Strony

piątek, 26 kwietnia 2013

26. Prawda [Sunrise]


Trafiłem do szpitala. Miałem złamane żebra, klatka piersiowa bolała mnie przy każdym oddechu, nieco trudno mi się rozmawiało. Oprócz tego, złamana ręka, kilka sporych siniaków i lekkie wstrząśnienie mózgu, które podobno tłumaczyło mój stan absolutnego znużenia, mimo którego nie byłem w stanie zasnąć, mdłości, skołowanie i fakt, że od czasu do czasu miałem wrażenie jakby całe pomieszczenie kręciło się wkoło, choć ten efekt występował coraz rzadziej i powoli ustępował. Ale pomijając to wszystko, czułem się naprawdę dobrze. Właściwie sądziłem nawet, że mógłbym już wrócić do domu. Owszem, niemal godzinny seans wymiotów, który okropnie mnie wycieńczył, rozgrywający się zresztą na oczach mojej najlepszej przyjaciółki, nie należał do najprzyjemniejszych rzeczy, ale…
Tak, Jenna przy mnie była. Wciąż przy mnie była, powinienem chyba stwierdzić, skoro to ona jako pierwsza pojawiła się przy mnie po wybudzeniu w szpitalu i do tej pory, choć był już środek nocy, nie ruszała się z mojej sali ani na krok. Podobno kiedy się rozłączyłem, starała zadzwonić, a gdy nie mogła się ze mną skontaktować i minęło kilkanaście minut nieco się zaniepokoiła i wyszła z domu kierując się w stronę moich bloków. Przeszła niewiele, ale zobaczyła jadącą na sygnale karetkę, coś ją tknęło. Wróciła do domu, odczekała jeszcze chwilę, po czym zadzwoniła do ojca, ten do szpitala i tak właśnie dowiedziała się, że w nim jestem. Oczywiście przyjechała natychmiast. Natychmiast też wezwała policję, choć ta była powiadomiona już w momencie przyjazdu karetki. Zapewne to ona opowiedziała im znaczną część mojej historii z Ricky’m, bo gdy policjanci ze mną rozmawiali, znali już większość zdarzeń i szczegółów. Opowiedziałem im to, co wiedziałem i co zapamiętałem z tamtego zdarzenia. Wyszli. Niedługo później Jenna znowu skontaktowała się ze swoim ojcem, a ten załatwił mi przeniesienie do prywatnej części szpitala i tak wylądowałem w mniejszej sali, ale, dla odmiany, całkiem sam. Było to nieco krępujące, zważywszy, że nie prosiłem przyjaciółki o taką interwencję i nie bardzo też wiedziałem, w jaki sposób miałbym się odwdzięczyć, ale Jenna chyba musiała mieć przynajmniej poczucie, że robi, co tylko może, żebym dobrze się czuł. Tłumaczyłem jej tysiąc razy, że naprawdę jest w porządku. Mogłem to powiedzieć bez chwili wahania, w końcu z takiego pobicia mógłbym wyjść w znacznie gorszym stanie… Albo nie wyjść z niego w ogóle. Lekarze przeprowadzili wszystkie niezbędne badania, nic nie wskazywało na to, bym miał jakiekolwiek poważniejsze obrażenia, ale zostawili mnie na obserwacji. Powtarzałem Jennie, że powinna już iść do domu, bo też sprawiała wrażenie bardzo zmęczonej, ale ona strasznie się upierała, że zostanie tak długo, jak długo będzie trzeba, bo ktoś musi ze mną być, gdyby nagle stało mi się coś poważnego. Co prawda pielęgniarka raz po raz zaglądała do pokoju i naprawdę monitorowano mój stan, ale te argumenty zupełnie do niej nie trafiały. Choć tak naprawdę chciałem żeby sobie poszła z trochę innego powodu…
Chodziło o Amadeusza. Nie wiedziałem, dlaczego go przy mnie nie było. Sądziłem, że po czymś takim pojawiłby się przy mnie natychmiast i chyba nie odstępował na krok, znając jego podejście do sprawy. I podejście do mnie. Liczyłem, że może przybędzie wtedy, gdy Jenna wróci do domu. W końcu rzeczywiście jego obecność zawsze mnie krępowała, gdy byłem pośród ludzi. Tak czy inaczej, było mi przykro, że jeszcze się tu nie pojawił, choćby na chwilę… Bo chyba wiedział, co mi się stało. Właściwie tego też nie byłem pewien. Kiedy już mnie zabierali do karetki… To był taki przebłysk. Jakbym obudził się na chwilę. Słyszałem głosy ratowników, widziałem jakiś ludzi i widziałem jego. Amadeusza. Wydawało mi się, że stał niedaleko i patrzył wprost na mnie. Ale to naprawdę była chwila. Dosłownie sekundy. A ja nie byłem w najlepszym stanie i mogło mi się po prostu przewidzieć. Mogło mi się to nawet śnić. Naprawdę nie mogłem ufać swoim wspomnieniom. Tak czy inaczej… Czy nie powinien wyczuć tego, że dzieje się ze mną coś złego? Ale przecież Katy umierała. A ja… Cóż, poważnie oberwałem, ale tak naprawdę rzeczywiście nie stało się nic strasznego… On nie lubił szpitali… Może nie miał powodów, by tutaj przychodzić…
-… tak… tak, już czuje się lepiej…- Jenna rozmawiała z kimś przez telefon. Szczerze mówiąc, już nie wiedziałem z kim. Raz rozmawiała ze swoim ojcem, raz z Katy, z Jackiem, znowu z Katy i chyba tym razem znowu trafiło na Jacka, ale nie byłem pewien.- To znaczy, nadal jest w beznadziejnym stanie, ale…
Spojrzałem na nią i wymamrotałem bezgłośne: „Jenna, błagam”. Naprawdę czułem się lepiej i nie widziałem potrzeby do alarmowania wszystkich znajomych.
-Wiem… W porządku… Zresztą, zaraz ci go dam…- stwierdziła dziewczyna i zerknęła na mnie, ale nie czułem się na siłach do rozmowy. Pokręciłem głową, dając jej znak, żeby nie podawała mi telefonu.- Eee… To znaczy… W sumie, on teraz nie może rozmawiać…- zreflektowała się więc.- Jakieś badania. Mhm. Skąd mam wiedzieć jakie?! Po prostu nie ma teraz ani siły ani czasu, żeby z tobą rozmawiać! Już ci mówiłam!- uśmiechnąłem się lekko pod nosem. O tak. To z pewnością był Jack.- Dlaczego na mnie wrzeszczysz?! Ja wrzeszczę? Wcale nie wrzeszczę! Och, na litość boską!- syknęła jedynie i rozłączyła się w końcu, po czym odwróciła się znów w moją stronę i uśmiechnęła z absolutnym spokojem, jak gdyby wcale nie awanturowała się z kimś od dobrej chwili.- Jack przyjedzie do ciebie jutro rano. Katy będzie pewnie trochę później, musi przyjechać do miasta i w ogóle…
-Jenna, mówiłem ci żebyś tego nie robiła…- westchnąłem cicho.- Nic mi nie jest, nie musisz tu wszystkich zwoływać i wydzwaniać do nich po nocy…
Dziewczyna oparła dłoń na swoim biodrze i spojrzała na mnie z politowaniem.
-Josh… Ty chyba siebie nie widzisz- stwierdziła kategorycznie.
-Czuję się już lepiej!- przekonywałem bezskutecznie.
-Pobito cię.
-Tak, ale nie aż tak poważnie żeby…
-Omal nie zginąłeś- odparła stanowczo.
-Dzięki…- parsknąłem cicho.- Jenna, mówię ci, daj już spokój… Trochę poleżę i mi przejdzie.
-Kiedy przyjedzie ten twój Amadeusz?- zapytała dziewczyna, spoglądając na mnie z wyraźnym zaciekawieniem i choć niewątpliwie interesował ją mój stan zdrowia, to ta kwestia chyba również pochłaniała sporo jej uwagi.
Zastanawiałem się przez moment nad odpowiedzią, ale wreszcie wymamrotałem ostrożnie:
-Nie zadzwoniłem do niego.
-Nie?- zdumiała się dziewczyna.- No to na co czekasz? Dzwoń!- rzuciła, wyciągając do mnie swój telefon. Posłałem jej pełne politowania spojrzenie. Zreflektowała się zatem i sięgnęła po moją komórkę, którą znaleźli przy mnie i którą udało jej się odzyskać. Ekran był uszkodzony, widać na nim było wyraźne pęknięcie, ale działała.- Dzwoń- powtórzyła twardo.
-Och, Jenna…- burknąłem jedynie, nieco nieporadnie, bo lewą ręką, zabierając jej telefon i odkładając go z powrotem na szafkę. Prawa ręka była zagipsowana i nie miałem zbytnich możliwości ruchu.- Nie zamierzam go niepokoić.
-Żartujesz sobie, Josh?! Przestań wreszcie tak martwić się o wszystkich i zacznij się martwić o siebie! Gdyby jemu stało się coś takiego, też wolałbyś nie wiedzieć…?
Milczałem. Sęk w tym, że naprawdę nie musiałem się nad tym zastanawiać (i to akurat był pozytywny aspekt związku z demonem), bo byłem przekonany, że Amadeusza taka sytuacja nie spotka. Choć tak, hipotetycznie wolałbym wiedzieć i wolałbym również żeby on wiedział i teraz przy mnie był, ale nie zamierzałem robić z siebie kretyna i udawać, że gdzieś dzwonię.
-Przecież spotykacie się już długo…- mówiła dalej dziewczyna, wpatrując się we mnie bez zrozumienia.- Sam mówiłeś, że to coś poważnego… Więc raczej się nie spłoszy ani nic w tym stylu, nie…? Poza tym, ja go jeszcze nie spotkałam…- dodała takim tonem, jak gdyby stanowiło to kluczowy argument.- No i z pewnością się o ciebie martwi, że nie dajesz znaku życia…
-Jenna… Jest środek nocy…- zauważyłem pobłażliwie.
-Och. No tak. I?
Parsknąłem śmiechem.
-Zadzwonię do niego o jakiejś normalnej porze.
-To nie było normalne zdarzenie, więc nie sądzę, żeby miał do ciebie pretensje, że go budzisz…
-… Poza tym, i tak nie rzuci wszystkiego i nie przyjedzie, jest poza miastem- dodałem.
-Katy rzuciła i przyjeżdża jutro- odparła dziewczyna, wzruszywszy ramionami.- On też by to zrobił, gdyby wiedział. Więc do niego zadzwoń i powiedz mu o wszystkim albo przysięgam, że ja to zrobię!
Od dalszego, wysoce kłopotliwego tłumaczenia się, wybawili mnie policjanci, którzy pojawili się w mojej sali. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że zobaczę ich tak szybko. Rozmawiałem z nimi dobre kilka godzin temu, ale wydawało mi się, że to bardzo mało czasu.
-I co?- rzuciła natychmiast Jenna, przenosząc całą swoją uwagę na nich.- Coś już wiadomo?
-Cóż… Pan Watkins i pozostałe osoby, których nazwiska mi pan podał, mają bardzo dobre alibi na ten czas… Wszyscy byli na dużej imprezie, na której widziało ich sporo osób, bo narobili niemałego zamieszania i również musiała interweniować policja… Jak już wspominałem, pan Watkins jest podejrzanym w innej sprawie, ale… Obawiam się, że póki co, nie możemy go w żaden sposób powiązać z tym pobiciem.
-Że co takiego?!- obruszyła się Jenna.
Ja się nie odezwałem. Właściwie nie wiedziałem, co powiedzieć.
-Powariowaliście?!- warknęła z irytacją dziewczyna, a ja posłałem jej błagalne spojrzenie.- Przecież mu groził! Groził zresztą nam wszystkim!
-Rozumiem- odpowiedział spokojnie policjant.- Pan Carter może to zgłosić do prokuratury, pani również, wszczęte zostanie postępowanie, ale karalne groźby czy nawet nękanie to coś zupełnie innego, niż pobicie.
-Ale to był on!- krzyknęła Jenna.- Pewnie zaplanował wszystko, żeby nikt nie mógł mu niczego zarzucić! Wynajął jakiś gości albo to jego kumple, ale na razie nie będzie się z nimi spotykał i sądzi, że przez to uniknie odpowiedzialności! Jak widać, ma rację!
-Panienko…- burknął surowo drugi z policjantów, wyraźnie oburzony jej zachowaniem.
Jednak ten, który wyjaśnił całą sprawę, odparł:
-Nie ma powodów do zdenerwowania. Powiedziałem już, że sprawa nie jest oczywista, ale to wcale nie znaczy, że pan Watkins nie jest jednym z podejrzanych. Będziemy się temu przyglądać. Żaden opis napastników nie pasuje do ludzi, z którymi pan Watkins wtedy był. Nic nie wskazuje na to, żeby w ogóle się znali. On i jego… towarzystwo… zostali przesłuchani, zgodnie upierają się, że nie mają z całą sprawą nic wspólnego. Rozumiem wzburzenie, ale prawda jest taka, że aby zarzucić komuś tak poważne przestępstwo, jakim bez wątpienia jest pobicie, trzeba mieć chociażby przesłanki.
-Macie coś więcej niż przesłanki!- awanturowała się Jenna.- Macie dowody! Moje zeznania i zeznania Josha! Mówiłam wam, że ten debil nam groził! Groził jemu pobiciem, jeszcze na dzień przed tym zdarzeniem! A niedługo później… Och, cóż za zaskoczenie!- syknęła z ironią.- Josh zostaje pobity! To nie są wystarczające przesłanki?!
Policjant westchnął głęboko i zaczął ostrożnie:
-Prawda jest taka, że niewiele osób, które artykułuje tego rodzaju groźby, jest zdolne je zrealizować… Z zeznań pana Cartera wynika, że pan Watkins groził mu od dłuższego czasu, ale nie posunął się do żadnej napaści, nie licząc tego incydentu, o którym wspominała nam pani… Tak czy inaczej, zmierzam do tego, że nie możemy go uznać za winnego, ponieważ…
-Ponieważ co?
-Ponieważ to mogło być przestępstwo motywowane czymś zupełnie innym!- burknął drugi z policjantów.
Jego towarzysz skinął głową.
-Tak- potwierdził spokojnie.- Pan Carter sam powiedział, że nie widział nigdy wcześniej napastników, nie kojarzy ich także z osobą Watkinsa…- stwierdził, zerkając na mnie. Skinąłem głową, potwierdzając jego słowa. Tak właśnie powiedziałem i taka była prawda. Nigdy nie widziałem tych ludzi, ale nie znałem przecież wszystkich kumpli Ricky’ego.- Ponadto, ich słowa również nie wskazują na powiązanie z Watkinsem i sprawą szantażu, która również jest warta zgłoszenia. A fakt, że zabrali pańską torbę może świadczyć o tym, że to była napaść rabunkowa… To bardzo przykre, ale dość powszechne zjawisko i choć zazwyczaj nie wiąże się z dużą brutalnością, zdarzają się i takie przypadki.
-To jest oburzające!- rzuciła moja przyjaciółka, mocno wzburzona słowami mężczyzny.- Naprawdę, oburzające! Jak nie złapiecie kogoś za rękę to już nie jest winien, tak…?
-Będzie nam łatwiej, gdy uda nam się ustalić i zlokalizować napastników. Oni z pewnością powiedzą nam więcej.
-A do tego czasu, Josh ma być narażony na kolejne groźby i ataki tego gnojka?!- Jenna chyba już nad sobą nie panowała.- Co jeszcze ma zrobić, żebyście interweniowali?! Zabić go?!
-Z całym szacunkiem, ale to jedyne, co możemy na razie zrobić- stwierdził policjant, zerkając na mnie. Skinąłem głową na znak, że zrozumiałem.- I naprawdę nie sądzę, aby pan Watkins chciał budzić jeszcze większe podejrzenia… Myślę, że nawet jeśli ta sprawa była jedynie zbiegiem okoliczności, może paradoksalnie przynieść trochę dobrego i sprawić, że ten człowiek przestanie się panu narzucać… Chociaż raz jeszcze powtarzam, że powinien pan zgłosić sprawę odpowiednim służbom.
Policjanci jeszcze przez chwilę z nami rozmawiali, a raczej awanturowali się z rozwścieczoną ich słowami Jenną. Wreszcie odeszli. Dziewczyna krążyła po całej sali, wygłaszając pod ich adresem gniewne uwagi i wygrażając, że skontaktuje się ze swoim ojcem i już on całą tę sprawę odpowiednio załatwi. Ale ja zastanowiłem się dobrze nad ich słowami i szczerze mówiąc, mieli sporo racji. Nie znałem tych ludzi. Nie wiem, czego ode mnie chcieli. Oni też tego nie powiedzieli. Pobili mnie. Zabrali moje rzeczy i uciekli. Mogła to być sprawka Ricky’ego, ale równie dobrze mógł to być przypadek. Oskarżyłem mojego byłego, bo miałem poważne powody. Mogłem mieć jednak dużego pecha (szczerze mówiąc, nie byłbym zdziwiony…) i akurat trafić na jakichś bandytów. W końcu, nie przydałbym się Ricky’emu martwy. No i znając jego bezczelność pewnie pojawiłby się nawet w tym miejscu i mi wygrażał, gdyby sądził, że do niego trafiłem… Choć może była to z jego strony zwyczajna ostrożność, wyrachowanie. Naprawdę nie byłem w stanie tego ocenić i nie mogłem mieć pewności, że to jego sprawka.
-Jenna, idź już do domu- poprosiłem raz jeszcze.
-Nie ma mowy, Josh- zaprotestowała natychmiast.- Nie zostawię cię tu samego.
-Samego…?- parsknąłem z rozbawieniem.- To szpital! Lekarze, pielęgniarki, pacjenci, goście… Naprawdę nic mi się nie stanie. A ty nie wyglądasz najlepiej- przekonywałem ją wciąż, ale choć z pewnością była już zmęczona, nie sprawiała wrażenia jakby miała ustąpić.- Jenna, mówię poważnie. Nie ma sensu, żebyś siedziała tu ze mną całą noc. Jedź do domu chociaż na te kilka godzin. Prześpij się. Przebierz. Przyjedziesz tu jutro z rana, razem z resztą.
Dziewczyna sprawiała wrażenie, jakby miała ochotę upierać się dalej, ale po chwili namysłu, westchnęła głęboko i skinęła głową.
-Właściwie to dobry pomysł- stwierdziła ostrożnie.- Ale na pewno czujesz się na tyle dobrze, żebym…?
-Na pewno- podkreśliłem raz jeszcze, pełnym stanowczości głosem.
-Okej. Ale będę tu z samego rana!- przypomniała i zabrzmiało to niemal jak groźba.
Zaśmiałem się cicho.
Wzięła swoje rzeczy i po krótkim pożegnaniu ze mną, wyszła z sali.
Zostałem sam.
Chociaż naprawdę bardzo chciałem, żeby on był tu ze mną…

Jeszcze przez jakąś godzinę biłem się z myślami, nim wreszcie udało mi się zasnąć. Ale był to sen bardzo płytki i niespokojny, co jakiś czas wybudzałem się na chwilę, mocno zdezorientowany, przypominałem sobie gdzie jestem i co tu właściwie robię i zaraz zasypiałem znowu, wciąż czując się potwornie zmęczony.
Nie wiedziałem która była godzina, gdy wybudziłem się po raz kolejny. W sali panowała ciemność. Odruchowo chciałem przewrócić się na bok, bo nie byłem przyzwyczajony do spania na plecach i syknąłem z bólu, przypominając sobie, że każde inne ułożenie jest dla mnie bardzo mało komfortowe. Odetchnąłem głębiej, przesunąłem się bliżej brzegu łóżka i wychyliłem, chcąc sięgnąć po leżącą na stoliku komórkę. Nagle, kątem oka, zobaczyłem kogoś przy samej ścianie. Drgnąłem odruchowo, a moje serce przyspieszyło ze strachu. Spojrzałem w tamtym kierunku. Poczułem nagle niezwykłą ulgę i radość. To był Amadeusz. Chyba nigdy nie będę w stanie przyzwyczaić się do jego nagłego znikania i pojawiania się w różnych miejscach, co nie zmienia faktu, że strasznie ucieszyłem się na jego widok. Uśmiechnąłem się do niego i dopiero, kiedy zorientowałem się, że nie odwzajemnił mi się tym samym dostrzegłem, że na jego twarzy widnieje nieprzyjemny, pełen gniewu i niechęci grymas. Spłoszyłem się. Wbiłem w niego pełne niepewności spojrzenie. Chciałem coś powiedzieć, ale brakowało mi słów. On wciąż stał w bezruchu, w tym samym miejscu, spoglądając na mnie z niezmiennym wyrazem twarzy. Sprawiał wrażenie osłupiałego i niemal obrzydzonego. Nie wiedziałem, co właściwie się stało. A raczej nie wiedziałem, na co tak reaguje. Owszem, moja twarz po tym pobiciu… Cóż, nie wyglądałem najlepiej, ale… Poczułem się mocno zdezorientowany.
Ruszył powoli w moim kierunku, ale zatrzymał się po kilku krokach.
-Nie mogę w to uwierzyć…- szepnął cicho, nie przestając przyglądać mi się z uwagą.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
-Nie mogę uwierzyć, że nie wyczułem tego na czas!- syknął gniewnie demon.- A dopiero wtedy, gdy było już po wszystkim… Po co mi ten dar, skoro nawet nie byłem w stanie ci pomóc?!- wybuchnął.
Sprawiał wrażenie wściekłego na samego siebie.
-To nie twoja wina…- odpowiedziałem ostrożnie.
-Nie- potwierdził lodowato demon.- To wszystko jego wina.
Nie musiałem długo zastanawiać się nad jego słowami by zrozumieć, kogo miał na myśli. Przełknąłem ślinę, czując się mocno spięty, zdenerwowany. Wiedziałem, że jeśli zaraz jakoś nie zareaguję wyniknie z tego coś naprawdę niedobrego. Usłyszałem szmer i zobaczyłem, jak moja komórka przesuwa się wzdłuż szafki, która cała się trzęsła i chybotała na boki. Spojrzałem znów na Amadeusza.
-To nic takiego…- odpowiedziałem, uśmiechając się wymuszenie.- N-Naprawdę! Ja czuję się dobrze, ja…- mówiąc to, odruchowo chciałem bardziej się podnieść, co zaowocowało przeszywającym bólem w klatce piersiowej. Jęknąłem mimowolnie. Szafka z hukiem przewróciła się na bok. Wstrzymałem oddech, obawiając się, że zaraz ktoś tutaj będzie.- To nie Ricky…- szepnąłem w końcu po chwili.- Policja powiedziała, że nie ma z tym nic wspólnego.
To nie było do końca kłamstwo. Oni tak przypuszczali, ale nie mogłem tego powiedzieć Amadeuszowi, bo wiedziałem jak gotów byłby zareagować. Nawet jeśli stał za tym mój były wolałem, żeby demon sądził coś innego.
-To on- odparł jednak Amadeusz. Spłoszyłem się jeszcze bardziej. Mogłem się domyślić, że miał wystarczająco dużo czasu, by to sprawdzić.- Wiem to.
-Proszę cię, Amadeusz…- zacząłem z paniką w głosie.- Nie rób nic… Nie rób nic, czego byś… Czego ja mógłbym żałować…
-Nie mogę w to uwierzyć!- warknął demon.- Wciąż go bronisz…?- zapytał bez zrozumienia.- Obraził cię, oszukał, rzucił, uderzył, groził ci, a teraz próbował zabić! Nie rozumiesz, że należy mu się kara?!
-Policja się tym zajmie!- odpowiedziałem natychmiast.- Powiedzieli, że będą obserwować sytuację i Ricky’ego też. Nie zrobi tego już nigdy więcej!
Demon skinął głową.
-Nie- potwierdził chłodno.- Nie zrobi.
-Amadeusz, błagam…- rzuciłem, drżącym ze strachu głosem.
Nie mogłem dopuścić, żeby zrobił komuś krzywdę. Nawet jeśli chodziło o Ricky’ego. Mogłem go szczerze nie znosić, ale gdyby stało się coś złego… Nie chciałem mieć nikogo na sumieniu. Nawet takiej szumowiny jak on. Nie chciałem, żeby Amadeusz dopuszczał się jakiegoś potwornego czynu.
-Nie mogę na ciebie patrzeć…- rzucił demon, odwracając wzrok.- Nie mogę patrzeć na to, jak bardzo cierpisz…- stwierdził łamiącym się głosem, odchodząc kawałek w stronę okna i zaraz znów wracając w moim kierunku.
-Nie cierpię!- odpowiedziałem natychmiast.- Boli mnie, ale… Ale nie aż tak bardzo, jak sądzisz… Dostałem środki przeciwbólowe… Wszystko jest w porządku. Przysięgam, ja… Ja z tego wyjdę. To tylko złamanie. Parę siniaków. Nic poważnego.
-Nie okłamuj mnie…- demon pojawił się nagle tuż przy mnie.- Wiem dobrze, co ci zrobili.
-Błagam cię!- rzuciłem rozpaczliwie, chwytając go za rękę.- Błagam cię, chociażby ze względu na mnie, nie rób nic! Jeśli Ricky’emu albo komuś z jego znajomych stałaby się krzywda, podejrzewaliby o to mnie!
-Wiesz dobrze, że jestem w stanie to zrobić tak, by nikt się nie domyślał…- odpowiedział chłodno Amadeusz.- A mimo to, zabraniasz mi tego… Bronisz go. Zależy ci na nim, nawet jeśli rzeczywiście, nic już do niego nie czujesz…
-Nie o to chodzi! Broniłbym każdego! Nawet zupełnie obcego człowieka! Po prostu nie chcę, żebyś zniżał się do jego poziomu! Zrozum mnie!
-Kocham cię.
Powiedział te słowa tak cicho, niemal ledwie słyszalnie, że w pierwszej chwili w ogóle to do mnie nie dotarło. Zaraz jednak spojrzałem na niego z zaskoczeniem. Trudno było mi nawet opisać, co czułem w tamtym momencie… Niepokój i przerażenie ustąpiło zupełnie innemu uczuciu. Radości, niemalże euforii. Powiedział, że mnie kocha… Nigdy nie spodziewałem się, że usłyszę od niego podobne słowa. Nie byłem nawet pewien, czy w ogóle jest zdolny do takich uczuć. A jednak…
-To… To dobrze…- odparłem zupełnie skołowany. Uśmiech z powrotem wkradł się na moje wargi. Ledwie mogłem uwierzyć, że to wszystko nie było moim złudzeniem.
-Dobrze…?- prychnął Amadeusz. Mój uśmiech natychmiast zniknął, gdy zobaczyłem wyraz zniechęcenia i wściekłości malujący się na powrót na jego twarzy. Odsunął się ode mnie.- Chyba nie wiesz, o czym mówisz!
-O co chodzi?- zapytałem bez zrozumienia.
-To dla mnie zbyt wiele!- odparł głośno demon, wyraźnie targany emocjami. Nadal nie rozumiałem, co miały właściwie znaczyć te słowa. Wbiłem w niego pytające spojrzenie.- Nie zniosę tego, rozumiesz?! Nie mogę znieść nawet twoich uczuć do tego gnojka! Nawet, jeśli rzeczywiście nic do niego nie czujesz, nie mogę przestać o tym myśleć! Nie mogę! A teraz jeszcze to…? Jak mam sobie z tym poradzić?!- zapytał gwałtownie. Nie rozumiałem. Naprawdę nie rozumiałem, o czym on mówi.- Ile jeszcze zdarzy się sytuacji takich jak ta…?- zapytał z bólem w głosie.- Mogłem ci pomóc! Byłbym w stanie ci pomóc, gdybym wiedział o tym choćby chwilę wcześniej! Albo gdybym wcześniej zajął się tym przeklętym idiotą! Gdybym poszedł za tobą! Ale jest tak wiele innych możliwości… Wypadki. Choroby. Tak wiele spraw, wobec których jestem zupełnie bezradny! Obawiałem się tego, co będzie, gdy się zestarzejesz… Ale teraz rozumiem, że możesz nawet nie dożyć starości!
Zadrżałem pod wpływem jego słów. Rozmawialiśmy o tym tak wiele razy… Zawsze wydawało mi się, że zdaje sobie z tego sprawę. Najwyraźniej jednak dopiero dzisiejsze zdarzenie uświadomiło mu, jak bardzo niepewne i kruche jest to wszystko. Ja o tym wiedziałem.
-To, co się zdarzyło dzisiaj… To już się nie powtórzy- próbowałem mu wyjaśnić, ściśniętym od łez głosem.- Owszem, wiele rzeczy może się jeszcze zdarzyć w przyszłości, ale… Ale poradzimy z tym sobie. Kocham cię.
-Nie- odparł stanowczo demon.- Nie poradzimy sobie! Ja sobie nie poradzę! Nie zniosę czegoś podobnego po raz drugi! Raz omal nie zginąłeś, ale to była zupełnie inna sytuacja, a teraz… Nie mogę! Nie jestem w stanie! Przepraszam.
Spojrzałem na niego z przerażeniem. Nie miałem pojęcia, do czego zmierza, ale już spodziewałem się najgorszego.
-O czym ty mówisz, Amadeusz…?- zapytałem, sparaliżowany strachem.- Co chcesz zrobić?
-Znaleźć ostateczne rozwiązanie- odpowiedział.
-Ale…
Zniknął, nim zdążyłem o cokolwiek dopytać.

Po zniknięciu Amadeusza miałem jeszcze większe problemy z zaśnięciem. Do samego świtu zastanawiałem się nad jego słowami i nad tym, co miały oznaczać. Byłem przerażony i zdezorientowany. Miałem wrażenie, że stanie się coś bardzo złego. Że zrobi coś, czego przynajmniej ja z nas dwóch będę żałował. Albo że po prostu mnie zostawi. Ta ostatnia wersja, z każdą godziną niecierpliwego wyczekiwania na to, że znowu się pojawi, stawała się coraz bardziej prawdopodobna. Przecież powiedział, że mnie kocha. Po euforii, jaka wstąpiła we mnie gdy usłyszałem tę deklarację, nie pozostał już nawet ślad. Rozumiałem jego emocje i strach. Wiedziałem, że boi się mnie stracić, ale ja bałem się tego samego. Zmieniłem dla niego całe swoje życie. Nie wyobrażałem sobie, jak mógłbym funkcjonować, gdyby nie było go przy mnie… I jeszcze po tym wszystkim… Niezależnie od tego, jak wiele razy to powtarzałem, wcale nie czułem się bezpieczny. I nie chodziło o Ricky’ego i jego groźby. Gdy on był ze mną, niczego nie musiałem się obawiać. Niczego prócz tego, że mnie zostawi. Przysięgał, że tego nie zrobi. Przysięgał mi już wiele rzeczy. Naprawdę nie chciałem zostawać sam.
Rano przyszli moi przyjaciele. Najpierw pojawiła się Jenna, niedługo później przyjechał też Jack, ostatnia dotarła Katy. Rozmawiałem z nimi, żartowałem, śmiałem się, choć wewnątrz wciąż czułem się wyczerpany i przerażony jak dziecko. Starałem się słuchać tego, co mówili, ale połowa chyba do mnie nie docierała. Moje myśli wciąż wracały do Amadeusza. Ta niepewność mnie dobijała. Nie wiedziałem nawet, czego mogę się po nim spodziewać.
Niedługo przed południem, zabrano mnie na kolejne badania. Z drobną pomocą pielęgniarki wróciłem do sali i zobaczyłem w jej wnętrzu Katy, choć wcale się jej tam nie spodziewałem.
-Hej…- uśmiechnąłem się do niej. Spłoszyła się, gdy tylko wszedłem do pomieszczenia. Miała dziwną minę.- Myślałem, że poszliście razem na jakieś śniadanie…
-Tak… Tak- odpowiedziała w zamyśleniu, skinąwszy nerwowo głową.- Oni poszli.
-Co się stało…?- zapytałem, widząc, że coś jest nie w porządku. Podziękowałem pielęgniarce, która pomogła ułożyć mi się na posłaniu, odczekałem, aż wyjdzie i dopiero wtedy, rzuciłem- Pokłóciłaś się z Jackiem? Czy Jenna znowu cię zdenerwowała?
Katy pokręciła powoli  głową.
-Chyba muszę cię o coś zapytać…- stwierdziła po chwili wahania.- Ale…  Nie chcę, żebyś się na mnie złościł…- Posłałem jej pytające spojrzenie, nie mając pojęcia o czym mówi.- Skorzystałam z twojego telefonu- powiedziała w końcu, podchodząc bliżej łóżka i podając mi moją własną komórkę.
Parsknąłem śmiechem, odkładając ją na kołdrę.
-Dlaczego miałbym się złościć…?- zapytałem bez zrozumienia.- Możesz z niej korzystać ile ci się tylko podoba.
-Nie w tym rzecz- odpowiedziała stanowczo.- Bo…- wzięła głębszy oddech.- Bo ja rozmawiałam z Jenną. O tym twoim chłopaku. O Amadeuszu…- skinąłem głową, starając się zachować normalną minę, chociaż za każdym razem, gdy nasze rozmowy schodziły na ten temat, bardzo się stresowałem.- Ona mi powiedziała, że on nie przyjedzie, bo wcale do niego nie zadzwoniłeś. Powiedziała, że to dziwne, ale ja ciebie znam i uznałam, że nie chciałeś go martwić. Tak samo, jak nie chciałeś martwić nas. Ale stwierdziłam, że to nie fair… I… Uznałam, że on ma prawo wiedzieć. I że powinien tu przyjechać. Odwiedzić cię… Więc… Więc wzięłam twój telefon- przyznała ostrożnie.- … i zadzwoniłam do niego. To znaczy, chciałam do niego zadzwonić, bo nie znalazłam jego numeru. Z początku się zaniepokoiłam. Pomyślałam, że może się pokłóciliście, zerwaliście ze sobą i usunąłeś jego numer. I że dlatego nie chcesz go powiadomić… Ale… Ale zajrzałam też do twoich sms-ów i… I są tam naprawdę stare wiadomości. Bardzo stare. Ode mnie, Jacka, Katy, jakieś reklamy… Ale nie ma nawet jednego sms-a od niego.
Milczałem. Starałem się wymyślić szybko jakieś wytłumaczenie, ale nic, zupełnie nic nie przychodziło mi do głowy. Poczułem panikę.
-Zauważyłam już wcześniej, że do niego nie dzwonisz ani nie piszesz…- dodała, wpatrując się we mnie z uwagą. Musiała dostrzec moje zdenerwowanie, coraz trudniej było mi panować nad emocjami.- Ale sądziłam, że po prostu nie chcesz tego robić w naszej obecności. Możesz mi to wytłumaczyć…?
Nie mogłem. Sęk w tym, że nawet, gdybym chciał i nawet, gdybym powiedział jej prawdę, nie byłaby w stanie w to uwierzyć. Wiedziałem o tym. Ja sam ledwie mogłem uwierzyć, że to wszystko mi się przytrafiło.
-On…- zacząłem w końcu, choć nie miałem pojęcia, co powiedzieć.- On…
-Co?- przerwała mi Katy, uśmiechając się gorzko. Jej wargi zadrżały wyraźnie.- Nie ma telefonu? Powiedz mi, co się dzieje!- zażądała twardo.
-Chciałbym, ale…
-Ale co?!- krzyknęła.- Nie chcę już słuchać dłużej kłamstw i wymówek! Chcę prawdy, Josh! Już wcześniej domyślałam się, że coś jest nie tak! Że coś przed nami wszystkimi ukrywasz, ale powtarzałam sobie, że na pewno tak nie jest, bo przecież jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi i nawet, gdybyś nie powiedział im, ja na pewno bym wiedziała…- odetchnęła płytko, wyraźnie powstrzymując się od płaczu.- Co się z tobą działo przez cały ten czas?! Wtedy, gdy nas olewałeś? Gdy nie przychodziłeś do szkoły, na spotkania, wymigiwałeś się z imprez, nie odbierałeś telefonu, nie dało się z tobą skontaktować…? Zawsze mówiłeś, że jesteś z nim! Było mi trudno, bo… Bo tylko na tobie mogłam się oprzeć! Tylko tobie zwierzałam się ze spraw, o których Jenna i Jack nigdy się nie dowiedzą! Wiedziałam, że gdy byłeś z Ricky’m, nie przeszkadzało ci to w żaden sposób, wychodziliśmy razem, rozmawialiśmy, czasem pojawiał się gdzieś z tobą… Ale tłumaczyłam sobie, że ten Amadeusz jest inny! Że może leczysz tamto rozstanie! Że naprawdę się zakochałeś! Starałam się to zrozumieć, naprawdę… Bolało mnie to, jak nas traktujesz, ale dochodziłam do wniosku, że może gdy ja poznam kogoś, kto będzie dla mnie tak ważny…- umilkła na dłuższą chwilę, ocierając z twarzy łzy.- …  Że może gdy będę z kimś takim…- poprawiła się.- … że wtedy zrozumiem. I też będę miała dla was mniej czasu. Nie byłam jedynie w stanie pojąć, dlaczego jeszcze nas sobie nie przedstawiłeś… Te wszystkie twoje wymówki… Że nie ma go tutaj… Że mieszka za miastem… Wydawało mi się, że może to kwestia twojego zawstydzenia albo jego niechęci do nas, ale teraz chyba już rozumiem… Powiedz mi to, Josh… Czy on w ogóle istnieje?
-Przysięgam…- szepnąłem, drżącym głosem.- Wiem, jak to wszystko wygląda, ale przysięgam, że tak. Naprawdę istnieje. Naprawdę go spotkałem i diametralnie zmienił moje życie…
-Udowodnij to!- przerwała mi natychmiast. Sięgnęła raz jeszcze po mój telefon i podała mi go.- Zadzwoń do niego! Każ mu tu przyjechać! Albo chociaż zadzwoń i pozwól mi z nim chwilę porozmawiać!- powiedziała. Przymknąłem na moment powieki, po czym pokręciłem głową. Nie mogłem tego zrobić. Po prostu nie mogłem.- Jeśli nie pamiętasz numeru, jeśli jest gdzieś zapisany… Albo jeśli kontaktowałeś się z nim inaczej, przez maila albo jakiś program… Powiedz mi! Powiedz mi, Josh!- nalegała, najwyraźniej licząc jeszcze na to, że to wszystko ma jakiś sens.
-Nie mogę- odparłem ledwie słyszalnie.
Rozpłakała się. Czułem potworny wstyd. Nie okłamałem jej. Amadeusz naprawdę istniał. Ja naprawdę poświęcałem mu tyle uwagi. Wiedziałem, że zaniedbałem ją i pozostałych, chociaż do tej pory nie zdawałem sobie sprawy z tego, że to właśnie Katy odczuła to najmocniej. Jenna była towarzyska, miała wielu znajomych, Jack bardzo mnie lubił, ale nie był kimś, kto potrzebowałby szczególnie rozmów ze mną, ale Katy… Teraz to rozumiałem. Chciałem coś zrobić, przeprosić, ale każde przeprosiny wymagałyby wyjaśnienia. A ja nie mogłem jej go dać. Co miałem powiedzieć?! Że nie mogę zadzwonić do Amadeusza, bo tak naprawdę nie jest człowiekiem?! Bo jest demonem, którego widzę tylko ja?! Nawet nie chciałem sobie wyobrażać, co pomyślałaby o mnie w takiej chwili! Teraz żałowałem, że nie wymyśliłem czegoś innego, by wytłumaczyć to, że miałem dla nich mało czasu. Ale nic innego nie przychodziło mi wtedy do głowy. I chyba chciałem, żeby wiedzieli. Wiedzieli o mnie i o Amadeuszu. Chociażby w tej małej cząstce. Chciałem być choć trochę szczery, choć to w efekcie zrodziło same kłamstwa.
A teraz doprowadziłem do cierpienia najlepszą przyjaciółkę.
-Okłamywałeś nas!- rzuciła z goryczą w głosie.- Olewałeś i mnie, i wszystkich… Nie chodziło o żadnego chłopaka, tak…? Po prostu nie chciałeś się już z nami przyjaźnić… Nie byliśmy ci potrzebni, ale nie potrafiłeś nam tego powiedzieć i wciskałeś nam te brednie…?
-To nie tak, Katy…- odparłem, choć wiedziałem, że i tak nie będę jej w stanie do tego przekonać.
-Już ci nie wierzę, Josh- powiedziała, starając się opanować.- Już ci nie wierzę. Nie powiem ani Jennie ani Jackowi- dodała po chwili.- To twoja sprawa, jeśli chcesz ich dalej okłamywać. Ja zawsze byłam ci lojalna… I naprawdę myślałam, że jesteś moim najlepszym przyjacielem, Josh…
Szybkim krokiem ruszyła do wyjścia.
-Katy!- zawołałem za nią jeszcze, ale nie zatrzymała się.
W drzwiach minęła się z Jackiem i Jenną.
-Hej, Katy!- zawołał za nią chłopak, ale już się nie odwróciła.
-A jej co…?- zagadnęła mnie Jenna, siadając na jednym z foteli.
Nie odpowiedziałem.
-Co się stało?- Jack zerknął na mnie, marszcząc brwi.
-A nie mówiłam, że jak nie pójdzie z nami, będzie się strasznie wściekać…?- zapytała Jenna, zakładając nogę na nogę i wyciągając komórkę z torebki.- Ona cię lubi. I chociaż tysiąc razy jej powtarzałam, że nic między nami nie ma, chyba nadal sądzi, że jest inaczej…
-Mhm…- mruknął ponuro Jack, daleki od entuzjazmu po słowach Jenny.
-Powinieneś się z nią umówić- dodała dziewczyna.
-Niby czemu?
-Bo jest… No bo ja wiem…- wzruszyła ramionami, chyba odpisując na jakiegoś sms-a.- Ale mógłbyś spróbować, nie?
-Jest moją przyjaciółką- odpowiedział Jack.- A poza tym jest… Miła… Serdeczna… I dobra- dokończył dobitnie, spoglądając na Jennę z politowaniem.
-Mhm… I co w tym złego?- nie rozumiała.
-To, że gustuję w zupełnie ODMIENNYCH dziewczynach- odparł złośliwie chłopak, ale Jenna była tak skoncentrowana na swojej komórce, że chyba nie zrozumiała tej sugestii.
Siedzieli przy mnie jeszcze chwilę, ale w końcu wyprosiłem ich tłumacząc się, że jestem zmęczony i chciałbym odpocząć. Chciałem zostać sam. Miałem wrażenie, że znowu wszystko schrzaniłem. Zaplątałem się w coś, z czego nie umiałem już wybrnąć. Amadeusz zniknął, a ja nie wiedziałem, czy jeszcze wróci. I jak na ironię akurat teraz, gdy mogłem go stracić, Katy zorientowała się, że cała ta historyjka z mieszkającym za miastem chłopakiem, była niczym więcej, jak tylko kłamstwem…
Nie miałem pojęcia, co dalej robić.

sobota, 20 kwietnia 2013

Rozdział 41 [Chaos]


Amir, schodząc pospiesznie po wysokich schodach, potknął się nagle o rąbek uroczystej szaty i niewiele brakowało, a dołączyłby do zaszczytnego grona monarchów, którzy umarli z powodu własnej głupoty i nieuwagi. Pochwycił się jednak gwałtownie poręczy, po chwili odzyskując równowagę i zaklął z irytacją. Wyprostował się i spojrzał w dół, oglądając własny strój. Kolejny drażniący aspekt bycia królem! Amir nie znosił tych przeklętych szat i najchętniej ubrałby się w coś znacznie wygodniejszego i mniej niepraktycznego. Gdy usłyszał, że w szaty musi być ubrany jedynie wtedy, gdy reprezentuje królestwo, już się ucieszył. Ale później przypomniał sobie, że jego wuj reprezentował królestwo praktycznie cały czas. Co rusz,musiał brać udział w naradach, spotkaniach, przyjeżdżały delegacje, albo on sam wyjeżdżał, były święta, odwiedziny ważnych gości, zaproszenia, uroczyste kolacje... Nawet, gdy pozostawał sam i pracował nad czymś, musiał się liczyć z tym, że w każdej chwili do zamku może przybyć jakiś możny. Mężczyzna westchnął głęboko. Czy naprawdę miał za każdym razem podnosić szatę, niczym pannica suknię?! Chwycił za materiał i podsunął go nieco do góry. Jęknął ze zgrozą. To było upokarzające! Chociaż może, z drugiej strony, powinien cieszyć się, że nie kazano mu nosić korony. To, jak sądził, byłoby jeszcze bardziej uciążliwe, zważywszy choćby na jej ciężar. Przed schodami przechodziły akurat dwie służki. Dostrzegłszy Amira, skłoniły się przed nim, po czym wymieniły rozbawione spojrzenia i uśmiechy.
Mężczyzna opuścił więc szatę i zaczął schodzić dalej, tym razem stąpając wolniej i bardziej ostrożnie. Znalazłszy się na parterze, dotarł do drzwi i wyszedł z zamku. Idąc ogrodem, zatrzymał się na moment przy pilnujących bramy strażnikach . Przyjrzał im się z uwagą, po czym ruszył dalej, docierając do niewielkiego budynku, który zajmowała zamkowa gwardia i ogrodnicy. Na parterze, jak zwykle o tej porze, kilku żołnierzy grało ze sobą w karty, rechocąc głośno i wymieniając się dość wulgarnymi komentarzami. Gdy Amir pojawił się w pomieszczeniu, piątka zebranych nawet nie zwróciła na niego uwagi. Dopiero po chwili ten, który siedział tuż naprzeciw drzwi, drgnął i umilkł, po czym trącił siedzącego obok kolegę w ramię, i wtedy wreszcie, wszyscy obecni odwrócili się w stronę przybyłego z zainteresowaniem. Zainteresowanie szybko przerodziło się w konsternację, a ta, w obawę. Jeden ze strażników, usiłował dyskretnie schować prawie opróżnioną butelkę alkoholu pod stół. Drugi, pospiesznie wsunął za pazuchę piersiówkę. Dźwignęli się z miejsc, każdy bardziej chwiejnie od poprzedniego, i skłonili przed Amirem. Wśród nich był jeden, którego Amir kojarzył aż nazbyt dobrze, i który wydawał się być jeszcze bardziej przerażony tą niespodziewaną wizytą niż jego koledzy. Ci zresztą zerknęli na swojego towarzysza tak, jakby już podejrzewali, co się święci.
-Chodź ze mną- zwrócił się Amir do strażnika, który spierał się z nim przed bramą, w dniu jego powrotu.
-T... Tak, panie- odparł tamten z niezwykłą wprost pokorą, której, co oczywiste, nie okazał Amirowi przy ich pierwszym spotkaniu.
Mężczyzna wyszedł, a strażnik podążył za nim. Jego koledzy wyjrzeli ciekawsko z budynku, szepcąc coś między sobą.
-Mój panie... Ja... Moje zachowanie pozostawiło wiele do życzenia, ale naprawdę nie mogłem wiedzieć...- zaczął z lękiem w głosie żołnierz, ale widząc, że Amir nieszczególnie go słucha, zamilkł zupełnie i tylko szedł za nim w ciszy.
Amir wszedł z powrotem do zamku. Słysząc, że jego poddany wciąż podąża za nim, skierował swoje kroki do niewielkiej salki na parterze. Otworzył drzwi i zatrzymał się przy nich, gestem dłoni nakazując towarzyszącemu mu mężczyźnie, by ten wszedł do środka. Gdy strażnik znalazł się we wnętrzu, Amir dołączył do niego, zamykając drzwi. Na twarzy jego sługi wciąż malowało się przerażenie.
-Mój panie!- zaczął pospiesznie, drżącym nieco głosem.- Wiem, że postąpiłem źle i nagannie, nie rozpoznawszy cię wtedy, ale nie wyglądałeś jak książę... Nigdy nie podniósłbym na ciebie ręki, o królu, wiedząc kim naprawdę jesteś!
-To dość oczywiste...- zauważył Amir, uśmiechając się pobłażliwie.
-T-Tak, ale... Błagam, mój królu, nie odwołuj mnie ze służby! Ja... Ja mam rodzinę na utrzymaniu! Popełniłem ogromny błąd, ale...
-Wyjdziesz stąd za kilkanaście minut i powiesz swoim współpracownikom, że zostałeś zrugany za swoje naganne zachowanie i ostrzeżono cię, że jeśli raz jeszcze postąpisz niewłaściwie i złamiesz którąkolwiek z zasad, panujących na zamku, zostaniesz wydalony...- zaczął Amir, wpatrując się w strażnika z uwagą.
-Dziękuję ci, łaskawy królu!- szepnął tamten, z wyraźną ulgą.- Nigdy nie zrobię już czegoś podobnego... Nigdy!
Amir westchnął ciężko. Co do tego nie miał wątpliwości...
-Rozumiesz w ogóle, o czym do ciebie mówię...?- usiłował się upewnić, bo miał dziwne wrażenie, że jego strażnik, nie bardzo wiedząc, czy otępiony przez własne obawy, czy może otępiony z natury, nie do końca wiedział w czym rzecz. Amir chętnie wybrałby sobie kogoś bardziej rozsądnego, ale nie miał wielkiego wyboru. Gdyby kazał przyjść tu ze sobą jakiemukolwiek innemu z żołnierzy, wzbudziłby podejrzenia. Nakazując to temu, o którym wszyscy wiedzieli, iż rzekomo mu się naraził czynił coś, na co nikt prawie nie zwrócił uwagi.
-Tak... Tak, panie...- potwierdził strażnik, choć w tym momencie chyba zwątpił we własne słowa, bo dopytał ostrożnie- Chcesz mnie ostrzec, czyż nie...?
-Nie- odpowiedział zgodnie z prawdą Amir.- Chcę, żebyś coś dla mnie zrobił.
Strażnik wbił w niego zdumione spojrzenie.
-Ja...?- rzucił bez zrozumienia.
... Niestety, miał odpowiedzieć Amir, ale tę uwagę pozostawił dla siebie.
-Pamiętasz tego potomka wilków, który przybył do zamku razem ze mną?- zapytał zamiast tego.
-Tak mi się zdaje...- odparł niepewnie jego rozmówca.
-Jak długo pracujesz?
-Hm... Od południa, do samego zmierzchu...- odpowiedział strażnik.- Chociaż czasem się z kimś zmieniam...
-Dobrze- Amir skinął głową.- Zrobisz więc to, co ci powiem. Wybierzesz spośród twoich zmienników takiego, którego darzysz dużym zaufaniem. Powiesz mu to samo, co teraz ja tobie. Jeśli kiedykolwiek zobaczysz tego potomka wilków przy bramie, jeśli kiedykolwiek będzie chciał dostać się do środka, wpuścisz go bez najmniejszych problemów. Jeśli coś będzie stało na przeszkodzie, natychmiast mnie powiadomisz. Zrozumiałeś...?
-Tak jest, panie- potwierdził strażnik, wciąż mocno zdumiony.
-Nikt nie może się dowiedzieć, że wydałem takie polecenie. Ani arystokracja, ani mój brat, ani nawet służba. Tylko ty i ten, którego wybierzesz. Jeśli usłyszę choćby pogłoski o tym, że kazałem tu wpuszczać potomków wilków, poniesiesz konsekwencje swojego wcześniejszego zachowania. Zrozumiałeś?- zapytał po raz kolejny.
-Tak, królu.
-Dobrze. Posiedź tu jeszcze trochę, a później wróć i powiedz im to, co masz im powiedzieć. I sprawiaj wrażenie chociaż odrobinę bardziej zlęknionego niż zaskoczonego...
-Tak... Tak, panie...- wyjąkał strażnik, chyba nadal zdumiony tym, że nie został w żaden sposób ukarany.- Dziękuję.
Amir opuścił pomieszczenie. Udało mu się przejść ledwie kilka metrów, nim zatrzymał się przy nim jeden ze służących.
-Panie- skłonił się przed nowo wybranym królem, doprowadzając tegoż do ciężkiego, pełnego rezygnacji westchnienia. Teraz nikt już nie rozmawiał z nim normalnie, a już na pewno nie przed oficjalnym powitaniem i ukłonem. Gdy był księciem, służba też zachowywała się grzecznie i stosownie, ale miał wrażenie, że nie skakała wokół niego, czekając z napięciem na każde jedno słowo.- Przewodniczący rady przybył do zamku i oczekuje na ciebie w twoim gabinecie.
-... Fryderyk...?- rzucił ze zdumieniem Amir, a służący skinął głową. No pięknie. Trafił mu się kolejny powód do radości! Tylko pozazdrościć.- Gdzie jest mój brat?- zwrócił się do mężczyzny.- On miał się tym zajmować...
A przynajmniej tak zadeklarował. Obiecał Amirowi, że zwłaszcza w pierwszych dniach po koronacji, przejmie na siebie wszystkie formalności i pozałatwia to, co pozałatwiać było trzeba, pomagając starszemu bratu wdrożyć się we wszystko. Chociaż z drugiej strony, ta deklaracja padła jeszcze przed ich wieczorną kłótnią, więc rzeczywiście coś w tej materii mogło się zmienić.
-Książę Hadrin wyjechał gdzieś tego ranka, panie- odpowiedział służący.
Amir przymknął na moment powieki i potarł skronie, odetchnąwszy głębiej.
-Gość oczekuje, panie- przypomniał mu spokojnie sługa.- Czy mam mu coś zakomunikować?
-Nie...- odpowiedział Amir, kręcąc głową. Był pewien, że Fryderyk nie dałby się zbyć żadną wymówką, a nawet jeśli, powrócił by prędzej niż te przeklęte migreny, z którymi Amir zmagał się od czasu ich powrotu.- Załatwię to. Możesz odejść- oddelegował służącego, po czym sam dotarł do schodów i ruszył na górę.
Dotarł do swojego gabinetu i otworzył drzwi, wchodząc powoli do środka. Fryderyk, tak jak uprzedził go służący, czekał we wnętrzu. W pomieszczeniu znajdował się także towarzyszący mu strażnik. Amir łypnął na niego dość niechętnie, po czym spojrzał na niziutkiego mężczyznę.
-Szanowny królu...- rzucił swym charakterystycznie piskliwym i trudnym do zniesienia głosem, przewodniczący rady.- Szanowny Amirze...- uśmiechnął się, skinąwszy mężczyźnie głową. Amir odwdzięczył mu się tym samym, wpatrując w niego z uwagą. Fryderyk zwracał się czasem po imieniu także do jego wuja, ale pozwalał sobie na to wyjątkowo rzadko i z pewnością bez podobnej zuchwałości.- Dobrze cię widzieć.
-Co cię sprowadza, Fryderyku?- Amir nie mógł odpowiedzieć tym samym, więc postanowił wznieść się na wyżyny swej dyplomacji.
Dopiero teraz dostrzegł, że przewodniczący trzymał w dłoniach stos pergaminów.
-To deklaracje członków rady- poinformował króla.- Kwestia formalności, naturalna przy tego rodzaju zmianie... Pozwolisz, że sprawdzę, czy zabrałem wszystkie...?
-Usiądź- Amir wskazał mu jedno z krzeseł, a sam zasiadł za biurkiem, mając nadzieję, że to wszystko nie potrwa długo.
Fryderyk przycupnął na miejscu naprzeciwko niego. Wystawał niewiele ponad biurko i musiał wychylać się śmiesznie, by przejrzeć położone na blacie papiery. Amir uśmiechnął się do siebie nieco złośliwe. Przewodniczący dostrzegłszy to, poruszył się nieco skrępowany, po czym również obdarował króla wyjątkowo sztucznym uśmiechem.
-Byłem pewien, że się wycofasz, szanowny Amirze...- zaczął spokojnie, nie odrywając wzroku od przeglądanych przez siebie dokumentów.- Wybór nowego króla to poważna sprawa... Ale wola władcy nie jest przecież równoznaczna z przymusem... Nie w naszym kraju, przynajmniej. Mogłeś przecież odmówić. To byłby skandal, owszem, ale przecież nie wszystko musi ujrzeć światło dzienne.. Poza tym, społeczeństwo by zrozumiało. Lud bardzo cię ceni, Amirze.
-To źle?- zapytał chłodno mężczyzna.
Fryderyk uśmiechnął się znowu, dokładnie w ten sam sposób, co wcześniej.
-Wielu z mych serdecznych przyjaciół sądzi, że twoja... niechęć do sprawowania tej funkcji i pewien rodzaj lekceważenia jaki zawsze okazywałeś, to była jedynie gra pozorów...- kontynuował niespiesznie, odrywając wzrok od deklaracji i przenosząc go na Amira.- Ale ja znam cię dobrze, szanowny Amirze, i wiem, że to nigdy nie mieściło się w granicach twoich... priorytetów. Dlatego też do końca żywiłem przekonanie, że zrezygnujesz... Wtedy w świątyni, gdy miałeś ten moment załamania...
-Nie było żadnego momentu załamania- przerwał mu lodowato Amir, nie zamierzając wdawać się w tego rodzaju dyskusje. Jeśli Fryderyk chciał się z nim po prostu podzielić swoją opinią, to mógł sobie darować. Amir znał ją aż nazbyt dobrze i bez słuchania tych bredni.
-Skoro tak mówisz...
-Skończyłeś?- nowo wybrany król spojrzał na swojego rozmówcę z chłodnym wyczekiwaniem.
-O, tak- Fryderyk podał władcy deklaracje, nie ruszywszy się jednak z miejsca.
Amir spojrzał na niego, nie bardzo wiedząc o co może chodzić.
-Coś jeszcze...?
Fryderyk uśmiechnął się fałszywie.
-Musisz je podpisać, szanowny Amirze...- uświadomił władcy, z wyraźnym politowaniem w głosie.- Powinienem zabrać je ze sobą z powrotem...
-Ach, tak...- mruknął mężczyzna, otwierając szybko pojemnik z kałamarzem i sięgając po pióro. Chciał mieć to jak najszybciej za sobą, więc brał pergamin za pergaminem i podpisywał się na dole swoim imieniem, chcąc skończyć to najprędzej, jak tylko się dało.
-Wziąłeś na siebie bardzo dużą odpowiedzialność, szanowny Amirze...- rzucił Fryderyk, wywołując na twarzy mężczyzny pełen irytacji grymas.- Przede wszystkim odpowiedzialność za podejmowane decyzje... A zgodzisz się ze mną chyba, że dobre decyzje można podejmować wtedy, gdy ma się odpowiednią wiedzę i pewien zakres umiejętności...? Nie czuj się urażony, szanowny Amirze, ale ty takich umiejętności nie posiadasz... Nigdy nie interesował cię sposób funkcjonowania królestwa, ani zasady, ani prawa... Nie znasz pewnych elementów ceremoniału... Nie wiesz, w jaki sposób funkcjonować...
-Hadrin mi pomoże- odparł stanowczo Amir, nie odrywając się od podpisywania.- Przynajmniej na początku. Jestem pewien, że szybko uda mi się we wszystko wdrożyć.
-Oczywiście...- mężczyzna nie patrzył na Fryderyka, ale był pewien, że na jego ustach widnieje znów ten sam uśmieszek.- A tak z ciekawości, szanowny Amirze... Zdajesz sobie w ogóle sprawę z tego, co podpisujesz...?
Amir zamarł w bezruchu, słysząc te słowa. Zerknął na dokumenty, po czym przeniósł na przewodniczącego pełne niezrozumienia i obawy spojrzenie.
-To tylko deklaracje...- stwierdził niewinnie tamten.- Po prostu należy zawsze się upewnić, co dokładnie się podpisuje... Potraktuj to jako dobrą radę. Źle by było, gdybyś przez nieuwagę czy pośpiech, podpisał dokument będący wypowiedzeniem wojny, tylko dlatego, że zaplątałby się pośród innych... Albo tylko dlatego, że ktoś niemiły go tam podłożył. Konsekwencje tego rodzaju nieuwagi byłyby katastrofalne.
-Owszem- odparł surowo Amir, składając swój podpis na ostatnim pergaminie.- Zwłaszcza dla tego, który wprowadziłby króla w błąd.
Fryderyk uśmiechnął się krótko.
-Od tego masz zaufanych doradców.
-Jednego- sprostował Amir, uśmiechając się uroczo.- I wystarcza mi w zupełności. Jestem pewien, że jest na tyle kompetentny, bym nie musiał zasięgać drugiej opinii... Proszę- rzucił, podsuwając Fryderykowi dokumenty.- Możesz je zabrać.
Mężczyzna przez długą chwilę nie przestawał się uśmiechać w pobłażliwy i dość nieprzyjemny sposób. Amir spojrzał na niego pytająco. Przewodniczący westchnął głęboko.
-Szanowny Amirze... Zdajesz sobie sprawę z tego, że twój podpis nie jest nic wart bez królewskiej pieczęci...?
Nie. Amir nie zdawał sobie sprawy.
-Rzecz jasna...- odmruknął nie bez konsternacji, nie mając bladego pojęcia, gdzie takową pieczęć znaleźć. Otworzył szuflady, ale nie znajdowało się w nich nic takiego. Rozejrzał się po biurku. Być może nie była jeszcze gotowa albo po prostu leżała w innym miejscu. Tak czy inaczej, raczej nie sprawiał wrażenia kogoś, kto wie, co robi.- Jeszcze jej nie przynieśli...- stwierdził, robiąc dobrą minę do złej gry, choć dobrze wiedział, że Fryderyk zdaje sobie sprawę z jego nieporadności i braku doświadczenia.
-No cóż. W takim razie, wyjątkowo, zostawię je do jutra.
-Niech tak będzie.
Fryderyk zsunął się z krzesła, ale nie skierował się do drzwi.
-Sądzisz, że wszystkie decyzje naszego szanownego, byłego króla, były właściwe...?- zapytał.
-Większość- odparł lakonicznie Amir, podejrzewając, że to kolejna prowokacja.
-Nie były- stwierdził Fryderyk, z zaskakującą jak dla siebie szczerością. Amir wbił w niego zaskoczone spojrzenie.- Nasz szanowny król, a twój wuj, nie podejmował decyzji odpowiednich, a decyzje populistyczne... To właśnie gwarantowało mu tak szerokie poparcie społeczne. Wybór ciebie na swego następcę, to przykład takiej właśnie decyzji...
-Poparcie społeczne zyskał nie dzięki temu, że od czasu do czasu uśmiechał się do różnych warstw społecznych, a dlatego, że swoją odważną polityką zapewnił im życie na lepszym poziomie niż kiedykolwiek wcześniej- odwarknął w odpowiedzi Amir.- Takiego szacunku nie osiąga się oficjalnymi przemówieniami, uśmiechami, czy nawet intrygą- stwierdził dobitnie.- Mój wuj wiedział, jakie problemy tkwią w społeczeństwie i był poważany dlatego, że, w przeciwieństwie do większości swoich poprzedników, nie unikał ich, ani nie próbował wyjaśniać, a najzwyczajniej w świecie, rozwiązywał. Czasem ogromnymi kosztami, ale skutecznie. Dobrze wiem, dlaczego mówisz mi te wszystkie rzeczy i usiłujesz podważyć moje zaufanie do Ludwika...- dodał, nim Fryderyk zdążył cokolwiek odpowiedzieć.- Jesteś wściekły. I boisz się. Bo sądziłeś, że na tronie zasiądzie ktoś inny i będziesz mógł uzyskać większą kontrolę niż do tej pory... Ale się pomyliłeś. I wiesz co napawa strachem ciebie? Właśnie to, że nie możesz sprawić nic, bym i ja się bał. Możesz knuć swoje intrygi, możesz mi grozić, podważać mój autorytet, usiłować odepchnąć mnie od władzy, ale masz ze mną ten sam problem, jaki miałeś od samego początku z moim wujem...- wyraz twarzy Fryderyka, z każdym słowem wypowiadanym przez Amira, zaczynał upodabniać się już nie do uśmiechu, a jakiegoś nerwowego grymasu.- Ja nie dbam o swój wizerunek. Nie trzymam się kurczowo tronu. Nie muszę zabiegać o niczyją uwagę czy szacunek. I żadne twoje fałszywe słowo, nie jest w stanie przekonać mnie do zmiany zdania na temat ludzi, którzy są mi najbliżsi. Możesz dalej toczyć tą swoją farsę, ale nie uzyskasz w ten sposób niczego.
-Ależ nie ma powodów do nerwów, szanowny Amirze...- rzucił Fryderyk, uśmiechając się lekko.
-Nie, nie ma- zgodził się mężczyzna, również podnosząc się z miejsca. Stanął tuż przy przewodniczącym, spoglądając na niego z góry.- A ty, szanowny Fryderyku, nie pojawisz się już w moim zamku bez zapowiedzi. Albo przed kolejną wizytą wyślesz gońca, albo będziesz musiał zadowolić się opiniami podkupionej służby, jak wolisz. Żegnam.

Na dworze szalała wichura. Amir zszedł po schodach, kierując się do jadalni na kolację i modląc w duchu o to, by w wkrótce nie pojawiła się burza. I tak, przez kilka ostatnich nocy spał marnie i krótko, a w takich warunkach, pewnie wcale nie zdołałby zmrużyć oka. Drzwi frontowe, które minął ledwie chwilę temu, otworzyły się i do środka weszło kilku ludzi. Amir zapewne nie zatrzymałby się nawet, gdyby nie donośny, charakterystyczny, dziecięcy płacz, jaki rozległ się w korytarzu, ledwie przybysze znaleźli się we wnętrzu zamku. Przystanął i odwrócił się w ich stronę, zdumiony. Sądząc po posturach, było to czterech mężczyzn. Pierwszy, stojący z przodu, zsunął przemoknięty kaptur z głowy. To był Hadrin. Trzy pozostałe osoby musiały być więc służbą, którą zabrał ze sobą gdy wyjeżdżał. Jeden z odzianych w płaszcz służących, trzymał na rękach szare zawiniątko, z którego wciąż dobiegał płacz. Amir był zaskoczony. Owszem, rozmawiał o tym z bratem, ale nie spodziewał się, że ten załatwi sprawę tak szybko, wprost przeciwnie, był pewien, że jeszcze nie raz będzie zmuszony go do tego przekonywać. Uśmiechnął się i podszedł do krewnego, przy którym znalazło się już zresztą kilku innych służących, by wziąć jego płaszcz i dopytać, czego sobie życzy. Gdy Hadrin dostrzegł swojego brata, na jego twarz wstąpił grymas wściekłości. Wziął dziecko od stojącego za nim służącego i szybkim krokiem podszedł do brata.
-Proszę!- wrzasnął gniewnie, wpychając zdezorientowanemu Amirowi zawiniątko w ręce.- Tego właśnie chciałeś, tak?!- warknął, po czym wyminął krewnego i popędził na górę.
Mężczyzna stał przez dłuższą chwilę w bezruchu, trzymając w rękach dziecko i spoglądając w stronę, w którą odbiegł Hadrin. Służba milczała, chyba równie zaszokowana tym wszystkim, jak sam Amir. Hadrin nigdy nie zachowywał się w podobny sposób. Zawsze był spokojny, a przynajmniej zachowywał pozory spokoju, był dyplomatyczny, nigdy nie kłócił się z nikim w obecności świadków. I nigdy nie zareagował tak histerycznie, jak w tym właśnie momencie. Amir, nieporadnym gestem, podał dziecko jednej ze służek.
-Zabierz go, proszę- zwrócił się do niej, po czym ruszył w kierunku schodów.
-Ale... Ale co mam z nim zrobić?- zapytała bez zrozumienia dziewczyna, kołysząc w rękach płaczące zawiniątko.
-Znajdź dla niego pokój i nakaż przygotować to, co niezbędne, żeby go tam umieścić...- gdyby Amir wiedział, że jego brat tak szybko zamierza doprowadzić tu to dziecko, zająłby się tym wcześniej, ale naprawdę był przekonany, że napotka jeszcze na protesty i opór Hadrina, nim ostatecznie go przekona.- Nakarm go... Zresztą, może lepiej zawołaj kogoś, kto się na tym zna...- rzucił, bo dziewczyna, do której się zwracał była bardzo młoda i nie sprawiała wrażenia, jakby wiedziała co robi.- I zawiadom medyka. Niech go obejrzy i upewni się, że wszystko w porządku.
Służka skinęła głową. Amir wszedł na piętro i odszukał komnatę brata. Gdy tylko przekroczył próg i zamknął za sobą drzwi, stojący przy oknie Hadrin, natychmiast skierował na niego pełne niechęci spojrzenie. Amir już domyślał się, co zajęło mu tyle czasu. I sądząc, po ostrym zapachu alkoholu, jaki wyczuwał od brata, nie było to raczej gorączkowe poszukiwanie potomka.
-Jesteś pijany...?- parsknął Amir, spoglądając na księcia bez zrozumienia.- Co się z tobą dzieje...? Po co ta awantura?
-Masz to, czego chciałeś- odparł lodowato Hadrin.- Nie musisz dłużej udawać, że moje zdanie w ogóle cię obchodzi! Śmiało, możesz stąd iść!- krzyknął, wskazując bratu drzwi. Amir spoglądał na niego zdumiony. Nie rozumiał tego, co się z nim w ostatnim czasie działo.
-Czego niby chciałem...?- zapytał niepewnie.
-Syna!- warknął w odpowiedzi młodszy z mężczyzn.- Przecież ten cudak ci go nie urodzi!- parsknął z politowaniem.- Potrzebny ci potomek... Dziedzic... Następca tronu, jak sam powiedziałeś. Mam nadzieję, że jesteś zadowolony- dodał cynicznie, po czym chyba chciał opuścić pomieszczenie, ale Amir chwycił go gwałtownie za ramię, zatrzymując przy sobie. Spojrzał na brata surowo.
-Co ty bredzisz, Hadrin...?- rzucił, nie rozumiejąc przyczyn tej całej niechęci. O ile jeszcze mógł to tak nazwać. A może raczej – po prostu chciał, by była to niechęć. Ale wzrok Hadrina był tak przepełniony gniewem i żalem, że zdawał się być niemalże nienawistny.- Co przez ciebie przemawia...? Zazdrość?
-Zazdrość?!- wykrzyknął pobłażliwie Hadrin, wyrywając się bratu i cofając o kilka kroków.- Ależ nie...- rzucił, śmiejąc się gorzko.- Przecież będę pokornym, pomagającym ci bratem. Nie mającym prawa do żadnych roszczeń, do swoich marzeń... Tylko dodatkiem do jego wysokości...- dokończył, kłaniając się przed Amirem, w groteskowy sposób.
-Nie wiem, co się z tobą dzieje. Nigdy taki nie byłeś- stwierdził Amir, coraz bardziej zaniepokojony.
-I może popełniłem błąd!- warknął gniewnie jego brat.
-Gdyby Ludwik wybrał ciebie, czego chciałem od samego początku, nie miałbym do ciebie żalu- zauważył mężczyzna.- Dobrze wiesz, że nigdy nie chciałem rządzić!
-Czyżby...? Gdybyś nie chciał, zrezygnowałbyś.
-Ludwik mnie wybrał.
-Więc Ludwik był głupcem!- wybuchnął niepohamowanie Hadrin. Amir wbił w niego pełne zaskoczenia spojrzenie, oszołomiony tym, co słyszał.- Tyle lat nauki, tyle starań, czujnego postępowania, znajomości, odpowiedniego zachowania, żeby nagle usłyszeć, że ty...- rzucił, kręcąc głową.- A zresztą... Nie powinienem się dziwić, prawda...?- zapytał, uśmiechając się nieprzyjemnie.- Zawsze mieliście... swoje sprawki- rzucił znacząco. Amir zmarszczył brwi, nie rozumiejąc, o co chodzi.- Więc masz czego chciałeś. Teraz wychowasz tego dzieciaka tak, jak i Ludwik wychował ciebie, co...?
-Ten dzieciak to twój syn!- próbował mu raz jeszcze uświadomić mężczyzna.
-Tobie to i tak nie robi różnicy...
-Ale tobie powinno!- stwierdził dobitnie Amir.
Hadrin parsknął śmiechem. Przeszedł kilka kroków, najpierw w jedną, później drugą stronę, wreszcie zatrzymał się i zwrócił w stronę brata.
-Ten... bękart...?- zapytał z pełnym politowania uśmiechem.- Nawet, gdyby rzeczywiście był mój, cóż mi po nim...? Gdybym był królem i miał inne potomstwo, byłby zupełnie bezwartościowy... Bo nie został zrodzony z królowej, a ledwie wieśniaczki...
-Ledwie wieśniaczki...?- powtórzył Amir, coraz bardziej zdumiony i wzburzony słowami brata.- Takie miałeś o niej zdanie...? Przecież ją kochałeś!- zauważył. Na twarzy Hadrina wymalował się bolesny grymas.- A przynajmniej byłeś nią zauroczony, w każdym razie zależało ci na niej! Skąd ta nagła zmiana?!
-Nie było cię tyle czasu... Co ty możesz wiedzieć o moim życiu? Zabrałeś mi wszystko!- wyrzucił z siebie Hadrin, pełnym rozżalenia głosem.
-Wszystko?!- parsknął z niedowierzaniem Amir.- Władza to dla ciebie „wszystko”?
-Zabrałeś mi miłość wuja, chociaż to ja zasłużyłem na nią bardziej!- wykrzyknął Hadrin.- Ja się nim zajmowałem, gdy dopadło go to szaleństwo, ja się nim opiekowałem, broniłem go, narażając się na kpiny przez głupstwa głoszone przez tego psa! Zabrałeś mi jego uznanie, chociaż to ja na nie zasługiwałem! To ja jestem od ciebie zdolniejszy, mądrzejszy, lepiej się uczyłem! I zabrałeś mi pozycję, chociaż nie nadajesz się na króla! Oszczędź mi więc wstydu i zabierz też tego bachora...
Amir nigdy nie spodziewał się, że usłyszy od brata podobne słowa, że Hadrina w ogóle stać na to, by powiedzieć coś podobnego. Był tak zaszokowany, że ledwie wiedział jak na to wszystko reagować. Nie rozumiał. Hadrin miał prawo do żalu i gniewu, miał prawo do rozczarowania, ale to co mówił, było okrutnie nieprawdziwe i niesprawiedliwe.
-Gdyby Ludwik cię teraz słyszał...- rzucił, kręcąc głową.
-Wybór Ludwika był jednym z przejawów jego szaleństwa! Chociaż...- Hadrin uśmiechnął się cynicznie.- Mógł mieć też inne powody...?
-Jakie powody?- nie rozumiał Amir.
-Sam powinieneś wiedzieć najlepiej.
-Ale nie wiem.
-Zostaw mnie!- krzyknął Hadrin, gdy mężczyzna ruszył w jego stronę.- Długi czas byłem zaślepiony i nie rozumiałem, co się wokół mnie dzieje! Sądziłem, że otacza mnie rodzina, ludzie mi bliscy, ale otaczała mnie banda zdrajców! Teraz wreszcie przejrzałem na oczy i widzę wszystko jaśniej, niż kiedykolwiek wcześniej!
-Raczej zgłupiałeś!- warknął w odpowiedzi Amir.- Kompletnie zgłupiałeś, Hadrin!
-To twoja opinia! Wolałeś mnie takiego... Głupiego i uległego jak zawsze... Mogłeś błyszczeć jako idealny siostrzeniec króla, ten lepszy... Bez kochanki, bez jakiegokolwiek zainteresowania bieżącymi sprawami, istny ideał... Lud cię kochał! Ja stałem obok, idiotycznie zależny od decyzji wuja, ślepo im posłuszny... Ciekawe, co by było, gdyby ludzie dowiedzieli się o tym, jakiego rodzaju miłostki ty preferujesz...
-Śmiało!- prychnął Amir.- Możesz im to wykrzyczeć! Ja, w przeciwieństwie do ciebie, nie wstydzę się tego, kim jestem i na kim mi zależy!
-I to twój największy błąd, bracie.
-Współczuje tej dziewczynie- dodał Amir.- Najpierw jeździłeś do niej, wmawiałeś jej te swoje kłamstwa, składałeś obietnice, których nigdy nie zamierzałeś zrealizować, dawałeś podarki, przysięgałeś miłość, a teraz, po jej śmierci, oczerniasz ją i wasze wspólne dziecko... Twojego syna, Hadrin!
-Skąd mam wiedzieć, czy był mój?!- syknął boleśnie młodszy z mężczyzn.- Była ze mną, mogła być z każdym! Zresztą, powiedziałem ci już, że ten bękart mnie nie obchodzi! Obchodzi ciebie, bo ty nigdy nie będziesz miał dzieci!
-Nie sprowadziłem go tutaj, żeby go usynowić!- odparł natychmiast Amir.- Powiedziałem to, żeby cię skłonić do podjęcia takiej decyzji, ale nigdy nie miałem takiego zamiaru... To twoje dziecko!
-Nie zaakceptuję go jako swojego syna! Nigdy!
-Jak możesz być takim głupcem?!
-Nie jestem głupcem! Pierwszy raz w życiu nim nie jestem! Mogłem zorientować się już wcześniej, jak bardzo bliscy sobie byliście! Te wasze rozmowy w gabinecie... Dyskusje... Zawsze się zastanawiałem, o czym właściwie możecie ze sobą rozmawiać, skoro różnicie się w tak wielu kwestiach... A jednak, byliście do siebie bardziej podobni, niż mogłem przypuszczać...
Amir podszedł bliżej brata, zatrzymując się tuż przy nim.
-O czym ty mówisz?- zapytał ostro.
-O tobie i Ludwiku- odparł Hadrin, uśmiechając się podle.- Naprawdę sądzisz, że się nie domyśliłem...? Wuj powiedział mi o tym, co łączyło go z ich przywódcą... Z Canisem...- Amir spoglądał na brata ze zdumieniem.- Jeszcze na długo przed twoją wyprawą. Pojawiły się naciski ze strony arystokracji, sam wypytywałem, kiedy zamierza pojąć kogoś za żonę i czy w ogóle zamierza... I wtedy mi powiedział. Tak po prostu, bez cienia zażenowania- parsknął, wzruszywszy ramionami.- Dlatego od początku wiedziałem, że nie może być obiektywny, gdy doszło do tego całego zamieszania z demonem... Ale wtedy jeszcze nie przypuszczałem, że macie dokładnie te same preferencje... I, że bardzo lubicie spędzać ze sobą czas...
-Co ty sugerujesz, Hadrin?- wycedził przez zęby mężczyzna, coraz bardziej wściekły.
Jego brat uśmiechnął się z politowaniem.
-Naprawdę nie wiesz...?
-Domyślam się, ale chcę to od ciebie usłyszeć żeby nie żałować tego, że zaraz ci przyłożę- warknął Amir.
Hadrin spłoszył się na moment, ale zaraz spojrzał na brata niemal wyzywająco.
-Aż tak się tego wstydzisz...?
-Wstydzę się za ciebie- wycedził przez zęby nowo wybrany król.- Nie wierzę, że możesz tak bezcześcić pamięć naszego wuja i wygadywać podobne bzdury...
-Wiesz... W obliczu tego wszystkiego, fakt, że tak bardzo nalegałeś, abym sprowadził tu mojego syna, wydaje się być znacznie mniej zadziwiający...
Amir zamachnął się i uderzył brata w twarz. Hadrin zachwiał się na nogach, a że upojenie alkoholowe nie sprzyjało zachowaniu równowagi, zaraz wylądował na posadzce. Sięgnął dłonią do krwawiącej wargi i spojrzał na mężczyznę z niedowierzaniem. Amir odetchnął głęboko. Podszedł do brata, chcąc podać mu dłoń i pomóc mu wstać, ale Hadrin odsunął się gwałtownie do ściany.
-Liczysz, że mnie wystraszysz...?- rzucił, lekko rozedrganym głosem.
-Nie- odparł zgodnie z prawdą Amir.- Że się opamiętasz. Wstań.
Hadrin nie ruszył się z miejsca. Łzy szkliły się w jego oczach. Starł z brody strużkę krwi.
-Jesteś pijany. To alkohol przez ciebie przemawia- stwierdził Amir, mając szczerą nadzieję, że tak właśnie jest. Hadrin skrył twarz w dłoniach, nic nie odpowiadając.- Wytrzeźwiejesz i wtedy porozmawiamy. Wezwę kogoś do ciebie- dodał, zdając sobie sprawę z tego, że brat nie chce z nim rozmawiać.
Z wolna opuścił pomieszczenie. Gdy zamykał za sobą drzwi, słyszał ciche łkanie brata.
To, co do tej pory wydawało mu się prawdziwe i oczywiste, stawało się bardziej mgliste i odległe.
I sam już nie wiedział, czy tak wiele zmieniło się podczas jego nieobecności...
... Czy może nie dostrzegał tego wcześniej, choć działo się na jego oczach.

Dochodziła północ. Amir szedł wzdłuż korytarza na pierwszym piętrze, szukając pokoju, który wskazała mu wcześniej służba. Pewnie gdyby nie rozmowa z Hadrinem, leżałby teraz w łóżku, usiłując zasnąć, ale zdenerwowanie wywołane sporem z bratem nie mijało, a potęgowane coraz liczniejszymi obawami i niepewnością, nie tylko zupełnie oddalało sen, ale i wywołało kolejną migrenę. Mężczyzna zatrzymał się przed drzwiami, po czym otworzył je i uchylił, wchodząc po cichu do środka. Służący wybrali jego bratankowi odpowiednią komnatę. Niedużą, ulokowaną niedaleko jego gabinetu, wystrojoną jak na razie ubogo, bo tylko w kołyskę. Płonące świece oświetlały znaczną część pomieszczenia. Amir zbliżył się powoli do kołyski i oparłszy na niej dłonie, zajrzał do środka. Ze zdumieniem zauważył, że ta była pusta.
-Panie...- usłyszał kobiecy głos i aż podskoczył, odwracając się w tamtym kierunku. Z półcienia wyłoniła się jakaś niewiasta, około trzydziestoletnia. Na ręce trzymała zawinięte w brązowy koc niemowlę. Uśmiechnęła się do króla serdecznie.
-Co z nim?- zapytał cicho Amir, przekonany, że malec śpi.
-Niedawno zjadł i jest pewnie bardzo zadowolony...- zachichotała kobieta, spoglądając na dziecko z czułością.- Był tutaj też królewski uzdrowiciel. Obejrzał go i wszystko jest w porządku. Zdrowy, śliczny chłopiec...- powiedziała, po czym podeszła bliżej do mężczyzny i wyciągnęła niemowlę w jego kierunku, chcąc mu je przekazać.
Amir odsunął się odruchowo, nie bardzo wiedząc, co właściwie zrobić.
-Lepiej nie...- rzucił, uśmiechając się niepewnie.- Nigdy nie zajmowałem się dziećmi.
-Ależ to nic trudnego- przekonywała kobieta.- Proszę go wziąć na ręce.
-Ja... No nie wiem... Już śpi, wolałbym go nie budzić...
-O nie, wcale nie śpi- zaprzeczyła kobieta, nie przestając się uśmiechać.- Dopiero go usypiam. Ale jest bardzo spokojny. Odkąd go nakarmiłam, wcale nie płakał... Proszę.
Amir wziął bratanka z rąk kobiety, wciąż nie bardzo przekonany, czy to aby na pewno dobry pomysł. Trzymał dziecko dość nieporadnie, przyglądając się małej, jasnej, okrągłej twarzy. Błękitne oczy zerkały na niego leniwie spod unoszących się coraz ciężej powiek. Kosmyki jasnych, kręconych lekko włosów, wystawały spod nałożonej na główkę niemowlęcia czapeczki. Amir uśmiechnął się do siebie mimowolnie. Nie wierzył, że Hadrina rzeczywiście nie obchodził los jego syna. To wszystko musiało być wynikiem splotu bardzo nieszczęśliwych i potwornych dla jego brata zdarzeń. Ich wuj zachorował, jego kochanka zmarła... Wcześniej Hadrin z jakichś powodów podejrzewał ją o niewierność... Później musiał zajmować się losami królestwa. Wreszcie przyszedł czas na wybór następcy tronu i czekało go kolejne rozczarowanie. Był rozgoryczony i zły. Amir nigdy go takim nie widział, ale starał się zrozumieć. Zresztą, jego brat nawet nie widział swojego własnego potomka. Amir był pewien, że gdyby przyszedł tutaj i zobaczył tego malca, nie byłby w stanie dłużej go od siebie odpychać.
-To syn księcia, prawda...?- zapytała kobieta z wyraźną ciekawością i dość odważnie, biorąc pod uwagę to, jak od kilku dni był traktowany Amir.
Mężczyzna zawahał się przez chwilę, po czym skinął głową.
-Tak- potwierdził.
Wystarczyło, że Hadrin się tego wypierał. On nie zamierzał brać udziału w tej farsie i udawać, że jest inaczej.
-Musi być zachwycony!- rzuciła pogodnie kobieta.- Pierwsze dziecko... Zdrowe, ładne i w dodatku, to chłopiec!
-Mhm...- mruknął Amir i brzmiało to bardzo markotnie.- Tak, jest szczęśliwy...
... A przynajmniej powinien być.
-Jak ma na imię?- zapytała kobieta.
Amir spojrzał na nią nieco zdezorientowany, wyrywając się z zamyślenia.
-Hm?
-Chłopiec.
-Ach...- Amir dopiero teraz uświadomił sobie, o co pytała. Spojrzał na śpiące dziecko i pokręcił głową.- Nie wiem. Nie ma jeszcze imienia.
-A powinien mieć- zauważyła kobieta.
-Tak... Porozmawiam z Hadrinem...- odparł Amir, uśmiechając się wymuszenie.- Chyba już śpi- dodał, oddając niemowlę kobiecie.
Ta ułożyła jego bratanka na posłaniu. Amir miał opuścić pomieszczenie, ale zatrzymał się przy dziecku. Oparł o brzeg kołyski i nachylił, muskając wargami czoło bratanka.
Wyprostował się, wzdychają cicho.
Hadrin musiał się opamiętać.

Amir położył się późno i wstał niedługo przed południem. Zwlekł się z łóżka po czym, nie zadawszy sobie nawet trudu, by przebrać się w przygotowaną poprzedniego wieczora przez służbę szatę, przeszedł do gabinetu, tłumiąc ziewnięcie. Przystanął w progu, ze zdumieniem dostrzegając siedzącego za jego biurkiem brata. Książę zerknął na niego ukradkiem, by powrócić wzrokiem do leżącego przed nim pliku dokumentów będących zapewne, przyniesionymi wczoraj przez Fryderyka, deklaracjami. Był bardzo blady, oczy miał podkrążone, a okolice prawego kącika ust, były lekko zasinione. Amir nie czuł się dobrze z tym, co się wczoraj wydarzyło. Obaj zrobili coś niewłaściwego. Hadrin wygadywał te wszystkie brednie, a on, chcąc doprowadzić go do porządku, uderzył brata. To nie było potrzebne. Podszedł powoli do biurka.
-Witaj- odezwał się cicho, wpatrując w księcia z uwagą i troską. Wciąż jeszcze liczył, że to, co usłyszał wczoraj z jego ust było wynikiem dużej dawki alkoholu i emocji. Miał nadzieję, że wszystko jeszcze dało się wyjaśnić i naprawić.
-Właśnie skończyłem- oznajmił Hadrin, tonem bardzo spokojnym, ale jednocześnie niepokojąco oficjalnym i chłodnym. Podniósł się z miejsca.- Przekażę dokumenty gońcom, któryś z nich dostarczy je do Fryderyka. Później upewnię się, że nie pozostało już nic więcej do zrobienia, chociaż wydaje mi się, że wszystkie formalności zostały dopełnione.
-Dobrze. Dziękuję- odpowiedział Amir, nie odrywając spojrzenia od brata, który tylko uśmiechnął się nieznacznie na te słowa i wyminąwszy biurko, skierował do drzwi.- A... A pieczęć...?- dopytał niepewnie mężczyzna, choć był to raczej pretekst, by zatrzymać tu Hadrina jeszcze na chwilę i móc rozpocząć rozmowę.
-W drugiej szufladzie, w szkatule. Klucz jest tam, gdzie trzymał go wuj. W jednej z ksiąg na biurku, schowany w kopercie. Powinieneś wyciągać pieczęć przed każą naradą czy oficjalnym spotkaniem, nie wiadomo kiedy może się przydać.
-Mhm. Hadrin...- rzucił znów Amir. Jego brat zatrzymał się z dłonią na klamce i obejrzał w jego stronę.- To, co się wczoraj wydarzyło... Chyba powinniśmy o tym porozmawiać- zauważył.
-Nie- odparł Hadrin.
-Nie...?- powtórzył bez zrozumienia mężczyzna.
-Nie- potwierdził beznamiętnie jego brat.- No chyba, że to rozkaz... Ale ten wydaj mi najpierw na piśmie... Wasza wysokość...- rzucił złośliwie, po czym opuścił komnatę.
Amir stał długą chwilę w bezruchu, będąc tak oszołomionym, że nawet nie wiedział, co ma w tym momencie czuć, nie mówiąc już o jakiejś reakcji. Wydawało mu się, że nie może już być gorzej, że wszystkie najgorsze wydarzenia, będące czymś w rodzaju próby, były już za nim. Ale pomylił się po raz kolejny.
Stracił wuja.
Stracił Nadima.
A teraz, chyba również brata.

sobota, 13 kwietnia 2013

20. Johnny i wszelka niesprawiedliwość [Wyzwanie]

-… więc powiedziałem mu co i jak, ale wciąż nie sądzę, by rozumiał do czego to służy- stwierdził z rozbawieniem Benny i obaj, wraz z Johnny’m, parsknęli głośnym śmiechem.
  Wracali akurat z kolejnej, dziesięciominutowej przerwy, nie spiesząc się ani trochę. Co prawda dzwonek rozbrzmiał jakieś siedem minut temu, ale kto by się przejmował… To nie była matematyka ze Stevens czy fizyka z upiorną Worner. To była chemia. Przedmiot ścisły, a Johnny już dawno doszedł do wniosku, że jest mu pisane coś znacznie bardziej niezwykłego, wspaniałego, absolutnie olśniewającego, intrygującego i godnego najwyższego zainteresowania (w skrócie: coś, co mogłoby oddawać jego osobowość), a nie cyferki, skomplikowane zadania, wzory, symbole i nieustanny stres pomieszany ze sporą dawką czystej nudy. Z reguły nie przepadał więc za żadnym ścisłym przedmiotem, ale chemia była tu wyjątkiem. A może raczej wyjątkiem była nauczycielka od chemii. Pani Bergson. Nie mająca jeszcze trzydziestu lat, młoda, zadbana i całkiem atrakcyjna kobieta (co prawda zupełnie nie w typie Johnny’ego, ale słyszał komentarze niektórych znajomych i wiedział, że części z nich naprawdę się podobała), była od kilku lat szczęśliwą żoną pana Bergsona, ich nauczyciela od angielskiego, co zresztą podkreśliła już na ich pierwszej lekcji, jakby od niechcenia, jednocześnie jednak rzucając damskiej części klasy bardzo sugestywne spojrzenie. Pan Bergson z kolei, równolatek swojej żony, był mężczyzną przystojnym, o ciemnych włosach i iście czarującym spojrzeniu, które sprawiło, że głównie uczennice, darzyły go wielką, mniej lub bardziej skrywaną, sympatią. On także musiał je bardzo lubić, bo już po pierwszych tygodniach zajęć przesadzał te bardziej „niesforne” dziewczyny do pierwszej ławki, tuż naprzeciw swojego biurka i potrafił konwersować z nimi swobodnie przez kilkanaście minut, nim zabierał się do prowadzenia lekcji. Ale wracając do pani Bergson… Była w porządku. Tylko tyle i aż tyle. Nie był to ten typ nauczyciela, który spoufalałby się zbytnio z uczniami, czy był względem z nich jakkolwiek przyjacielski, raczej nie. Przez większość czasu podchodziła do klasy obojętnie. Niczego nie dyktowała, pisała na tablicy, a ci, którzy mieli ochotę przepisywać (jak to dobrze, że istniały takie osoby!!!) robili to, pozostali natomiast zajmowali się nieskrępowanie innymi sprawami. Większość rozmawiała ze sobą szeptem, dyskutując, wymieniając plotki, czy przygotowując ściągi na kolejne przedmioty, co pani Bergson z reguły nie przeszkadzało, o ile poziom hałasu nie przekroczył jej progu wytrzymałości. Na sprawdzianach dawała im w znacznej mierze te same zadania, które zadawała do domu, więc nie było problemu, by dostać czwórkę. Krótko mówiąc: była to lekcja absolutnej swobody.
-Więc twój tata ucieszył się z prezentów?- zapytał Johnny, uśmiechając się serdecznie.
-No chyba…- stwierdził Benny, skinąwszy głową.- Wiesz, nie sądził, że pojawi się aż tak dużo rodziny i znajomych! Serio, moja mama też nie sądziła! Zawsze przygotowuje tyle jedzenia, że starcza później na tydzień, zupełnie jak podczas świąt, ale teraz zwaliło się ich na głowę tyle, że pod koniec wieczora, nie było już czego podawać- zachichotał.- Z reguły wszyscy życzą mu najlepszego, mówią, że „być może” dadzą radę, choć w zdecydowanej części nie dają, a teraz…
-Maicy przyszła?
-No jasne! Jakby mogła nie przyjść…- Benny zaśmiał się lekko.- Wyglądała bardzo ładnie…- dodał z zadowoleniem.- Miała taką sukienkę… Taką… Taką…- zamyślił się wyraźnie, ale chyba nie potrafił sobie przypomnieć, bo dokończył jedynie- Taką ładną… Naprawdę, wyglądała super! Nie miałem z nią zbyt dużo czasu sam na sam, bo jak moja mama ją zobaczyła… Och, stary!- westchnął blondyn, kręcąc głową w pełnym dezaprobaty geście.
-Co się stało?- zdumiał się Johnny.
 -To, co zawsze! Zaczęła z nią rozmawiać, jak to zwykle i gadać o jakichś tam sprawach… Później Maicy poszła złożyć życzenia mojemu tacie i on też zaczął z nią gadać… Wiesz, moi rodzice bardzo ją lubią…- szatyn parsknął cicho, słysząc nutkę niezadowolenia w głosie przyjaciela. On uważał, że to bardzo fajne. W ogóle rodzice Benny’ego byli świetni i chyba lubili wszystkich naokoło.- No i później zjedliśmy kawałek tortu, a później mama znowu ją porwała i zaczęła przedstawiać rodzinie i znajomym…- jasnowłosy westchnął raz jeszcze.- Musiałem łazić wszędzie, uśmiechać się głupio i słuchać jak mówi, że Maicy jest moją „narzeczoną”… Setki tysięcy razy powtarzałem jej, żeby nie używała tego słowa i przedstawiała ją jako „dziewczynę”, ale ona twierdzi, że w jej czasach to się nazywało narzeczeństwo, że tak się mówiło i jest przyzwyczajona…
-Maicy się to nie podoba?- zapytał szatyn.
-No co ty!- parsknął Benny.- Była zachwycona! Uśmiechała się tak ładnie i z każdym przez chwilę rozmawiała… Ach…- chłopak rozmarzył się wyraźnie przez chwilę.- No ale, sam rozumiesz… Są jakieś… zasady- stwierdził, poważniejąc.- Wiesz, że… No… Ten… Zależy mi na Maicy. Bardzo. Bardzo, bardzo.- Johnny zaśmiał się znowu. Wiedział doskonale.- No i… Nie ukrywam, że… Uważam, że my… To znaczy wiesz, kłóciliśmy się i w ogóle, to było beznadziejne… Naprawdę sądziłem, że to może być już koniec. Ale uważam, że naprawdę jest nam razem dobrze. I chcę żebyśmy byli ze sobą jeszcze bardzo długo. Ale… narzeczeństwo brzmi trochę nie na miejscu, nie uważasz?- skrzywił się lekko.
-Nie wiem- zachichotał Johnny.- Chociaż rzeczywiście brzmi trochę… poważnie.
-Traktuję ją poważnie!- potwierdził Benny. Zbliżali się już do klasy.- Całkowicie poważnie! Ale… No wiesz… Nie bądźmy aż tacy oficjalni, jeszcze dużo czasu przed nami…- rzucił, otwierając drzwi.
-No wiem. Ale przecież sam mówiłeś, że…
-To jest bezczelność- dopadł go surowy głos pani Bergson. Obaj zatrzymali się jak wryci w samym progu, dostrzegając stojącą przy tablicy nauczycielkę, zwróconą w ich stronę, z wyrazem absolutnej wściekłości na twarzy.- Spóźniacie się i jeszcze hałasujecie wchodząc do klasy…?
  Benny zmarszczył brwi i spojrzał na przyjaciela. Ten wzruszył ramionami, nie mając pojęcia, co właściwie się dzieje. Obaj zerknęli dyskretnie wgłąb klasy, chcąc sprawdzić, czy może w środku nie siedzi jakiś nasłany przez dyrekcję belfer, jacy zdarzali się co jakiś czas na losowych lekcjach pod pretekstem kontroli. Ale klasa pełna była jedynie nienaturalnie spokojnych uczniów. A gniew pani Bergson nie wyglądał na ani trochę sztuczny.
-Będziecie stać tak dalej?- skarciła ich, spoglądając surowo.
-Przepraszamy…- rzucili obaj, ruszając w kierunku jednej z wolnych ławek, w środkowym rzędzie.
Nauczycielka omiotła klasę wyjątkowo niechętnym spojrzeniem, po czym wróciła do zwyczajowego wypisywania na tablicy przykładów. Johnny nie bardzo wiedział, co się dzieje. Owszem, pani Bergson czasem się na nich złościła, gdy przesadzali i w klasie było zdecydowanie zbyt głośno, ale i wtedy nie była tak bardzo wytrącona z równowagi. Wyjątkowo ciche zachowanie pozostałych obecnych w klasie przekonało go tylko, że nie oni pierwsi stali się ofiarą jej wściekłości, a już na pewno nie byli jej przyczyną. Benny wpatrywał się w nauczycielkę przenikliwie, po czym nagle uśmiechnął się złośliwie i skomentował szeptem:
-Niektórzy naprawdę nie lubią piątków…
Johnny spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Co ty mówisz?- zapytał.- Przecież zawsze mamy z nią lekcje w piątek.
-Tak. Ale nie zawsze spotyka się przed naszą lekcją z Madeline Meadows i jej prawnikiem…
Szatyn zmarszczył brwi.
-Że co…?
Benny zerknął na niego z niedowierzaniem.
-Naprawdę nie wiesz?- zapytał szeptem.
-Ale o czym?
-Boże, w jakim świecie ty żyjesz... Nie słuchasz, o czym gadają w szkole?- rzucił szczerze zdumiony Benny, by po chwili zastanowienia dodać- W sumie ja też nie za bardzo… Ale ja mam dziewczynę, która wszystko mi relacjonuje… Więc… Jest taka sprawa… Chodzi właśnie o tą Madeline Meadows… Wiesz kto to?- upewnił się blondyn, patrząc na przyjaciela z uwagą.
Ten zastanowił się przez chwilę, po czym pokręcił głową. Szczerze mówiąc, nie miał bladego pojęcia.
-Serio?- jęknął Benny i widać było, że ta informacja zaszokowała go jeszcze bardziej niż poprzednia.- Jest od nas starsza dwa lata… Kiedy my byliśmy w pierwszej klasie, ona była na ostatnim roku… I naprawdę MUSISZ ją pamiętać- stwierdził kategorycznie.- Wątpię, by istniał jakikolwiek facet, który by jej nie zapamiętał… Wyglądała… Boże no, serio nic nie kojarzysz…? Była zawsze opalona… I miała długie nogi… Chodziła w krótkich sukienkach, raz jedna belferka odesłała ją do domu, bo chyba rzeczywiście przegięła… Była strasznie ładna! Przez jakiś czas chodziła z Trevorem! I miała naprawdę ogroooomne…
-Wiem!- zawołał Johnny, bardzo uradowany faktem, że sobie przypomniał. Część klasy zerknęła na niego z zainteresowaniem. Pani Bergson zamarła w bezruchu przy tablicy, ale tylko na chwilę i gdy nie usłyszała już nic więcej, kontynuowała pisanie.- Wiem…- dodał już szeptem.- To znaczy, tak mi się zdaje…
-Przez jakiś czas kręciła z Erickiem, po tym jak wygrał tamte mistrzostwa- dodał Benny.
-Hm…- Johnny zastanowił się przez chwilę.- Czy to nie ta, którą tak nieładnie potraktował, gdy starała się z nim umówić…?
Blondyn spojrzał na przyjaciela w taki sposób, jak gdyby widział go po raz pierwszy w życiu.
-A czy odpowiedź „tak” w czymkolwiek ci pomoże?- zapytał ironicznie.- W ogóle, czy istniała jakaś dziewczyna, której Eric nie potraktował źle? Serio, kiedy patrzę, jak się do nich odnosi, to wcale się nie dziwię, że musi udawać, że jakąś ma…
Obaj parsknęli niepohamowanym śmiechem, usiłując stłumić go w miarę możliwości. Benny trzepnął go lekko w ramię. Johnny zrewanżował mu się tym samym, bo ilekroć patrzył na śmiejącego się przyjaciela, sam zaczynał się śmiać od nowa, co niwelowało jego próby opanowania się. Odruchowo zerknął w stronę Erica, który akurat również się im przyglądał. I miał taką minę, że szatyn bardzo szybko spoważniał i odwrócił wzrok. Zrobiło mu się trochę głupio. Sam nie wiedział z jakiego powodu. Eric na pewno nie słyszał tego, co mówili, ale to zawsze dość krępująca sytuacja, gdy gapi się na kogoś, o kim się gada, a ten to zauważa…
-Wiem, która to- potwierdził w końcu Johnny.- Rzeczywiście, była ładna- zgodził się po chwili namysłu. Pamiętał, że przez jakiś czas chyba i on jej się podobał, bo zatrzymywała się przy nim często i zagadywała go, raz nawet mieli się gdzieś umówić, ale później jakoś to wszystko się rozmyło, a chłopakowi kompletnie wypadło to z głowy i nawet o tym nie myślał, aż do tej chwili. Nie był nigdy zakochany… Do tej pory… Nie był więc i zbyt trwały w swoich upodobaniach, a tamta z pewnością nie interesowała go aż tak bardzo, skoro nawet nie pamiętał jej imienia.
  -Była totalnie gorąca…- westchnął Benny i zaraz obejrzał się z obawą jakby sądził, że gdzieś przy nich siedzi Maicy albo któraś z jej przyjaciółek. Dziewczyny były jednak w bocznym rzędzie, na samym przodzie, również  pochłonięte ożywioną, choć cichą rozmową. Johnny zobaczył, że Linda odwraca się w jego kierunku i uśmiecha czarująco, natrafiając na wzrok chłopaka. Szatyn odpowiedział lekkim uśmiechem, wracając spojrzeniem do Benny’ego.- Ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że pan Bergson chyba również tak uważał…- dodał z bardzo znaczącym i bardzo złośliwym uśmiechem.- W każdym razie, usadził ją w pierwszym rzędzie… Dawał jej korepetycje… Zostawał z nią czasem po lekcjach… Zaangażował w jakiś specjalny projekt… I podobno nawet widywano go z nią w różnych… pozaszkolnych miejscach…
-Okej…- odparł ostrożnie Johnny. Jakiś związek z panią Bergson widział, ale na pewno nie bezpośredni i nie bardzo rozumiał, dlaczego w ten konflikt miałby być zaangażowany prawnik.
 -Cała szkoła o tym wtedy trąbiła, więc Bergson bankowo się dowiedziała. Podobno zrobiła się na Meadows strasznie cięta, dogryzała jej na każdej lekcji, wpędziła ją w jakąś depresję czy coś tam takiego, a później jeszcze  oblała… Meadows twierdziła, że zrobiła to w zemście.
  No tak… Johnny jakoś się temu nie dziwił i nie miał najmniejszego problemu z oceną i rozstrzygnięciem tej sytuacji. On bez wysiłku zaliczył ten przedmiot i to z całkiem przyzwoitym wynikiem, choć nawet nie prowadził zeszytu i nie pamiętał nawet, czy kiedykolwiek przyglądał się notatkom z chemii dłużej niż przez te kilka sekund, gdy oglądał przygotowane na sprawdzian gotowce.
-A poprawki…?- zapytał Johnny, choć domyślał się, że i tego dziewczyna nie zaliczyła. Egzaminy zawsze prowadzone były przez nauczyciela niezaangażowanego, a więc najczęściej nauczyciela z innej szkoły, żeby wykluczyć możliwość nieuczciwego traktowania. Ale skoro żaden z uczniów pani Bergson nie uczył się zbyt pilnie wątpił, by ona to czyniła…
-Właśnie w tym rzecz!- kontynuował Benny, wyraźnie podekscytowany.- Poprawkę organizował jej koleś z innej szkoły. Rodzice tej Madeline wynajęli najlepszego korepetytora i podobno dziewczyna była obkuta jak nigdy, ale nie zaliczyła… Mogła zobaczyć pracę, ale tylko przy tym nauczycielu. Pokazał jej, co miała źle… Jak twierdził, prawie wszystko… Ona nie mogła w to uwierzyć, więc dyskretnie zrobiła zdjęcie telefonem, choć oficjalnie nie było jej wolno… No i poszła z tym do tego korepetytora. Facet był kompletnie zaskoczony. Podobno Meadows zdała tą poprawkę bez najmniejszego problemu, ale ktoś celowo nie zaliczył jej prawie wszystkich dobrych zadań… Meadows poszła z tym do rodziców, rodzice zgłosili sprawę do dyrekcji, do kuratorium… Później sprawa zawędrowała do prokuratury, a facet przyznał się, że podobno zrobił to za namową Bergson…
-Ooo…- rzucił Johnny, skinąwszy głową ze zrozumieniem.
No tak. To był pewien problem.
-Bergson się nie przyznaje. Jej prawnik niby starał się o ugodę, ale Meadows chce procesu i taki podobno będzie… Ale to już tylko plotki- stwierdził Benny, wzruszywszy ramionami.- Maicy od kogoś słyszała. I mówiła mi, że widziała tu dzisiaj Meadows z jakimś facetem. I że spotkali się z Bergson, a ona sprawiała wrażenie bardzo zdenerwowanej i razem wyszli ze szkoły.
  Teraz Johnny już rozumiał. To zdecydowanie nie był jedyny problem państwa Bergsonów. A raczej nie był to jedyny problem, jaki pani Bergson miała ze swoim mężem. I chociaż z jednej strony nie dziwił się jej emocjom, z drugiej, nie wydawało mu się słuszne, by karać za to tamtą dziewczynę. Nawet gdyby była inicjatorką tego wszystkiego, przecież to tylko uczennica, no i nie miała żadnych zobowiązań wobec kogokolwiek. Pan Bergson za to, był nauczycielem i to żonatym. Każdy zresztą wiedział, jak zachowywał się wobec dziewczyn i jak wiele z nich na to reagowało. Odpowiedzialność spoczywała więc na nim.
Zeszli już z tego tematu i zaczęli gadać o czymś innym, gdy nagle, tuż koło ucha Johnny’ego, świsnęła jakaś zawinięta kartka, która nie dotarłszy najwyraźniej do odpowiedniego adresata, upadła kawałek przed jego ławką. Usłyszał dochodzący gdzieś z tyłów jęk zawodu i zobaczył, jak Bergson odwraca się w ich stronę, akurat w momencie, gdy starał się sięgnąć po papier.
-Tego już za wiele!- rzuciła kobieta z poirytowaniem.- Mogę tolerować spóźnianie się i gadulstwo, ale nie będę tolerować śmiecenia!- syknęła. Johnny był szczerze zdumiony. Może dlatego, że zawsze wydawało mu się iż spóźnianie i gadanie jest bardziej dokuczliwe od takiego sposobu porozumiewania się, ale cóż, wciąż uczył się nowych rzeczy. Bergson podeszła do niego i zatrzymała się tuż przy ławce, wyciągając w jego stronę dłoń. Patrzyła na niego z niecierpliwym wyczekiwaniem. Szatyn natychmiast podał jej karteczkę, bo czemu miałby tego nie robić. Wróciła na swoje poprzednie miejsce.- Że też niektórym tak strasznie zależy na kontakcie, że zamiast wysłać sms-a czy przejść się do kolegi, rzucają w siebie papierami!- prychnęła pobłażliwie, wciąż patrząc wprost na Johnny’ego. Chłopak chciał jakoś zaprotestować i wytłumaczyć, że to nie jego sprawka, ale nie dała mu dojść do słowa.- A może chciałeś trafić do koleżanki, Bradley…? Zapomniałam, że śmiecenie jest takie romantyczne…
-Ja nie…- zaczął Johnny.
-Pozwolisz, że przeczytam?- przerwała mu natychmiast.- Nie mam w zwyczaju czytać cudzych listów… Listków… Nawet takich wiadomości… Ale nie widzę nigdzie nazwiska adresata, więc właściwie możemy uznać, że każdy może to usłyszeć, prawda…?
-Proszę bardzo- szatyn wzruszył ramionami.- To nie moja kartka.
-No tak… Nazwiska nadawcy też tu nie widzę… Dobrze…- rozwinęła papier i odetchnąwszy głęboko, zaczęła- „Chodzi o Made…”- urwała nagle. Benny wydał z siebie ciche parsknięcie, najwyraźniej z trudem powstrzymując się od śmiechu. Johnny walnął go w ramię, bo przez zachowanie przyjaciela, jemu również zrobiło się strasznie wesoło. A może to przez minę pani Bergson? Sam nie wiedział.- „Chodzi o Madeline Meadows”- odczytała wreszcie tekst w całości, po czym niemalże wyzywająco rozejrzała się po całej klasie, by wreszcie spojrzeć na Johnny’ego.- Co to ma znaczyć, Bradley?
-Powiedziałem już, że to nie moje- wyjaśnił po raz kolejny Johnny.
-A czyje…? Zdaje się, że znalazłam to przy twojej ławce… Zresztą, gdy się odwracałam, widziałam, jak ją rzucasz…
-To nieprawda!- zaprotestował gwałtownie Benny.- Siedzę z nim cały czas, rozmawialiśmy ze sobą i…
-Ach, rozmawialiście!- Bergson uśmiechnęła się jakoś dziwnie. Jej szczęka zadrżała.- Oczywiście. W takim razie, może mnie oświecicie… Albo ktoś zechce poratować biednego kolegę… Kto rzucił tą kartkę?
Klasa zgodnie milczała.
-No, panie Bradley?- kobieta przeniosła na niego niemalże triumfalne spojrzenie, jakby rzeczywiście stanowiło to jakikolwiek dowód.- Nie ma pan wielkiego poparcia…
-Nie rzuciłem tej kartki- powiedział szatyn.
-Więc może jakimś cudem widziałeś kto to zrobił…?- zakpiła.
Johnny wzruszył ramionami.
-Nie wiem. Doleciała tutaj z tyłu- odparł zgodnie z prawdą.
-Z tyłu!- podchwyciła Bergson, ruszając pomiędzy rzędami ławek.- Świetnie! Któż to siedzi za Bradleyem…? Anderson!- warknęła. Biedny Henry Anderson, który siedział tuż za nimi, chyba dopiero co wybudził się z drzemki i wbił w nią pełne niezrozumienia spojrzenie.- Dobrze… A dalej… Larsen?- rzuciła surowo, spoglądając na Bogu ducha winnego Keitha.
  -To nie był Keith!- zaprotestował natychmiast Johnny z taką mocą, że chyba wszyscy w klasie zaczęli gapić się na niego dziwnie.
-Ach!- Bergson uśmiechnęła się z satysfakcją.- A więc jednak pan!
-Nie, ja…
-Świetnie!- wróciła do jego ławki i zatrzymała się tuż przy niej.- Proszę teraz, abyście wszyscy słuchali z uwagą!- zwracała się teoretycznie do całej klasy, choć patrzyła i mówiła tylko do Johnny’ego.- Bardzo nie lubię, gdy ktoś wtrąca się w nieswoje sprawy i narusza czyjąś prywatność… Moją prywatność szczególnie! Jeśli chcecie wysłuchiwać plotek i bredni, miejcie chociaż na tyle przyzwoitości, by nie dzielić się nimi na MOICH lekcjach!- krzyknęła.
-Ja nie…
 -A może to nie jest moja prywatna sprawa…?- Bergson udała zaskoczoną.- Może to twoja sprawa? Może imię i nazwisko tej dziewczyny to zupełny przypadek i nie miałeś pojęcia, że robisz coś złego…? Czyżbyś znał Madeline Meadows…?
Johnny patrzył na nauczycielkę, z chwili na chwilę coraz bardziej zdezorientowany i zdziwiony.
-No…- potwierdził.
-Znasz Madeline Meadows?- powtórzyła takim tonem, jakby odpowiedź chłopaka ją rozjuszyła. I najwyraźniej tak właśnie było, bo nie czekając na jego słowa, warknęła- Świetnie! Jak dobrze się znacie…?
-No widziałem ją parę razy…
-Widział ją pan! Rzecz jasna! Można zapytać, przy jakiej okazji…?
-Eee… No…- biedny Johnny już naprawdę się pogubił i nie miał bladego pojęcia, o co chodzi tej kobiecie i czego właściwie od niego wymaga.- Rozmawiałem z nią…
 -Rozmawiał pan…- powtórzyła z kwaśną miną zupełnie tak, jak po słowach Benny’ego.- Jasne… Mogłam się domyślić… Chyba wszyscy w tej szkole już ROZMAWIALI z tą panią…- stwierdziła, po czym ostentacyjnie odwróciła się na pięcie, wracając ku tablicy.
Jej wcześniejsze słowa wzbudziły cichy chichot części klasy. Benny również chichrał się, wyraźnie ucieszony. Johnny posłał mu błagalne spojrzenie, bo sam już nie mógł wytrzymać i wreszcie niepohamowanie parsknął śmiechem. I zrobił to chyba w najgorszym momencie ze wszystkich, bo Bergson odwróciła się w jego stronę, absolutnie wściekła.
-Dosyć tego, Bradley. Zostaniesz dzisiaj godzinę po szkole.
-A… Ale dlaczego?!- rzucił bez zrozumienia Johnny, bo natychmiast przestało mu być do śmiechu. Pewnie w normalnych warunkach nie zrobiłoby to na nim jakiegoś szczególnego wrażenia, choć nie był miłośnikiem spędzania wolnego czasu w szkole, ale dzisiaj szczególnie nie zamierzał tego robić. Keith! Keith do niego przychodził! Dzień przed jego wyjazdem! Chciał się nacieszyć jego towarzystwem przed rozłąką! Och Boże, los nie mógł być tak okrutny!
-Ponieważ spóźniłeś się na lekcje, przeszkadzałeś, śmieciłeś i na domiar złego, nie wykazałeś nawet odrobiny skruchy- odparła surowo.- Przepisowo posiedzisz w gabinecie pani pedagog. Na pewno znajdzie dla ciebie jakieś zajęcia albo ja je dla ciebie znajdę, jeśli już jej nie będzie…
-Ale ja nic nie zrobiłem! To nie ja rzuciłem tą karteczkę!
-Jak to nie?- prychnęła Bergson.- Przyznał się pan!
Johnny spojrzał na nią ze zdumieniem i niemalże rozłożył ręce w bezradnym geście.
-Nie przyznałem się!
-Słyszałam na własne uszy. I widziałam na własne oczy, jak to robisz…
-Co też pani najlepszego wygaduje?!- wybuchnął Benny, totalnie zbulwersowany.- Jak mogła pani widzieć i słyszeć coś, czego nie było?!
-Widzę, że wszyscy panowie mają ten sam styl i sposób tłumaczenia się…- skomentowała szorstko.- Miejcie choć trochę klasy!
-To niesprawiedliwe!- Linda wstała nagle z miejsca. Benny umilkł i posłał przyjacielowi sugestywne spojrzenie, po czym obaj zerknęli w tamtym kierunku.- Johnny niczego nie zrobił! Nie może go pani oskarżać bez żadnych podstaw!
-Ten argument też mi coś przypomina… Też chcesz dzisiaj zostać dłużej w szkole?- Bergson uniosła brew w pytającym geście.
Linda wzruszyła ramionami z wyrazem absolutnej niewinności na twarzy.
-Cóż…- zaczęła ostrożnie, przeczesując palcami jasne włosy.- Jeśli zajdzie taka potrzeba… Jeśli Johnny ma ponieść odpowiedzialność za coś, czego nie zrobił, to i ja mogę…
-Nie zrozumiałaś mnie…- Bergson uśmiechnęła się złośliwie.- Nie pytałam czy chcesz dołączyć do Bradleya, bo do niego nie dołączysz…- mina Lindy zrzedła wyraźnie.- Jest cała masa innych sposobów na ukaranie ucznia i odpracowanie jego złego zachowania! Więc jak…?- jasnowłosa westchnęła cicho i usiadła, nie mówiąc już ani słowa.- Mam już serdecznie dosyć ROZMAWIAJĄCYCH uczniów…- zakończyła swój wywód Bergson, odwracając się z powrotem do tablicy.
Johnny był załamany.

 To było tak potwornie i głęboko niesprawiedliwe! Pewnie gdyby zdarzyło mu się to w każdy inny dzień też miałby poczucie krzywdy, w końcu naprawdę nie zrobił nic złego. Owszem, spóźnił się, owszem, gadał, ale nie uczynił nic, na co zwykle pani Bergson nie dawała absolutnego przyzwolenia. I na pewno nie rzucił tej cholernej kartki! Został ukarany nie przez swoje zachowanie, a przez zły humor nauczycielki i to była dla niego najbardziej oczywista rzecz pod słońcem, bo Johnny naprawdę wiedział, kiedy postępuje źle i robi coś niewłaściwego. Ale na domiar złego, to był ten dzień! TEN dzień! Keith wyjeżdżał już jutro. Johnny nie wiedział, jak dużo czasu będą mogli ze sobą spędzić i jeszcze ktoś zamierzał odebrać mu tę CENNĄ godzinę?! To było niewybaczalne! Szatyn był naprawdę zrozpaczony. Benny oczywiście nie mógł mieć pojęcia, co wzbudza w nim aż tak wielki żal, ale w swym buntowniczym nastroju doradził mu, by Johnny poszedł do pedagog i wytłumaczył jej całą sytuację. Johnny z początku nawet zastanawiał się czy tak nie uczynić, ale gdy sobie wyobraził, że najpierw rozmawia z pedagog, wyjaśnia wszystkie szczegóły, później może jeszcze zostanie wysłany do dyrekcji, a nawet jeśli nie, ostatecznie zawołają panią Bergson, on będzie miał przerąbane do końca roku, a ona i tak, znając życie, postawi na swoim i z jednej (choć wciąż cennej!) straconej godziny, zrobi się tych godzin więcej. Naprawdę wolał nie ryzykować. To miał być jego dzień! Jego i Keitha! Och, Boże, dlaczego spotkało go coś tak pechowego?!
  Johnny, chcąc nie chcąc, został więc godzinę po zajęciach. Pani pedagog już nie było, więc Bergson posadziła go w jej gabinecie, dała mu kilka zadań i obwieściła, że wróci za jakieś pół godziny i oczekuje, że te będą już skończone. Szatyn westchnął rozpaczliwie i wzdychał tak jeszcze kilkakrotnie, nie mając potrzeby z niczym się spieszyć. Wreszcie napisał do Benny’ego w jakiej jest sytuacji. Benny odpisał, że zaraz coś załatwi i zapewne napisał do Maicy, a ta, zapewne, do Lindy, bo dziewczyna niespodziewanie i jakże wspaniałomyślnie, wysłała Johnny’emu sms-a z pytaniem, czy aby nie potrzebuje w czymś pomocy. Johnny opisał jej sytuację, wysłał zdjęcia zadań, ona przesłała je którejś ze swoich koleżanek i w bardzo szybkim tempie, odesłała rozwiązania. Szatyn podziękował ładnie, biorąc się za pisanie i jeszcze przez jakiś czas wymieniając z Lindą sms-y. W sumie mógł poprosić o pomoc Keitha, ale naprawdę nie chciał zawracać mu tym głowy. Zresztą, zadzwonił do niego chwilę po tym, jak skończyli lekcje, bo nie mógł go nigdzie złapać. Zapytał, co z popołudniem. Keith powiedział, żeby Johnny dał mu znać, gdy już będzie w domu i on przyjdzie. To trochę podniosło Johnny’ego na duchu. Resztę czasu w gabinecie spędził na graniu w jakąś grę na telefonie i rozmyślaniu. A że zwyczajowo na to drugie czasu za dużo nie miał, myślał teraz bardzo intensywnie. Głównie o Keithie i to były miłe myśli. Później o ich dzisiejszym dniu i to też wydawało mu się miłe. Później myślał o jutrzejszym dniu i był już znacznie mniej entuzjastyczny. Później pomyślał o Keithie na konkursie. I o Ericku. I o Ericku spędzającym z Keithem dużo czasu. O Ericku z jego złośliwym uśmiechem i jak najgorszymi intencjami, chcącym tylko zrobić Johnny’emu na złość. I o Keithie. Keithie, który wszystkiego się dowiaduje. Johnny ledwie mógł usiedzieć na jednym miejscu, gdy o tym myślał. Potwornie się denerwował. Nie rozumiał, z jakiej przyczyny Eric miałby paplać o wyzwaniu. Tego się po prostu nie robiło! Poza tym, przecież by przegrał! Eric nie znosił porażek! I po co w ogóle miałby wyzywać Johnny’ego, skoro chciałby go zwyczajnie zdemaskować? To naprawdę nie miało żadnego sensu! Jego dramatyczne rozmyślania przerwała Bergson, która weszła do gabinetu. Była już chyba w dużo lepszym nastroju, bo tratowała go zupełnie zwyczajnie, zabrała kartkę z rozwiązaniami nawet ich nie sprawdzając i powiedziała, że może już iść do domu.
Było jakoś za dwadzieścia czwarta. Jego klasa skończyła dziś o piętnastej i najpóźniej do tej godziny trwały zresztą wszystkie lekcje. Potem odbywały się już tylko dodatkowe zajęcia, jakieś korepetycje, poprawianie sprawdzianów, spotkania poszczególnych kółek czy treningi. Johnny szedł opustoszałym korytarzem w kierunku swojej szafki. Otworzył ją i schował podręczniki, zabrał część swoich rzeczy. Nie zdążył jej jeszcze zamknąć gdy zobaczył, jak zza rogu wyłania się Eric. Chłopak szedł prosto przed siebie, wgapiony w swój telefon, zapewne pisał sms-a i nawet nie zwrócił uwagi na szatyna, dopóki ten nie zatrzasnął głośno szafki. Eric odwrócił na moment głowę w jego stronę. Nie przywitał się z szatynem i właściwie w ogóle potraktował go jak powietrze. Johnny zamierzał odwdzięczyć mu się dokładnie tym samym, ale po chwili coś go tknęło.
-Eric!- rzucił głośno.
Chłopak zatrzymał się i odwrócił powoli w jego kierunku. Z wyrazem znudzenia na twarzy, wsunął telefon do kieszeni dżinsów i uniósł pytająco brew, wpatrując się w Johnny’ego bez najmniejszych emocji.
-Czego chcesz, Bradley?
-Raczej czego ty chcesz?- Johnny spojrzał na niego z uwagą.- Po co kręcisz się dookoła Keitha? Nie możesz przeszkadzać mi w wyzwaniu! To wbrew regułom!
Eric uśmiechnął się paskudnie.
-Przecież obaj wiemy, że nie o to ci chodzi…
Johnny’ego dosłownie na moment zamurowało, gdy usłyszał te słowa.
-Nie rozumiem…- bąknął w końcu.
Blondyn prychnął głośno.
 -Nie zgrywaj bardziej tępego niż w rzeczywistości jesteś i bez tego przekraczasz wszelkie dopuszczalne normy…
-Po prostu odczep się od Keitha- rzucił Johnny, chcąc brzmieć stanowczo, ale wyszło raczej jak prośba.
-Nie zamierzam- odparł jednak Eric, po raz kolejny kompletnie go zdumiewając.
-Co to niby znaczy…?- zapytał szatyn, poważnie zaniepokojony.
-Nie wiem, Bradley…- blondyn wzruszył ramionami z udawaną obojętnością.- Ale chyba za bardzo ci zależy, nie sądzisz…? Lepiej mnie nie prowokuj, bo bardzo chętnie z tego skorzystam…
Johnny nie miał pojęcia, co w niego wstąpiło. Słowa Erica zdenerwowały go tak bardzo, że właściwie nim sam zdążył się zorientować, chwycił go za poły koszuli, szarpnął i przycisnął plecami do szafki. Blondyn również był zaskoczony, ale szybko opanował się i powiedział drwiąco:
-Auć! Ale zrobiłeś się agresywny, Bradley, kto by pomyślał! Dobrze ci radzę, zabieraj ręce…- warknął ostrzegawczo.
Johnny puścił go. Eric poprawił koszulę.
-Dlaczego mieszasz się do spraw Benny’ego i Maicy?- zapytał Johnny.
Chłopak nie zareagował na jego słowa. Jak gdyby nigdy nic, wyminął szatyna i poszedł przed siebie.
-Dlaczego okłamujesz ich oboje?!- zawołał za nim Johnny, nie dając za wygraną.- Chcesz żeby się rozstali, ale po co?! Po co miałbyś to robić najlepszemu przyjacielowi?!
-Skończ z tymi bredniami, Bradley- uciął Eric, nie zatrzymując się.
 -… Ach… No tak…- rzucił nagle Johnny celowo, chcąc po prostu zwrócić uwagę blondyna.- To przecież oczywiste…
Udało mu się. Eric przystanął na moment jak wryty, po czym odwrócił się w jego stronę.
-Podoba ci się, tak…?- zapytał prowokująco Johnny. Widział, chyba po raz pierwszy w życiu, jak na twarzy Erica pojawia się wyraz przerażenia i obawy.- Maicy? Zakochałeś się w dziewczynie najlepszego kumpla i teraz robisz wszystko, żeby ich rozdzielić… Nie masz na to szans. Oni się kochają.
-Przymknij się, Bradley- warknął gniewnie Eric.
-Chyba za bardzo ci zależy…
-Powiedziałem, przymknij się!- krzyknął blondyn. Johnny był zaskoczony jego reakcją, ale nie dał tego po sobie poznać. Eric ruszył z powrotem w jego kierunku z zaciętą miną.- Nie jestem w niej zakochany! Nie jestem zakochany w nikim! Powtarzałeś mu te swoje brednie…?
-Nie- odpowiedział zgodnie z prawdą Johnny.
-I lepiej tego nie rób. Dobrze ci radzę…- wycedził przez żeby jasnowłosy, wyraźnie wytrącony z równowagi. Widok Erica w takim stanie… To naprawdę była rzadkość. Johnny domyślał się, że coś jest na rzeczy i był już niemal pewien, że nie pomylił się w swoim osądzie.- Jeśli usłyszę, że w ogóle o tym wspominasz… Po prostu zejdź mi z oczu!
-Nie boję się ciebie- odparł stanowczo szatyn.- Grozisz mi, ale sam masz nieczyste sumienie. Jeśli zrobisz mi lub Keithowi jakieś świństwo, odwdzięczę ci się dokładnie tym samym…
-O czym ty mówisz…?- Eric podszedł do niego jeszcze bliżej.
Johnny właściwie nie miał pojęcia. Nie miał też żadnego konkretnego planu. Widział po prostu, że jego słowa robią na jasnowłosym duże wrażenie i poważnie go niepokoją, nie zamierzał więc odpuścić.
-Cała szkoła się dowie- wymyślił na poczekaniu.- Benny i Maicy również. Będzie ci tak głupio, jak jeszcze nigdy w życiu. Ciekawe, co Benny powie na…
 Oberwał. Nim zdążył się zorientować, nim zdążył w ogóle dostrzec, że dłoń Erica zaciska się w pięść, że ten bierze zamach i z całych sił uderza prosto w jego twarz. Johnny zachwiał się na nogach, cofając o kilka kroków i natrafiając plecami na szafkę. Czuł pulsujący ból w okolicach kości policzkowej i oka. Reakcja blondyna kompletnie go zaskoczyła, ale gdy zaraz na niego spojrzał, przestał dziwić się czemukolwiek. Eric wprost kipiał z gniewu. Ruszył ponownie w jego stronę i zamachnął się raz jeszcze. Tym razem jednak, Johnny był szybszy. Zrobił unik i pięść Erica uderzyła w szafkę. Blondyn syknął z bólu i nie zdążył uchronić się przed ciosem szatyna, który odwdzięczył mu się pięknym za nadobne i również przywalił mu w twarz. Erica na moment zamroczyło, ale zaraz rzucił się na chłopaka, przewracając go na ziemię. Tarzali się na niej obaj, usiłując zrzucić się nawzajem i uderzyć. Johnny chwycił Erica za nadgarstek, wykręcając mu dłoń, by ten go puścił. Usłyszał bolesny jęk bólu, ale blondyn zaraz odwdzięczył mu się równie bolesnym kopniakiem w brzuch, choć Johnny’emu zdawało się, że celował nieco niżej… Przetoczył się z jasnowłosym, przyciskając go do podłogi i usiłując wstać, ale Eric nie dał mu takiej możliwości, trzymając go mocno za poły koszuli. Rozdarł mu jeden z rękawów. Zaraz znowu przewracali się z boku na bok, w nieustającej szarpaninie.
-Co tu się wyrabia…?!- Johnny usłyszał kobiecy, bardzo znajomy i jeszcze bardziej oburzony głos, ale w pierwszej chwili nie zareagował, akurat przygniatany do posadzki przez Erica.- Nie mogę w to uwierzyć! Bradley! Panie Smith! Proszę się natychmiast opanować!- krzyknęła pani Stevens.
  Eric znieruchomiał. Johnny również. Puścił chłopaka i pozwolił mu się podnieść. On również wstał z cichym jęknięciem, czując ból brzucha i twarzy. Zerknął na Erica. Nie bez satysfakcji dostrzegł, że jeden z jego policzków robi się coraz bardziej siny i chyba zaczyna puchnąć. Satysfakcja jednak szybko ustąpiła, gdy pomyślał sobie, że musi wyglądać równie beznadziejnie.
-Za mną!- zakomenderowała surowo Stevens.- Natychmiast!
Ruszyła przodem. Nie mając zbytniego wyboru, powlekli się za nią, wciąż spoglądając na siebie wilkiem. Weszli do jednej z klas.
-Siadać!- rozkazała.
Usiedli obaj we wskazanej przez nią ławce, nie mówiąc ani słowa.
 -Po prostu nie mogę uwierzyć w to, czego byłam światkiem!- warknęła, spoglądając na nich potępiająco.- Mogłabym się tego spodziewać po każdym, ale nie po was!- Johnny zdziwił się nieco. Sądził, ze akurat po nim pani Stevens spodziewała się wszystkiego co najgorsze, ale najwyraźniej się pomylił.- Chyba nie zdajecie sobie sprawy z tego, w jak poważnych kłopotach się znajdujecie! Bójki na terenie naszej szkoły są surowo zakazane, traktowane bardzo poważnie i równie poważnie karane! Sądziłam, że dorośli mężczyźni jak wy, wiedzą już, ze można załatwiać swoje problemy w inny sposób, ale jak widać się myliłam! Nie ma żadnego wytłumaczenia dla podobnego zachowania! Rozumiecie, jakie mogą być jego konsekwencje?! Pomijając już to, co powinno być dla was najważniejsze, czyli, że możecie sobie niechcący wyrządzić poważną krzywdę, mogą was czekać różnego rodzaju sankcje!
Żaden z nich nie bardzo wiedział, co ma powiedzieć. Eric sprawiał wrażenie bardzo niezadowolonego. Nie dość, że dał się ponieść emocjom, co nie zdarzało mu się często, to jeszcze naraził się nauczycielce, która wyraźnie darzyła go sympatią. Johnny był raczej zaniepokojony. Słowa Stevens go martwiły. Fakt, że tracił kolejne cenne minuty – również.
Stevens odetchnęła, uspokajając się nieco.
-Macie dużo szczęścia, że to ja was znalazłam…- obwieściła, wciąż łypiąc na nich surowo.- Naprawdę dużo szczęścia! Moim obowiązkiem jest zgłosić takie zajście dyrekcji i pedagogowi. Pani pedagog dziś już nie ma, a jedyne, co mnie powstrzymuje przed tym, żeby wysłać was obu na dywanik jest to, że jutro wyjeżdża pan na konkurs, panie Smith…- zwróciła się do Erica.- I naprawdę nie chcę, żeby szkolna reprezentacja została pomniejszona o jednego z uczestników tylko dlatego, że zachował się pan jak kompletny kretyn! Obaj się tak zachowaliście!- ofuknęła ich znowu.- Nie chcę słyszeć już żadnych tłumaczeń!- dodała stanowczo. Żaden z nich zresztą nie przejawiał szczególnej chęci do takowych.- Jeśli któryś z was źle się czuje, powinniście sprawdzić, czy jest jeszcze pielęgniarka… Pielęgniarz… Aczkolwiek sądzę, że skończył już pracę. Nie życzę sobie już więcej żadnych takich ekscesów! Jeszcze jeden taki wybryk, a obiecuję wam solennie, że nie tylko zostaniecie zawieszeni, a obaj, przez dwa tygodnie, będziecie zamiatać szkolne podwórze w ramach kary! Możecie odejść!
Obaj natychmiast podnieśli się z miejsca.
-Gdzie…!- skarciła ich znów Stevens.- Niech pan siada, panie Bradley…- zwróciła się do Johnny’ego, spoglądając na niego dość łaskawie i jakoś litościwie. Naprawdę musiał wyglądać kiepsko. Samo „panie” już go w tym upewniło.- Poczeka pan dziesięć minut i ochłonie. Panie Smith, proszę iść do domu, na trening, czy gdzie tam miał pan iść. I raz jeszcze powtarzam: nie chcę żadnych kolejnych bójek!
Eric skinął głową, przeprosił cicho i wyszedł z pomieszczenia.
-Pani Stevens…- zaczął błagalnie Johnny.- Mógłbym już iść? Naprawdę bardzo się spieszę i…
-Dziwne, zdawało mi się, że nie spieszyło się panu specjalnie, gdy okładał się pan z panem Smithem- odparła chłodno nauczycielka.
Johnny westchnął rozpaczliwie.
Życie było takie niesprawiedliwe!

 Johnny wrócił do mieszkania. Pierwszym, co zrobił, było napisanie do Keitha sms-a, że już wrócił i żeby chłopak przyszedł najszybciej, jak będzie w stanie. Później pognał od razu do łazienki i przejrzał się w lustrze, nie mogąc powstrzymać pełnego zgrozy jęku na widok swojej twarzy. Lewa kość policzkowa była opuchnięta tak mocno, że oko Johnny’ego wydawało się śmiesznie małe i zupełnie nieproporcjonalne do drugiego. Chłopak oglądał się przez chwilę z wyraźną desperacją. Prawdopodobnie gdyby miał się spotykać z kimkolwiek innym, już głowiłby się nad tym, czy aby na pewno iść, a co jeszcze prawdopodobniejsze, ostatecznie odwołałby spotkanie, nie chcąc się nikomu pokazywać w tak potwornym stanie. Ale Keith był chyba jedyną osobą, nie licząc Benny’ego i Carla, przy której czuł się swobodnie i pewnie, nawet bez zwyczajowej doskonałości. Nie miał zresztą czasu użalać się nad swoją zranioną urodą zbyt długo. Spodziewał się, a raczej miał nadzieję, że Keith niedługo przyjdzie, a on był kompletnie nieprzygotowany. Wszedł pod prysznic, przebrał się w inne ubrania i z dużym żalem wyrzucił niedawno kupioną, rozdartą, w sposób perfidny i graniczący niemal z okrucieństwem, koszulę. Doprowadził się do jako takiego porządku, po czym owinął lód w ściereczkę i przykładał ją do swojej rany, dopóki nie usłyszał dzwonka do drzwi. Rzucił wszystko i podbiegł do nich prędko, otwierając.
-Cześć, przyszedłem tak szybko, jak tylko mogłem…- zaczął Keith, bardzo zachrypniętym głosem. Johnny już wcześniej, gdy do niego dzwonił, słyszał, że chłopak mówi jakoś dziwnie.- I tak przy okazji, chciałem…- brunet urwał nagle, najwyraźniej dopiero w tym momencie przyjrzawszy się twarzy szatyna z większą uwagą.- Rany…- mruknął, marszcząc brwi.- Co ci się stało…?
-Nic takiego- odpowiedział Johnny, starając się brzmieć swobodnie.
-Wyglądasz okropnie…- powiedział Keith i zauważywszy, jak mina Johnny’ego zrzedła wyraźnie, dodał prędko- Znaczy, nie ty, tylko… No… Gdzie się tak załatwiłeś, co?
-Ja… Spadłem ze schodów.
Szatyn wymyślił to kłamstwo na poczekaniu, bo też nic innego nie przychodziło mu aktualnie do głowy, a wcześniej nawet nie zastanawiał się, jak to wytłumaczyć. Wiedział jedno. Na pewno nie mógł powiedzieć Keithowi o swojej bójce z Erickiem. Ciemnowłosy i tak był już mocno wrażliwy na ich relacje i po tak zwanej „scenie zazdrości”, jaką Johnny mu zrobił, coraz częściej dopytywał o to i owo… Johnny nie chciał się w żaden sposób zdradzić, a pytania o powód ich sprzeczki i bójki, mogłyby tylko doprowadzić go do kolejnych kiepskich wykrętów i sprawić, że Keith zacząłby się czegoś domyślać.
-O. To przykre.
Johnny dopiero teraz dostrzegł, że Keith ma przewieszony przez ramię plecak. Przyjrzał mu się badawczo. W końcu chłopak nie wracał ze szkoły, na pewno był już w domu. Dopiero po chwili zrozumiał, co to oznaczało. Szeroki uśmiech wstąpił na jego wargi.
-Zostajesz dziś na noc?!- zapytał, autentycznie uradowany.
 -Tak…- odpowiedział Keith bardzo ostrożnie, po czym zakasłał charcząco. Johnny klasnął w dłonie i objął ciemnowłosego jedną ręką, wciągając go jednocześnie do mieszkania, drugą natomiast zamknął za nim drzwi.- Ale muszę wstać jutro bardzo wcześnie…- zaznaczył stanowczo ciemnowłosy, pozwalając szatynowi objąć się ciaśniej. Ledwie udało mu się zrzucić z siebie buty, nim Johnny wciągnął go do salonu.- A co za tym idzie, muszę wcześnie się położyć- dodał znacząco.- I…- szatyn zatrzymał się na środku, pokoju, wciąż trzymając chłopaka w ramionach i nachylił się w jego kierunku, mając zamiar go pocałować.- Nie chcesz tego robić…- stwierdził Keith, odchylając się do tyłu.
-Nie?- parsknął z rozbawieniem Johnny.- Dlaczego?
-Jestem chory- uświadomił go ciemnowłosy, unosząc brew.- Nie słyszysz…?
-Słyszę, ale i tak chcę to zrobić- odparł szatyn, któremu ten fakt absolutnie nie przeszkadzał. Znowu przyciągnął do siebie chłopaka, ale ten wyplątał się z jego uścisku i pokręcił głową.
-Oszalałeś? Chcesz zachorować?
-Mam doskonałą odporność…- zaśmiał się Johnny, znowu obejmując Keitha.
-Nie. Nie masz. Mówię serio, Johnny, może to zwykłe przeziębienie, ale na pewno nie należy do przyjemnych… Całowanie chorego też do przyjemności nie należy…
-Keith… Uwielbiam cię zdrowego czy chorego, właściwie uwielbiam cię zawsze- odpowiedział szczerze szatyn, zahaczając palcami o szlufki od spodni chłopaka i ciągnąc go w kierunku kanapy.
-Nie wątpię…- odmruknął Keith.- Ale nie zawsze musisz mnie całować…
Johnny opadł na mebel, ściągając sobie ciemnowłosego na kolana.
-Zawsze.
 Uśmiechnął się szeroko i tym razem, już nie wdając się w dyskusje, i nie dając Keithowi zbytnich możliwości do wycofania się czy protestu, wpił się w jego wargi. Brunet mruknął coś niechętnie wprost w jego usta i przez moment wyraźnie starał się pozostać biernym, ale nie wytrzymał długo i zaraz odpowiedział na pocałunek. Johnny był bardzo zadowolony, jednak ciemnowłosy szybko przerwał, cofając się do samego oparcia kanapy.
-Widzisz?- szatyn zaśmiał się ciepło.- Jak mógłbym się bez tego obejść?
-Bez zgrai zarazków…?- Keith uniósł brew w pobłażliwym wyrazie.- Pewnie doskonale, ale to w końcu takie romantyczne…
Johnny parsknął śmiechem. Nachylił się w jego kierunku i cmoknął go w nos, po czym wstał z kanapy i ruszył do jednej z szafek. Wyjął z niej koc i rzucił go Keithowi.
 -Masz. Nakryj się- powiedział do nieco zaskoczonego chłopaka. Brunet nie zastanawiał się długo i szybko rzeczywiście to zrobił. W mieszkaniu nie było chłodno, bo Johnny jeszcze przed jego przyjściem zdążył uruchomić grzejnik, a Keith chyba nie miał gorączki, ale i tak było lepiej, żeby się trochę wygrzał.- Zrobię herbaty- oznajmił wesoło Johnny nauczony doświadczeniem, by nie dopytywać swojego gościa o preferencje w kwestii napoju.
Przeszedł do kuchni i włączył czajnik, wyjmując dwa kubki.
-Spadłeś ze schodów w szkole czy gdzieś indziej?- dopytał go Keith z pokoju, tak zachrypniętym głosem, że Johnny dopiero po chwili zrozumiał pytanie.
-Eee… Ehm… Eee…- zastanawiał się, szukając puszki z herbatą. Znalazł ją i wyjął dwie torebki, po czym wrzucił do kubków. Nie żeby odpowiedź była aż tak skomplikowana, przynajmniej z pozoru, ale Johnny musiał rozważyć, czy aby na pewno, wybierając jedną z możliwości, nie sprowokuje dalszych pytań, przy których mógłby się zdradzić. Ostatecznie uznał, że lepiej było się trzymać wersji przynajmniej trochę zbliżonej do prawdy. No dobrze. Leżącej jakiś kilometr od niej, ale i tak bliżej niż wersje pozostałe.- W szkole.
-Gdzie?
-Na tych schodach koło klasy od matmy… Akurat gdy schodziłem z pierwszego piętra.
-Masz szczęście, że nie poobijałeś się gorzej. Ktoś ci pomógł?
-Eee… Nie, byłem całkiem sam- odparł Johnny i zalał herbaty, po czym wrócił z powrotem do salonu i korzystając z dogodnej chwili, zmienił temat.- Lepiej powiedz, kiedy ty się tak załatwiłeś.
-Wczoraj- Keith wzruszył ramionami. Johnny postawił na stole oba kubki i usiadł przy ciemnowłosym.- Właściwie niedługo po tym, gdy wyszedłem od ciebie…- dodał, uśmiechając się lekko.- Widać źle na mnie działasz…
-O nie!- zaprotestował szatyn, uśmiechając się szeroko.- Źle na ciebie działa rozłąka ze mną!
-Zawsze wszystko umiesz wytłumaczyć na swoją korzyść, co…?
 Johnny zaśmiał się wesoło. Zbliżył się do Keitha, chcąc się do niego przytulić. Brunet akurat wychylił się, sięgając po herbatę i uderzył szatyna w brzuch, niefortunnie akurat w to miejsce, w które wcześniej kopnął go Eric. Chłopak jęknął głucho. Ciemnowłosy zamarł, przenosząc na niego zdumione spojrzenie. Koszulka Johnny’ego akurat się podwinęła i Keith bez problemu dostrzegł znajdujący się trochę ponad nerką chłopaka, siniec.
-A jednak się poobijałeś…- powiedział Keith, patrząc na niego z niepokojem.- Byłeś u pielęgniarki?
-Nie. Zresztą, to nic takiego… Wcale nie boli- zapewnił ciemnowłosego, nie protestując jednak, gdy ten sięgnął w tamtym kierunku. Gdy jednak palce Keitha znalazły się w pobliżu sinego miejsca, Johnny syknął ponownie, a brunet wycofał się szybko.- To znaczy… Nie boli, gdy nie dotykam- sprecyzował.
-Przepraszam.
-W porządku- Johnny uśmiechnął się raz jeszcze, po czym objął Keitha ramieniem.
-Bergson dała ci nieźle popalić, co…?- chłopak spojrzał na niego.
-Naprawdę nie rzuciłem tej kartki- powiedział Johnny, wciąż żyjąc w poczuciu głębokiej niesprawiedliwości targającej jego idealnym światem.
-Wiem. Jakaś dziewczyna z bocznego rzędu, z tyłu, chciała ją rzucić do koleżanki…
-Wiesz w ogóle, w czym rzecz?- zainteresował się szatyn.
-Z Madeline Meadows…?- dopytał Keith, po czym skinął głową.- No tak. Chyba wszyscy wiedzą.
-Nawet ty…?- Johnny był szczerze zdumiony. On nie miał pojęcia.
-Cała szkoła o tym gada.
-Ja nie wiedziałem.
-Może masz ten komfort, że nie musisz tego słuchać- zachichotał brunet.
Johnny przytulił go do siebie mocniej i musnął wargami jego policzek. Zastanawiał się nad czymś przez długą chwilę, z bardzo skupioną miną, po czym wypalił nagle:
-Keith, jesteś chory, nie…?
Ciemnowłosy spojrzał na niego pobłażliwie.
-Nie- rzucił ironicznie.- Chrypię i kaszlę ot tak, dla lepszej rozrywki- skwitował, po czym sięgnął po kubek z herbatą, by zaraz powrócić do uścisku chłopaka.
Johnny zaśmiał się lekko.
-No tak… Ale skoro jesteś chory… Może nie powinieneś jechać na ten konkurs?- zagadnął ostrożnie.
Brunet posłał mu ostre spojrzenie.
-No bo wiesz…- wytłumaczył się natychmiast Johnny.- Dzisiaj czujesz się całkiem dobrze, ale jutro…
-Nie zaczynaj…
-Po prostu uważam, że zdrowie jest najważniejsze i jeśli…
-Johnny…
-… jeśli by się okazało, że czujesz się napraaawdę bardzo źle, to mógłbyś nie jechać i ten weekend spędzilibyśmy razem.- Johnny zakończył swoją myśl niemal kuszącym uśmiechem. Czyż takie rozwiązanie nie byłoby korzystne dla wszystkich? Keith by nie pojechał. Eric nic by mu nie nagadał. Johnny miałby chłopaka przy sobie i nie musiałby się niczym martwić, bo pewnie kolejny taki wyjazd nie zdarzyłby się prędko.
Keith westchnął jedynie ciężko i pokręcił głową.
-Nie ma mowy- stwierdził kategorycznie.
Johnny westchnął nieszczęśliwie.
Nie wiedział, czy jego dzisiejsza… eee… rozmowa… z Erickiem odniosła taki skutek, jakiego oczekiwał. Nie wiedział, czy rzeczywiście mogła powstrzymać go przed powiedzeniem prawdy Keithowi, czy wprost przeciwnie, rozjuszy go i do tego sprowokuje.
A tak w ogóle…
W ogóle, to zupełnie nie miał pojęcia, czego Eric właściwie chce i co zamierza zrobić.
Właściwie to w obliczu jego pokręconych i dziwacznych postępków, Johnny był zupełnie bezradny.

Położyli się około dwudziestej, a teraz było niewiele przed pierwszą, ale i tak żaden z nich nie spał. Johnny w ogóle nie czuł się zmęczony. Kiedy rozmawiał z Keithem i zajmował się tym, czym zwykle się zajmowali, nie miał czasu na rozmyślanie o czymkolwiek, nawet o dzisiejszym zajściu z Erickiem. Teraz jednak, jego myśli koncentrowały się na tym temacie. Twarz bolała go w miejscu, w którym znajdowała się opuchlizna. Zastanawiał się nad tym, co będzie jutro. Czuł się już nawet nie tyle zestresowany, co zupełnie przerażony. Był kompletnie rozdarty. Najpierw żartował z Keithem, śmiał się, snuł plany, co do tego, co będą robić po jego powrocie, informował, że będzie do niego dzwonił… A zaraz później, zaczynał poważnie pytać samego siebie, czy Keith jeszcze w ogóle będzie chciał z nim rozmawiać, jeśli Eric wcieli swoje groźby w życie.
Ciemnowłosy również nie spał. Johnny obejmował go ramieniem i czuł, jak ten od czasu do czasu, przewraca się z boku na bok i zmienia ułożenie, chcąc znaleźć dla siebie wygodniejszą pozycję, najwyraźniej bezskutecznie. Szatyn przysunął się do niego bliżej. Wtulił się w jego plecy, po czym musnąwszy wargami kark bruneta, zapytał cicho:
-Dlaczego nie śpisz?
-Mam zatkany nos…- odpowiedział Keith, jeszcze bardziej zachrypniętym głosem niż wtedy, gdy stanął w drzwiach szatyna.- Trudno mi się oddycha.
-Podać ci chusteczki?
-Nie. Już zmarnowałem całą paczkę.
-Mogę zejść na dół i przynieść ci kolejną…- odparł Johnny, tłumiąc ziewnięcie.
-Nie, w porządku.
-Myślałem, że stresujesz się jutrem…- zaśmiał się cicho chłopak, przymykając powieki i składając jeszcze kilka pocałunków na ramionach ciemnowłosego.
-Nie ma się czym stresować- powiedział Keith.
-Żartujesz…? Gdybym to ja jechał na taki konkurs, stresowałbym się jak diabli…
-Nie ma w tym nic trudnego. Tylko siadasz i piszesz…- brunet rzeczywiście nie sprawiał wrażenia zdenerwowanego.- Jest jeszcze debata, ale nie każdy musi brać w niej udział. Ja nigdy tego nie robię. Za to twój kolega…
-Hm?- przerwał mu Johnny, z początku nie bardzo wiedząc, o kim mowa.
-Eric- wyjaśnił Keith.- On zawsze dużo się udziela.
-Straszny dupek z niego…- westchnął szatyn, niemal odruchowo sięgając jedną dłonią do twarzy i muskając opuszkami palców opuchliznę, która nie ustąpiła do wieczora, a wprost przeciwnie, powiększyła się jeszcze. Szczerze mówiąc, nie spodziewał się, że Erica stać na coś takiego. Naprawdę nie bywał dotąd agresywny. Złośliwy, chamski, czasem wręcz okrutny i podły, ale nie licząc tego tak zwanego „wypadku” na sali gimnastycznej, gdy przyłożył Benny’emu, nie wdawał się w żadne bójki czy przepychanki.
-Tak… Wiem już, że go nie lubisz…- zaśmiał się cicho Keith.
-To nie tak!- zaprotestował Johnny.- Kiedyś go lubiłem. Naprawdę. Chociaż on nigdy za mną nie przepadał. Mówiłem ci zresztą. Ale naprawdę się zmienił. I zupełnie nie wiem, kiedy zaczęło mu tak strasznie odwalać.
-Za to ja wiem, kiedy przestałeś go lubić… Gdy porozmawiał ze mną na imprezie…- mruknął w odpowiedzi ciemnowłosy.
Johnny speszył się nieco.
-Nie… To nie to… Po prostu on miesza się w nie swoje sprawy… No wiesz, Maicy i Benny… Nie powinien tego robić. Tak nie postępują przyjaciele. Mogę zrozumieć jego zachowanie w stosunku do mnie… Choć i tak ostro przesadza…- burknął i dziś rzeczywiście mógł stwierdzić to z całą odpowiedzialnością.- … ale on i Benny naprawdę dobrze się dogadywali. Nadal się dogadują. Po co robi coś tak głupiego? Nie widzę w tym sensu.
-Nie wiem- odpowiedział szczerze Keith.
Johnny również nie wiedział. Mógł się tyko domyślać. Eric zakochany w Maicy… Zastanawiał się nad tym już parę razy. Brunet również mu to sugerował, gdy o tym rozmawiali, a jednak… Szatyn sam nie wiedział. Przecież bywali czasem gdzieś razem, całą grupą, oni we czwórkę i dziewczyny. Eric nie zachowywał się względem niej jakoś szczególnie. Właściwie zachowywał się jak wobec całej reszty. Przez większość czasu był obojętny, ale nie skąpił jej złośliwych i kpiących uwag, gdy powiedziała czy zrobiła coś, co akurat mu się nie podobało. Chociaż… Johnny zastanowił się nad tym dobrze. Miał wrażenie, że Eric był wobec Maicy troszkę mniej obojętny niż wobec innych… Częściej pozwalał sobie na bezczelne docinki, czasem nawet bez szczególnego powodu, ot tak. Teoretycznie również nie wskazywałoby to na jego wzmożone zainteresowanie dziewczyną, ale z drugiej strony… To w końcu Eric. Może właśnie w taki sposób objawiała się jego sympatia.
Chociaż, gdyby przyjąć taki tok rozumowania, to Johnny’ego musiał uwielbiać! Zwłaszcza, po ich dzisiejszej bójce.
-Wiesz…- zaczął nagle Keith, odkaszlnąwszy kilkukrotnie, jakby starał się pozbyć ucisku z gardła.- Pomyślałem sobie, że gdy wrócę… To… Hm… Moglibyśmy spróbować… Wiesz… Wiesz- dokończył znacząco.
Johnny wyszczerzył się niepohamowanie. Przewrócił chłopaka na plecy i zawisł nad nim, nie przestając się uśmiechać.
-Wiem…- odparł figlarne, nachylając się nad nim i muskając jego wargi.
-Jak wrócę- powtórzył stanowczo Keith.- Nie teraz…
-Ale skoro już nie śpimy…
-Johnny!
Szatyn parsknął niepohamowanym śmiechem, opadając z powrotem na pościel i ściskając ciemnowłosego w ramionach. Kochany Keith! Zawsze dawał się nabierać i tak rozkosznie się peszył, gdy schodzili na te tematy… Johnny niesamowicie cieszył się każdą chwilą spędzoną w jego towarzystwie. I na razie nie wiedział jeszcze, jak przetrzyma ten szalenie długi weekend, jaki mu się szykował pod nieobecność chłopaka.
Miał jedynie nadzieję, że po weekendzie wszystko wróci do normy.
I że Eric nie zechce wywrócić jego życia do góry nogami.