Strony

sobota, 13 kwietnia 2013

20. Johnny i wszelka niesprawiedliwość [Wyzwanie]

-… więc powiedziałem mu co i jak, ale wciąż nie sądzę, by rozumiał do czego to służy- stwierdził z rozbawieniem Benny i obaj, wraz z Johnny’m, parsknęli głośnym śmiechem.
  Wracali akurat z kolejnej, dziesięciominutowej przerwy, nie spiesząc się ani trochę. Co prawda dzwonek rozbrzmiał jakieś siedem minut temu, ale kto by się przejmował… To nie była matematyka ze Stevens czy fizyka z upiorną Worner. To była chemia. Przedmiot ścisły, a Johnny już dawno doszedł do wniosku, że jest mu pisane coś znacznie bardziej niezwykłego, wspaniałego, absolutnie olśniewającego, intrygującego i godnego najwyższego zainteresowania (w skrócie: coś, co mogłoby oddawać jego osobowość), a nie cyferki, skomplikowane zadania, wzory, symbole i nieustanny stres pomieszany ze sporą dawką czystej nudy. Z reguły nie przepadał więc za żadnym ścisłym przedmiotem, ale chemia była tu wyjątkiem. A może raczej wyjątkiem była nauczycielka od chemii. Pani Bergson. Nie mająca jeszcze trzydziestu lat, młoda, zadbana i całkiem atrakcyjna kobieta (co prawda zupełnie nie w typie Johnny’ego, ale słyszał komentarze niektórych znajomych i wiedział, że części z nich naprawdę się podobała), była od kilku lat szczęśliwą żoną pana Bergsona, ich nauczyciela od angielskiego, co zresztą podkreśliła już na ich pierwszej lekcji, jakby od niechcenia, jednocześnie jednak rzucając damskiej części klasy bardzo sugestywne spojrzenie. Pan Bergson z kolei, równolatek swojej żony, był mężczyzną przystojnym, o ciemnych włosach i iście czarującym spojrzeniu, które sprawiło, że głównie uczennice, darzyły go wielką, mniej lub bardziej skrywaną, sympatią. On także musiał je bardzo lubić, bo już po pierwszych tygodniach zajęć przesadzał te bardziej „niesforne” dziewczyny do pierwszej ławki, tuż naprzeciw swojego biurka i potrafił konwersować z nimi swobodnie przez kilkanaście minut, nim zabierał się do prowadzenia lekcji. Ale wracając do pani Bergson… Była w porządku. Tylko tyle i aż tyle. Nie był to ten typ nauczyciela, który spoufalałby się zbytnio z uczniami, czy był względem z nich jakkolwiek przyjacielski, raczej nie. Przez większość czasu podchodziła do klasy obojętnie. Niczego nie dyktowała, pisała na tablicy, a ci, którzy mieli ochotę przepisywać (jak to dobrze, że istniały takie osoby!!!) robili to, pozostali natomiast zajmowali się nieskrępowanie innymi sprawami. Większość rozmawiała ze sobą szeptem, dyskutując, wymieniając plotki, czy przygotowując ściągi na kolejne przedmioty, co pani Bergson z reguły nie przeszkadzało, o ile poziom hałasu nie przekroczył jej progu wytrzymałości. Na sprawdzianach dawała im w znacznej mierze te same zadania, które zadawała do domu, więc nie było problemu, by dostać czwórkę. Krótko mówiąc: była to lekcja absolutnej swobody.
-Więc twój tata ucieszył się z prezentów?- zapytał Johnny, uśmiechając się serdecznie.
-No chyba…- stwierdził Benny, skinąwszy głową.- Wiesz, nie sądził, że pojawi się aż tak dużo rodziny i znajomych! Serio, moja mama też nie sądziła! Zawsze przygotowuje tyle jedzenia, że starcza później na tydzień, zupełnie jak podczas świąt, ale teraz zwaliło się ich na głowę tyle, że pod koniec wieczora, nie było już czego podawać- zachichotał.- Z reguły wszyscy życzą mu najlepszego, mówią, że „być może” dadzą radę, choć w zdecydowanej części nie dają, a teraz…
-Maicy przyszła?
-No jasne! Jakby mogła nie przyjść…- Benny zaśmiał się lekko.- Wyglądała bardzo ładnie…- dodał z zadowoleniem.- Miała taką sukienkę… Taką… Taką…- zamyślił się wyraźnie, ale chyba nie potrafił sobie przypomnieć, bo dokończył jedynie- Taką ładną… Naprawdę, wyglądała super! Nie miałem z nią zbyt dużo czasu sam na sam, bo jak moja mama ją zobaczyła… Och, stary!- westchnął blondyn, kręcąc głową w pełnym dezaprobaty geście.
-Co się stało?- zdumiał się Johnny.
 -To, co zawsze! Zaczęła z nią rozmawiać, jak to zwykle i gadać o jakichś tam sprawach… Później Maicy poszła złożyć życzenia mojemu tacie i on też zaczął z nią gadać… Wiesz, moi rodzice bardzo ją lubią…- szatyn parsknął cicho, słysząc nutkę niezadowolenia w głosie przyjaciela. On uważał, że to bardzo fajne. W ogóle rodzice Benny’ego byli świetni i chyba lubili wszystkich naokoło.- No i później zjedliśmy kawałek tortu, a później mama znowu ją porwała i zaczęła przedstawiać rodzinie i znajomym…- jasnowłosy westchnął raz jeszcze.- Musiałem łazić wszędzie, uśmiechać się głupio i słuchać jak mówi, że Maicy jest moją „narzeczoną”… Setki tysięcy razy powtarzałem jej, żeby nie używała tego słowa i przedstawiała ją jako „dziewczynę”, ale ona twierdzi, że w jej czasach to się nazywało narzeczeństwo, że tak się mówiło i jest przyzwyczajona…
-Maicy się to nie podoba?- zapytał szatyn.
-No co ty!- parsknął Benny.- Była zachwycona! Uśmiechała się tak ładnie i z każdym przez chwilę rozmawiała… Ach…- chłopak rozmarzył się wyraźnie przez chwilę.- No ale, sam rozumiesz… Są jakieś… zasady- stwierdził, poważniejąc.- Wiesz, że… No… Ten… Zależy mi na Maicy. Bardzo. Bardzo, bardzo.- Johnny zaśmiał się znowu. Wiedział doskonale.- No i… Nie ukrywam, że… Uważam, że my… To znaczy wiesz, kłóciliśmy się i w ogóle, to było beznadziejne… Naprawdę sądziłem, że to może być już koniec. Ale uważam, że naprawdę jest nam razem dobrze. I chcę żebyśmy byli ze sobą jeszcze bardzo długo. Ale… narzeczeństwo brzmi trochę nie na miejscu, nie uważasz?- skrzywił się lekko.
-Nie wiem- zachichotał Johnny.- Chociaż rzeczywiście brzmi trochę… poważnie.
-Traktuję ją poważnie!- potwierdził Benny. Zbliżali się już do klasy.- Całkowicie poważnie! Ale… No wiesz… Nie bądźmy aż tacy oficjalni, jeszcze dużo czasu przed nami…- rzucił, otwierając drzwi.
-No wiem. Ale przecież sam mówiłeś, że…
-To jest bezczelność- dopadł go surowy głos pani Bergson. Obaj zatrzymali się jak wryci w samym progu, dostrzegając stojącą przy tablicy nauczycielkę, zwróconą w ich stronę, z wyrazem absolutnej wściekłości na twarzy.- Spóźniacie się i jeszcze hałasujecie wchodząc do klasy…?
  Benny zmarszczył brwi i spojrzał na przyjaciela. Ten wzruszył ramionami, nie mając pojęcia, co właściwie się dzieje. Obaj zerknęli dyskretnie wgłąb klasy, chcąc sprawdzić, czy może w środku nie siedzi jakiś nasłany przez dyrekcję belfer, jacy zdarzali się co jakiś czas na losowych lekcjach pod pretekstem kontroli. Ale klasa pełna była jedynie nienaturalnie spokojnych uczniów. A gniew pani Bergson nie wyglądał na ani trochę sztuczny.
-Będziecie stać tak dalej?- skarciła ich, spoglądając surowo.
-Przepraszamy…- rzucili obaj, ruszając w kierunku jednej z wolnych ławek, w środkowym rzędzie.
Nauczycielka omiotła klasę wyjątkowo niechętnym spojrzeniem, po czym wróciła do zwyczajowego wypisywania na tablicy przykładów. Johnny nie bardzo wiedział, co się dzieje. Owszem, pani Bergson czasem się na nich złościła, gdy przesadzali i w klasie było zdecydowanie zbyt głośno, ale i wtedy nie była tak bardzo wytrącona z równowagi. Wyjątkowo ciche zachowanie pozostałych obecnych w klasie przekonało go tylko, że nie oni pierwsi stali się ofiarą jej wściekłości, a już na pewno nie byli jej przyczyną. Benny wpatrywał się w nauczycielkę przenikliwie, po czym nagle uśmiechnął się złośliwie i skomentował szeptem:
-Niektórzy naprawdę nie lubią piątków…
Johnny spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Co ty mówisz?- zapytał.- Przecież zawsze mamy z nią lekcje w piątek.
-Tak. Ale nie zawsze spotyka się przed naszą lekcją z Madeline Meadows i jej prawnikiem…
Szatyn zmarszczył brwi.
-Że co…?
Benny zerknął na niego z niedowierzaniem.
-Naprawdę nie wiesz?- zapytał szeptem.
-Ale o czym?
-Boże, w jakim świecie ty żyjesz... Nie słuchasz, o czym gadają w szkole?- rzucił szczerze zdumiony Benny, by po chwili zastanowienia dodać- W sumie ja też nie za bardzo… Ale ja mam dziewczynę, która wszystko mi relacjonuje… Więc… Jest taka sprawa… Chodzi właśnie o tą Madeline Meadows… Wiesz kto to?- upewnił się blondyn, patrząc na przyjaciela z uwagą.
Ten zastanowił się przez chwilę, po czym pokręcił głową. Szczerze mówiąc, nie miał bladego pojęcia.
-Serio?- jęknął Benny i widać było, że ta informacja zaszokowała go jeszcze bardziej niż poprzednia.- Jest od nas starsza dwa lata… Kiedy my byliśmy w pierwszej klasie, ona była na ostatnim roku… I naprawdę MUSISZ ją pamiętać- stwierdził kategorycznie.- Wątpię, by istniał jakikolwiek facet, który by jej nie zapamiętał… Wyglądała… Boże no, serio nic nie kojarzysz…? Była zawsze opalona… I miała długie nogi… Chodziła w krótkich sukienkach, raz jedna belferka odesłała ją do domu, bo chyba rzeczywiście przegięła… Była strasznie ładna! Przez jakiś czas chodziła z Trevorem! I miała naprawdę ogroooomne…
-Wiem!- zawołał Johnny, bardzo uradowany faktem, że sobie przypomniał. Część klasy zerknęła na niego z zainteresowaniem. Pani Bergson zamarła w bezruchu przy tablicy, ale tylko na chwilę i gdy nie usłyszała już nic więcej, kontynuowała pisanie.- Wiem…- dodał już szeptem.- To znaczy, tak mi się zdaje…
-Przez jakiś czas kręciła z Erickiem, po tym jak wygrał tamte mistrzostwa- dodał Benny.
-Hm…- Johnny zastanowił się przez chwilę.- Czy to nie ta, którą tak nieładnie potraktował, gdy starała się z nim umówić…?
Blondyn spojrzał na przyjaciela w taki sposób, jak gdyby widział go po raz pierwszy w życiu.
-A czy odpowiedź „tak” w czymkolwiek ci pomoże?- zapytał ironicznie.- W ogóle, czy istniała jakaś dziewczyna, której Eric nie potraktował źle? Serio, kiedy patrzę, jak się do nich odnosi, to wcale się nie dziwię, że musi udawać, że jakąś ma…
Obaj parsknęli niepohamowanym śmiechem, usiłując stłumić go w miarę możliwości. Benny trzepnął go lekko w ramię. Johnny zrewanżował mu się tym samym, bo ilekroć patrzył na śmiejącego się przyjaciela, sam zaczynał się śmiać od nowa, co niwelowało jego próby opanowania się. Odruchowo zerknął w stronę Erica, który akurat również się im przyglądał. I miał taką minę, że szatyn bardzo szybko spoważniał i odwrócił wzrok. Zrobiło mu się trochę głupio. Sam nie wiedział z jakiego powodu. Eric na pewno nie słyszał tego, co mówili, ale to zawsze dość krępująca sytuacja, gdy gapi się na kogoś, o kim się gada, a ten to zauważa…
-Wiem, która to- potwierdził w końcu Johnny.- Rzeczywiście, była ładna- zgodził się po chwili namysłu. Pamiętał, że przez jakiś czas chyba i on jej się podobał, bo zatrzymywała się przy nim często i zagadywała go, raz nawet mieli się gdzieś umówić, ale później jakoś to wszystko się rozmyło, a chłopakowi kompletnie wypadło to z głowy i nawet o tym nie myślał, aż do tej chwili. Nie był nigdy zakochany… Do tej pory… Nie był więc i zbyt trwały w swoich upodobaniach, a tamta z pewnością nie interesowała go aż tak bardzo, skoro nawet nie pamiętał jej imienia.
  -Była totalnie gorąca…- westchnął Benny i zaraz obejrzał się z obawą jakby sądził, że gdzieś przy nich siedzi Maicy albo któraś z jej przyjaciółek. Dziewczyny były jednak w bocznym rzędzie, na samym przodzie, również  pochłonięte ożywioną, choć cichą rozmową. Johnny zobaczył, że Linda odwraca się w jego kierunku i uśmiecha czarująco, natrafiając na wzrok chłopaka. Szatyn odpowiedział lekkim uśmiechem, wracając spojrzeniem do Benny’ego.- Ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że pan Bergson chyba również tak uważał…- dodał z bardzo znaczącym i bardzo złośliwym uśmiechem.- W każdym razie, usadził ją w pierwszym rzędzie… Dawał jej korepetycje… Zostawał z nią czasem po lekcjach… Zaangażował w jakiś specjalny projekt… I podobno nawet widywano go z nią w różnych… pozaszkolnych miejscach…
-Okej…- odparł ostrożnie Johnny. Jakiś związek z panią Bergson widział, ale na pewno nie bezpośredni i nie bardzo rozumiał, dlaczego w ten konflikt miałby być zaangażowany prawnik.
 -Cała szkoła o tym wtedy trąbiła, więc Bergson bankowo się dowiedziała. Podobno zrobiła się na Meadows strasznie cięta, dogryzała jej na każdej lekcji, wpędziła ją w jakąś depresję czy coś tam takiego, a później jeszcze  oblała… Meadows twierdziła, że zrobiła to w zemście.
  No tak… Johnny jakoś się temu nie dziwił i nie miał najmniejszego problemu z oceną i rozstrzygnięciem tej sytuacji. On bez wysiłku zaliczył ten przedmiot i to z całkiem przyzwoitym wynikiem, choć nawet nie prowadził zeszytu i nie pamiętał nawet, czy kiedykolwiek przyglądał się notatkom z chemii dłużej niż przez te kilka sekund, gdy oglądał przygotowane na sprawdzian gotowce.
-A poprawki…?- zapytał Johnny, choć domyślał się, że i tego dziewczyna nie zaliczyła. Egzaminy zawsze prowadzone były przez nauczyciela niezaangażowanego, a więc najczęściej nauczyciela z innej szkoły, żeby wykluczyć możliwość nieuczciwego traktowania. Ale skoro żaden z uczniów pani Bergson nie uczył się zbyt pilnie wątpił, by ona to czyniła…
-Właśnie w tym rzecz!- kontynuował Benny, wyraźnie podekscytowany.- Poprawkę organizował jej koleś z innej szkoły. Rodzice tej Madeline wynajęli najlepszego korepetytora i podobno dziewczyna była obkuta jak nigdy, ale nie zaliczyła… Mogła zobaczyć pracę, ale tylko przy tym nauczycielu. Pokazał jej, co miała źle… Jak twierdził, prawie wszystko… Ona nie mogła w to uwierzyć, więc dyskretnie zrobiła zdjęcie telefonem, choć oficjalnie nie było jej wolno… No i poszła z tym do tego korepetytora. Facet był kompletnie zaskoczony. Podobno Meadows zdała tą poprawkę bez najmniejszego problemu, ale ktoś celowo nie zaliczył jej prawie wszystkich dobrych zadań… Meadows poszła z tym do rodziców, rodzice zgłosili sprawę do dyrekcji, do kuratorium… Później sprawa zawędrowała do prokuratury, a facet przyznał się, że podobno zrobił to za namową Bergson…
-Ooo…- rzucił Johnny, skinąwszy głową ze zrozumieniem.
No tak. To był pewien problem.
-Bergson się nie przyznaje. Jej prawnik niby starał się o ugodę, ale Meadows chce procesu i taki podobno będzie… Ale to już tylko plotki- stwierdził Benny, wzruszywszy ramionami.- Maicy od kogoś słyszała. I mówiła mi, że widziała tu dzisiaj Meadows z jakimś facetem. I że spotkali się z Bergson, a ona sprawiała wrażenie bardzo zdenerwowanej i razem wyszli ze szkoły.
  Teraz Johnny już rozumiał. To zdecydowanie nie był jedyny problem państwa Bergsonów. A raczej nie był to jedyny problem, jaki pani Bergson miała ze swoim mężem. I chociaż z jednej strony nie dziwił się jej emocjom, z drugiej, nie wydawało mu się słuszne, by karać za to tamtą dziewczynę. Nawet gdyby była inicjatorką tego wszystkiego, przecież to tylko uczennica, no i nie miała żadnych zobowiązań wobec kogokolwiek. Pan Bergson za to, był nauczycielem i to żonatym. Każdy zresztą wiedział, jak zachowywał się wobec dziewczyn i jak wiele z nich na to reagowało. Odpowiedzialność spoczywała więc na nim.
Zeszli już z tego tematu i zaczęli gadać o czymś innym, gdy nagle, tuż koło ucha Johnny’ego, świsnęła jakaś zawinięta kartka, która nie dotarłszy najwyraźniej do odpowiedniego adresata, upadła kawałek przed jego ławką. Usłyszał dochodzący gdzieś z tyłów jęk zawodu i zobaczył, jak Bergson odwraca się w ich stronę, akurat w momencie, gdy starał się sięgnąć po papier.
-Tego już za wiele!- rzuciła kobieta z poirytowaniem.- Mogę tolerować spóźnianie się i gadulstwo, ale nie będę tolerować śmiecenia!- syknęła. Johnny był szczerze zdumiony. Może dlatego, że zawsze wydawało mu się iż spóźnianie i gadanie jest bardziej dokuczliwe od takiego sposobu porozumiewania się, ale cóż, wciąż uczył się nowych rzeczy. Bergson podeszła do niego i zatrzymała się tuż przy ławce, wyciągając w jego stronę dłoń. Patrzyła na niego z niecierpliwym wyczekiwaniem. Szatyn natychmiast podał jej karteczkę, bo czemu miałby tego nie robić. Wróciła na swoje poprzednie miejsce.- Że też niektórym tak strasznie zależy na kontakcie, że zamiast wysłać sms-a czy przejść się do kolegi, rzucają w siebie papierami!- prychnęła pobłażliwie, wciąż patrząc wprost na Johnny’ego. Chłopak chciał jakoś zaprotestować i wytłumaczyć, że to nie jego sprawka, ale nie dała mu dojść do słowa.- A może chciałeś trafić do koleżanki, Bradley…? Zapomniałam, że śmiecenie jest takie romantyczne…
-Ja nie…- zaczął Johnny.
-Pozwolisz, że przeczytam?- przerwała mu natychmiast.- Nie mam w zwyczaju czytać cudzych listów… Listków… Nawet takich wiadomości… Ale nie widzę nigdzie nazwiska adresata, więc właściwie możemy uznać, że każdy może to usłyszeć, prawda…?
-Proszę bardzo- szatyn wzruszył ramionami.- To nie moja kartka.
-No tak… Nazwiska nadawcy też tu nie widzę… Dobrze…- rozwinęła papier i odetchnąwszy głęboko, zaczęła- „Chodzi o Made…”- urwała nagle. Benny wydał z siebie ciche parsknięcie, najwyraźniej z trudem powstrzymując się od śmiechu. Johnny walnął go w ramię, bo przez zachowanie przyjaciela, jemu również zrobiło się strasznie wesoło. A może to przez minę pani Bergson? Sam nie wiedział.- „Chodzi o Madeline Meadows”- odczytała wreszcie tekst w całości, po czym niemalże wyzywająco rozejrzała się po całej klasie, by wreszcie spojrzeć na Johnny’ego.- Co to ma znaczyć, Bradley?
-Powiedziałem już, że to nie moje- wyjaśnił po raz kolejny Johnny.
-A czyje…? Zdaje się, że znalazłam to przy twojej ławce… Zresztą, gdy się odwracałam, widziałam, jak ją rzucasz…
-To nieprawda!- zaprotestował gwałtownie Benny.- Siedzę z nim cały czas, rozmawialiśmy ze sobą i…
-Ach, rozmawialiście!- Bergson uśmiechnęła się jakoś dziwnie. Jej szczęka zadrżała.- Oczywiście. W takim razie, może mnie oświecicie… Albo ktoś zechce poratować biednego kolegę… Kto rzucił tą kartkę?
Klasa zgodnie milczała.
-No, panie Bradley?- kobieta przeniosła na niego niemalże triumfalne spojrzenie, jakby rzeczywiście stanowiło to jakikolwiek dowód.- Nie ma pan wielkiego poparcia…
-Nie rzuciłem tej kartki- powiedział szatyn.
-Więc może jakimś cudem widziałeś kto to zrobił…?- zakpiła.
Johnny wzruszył ramionami.
-Nie wiem. Doleciała tutaj z tyłu- odparł zgodnie z prawdą.
-Z tyłu!- podchwyciła Bergson, ruszając pomiędzy rzędami ławek.- Świetnie! Któż to siedzi za Bradleyem…? Anderson!- warknęła. Biedny Henry Anderson, który siedział tuż za nimi, chyba dopiero co wybudził się z drzemki i wbił w nią pełne niezrozumienia spojrzenie.- Dobrze… A dalej… Larsen?- rzuciła surowo, spoglądając na Bogu ducha winnego Keitha.
  -To nie był Keith!- zaprotestował natychmiast Johnny z taką mocą, że chyba wszyscy w klasie zaczęli gapić się na niego dziwnie.
-Ach!- Bergson uśmiechnęła się z satysfakcją.- A więc jednak pan!
-Nie, ja…
-Świetnie!- wróciła do jego ławki i zatrzymała się tuż przy niej.- Proszę teraz, abyście wszyscy słuchali z uwagą!- zwracała się teoretycznie do całej klasy, choć patrzyła i mówiła tylko do Johnny’ego.- Bardzo nie lubię, gdy ktoś wtrąca się w nieswoje sprawy i narusza czyjąś prywatność… Moją prywatność szczególnie! Jeśli chcecie wysłuchiwać plotek i bredni, miejcie chociaż na tyle przyzwoitości, by nie dzielić się nimi na MOICH lekcjach!- krzyknęła.
-Ja nie…
 -A może to nie jest moja prywatna sprawa…?- Bergson udała zaskoczoną.- Może to twoja sprawa? Może imię i nazwisko tej dziewczyny to zupełny przypadek i nie miałeś pojęcia, że robisz coś złego…? Czyżbyś znał Madeline Meadows…?
Johnny patrzył na nauczycielkę, z chwili na chwilę coraz bardziej zdezorientowany i zdziwiony.
-No…- potwierdził.
-Znasz Madeline Meadows?- powtórzyła takim tonem, jakby odpowiedź chłopaka ją rozjuszyła. I najwyraźniej tak właśnie było, bo nie czekając na jego słowa, warknęła- Świetnie! Jak dobrze się znacie…?
-No widziałem ją parę razy…
-Widział ją pan! Rzecz jasna! Można zapytać, przy jakiej okazji…?
-Eee… No…- biedny Johnny już naprawdę się pogubił i nie miał bladego pojęcia, o co chodzi tej kobiecie i czego właściwie od niego wymaga.- Rozmawiałem z nią…
 -Rozmawiał pan…- powtórzyła z kwaśną miną zupełnie tak, jak po słowach Benny’ego.- Jasne… Mogłam się domyślić… Chyba wszyscy w tej szkole już ROZMAWIALI z tą panią…- stwierdziła, po czym ostentacyjnie odwróciła się na pięcie, wracając ku tablicy.
Jej wcześniejsze słowa wzbudziły cichy chichot części klasy. Benny również chichrał się, wyraźnie ucieszony. Johnny posłał mu błagalne spojrzenie, bo sam już nie mógł wytrzymać i wreszcie niepohamowanie parsknął śmiechem. I zrobił to chyba w najgorszym momencie ze wszystkich, bo Bergson odwróciła się w jego stronę, absolutnie wściekła.
-Dosyć tego, Bradley. Zostaniesz dzisiaj godzinę po szkole.
-A… Ale dlaczego?!- rzucił bez zrozumienia Johnny, bo natychmiast przestało mu być do śmiechu. Pewnie w normalnych warunkach nie zrobiłoby to na nim jakiegoś szczególnego wrażenia, choć nie był miłośnikiem spędzania wolnego czasu w szkole, ale dzisiaj szczególnie nie zamierzał tego robić. Keith! Keith do niego przychodził! Dzień przed jego wyjazdem! Chciał się nacieszyć jego towarzystwem przed rozłąką! Och Boże, los nie mógł być tak okrutny!
-Ponieważ spóźniłeś się na lekcje, przeszkadzałeś, śmieciłeś i na domiar złego, nie wykazałeś nawet odrobiny skruchy- odparła surowo.- Przepisowo posiedzisz w gabinecie pani pedagog. Na pewno znajdzie dla ciebie jakieś zajęcia albo ja je dla ciebie znajdę, jeśli już jej nie będzie…
-Ale ja nic nie zrobiłem! To nie ja rzuciłem tą karteczkę!
-Jak to nie?- prychnęła Bergson.- Przyznał się pan!
Johnny spojrzał na nią ze zdumieniem i niemalże rozłożył ręce w bezradnym geście.
-Nie przyznałem się!
-Słyszałam na własne uszy. I widziałam na własne oczy, jak to robisz…
-Co też pani najlepszego wygaduje?!- wybuchnął Benny, totalnie zbulwersowany.- Jak mogła pani widzieć i słyszeć coś, czego nie było?!
-Widzę, że wszyscy panowie mają ten sam styl i sposób tłumaczenia się…- skomentowała szorstko.- Miejcie choć trochę klasy!
-To niesprawiedliwe!- Linda wstała nagle z miejsca. Benny umilkł i posłał przyjacielowi sugestywne spojrzenie, po czym obaj zerknęli w tamtym kierunku.- Johnny niczego nie zrobił! Nie może go pani oskarżać bez żadnych podstaw!
-Ten argument też mi coś przypomina… Też chcesz dzisiaj zostać dłużej w szkole?- Bergson uniosła brew w pytającym geście.
Linda wzruszyła ramionami z wyrazem absolutnej niewinności na twarzy.
-Cóż…- zaczęła ostrożnie, przeczesując palcami jasne włosy.- Jeśli zajdzie taka potrzeba… Jeśli Johnny ma ponieść odpowiedzialność za coś, czego nie zrobił, to i ja mogę…
-Nie zrozumiałaś mnie…- Bergson uśmiechnęła się złośliwie.- Nie pytałam czy chcesz dołączyć do Bradleya, bo do niego nie dołączysz…- mina Lindy zrzedła wyraźnie.- Jest cała masa innych sposobów na ukaranie ucznia i odpracowanie jego złego zachowania! Więc jak…?- jasnowłosa westchnęła cicho i usiadła, nie mówiąc już ani słowa.- Mam już serdecznie dosyć ROZMAWIAJĄCYCH uczniów…- zakończyła swój wywód Bergson, odwracając się z powrotem do tablicy.
Johnny był załamany.

 To było tak potwornie i głęboko niesprawiedliwe! Pewnie gdyby zdarzyło mu się to w każdy inny dzień też miałby poczucie krzywdy, w końcu naprawdę nie zrobił nic złego. Owszem, spóźnił się, owszem, gadał, ale nie uczynił nic, na co zwykle pani Bergson nie dawała absolutnego przyzwolenia. I na pewno nie rzucił tej cholernej kartki! Został ukarany nie przez swoje zachowanie, a przez zły humor nauczycielki i to była dla niego najbardziej oczywista rzecz pod słońcem, bo Johnny naprawdę wiedział, kiedy postępuje źle i robi coś niewłaściwego. Ale na domiar złego, to był ten dzień! TEN dzień! Keith wyjeżdżał już jutro. Johnny nie wiedział, jak dużo czasu będą mogli ze sobą spędzić i jeszcze ktoś zamierzał odebrać mu tę CENNĄ godzinę?! To było niewybaczalne! Szatyn był naprawdę zrozpaczony. Benny oczywiście nie mógł mieć pojęcia, co wzbudza w nim aż tak wielki żal, ale w swym buntowniczym nastroju doradził mu, by Johnny poszedł do pedagog i wytłumaczył jej całą sytuację. Johnny z początku nawet zastanawiał się czy tak nie uczynić, ale gdy sobie wyobraził, że najpierw rozmawia z pedagog, wyjaśnia wszystkie szczegóły, później może jeszcze zostanie wysłany do dyrekcji, a nawet jeśli nie, ostatecznie zawołają panią Bergson, on będzie miał przerąbane do końca roku, a ona i tak, znając życie, postawi na swoim i z jednej (choć wciąż cennej!) straconej godziny, zrobi się tych godzin więcej. Naprawdę wolał nie ryzykować. To miał być jego dzień! Jego i Keitha! Och, Boże, dlaczego spotkało go coś tak pechowego?!
  Johnny, chcąc nie chcąc, został więc godzinę po zajęciach. Pani pedagog już nie było, więc Bergson posadziła go w jej gabinecie, dała mu kilka zadań i obwieściła, że wróci za jakieś pół godziny i oczekuje, że te będą już skończone. Szatyn westchnął rozpaczliwie i wzdychał tak jeszcze kilkakrotnie, nie mając potrzeby z niczym się spieszyć. Wreszcie napisał do Benny’ego w jakiej jest sytuacji. Benny odpisał, że zaraz coś załatwi i zapewne napisał do Maicy, a ta, zapewne, do Lindy, bo dziewczyna niespodziewanie i jakże wspaniałomyślnie, wysłała Johnny’emu sms-a z pytaniem, czy aby nie potrzebuje w czymś pomocy. Johnny opisał jej sytuację, wysłał zdjęcia zadań, ona przesłała je którejś ze swoich koleżanek i w bardzo szybkim tempie, odesłała rozwiązania. Szatyn podziękował ładnie, biorąc się za pisanie i jeszcze przez jakiś czas wymieniając z Lindą sms-y. W sumie mógł poprosić o pomoc Keitha, ale naprawdę nie chciał zawracać mu tym głowy. Zresztą, zadzwonił do niego chwilę po tym, jak skończyli lekcje, bo nie mógł go nigdzie złapać. Zapytał, co z popołudniem. Keith powiedział, żeby Johnny dał mu znać, gdy już będzie w domu i on przyjdzie. To trochę podniosło Johnny’ego na duchu. Resztę czasu w gabinecie spędził na graniu w jakąś grę na telefonie i rozmyślaniu. A że zwyczajowo na to drugie czasu za dużo nie miał, myślał teraz bardzo intensywnie. Głównie o Keithie i to były miłe myśli. Później o ich dzisiejszym dniu i to też wydawało mu się miłe. Później myślał o jutrzejszym dniu i był już znacznie mniej entuzjastyczny. Później pomyślał o Keithie na konkursie. I o Ericku. I o Ericku spędzającym z Keithem dużo czasu. O Ericku z jego złośliwym uśmiechem i jak najgorszymi intencjami, chcącym tylko zrobić Johnny’emu na złość. I o Keithie. Keithie, który wszystkiego się dowiaduje. Johnny ledwie mógł usiedzieć na jednym miejscu, gdy o tym myślał. Potwornie się denerwował. Nie rozumiał, z jakiej przyczyny Eric miałby paplać o wyzwaniu. Tego się po prostu nie robiło! Poza tym, przecież by przegrał! Eric nie znosił porażek! I po co w ogóle miałby wyzywać Johnny’ego, skoro chciałby go zwyczajnie zdemaskować? To naprawdę nie miało żadnego sensu! Jego dramatyczne rozmyślania przerwała Bergson, która weszła do gabinetu. Była już chyba w dużo lepszym nastroju, bo tratowała go zupełnie zwyczajnie, zabrała kartkę z rozwiązaniami nawet ich nie sprawdzając i powiedziała, że może już iść do domu.
Było jakoś za dwadzieścia czwarta. Jego klasa skończyła dziś o piętnastej i najpóźniej do tej godziny trwały zresztą wszystkie lekcje. Potem odbywały się już tylko dodatkowe zajęcia, jakieś korepetycje, poprawianie sprawdzianów, spotkania poszczególnych kółek czy treningi. Johnny szedł opustoszałym korytarzem w kierunku swojej szafki. Otworzył ją i schował podręczniki, zabrał część swoich rzeczy. Nie zdążył jej jeszcze zamknąć gdy zobaczył, jak zza rogu wyłania się Eric. Chłopak szedł prosto przed siebie, wgapiony w swój telefon, zapewne pisał sms-a i nawet nie zwrócił uwagi na szatyna, dopóki ten nie zatrzasnął głośno szafki. Eric odwrócił na moment głowę w jego stronę. Nie przywitał się z szatynem i właściwie w ogóle potraktował go jak powietrze. Johnny zamierzał odwdzięczyć mu się dokładnie tym samym, ale po chwili coś go tknęło.
-Eric!- rzucił głośno.
Chłopak zatrzymał się i odwrócił powoli w jego kierunku. Z wyrazem znudzenia na twarzy, wsunął telefon do kieszeni dżinsów i uniósł pytająco brew, wpatrując się w Johnny’ego bez najmniejszych emocji.
-Czego chcesz, Bradley?
-Raczej czego ty chcesz?- Johnny spojrzał na niego z uwagą.- Po co kręcisz się dookoła Keitha? Nie możesz przeszkadzać mi w wyzwaniu! To wbrew regułom!
Eric uśmiechnął się paskudnie.
-Przecież obaj wiemy, że nie o to ci chodzi…
Johnny’ego dosłownie na moment zamurowało, gdy usłyszał te słowa.
-Nie rozumiem…- bąknął w końcu.
Blondyn prychnął głośno.
 -Nie zgrywaj bardziej tępego niż w rzeczywistości jesteś i bez tego przekraczasz wszelkie dopuszczalne normy…
-Po prostu odczep się od Keitha- rzucił Johnny, chcąc brzmieć stanowczo, ale wyszło raczej jak prośba.
-Nie zamierzam- odparł jednak Eric, po raz kolejny kompletnie go zdumiewając.
-Co to niby znaczy…?- zapytał szatyn, poważnie zaniepokojony.
-Nie wiem, Bradley…- blondyn wzruszył ramionami z udawaną obojętnością.- Ale chyba za bardzo ci zależy, nie sądzisz…? Lepiej mnie nie prowokuj, bo bardzo chętnie z tego skorzystam…
Johnny nie miał pojęcia, co w niego wstąpiło. Słowa Erica zdenerwowały go tak bardzo, że właściwie nim sam zdążył się zorientować, chwycił go za poły koszuli, szarpnął i przycisnął plecami do szafki. Blondyn również był zaskoczony, ale szybko opanował się i powiedział drwiąco:
-Auć! Ale zrobiłeś się agresywny, Bradley, kto by pomyślał! Dobrze ci radzę, zabieraj ręce…- warknął ostrzegawczo.
Johnny puścił go. Eric poprawił koszulę.
-Dlaczego mieszasz się do spraw Benny’ego i Maicy?- zapytał Johnny.
Chłopak nie zareagował na jego słowa. Jak gdyby nigdy nic, wyminął szatyna i poszedł przed siebie.
-Dlaczego okłamujesz ich oboje?!- zawołał za nim Johnny, nie dając za wygraną.- Chcesz żeby się rozstali, ale po co?! Po co miałbyś to robić najlepszemu przyjacielowi?!
-Skończ z tymi bredniami, Bradley- uciął Eric, nie zatrzymując się.
 -… Ach… No tak…- rzucił nagle Johnny celowo, chcąc po prostu zwrócić uwagę blondyna.- To przecież oczywiste…
Udało mu się. Eric przystanął na moment jak wryty, po czym odwrócił się w jego stronę.
-Podoba ci się, tak…?- zapytał prowokująco Johnny. Widział, chyba po raz pierwszy w życiu, jak na twarzy Erica pojawia się wyraz przerażenia i obawy.- Maicy? Zakochałeś się w dziewczynie najlepszego kumpla i teraz robisz wszystko, żeby ich rozdzielić… Nie masz na to szans. Oni się kochają.
-Przymknij się, Bradley- warknął gniewnie Eric.
-Chyba za bardzo ci zależy…
-Powiedziałem, przymknij się!- krzyknął blondyn. Johnny był zaskoczony jego reakcją, ale nie dał tego po sobie poznać. Eric ruszył z powrotem w jego kierunku z zaciętą miną.- Nie jestem w niej zakochany! Nie jestem zakochany w nikim! Powtarzałeś mu te swoje brednie…?
-Nie- odpowiedział zgodnie z prawdą Johnny.
-I lepiej tego nie rób. Dobrze ci radzę…- wycedził przez żeby jasnowłosy, wyraźnie wytrącony z równowagi. Widok Erica w takim stanie… To naprawdę była rzadkość. Johnny domyślał się, że coś jest na rzeczy i był już niemal pewien, że nie pomylił się w swoim osądzie.- Jeśli usłyszę, że w ogóle o tym wspominasz… Po prostu zejdź mi z oczu!
-Nie boję się ciebie- odparł stanowczo szatyn.- Grozisz mi, ale sam masz nieczyste sumienie. Jeśli zrobisz mi lub Keithowi jakieś świństwo, odwdzięczę ci się dokładnie tym samym…
-O czym ty mówisz…?- Eric podszedł do niego jeszcze bliżej.
Johnny właściwie nie miał pojęcia. Nie miał też żadnego konkretnego planu. Widział po prostu, że jego słowa robią na jasnowłosym duże wrażenie i poważnie go niepokoją, nie zamierzał więc odpuścić.
-Cała szkoła się dowie- wymyślił na poczekaniu.- Benny i Maicy również. Będzie ci tak głupio, jak jeszcze nigdy w życiu. Ciekawe, co Benny powie na…
 Oberwał. Nim zdążył się zorientować, nim zdążył w ogóle dostrzec, że dłoń Erica zaciska się w pięść, że ten bierze zamach i z całych sił uderza prosto w jego twarz. Johnny zachwiał się na nogach, cofając o kilka kroków i natrafiając plecami na szafkę. Czuł pulsujący ból w okolicach kości policzkowej i oka. Reakcja blondyna kompletnie go zaskoczyła, ale gdy zaraz na niego spojrzał, przestał dziwić się czemukolwiek. Eric wprost kipiał z gniewu. Ruszył ponownie w jego stronę i zamachnął się raz jeszcze. Tym razem jednak, Johnny był szybszy. Zrobił unik i pięść Erica uderzyła w szafkę. Blondyn syknął z bólu i nie zdążył uchronić się przed ciosem szatyna, który odwdzięczył mu się pięknym za nadobne i również przywalił mu w twarz. Erica na moment zamroczyło, ale zaraz rzucił się na chłopaka, przewracając go na ziemię. Tarzali się na niej obaj, usiłując zrzucić się nawzajem i uderzyć. Johnny chwycił Erica za nadgarstek, wykręcając mu dłoń, by ten go puścił. Usłyszał bolesny jęk bólu, ale blondyn zaraz odwdzięczył mu się równie bolesnym kopniakiem w brzuch, choć Johnny’emu zdawało się, że celował nieco niżej… Przetoczył się z jasnowłosym, przyciskając go do podłogi i usiłując wstać, ale Eric nie dał mu takiej możliwości, trzymając go mocno za poły koszuli. Rozdarł mu jeden z rękawów. Zaraz znowu przewracali się z boku na bok, w nieustającej szarpaninie.
-Co tu się wyrabia…?!- Johnny usłyszał kobiecy, bardzo znajomy i jeszcze bardziej oburzony głos, ale w pierwszej chwili nie zareagował, akurat przygniatany do posadzki przez Erica.- Nie mogę w to uwierzyć! Bradley! Panie Smith! Proszę się natychmiast opanować!- krzyknęła pani Stevens.
  Eric znieruchomiał. Johnny również. Puścił chłopaka i pozwolił mu się podnieść. On również wstał z cichym jęknięciem, czując ból brzucha i twarzy. Zerknął na Erica. Nie bez satysfakcji dostrzegł, że jeden z jego policzków robi się coraz bardziej siny i chyba zaczyna puchnąć. Satysfakcja jednak szybko ustąpiła, gdy pomyślał sobie, że musi wyglądać równie beznadziejnie.
-Za mną!- zakomenderowała surowo Stevens.- Natychmiast!
Ruszyła przodem. Nie mając zbytniego wyboru, powlekli się za nią, wciąż spoglądając na siebie wilkiem. Weszli do jednej z klas.
-Siadać!- rozkazała.
Usiedli obaj we wskazanej przez nią ławce, nie mówiąc ani słowa.
 -Po prostu nie mogę uwierzyć w to, czego byłam światkiem!- warknęła, spoglądając na nich potępiająco.- Mogłabym się tego spodziewać po każdym, ale nie po was!- Johnny zdziwił się nieco. Sądził, ze akurat po nim pani Stevens spodziewała się wszystkiego co najgorsze, ale najwyraźniej się pomylił.- Chyba nie zdajecie sobie sprawy z tego, w jak poważnych kłopotach się znajdujecie! Bójki na terenie naszej szkoły są surowo zakazane, traktowane bardzo poważnie i równie poważnie karane! Sądziłam, że dorośli mężczyźni jak wy, wiedzą już, ze można załatwiać swoje problemy w inny sposób, ale jak widać się myliłam! Nie ma żadnego wytłumaczenia dla podobnego zachowania! Rozumiecie, jakie mogą być jego konsekwencje?! Pomijając już to, co powinno być dla was najważniejsze, czyli, że możecie sobie niechcący wyrządzić poważną krzywdę, mogą was czekać różnego rodzaju sankcje!
Żaden z nich nie bardzo wiedział, co ma powiedzieć. Eric sprawiał wrażenie bardzo niezadowolonego. Nie dość, że dał się ponieść emocjom, co nie zdarzało mu się często, to jeszcze naraził się nauczycielce, która wyraźnie darzyła go sympatią. Johnny był raczej zaniepokojony. Słowa Stevens go martwiły. Fakt, że tracił kolejne cenne minuty – również.
Stevens odetchnęła, uspokajając się nieco.
-Macie dużo szczęścia, że to ja was znalazłam…- obwieściła, wciąż łypiąc na nich surowo.- Naprawdę dużo szczęścia! Moim obowiązkiem jest zgłosić takie zajście dyrekcji i pedagogowi. Pani pedagog dziś już nie ma, a jedyne, co mnie powstrzymuje przed tym, żeby wysłać was obu na dywanik jest to, że jutro wyjeżdża pan na konkurs, panie Smith…- zwróciła się do Erica.- I naprawdę nie chcę, żeby szkolna reprezentacja została pomniejszona o jednego z uczestników tylko dlatego, że zachował się pan jak kompletny kretyn! Obaj się tak zachowaliście!- ofuknęła ich znowu.- Nie chcę słyszeć już żadnych tłumaczeń!- dodała stanowczo. Żaden z nich zresztą nie przejawiał szczególnej chęci do takowych.- Jeśli któryś z was źle się czuje, powinniście sprawdzić, czy jest jeszcze pielęgniarka… Pielęgniarz… Aczkolwiek sądzę, że skończył już pracę. Nie życzę sobie już więcej żadnych takich ekscesów! Jeszcze jeden taki wybryk, a obiecuję wam solennie, że nie tylko zostaniecie zawieszeni, a obaj, przez dwa tygodnie, będziecie zamiatać szkolne podwórze w ramach kary! Możecie odejść!
Obaj natychmiast podnieśli się z miejsca.
-Gdzie…!- skarciła ich znów Stevens.- Niech pan siada, panie Bradley…- zwróciła się do Johnny’ego, spoglądając na niego dość łaskawie i jakoś litościwie. Naprawdę musiał wyglądać kiepsko. Samo „panie” już go w tym upewniło.- Poczeka pan dziesięć minut i ochłonie. Panie Smith, proszę iść do domu, na trening, czy gdzie tam miał pan iść. I raz jeszcze powtarzam: nie chcę żadnych kolejnych bójek!
Eric skinął głową, przeprosił cicho i wyszedł z pomieszczenia.
-Pani Stevens…- zaczął błagalnie Johnny.- Mógłbym już iść? Naprawdę bardzo się spieszę i…
-Dziwne, zdawało mi się, że nie spieszyło się panu specjalnie, gdy okładał się pan z panem Smithem- odparła chłodno nauczycielka.
Johnny westchnął rozpaczliwie.
Życie było takie niesprawiedliwe!

 Johnny wrócił do mieszkania. Pierwszym, co zrobił, było napisanie do Keitha sms-a, że już wrócił i żeby chłopak przyszedł najszybciej, jak będzie w stanie. Później pognał od razu do łazienki i przejrzał się w lustrze, nie mogąc powstrzymać pełnego zgrozy jęku na widok swojej twarzy. Lewa kość policzkowa była opuchnięta tak mocno, że oko Johnny’ego wydawało się śmiesznie małe i zupełnie nieproporcjonalne do drugiego. Chłopak oglądał się przez chwilę z wyraźną desperacją. Prawdopodobnie gdyby miał się spotykać z kimkolwiek innym, już głowiłby się nad tym, czy aby na pewno iść, a co jeszcze prawdopodobniejsze, ostatecznie odwołałby spotkanie, nie chcąc się nikomu pokazywać w tak potwornym stanie. Ale Keith był chyba jedyną osobą, nie licząc Benny’ego i Carla, przy której czuł się swobodnie i pewnie, nawet bez zwyczajowej doskonałości. Nie miał zresztą czasu użalać się nad swoją zranioną urodą zbyt długo. Spodziewał się, a raczej miał nadzieję, że Keith niedługo przyjdzie, a on był kompletnie nieprzygotowany. Wszedł pod prysznic, przebrał się w inne ubrania i z dużym żalem wyrzucił niedawno kupioną, rozdartą, w sposób perfidny i graniczący niemal z okrucieństwem, koszulę. Doprowadził się do jako takiego porządku, po czym owinął lód w ściereczkę i przykładał ją do swojej rany, dopóki nie usłyszał dzwonka do drzwi. Rzucił wszystko i podbiegł do nich prędko, otwierając.
-Cześć, przyszedłem tak szybko, jak tylko mogłem…- zaczął Keith, bardzo zachrypniętym głosem. Johnny już wcześniej, gdy do niego dzwonił, słyszał, że chłopak mówi jakoś dziwnie.- I tak przy okazji, chciałem…- brunet urwał nagle, najwyraźniej dopiero w tym momencie przyjrzawszy się twarzy szatyna z większą uwagą.- Rany…- mruknął, marszcząc brwi.- Co ci się stało…?
-Nic takiego- odpowiedział Johnny, starając się brzmieć swobodnie.
-Wyglądasz okropnie…- powiedział Keith i zauważywszy, jak mina Johnny’ego zrzedła wyraźnie, dodał prędko- Znaczy, nie ty, tylko… No… Gdzie się tak załatwiłeś, co?
-Ja… Spadłem ze schodów.
Szatyn wymyślił to kłamstwo na poczekaniu, bo też nic innego nie przychodziło mu aktualnie do głowy, a wcześniej nawet nie zastanawiał się, jak to wytłumaczyć. Wiedział jedno. Na pewno nie mógł powiedzieć Keithowi o swojej bójce z Erickiem. Ciemnowłosy i tak był już mocno wrażliwy na ich relacje i po tak zwanej „scenie zazdrości”, jaką Johnny mu zrobił, coraz częściej dopytywał o to i owo… Johnny nie chciał się w żaden sposób zdradzić, a pytania o powód ich sprzeczki i bójki, mogłyby tylko doprowadzić go do kolejnych kiepskich wykrętów i sprawić, że Keith zacząłby się czegoś domyślać.
-O. To przykre.
Johnny dopiero teraz dostrzegł, że Keith ma przewieszony przez ramię plecak. Przyjrzał mu się badawczo. W końcu chłopak nie wracał ze szkoły, na pewno był już w domu. Dopiero po chwili zrozumiał, co to oznaczało. Szeroki uśmiech wstąpił na jego wargi.
-Zostajesz dziś na noc?!- zapytał, autentycznie uradowany.
 -Tak…- odpowiedział Keith bardzo ostrożnie, po czym zakasłał charcząco. Johnny klasnął w dłonie i objął ciemnowłosego jedną ręką, wciągając go jednocześnie do mieszkania, drugą natomiast zamknął za nim drzwi.- Ale muszę wstać jutro bardzo wcześnie…- zaznaczył stanowczo ciemnowłosy, pozwalając szatynowi objąć się ciaśniej. Ledwie udało mu się zrzucić z siebie buty, nim Johnny wciągnął go do salonu.- A co za tym idzie, muszę wcześnie się położyć- dodał znacząco.- I…- szatyn zatrzymał się na środku, pokoju, wciąż trzymając chłopaka w ramionach i nachylił się w jego kierunku, mając zamiar go pocałować.- Nie chcesz tego robić…- stwierdził Keith, odchylając się do tyłu.
-Nie?- parsknął z rozbawieniem Johnny.- Dlaczego?
-Jestem chory- uświadomił go ciemnowłosy, unosząc brew.- Nie słyszysz…?
-Słyszę, ale i tak chcę to zrobić- odparł szatyn, któremu ten fakt absolutnie nie przeszkadzał. Znowu przyciągnął do siebie chłopaka, ale ten wyplątał się z jego uścisku i pokręcił głową.
-Oszalałeś? Chcesz zachorować?
-Mam doskonałą odporność…- zaśmiał się Johnny, znowu obejmując Keitha.
-Nie. Nie masz. Mówię serio, Johnny, może to zwykłe przeziębienie, ale na pewno nie należy do przyjemnych… Całowanie chorego też do przyjemności nie należy…
-Keith… Uwielbiam cię zdrowego czy chorego, właściwie uwielbiam cię zawsze- odpowiedział szczerze szatyn, zahaczając palcami o szlufki od spodni chłopaka i ciągnąc go w kierunku kanapy.
-Nie wątpię…- odmruknął Keith.- Ale nie zawsze musisz mnie całować…
Johnny opadł na mebel, ściągając sobie ciemnowłosego na kolana.
-Zawsze.
 Uśmiechnął się szeroko i tym razem, już nie wdając się w dyskusje, i nie dając Keithowi zbytnich możliwości do wycofania się czy protestu, wpił się w jego wargi. Brunet mruknął coś niechętnie wprost w jego usta i przez moment wyraźnie starał się pozostać biernym, ale nie wytrzymał długo i zaraz odpowiedział na pocałunek. Johnny był bardzo zadowolony, jednak ciemnowłosy szybko przerwał, cofając się do samego oparcia kanapy.
-Widzisz?- szatyn zaśmiał się ciepło.- Jak mógłbym się bez tego obejść?
-Bez zgrai zarazków…?- Keith uniósł brew w pobłażliwym wyrazie.- Pewnie doskonale, ale to w końcu takie romantyczne…
Johnny parsknął śmiechem. Nachylił się w jego kierunku i cmoknął go w nos, po czym wstał z kanapy i ruszył do jednej z szafek. Wyjął z niej koc i rzucił go Keithowi.
 -Masz. Nakryj się- powiedział do nieco zaskoczonego chłopaka. Brunet nie zastanawiał się długo i szybko rzeczywiście to zrobił. W mieszkaniu nie było chłodno, bo Johnny jeszcze przed jego przyjściem zdążył uruchomić grzejnik, a Keith chyba nie miał gorączki, ale i tak było lepiej, żeby się trochę wygrzał.- Zrobię herbaty- oznajmił wesoło Johnny nauczony doświadczeniem, by nie dopytywać swojego gościa o preferencje w kwestii napoju.
Przeszedł do kuchni i włączył czajnik, wyjmując dwa kubki.
-Spadłeś ze schodów w szkole czy gdzieś indziej?- dopytał go Keith z pokoju, tak zachrypniętym głosem, że Johnny dopiero po chwili zrozumiał pytanie.
-Eee… Ehm… Eee…- zastanawiał się, szukając puszki z herbatą. Znalazł ją i wyjął dwie torebki, po czym wrzucił do kubków. Nie żeby odpowiedź była aż tak skomplikowana, przynajmniej z pozoru, ale Johnny musiał rozważyć, czy aby na pewno, wybierając jedną z możliwości, nie sprowokuje dalszych pytań, przy których mógłby się zdradzić. Ostatecznie uznał, że lepiej było się trzymać wersji przynajmniej trochę zbliżonej do prawdy. No dobrze. Leżącej jakiś kilometr od niej, ale i tak bliżej niż wersje pozostałe.- W szkole.
-Gdzie?
-Na tych schodach koło klasy od matmy… Akurat gdy schodziłem z pierwszego piętra.
-Masz szczęście, że nie poobijałeś się gorzej. Ktoś ci pomógł?
-Eee… Nie, byłem całkiem sam- odparł Johnny i zalał herbaty, po czym wrócił z powrotem do salonu i korzystając z dogodnej chwili, zmienił temat.- Lepiej powiedz, kiedy ty się tak załatwiłeś.
-Wczoraj- Keith wzruszył ramionami. Johnny postawił na stole oba kubki i usiadł przy ciemnowłosym.- Właściwie niedługo po tym, gdy wyszedłem od ciebie…- dodał, uśmiechając się lekko.- Widać źle na mnie działasz…
-O nie!- zaprotestował szatyn, uśmiechając się szeroko.- Źle na ciebie działa rozłąka ze mną!
-Zawsze wszystko umiesz wytłumaczyć na swoją korzyść, co…?
 Johnny zaśmiał się wesoło. Zbliżył się do Keitha, chcąc się do niego przytulić. Brunet akurat wychylił się, sięgając po herbatę i uderzył szatyna w brzuch, niefortunnie akurat w to miejsce, w które wcześniej kopnął go Eric. Chłopak jęknął głucho. Ciemnowłosy zamarł, przenosząc na niego zdumione spojrzenie. Koszulka Johnny’ego akurat się podwinęła i Keith bez problemu dostrzegł znajdujący się trochę ponad nerką chłopaka, siniec.
-A jednak się poobijałeś…- powiedział Keith, patrząc na niego z niepokojem.- Byłeś u pielęgniarki?
-Nie. Zresztą, to nic takiego… Wcale nie boli- zapewnił ciemnowłosego, nie protestując jednak, gdy ten sięgnął w tamtym kierunku. Gdy jednak palce Keitha znalazły się w pobliżu sinego miejsca, Johnny syknął ponownie, a brunet wycofał się szybko.- To znaczy… Nie boli, gdy nie dotykam- sprecyzował.
-Przepraszam.
-W porządku- Johnny uśmiechnął się raz jeszcze, po czym objął Keitha ramieniem.
-Bergson dała ci nieźle popalić, co…?- chłopak spojrzał na niego.
-Naprawdę nie rzuciłem tej kartki- powiedział Johnny, wciąż żyjąc w poczuciu głębokiej niesprawiedliwości targającej jego idealnym światem.
-Wiem. Jakaś dziewczyna z bocznego rzędu, z tyłu, chciała ją rzucić do koleżanki…
-Wiesz w ogóle, w czym rzecz?- zainteresował się szatyn.
-Z Madeline Meadows…?- dopytał Keith, po czym skinął głową.- No tak. Chyba wszyscy wiedzą.
-Nawet ty…?- Johnny był szczerze zdumiony. On nie miał pojęcia.
-Cała szkoła o tym gada.
-Ja nie wiedziałem.
-Może masz ten komfort, że nie musisz tego słuchać- zachichotał brunet.
Johnny przytulił go do siebie mocniej i musnął wargami jego policzek. Zastanawiał się nad czymś przez długą chwilę, z bardzo skupioną miną, po czym wypalił nagle:
-Keith, jesteś chory, nie…?
Ciemnowłosy spojrzał na niego pobłażliwie.
-Nie- rzucił ironicznie.- Chrypię i kaszlę ot tak, dla lepszej rozrywki- skwitował, po czym sięgnął po kubek z herbatą, by zaraz powrócić do uścisku chłopaka.
Johnny zaśmiał się lekko.
-No tak… Ale skoro jesteś chory… Może nie powinieneś jechać na ten konkurs?- zagadnął ostrożnie.
Brunet posłał mu ostre spojrzenie.
-No bo wiesz…- wytłumaczył się natychmiast Johnny.- Dzisiaj czujesz się całkiem dobrze, ale jutro…
-Nie zaczynaj…
-Po prostu uważam, że zdrowie jest najważniejsze i jeśli…
-Johnny…
-… jeśli by się okazało, że czujesz się napraaawdę bardzo źle, to mógłbyś nie jechać i ten weekend spędzilibyśmy razem.- Johnny zakończył swoją myśl niemal kuszącym uśmiechem. Czyż takie rozwiązanie nie byłoby korzystne dla wszystkich? Keith by nie pojechał. Eric nic by mu nie nagadał. Johnny miałby chłopaka przy sobie i nie musiałby się niczym martwić, bo pewnie kolejny taki wyjazd nie zdarzyłby się prędko.
Keith westchnął jedynie ciężko i pokręcił głową.
-Nie ma mowy- stwierdził kategorycznie.
Johnny westchnął nieszczęśliwie.
Nie wiedział, czy jego dzisiejsza… eee… rozmowa… z Erickiem odniosła taki skutek, jakiego oczekiwał. Nie wiedział, czy rzeczywiście mogła powstrzymać go przed powiedzeniem prawdy Keithowi, czy wprost przeciwnie, rozjuszy go i do tego sprowokuje.
A tak w ogóle…
W ogóle, to zupełnie nie miał pojęcia, czego Eric właściwie chce i co zamierza zrobić.
Właściwie to w obliczu jego pokręconych i dziwacznych postępków, Johnny był zupełnie bezradny.

Położyli się około dwudziestej, a teraz było niewiele przed pierwszą, ale i tak żaden z nich nie spał. Johnny w ogóle nie czuł się zmęczony. Kiedy rozmawiał z Keithem i zajmował się tym, czym zwykle się zajmowali, nie miał czasu na rozmyślanie o czymkolwiek, nawet o dzisiejszym zajściu z Erickiem. Teraz jednak, jego myśli koncentrowały się na tym temacie. Twarz bolała go w miejscu, w którym znajdowała się opuchlizna. Zastanawiał się nad tym, co będzie jutro. Czuł się już nawet nie tyle zestresowany, co zupełnie przerażony. Był kompletnie rozdarty. Najpierw żartował z Keithem, śmiał się, snuł plany, co do tego, co będą robić po jego powrocie, informował, że będzie do niego dzwonił… A zaraz później, zaczynał poważnie pytać samego siebie, czy Keith jeszcze w ogóle będzie chciał z nim rozmawiać, jeśli Eric wcieli swoje groźby w życie.
Ciemnowłosy również nie spał. Johnny obejmował go ramieniem i czuł, jak ten od czasu do czasu, przewraca się z boku na bok i zmienia ułożenie, chcąc znaleźć dla siebie wygodniejszą pozycję, najwyraźniej bezskutecznie. Szatyn przysunął się do niego bliżej. Wtulił się w jego plecy, po czym musnąwszy wargami kark bruneta, zapytał cicho:
-Dlaczego nie śpisz?
-Mam zatkany nos…- odpowiedział Keith, jeszcze bardziej zachrypniętym głosem niż wtedy, gdy stanął w drzwiach szatyna.- Trudno mi się oddycha.
-Podać ci chusteczki?
-Nie. Już zmarnowałem całą paczkę.
-Mogę zejść na dół i przynieść ci kolejną…- odparł Johnny, tłumiąc ziewnięcie.
-Nie, w porządku.
-Myślałem, że stresujesz się jutrem…- zaśmiał się cicho chłopak, przymykając powieki i składając jeszcze kilka pocałunków na ramionach ciemnowłosego.
-Nie ma się czym stresować- powiedział Keith.
-Żartujesz…? Gdybym to ja jechał na taki konkurs, stresowałbym się jak diabli…
-Nie ma w tym nic trudnego. Tylko siadasz i piszesz…- brunet rzeczywiście nie sprawiał wrażenia zdenerwowanego.- Jest jeszcze debata, ale nie każdy musi brać w niej udział. Ja nigdy tego nie robię. Za to twój kolega…
-Hm?- przerwał mu Johnny, z początku nie bardzo wiedząc, o kim mowa.
-Eric- wyjaśnił Keith.- On zawsze dużo się udziela.
-Straszny dupek z niego…- westchnął szatyn, niemal odruchowo sięgając jedną dłonią do twarzy i muskając opuszkami palców opuchliznę, która nie ustąpiła do wieczora, a wprost przeciwnie, powiększyła się jeszcze. Szczerze mówiąc, nie spodziewał się, że Erica stać na coś takiego. Naprawdę nie bywał dotąd agresywny. Złośliwy, chamski, czasem wręcz okrutny i podły, ale nie licząc tego tak zwanego „wypadku” na sali gimnastycznej, gdy przyłożył Benny’emu, nie wdawał się w żadne bójki czy przepychanki.
-Tak… Wiem już, że go nie lubisz…- zaśmiał się cicho Keith.
-To nie tak!- zaprotestował Johnny.- Kiedyś go lubiłem. Naprawdę. Chociaż on nigdy za mną nie przepadał. Mówiłem ci zresztą. Ale naprawdę się zmienił. I zupełnie nie wiem, kiedy zaczęło mu tak strasznie odwalać.
-Za to ja wiem, kiedy przestałeś go lubić… Gdy porozmawiał ze mną na imprezie…- mruknął w odpowiedzi ciemnowłosy.
Johnny speszył się nieco.
-Nie… To nie to… Po prostu on miesza się w nie swoje sprawy… No wiesz, Maicy i Benny… Nie powinien tego robić. Tak nie postępują przyjaciele. Mogę zrozumieć jego zachowanie w stosunku do mnie… Choć i tak ostro przesadza…- burknął i dziś rzeczywiście mógł stwierdzić to z całą odpowiedzialnością.- … ale on i Benny naprawdę dobrze się dogadywali. Nadal się dogadują. Po co robi coś tak głupiego? Nie widzę w tym sensu.
-Nie wiem- odpowiedział szczerze Keith.
Johnny również nie wiedział. Mógł się tyko domyślać. Eric zakochany w Maicy… Zastanawiał się nad tym już parę razy. Brunet również mu to sugerował, gdy o tym rozmawiali, a jednak… Szatyn sam nie wiedział. Przecież bywali czasem gdzieś razem, całą grupą, oni we czwórkę i dziewczyny. Eric nie zachowywał się względem niej jakoś szczególnie. Właściwie zachowywał się jak wobec całej reszty. Przez większość czasu był obojętny, ale nie skąpił jej złośliwych i kpiących uwag, gdy powiedziała czy zrobiła coś, co akurat mu się nie podobało. Chociaż… Johnny zastanowił się nad tym dobrze. Miał wrażenie, że Eric był wobec Maicy troszkę mniej obojętny niż wobec innych… Częściej pozwalał sobie na bezczelne docinki, czasem nawet bez szczególnego powodu, ot tak. Teoretycznie również nie wskazywałoby to na jego wzmożone zainteresowanie dziewczyną, ale z drugiej strony… To w końcu Eric. Może właśnie w taki sposób objawiała się jego sympatia.
Chociaż, gdyby przyjąć taki tok rozumowania, to Johnny’ego musiał uwielbiać! Zwłaszcza, po ich dzisiejszej bójce.
-Wiesz…- zaczął nagle Keith, odkaszlnąwszy kilkukrotnie, jakby starał się pozbyć ucisku z gardła.- Pomyślałem sobie, że gdy wrócę… To… Hm… Moglibyśmy spróbować… Wiesz… Wiesz- dokończył znacząco.
Johnny wyszczerzył się niepohamowanie. Przewrócił chłopaka na plecy i zawisł nad nim, nie przestając się uśmiechać.
-Wiem…- odparł figlarne, nachylając się nad nim i muskając jego wargi.
-Jak wrócę- powtórzył stanowczo Keith.- Nie teraz…
-Ale skoro już nie śpimy…
-Johnny!
Szatyn parsknął niepohamowanym śmiechem, opadając z powrotem na pościel i ściskając ciemnowłosego w ramionach. Kochany Keith! Zawsze dawał się nabierać i tak rozkosznie się peszył, gdy schodzili na te tematy… Johnny niesamowicie cieszył się każdą chwilą spędzoną w jego towarzystwie. I na razie nie wiedział jeszcze, jak przetrzyma ten szalenie długi weekend, jaki mu się szykował pod nieobecność chłopaka.
Miał jedynie nadzieję, że po weekendzie wszystko wróci do normy.
I że Eric nie zechce wywrócić jego życia do góry nogami.

16 komentarzy:

  1. Anonimowy12:40 PM

    Droga Silencio piszesz świetnie -na tak to mało powiedziane. Przeczytałam wszystko co tej pory znajduje się na blogu. Długość twoich tekstów jest chyba jednym z najbardziej intrygujących elementów. Opowiadania nie są kolosalne, ale czytając je można się wczuć, nie przerywając wątku, za względu na za krótką treść. Ciekawi mnie też fakt jakim cudem udało ci się stworzyć oddzielne rubryki do każdego opowiadania? Ja u siebie próbuje, ale na próbach się kończy. Proszę o poradę i z góry dziękuję.
    [Zooy]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prostu dodałam je jako linki :).

      Usuń
    2. Anonimowy6:38 PM

      dzięki śliczne za odpowiedz poradziłam sobie przed twym komentarzem ha! A teraz zwijam się z tęsknoty za następnym rozdziałem

      Usuń
  2. Rozdział świetny <3
    Uwielbiam Keitha i jego nieśmiałość. Johnny miał przekichane. On nie rzucił tej kartki!! Przyjaciele dalej chcą go zeswatać z Lindą, oczywiście im się to nie uda xD Bójka z Ericem? Kurczę. Zaczynam się bać, że on coś powie Keithowi, albo jakoś namiesza i Johnny sam się wygada >.<
    Benny i Maicy są świetną parą. Nie wiem czemu ale lubię o nich czytać ^-^ Nadal sądzę, że dziewczyna jest w ciąży.. Chociaż. A może ona usunęła? Kurczę i o to mogliby się pokłócić, no nie wiem (ah te moje podejrzenia xD)
    Eric nie kocham Maicy. Sądzę, że czuje coś do Bennego. Przecież to widać, że dziewczyny go nie interesują. Więc jest gejem albo aseksualny..
    Zastanawiam się co będzie dalej <3
    Nie chcę już więcej wykładać swoich teorii, ponieważ - znając Ciebie - będą one błędne x3

    A znalazłam jeden błąd ,,wycedził przez żeby jasnowłosy, wyraźnie wytrącony z równowagi" powinno być chyba ,,przez zęby" ^^


    Pozdrawiam i życzę dużo weny ♥

    OdpowiedzUsuń
  3. Cieszę się, że w końcu jest Wyzwanie. : D Współczuje Johnnemu. W sumie to on sam siebie pogrąża, brnąc w kolejne kłamstwa. Dlatego lepiej mówić prawdę. ^^ Mam nadzieję, że Eric się nie wygada Kaithowi. Dręczy mnie to, dlaczego Eric taki jest. Oby nic złego się nie stało. Życzę weny. :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Mówiłam już, że kocham to opowiadanie? A teraz się strasznie niecierpliwie i jestem ciekawa, co będzie po powrocie Keitha... U Ciebie jest wszystko możliwe. Umiesz wprowadzać dramatyczny nastrój do swoich opowiadań ,__,

    OdpowiedzUsuń
  5. Przy ostatnich rozdziałach dopadła mnie ta (z początku) niechciana sympatia do Erica. Przyznaję, że nie znikła - wciąż jest i ma się dobrze. Co rusz wydaje mi się, że wszystko staje się coraz jaśniejsze, może nawet nazbyt. Nawet ta szamotanina mnie nie zniechęciła, w końcu uwielbiam takie charakterki. No ale tak, biedny Johnny. Te jego rozterki czasem mnie bawią, czasem smucą. Pewnie nie jestem gotowa na jako-taką kulminację, moment, w którym słodki Keith wszystkiego się dowiaduje. A może takiego momentu nie będzie? W końcu kto wie, co Ci się w tej główce widzi. Tak czy inaczej opowiadanie odbieram bardzo pozytywnie i, jak zwykle, już nie mogę się doczekać następnego rozdziału.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy10:09 PM

    Na początku myślałem, że Eric kocha się w Maicy, ale... teraz po pewnych przemyśleniach Johnnego i w sumie większego zainteresowanie Bennym przez Erica... rozumiemy się, prawda?

    Arek.

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie mam już wątpliwości, że Eric kocha się w Bennym. Taką mam nadzieję i oby się ona spełniła. Lubię Erica. Jest jaki jest, ale zapewne ma powody by taki być. Coś czuję, że to wyzwanie miało na celu odsunięcie Johnnyego od Bennyego, aby Benny więcej czasu spędzał z Ericiem. Eric jak kochasz Bennyego to zdobądź go. Macy niech spada na drzewo wraz z przyjaciółkami. :DD
    Pobili się dwa koguty i tak naprawdę chyba sami nie do końca wiedzą o co. Owszem Johnny boi się, że Eric powie prawdę Keithowi, ale powinni być rozsądni. W sumie kto się czubi ten się lubi. Już widzę jak przeszywają mnie ostrym wzrokiem. Taa, już oni się polubią. Chociaż nie jest powiedziane, że tak nie będzie.
    TAAAAAAK. Keith i Johnny jak ten pierwszy nie dowie się prawdy, będą się kochać, nie tylko robić robótki ręczne. Nie mogę się tego doczekać. :DD
    Weny, kochana.

    Ps. Edmunda na razie nie czytam. Poczekam, aż będzie więcej rozdziałów i muszę sobie całe to opowiadanie przypomnieć. ^^

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy6:12 AM

    kiedy będzie następny rozdział?

    OdpowiedzUsuń
  9. Jak ja kocham to opowiadanie *__* Mogłabym je czytać i czytać. Aż się zastanawiam czy po maturze nie zacząć od początku xD

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy1:04 AM

    Silencio, chylę czoła! Wyzwanie jest po prostu kapitalne! :) Jeśli ktoś ma co do tego wątpliwości, to niech przeczyta Every me... Ja właśnie wczoraj w nocy skończyłam. To było arcydzieło, moja droga :) Mam nadzieję, że zaglądasz czasem na tamtego bloga, bo zostawiłam Ci tam megadługi komentarz wychwalający Twoją osobę, Twoją twórczość, no i oczywiście Desmonda i Brandona :) Pewnie już o to ludzie pytali, ale czy zamierzasz wydać swoje opowiadania w formie..papierowej?
    Alys

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć :). Tak, czytałam twój komentarz na Every Me, bardzo dziękuję ^^. Póki co, nie mam planów wydawniczych.

      Usuń
  11. Droga Silencio ;3 oświadczam wszem i wobec, że Wyzwanie to moje ulubione opowiadanie... choć to może się zmienić. Dopiero teraz zaczęłam dostrzegać w Twoich to COŚ xd Że w każdym jest główny bohater o jakiejś szczególnej cesze charakteru. Mehę xD Uwielbiam to opowiadanie <3 Kiedy następny rozdział? Nie poznałam się jeszcze na tym, kiedy dodajesz jakie opo xP Ale będę czekać z niecierpliwością :3 Lecę do następnej historii ;3

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy10:22 AM

    I jak tu spać, żyć, myśleć spokojnie? Kiedy Keith wyjechał na weekend tam gdzie będzie Eric? Boże. Jak mi brakowało tych emocji przez cały ten czas, gdy nie mogło mnie tu być!
    Mam niezwykłe szczęście, że jestem jedną z tych tak nielicznych w porównaniu z całym światem osób, które natknęły się na Twoje blogi. Ciebie cały świat winien podziwiać.
    Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału, jak cholera.

    z pozdrowieniami,
    J.
    ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Anonimowy2:33 PM

    O mój boże. Wiem, że to nie jest aktualne opowiadanie i było dodawane dawno temu, ale muszę, m u s z ę skomentować.
    Uwielbiam Erica. Nie wiem dlaczego, ale ja go po prostu uwielbiam. I jestem prawie na 100% pewna, że kocha Benny'ego. No jezu no, to jest takie oczywiste ale jednak nie xD. Pierwszy raz ktokolwiek stworzył postać, której nijak nie potrafię odgadnąć.
    No i.. Johnny i Keith. Mimo, że są uroczy i kochani i o jeny, to jednak... Johnny mnie irytuje. Strasznie. Powinien już dawno był powiedzieć o wyzwaniu Keith'owi(dobrze odmieniłam? xD). Za to Keith - jak dla mnie - bez zarzutów. Cały jest super.

    Wiem, że to mało prawdopodobne, ale prooooszę - wznów to opowiadanie. Ślicznie proszę. Pięknie proszę. Będę przeżywać katusze jak przeczytam ostatni rozdział z myślą, że nie powstaną kolejne.

    Pozdrawiam cieplutko! <3
    /xaafi

    OdpowiedzUsuń