Strony

piątek, 26 kwietnia 2013

26. Prawda [Sunrise]


Trafiłem do szpitala. Miałem złamane żebra, klatka piersiowa bolała mnie przy każdym oddechu, nieco trudno mi się rozmawiało. Oprócz tego, złamana ręka, kilka sporych siniaków i lekkie wstrząśnienie mózgu, które podobno tłumaczyło mój stan absolutnego znużenia, mimo którego nie byłem w stanie zasnąć, mdłości, skołowanie i fakt, że od czasu do czasu miałem wrażenie jakby całe pomieszczenie kręciło się wkoło, choć ten efekt występował coraz rzadziej i powoli ustępował. Ale pomijając to wszystko, czułem się naprawdę dobrze. Właściwie sądziłem nawet, że mógłbym już wrócić do domu. Owszem, niemal godzinny seans wymiotów, który okropnie mnie wycieńczył, rozgrywający się zresztą na oczach mojej najlepszej przyjaciółki, nie należał do najprzyjemniejszych rzeczy, ale…
Tak, Jenna przy mnie była. Wciąż przy mnie była, powinienem chyba stwierdzić, skoro to ona jako pierwsza pojawiła się przy mnie po wybudzeniu w szpitalu i do tej pory, choć był już środek nocy, nie ruszała się z mojej sali ani na krok. Podobno kiedy się rozłączyłem, starała zadzwonić, a gdy nie mogła się ze mną skontaktować i minęło kilkanaście minut nieco się zaniepokoiła i wyszła z domu kierując się w stronę moich bloków. Przeszła niewiele, ale zobaczyła jadącą na sygnale karetkę, coś ją tknęło. Wróciła do domu, odczekała jeszcze chwilę, po czym zadzwoniła do ojca, ten do szpitala i tak właśnie dowiedziała się, że w nim jestem. Oczywiście przyjechała natychmiast. Natychmiast też wezwała policję, choć ta była powiadomiona już w momencie przyjazdu karetki. Zapewne to ona opowiedziała im znaczną część mojej historii z Ricky’m, bo gdy policjanci ze mną rozmawiali, znali już większość zdarzeń i szczegółów. Opowiedziałem im to, co wiedziałem i co zapamiętałem z tamtego zdarzenia. Wyszli. Niedługo później Jenna znowu skontaktowała się ze swoim ojcem, a ten załatwił mi przeniesienie do prywatnej części szpitala i tak wylądowałem w mniejszej sali, ale, dla odmiany, całkiem sam. Było to nieco krępujące, zważywszy, że nie prosiłem przyjaciółki o taką interwencję i nie bardzo też wiedziałem, w jaki sposób miałbym się odwdzięczyć, ale Jenna chyba musiała mieć przynajmniej poczucie, że robi, co tylko może, żebym dobrze się czuł. Tłumaczyłem jej tysiąc razy, że naprawdę jest w porządku. Mogłem to powiedzieć bez chwili wahania, w końcu z takiego pobicia mógłbym wyjść w znacznie gorszym stanie… Albo nie wyjść z niego w ogóle. Lekarze przeprowadzili wszystkie niezbędne badania, nic nie wskazywało na to, bym miał jakiekolwiek poważniejsze obrażenia, ale zostawili mnie na obserwacji. Powtarzałem Jennie, że powinna już iść do domu, bo też sprawiała wrażenie bardzo zmęczonej, ale ona strasznie się upierała, że zostanie tak długo, jak długo będzie trzeba, bo ktoś musi ze mną być, gdyby nagle stało mi się coś poważnego. Co prawda pielęgniarka raz po raz zaglądała do pokoju i naprawdę monitorowano mój stan, ale te argumenty zupełnie do niej nie trafiały. Choć tak naprawdę chciałem żeby sobie poszła z trochę innego powodu…
Chodziło o Amadeusza. Nie wiedziałem, dlaczego go przy mnie nie było. Sądziłem, że po czymś takim pojawiłby się przy mnie natychmiast i chyba nie odstępował na krok, znając jego podejście do sprawy. I podejście do mnie. Liczyłem, że może przybędzie wtedy, gdy Jenna wróci do domu. W końcu rzeczywiście jego obecność zawsze mnie krępowała, gdy byłem pośród ludzi. Tak czy inaczej, było mi przykro, że jeszcze się tu nie pojawił, choćby na chwilę… Bo chyba wiedział, co mi się stało. Właściwie tego też nie byłem pewien. Kiedy już mnie zabierali do karetki… To był taki przebłysk. Jakbym obudził się na chwilę. Słyszałem głosy ratowników, widziałem jakiś ludzi i widziałem jego. Amadeusza. Wydawało mi się, że stał niedaleko i patrzył wprost na mnie. Ale to naprawdę była chwila. Dosłownie sekundy. A ja nie byłem w najlepszym stanie i mogło mi się po prostu przewidzieć. Mogło mi się to nawet śnić. Naprawdę nie mogłem ufać swoim wspomnieniom. Tak czy inaczej… Czy nie powinien wyczuć tego, że dzieje się ze mną coś złego? Ale przecież Katy umierała. A ja… Cóż, poważnie oberwałem, ale tak naprawdę rzeczywiście nie stało się nic strasznego… On nie lubił szpitali… Może nie miał powodów, by tutaj przychodzić…
-… tak… tak, już czuje się lepiej…- Jenna rozmawiała z kimś przez telefon. Szczerze mówiąc, już nie wiedziałem z kim. Raz rozmawiała ze swoim ojcem, raz z Katy, z Jackiem, znowu z Katy i chyba tym razem znowu trafiło na Jacka, ale nie byłem pewien.- To znaczy, nadal jest w beznadziejnym stanie, ale…
Spojrzałem na nią i wymamrotałem bezgłośne: „Jenna, błagam”. Naprawdę czułem się lepiej i nie widziałem potrzeby do alarmowania wszystkich znajomych.
-Wiem… W porządku… Zresztą, zaraz ci go dam…- stwierdziła dziewczyna i zerknęła na mnie, ale nie czułem się na siłach do rozmowy. Pokręciłem głową, dając jej znak, żeby nie podawała mi telefonu.- Eee… To znaczy… W sumie, on teraz nie może rozmawiać…- zreflektowała się więc.- Jakieś badania. Mhm. Skąd mam wiedzieć jakie?! Po prostu nie ma teraz ani siły ani czasu, żeby z tobą rozmawiać! Już ci mówiłam!- uśmiechnąłem się lekko pod nosem. O tak. To z pewnością był Jack.- Dlaczego na mnie wrzeszczysz?! Ja wrzeszczę? Wcale nie wrzeszczę! Och, na litość boską!- syknęła jedynie i rozłączyła się w końcu, po czym odwróciła się znów w moją stronę i uśmiechnęła z absolutnym spokojem, jak gdyby wcale nie awanturowała się z kimś od dobrej chwili.- Jack przyjedzie do ciebie jutro rano. Katy będzie pewnie trochę później, musi przyjechać do miasta i w ogóle…
-Jenna, mówiłem ci żebyś tego nie robiła…- westchnąłem cicho.- Nic mi nie jest, nie musisz tu wszystkich zwoływać i wydzwaniać do nich po nocy…
Dziewczyna oparła dłoń na swoim biodrze i spojrzała na mnie z politowaniem.
-Josh… Ty chyba siebie nie widzisz- stwierdziła kategorycznie.
-Czuję się już lepiej!- przekonywałem bezskutecznie.
-Pobito cię.
-Tak, ale nie aż tak poważnie żeby…
-Omal nie zginąłeś- odparła stanowczo.
-Dzięki…- parsknąłem cicho.- Jenna, mówię ci, daj już spokój… Trochę poleżę i mi przejdzie.
-Kiedy przyjedzie ten twój Amadeusz?- zapytała dziewczyna, spoglądając na mnie z wyraźnym zaciekawieniem i choć niewątpliwie interesował ją mój stan zdrowia, to ta kwestia chyba również pochłaniała sporo jej uwagi.
Zastanawiałem się przez moment nad odpowiedzią, ale wreszcie wymamrotałem ostrożnie:
-Nie zadzwoniłem do niego.
-Nie?- zdumiała się dziewczyna.- No to na co czekasz? Dzwoń!- rzuciła, wyciągając do mnie swój telefon. Posłałem jej pełne politowania spojrzenie. Zreflektowała się zatem i sięgnęła po moją komórkę, którą znaleźli przy mnie i którą udało jej się odzyskać. Ekran był uszkodzony, widać na nim było wyraźne pęknięcie, ale działała.- Dzwoń- powtórzyła twardo.
-Och, Jenna…- burknąłem jedynie, nieco nieporadnie, bo lewą ręką, zabierając jej telefon i odkładając go z powrotem na szafkę. Prawa ręka była zagipsowana i nie miałem zbytnich możliwości ruchu.- Nie zamierzam go niepokoić.
-Żartujesz sobie, Josh?! Przestań wreszcie tak martwić się o wszystkich i zacznij się martwić o siebie! Gdyby jemu stało się coś takiego, też wolałbyś nie wiedzieć…?
Milczałem. Sęk w tym, że naprawdę nie musiałem się nad tym zastanawiać (i to akurat był pozytywny aspekt związku z demonem), bo byłem przekonany, że Amadeusza taka sytuacja nie spotka. Choć tak, hipotetycznie wolałbym wiedzieć i wolałbym również żeby on wiedział i teraz przy mnie był, ale nie zamierzałem robić z siebie kretyna i udawać, że gdzieś dzwonię.
-Przecież spotykacie się już długo…- mówiła dalej dziewczyna, wpatrując się we mnie bez zrozumienia.- Sam mówiłeś, że to coś poważnego… Więc raczej się nie spłoszy ani nic w tym stylu, nie…? Poza tym, ja go jeszcze nie spotkałam…- dodała takim tonem, jak gdyby stanowiło to kluczowy argument.- No i z pewnością się o ciebie martwi, że nie dajesz znaku życia…
-Jenna… Jest środek nocy…- zauważyłem pobłażliwie.
-Och. No tak. I?
Parsknąłem śmiechem.
-Zadzwonię do niego o jakiejś normalnej porze.
-To nie było normalne zdarzenie, więc nie sądzę, żeby miał do ciebie pretensje, że go budzisz…
-… Poza tym, i tak nie rzuci wszystkiego i nie przyjedzie, jest poza miastem- dodałem.
-Katy rzuciła i przyjeżdża jutro- odparła dziewczyna, wzruszywszy ramionami.- On też by to zrobił, gdyby wiedział. Więc do niego zadzwoń i powiedz mu o wszystkim albo przysięgam, że ja to zrobię!
Od dalszego, wysoce kłopotliwego tłumaczenia się, wybawili mnie policjanci, którzy pojawili się w mojej sali. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że zobaczę ich tak szybko. Rozmawiałem z nimi dobre kilka godzin temu, ale wydawało mi się, że to bardzo mało czasu.
-I co?- rzuciła natychmiast Jenna, przenosząc całą swoją uwagę na nich.- Coś już wiadomo?
-Cóż… Pan Watkins i pozostałe osoby, których nazwiska mi pan podał, mają bardzo dobre alibi na ten czas… Wszyscy byli na dużej imprezie, na której widziało ich sporo osób, bo narobili niemałego zamieszania i również musiała interweniować policja… Jak już wspominałem, pan Watkins jest podejrzanym w innej sprawie, ale… Obawiam się, że póki co, nie możemy go w żaden sposób powiązać z tym pobiciem.
-Że co takiego?!- obruszyła się Jenna.
Ja się nie odezwałem. Właściwie nie wiedziałem, co powiedzieć.
-Powariowaliście?!- warknęła z irytacją dziewczyna, a ja posłałem jej błagalne spojrzenie.- Przecież mu groził! Groził zresztą nam wszystkim!
-Rozumiem- odpowiedział spokojnie policjant.- Pan Carter może to zgłosić do prokuratury, pani również, wszczęte zostanie postępowanie, ale karalne groźby czy nawet nękanie to coś zupełnie innego, niż pobicie.
-Ale to był on!- krzyknęła Jenna.- Pewnie zaplanował wszystko, żeby nikt nie mógł mu niczego zarzucić! Wynajął jakiś gości albo to jego kumple, ale na razie nie będzie się z nimi spotykał i sądzi, że przez to uniknie odpowiedzialności! Jak widać, ma rację!
-Panienko…- burknął surowo drugi z policjantów, wyraźnie oburzony jej zachowaniem.
Jednak ten, który wyjaśnił całą sprawę, odparł:
-Nie ma powodów do zdenerwowania. Powiedziałem już, że sprawa nie jest oczywista, ale to wcale nie znaczy, że pan Watkins nie jest jednym z podejrzanych. Będziemy się temu przyglądać. Żaden opis napastników nie pasuje do ludzi, z którymi pan Watkins wtedy był. Nic nie wskazuje na to, żeby w ogóle się znali. On i jego… towarzystwo… zostali przesłuchani, zgodnie upierają się, że nie mają z całą sprawą nic wspólnego. Rozumiem wzburzenie, ale prawda jest taka, że aby zarzucić komuś tak poważne przestępstwo, jakim bez wątpienia jest pobicie, trzeba mieć chociażby przesłanki.
-Macie coś więcej niż przesłanki!- awanturowała się Jenna.- Macie dowody! Moje zeznania i zeznania Josha! Mówiłam wam, że ten debil nam groził! Groził jemu pobiciem, jeszcze na dzień przed tym zdarzeniem! A niedługo później… Och, cóż za zaskoczenie!- syknęła z ironią.- Josh zostaje pobity! To nie są wystarczające przesłanki?!
Policjant westchnął głęboko i zaczął ostrożnie:
-Prawda jest taka, że niewiele osób, które artykułuje tego rodzaju groźby, jest zdolne je zrealizować… Z zeznań pana Cartera wynika, że pan Watkins groził mu od dłuższego czasu, ale nie posunął się do żadnej napaści, nie licząc tego incydentu, o którym wspominała nam pani… Tak czy inaczej, zmierzam do tego, że nie możemy go uznać za winnego, ponieważ…
-Ponieważ co?
-Ponieważ to mogło być przestępstwo motywowane czymś zupełnie innym!- burknął drugi z policjantów.
Jego towarzysz skinął głową.
-Tak- potwierdził spokojnie.- Pan Carter sam powiedział, że nie widział nigdy wcześniej napastników, nie kojarzy ich także z osobą Watkinsa…- stwierdził, zerkając na mnie. Skinąłem głową, potwierdzając jego słowa. Tak właśnie powiedziałem i taka była prawda. Nigdy nie widziałem tych ludzi, ale nie znałem przecież wszystkich kumpli Ricky’ego.- Ponadto, ich słowa również nie wskazują na powiązanie z Watkinsem i sprawą szantażu, która również jest warta zgłoszenia. A fakt, że zabrali pańską torbę może świadczyć o tym, że to była napaść rabunkowa… To bardzo przykre, ale dość powszechne zjawisko i choć zazwyczaj nie wiąże się z dużą brutalnością, zdarzają się i takie przypadki.
-To jest oburzające!- rzuciła moja przyjaciółka, mocno wzburzona słowami mężczyzny.- Naprawdę, oburzające! Jak nie złapiecie kogoś za rękę to już nie jest winien, tak…?
-Będzie nam łatwiej, gdy uda nam się ustalić i zlokalizować napastników. Oni z pewnością powiedzą nam więcej.
-A do tego czasu, Josh ma być narażony na kolejne groźby i ataki tego gnojka?!- Jenna chyba już nad sobą nie panowała.- Co jeszcze ma zrobić, żebyście interweniowali?! Zabić go?!
-Z całym szacunkiem, ale to jedyne, co możemy na razie zrobić- stwierdził policjant, zerkając na mnie. Skinąłem głową na znak, że zrozumiałem.- I naprawdę nie sądzę, aby pan Watkins chciał budzić jeszcze większe podejrzenia… Myślę, że nawet jeśli ta sprawa była jedynie zbiegiem okoliczności, może paradoksalnie przynieść trochę dobrego i sprawić, że ten człowiek przestanie się panu narzucać… Chociaż raz jeszcze powtarzam, że powinien pan zgłosić sprawę odpowiednim służbom.
Policjanci jeszcze przez chwilę z nami rozmawiali, a raczej awanturowali się z rozwścieczoną ich słowami Jenną. Wreszcie odeszli. Dziewczyna krążyła po całej sali, wygłaszając pod ich adresem gniewne uwagi i wygrażając, że skontaktuje się ze swoim ojcem i już on całą tę sprawę odpowiednio załatwi. Ale ja zastanowiłem się dobrze nad ich słowami i szczerze mówiąc, mieli sporo racji. Nie znałem tych ludzi. Nie wiem, czego ode mnie chcieli. Oni też tego nie powiedzieli. Pobili mnie. Zabrali moje rzeczy i uciekli. Mogła to być sprawka Ricky’ego, ale równie dobrze mógł to być przypadek. Oskarżyłem mojego byłego, bo miałem poważne powody. Mogłem mieć jednak dużego pecha (szczerze mówiąc, nie byłbym zdziwiony…) i akurat trafić na jakichś bandytów. W końcu, nie przydałbym się Ricky’emu martwy. No i znając jego bezczelność pewnie pojawiłby się nawet w tym miejscu i mi wygrażał, gdyby sądził, że do niego trafiłem… Choć może była to z jego strony zwyczajna ostrożność, wyrachowanie. Naprawdę nie byłem w stanie tego ocenić i nie mogłem mieć pewności, że to jego sprawka.
-Jenna, idź już do domu- poprosiłem raz jeszcze.
-Nie ma mowy, Josh- zaprotestowała natychmiast.- Nie zostawię cię tu samego.
-Samego…?- parsknąłem z rozbawieniem.- To szpital! Lekarze, pielęgniarki, pacjenci, goście… Naprawdę nic mi się nie stanie. A ty nie wyglądasz najlepiej- przekonywałem ją wciąż, ale choć z pewnością była już zmęczona, nie sprawiała wrażenia jakby miała ustąpić.- Jenna, mówię poważnie. Nie ma sensu, żebyś siedziała tu ze mną całą noc. Jedź do domu chociaż na te kilka godzin. Prześpij się. Przebierz. Przyjedziesz tu jutro z rana, razem z resztą.
Dziewczyna sprawiała wrażenie, jakby miała ochotę upierać się dalej, ale po chwili namysłu, westchnęła głęboko i skinęła głową.
-Właściwie to dobry pomysł- stwierdziła ostrożnie.- Ale na pewno czujesz się na tyle dobrze, żebym…?
-Na pewno- podkreśliłem raz jeszcze, pełnym stanowczości głosem.
-Okej. Ale będę tu z samego rana!- przypomniała i zabrzmiało to niemal jak groźba.
Zaśmiałem się cicho.
Wzięła swoje rzeczy i po krótkim pożegnaniu ze mną, wyszła z sali.
Zostałem sam.
Chociaż naprawdę bardzo chciałem, żeby on był tu ze mną…

Jeszcze przez jakąś godzinę biłem się z myślami, nim wreszcie udało mi się zasnąć. Ale był to sen bardzo płytki i niespokojny, co jakiś czas wybudzałem się na chwilę, mocno zdezorientowany, przypominałem sobie gdzie jestem i co tu właściwie robię i zaraz zasypiałem znowu, wciąż czując się potwornie zmęczony.
Nie wiedziałem która była godzina, gdy wybudziłem się po raz kolejny. W sali panowała ciemność. Odruchowo chciałem przewrócić się na bok, bo nie byłem przyzwyczajony do spania na plecach i syknąłem z bólu, przypominając sobie, że każde inne ułożenie jest dla mnie bardzo mało komfortowe. Odetchnąłem głębiej, przesunąłem się bliżej brzegu łóżka i wychyliłem, chcąc sięgnąć po leżącą na stoliku komórkę. Nagle, kątem oka, zobaczyłem kogoś przy samej ścianie. Drgnąłem odruchowo, a moje serce przyspieszyło ze strachu. Spojrzałem w tamtym kierunku. Poczułem nagle niezwykłą ulgę i radość. To był Amadeusz. Chyba nigdy nie będę w stanie przyzwyczaić się do jego nagłego znikania i pojawiania się w różnych miejscach, co nie zmienia faktu, że strasznie ucieszyłem się na jego widok. Uśmiechnąłem się do niego i dopiero, kiedy zorientowałem się, że nie odwzajemnił mi się tym samym dostrzegłem, że na jego twarzy widnieje nieprzyjemny, pełen gniewu i niechęci grymas. Spłoszyłem się. Wbiłem w niego pełne niepewności spojrzenie. Chciałem coś powiedzieć, ale brakowało mi słów. On wciąż stał w bezruchu, w tym samym miejscu, spoglądając na mnie z niezmiennym wyrazem twarzy. Sprawiał wrażenie osłupiałego i niemal obrzydzonego. Nie wiedziałem, co właściwie się stało. A raczej nie wiedziałem, na co tak reaguje. Owszem, moja twarz po tym pobiciu… Cóż, nie wyglądałem najlepiej, ale… Poczułem się mocno zdezorientowany.
Ruszył powoli w moim kierunku, ale zatrzymał się po kilku krokach.
-Nie mogę w to uwierzyć…- szepnął cicho, nie przestając przyglądać mi się z uwagą.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
-Nie mogę uwierzyć, że nie wyczułem tego na czas!- syknął gniewnie demon.- A dopiero wtedy, gdy było już po wszystkim… Po co mi ten dar, skoro nawet nie byłem w stanie ci pomóc?!- wybuchnął.
Sprawiał wrażenie wściekłego na samego siebie.
-To nie twoja wina…- odpowiedziałem ostrożnie.
-Nie- potwierdził lodowato demon.- To wszystko jego wina.
Nie musiałem długo zastanawiać się nad jego słowami by zrozumieć, kogo miał na myśli. Przełknąłem ślinę, czując się mocno spięty, zdenerwowany. Wiedziałem, że jeśli zaraz jakoś nie zareaguję wyniknie z tego coś naprawdę niedobrego. Usłyszałem szmer i zobaczyłem, jak moja komórka przesuwa się wzdłuż szafki, która cała się trzęsła i chybotała na boki. Spojrzałem znów na Amadeusza.
-To nic takiego…- odpowiedziałem, uśmiechając się wymuszenie.- N-Naprawdę! Ja czuję się dobrze, ja…- mówiąc to, odruchowo chciałem bardziej się podnieść, co zaowocowało przeszywającym bólem w klatce piersiowej. Jęknąłem mimowolnie. Szafka z hukiem przewróciła się na bok. Wstrzymałem oddech, obawiając się, że zaraz ktoś tutaj będzie.- To nie Ricky…- szepnąłem w końcu po chwili.- Policja powiedziała, że nie ma z tym nic wspólnego.
To nie było do końca kłamstwo. Oni tak przypuszczali, ale nie mogłem tego powiedzieć Amadeuszowi, bo wiedziałem jak gotów byłby zareagować. Nawet jeśli stał za tym mój były wolałem, żeby demon sądził coś innego.
-To on- odparł jednak Amadeusz. Spłoszyłem się jeszcze bardziej. Mogłem się domyślić, że miał wystarczająco dużo czasu, by to sprawdzić.- Wiem to.
-Proszę cię, Amadeusz…- zacząłem z paniką w głosie.- Nie rób nic… Nie rób nic, czego byś… Czego ja mógłbym żałować…
-Nie mogę w to uwierzyć!- warknął demon.- Wciąż go bronisz…?- zapytał bez zrozumienia.- Obraził cię, oszukał, rzucił, uderzył, groził ci, a teraz próbował zabić! Nie rozumiesz, że należy mu się kara?!
-Policja się tym zajmie!- odpowiedziałem natychmiast.- Powiedzieli, że będą obserwować sytuację i Ricky’ego też. Nie zrobi tego już nigdy więcej!
Demon skinął głową.
-Nie- potwierdził chłodno.- Nie zrobi.
-Amadeusz, błagam…- rzuciłem, drżącym ze strachu głosem.
Nie mogłem dopuścić, żeby zrobił komuś krzywdę. Nawet jeśli chodziło o Ricky’ego. Mogłem go szczerze nie znosić, ale gdyby stało się coś złego… Nie chciałem mieć nikogo na sumieniu. Nawet takiej szumowiny jak on. Nie chciałem, żeby Amadeusz dopuszczał się jakiegoś potwornego czynu.
-Nie mogę na ciebie patrzeć…- rzucił demon, odwracając wzrok.- Nie mogę patrzeć na to, jak bardzo cierpisz…- stwierdził łamiącym się głosem, odchodząc kawałek w stronę okna i zaraz znów wracając w moim kierunku.
-Nie cierpię!- odpowiedziałem natychmiast.- Boli mnie, ale… Ale nie aż tak bardzo, jak sądzisz… Dostałem środki przeciwbólowe… Wszystko jest w porządku. Przysięgam, ja… Ja z tego wyjdę. To tylko złamanie. Parę siniaków. Nic poważnego.
-Nie okłamuj mnie…- demon pojawił się nagle tuż przy mnie.- Wiem dobrze, co ci zrobili.
-Błagam cię!- rzuciłem rozpaczliwie, chwytając go za rękę.- Błagam cię, chociażby ze względu na mnie, nie rób nic! Jeśli Ricky’emu albo komuś z jego znajomych stałaby się krzywda, podejrzewaliby o to mnie!
-Wiesz dobrze, że jestem w stanie to zrobić tak, by nikt się nie domyślał…- odpowiedział chłodno Amadeusz.- A mimo to, zabraniasz mi tego… Bronisz go. Zależy ci na nim, nawet jeśli rzeczywiście, nic już do niego nie czujesz…
-Nie o to chodzi! Broniłbym każdego! Nawet zupełnie obcego człowieka! Po prostu nie chcę, żebyś zniżał się do jego poziomu! Zrozum mnie!
-Kocham cię.
Powiedział te słowa tak cicho, niemal ledwie słyszalnie, że w pierwszej chwili w ogóle to do mnie nie dotarło. Zaraz jednak spojrzałem na niego z zaskoczeniem. Trudno było mi nawet opisać, co czułem w tamtym momencie… Niepokój i przerażenie ustąpiło zupełnie innemu uczuciu. Radości, niemalże euforii. Powiedział, że mnie kocha… Nigdy nie spodziewałem się, że usłyszę od niego podobne słowa. Nie byłem nawet pewien, czy w ogóle jest zdolny do takich uczuć. A jednak…
-To… To dobrze…- odparłem zupełnie skołowany. Uśmiech z powrotem wkradł się na moje wargi. Ledwie mogłem uwierzyć, że to wszystko nie było moim złudzeniem.
-Dobrze…?- prychnął Amadeusz. Mój uśmiech natychmiast zniknął, gdy zobaczyłem wyraz zniechęcenia i wściekłości malujący się na powrót na jego twarzy. Odsunął się ode mnie.- Chyba nie wiesz, o czym mówisz!
-O co chodzi?- zapytałem bez zrozumienia.
-To dla mnie zbyt wiele!- odparł głośno demon, wyraźnie targany emocjami. Nadal nie rozumiałem, co miały właściwie znaczyć te słowa. Wbiłem w niego pytające spojrzenie.- Nie zniosę tego, rozumiesz?! Nie mogę znieść nawet twoich uczuć do tego gnojka! Nawet, jeśli rzeczywiście nic do niego nie czujesz, nie mogę przestać o tym myśleć! Nie mogę! A teraz jeszcze to…? Jak mam sobie z tym poradzić?!- zapytał gwałtownie. Nie rozumiałem. Naprawdę nie rozumiałem, o czym on mówi.- Ile jeszcze zdarzy się sytuacji takich jak ta…?- zapytał z bólem w głosie.- Mogłem ci pomóc! Byłbym w stanie ci pomóc, gdybym wiedział o tym choćby chwilę wcześniej! Albo gdybym wcześniej zajął się tym przeklętym idiotą! Gdybym poszedł za tobą! Ale jest tak wiele innych możliwości… Wypadki. Choroby. Tak wiele spraw, wobec których jestem zupełnie bezradny! Obawiałem się tego, co będzie, gdy się zestarzejesz… Ale teraz rozumiem, że możesz nawet nie dożyć starości!
Zadrżałem pod wpływem jego słów. Rozmawialiśmy o tym tak wiele razy… Zawsze wydawało mi się, że zdaje sobie z tego sprawę. Najwyraźniej jednak dopiero dzisiejsze zdarzenie uświadomiło mu, jak bardzo niepewne i kruche jest to wszystko. Ja o tym wiedziałem.
-To, co się zdarzyło dzisiaj… To już się nie powtórzy- próbowałem mu wyjaśnić, ściśniętym od łez głosem.- Owszem, wiele rzeczy może się jeszcze zdarzyć w przyszłości, ale… Ale poradzimy z tym sobie. Kocham cię.
-Nie- odparł stanowczo demon.- Nie poradzimy sobie! Ja sobie nie poradzę! Nie zniosę czegoś podobnego po raz drugi! Raz omal nie zginąłeś, ale to była zupełnie inna sytuacja, a teraz… Nie mogę! Nie jestem w stanie! Przepraszam.
Spojrzałem na niego z przerażeniem. Nie miałem pojęcia, do czego zmierza, ale już spodziewałem się najgorszego.
-O czym ty mówisz, Amadeusz…?- zapytałem, sparaliżowany strachem.- Co chcesz zrobić?
-Znaleźć ostateczne rozwiązanie- odpowiedział.
-Ale…
Zniknął, nim zdążyłem o cokolwiek dopytać.

Po zniknięciu Amadeusza miałem jeszcze większe problemy z zaśnięciem. Do samego świtu zastanawiałem się nad jego słowami i nad tym, co miały oznaczać. Byłem przerażony i zdezorientowany. Miałem wrażenie, że stanie się coś bardzo złego. Że zrobi coś, czego przynajmniej ja z nas dwóch będę żałował. Albo że po prostu mnie zostawi. Ta ostatnia wersja, z każdą godziną niecierpliwego wyczekiwania na to, że znowu się pojawi, stawała się coraz bardziej prawdopodobna. Przecież powiedział, że mnie kocha. Po euforii, jaka wstąpiła we mnie gdy usłyszałem tę deklarację, nie pozostał już nawet ślad. Rozumiałem jego emocje i strach. Wiedziałem, że boi się mnie stracić, ale ja bałem się tego samego. Zmieniłem dla niego całe swoje życie. Nie wyobrażałem sobie, jak mógłbym funkcjonować, gdyby nie było go przy mnie… I jeszcze po tym wszystkim… Niezależnie od tego, jak wiele razy to powtarzałem, wcale nie czułem się bezpieczny. I nie chodziło o Ricky’ego i jego groźby. Gdy on był ze mną, niczego nie musiałem się obawiać. Niczego prócz tego, że mnie zostawi. Przysięgał, że tego nie zrobi. Przysięgał mi już wiele rzeczy. Naprawdę nie chciałem zostawać sam.
Rano przyszli moi przyjaciele. Najpierw pojawiła się Jenna, niedługo później przyjechał też Jack, ostatnia dotarła Katy. Rozmawiałem z nimi, żartowałem, śmiałem się, choć wewnątrz wciąż czułem się wyczerpany i przerażony jak dziecko. Starałem się słuchać tego, co mówili, ale połowa chyba do mnie nie docierała. Moje myśli wciąż wracały do Amadeusza. Ta niepewność mnie dobijała. Nie wiedziałem nawet, czego mogę się po nim spodziewać.
Niedługo przed południem, zabrano mnie na kolejne badania. Z drobną pomocą pielęgniarki wróciłem do sali i zobaczyłem w jej wnętrzu Katy, choć wcale się jej tam nie spodziewałem.
-Hej…- uśmiechnąłem się do niej. Spłoszyła się, gdy tylko wszedłem do pomieszczenia. Miała dziwną minę.- Myślałem, że poszliście razem na jakieś śniadanie…
-Tak… Tak- odpowiedziała w zamyśleniu, skinąwszy nerwowo głową.- Oni poszli.
-Co się stało…?- zapytałem, widząc, że coś jest nie w porządku. Podziękowałem pielęgniarce, która pomogła ułożyć mi się na posłaniu, odczekałem, aż wyjdzie i dopiero wtedy, rzuciłem- Pokłóciłaś się z Jackiem? Czy Jenna znowu cię zdenerwowała?
Katy pokręciła powoli  głową.
-Chyba muszę cię o coś zapytać…- stwierdziła po chwili wahania.- Ale…  Nie chcę, żebyś się na mnie złościł…- Posłałem jej pytające spojrzenie, nie mając pojęcia o czym mówi.- Skorzystałam z twojego telefonu- powiedziała w końcu, podchodząc bliżej łóżka i podając mi moją własną komórkę.
Parsknąłem śmiechem, odkładając ją na kołdrę.
-Dlaczego miałbym się złościć…?- zapytałem bez zrozumienia.- Możesz z niej korzystać ile ci się tylko podoba.
-Nie w tym rzecz- odpowiedziała stanowczo.- Bo…- wzięła głębszy oddech.- Bo ja rozmawiałam z Jenną. O tym twoim chłopaku. O Amadeuszu…- skinąłem głową, starając się zachować normalną minę, chociaż za każdym razem, gdy nasze rozmowy schodziły na ten temat, bardzo się stresowałem.- Ona mi powiedziała, że on nie przyjedzie, bo wcale do niego nie zadzwoniłeś. Powiedziała, że to dziwne, ale ja ciebie znam i uznałam, że nie chciałeś go martwić. Tak samo, jak nie chciałeś martwić nas. Ale stwierdziłam, że to nie fair… I… Uznałam, że on ma prawo wiedzieć. I że powinien tu przyjechać. Odwiedzić cię… Więc… Więc wzięłam twój telefon- przyznała ostrożnie.- … i zadzwoniłam do niego. To znaczy, chciałam do niego zadzwonić, bo nie znalazłam jego numeru. Z początku się zaniepokoiłam. Pomyślałam, że może się pokłóciliście, zerwaliście ze sobą i usunąłeś jego numer. I że dlatego nie chcesz go powiadomić… Ale… Ale zajrzałam też do twoich sms-ów i… I są tam naprawdę stare wiadomości. Bardzo stare. Ode mnie, Jacka, Katy, jakieś reklamy… Ale nie ma nawet jednego sms-a od niego.
Milczałem. Starałem się wymyślić szybko jakieś wytłumaczenie, ale nic, zupełnie nic nie przychodziło mi do głowy. Poczułem panikę.
-Zauważyłam już wcześniej, że do niego nie dzwonisz ani nie piszesz…- dodała, wpatrując się we mnie z uwagą. Musiała dostrzec moje zdenerwowanie, coraz trudniej było mi panować nad emocjami.- Ale sądziłam, że po prostu nie chcesz tego robić w naszej obecności. Możesz mi to wytłumaczyć…?
Nie mogłem. Sęk w tym, że nawet, gdybym chciał i nawet, gdybym powiedział jej prawdę, nie byłaby w stanie w to uwierzyć. Wiedziałem o tym. Ja sam ledwie mogłem uwierzyć, że to wszystko mi się przytrafiło.
-On…- zacząłem w końcu, choć nie miałem pojęcia, co powiedzieć.- On…
-Co?- przerwała mi Katy, uśmiechając się gorzko. Jej wargi zadrżały wyraźnie.- Nie ma telefonu? Powiedz mi, co się dzieje!- zażądała twardo.
-Chciałbym, ale…
-Ale co?!- krzyknęła.- Nie chcę już słuchać dłużej kłamstw i wymówek! Chcę prawdy, Josh! Już wcześniej domyślałam się, że coś jest nie tak! Że coś przed nami wszystkimi ukrywasz, ale powtarzałam sobie, że na pewno tak nie jest, bo przecież jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi i nawet, gdybyś nie powiedział im, ja na pewno bym wiedziała…- odetchnęła płytko, wyraźnie powstrzymując się od płaczu.- Co się z tobą działo przez cały ten czas?! Wtedy, gdy nas olewałeś? Gdy nie przychodziłeś do szkoły, na spotkania, wymigiwałeś się z imprez, nie odbierałeś telefonu, nie dało się z tobą skontaktować…? Zawsze mówiłeś, że jesteś z nim! Było mi trudno, bo… Bo tylko na tobie mogłam się oprzeć! Tylko tobie zwierzałam się ze spraw, o których Jenna i Jack nigdy się nie dowiedzą! Wiedziałam, że gdy byłeś z Ricky’m, nie przeszkadzało ci to w żaden sposób, wychodziliśmy razem, rozmawialiśmy, czasem pojawiał się gdzieś z tobą… Ale tłumaczyłam sobie, że ten Amadeusz jest inny! Że może leczysz tamto rozstanie! Że naprawdę się zakochałeś! Starałam się to zrozumieć, naprawdę… Bolało mnie to, jak nas traktujesz, ale dochodziłam do wniosku, że może gdy ja poznam kogoś, kto będzie dla mnie tak ważny…- umilkła na dłuższą chwilę, ocierając z twarzy łzy.- …  Że może gdy będę z kimś takim…- poprawiła się.- … że wtedy zrozumiem. I też będę miała dla was mniej czasu. Nie byłam jedynie w stanie pojąć, dlaczego jeszcze nas sobie nie przedstawiłeś… Te wszystkie twoje wymówki… Że nie ma go tutaj… Że mieszka za miastem… Wydawało mi się, że może to kwestia twojego zawstydzenia albo jego niechęci do nas, ale teraz chyba już rozumiem… Powiedz mi to, Josh… Czy on w ogóle istnieje?
-Przysięgam…- szepnąłem, drżącym głosem.- Wiem, jak to wszystko wygląda, ale przysięgam, że tak. Naprawdę istnieje. Naprawdę go spotkałem i diametralnie zmienił moje życie…
-Udowodnij to!- przerwała mi natychmiast. Sięgnęła raz jeszcze po mój telefon i podała mi go.- Zadzwoń do niego! Każ mu tu przyjechać! Albo chociaż zadzwoń i pozwól mi z nim chwilę porozmawiać!- powiedziała. Przymknąłem na moment powieki, po czym pokręciłem głową. Nie mogłem tego zrobić. Po prostu nie mogłem.- Jeśli nie pamiętasz numeru, jeśli jest gdzieś zapisany… Albo jeśli kontaktowałeś się z nim inaczej, przez maila albo jakiś program… Powiedz mi! Powiedz mi, Josh!- nalegała, najwyraźniej licząc jeszcze na to, że to wszystko ma jakiś sens.
-Nie mogę- odparłem ledwie słyszalnie.
Rozpłakała się. Czułem potworny wstyd. Nie okłamałem jej. Amadeusz naprawdę istniał. Ja naprawdę poświęcałem mu tyle uwagi. Wiedziałem, że zaniedbałem ją i pozostałych, chociaż do tej pory nie zdawałem sobie sprawy z tego, że to właśnie Katy odczuła to najmocniej. Jenna była towarzyska, miała wielu znajomych, Jack bardzo mnie lubił, ale nie był kimś, kto potrzebowałby szczególnie rozmów ze mną, ale Katy… Teraz to rozumiałem. Chciałem coś zrobić, przeprosić, ale każde przeprosiny wymagałyby wyjaśnienia. A ja nie mogłem jej go dać. Co miałem powiedzieć?! Że nie mogę zadzwonić do Amadeusza, bo tak naprawdę nie jest człowiekiem?! Bo jest demonem, którego widzę tylko ja?! Nawet nie chciałem sobie wyobrażać, co pomyślałaby o mnie w takiej chwili! Teraz żałowałem, że nie wymyśliłem czegoś innego, by wytłumaczyć to, że miałem dla nich mało czasu. Ale nic innego nie przychodziło mi wtedy do głowy. I chyba chciałem, żeby wiedzieli. Wiedzieli o mnie i o Amadeuszu. Chociażby w tej małej cząstce. Chciałem być choć trochę szczery, choć to w efekcie zrodziło same kłamstwa.
A teraz doprowadziłem do cierpienia najlepszą przyjaciółkę.
-Okłamywałeś nas!- rzuciła z goryczą w głosie.- Olewałeś i mnie, i wszystkich… Nie chodziło o żadnego chłopaka, tak…? Po prostu nie chciałeś się już z nami przyjaźnić… Nie byliśmy ci potrzebni, ale nie potrafiłeś nam tego powiedzieć i wciskałeś nam te brednie…?
-To nie tak, Katy…- odparłem, choć wiedziałem, że i tak nie będę jej w stanie do tego przekonać.
-Już ci nie wierzę, Josh- powiedziała, starając się opanować.- Już ci nie wierzę. Nie powiem ani Jennie ani Jackowi- dodała po chwili.- To twoja sprawa, jeśli chcesz ich dalej okłamywać. Ja zawsze byłam ci lojalna… I naprawdę myślałam, że jesteś moim najlepszym przyjacielem, Josh…
Szybkim krokiem ruszyła do wyjścia.
-Katy!- zawołałem za nią jeszcze, ale nie zatrzymała się.
W drzwiach minęła się z Jackiem i Jenną.
-Hej, Katy!- zawołał za nią chłopak, ale już się nie odwróciła.
-A jej co…?- zagadnęła mnie Jenna, siadając na jednym z foteli.
Nie odpowiedziałem.
-Co się stało?- Jack zerknął na mnie, marszcząc brwi.
-A nie mówiłam, że jak nie pójdzie z nami, będzie się strasznie wściekać…?- zapytała Jenna, zakładając nogę na nogę i wyciągając komórkę z torebki.- Ona cię lubi. I chociaż tysiąc razy jej powtarzałam, że nic między nami nie ma, chyba nadal sądzi, że jest inaczej…
-Mhm…- mruknął ponuro Jack, daleki od entuzjazmu po słowach Jenny.
-Powinieneś się z nią umówić- dodała dziewczyna.
-Niby czemu?
-Bo jest… No bo ja wiem…- wzruszyła ramionami, chyba odpisując na jakiegoś sms-a.- Ale mógłbyś spróbować, nie?
-Jest moją przyjaciółką- odpowiedział Jack.- A poza tym jest… Miła… Serdeczna… I dobra- dokończył dobitnie, spoglądając na Jennę z politowaniem.
-Mhm… I co w tym złego?- nie rozumiała.
-To, że gustuję w zupełnie ODMIENNYCH dziewczynach- odparł złośliwie chłopak, ale Jenna była tak skoncentrowana na swojej komórce, że chyba nie zrozumiała tej sugestii.
Siedzieli przy mnie jeszcze chwilę, ale w końcu wyprosiłem ich tłumacząc się, że jestem zmęczony i chciałbym odpocząć. Chciałem zostać sam. Miałem wrażenie, że znowu wszystko schrzaniłem. Zaplątałem się w coś, z czego nie umiałem już wybrnąć. Amadeusz zniknął, a ja nie wiedziałem, czy jeszcze wróci. I jak na ironię akurat teraz, gdy mogłem go stracić, Katy zorientowała się, że cała ta historyjka z mieszkającym za miastem chłopakiem, była niczym więcej, jak tylko kłamstwem…
Nie miałem pojęcia, co dalej robić.

7 komentarzy:

  1. Sunrise! <3 Kochaaam to. Jest takie... Takie, no. :3 Po tej scence z Amadeuszem normalnie nie mogłam, to "nie mogę patrzeć na to, jak bardzo cierpisz" i "kocham Cię" było... Aww. <3 Kocham.

    ~ Dead!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten rozdział był... Inny. Jestem ciekawa co Amadeusz planuje zrobić. W sumie... Szkoda mi się zrobiło Josha po tej kłótni z Katy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy8:30 PM

    Pięknie piszesz. Największe wrażenie na mnie robi Twoje opowiadanie pt. "Anything for you". Masz świetny styl i rzadko zdarza się doszukać jakiegokolwiek błędu. Ja dopiero zaczynam i mam nadzieje, że kiedyś być może ci dorównam. Życzę weny na kolejne rozdziały, zwłaszcza Wyzwania i wyżej wymienionego opowiadania. Mój adres http://everybody-die-and-nobody-loves.blogspot.com/ , lubię krytykę, a ty jesteś profesjonalistką.

    Fenicia

    OdpowiedzUsuń
  4. Jej! Amadeusz wyznał miłość <3 Rozumiem jego emocje, czuję że zostawi Josha samego.. że odejdzie na chwilę, ale wróci! Jednak nadal sądzę, iż zrobi krzywdę Ricky'emu..
    Lubię przyjaciół Josha. W sumie nie dziwię się Katy, biedna dziewczyna ;c Miejmy nadzieję, że wszystko dobrze się ułoży ^^
    Mam nadzieję, że nie będziesz nam kazała długo czekać na Sunrise, zwłaszcza, że zakończyłaś w takim momencie..

    Pozdrawiam i życzę dużo weny <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Oooo! Uwielbiam takie sytuacje! Zerwałam nockę, bo nie mogłam się naczytać *_* Amadeusz jest taaki fajny.. ale czasmi go nie rozumiem. Mam nadzieję, że nie zniknął na dobre. Akurat wczoraj dodałaś rozdział :D. a ja nie umiałabym się odnaleźć na miejscu Josha. To trudna sytuacja. Przecież on zawali szkołę, nie dostanie się do pracy, więc wyląduje pod mostem..? Będzie miał Amadeusza, ale i tak znarnuje sobie życie. Nie będzie spełniony jako człowiek i kiedyś umrze, a Amadeusz zostanie sam i będzie dopiero wtedy bardzo cierpiał. Chora sytuacja i sama nie wiem,, co bym zrobila. Najpewniej poprawiłabym stosunki do przyjaciół, poprawiła choć niektóre oceny, albo poszła chocrna ten drugi rok i załatwiłabym tą sprawę z Ricky'm. Amadeusz nie polepsza sytuacji i nie pomaga Josh'owi, zajmował się wcześniej tylko sobą i swoimi potrzebami, do których spełnienia potrzebuje Josha. Jednak wierzę w obu, że jakoś poradzą sobie z tym wszystkim. Amadeusz wyznał Josh'owi miłość! Choć, doprawdy, wcześnie... xd Lubię to opowiadanie bardzo. Amadeusz mnie tak samo fascynuje jak Josha. Teraz mogę stwierdzić, że wiem przed czyn ostrzegał Josha ten demon z wyższej półki. Zastanawiałabym się nad tym jakby to wyglądało bez Amadeusza, ale na końcu powiem, że nie zrezygnowałabym z niego, choćby za tak wielką cenę. Ciekawam jak to skończysz, bo szczerze powiedziawszy, spodziewam się czegoś, czego nie bym się nie spodziewała xD. Lecę do następnej historii :3

    OdpowiedzUsuń
  6. Wooohohohoo , nieźle . Coraz bardziej się rozkręca . Mam nadzieję , że Amadeusz szybko wróci , choć prolog na to nie wskazuje . Czekam z niecierpliwością na następny rozdział . Uwielbiam to opowiadanie ; D

    OdpowiedzUsuń
  7. Kyaaaa *-* Cudny rozdział. Wyznanie miłości przez Amadeusza sprawiło, że coś we mnie drgnęło *^* Jestem ciekawa jakie ostateczne rozwiązanie wybrał demon. Co prawda mam kilka sugestii, np. ze zmianą w człowieka...to byłoby najciekawsze tak myślę *-* Już nie mogę doczekać się następnego rozdziału ! <3

    OdpowiedzUsuń