirowi zdawało się z początku, że to zwykła kurtuazja, grzeczność Ludwika oraz jego ostrożność, nie pozwoliła mu na otwarte przyznanie, że to młodszego z siostrzeńców chciałby widzieć na tronie. Ale prawda okazała się inna. A Amir wciąż nie mógł zrozumieć, jakie motywy pchnęły jego wuja do podjęcia tego rodzaju decyzji. On nie był dobrym kandydatem na króla. Nie znał się na tym. Był nieokrzesany, łatwo dawał się wytrącić z równowagi, nie nadawał się do manipulowania, a już z pewnością, nie nadawał się do subtelnej dyplomacji. Mógł wyciągnąć miecz i bez wahania przyłożyć komuś ostrze do gardła, ale na pewno nie oczekiwać, zabiegać czy prosić o cokolwiek. To do niego nie pasowało. Nie znał się na niczym prócz walki. Nie umiał podejmować decyzji, które byłyby dobre dla ogółu. Nawet będąc w pełni sił, nie nadawał się do pełnienia tego rodzaju funkcji, a co dopiero teraz, gdy przytłoczony i rozbity niedawnymi wydarzeniami, nie mógł dojść do ładu z samym sobą. Nie wiedział, w jakim dokładnie stanie znajdowało się królestwo, to jego brat miał na ten temat szczegółową wiedzę, nie bez powodu. Przecież Amir, jeszcze przed swą wyprawą, nie znosił potomków wilków. Objąwszy tron, mógłby podejmować decyzje, które wydawałyby mu się słuszne, a w istocie byłyby pozbawione sensu i pełne okrucieństwa. Teraz zmieniło się jego nastawienie do pobratymców Nadima, ale mógł przecież mylić się w setkach innych spraw. Dlaczego wuj, w swym rozsądku i czynieniu wszystkiego dla dobra królestwa, nie spostrzegł, że wybór starszego z siostrzeńców jest najgorszym, jaki tylko mógł podjąć...? Dlaczego nie Hadrin...?
Mężczyzna złożył pergamin i zdmuchnął tlący się płomyk, po czym, ściskając w dłoniach testament, ruszył do swojej komnaty. Dotarłszy do drzwi, pchnął je i wszedł powoli do środka. Drgnął mimowolnie, zdając sobie sprawę z tego, że ktoś czeka na niego w środku. Nadim stał przy jednym z okien, zamyślony i dopiero, gdy usłyszał charakterystyczne skrzypnięcie, odwrócił się w stronę kochanka. Amir spoglądał na niego przez chwilę, po czym spuścił wzrok, nie wiedząc, co powiedzieć. Ukrył list w jednej z szuflad, zatrzymując się przy szafce na dłużej.
-Gratuluję- rzucił potomek wilków, i na kilometr czuć było, że stara się nadać swojemu głosowi pogodny ton, co jednak nijak mu nie wyszło.
-Dobrze wiesz, że nie ma czego!- warknął impulsywnie Amir.
-Owszem, jest.- Nadim nie tracił spokoju.- Twój wuj uznał cię za godnego sprawowania po nim najwyższej władzy... Był człowiekiem mądrym i szlachetnym, trudno więc, o większe wyróżnienie i dowód zaufania. Jestem pewien, że sobie poradzisz.
Amir tylko parsknął cicho. Wciąż był to marny powód do gratulacji. Nie widział nic schlebiającego w wyborze Ludwika, bo nigdy nie chciał być królem i sam mu o tym powiedział. Owszem, mógł być to dowód zaufania, ale zaufania irracjonalnego, bo pozbawionego podstaw. Ktoś, kto nie jest przygotowany do takiej funkcji, nie może dobrze sprawować władzy. Ktoś, kto tak łatwo daje się ponosić emocjom, również.
-Ja i Canis wracamy do domu- poinformował go po dłuższej chwili Nadim.
Amir spojrzał na niego niepewnie.
-Kiedy?- zapytał.
-Teraz- odpowiedział potomek wilków.- Twój brat wszystko przygotował. Chciałem cię zobaczyć.
Człowiek skinął głową.
-Kiedy zamierzasz wrócić?- zapytał.
I wtedy znowu nastała cisza. Nadim odwrócił na moment wzrok i odkaszlnął cicho, jakby nie mógł wydobyć z siebie odpowiedzi. Ale odpowiedź była już oczywista. Amir uśmiechnął się gorzko.
-Nie zamierzasz wracać...- dopowiedział sam sobie.- W ogóle nie zamierzasz się ze mną spotykać- dodał, rozpaczliwie licząc na to, że usłyszy protest Nadima, jego zaprzeczenie. Ale nie zaprzeczył.
Amir czuł, jak coś ściska go za gardło. Miał wrażenie, że jeszcze chwila, a nie będzie w stanie powstrzymać łez, które cisnęły mu się do oczu.
-Dlaczego mi to robisz...?- zapytał bez zrozumienia.- Dlaczego właśnie teraz?
-Tak będzie dla ciebie lepiej- stwierdził potomek wilków, ale nie brzmiał zbyt przekonująco.- Wiem że w tym momencie, te słowa wydają ci się okrutne, ale za jakiś czas...
Urwał. On również był bliski łez. Amir odetchnął płytko. Wszyscy chcieli coś robić dla jego dobra. Ironia losu! Ludwik, dla jego dobra, mianował go królem. Dla jego dobra zresztą również, jak twierdził Canis, zdecydował się na to opętanie. Umarł więc, dla jego dobra. Hadrin, dla jego dobra, chciał uciąć jego kontakty z Nadimem. Zupełnie niepotrzebnie, bo sam Nadim, również, dla jego dobra, decydował się by odejść, właściwie, z dnia na dzień. Wszystko dla jego dobra, ale nic się ze sobą nie zgadzało. Bo dobro nie powinno unieszczęśliwiać, prawda?
-A co będzie z nami...?- zapytał cicho Amir.
I znów, nie usłyszał żadnej odpowiedzi. I znów, odpowiedź była oczywista.
-A więc będziemy jak oni dwaj...? Zgorzkniali i samotni do końca, bo pozbawieni tego, co było dla nas najważniejsze...?
-My wierzymy, że każdy z nas ma swoją drogę i swój cel w życiu...- odpowiedział wilgotnym głosem Nadim.- Spotkaliśmy się nie bez powodu, ale i nie bez powodu wydarzyło się to wszystko, co doprowadziło nas do tego momentu. Jeżeli więc, tak ma być, najwyraźniej tak być musiało.
-To pożegnanie?
Nadim uśmiechnął się smutno.
-Zawsze będziesz miał we mnie wsparcie- odparł, choć brzmiało to dla Amira absurdalnie.- Niezależnie od wszystkiego. I jeśli będziesz czegoś potrzebował, zrobię wszystko, co w mojej mocy, by ci pomóc.
-Potrzebuję ciebie- odpowiedział pewnym głosem mężczyzna.
Nadim pokręcił głową.
-Chcesz mnie. To zupełnie co innego. Przepraszam- dodał cicho, po czym ruszył w stronę drzwi, chcąc minąć Amira.
Ten chwycił go mocno za ramię, zatrzymując przy sobie.
-Nie odchodź- poprosił po raz ostatni, w swej desperacji licząc na to, że może Nadim jeszcze zmieni zdanie.
Potomek wilków wyswobodził się z jego uścisku.
-Przepraszam- powtórzył raz jeszcze, po czym wyszedł.

Amir nie był w stanie zmrużyć oka ani na chwilę. Przewracał się z boku na bok, walcząc z samym sobą i usiłując się uspokoić, znużony nieustającymi rozważaniami. Wreszcie jednak, zsunął się na brzeg łóżka i usiadł na nim, pocierając skronie i mając wrażenie, że głowa eksploduje mu zaraz z natłoku myśli. W nerwowym geście przeczesał palcami zmierzwione włosy i podniósł się na nogi, po czym ruszył do drzwi. Wyszedł z pokoju i dopiero stojąc boso na chłodnym, nieoświetlonym korytarzu, zadał sobie pytanie, dokąd właściwie chce iść o tak późnej porze. Uświadomił sobie, że zaschło mu w gardle. Ruszył przed siebie, chcąc dotrzeć do schodów i zejść na dół, do kuchni. W pewnej chwili zatrzymał się jednak nagle i cofnął kawałek, stając przed jednymi drzwiami. Drzwiami, które prowadziły do komnat wuja. Wpatrywał się w nie przez dłuższą chwilę, po czym pchnął i powolnym krokiem, wszedł do środka. Ku swojemu zdumieniu odkrył, że w okrągłym pomieszczeniu, które pełniło funkcję gabinetu, pali się kominek. Całe zresztą było oświetlone. Amir wszedł głębiej. Przy biurku, naprzeciw krzesła, które zazwyczaj zajmował wuj, siedział Hadrin. On również był już przebrany jak do snu i, chyba tak samo, jak jego brat, nie był w stanie zmrużyć oka. W jednej dłoni trzymał szklankę z jakimś trunkiem. Obejrzał się na Amira przez ramię, po czym na powrót, wbił wzrok we własne kolana. Dopił resztkę alkoholu i zaraz sięgnął po stojącą na stole butelkę, dolewając sobie więcej.
-Jak się czujesz?- zapytał Amir, chociaż już po zachowaniu brata widział, że niełatwo było mu przyjąć to, co się dzisiaj wydarzyło. Nie mógł się temu dziwić. Hadrin całe swoje życie poświęcił się na przygotowanie do sprawowania funkcji, która, jak się okazało, wcale nie była mu przeznaczona.
-Dobrze- odparł machinalnie Hadrin, po czym upił solidny łyk.
Amir podszedł do niewielkiego, stojącego przy ścianie stolika i zabrał jedno z krzeseł, po czym postawił je obok krzesła Hadrina. Nie chciał i nie zamierzał zajmować miejsca, które należało do wuja. Usiadł obok brata, spoglądając na niego z troską i zrozumieniem jednocześnie. Ich życia zmieniły się diametralnie pod wpływem jednej decyzji, na którą, zresztą, nie mieli żadnego wpływu.
-Powiedział mi- rzucił w końcu cicho, zdając sobie sprawę z tego, że Hadrin i tak się domyśla. Brat spojrzał na niego pytająco, zamglonym od alkoholu wzrokiem.- Niedługo przed moją wyprawą.
-Dlaczego mi nie powiedziałeś?- zapytał bez zrozumienia młodszy z książąt.
-Bo sądziłem, że to absurdalne- odparł zgodnie z prawdą Amir.- Z początku wydawało mi się, że to jakaś próba. Później sądziłem, że wuj zda sobie sprawę z własnej pomyłki i zmieni zdanie. Wydawało mi się to oczywiste.
-Jak widać, jemu nie...- szepnął w zamyśleniu Hadrin.
-Nie zamierzałem tego przed tobą ukrywać...- stwierdził starszy z mężczyzn. Po prostu nie chciał rujnować planów brata, naprawdę był przekonany, że to wszystko da się jeszcze odkręcić.- Kiedy wyruszyłem... To, w pewnym sensie, było nawet wygodne...- powiedział, sięgając po jedną ze stojących przy butelce szklanek i nalewając do niej trunku. Hadrin spoglądał na niego z uwagą.- Sądziłem, że wuj będzie miał czas, by dobrze to wszystko przemyśleć. A nawet, jeśli nie... Wydawało mi się, że po powrocie, ja będę miał czas, aby uświadomić mu, że się myli... Ale czasu zabrakło...- dokończył ledwie słyszalnie.
Hadrin skinął głową ze zrozumieniem, choć na pierwszy rzut oka widać było, że ta sytuacja wciąż go gnębiła. Nie mógł tego przeboleć tak łatwo.
-To mnie zawsze zabierał na narady...- powiedział powoli, obracając szklankę w dłoniach.- To ze mną witał gości. Mnie uczył przemawiać. Mnie informował o tym, co działo się w królestwie. Włączał w dyskusje. Wyjaśniał wszystkie mechanizmy... Od ciebie nigdy niczego nie wymagał. Pozwalał ci robić wszystko, na co miałeś ochotę... Ale może rzeczywiście widziałem to wszystko w niewłaściwym świetle...
Może tak właśnie miało być... Amir dostrzegł to dopiero teraz. Wuj pozwalał mu na to, by czynił, cokolwiek chciał, wiedząc, że w przyszłości nie będzie mógł sobie na to pozwolić. A uczył Hadrina, by ten mógł mu pomagać w sprawowaniu rządów.
-Nie musisz tu ze mną siedzieć- powiedział Hadrin, jakby uważał, że brat robi mu łaskę.- Możesz wracać do... do tego potomka wilków.
-Odszedł- odparł Amir.- Sądziłem, że wiesz...
-Skąd mógłbym wiedzieć...?- szepnął Hadrin, wzruszając ramionami.- Ich przywódca rozmawiał ze mną, poinformował mnie, że chce wracać, kazałem przyszykować powóz, który miał go zawieźć do lasu, to wszystko... Nie sądziłem, że ten drugi też wyjedzie... Musisz być bardzo ostrożny- powiedział, spoglądając na brata z powagą.- Zwłaszcza teraz. Arystokraci nie dadzą ci spokoju, rada wykorzysta wszystkie twoje grzechy przeciwko tobie. A ludzie...
-Odszedł ode mnie- sprecyzował Amir, aż nadto zrozumiale.
Hadrin uniósł brwi. Wpatrywał się w brata przez dłuższą chwilę, po czym skinął głową i odwrócił wzrok.
-Tak będzie łatwiej- stwierdził z pełnym przekonaniem.- W dłuższej perspektywie czasu szczególnie. Nie masz pewnie ochoty tego słuchać, ale takie związki, naprawdę nie mają przyszłości. Rozczarowałbyś się prędzej czy później. Ludzie tacy jak my, powinni spotykać się z kimś z ich grona. To wiele ułatwia i jest lepsze dla nas samych.
Amir upił łyk trunku, analizując słowa Hadrina. Po chwili spojrzał na niego ze zmarszczonymi brwiami, uświadamiając sobie, że ten ton, który wkradł się do jego głosu, gdy o tym mówił, nie był wcale irytacją, a czymś w rodzaju rozżalenia.
-Spotykasz się jeszcze z tą kobietą...? Tą wieśniaczką?- zapytał otwarcie. Co za wstyd, że nawet nie pamiętał jej imienia...
-Nie- odparł krótko jego brat.
-Dlaczego?
-Umarła.
Amir zaniemówił na dłuższą chwilę. Odwrócił na moment wzrok, skruszony i zawstydzony wyrzutami, jakie robił wcześniej bratu. Miał do Hadrina pretensje, że ten nie zajmował się wujem tak jak należy i chyba po części winił go również za to, że nie cierpi po jego odejściu tak mocno, jak on sam. Nie wziął nawet pod uwagę tego, że jego brat mógł przeżyć śmierć innej, bliskiej mu osoby.
Hadrin był rozgoryczony i smutny. Napił się znowu i zaraz, po raz kolejny, musiał dolewać sobie alkoholu.
-Co się stało?- zapytał starszy książę.
-Zmarła przy porodzie- wyjaśnił zdawkowo Hadrin.
Wtedy Amira zamurowało kompletnie.
-Co... Co z dzieckiem...?- rzucił ostrożnie, choć w obliczu zachowania i tonu jego brata, odpowiedź zdawała się oczywista. Zapewne podzieliło los matki.
-Nie wiem- odparł jednak Hadrin, zaskakując starszego mężczyznę.
-Ale... żyje?- dopytał Amir, marszcząc brwi.
Hadrin skinął z wolna głową.
Amir patrzył na brata, czując się kompletnie skołowany.
-Masz dziecko...?
-Miałbym- poprawił go Hadrin.- Miałbym syna...- dodał po chwili w zamyśleniu i zaraz wzdrygnął się, jakby wcale nie chciał o tym mówić.- Ale nie jest mój- stwierdził chłodno.
-Nie rozumiem...
-Zdradzała mnie- szepnął z rozgoryczeniem.- Spotykała się z innymi mężczyznami.
Amir naprawdę starał się sobie to wszystko uporządkować, ale ani pora, ani brak snu, ani tym bardziej oszołomienie wywołane informacją, którą usłyszał, mu tego nie ułatwiały.
-Wtedy, kiedy spotykała się z tobą?- zapytał.
-Tak.
-Więc skąd możesz wiedzieć, że to nie twoje dziecko?
Hadrin zacisnął wargi, nie odzywając się przez dłuższą chwilę. Dłoń, w której trzymał szklankę, drżała wyraźnie.
-Po prostu. Nie jest moje i już- powiedział kategorycznie.
-Ale...- Amir przymknął na moment powieki i pokręcił głową.- Skąd w ogóle wiesz, że cię zdradzała?- zapytał, patrząc na brata z uwagą. To też mu się nie zgadzało. Hadrin nie był w tym temacie zbyt wylewny, a i Amir nie dopytywał zbytnio, ale z opowieści wnioskował, że była jego bratem kompletnie zauroczona. To było naiwne uczucie, pasujące raczej do młódki niż dojrzałej kobiety. Nie żądała od niego niczego, nie liczyła na pieniądze, ani na żadne przywileje. Chciała wyjść za niego za mąż i dawała się zwodzić jego obietnicom, których nigdy nie zamierzał spełnić. To nie pasowało do opisu wyrachowanej kobiety, która miałaby w tym czasie zabawiać się z kimś innym.
-Dowiedziałem się od ludzi.
-Od ludzi...?- parsknął cicho mężczyzna.- Od zawistnych wieśniaków...? Chociaż z tymi raczej nie rozmawiasz, więc wnioskuję, że od arystokracji... Prawda...?- milczenie Hadrina było aż nazbyt wymowne.- Jasne...- Amir uśmiechnął się z politowaniem.- Zawsze lepiej jest zaufać w tych kwestiach ludziom, którym od początku się ten związek nie podobał...
-Przyłapałem ją!- odparł impulsywnie Hadrin.
-Pewnie również na zaaranżowanym przez arystokrację spotkaniu...
-Jakie to ma znaczenie?!
-Decydujące! Przyznała się?
-Oczywiście, że nie!- prychnął z irytacją młodszy z braci.- Ty byś się przyznał?
-Gdybym rzeczywiście był winien, gdyby mi nie zależało i został postawiony w oczywistej sytuacji, to czemu nie...- odpowiedział Amir.- Ale ona taka nie była. Wiesz o tym dobrze.
Hadrin odwrócił wzrok.
-To nie ma teraz żadnego znaczenia.
-Ma znaczenie to, że masz syna!
-To nie jest mój syn!
-Ale może być.
-Nie- warknął w odpowiedzi Hadrin, coraz bardziej wytrącony z równowagi.- To nie jest mój syn- powtórzył raz jeszcze, tak kategorycznie, jakby sam usiłował to sobie wmówić.
-Skąd ta pewność...?- nie rozumiał Amir.- Urodził się z ogonem i psimi uszami...?- zakpił.
-Nie wiem. Nie widziałem go- odpowiedział młodszy książę z pozorną obojętnością.
-Nie wierzę... Nie poszedłeś nawet go zobaczyć...? To przecież może być...
-Skończ już z tym- przerwał mu stanowczo Hadrin.- Powiedziałem ci, że to nie jest moje dziecko.
-Nawet przyjmując, że masz rację i, że nie była ci wierna, wciąż istnieje prawdopodobieństwo, że to twój syn. Gdzie on teraz jest...?
-Zajmuje się nim jej rodzina- odparł Hadrin.- Zobowiązałem się łożyć na jego utrzymanie.
-Po co...?- Amir spoglądał na brata ze zmarszczonymi brwiami, coraz bardziej zdumiony jego uporem i zachowaniem.- Nie zobowiązałbyś się do tego, gdybyś rzeczywiście był pewien, że to nie twoje dziecko...- zauważył. Hadrin poruszył się nerwowo, nic nie odpowiadając.- Rozumiem, że przeżyłeś coś strasznego... Może się rozczarowałeś... Może wciąż cierpisz po tym, co ją spotkało... Ale to nie powód, by odrzucać to dziecko. To może być twój syn. A co za tym idzie, przyszły władca tego królestwa.
-To ty jesteś królem- syknął w odpowiedzi Hadrin, wyraźnie zbolałym głosem.- Nie ja.
-Ale ja nie będę miał potomstwa. Nie wiem, jak długo będę żył. Po mnie będziesz rządził ty, a po tobie, twój syn...
-Owszem- zgodził się młodszy z braci, skinąwszy głową.- Gdy już będę go miał.
-Już go masz! Nie rozumiem, z jakiego powodu, zdecydowałeś się go zostawić w rękach tamtych ludzi! To twój potomek! Twój następca!
-Moim następcą będzie mój prawdziwy syn!- krzyknął niepohamowanie Hadrin.- Syn z prawego łoża, a nie byle bękart, przez którego będą mnie wykpiwać i wytykać palcami!
Amir przymknął na moment powieki i parsknął z niedowierzaniem.
-A więc w tym rzecz...- stwierdził.
-Ten związek był najgorszym, co mogło mi się przydarzyć!- Hadrin odstawił szklankę na blat z głośnym trzaskiem.- Ci, którzy próbowali mi to uświadomić, mieli rację od samego początku! Ludzie plotkowali o mnie z tego powodu. Opowiadali kłamstwa, nie chcieli mnie widzieć na tronie! Za to ciebie...- uśmiechnął się gorzko.- Ciebie stawiali na piedestale. I może właśnie przez to Ludwik zdecydował tak, a nie inaczej...
-Ludwika nie interesowały nasze prywatne sprawy- uświadomił mu mężczyzna.
-Ale nie przeszkadzało mu to słuchać i wyrabiać sobie opinii.
-Popełniasz błąd, Hadrin- Amir próbował uświadomić to bratu.
-Popełniłem go wdając się w ten romans- odparł stanowczo młodszy książę.- Ale to już się nie powtórzy. Nigdy więcej nie pozwolę się ośmieszać.
Amir nie odpowiedział.
Zawsze wiedział, że bratu zależy na opinii arystokratów.
Ale nigdy nie podejrzewał, że będzie dla niej gotów poświęcić coś tak cennego.

10 komentarzy:

  1. Piękny rozdział. Taki smutny i prawdziwy. Biedny Amir, tak bardzo mu współczuję... Wspaniale ukazałaś jego uczucia. Szkoda, że Nadim postanowił odejść, brakowało mi tylko ich ostatniego pocałunku. Wierzę, że wrócą do siebie <3
    Głupia arystokracja, nie lubię, na początku współczułam Hadrinowi ale teraz? Nie wiem co o nim myśleć.

    Pisz następny rozdział!!
    Pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy7:02 PM

    cóż, i zdarzają się tragedie. mam nadzieję, że Nadim jeszcze przekona się, jak bardzo się mylił [wkurza mnie]. mam nadzieję, że Amir zapanuje nad arystokracją. bo przecież królowi wolno wszystko, póki jest w stanie przekonać o tym swoich poddanych. w chrześcijańskiej europie istniało wiele homoseksualnych dworów.
    mam nadzieję na dalszy rozwój wątku demona!..

    Amirowi przydałoby się trochę mniej poświęcenia a więcej umiejętności rządzenia 'twardą ręką' w stosunku do jego wuja mam nadzieję że ich nieco jednak odmienny charakter nie rozmyje się po drodze, mam nadzieję że Opętanie może pomoże w tym przypadku? :3
    oby się tylko nie rozciapciał. nie lubię Nadima :[
    [ja wiem że rozciapcianie równa się w moim języku przemyślanym decyzjom i dobru ogółu i jakiejś etyce moralności i filozofii, ale mam je gdzieś.... chociaż wiem że stanowią o wartości przesłania dzieła czy czymkolwiek]

    może jeszcze Amir i Hadrian nauczą się czegoś po drodze, zmienią i zamienią miejscami? :>
    aaa-a-bdykacja

    T.T gdzie te hordy potomków wilków... trouble coming soon for the warrior king? ^_-

    indy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy8:23 AM

      a poza tym tamten duch mężczyzny się ze mną zgadza. lepiej, żeby Nadim i Amir trzymali się razem. o.

      Usuń
  3. Uch. Pierwszy raz mam zamiar komentować coś twojego, chociaż zarzekałam się niejednokrotnie, że uwielbiam twój styl, twoje fabuły i twoje postacie. A że Racu nie wie, co napisać, stwierdza, że uchwyci swoje myśli w możliwie prosty sposób:
    Amir. Rozżalony i smutny a jednocześnie przerażony i rozbity. Nie wie, co robić. Nie umie się ogarnąć, co nieco mnie irytuje. Stracił coś ważnego. Dużo ważnego. A przecież dopiero wrócił. Cóż, zobaczymy, co dlań wymyślisz, bo koronacja przecież dopiero będzie.
    Nadim. Mało tu Nadima. Cholerny, wiecznie radosny i starający się pokolorować świat potomek wilków odchodzi. Widać, że go boli. Ale czy na pewno chce odejść? Nie wiem. W pewnym miejscu to wyglądało, jakby nasz pies chciał zwyczajnie uciec, aczkolwiek nie odpowiadam za moje odczucia.
    Hadrin. Od początku jakoś go nie lubiłam. Może przez moje wyobrażenia o nim? Taka kupa chłopa, dupa z chłopa (przepraszam za ten kolokwializm). Jest głupi, bo myśli tylko o arystokracji, ale rozumiem jego złość. To on miał być, on lepiej się nadawał i tak myślał nawet jego nadęty braciszek-gej-zoofil. Ale nie wuj i tu mamy małą niespodziankę. To znaczy - on ma niespodziankę. Nie wiem, co o tym sądzić. Bycie królem wszystko komplikuje.
    Bardzo mało Canisa. Ale Canis jest... Nie wiem, jak to ująć. Widzę go jako taką suchą gałązkę z uszami w ubraniu. Tyle że ta gałązka tylko udaje, iż jest sucha, bo tak naprawdę nie da się złamać. Pewnie to złe przeczucie, jednak Canis chyba odegra jeszcze dużą rolę.
    A poza tym to... Nie wiem. Smutek. Smutno mi. Ten rozdział właściwie niewiele wnosi. Gubię się w labiryncie własnych odczuć i podejrzeń. Jak biała myszka w laboratorium, która ma iść tylko za zapachem sera. W swoisty sposób pragnę, abyś już skończyła "Chaos", bo wiem, że potrafisz jeszcze nacisnąć na czytelnika z nudą i masą nic nie wartych na ten czas informacji, zaś dopiero potem złapać za nogi i wyciągnąć z pełnego cementu basenu. Życzę ci weny i spokoju, przy którym najlepiej się pisze ^w^
    Miraculi

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy2:01 PM

    Lubie jak piszesz ze względu na racjonalne podejście do spraw i problemów przeprowadzonych w twoich opowiadaniach, a nie nieprawdziwych miłostek, które nie mają sensu od początku, ale podciągają na duchu dzięki czemu ma się nadzieje (jedyne dobre co z tego wynika). Ja uwielbiam złe zakończenia, lecz sądzę, że ono raczej się tu nie przejawi, tak jakoś z praktyki... A ja właśnie życzę nie spokoju przy którym wprawdzie o wile lepiej się pisze niż można przysiąc.
    Arek.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dawno nic tu nie pisałam, aczkolwiek po przeczytaniu tego rozdziału w głowie mam nadmiar myśli kotłujący się niczym rój natrętnych os. .__." Mianowicie, w ogóle nie rozumiem Hadrina. No bo okej, można przejmować się opinią arystokratów, ale żeby aż tak? To przecież jego syn.. Dobrze chociaż, że chce łożyć na jego utrzymanie. Podejrzewam, że Amir tak tego nie zostawi i w jakiś sposób włączy bratanka do rodziny. Trzymam kciuki.
    Pozostaje jeszcze kwestia Nadima. Odszedł.. Tak po prostu "wylogował się" z życia naszego księcia. Dobiło mnie to, po po prostu kocham wilczka miłością psychiczną. Mam nadzieję, że szybko do siebie wrócą.
    Opowiadanie nieuchronnie zmierza ku końcowi, ech. Co prawda ostatnio zaczęło mnie nieco nużyć, ale i tak je uwielbiam. No cóż, pozostaje mi pokornie czekać na "Wyzwanie" i "Gabriela". Właściwie to tęsknię też za Mortalisem, Andym, Amadeuszem, Księciem i resztą postaci w porzuconych chwilowo opowiadaniach.
    Uwielbiam Twój styl pisania. Weny. <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Hadrin jest głupi. Przejmuje się tym co powiedzą arystokraci. A to nadęte, dupki, co chcą rządzić. I gdyby mogli od razu dorwaliby się do tronu. Nie podoba im się, że to Amir został królem,bo wiedzą, że nim nie mogą sterować. Ludwik wiedział co robi. Hadrinem by kierowali jak marionetką, a ten by ich ślepo słuchał. Denerwuje mnie Hadrin mam nadzieję, że przejrzy na oczy.
    Pogrzeb wuja był smutny, ale popłakałam się przy odejściu Nadima. Czekałam na jeden uścisk. Na możliwość, by Amir przez chwilę odetchnął w ramionach kochanka, a tu... Może tak miało być i dzięki temu nauczą się czegoś i dowiedzą, że żyć mogą tylko razem, bo się kochają. Tylko oby na to nie było za późno i nie powtórzyła się historia Canisa i Ludwika.

    OdpowiedzUsuń
  7. Sporo niespodzianek było w tym rozdziale. Myślę, że większość czytelników domyślała się, że to Amir zostanie wybrany przez Ludwika na przyszłego króla, ale jednak, "domyślać się", a "wiedzieć" to dwie różne sprawy. Jest mi go strasznie żal. Teraz, gdy jego los jest przypieczętowany, a wszystkie czarne scenariusze, których się obawiał, spełniają się jeden za drugim. Śmierć wuja, jego "testament", nieporozumienia z bratem - nie jestem w stanie też zrozumieć decyzji Nadima. Według mnie to najgorsze co mógł w takiej sytuacji zrobić - tak po prostu odejść. I jak, moim zdaniem, nic nie usprawiedliwia zachowania Nadima, tak położenie Hadrina jest dla mnie w jakimś stopniu zrozumiałe. Jak dla mnie, Hadrin jest teraz równie zagubiony co Amir. Ma prawo czuć się oszukany, i wyraźnie widać, że nie do końca wie jak się zachować. A jednak nie wydaje mi się, żeby mógł się obrócić przeciwko bratu. Dla mnie największym zaskoczoniem była wiadomość o synie Hadrina. Jestem ciekawa jak się cały wątek rozwinie i czuje, że Amir tego tak nie zostawi.
    Scena pogrzebu była jedną z mocniejszych w tym rozdziale. Uczucia Amira, opis tłumu, zachowania niektórych - kawał dobrego tekstu, naprawdę.
    Czekam na kolejny rozdział : )

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy3:52 PM

    Prawie się popłakałam czytając ten rozdział. Pogrzeb wuja i odejście Nadima... to bylo okropnie smutne. Biedny Amir.
    Jesteś niesamowita. Nigy wcześnie nie czytałam takiego opisu czyichś emocji.
    Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału... choć nie będę ukrywała, że najbardziej czekam na kolejny rozdział Wyzwania ;)
    Pozdrawiam Risako-chi

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy2:01 AM

    Doskonale ujęłaś w słowa fakt, że ludzie kochają obraz króla, a nie samą jego osobę, której tak naprawdę w ogóle nie znają. Scena pochodu żałobników i pogrzebu niesamowita i smutna.
    Czułam już wcześniej, że to Amir będzie królem (choć nie spodziewałam się, że to tak szybko nastąpi), ale i tak w momencie odczytania testamentu serce waliło mi jak szalone, denerwowałam się chyba równie mocno jak sam Amir.
    A potem.. odszedł Nadim. Odszedł, a był przecież jedynym pewnym punktem, jedyną ostoją w świecie naszego księcia. Faktycznie, nawet to trochę wyglądało jakby uciekał. Zwykłe przepraszam i wyszedł. Nie zdobył się nawet na jeden czulszy gest.. Tak po prostu uznał, że może zniknąć z życia Amira? Tak jak można zamknąć książkę, odłożyć ją na półkę i.. koniec? A może już podczas ich podróży przeczuwał, że tak to będzie wyglądało? Nie chciał mówić o ich wspólnej przyszłości, no czuł, jaką decyzję będzie musiał podjąć..? Wszystko w imię cholernego większego dobra!
    Strasznie mnie przygnębił ten rozdział, choć był naprawdę piękny.
    Mam nadzieję, że wkrótce Amir rozgryzie napisy na ścianach w pokoju Ludwika albo że demon się ujawni.
    Co do Hadrina.. to choć za nim nie przepadam, to myślę, że w końcu się ugnie i uzna dziecko.
    Alys

    OdpowiedzUsuń