Strony

sobota, 20 kwietnia 2013

Rozdział 41 [Chaos]


Amir, schodząc pospiesznie po wysokich schodach, potknął się nagle o rąbek uroczystej szaty i niewiele brakowało, a dołączyłby do zaszczytnego grona monarchów, którzy umarli z powodu własnej głupoty i nieuwagi. Pochwycił się jednak gwałtownie poręczy, po chwili odzyskując równowagę i zaklął z irytacją. Wyprostował się i spojrzał w dół, oglądając własny strój. Kolejny drażniący aspekt bycia królem! Amir nie znosił tych przeklętych szat i najchętniej ubrałby się w coś znacznie wygodniejszego i mniej niepraktycznego. Gdy usłyszał, że w szaty musi być ubrany jedynie wtedy, gdy reprezentuje królestwo, już się ucieszył. Ale później przypomniał sobie, że jego wuj reprezentował królestwo praktycznie cały czas. Co rusz,musiał brać udział w naradach, spotkaniach, przyjeżdżały delegacje, albo on sam wyjeżdżał, były święta, odwiedziny ważnych gości, zaproszenia, uroczyste kolacje... Nawet, gdy pozostawał sam i pracował nad czymś, musiał się liczyć z tym, że w każdej chwili do zamku może przybyć jakiś możny. Mężczyzna westchnął głęboko. Czy naprawdę miał za każdym razem podnosić szatę, niczym pannica suknię?! Chwycił za materiał i podsunął go nieco do góry. Jęknął ze zgrozą. To było upokarzające! Chociaż może, z drugiej strony, powinien cieszyć się, że nie kazano mu nosić korony. To, jak sądził, byłoby jeszcze bardziej uciążliwe, zważywszy choćby na jej ciężar. Przed schodami przechodziły akurat dwie służki. Dostrzegłszy Amira, skłoniły się przed nim, po czym wymieniły rozbawione spojrzenia i uśmiechy.
Mężczyzna opuścił więc szatę i zaczął schodzić dalej, tym razem stąpając wolniej i bardziej ostrożnie. Znalazłszy się na parterze, dotarł do drzwi i wyszedł z zamku. Idąc ogrodem, zatrzymał się na moment przy pilnujących bramy strażnikach . Przyjrzał im się z uwagą, po czym ruszył dalej, docierając do niewielkiego budynku, który zajmowała zamkowa gwardia i ogrodnicy. Na parterze, jak zwykle o tej porze, kilku żołnierzy grało ze sobą w karty, rechocąc głośno i wymieniając się dość wulgarnymi komentarzami. Gdy Amir pojawił się w pomieszczeniu, piątka zebranych nawet nie zwróciła na niego uwagi. Dopiero po chwili ten, który siedział tuż naprzeciw drzwi, drgnął i umilkł, po czym trącił siedzącego obok kolegę w ramię, i wtedy wreszcie, wszyscy obecni odwrócili się w stronę przybyłego z zainteresowaniem. Zainteresowanie szybko przerodziło się w konsternację, a ta, w obawę. Jeden ze strażników, usiłował dyskretnie schować prawie opróżnioną butelkę alkoholu pod stół. Drugi, pospiesznie wsunął za pazuchę piersiówkę. Dźwignęli się z miejsc, każdy bardziej chwiejnie od poprzedniego, i skłonili przed Amirem. Wśród nich był jeden, którego Amir kojarzył aż nazbyt dobrze, i który wydawał się być jeszcze bardziej przerażony tą niespodziewaną wizytą niż jego koledzy. Ci zresztą zerknęli na swojego towarzysza tak, jakby już podejrzewali, co się święci.
-Chodź ze mną- zwrócił się Amir do strażnika, który spierał się z nim przed bramą, w dniu jego powrotu.
-T... Tak, panie- odparł tamten z niezwykłą wprost pokorą, której, co oczywiste, nie okazał Amirowi przy ich pierwszym spotkaniu.
Mężczyzna wyszedł, a strażnik podążył za nim. Jego koledzy wyjrzeli ciekawsko z budynku, szepcąc coś między sobą.
-Mój panie... Ja... Moje zachowanie pozostawiło wiele do życzenia, ale naprawdę nie mogłem wiedzieć...- zaczął z lękiem w głosie żołnierz, ale widząc, że Amir nieszczególnie go słucha, zamilkł zupełnie i tylko szedł za nim w ciszy.
Amir wszedł z powrotem do zamku. Słysząc, że jego poddany wciąż podąża za nim, skierował swoje kroki do niewielkiej salki na parterze. Otworzył drzwi i zatrzymał się przy nich, gestem dłoni nakazując towarzyszącemu mu mężczyźnie, by ten wszedł do środka. Gdy strażnik znalazł się we wnętrzu, Amir dołączył do niego, zamykając drzwi. Na twarzy jego sługi wciąż malowało się przerażenie.
-Mój panie!- zaczął pospiesznie, drżącym nieco głosem.- Wiem, że postąpiłem źle i nagannie, nie rozpoznawszy cię wtedy, ale nie wyglądałeś jak książę... Nigdy nie podniósłbym na ciebie ręki, o królu, wiedząc kim naprawdę jesteś!
-To dość oczywiste...- zauważył Amir, uśmiechając się pobłażliwie.
-T-Tak, ale... Błagam, mój królu, nie odwołuj mnie ze służby! Ja... Ja mam rodzinę na utrzymaniu! Popełniłem ogromny błąd, ale...
-Wyjdziesz stąd za kilkanaście minut i powiesz swoim współpracownikom, że zostałeś zrugany za swoje naganne zachowanie i ostrzeżono cię, że jeśli raz jeszcze postąpisz niewłaściwie i złamiesz którąkolwiek z zasad, panujących na zamku, zostaniesz wydalony...- zaczął Amir, wpatrując się w strażnika z uwagą.
-Dziękuję ci, łaskawy królu!- szepnął tamten, z wyraźną ulgą.- Nigdy nie zrobię już czegoś podobnego... Nigdy!
Amir westchnął ciężko. Co do tego nie miał wątpliwości...
-Rozumiesz w ogóle, o czym do ciebie mówię...?- usiłował się upewnić, bo miał dziwne wrażenie, że jego strażnik, nie bardzo wiedząc, czy otępiony przez własne obawy, czy może otępiony z natury, nie do końca wiedział w czym rzecz. Amir chętnie wybrałby sobie kogoś bardziej rozsądnego, ale nie miał wielkiego wyboru. Gdyby kazał przyjść tu ze sobą jakiemukolwiek innemu z żołnierzy, wzbudziłby podejrzenia. Nakazując to temu, o którym wszyscy wiedzieli, iż rzekomo mu się naraził czynił coś, na co nikt prawie nie zwrócił uwagi.
-Tak... Tak, panie...- potwierdził strażnik, choć w tym momencie chyba zwątpił we własne słowa, bo dopytał ostrożnie- Chcesz mnie ostrzec, czyż nie...?
-Nie- odpowiedział zgodnie z prawdą Amir.- Chcę, żebyś coś dla mnie zrobił.
Strażnik wbił w niego zdumione spojrzenie.
-Ja...?- rzucił bez zrozumienia.
... Niestety, miał odpowiedzieć Amir, ale tę uwagę pozostawił dla siebie.
-Pamiętasz tego potomka wilków, który przybył do zamku razem ze mną?- zapytał zamiast tego.
-Tak mi się zdaje...- odparł niepewnie jego rozmówca.
-Jak długo pracujesz?
-Hm... Od południa, do samego zmierzchu...- odpowiedział strażnik.- Chociaż czasem się z kimś zmieniam...
-Dobrze- Amir skinął głową.- Zrobisz więc to, co ci powiem. Wybierzesz spośród twoich zmienników takiego, którego darzysz dużym zaufaniem. Powiesz mu to samo, co teraz ja tobie. Jeśli kiedykolwiek zobaczysz tego potomka wilków przy bramie, jeśli kiedykolwiek będzie chciał dostać się do środka, wpuścisz go bez najmniejszych problemów. Jeśli coś będzie stało na przeszkodzie, natychmiast mnie powiadomisz. Zrozumiałeś...?
-Tak jest, panie- potwierdził strażnik, wciąż mocno zdumiony.
-Nikt nie może się dowiedzieć, że wydałem takie polecenie. Ani arystokracja, ani mój brat, ani nawet służba. Tylko ty i ten, którego wybierzesz. Jeśli usłyszę choćby pogłoski o tym, że kazałem tu wpuszczać potomków wilków, poniesiesz konsekwencje swojego wcześniejszego zachowania. Zrozumiałeś?- zapytał po raz kolejny.
-Tak, królu.
-Dobrze. Posiedź tu jeszcze trochę, a później wróć i powiedz im to, co masz im powiedzieć. I sprawiaj wrażenie chociaż odrobinę bardziej zlęknionego niż zaskoczonego...
-Tak... Tak, panie...- wyjąkał strażnik, chyba nadal zdumiony tym, że nie został w żaden sposób ukarany.- Dziękuję.
Amir opuścił pomieszczenie. Udało mu się przejść ledwie kilka metrów, nim zatrzymał się przy nim jeden ze służących.
-Panie- skłonił się przed nowo wybranym królem, doprowadzając tegoż do ciężkiego, pełnego rezygnacji westchnienia. Teraz nikt już nie rozmawiał z nim normalnie, a już na pewno nie przed oficjalnym powitaniem i ukłonem. Gdy był księciem, służba też zachowywała się grzecznie i stosownie, ale miał wrażenie, że nie skakała wokół niego, czekając z napięciem na każde jedno słowo.- Przewodniczący rady przybył do zamku i oczekuje na ciebie w twoim gabinecie.
-... Fryderyk...?- rzucił ze zdumieniem Amir, a służący skinął głową. No pięknie. Trafił mu się kolejny powód do radości! Tylko pozazdrościć.- Gdzie jest mój brat?- zwrócił się do mężczyzny.- On miał się tym zajmować...
A przynajmniej tak zadeklarował. Obiecał Amirowi, że zwłaszcza w pierwszych dniach po koronacji, przejmie na siebie wszystkie formalności i pozałatwia to, co pozałatwiać było trzeba, pomagając starszemu bratu wdrożyć się we wszystko. Chociaż z drugiej strony, ta deklaracja padła jeszcze przed ich wieczorną kłótnią, więc rzeczywiście coś w tej materii mogło się zmienić.
-Książę Hadrin wyjechał gdzieś tego ranka, panie- odpowiedział służący.
Amir przymknął na moment powieki i potarł skronie, odetchnąwszy głębiej.
-Gość oczekuje, panie- przypomniał mu spokojnie sługa.- Czy mam mu coś zakomunikować?
-Nie...- odpowiedział Amir, kręcąc głową. Był pewien, że Fryderyk nie dałby się zbyć żadną wymówką, a nawet jeśli, powrócił by prędzej niż te przeklęte migreny, z którymi Amir zmagał się od czasu ich powrotu.- Załatwię to. Możesz odejść- oddelegował służącego, po czym sam dotarł do schodów i ruszył na górę.
Dotarł do swojego gabinetu i otworzył drzwi, wchodząc powoli do środka. Fryderyk, tak jak uprzedził go służący, czekał we wnętrzu. W pomieszczeniu znajdował się także towarzyszący mu strażnik. Amir łypnął na niego dość niechętnie, po czym spojrzał na niziutkiego mężczyznę.
-Szanowny królu...- rzucił swym charakterystycznie piskliwym i trudnym do zniesienia głosem, przewodniczący rady.- Szanowny Amirze...- uśmiechnął się, skinąwszy mężczyźnie głową. Amir odwdzięczył mu się tym samym, wpatrując w niego z uwagą. Fryderyk zwracał się czasem po imieniu także do jego wuja, ale pozwalał sobie na to wyjątkowo rzadko i z pewnością bez podobnej zuchwałości.- Dobrze cię widzieć.
-Co cię sprowadza, Fryderyku?- Amir nie mógł odpowiedzieć tym samym, więc postanowił wznieść się na wyżyny swej dyplomacji.
Dopiero teraz dostrzegł, że przewodniczący trzymał w dłoniach stos pergaminów.
-To deklaracje członków rady- poinformował króla.- Kwestia formalności, naturalna przy tego rodzaju zmianie... Pozwolisz, że sprawdzę, czy zabrałem wszystkie...?
-Usiądź- Amir wskazał mu jedno z krzeseł, a sam zasiadł za biurkiem, mając nadzieję, że to wszystko nie potrwa długo.
Fryderyk przycupnął na miejscu naprzeciwko niego. Wystawał niewiele ponad biurko i musiał wychylać się śmiesznie, by przejrzeć położone na blacie papiery. Amir uśmiechnął się do siebie nieco złośliwe. Przewodniczący dostrzegłszy to, poruszył się nieco skrępowany, po czym również obdarował króla wyjątkowo sztucznym uśmiechem.
-Byłem pewien, że się wycofasz, szanowny Amirze...- zaczął spokojnie, nie odrywając wzroku od przeglądanych przez siebie dokumentów.- Wybór nowego króla to poważna sprawa... Ale wola władcy nie jest przecież równoznaczna z przymusem... Nie w naszym kraju, przynajmniej. Mogłeś przecież odmówić. To byłby skandal, owszem, ale przecież nie wszystko musi ujrzeć światło dzienne.. Poza tym, społeczeństwo by zrozumiało. Lud bardzo cię ceni, Amirze.
-To źle?- zapytał chłodno mężczyzna.
Fryderyk uśmiechnął się znowu, dokładnie w ten sam sposób, co wcześniej.
-Wielu z mych serdecznych przyjaciół sądzi, że twoja... niechęć do sprawowania tej funkcji i pewien rodzaj lekceważenia jaki zawsze okazywałeś, to była jedynie gra pozorów...- kontynuował niespiesznie, odrywając wzrok od deklaracji i przenosząc go na Amira.- Ale ja znam cię dobrze, szanowny Amirze, i wiem, że to nigdy nie mieściło się w granicach twoich... priorytetów. Dlatego też do końca żywiłem przekonanie, że zrezygnujesz... Wtedy w świątyni, gdy miałeś ten moment załamania...
-Nie było żadnego momentu załamania- przerwał mu lodowato Amir, nie zamierzając wdawać się w tego rodzaju dyskusje. Jeśli Fryderyk chciał się z nim po prostu podzielić swoją opinią, to mógł sobie darować. Amir znał ją aż nazbyt dobrze i bez słuchania tych bredni.
-Skoro tak mówisz...
-Skończyłeś?- nowo wybrany król spojrzał na swojego rozmówcę z chłodnym wyczekiwaniem.
-O, tak- Fryderyk podał władcy deklaracje, nie ruszywszy się jednak z miejsca.
Amir spojrzał na niego, nie bardzo wiedząc o co może chodzić.
-Coś jeszcze...?
Fryderyk uśmiechnął się fałszywie.
-Musisz je podpisać, szanowny Amirze...- uświadomił władcy, z wyraźnym politowaniem w głosie.- Powinienem zabrać je ze sobą z powrotem...
-Ach, tak...- mruknął mężczyzna, otwierając szybko pojemnik z kałamarzem i sięgając po pióro. Chciał mieć to jak najszybciej za sobą, więc brał pergamin za pergaminem i podpisywał się na dole swoim imieniem, chcąc skończyć to najprędzej, jak tylko się dało.
-Wziąłeś na siebie bardzo dużą odpowiedzialność, szanowny Amirze...- rzucił Fryderyk, wywołując na twarzy mężczyzny pełen irytacji grymas.- Przede wszystkim odpowiedzialność za podejmowane decyzje... A zgodzisz się ze mną chyba, że dobre decyzje można podejmować wtedy, gdy ma się odpowiednią wiedzę i pewien zakres umiejętności...? Nie czuj się urażony, szanowny Amirze, ale ty takich umiejętności nie posiadasz... Nigdy nie interesował cię sposób funkcjonowania królestwa, ani zasady, ani prawa... Nie znasz pewnych elementów ceremoniału... Nie wiesz, w jaki sposób funkcjonować...
-Hadrin mi pomoże- odparł stanowczo Amir, nie odrywając się od podpisywania.- Przynajmniej na początku. Jestem pewien, że szybko uda mi się we wszystko wdrożyć.
-Oczywiście...- mężczyzna nie patrzył na Fryderyka, ale był pewien, że na jego ustach widnieje znów ten sam uśmieszek.- A tak z ciekawości, szanowny Amirze... Zdajesz sobie w ogóle sprawę z tego, co podpisujesz...?
Amir zamarł w bezruchu, słysząc te słowa. Zerknął na dokumenty, po czym przeniósł na przewodniczącego pełne niezrozumienia i obawy spojrzenie.
-To tylko deklaracje...- stwierdził niewinnie tamten.- Po prostu należy zawsze się upewnić, co dokładnie się podpisuje... Potraktuj to jako dobrą radę. Źle by było, gdybyś przez nieuwagę czy pośpiech, podpisał dokument będący wypowiedzeniem wojny, tylko dlatego, że zaplątałby się pośród innych... Albo tylko dlatego, że ktoś niemiły go tam podłożył. Konsekwencje tego rodzaju nieuwagi byłyby katastrofalne.
-Owszem- odparł surowo Amir, składając swój podpis na ostatnim pergaminie.- Zwłaszcza dla tego, który wprowadziłby króla w błąd.
Fryderyk uśmiechnął się krótko.
-Od tego masz zaufanych doradców.
-Jednego- sprostował Amir, uśmiechając się uroczo.- I wystarcza mi w zupełności. Jestem pewien, że jest na tyle kompetentny, bym nie musiał zasięgać drugiej opinii... Proszę- rzucił, podsuwając Fryderykowi dokumenty.- Możesz je zabrać.
Mężczyzna przez długą chwilę nie przestawał się uśmiechać w pobłażliwy i dość nieprzyjemny sposób. Amir spojrzał na niego pytająco. Przewodniczący westchnął głęboko.
-Szanowny Amirze... Zdajesz sobie sprawę z tego, że twój podpis nie jest nic wart bez królewskiej pieczęci...?
Nie. Amir nie zdawał sobie sprawy.
-Rzecz jasna...- odmruknął nie bez konsternacji, nie mając bladego pojęcia, gdzie takową pieczęć znaleźć. Otworzył szuflady, ale nie znajdowało się w nich nic takiego. Rozejrzał się po biurku. Być może nie była jeszcze gotowa albo po prostu leżała w innym miejscu. Tak czy inaczej, raczej nie sprawiał wrażenia kogoś, kto wie, co robi.- Jeszcze jej nie przynieśli...- stwierdził, robiąc dobrą minę do złej gry, choć dobrze wiedział, że Fryderyk zdaje sobie sprawę z jego nieporadności i braku doświadczenia.
-No cóż. W takim razie, wyjątkowo, zostawię je do jutra.
-Niech tak będzie.
Fryderyk zsunął się z krzesła, ale nie skierował się do drzwi.
-Sądzisz, że wszystkie decyzje naszego szanownego, byłego króla, były właściwe...?- zapytał.
-Większość- odparł lakonicznie Amir, podejrzewając, że to kolejna prowokacja.
-Nie były- stwierdził Fryderyk, z zaskakującą jak dla siebie szczerością. Amir wbił w niego zaskoczone spojrzenie.- Nasz szanowny król, a twój wuj, nie podejmował decyzji odpowiednich, a decyzje populistyczne... To właśnie gwarantowało mu tak szerokie poparcie społeczne. Wybór ciebie na swego następcę, to przykład takiej właśnie decyzji...
-Poparcie społeczne zyskał nie dzięki temu, że od czasu do czasu uśmiechał się do różnych warstw społecznych, a dlatego, że swoją odważną polityką zapewnił im życie na lepszym poziomie niż kiedykolwiek wcześniej- odwarknął w odpowiedzi Amir.- Takiego szacunku nie osiąga się oficjalnymi przemówieniami, uśmiechami, czy nawet intrygą- stwierdził dobitnie.- Mój wuj wiedział, jakie problemy tkwią w społeczeństwie i był poważany dlatego, że, w przeciwieństwie do większości swoich poprzedników, nie unikał ich, ani nie próbował wyjaśniać, a najzwyczajniej w świecie, rozwiązywał. Czasem ogromnymi kosztami, ale skutecznie. Dobrze wiem, dlaczego mówisz mi te wszystkie rzeczy i usiłujesz podważyć moje zaufanie do Ludwika...- dodał, nim Fryderyk zdążył cokolwiek odpowiedzieć.- Jesteś wściekły. I boisz się. Bo sądziłeś, że na tronie zasiądzie ktoś inny i będziesz mógł uzyskać większą kontrolę niż do tej pory... Ale się pomyliłeś. I wiesz co napawa strachem ciebie? Właśnie to, że nie możesz sprawić nic, bym i ja się bał. Możesz knuć swoje intrygi, możesz mi grozić, podważać mój autorytet, usiłować odepchnąć mnie od władzy, ale masz ze mną ten sam problem, jaki miałeś od samego początku z moim wujem...- wyraz twarzy Fryderyka, z każdym słowem wypowiadanym przez Amira, zaczynał upodabniać się już nie do uśmiechu, a jakiegoś nerwowego grymasu.- Ja nie dbam o swój wizerunek. Nie trzymam się kurczowo tronu. Nie muszę zabiegać o niczyją uwagę czy szacunek. I żadne twoje fałszywe słowo, nie jest w stanie przekonać mnie do zmiany zdania na temat ludzi, którzy są mi najbliżsi. Możesz dalej toczyć tą swoją farsę, ale nie uzyskasz w ten sposób niczego.
-Ależ nie ma powodów do nerwów, szanowny Amirze...- rzucił Fryderyk, uśmiechając się lekko.
-Nie, nie ma- zgodził się mężczyzna, również podnosząc się z miejsca. Stanął tuż przy przewodniczącym, spoglądając na niego z góry.- A ty, szanowny Fryderyku, nie pojawisz się już w moim zamku bez zapowiedzi. Albo przed kolejną wizytą wyślesz gońca, albo będziesz musiał zadowolić się opiniami podkupionej służby, jak wolisz. Żegnam.

Na dworze szalała wichura. Amir zszedł po schodach, kierując się do jadalni na kolację i modląc w duchu o to, by w wkrótce nie pojawiła się burza. I tak, przez kilka ostatnich nocy spał marnie i krótko, a w takich warunkach, pewnie wcale nie zdołałby zmrużyć oka. Drzwi frontowe, które minął ledwie chwilę temu, otworzyły się i do środka weszło kilku ludzi. Amir zapewne nie zatrzymałby się nawet, gdyby nie donośny, charakterystyczny, dziecięcy płacz, jaki rozległ się w korytarzu, ledwie przybysze znaleźli się we wnętrzu zamku. Przystanął i odwrócił się w ich stronę, zdumiony. Sądząc po posturach, było to czterech mężczyzn. Pierwszy, stojący z przodu, zsunął przemoknięty kaptur z głowy. To był Hadrin. Trzy pozostałe osoby musiały być więc służbą, którą zabrał ze sobą gdy wyjeżdżał. Jeden z odzianych w płaszcz służących, trzymał na rękach szare zawiniątko, z którego wciąż dobiegał płacz. Amir był zaskoczony. Owszem, rozmawiał o tym z bratem, ale nie spodziewał się, że ten załatwi sprawę tak szybko, wprost przeciwnie, był pewien, że jeszcze nie raz będzie zmuszony go do tego przekonywać. Uśmiechnął się i podszedł do krewnego, przy którym znalazło się już zresztą kilku innych służących, by wziąć jego płaszcz i dopytać, czego sobie życzy. Gdy Hadrin dostrzegł swojego brata, na jego twarz wstąpił grymas wściekłości. Wziął dziecko od stojącego za nim służącego i szybkim krokiem podszedł do brata.
-Proszę!- wrzasnął gniewnie, wpychając zdezorientowanemu Amirowi zawiniątko w ręce.- Tego właśnie chciałeś, tak?!- warknął, po czym wyminął krewnego i popędził na górę.
Mężczyzna stał przez dłuższą chwilę w bezruchu, trzymając w rękach dziecko i spoglądając w stronę, w którą odbiegł Hadrin. Służba milczała, chyba równie zaszokowana tym wszystkim, jak sam Amir. Hadrin nigdy nie zachowywał się w podobny sposób. Zawsze był spokojny, a przynajmniej zachowywał pozory spokoju, był dyplomatyczny, nigdy nie kłócił się z nikim w obecności świadków. I nigdy nie zareagował tak histerycznie, jak w tym właśnie momencie. Amir, nieporadnym gestem, podał dziecko jednej ze służek.
-Zabierz go, proszę- zwrócił się do niej, po czym ruszył w kierunku schodów.
-Ale... Ale co mam z nim zrobić?- zapytała bez zrozumienia dziewczyna, kołysząc w rękach płaczące zawiniątko.
-Znajdź dla niego pokój i nakaż przygotować to, co niezbędne, żeby go tam umieścić...- gdyby Amir wiedział, że jego brat tak szybko zamierza doprowadzić tu to dziecko, zająłby się tym wcześniej, ale naprawdę był przekonany, że napotka jeszcze na protesty i opór Hadrina, nim ostatecznie go przekona.- Nakarm go... Zresztą, może lepiej zawołaj kogoś, kto się na tym zna...- rzucił, bo dziewczyna, do której się zwracał była bardzo młoda i nie sprawiała wrażenia, jakby wiedziała co robi.- I zawiadom medyka. Niech go obejrzy i upewni się, że wszystko w porządku.
Służka skinęła głową. Amir wszedł na piętro i odszukał komnatę brata. Gdy tylko przekroczył próg i zamknął za sobą drzwi, stojący przy oknie Hadrin, natychmiast skierował na niego pełne niechęci spojrzenie. Amir już domyślał się, co zajęło mu tyle czasu. I sądząc, po ostrym zapachu alkoholu, jaki wyczuwał od brata, nie było to raczej gorączkowe poszukiwanie potomka.
-Jesteś pijany...?- parsknął Amir, spoglądając na księcia bez zrozumienia.- Co się z tobą dzieje...? Po co ta awantura?
-Masz to, czego chciałeś- odparł lodowato Hadrin.- Nie musisz dłużej udawać, że moje zdanie w ogóle cię obchodzi! Śmiało, możesz stąd iść!- krzyknął, wskazując bratu drzwi. Amir spoglądał na niego zdumiony. Nie rozumiał tego, co się z nim w ostatnim czasie działo.
-Czego niby chciałem...?- zapytał niepewnie.
-Syna!- warknął w odpowiedzi młodszy z mężczyzn.- Przecież ten cudak ci go nie urodzi!- parsknął z politowaniem.- Potrzebny ci potomek... Dziedzic... Następca tronu, jak sam powiedziałeś. Mam nadzieję, że jesteś zadowolony- dodał cynicznie, po czym chyba chciał opuścić pomieszczenie, ale Amir chwycił go gwałtownie za ramię, zatrzymując przy sobie. Spojrzał na brata surowo.
-Co ty bredzisz, Hadrin...?- rzucił, nie rozumiejąc przyczyn tej całej niechęci. O ile jeszcze mógł to tak nazwać. A może raczej – po prostu chciał, by była to niechęć. Ale wzrok Hadrina był tak przepełniony gniewem i żalem, że zdawał się być niemalże nienawistny.- Co przez ciebie przemawia...? Zazdrość?
-Zazdrość?!- wykrzyknął pobłażliwie Hadrin, wyrywając się bratu i cofając o kilka kroków.- Ależ nie...- rzucił, śmiejąc się gorzko.- Przecież będę pokornym, pomagającym ci bratem. Nie mającym prawa do żadnych roszczeń, do swoich marzeń... Tylko dodatkiem do jego wysokości...- dokończył, kłaniając się przed Amirem, w groteskowy sposób.
-Nie wiem, co się z tobą dzieje. Nigdy taki nie byłeś- stwierdził Amir, coraz bardziej zaniepokojony.
-I może popełniłem błąd!- warknął gniewnie jego brat.
-Gdyby Ludwik wybrał ciebie, czego chciałem od samego początku, nie miałbym do ciebie żalu- zauważył mężczyzna.- Dobrze wiesz, że nigdy nie chciałem rządzić!
-Czyżby...? Gdybyś nie chciał, zrezygnowałbyś.
-Ludwik mnie wybrał.
-Więc Ludwik był głupcem!- wybuchnął niepohamowanie Hadrin. Amir wbił w niego pełne zaskoczenia spojrzenie, oszołomiony tym, co słyszał.- Tyle lat nauki, tyle starań, czujnego postępowania, znajomości, odpowiedniego zachowania, żeby nagle usłyszeć, że ty...- rzucił, kręcąc głową.- A zresztą... Nie powinienem się dziwić, prawda...?- zapytał, uśmiechając się nieprzyjemnie.- Zawsze mieliście... swoje sprawki- rzucił znacząco. Amir zmarszczył brwi, nie rozumiejąc, o co chodzi.- Więc masz czego chciałeś. Teraz wychowasz tego dzieciaka tak, jak i Ludwik wychował ciebie, co...?
-Ten dzieciak to twój syn!- próbował mu raz jeszcze uświadomić mężczyzna.
-Tobie to i tak nie robi różnicy...
-Ale tobie powinno!- stwierdził dobitnie Amir.
Hadrin parsknął śmiechem. Przeszedł kilka kroków, najpierw w jedną, później drugą stronę, wreszcie zatrzymał się i zwrócił w stronę brata.
-Ten... bękart...?- zapytał z pełnym politowania uśmiechem.- Nawet, gdyby rzeczywiście był mój, cóż mi po nim...? Gdybym był królem i miał inne potomstwo, byłby zupełnie bezwartościowy... Bo nie został zrodzony z królowej, a ledwie wieśniaczki...
-Ledwie wieśniaczki...?- powtórzył Amir, coraz bardziej zdumiony i wzburzony słowami brata.- Takie miałeś o niej zdanie...? Przecież ją kochałeś!- zauważył. Na twarzy Hadrina wymalował się bolesny grymas.- A przynajmniej byłeś nią zauroczony, w każdym razie zależało ci na niej! Skąd ta nagła zmiana?!
-Nie było cię tyle czasu... Co ty możesz wiedzieć o moim życiu? Zabrałeś mi wszystko!- wyrzucił z siebie Hadrin, pełnym rozżalenia głosem.
-Wszystko?!- parsknął z niedowierzaniem Amir.- Władza to dla ciebie „wszystko”?
-Zabrałeś mi miłość wuja, chociaż to ja zasłużyłem na nią bardziej!- wykrzyknął Hadrin.- Ja się nim zajmowałem, gdy dopadło go to szaleństwo, ja się nim opiekowałem, broniłem go, narażając się na kpiny przez głupstwa głoszone przez tego psa! Zabrałeś mi jego uznanie, chociaż to ja na nie zasługiwałem! To ja jestem od ciebie zdolniejszy, mądrzejszy, lepiej się uczyłem! I zabrałeś mi pozycję, chociaż nie nadajesz się na króla! Oszczędź mi więc wstydu i zabierz też tego bachora...
Amir nigdy nie spodziewał się, że usłyszy od brata podobne słowa, że Hadrina w ogóle stać na to, by powiedzieć coś podobnego. Był tak zaszokowany, że ledwie wiedział jak na to wszystko reagować. Nie rozumiał. Hadrin miał prawo do żalu i gniewu, miał prawo do rozczarowania, ale to co mówił, było okrutnie nieprawdziwe i niesprawiedliwe.
-Gdyby Ludwik cię teraz słyszał...- rzucił, kręcąc głową.
-Wybór Ludwika był jednym z przejawów jego szaleństwa! Chociaż...- Hadrin uśmiechnął się cynicznie.- Mógł mieć też inne powody...?
-Jakie powody?- nie rozumiał Amir.
-Sam powinieneś wiedzieć najlepiej.
-Ale nie wiem.
-Zostaw mnie!- krzyknął Hadrin, gdy mężczyzna ruszył w jego stronę.- Długi czas byłem zaślepiony i nie rozumiałem, co się wokół mnie dzieje! Sądziłem, że otacza mnie rodzina, ludzie mi bliscy, ale otaczała mnie banda zdrajców! Teraz wreszcie przejrzałem na oczy i widzę wszystko jaśniej, niż kiedykolwiek wcześniej!
-Raczej zgłupiałeś!- warknął w odpowiedzi Amir.- Kompletnie zgłupiałeś, Hadrin!
-To twoja opinia! Wolałeś mnie takiego... Głupiego i uległego jak zawsze... Mogłeś błyszczeć jako idealny siostrzeniec króla, ten lepszy... Bez kochanki, bez jakiegokolwiek zainteresowania bieżącymi sprawami, istny ideał... Lud cię kochał! Ja stałem obok, idiotycznie zależny od decyzji wuja, ślepo im posłuszny... Ciekawe, co by było, gdyby ludzie dowiedzieli się o tym, jakiego rodzaju miłostki ty preferujesz...
-Śmiało!- prychnął Amir.- Możesz im to wykrzyczeć! Ja, w przeciwieństwie do ciebie, nie wstydzę się tego, kim jestem i na kim mi zależy!
-I to twój największy błąd, bracie.
-Współczuje tej dziewczynie- dodał Amir.- Najpierw jeździłeś do niej, wmawiałeś jej te swoje kłamstwa, składałeś obietnice, których nigdy nie zamierzałeś zrealizować, dawałeś podarki, przysięgałeś miłość, a teraz, po jej śmierci, oczerniasz ją i wasze wspólne dziecko... Twojego syna, Hadrin!
-Skąd mam wiedzieć, czy był mój?!- syknął boleśnie młodszy z mężczyzn.- Była ze mną, mogła być z każdym! Zresztą, powiedziałem ci już, że ten bękart mnie nie obchodzi! Obchodzi ciebie, bo ty nigdy nie będziesz miał dzieci!
-Nie sprowadziłem go tutaj, żeby go usynowić!- odparł natychmiast Amir.- Powiedziałem to, żeby cię skłonić do podjęcia takiej decyzji, ale nigdy nie miałem takiego zamiaru... To twoje dziecko!
-Nie zaakceptuję go jako swojego syna! Nigdy!
-Jak możesz być takim głupcem?!
-Nie jestem głupcem! Pierwszy raz w życiu nim nie jestem! Mogłem zorientować się już wcześniej, jak bardzo bliscy sobie byliście! Te wasze rozmowy w gabinecie... Dyskusje... Zawsze się zastanawiałem, o czym właściwie możecie ze sobą rozmawiać, skoro różnicie się w tak wielu kwestiach... A jednak, byliście do siebie bardziej podobni, niż mogłem przypuszczać...
Amir podszedł bliżej brata, zatrzymując się tuż przy nim.
-O czym ty mówisz?- zapytał ostro.
-O tobie i Ludwiku- odparł Hadrin, uśmiechając się podle.- Naprawdę sądzisz, że się nie domyśliłem...? Wuj powiedział mi o tym, co łączyło go z ich przywódcą... Z Canisem...- Amir spoglądał na brata ze zdumieniem.- Jeszcze na długo przed twoją wyprawą. Pojawiły się naciski ze strony arystokracji, sam wypytywałem, kiedy zamierza pojąć kogoś za żonę i czy w ogóle zamierza... I wtedy mi powiedział. Tak po prostu, bez cienia zażenowania- parsknął, wzruszywszy ramionami.- Dlatego od początku wiedziałem, że nie może być obiektywny, gdy doszło do tego całego zamieszania z demonem... Ale wtedy jeszcze nie przypuszczałem, że macie dokładnie te same preferencje... I, że bardzo lubicie spędzać ze sobą czas...
-Co ty sugerujesz, Hadrin?- wycedził przez zęby mężczyzna, coraz bardziej wściekły.
Jego brat uśmiechnął się z politowaniem.
-Naprawdę nie wiesz...?
-Domyślam się, ale chcę to od ciebie usłyszeć żeby nie żałować tego, że zaraz ci przyłożę- warknął Amir.
Hadrin spłoszył się na moment, ale zaraz spojrzał na brata niemal wyzywająco.
-Aż tak się tego wstydzisz...?
-Wstydzę się za ciebie- wycedził przez zęby nowo wybrany król.- Nie wierzę, że możesz tak bezcześcić pamięć naszego wuja i wygadywać podobne bzdury...
-Wiesz... W obliczu tego wszystkiego, fakt, że tak bardzo nalegałeś, abym sprowadził tu mojego syna, wydaje się być znacznie mniej zadziwiający...
Amir zamachnął się i uderzył brata w twarz. Hadrin zachwiał się na nogach, a że upojenie alkoholowe nie sprzyjało zachowaniu równowagi, zaraz wylądował na posadzce. Sięgnął dłonią do krwawiącej wargi i spojrzał na mężczyznę z niedowierzaniem. Amir odetchnął głęboko. Podszedł do brata, chcąc podać mu dłoń i pomóc mu wstać, ale Hadrin odsunął się gwałtownie do ściany.
-Liczysz, że mnie wystraszysz...?- rzucił, lekko rozedrganym głosem.
-Nie- odparł zgodnie z prawdą Amir.- Że się opamiętasz. Wstań.
Hadrin nie ruszył się z miejsca. Łzy szkliły się w jego oczach. Starł z brody strużkę krwi.
-Jesteś pijany. To alkohol przez ciebie przemawia- stwierdził Amir, mając szczerą nadzieję, że tak właśnie jest. Hadrin skrył twarz w dłoniach, nic nie odpowiadając.- Wytrzeźwiejesz i wtedy porozmawiamy. Wezwę kogoś do ciebie- dodał, zdając sobie sprawę z tego, że brat nie chce z nim rozmawiać.
Z wolna opuścił pomieszczenie. Gdy zamykał za sobą drzwi, słyszał ciche łkanie brata.
To, co do tej pory wydawało mu się prawdziwe i oczywiste, stawało się bardziej mgliste i odległe.
I sam już nie wiedział, czy tak wiele zmieniło się podczas jego nieobecności...
... Czy może nie dostrzegał tego wcześniej, choć działo się na jego oczach.

Dochodziła północ. Amir szedł wzdłuż korytarza na pierwszym piętrze, szukając pokoju, który wskazała mu wcześniej służba. Pewnie gdyby nie rozmowa z Hadrinem, leżałby teraz w łóżku, usiłując zasnąć, ale zdenerwowanie wywołane sporem z bratem nie mijało, a potęgowane coraz liczniejszymi obawami i niepewnością, nie tylko zupełnie oddalało sen, ale i wywołało kolejną migrenę. Mężczyzna zatrzymał się przed drzwiami, po czym otworzył je i uchylił, wchodząc po cichu do środka. Służący wybrali jego bratankowi odpowiednią komnatę. Niedużą, ulokowaną niedaleko jego gabinetu, wystrojoną jak na razie ubogo, bo tylko w kołyskę. Płonące świece oświetlały znaczną część pomieszczenia. Amir zbliżył się powoli do kołyski i oparłszy na niej dłonie, zajrzał do środka. Ze zdumieniem zauważył, że ta była pusta.
-Panie...- usłyszał kobiecy głos i aż podskoczył, odwracając się w tamtym kierunku. Z półcienia wyłoniła się jakaś niewiasta, około trzydziestoletnia. Na ręce trzymała zawinięte w brązowy koc niemowlę. Uśmiechnęła się do króla serdecznie.
-Co z nim?- zapytał cicho Amir, przekonany, że malec śpi.
-Niedawno zjadł i jest pewnie bardzo zadowolony...- zachichotała kobieta, spoglądając na dziecko z czułością.- Był tutaj też królewski uzdrowiciel. Obejrzał go i wszystko jest w porządku. Zdrowy, śliczny chłopiec...- powiedziała, po czym podeszła bliżej do mężczyzny i wyciągnęła niemowlę w jego kierunku, chcąc mu je przekazać.
Amir odsunął się odruchowo, nie bardzo wiedząc, co właściwie zrobić.
-Lepiej nie...- rzucił, uśmiechając się niepewnie.- Nigdy nie zajmowałem się dziećmi.
-Ależ to nic trudnego- przekonywała kobieta.- Proszę go wziąć na ręce.
-Ja... No nie wiem... Już śpi, wolałbym go nie budzić...
-O nie, wcale nie śpi- zaprzeczyła kobieta, nie przestając się uśmiechać.- Dopiero go usypiam. Ale jest bardzo spokojny. Odkąd go nakarmiłam, wcale nie płakał... Proszę.
Amir wziął bratanka z rąk kobiety, wciąż nie bardzo przekonany, czy to aby na pewno dobry pomysł. Trzymał dziecko dość nieporadnie, przyglądając się małej, jasnej, okrągłej twarzy. Błękitne oczy zerkały na niego leniwie spod unoszących się coraz ciężej powiek. Kosmyki jasnych, kręconych lekko włosów, wystawały spod nałożonej na główkę niemowlęcia czapeczki. Amir uśmiechnął się do siebie mimowolnie. Nie wierzył, że Hadrina rzeczywiście nie obchodził los jego syna. To wszystko musiało być wynikiem splotu bardzo nieszczęśliwych i potwornych dla jego brata zdarzeń. Ich wuj zachorował, jego kochanka zmarła... Wcześniej Hadrin z jakichś powodów podejrzewał ją o niewierność... Później musiał zajmować się losami królestwa. Wreszcie przyszedł czas na wybór następcy tronu i czekało go kolejne rozczarowanie. Był rozgoryczony i zły. Amir nigdy go takim nie widział, ale starał się zrozumieć. Zresztą, jego brat nawet nie widział swojego własnego potomka. Amir był pewien, że gdyby przyszedł tutaj i zobaczył tego malca, nie byłby w stanie dłużej go od siebie odpychać.
-To syn księcia, prawda...?- zapytała kobieta z wyraźną ciekawością i dość odważnie, biorąc pod uwagę to, jak od kilku dni był traktowany Amir.
Mężczyzna zawahał się przez chwilę, po czym skinął głową.
-Tak- potwierdził.
Wystarczyło, że Hadrin się tego wypierał. On nie zamierzał brać udziału w tej farsie i udawać, że jest inaczej.
-Musi być zachwycony!- rzuciła pogodnie kobieta.- Pierwsze dziecko... Zdrowe, ładne i w dodatku, to chłopiec!
-Mhm...- mruknął Amir i brzmiało to bardzo markotnie.- Tak, jest szczęśliwy...
... A przynajmniej powinien być.
-Jak ma na imię?- zapytała kobieta.
Amir spojrzał na nią nieco zdezorientowany, wyrywając się z zamyślenia.
-Hm?
-Chłopiec.
-Ach...- Amir dopiero teraz uświadomił sobie, o co pytała. Spojrzał na śpiące dziecko i pokręcił głową.- Nie wiem. Nie ma jeszcze imienia.
-A powinien mieć- zauważyła kobieta.
-Tak... Porozmawiam z Hadrinem...- odparł Amir, uśmiechając się wymuszenie.- Chyba już śpi- dodał, oddając niemowlę kobiecie.
Ta ułożyła jego bratanka na posłaniu. Amir miał opuścić pomieszczenie, ale zatrzymał się przy dziecku. Oparł o brzeg kołyski i nachylił, muskając wargami czoło bratanka.
Wyprostował się, wzdychają cicho.
Hadrin musiał się opamiętać.

Amir położył się późno i wstał niedługo przed południem. Zwlekł się z łóżka po czym, nie zadawszy sobie nawet trudu, by przebrać się w przygotowaną poprzedniego wieczora przez służbę szatę, przeszedł do gabinetu, tłumiąc ziewnięcie. Przystanął w progu, ze zdumieniem dostrzegając siedzącego za jego biurkiem brata. Książę zerknął na niego ukradkiem, by powrócić wzrokiem do leżącego przed nim pliku dokumentów będących zapewne, przyniesionymi wczoraj przez Fryderyka, deklaracjami. Był bardzo blady, oczy miał podkrążone, a okolice prawego kącika ust, były lekko zasinione. Amir nie czuł się dobrze z tym, co się wczoraj wydarzyło. Obaj zrobili coś niewłaściwego. Hadrin wygadywał te wszystkie brednie, a on, chcąc doprowadzić go do porządku, uderzył brata. To nie było potrzebne. Podszedł powoli do biurka.
-Witaj- odezwał się cicho, wpatrując w księcia z uwagą i troską. Wciąż jeszcze liczył, że to, co usłyszał wczoraj z jego ust było wynikiem dużej dawki alkoholu i emocji. Miał nadzieję, że wszystko jeszcze dało się wyjaśnić i naprawić.
-Właśnie skończyłem- oznajmił Hadrin, tonem bardzo spokojnym, ale jednocześnie niepokojąco oficjalnym i chłodnym. Podniósł się z miejsca.- Przekażę dokumenty gońcom, któryś z nich dostarczy je do Fryderyka. Później upewnię się, że nie pozostało już nic więcej do zrobienia, chociaż wydaje mi się, że wszystkie formalności zostały dopełnione.
-Dobrze. Dziękuję- odpowiedział Amir, nie odrywając spojrzenia od brata, który tylko uśmiechnął się nieznacznie na te słowa i wyminąwszy biurko, skierował do drzwi.- A... A pieczęć...?- dopytał niepewnie mężczyzna, choć był to raczej pretekst, by zatrzymać tu Hadrina jeszcze na chwilę i móc rozpocząć rozmowę.
-W drugiej szufladzie, w szkatule. Klucz jest tam, gdzie trzymał go wuj. W jednej z ksiąg na biurku, schowany w kopercie. Powinieneś wyciągać pieczęć przed każą naradą czy oficjalnym spotkaniem, nie wiadomo kiedy może się przydać.
-Mhm. Hadrin...- rzucił znów Amir. Jego brat zatrzymał się z dłonią na klamce i obejrzał w jego stronę.- To, co się wczoraj wydarzyło... Chyba powinniśmy o tym porozmawiać- zauważył.
-Nie- odparł Hadrin.
-Nie...?- powtórzył bez zrozumienia mężczyzna.
-Nie- potwierdził beznamiętnie jego brat.- No chyba, że to rozkaz... Ale ten wydaj mi najpierw na piśmie... Wasza wysokość...- rzucił złośliwie, po czym opuścił komnatę.
Amir stał długą chwilę w bezruchu, będąc tak oszołomionym, że nawet nie wiedział, co ma w tym momencie czuć, nie mówiąc już o jakiejś reakcji. Wydawało mu się, że nie może już być gorzej, że wszystkie najgorsze wydarzenia, będące czymś w rodzaju próby, były już za nim. Ale pomylił się po raz kolejny.
Stracił wuja.
Stracił Nadima.
A teraz, chyba również brata.

7 komentarzy:

  1. Na rozdział czekałam od wczoraj. Cały dzień myślałam "kiedy pojawi się Chaos" xD Podobno się od niego uzależniłam więc... Zawsze z niecierpliwością na niego oczekuję x3

    Rozdział - jak dla mnie, króciutki. Bardzo szybko się czytało, oj pamiętam rozdziały Chaos dwa razy dłuższe od tego ♥♥ Oczywiście ważna jest jakość a nie ilość. U Ciebie jakość oczywiście jest świetna! Chociaż można rzec, iż nic się nie dzieje. Ostatnio skupiasz się na Amirze, jego kłopotach i sytuacji. Rozdział są spokojne, trochę smutne i bardzo różnią się od wcześniejszych. Bardzo brakuje mi Nadima i mam ogromną nadzieję, że w następnym rozdziale się pojawi <3 No i nie mogę się doczekać, aż wyjaśni się sprawa z demonem, kryształem... Nadal trzymam się wersji, iż pojawią się tamci potomkowie wilków.. Ale to moje wyobrażenie xD

    Co raz bardziej irytuje mnie Hadrin. Dobra rozumiem, jest mu ciężko, czuje żal, niezrozumienie ALE! Podejrzewa wuja i Amira o... romans??? To jest już śmieszne i ogólnie. Jak tak może! Widać ile dla niego znaczy rodzina. A jeszcze niedawno mówił do brata: "Zostałeś mi tylko ty".. Jeszcze ta zazdrość o tron. On ciągle myśli że Amirowi na nim zależy. Przecież Amir nie traktuje go z wyższością!! Chce się z nim dogadać. Jeszcze sprawa z tym synem... Jak on może?
    Wuj mu powiedział o swojej miłości do Canisa? Jakoś tego się nie spodziewałam.. To tylko Amir o tym nie wiedział? A szkoda, może i on wyznałby wujowi sekret o swoich preferencjach.. Może zmieniłoby to coś.. Ale co?

    Podsumowując: nie lubię Hadrina (niech on wreszcie zmądrzeje!), brakuje mi Nadima (pewnie tak samo jak Amirowi go brakuje) oraz współczuję nowemu królowi..

    Nie mogę się doczekać następnego rozdziału (trochę brakuje mi magicznych stworzeń.. Ale to moje zdanie).


    Pozdrawiam i życzę dużo weny!

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy1:55 PM

    Hmm... nie wiem co napisać, ale zawsze liczy się, że coś jest? No więc tak...mi też brakuje Nadima, gdyż jego imie pojawiło się tylko jeden raz w opowiadaniu. Byłem przyzwyczajony do kilku razy.
    Moja żądza do złych zakończeń jest taka, że cieszyłbym się gdyby Amir umarł i większość by potem żałowała swoich słów i czynów. I kolejny raz widzieć jak Nadim sobie płacze. Jakoś mi się to zawsze podoba. Jednak bardziej teraz intryguje mnie Wyzwanie. Chociaż widać, że już troszke chyba zaczyna Ci sie ono nudzić. No nwm. W każdym razie pozdrawiam.
    Arek.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ukrainkaa11:27 PM

    A więc...
    Mało Nadima!! (Który jest moją ulubioną postacią)
    Ogólnie rozdział fajny ale kruciutki...
    Wydaje mi sie, że Amir jednak nie podoła obowiązkom króla i zrezygnuje albo ucieknie do Nadima. W każdym razie mam nadzieje że w następnym rozdziale bedzie jakiś wątek o Nadimie.
    I czekam na kolejny rozdział Wyzwania, bo to opo intryguje mnie teraz najbardziej
    No to w takim dużooo weny i pomysłów!!
    (Komentarz bez ładu i składu, as always)
    Ukrainkaa

    OdpowiedzUsuń
  4. Ostatnie zdania przywiodły mi na myśl, że bycie królem oznacza wielką samotność. Nie można być z tym kogo się kocha, zazdrość odbiera brata itd. W Hadrinie jest tyle nienawiści, że trudno będzie ją pokonać. Mam nadzieję, że w jakiś sposób Hadrin się zmieni, bo teraz jest irytującym dupkiem. Nie dostał zabawki i... I jak on może podejrzewać, że wuj i Amir byli kochankami? Toż szczyt wszystkiego. Czemu nie słucha swojego serca, tylko głupiego rozumu i doradców, którzy pewnie nakłamali mu, że ta wieśniaczka miała masę kochanków.
    Tęsknię za Nadimem. :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Kolejny rozdział przeczytany. Wyłapałam na początku jakieś powtórzenie z wyrazem "widzieć" i, rzecz jasna, masę niepotrzebnych przecinków, lecz poza tym chyba nie było błędów. Tyle, jeśli chodzi o stronę stylistyczną.
    Postacie. Coraz mniej lubię Hadrina, chociaż jego dotychczasowa dwulicowość (teraz uwydatniona goryczą i zawiedzeniem) sprawia, iż się cieszę. Podejrzewałam coś podobnego już na początku ^w^
    Nadim znikł. Gdzieś między zdaniami wciąż widać słaby ślad po potomku wilków, jednak to jedynie odległy zapach, jaki pozostawiają po sobie w pokoju zwiędłe już konwalie.
    Amir. Chyba powoli przyzwyczaja się do nowej, niechcianej roli króla. Już nie rozpacza, a przynajmniej nie tak otwarcie (nawet przed sobą). Wziął się w garść tak, jak wziąć był winien. Aczkolwiek zachowanie brata, którego dotychczas darzył zaufaniem, może znów go mocno kopnąć - bo ciężko nazwać to delikatniejszym określeniem.
    Pojawił się również kolejny ktoś. Chwilowo bezimienny, mały, pucułowaty chłopczyk, którym chwilowo zajmuje się mamka (ta kobieta była mamką, prawda?). Nie lubię dzieci, jednak dobrze ukazałaś ten radość i rozczulenie ludzi na widok takiego berbecia.
    Cóż można dodać poza tym? Twoje pisanie, jak zwykle, należy do fantastycznych, choć przez obecne wydarzenia nie mogę rzec, by było ono zachwycające. Mam nadzieję, że wena ci dopisze ^w^
    Miraculi

    OdpowiedzUsuń
  6. Cześć!
    Na wstępie: Czy Hadrina coś opetało?! Mam racje prawda? Zresztą nieważne. Zgadzam sie, że za malo jest Naima. Uwielbiałam potomka wilków. I z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział. Chaosu i oczywiści Wyzwania. Nie mialabym tez nic przeciwko takiemu małemu rozdziałkowi Sunrise i You found Me.
    Pozdrawiam i zyczę weny twórczej :)
    Risako-chi

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy1:40 AM

    Hadrin zachował się podle, jak ostatni s.. ech, no mniejsza. A Amir jeszcze wyciąga rękę na zgodę i chce porozmawiać. I który z nich jest podobno lepszym dyplomatą..?
    Oj tak, brakuje bardzo, bardzo Nadima. Jego uśmiechu, fantastycznych historii, uporu z jakim broni swoich poglądów oraz jego przekomarzań/kłótni z Amirem.. Chciałabym wiedzieć co on (Nadim) teraz czuje.. co robi wśród swoich pobratymców.. czy tęskni.. Na pewno tęskni!
    Zostało mi tylko kilka odcinków do końca Chaosu.. Tak bardzo nie chcę się z nimi rozstawać, że nie wyobrażam sobie co będzie po. Syndrom przeczytanej książki..?
    Alys

    OdpowiedzUsuń