Strony

piątek, 24 maja 2013

Rozdział 44 [Chaos]

Amir poczuł to samo, co poprzednim razem – gwałtowne oderwanie od ziemi, jakby nagle, idąc przed siebie, nie natrafił na grunt, a spadł prosto w przepaść i leciał szybko w dół, nie mając żadnej kontroli nad tym, co się dzieje. Nie trzymał już dłoni Nadima, wydawało mu się jedynie, że ktoś znajduje się obok niego, ale nie był w stanie go dostrzec. Docierał do niego specyficzny szum i nieprzyjemne brzęczenie, przed oczyma wirowała mu cała gama kolorów, najbardziej żywych, intensywnych i jaskrawych, jakie widział w całym swoim życiu. Kolory zaczynały blaknąć, stawały się coraz bardziej matowe, a niedługo później zaczęły zmieniać się w jednolitą szarość, by wreszcie stać się nieprzeniknioną czernią. Amirowi wydawało się, że traci oddech na chwilę przed tym, nim wylądował na zimnej posadzce, uderzając w nią plecami. Ktoś upadł tuż obok niego. Mężczyzna jęknął głucho, odruchowo przewracając się na zranioną rękę, co zaowocowało pełnym bólu syknięciem. Nadim natychmiast podniósł się i nachylił nad towarzyszem, chcąc pomóc mu wstać. Amir dźwignął się w końcu na nogi i w tym momencie obaj dostrzegli coś, co wciąż znajdowało się przed nimi. Szkarłatny błysk wyróżniał się na tle niezwykle białych ścian i podłogi. Przejście nie zostało zamknięte. Wciąż tu było. Mężczyźni popatrzyli po sobie, niewiele z tego rozumiejąc. Czy ktoś, kto chciałby ich tutaj ściągnąć, kto chciałby tutaj ściągnąć kogokolwiek, mógłby dawać im tego rodzaju możliwość odwrotu...? Amir nie wiedział. Ale w tym momencie poczuł przerażającą chęć, by wydostać się z tego miejsca i wrócić z powrotem do lasu. Zwalczył w sobie to uczucie, odwracając się w przeciwnym kierunku. Nadim ruszył przodem, nie czekając na kompana. Ten dobiegł do niego prędko i zrównał się z nim krokiem. Szli wzdłuż charakterystycznego, białego holu, weszli po kilku stopniach na parter, znaleźli się w dużej sali... Amir rozejrzał się dookoła z uwagą i zdumieniem. Znał to miejsce. To był ten sam zamek. Niemalże identyczny. Brakowało jedynie tych lodowych posągów, brakowało wazonów pełnych uschniętych kwiatów, drzwi do kolejnych pomieszczeń i tych dziwnych, pozbawionych woli i świadomości ludzi, którzy wtedy krzątali się niemal po całej posiadłości. Dopiero po chwili mężczyzna dostrzegł, że jeszcze jeden element nie pokrywa się z jego wspomnieniem zamku królowej. Schody. Doskonale pamiętał dwie pary monumentalnych schodów, prowadzących na pierwsze piętro. Teraz schodów nie było, choć przed nimi, kilka metrów wyżej znajdował się, będący czymś w rodzaju półpiętra, balkon. Obaj patrzyli długą chwilę w tamtym kierunku, po czym na powrót zaczęli rozglądać się po pomieszczeniu, w którym się znaleźli, szukając czegoś, co mogłoby ich gdziekolwiek doprowadzić. Nie mieli jednak możliwości dotrzeć nigdzie dalej. Mogli się tylko cofnąć albo pozostać tutaj.
-To ten sam zamek...- szepnął Nadim i były to pierwsze słowa, jakie którykolwiek z nich wypowiedział, od czasu, gdy znaleźli się w tym miejscu.
-Nie. Nie ten sam.
Echo niosło dźwięczny głos po całej sali. Amir odruchowo podniósł wzrok, kierując go na balkon. W miejscu, w którym jeszcze kilka sekund wcześniej nie było nikogo, stał jakiś mężczyzna. Władca nie widział go nigdy wcześniej, ale nie mógł nie przypomnieć sobie słów, które usłyszał podczas ich wędrówki: „Pewnego razu, gdy książę był ledwie przytomny z bólu, pojawiła się przy nim niezwykła istota... Tak niesamowicie piękna, że uznał ją w pierwszej chwili za wysłannika bogów”. Te słowa opisywały właśnie tą osobę. Mlecznobiałe ciało obleczone w jasną szatę, czarne, długie włosy, delikatne rysy twarzy, uroda, która przywodziła raczej na myśl postać bardziej niewieścią niż męską przyciągała wzrok, nie budziła niepokoju i lęku, a wprost przeciwnie, podziw i zachwyt. Amir chyba nigdy w życiu nie widział kogoś, kto sprawiałby wrażenie tak niewinnego, tak zwodniczo niewinnego i pięknego, że w pierwszej chwili, nawet będąc świadomym zaistniałej sytuacji, nie mógł pozbyć się wrażenia, że to jakiś bóg czy inna niebiańska istota. Nic, co żyło, nie mogło wyglądać w taki sposób.
Czarne oczy wpatrywały się w przybyłych z uwagą. Wargi ułożyły w rozbawionym uśmiechu,a jasne dłonie uniosły i zaczęły niespiesznie bić brawo.
Amir i Nadim spoglądali w górę, kompletnie oszołomieni i zdezorientowani. Żaden z nich nie powiedział choćby słowa, ani nie zareagował w żaden sposób, bo i żadna reakcja nie wydawała się w tym momencie adekwatna. Wiedzieli doskonale kim jest ta istota, która budziła w nich uzasadniony niepokój i lęk, ale nie mieli pojęcia czego mogą się spodziewać. Ataku...? Zemsty? Śmierci? Czy ich żywot naprawdę miał jakiekolwiek znaczenie dla potężnego demona? Amir wątpił w to już od bardzo dawna. I czy ta istota naprawdę musiała ściągnąć ich tutaj, by zrealizować jakikolwiek ze swych planów? A może raczej... chciała?
-Każde dobre przedstawienie zasługuje na oklaski...- odezwał się czarnowłosy, zatrzymując przy samej barierce i opierając na niej dłonie. Jego wzrok koncentrował się wciąż na stojących piętro niżej mężczyznach.- A skoro wszyscy tak dobrze wypełniliśmy nasze role, pora wreszcie wyjść zza kurtyny i odsłonić prawdziwe oblicze... To miło, że przybyliście na moje... zaproszenie...- to słowo zabrzmiało w tym kontekście jak najczystsza i najbardziej perfidna kpina i zapewne nie było niczym innym.- Ładne miejsce...- westchnął, odrywając na moment spojrzenie od przybyłych, by błądzić nim przez chwilę po białych ścianach i sklepieniu.- Jedno z niewielu, jakie bardzo wyraźnie mogę odczytać z odłamków kryształu... Ciekawe dlaczego...- rzucił, jakby naprawdę się nad tym zastanawiał.- Nie miałem więc jeszcze okazji dokładnie prześledzić waszej historii, ale chciałem żebyście czuli się komfortowo... W końcu sobie na to zasłużyliście.
Nadim zawahał się wyraźnie, po czym ruszył kilka kroków przed siebie.
-Gdzie jest Canis?!- zawołał donośnym głosem.
-Nie psujmy sobie zabawy, co?- demon nie przestawał uśmiechać się w charakterystyczny, pogodny niemal sposób. Uśmiech ten, nie mógł budzić w człowieku innej reakcji niż lęk i niepewność. Amir spojrzał ukradkiem na Nadima, obawiając się z początku, by ten nie uczynił ani nie powiedział niczego głupiego. Jednak właściwie natychmiast zbył tą obawę, zdając sobie sprawę, że sytuacja w jakiej się znaleźli była całkowicie poza ich kontrolą.- Myślę, że powinniście usłyszeć pewną historię...- zaczęła znów istota, teatralnie patetycznym tonem.- Nie pomoże wam ona ocaleć, o nie, ale to naprawdę dobra historia!- demon zaśmiał się lekko.- A więc... Był kiedyś demon, który miał ogromne ambicje i pragnął niewyobrażalnej wprost potęgi... Mówiono o nim, iż cechowała go niezwykła pycha... Pycha jest podobno cechą typowo ludzką, choć właściwie pasowała do niego doskonale...- stwierdził czarnowłosy z wyraźnym zadowoleniem.- Nigdy nie wątpił w siebie samego, nigdy nie wahał się, nie zastanawiał nad możliwościami, a jedynie dążył do osiągnięcia swoich celów. Bez względu na wszystko. Demon ten zawierał więc pakty i zbierał sprowadzone na manowce dusze... To nie wystarczało, zaczął więc walczyć z innymi demonami, rozpraszając przeciwników, niszczących ich na drobne części, przejmując to, co najlepsze, dla samego siebie... Ale i to nie mogło przynieść mu satysfakcji. Demon miał bowiem plan. Plan irracjonalny, bo zakładający odnalezienie śmiertelnika, który, gdyby zastanowić się nad tym dobrze, właściwie nie miał prawa istnieć... Kogoś, kto będąc pod jego wpływem, wciąż pozostawałby absolutnie niezależny... Kto otoczony zewsząd złem, nie przesiąknąłby nim i pozostał odporny... Kto mając do dyspozycji tak wielką potęgę, która mogła mu przynieść spełnienie każdego marzenia, realizowałby swój główny cel, nie zatracając się przy tym, nie gubiąc drogi, nie niszcząc i nie doprowadzając do samozagłady... I był sobie pewien śmiertelnik...- kontynuował po dłuższej pauzie demon, ruszając niespiesznie wzdłuż barierki.- Potomek wilków...- dodał, spoglądając wprost na Nadima.- Zdrajca. I bohater. Przeznaczenie wystawiło go na okrutną próbę... Ale tak, to było przeznaczenie... Demon znalazł śmiertelnika i zawarł z nim pakt. Jedyny taki pakt, jaki kiedykolwiek został zawarty pomiędzy dwiema takimi istotami, pomiędzy dwoma światami. Dowodem paktu i łącznikiem między tymi, którzy do niego przystąpili, stał się kryształ... W nim kumulowała się cała energia. Energia Fortisa, którą pochłaniał demon, rosnąc nieustanie w siłę... I potęga demona, którą on sam kontrolował, i która jednocześnie, pozostawała do całkowitej dyspozycji śmiertelnika... Och, wtedy już nie do końca... Ale kryształ został zniszczony...- stwierdził demon i do jego głosu wkradła się jakaś pełna bólu nuta.- A bohater...
-Gdzie jest Canis?!- powtórzył znów Nadim, przerywając istocie i wpatrując się w nią pełnym gniewu i nagłej śmiałości wzrokiem.
Demon milczał przez dłuższą chwilę, nie przestając się uśmiechać. Tym razem jego wzrok spoczął na drugim mężczyźnie. Przyglądał mu się z uwagą, by wreszcie zapytać:
-Wiesz, dlaczego tak trudno było znaleźć odpowiednią osobę, by zawrzeć tego rodzaju pakt?
Amir milczał, wcale nie zamierzając odpowiadać i wyglądało na to, że jego rozmówca również tego nie oczekuje.
-Kiedy patrzysz na drugiego śmiertelnika widzisz jedynie to, co on chce ci pokazać albo to, czego jeszcze nie potrafi ukryć...- kontynuował niespiesznie demon.- Widzisz jego emocje – szczere lub nie. Słyszysz słowa – te prawdziwe, i te nasiąknięte fałszem. Możesz doskonale odróżniać prawdę od kłamstwa, możesz wnioskować, analizować, domyślać się, czy też zgadywać, usiłując zrozumieć i dostrzec motywy czyjegoś postępowania... Ale gdy ja patrzę na śmiertelnika...- w tym momencie, wzrok demona na powrót spoczął na Nadimie.- ... widzę wszystko to, co powinienem widzieć, jak na dłoni. Wszystkie, najdrobniejsze nawet pragnienia, próbujące zawładnąć sercem, których niespełnienie przywodzi tęsknotę lub gorycz... Swoją drogą, czy to nie zabawne?- zapytał nagle.- Śmiertelnikom zawsze się wydaje, że są na tyle szlachetni, iż mogąc zażyczyć sobie absolutnie wszystkiego, zrobiliby coś dobrego i słusznego dla wielu... A tymczasem, zawsze wybierają tylko to, co dobre dla nich samych...- Nadim speszył się wyraźnie. Odwrócił wzrok i cofnął się o kilka kroków, stając znów u boku Amira, jakby przy człowieku czuł się bardziej pewnie.- Te pozornie najmniej istotne pragnienia... Te najbardziej hedonistyczne, najbardziej prymitywne, najbardziej pospolite żądze, dominują nad innymi... Widzę również wszystkie lęki, wszystkie obawy, wszystko to, co ogranicza i stoi na przeszkodzie... Brak zaufania do innych, brak zaufania do samego siebie... Pierwszy moment zwątpienia, jest też pierwszym momentem słabości...- kontynuował spokojnie, a z każdym jego słowem, potomek wilków stawał się coraz bardziej skrępowany i niepewny.- Jest niewielu tych, którzy stając przed możliwością otrzymania tego, o czym skrycie marzą, odmawia za pierwszym razem, by jednak zmienić zdanie przy kolejnej okazji... Jeszcze mniej jest tych, którzy uciekają od wyboru w śmierć, co jest łatwiejszym rozwiązaniem... I tych, którzy izolują się od pokusy, chcą odciąć się od niej, chcą umykać przed nią całe życie, ale jednocześnie, nie mogą wyrzucić jej z głowy nie będąc w stanie pozbyć się tego wyobrażenia, jakby to było mieć to, o czym zawsze śnili, mieć to na wyciągnięcie ręki... Nie można usunąć wyrzutów sumienia wywołanych odmową... Popadają w obsesję. Jednak najbardziej wyjątkowi i najmniej liczni są ci, którzy wystawieni na pokusę, są w stanie zrezygnować, odwrócić się i zapomnieć, jak gdyby nigdy im tego nie proponowano... To rodzaj bezkompromisowości i odwagi, który godzien jest najwyższego szacunku... Ty, Amirze...- demon spojrzał na człowieka z uwagą.- Ty jesteś bardzo podobny do tego, którego wybrałem przed wiekami...
-Nigdy w życiu nie zgodziłbym się na coś podobnego!- odparł stanowczo Amir, traktując te słowa jako rodzaj prowokacji czy też pokusy.
-Może…- odparł spokojnie demon.- Ale nie ze względu na swój nieskazitelny charakter, o nie…- dodał, uśmiechając się.- Nie zgodziłbyś się w tych czasach. W tych okolicznościach. W tym momencie. Nie zostałeś wystawiony na próbę i nie przeszedłeś tego, co Fortis… A taki nie jesteś mi potrzebny…- stwierdził z obojętnością.- Poza tym, wasze podobieństwo wcale nie oznacza, że przetrwałbyś to wszystko… Ci, po których najwięcej się spodziewamy, potrafią upadać najbardziej spektakularne… Ale tak, podobieństwo jest niewątpliwe…- ciągnął z nutką fascynacji w głosie.
-Nie porównuj mnie z tym tchórzem!- zaoponował gwałtownie Amir, wywołując u istoty kolejny, rozbawiony uśmiech.- Co zrobiłeś z Canisem?!- zawołał, choć od samego początku spodziewał się najgorszego. Starzec zniknął bez śladu, tutaj też go nie było. Przybyliby w to miejsce tak czy inaczej, nie stanowił więc żadnej przynęty. To stworzenie nie miało celu w tym, by trzymać go przy życiu. Chyba, że chciało go w jakiś sposób wykorzystać.
Demon patrzył na niego z góry z niezmiennym, drwiącym niemal uśmiechem. Jego wzrok był całkowicie skupiony na mężczyźnie. Nie zamierzał jednak najwyraźniej odpowiadać na jego pytanie.
-Widzisz, Amirze…- zaczął z wolna i można było odnieść wrażenie, że każde jego kolejne słowo napawa go satysfakcją i zadowoleniem.- To nie przypadek, nie przeznaczenie i nie bogowie prowadzili was od samego początku, tylko… kryształ… Gdy stworzyłem tę niezwykłą rzecz wiedziałem, że przetrwa nawet mnie samego… Ale nawet ja nie mogłem przypuszczać, że dysponuję czymś tak potężnym, czymś, co po mej porażce wciąż będzie wpływało na życie tysięcy ludzi, na państwa, królestwa, losy całego kontynentu…- mówił w swoistym uniesieniu, uśmiechając się szeroko.- Fragmenty kryształu oddziaływały na tych, którzy je posiadali. Wpadały w jedne ręce, tylko po to, by zaraz trafić w kolejne… Zostawały u swych rzekomych właścicieli lub w miejscach, w których miały pozostać tylko po to, by czekać cierpliwie na wasze przybycie… Każda istota, jaką spotkaliście na swojej drodze, stanęła na niej za sprawą splotu wydarzeń, na które miał wpływ kryształ… Każde zdarzenie, każde spotkanie, każda walka… Wszystko to, co przeżywaliście, miało odwieść was od jednego miejsca i skierować w inne albo zająć wasz czas, byście przybyli do danego miejsca we właściwym czasie… I pomyśleć, że wielu z tych, którzy trzymali kawałki kryształu w dłoniach nawet nie zdawało sobie sprawy z tego, z jak wielką mocą mają do czynienia… Naprawdę mam powody do pychy- stwierdził triumfalnie.- Choć wy sprawdziliście się w swoich rolach równie doskonale.
-Nie zwiedziesz nas!- wykrzyknął Nadim, zbierając w sobie resztki odwagi. Spojrzał w kierunku demona mniej śmiało niż poprzednim razem, ale wyraźnie starał się zapanować nad strachem. Amir wpatrywał się w niego z uwagą.- Nie jesteśmy wybrańcami twoimi, lecz bogów!
Człowiek bardzo chciałby wierzyć w rację kompana, ale już dawno powątpiewał w tę wersję. Słowa demona wyjaśniały właściwie wszystko, od początku do końca. Amir pamiętał jak bardzo bał się możliwości, że może być wybrańcem demona. Tymczasem – obaj nimi byli.
-Bogów…?- istota zaśmiała się lekko.- O tak…- szepnęła, skinąwszy głową.- Gdy po raz pierwszy go zobaczyłem, pomyślałem, że ma w sobie coś z boga…
Amir zmarszczył brwi, nie rozumiejąc tych słów.
-To chyba dobry pomysł, byś się pojawił i wyjaśnił im wszystko…- rzucił nagle demon, oglądając się za siebie.- Obaj dobrze wiemy, że na to zasługują… Poza tym, to naprawdę doskonała zabawa…
Nastąpiła długa chwila ciszy, podczas której stojący na dole mężczyźni, usiłowali dostrzec, do kogo zwracała się istota. Demon zaśmiał się cicho pod nosem. Moment później, ktoś zaczął zbliżać się do barierki. Z początku Amir ledwie mógł go dostrzec, ale wkrótce ten ktoś ukazał im się w całej okazałości, stając tuż obok demona. Człowiek pokręci głową, ledwie mogąc w to uwierzyć, ale w tej chwili, w tej właśnie chwili, wszystko w jego głowie zaczęło układać się w logiczną całość…
-Canis!- krzyknął Nadim, niemalże pełnym ulgi głosem, spoglądając w kierunku starca, który pojawił się na piętrze. Ten spoglądał na niego w milczeniu.- Jesteś cały?! Nie skrzywdził cię?!
-Przestań!- warknął Amir, również patrząc w tamtym kierunku.- Nie rozumiesz?!- prychnął, przenosząc wzrok na towarzysza.- On nie jest z nami! Jest z nim! Był przez cały ten czas! To jego sługa!
-„Sługa” to bardzo nieadekwatne słowo, Amirze…- wtrącił pobłażliwie demon.
-Co ty wygadujesz?!- obruszył się Nadim, najwyraźniej nie mogąc w to uwierzyć.- Canis! Canis!- zawołał znów swojego wuja, najwyraźniej oczekując odpowiedzi, wyjaśnienia, zaprzeczenia, czegokolwiek. Starzec jednak milczał.- Co tu się dzieje?!- zapytał bezradnie, wciąż sprawiając wrażenie, jakby nawet nie brał pod uwagę prawdziwości słów kompana.
Demon spojrzał na stojącego przy nim potomka wilków.
-Myślę, że czas aby poznali twoje prawdziwe imię…- zaczął.- A ja nie po to przez te wszystkie wieki trzymałem w pamięci twój obraz, by oglądać cię teraz jako zniszczonego starucha… Fortisie.
To była chwila, ledwie ułamek sekundy. W mgnieniu oka Canis stał się kimś zupełnie innym. Obok demona nie stał już niedołężny starzec, a młody, dwudziestoparoletni potomek wilków, wysoki i smukły, o ciemniejszej cerze i kruczoczarnych, długich włosach, związanych w wysoką kitkę. Odziany był w lekką zbroję, jedynie napierśnik był masywny i wykonany z jakiegoś twardego surowca. Wyraźnie widać było rękojeść dopiętego do pasa miecza. Amir wpatrywał się w niego z mieszaniną niedowierzania i kompletnego szoku, na moment zupełnie tracąc rozeznanie w całej sytuacji. Nie spodziewał się czegoś podobnego. Nadim również był zaskoczony. Spojrzał jednak na towarzysza i rzucił:
-Widzisz…? Widzisz?!- jak gdyby udowodnić Amirowi, że ten mylił się w swym pierwszym osądzie.- Gdzie jest mój wuj?!- wykrzyknął pełnym gniewu głosem, zwracając wzrok w kierunku demona i tego, który stał u jego boku.- Co mu zrobiliście?
Uśmiech nie znikał z twarzy przeklętej istoty, która patrzyła na miotającego się potomka wilków z pobłażliwością i w zupełnym milczeniu. Stojący przy nim wojownik również nie odezwał się ani słowem.
-Zabiłeś go!- rzucił Nadim, pełen bólu i nadziei jednocześnie, jakby liczył na to, że ten, do którego się zwracał, zaprzeczy.
-Nie- Fortis odezwał się po raz pierwszy.- Canis zabił sam siebie, wiele lat temu- odparł głosem spokojnym i pozbawionym choćby nutki emocji.
-… po jego nieszczęśliwej miłości!- dokończył demon, wzdychając teatralnie.- Później, zbłąkana dusza legendarnego przywódcy, zajęła na wpół umarłe ciało…- kontynuował niespiesznie.- Przejęła wszystkie wspomnienia, by zrozumieć w jakiej znalazła się sytuacji… Doskonale odegrała przydzieloną mu rolę… Otruła brata tego, którego ciało zabrała, by samemu przejąć władzę, nie budząc przy tym najmniejszych podejrzeń…- Amir usłyszał, jak Nadim wydaje z siebie coś na kształt zduszonego okrzyku. Jak gdyby zamierzał zaprotestować w jakiś sposób, ale to co usłyszał, wstrząsnęło nim tak bardzo, że nie był w stanie wydusić z siebie choćby słowa.- By wiele lat później wypełnić powierzone mu zadanie, wybrać dwóch, którzy mieli pełnić rolę dostarczycieli… Dać im znak by wyruszyli… I wreszcie przyjść do tego, który miłował dawnego właściciela ciała…- Amir drgnął słysząc te słowa. Demon wpatrywał się wprost w niego, z uśmiechem pełnym okrucieństwa.- … i nakłonić go, do stania się ofiarą…- dokończył szeptem.
-Co… Co takiego…?- rzucił Amir, przełykając ślinę.
-To jest najbardziej zabawna część tej historii!- zaśmiał się pogodnie demon.- Kryształ kierował niemalże wszystkim, ale i tak zdołaliście uczynić mi niemałą niespodziankę! Któż bowiem by się spodziewał, że będziecie ze sobą aż tak blisko…?- zapytał z rozbawieniem.- Tak, to bardzo zabawne… Zważywszy na historię waszych wujów, ale nie tylko… Wiesz, Amirze… Gdy ktoś przychodzi do ciebie i mówi, że oto powstał martwy od kilkuset lat demon, a ty masz wysłać swojego ukochanego bratanka na pozornie pozbawioną sensu misję, raczej nie przyjmujesz tego dobrze… Ale gdy mówi ci to ktoś tak bliski… Ktoś, kto przecież nigdy cię nie okłamał… Kto był zawsze prostolinijny i szczery… Kto przecież omal nie stracił własnego życia z rozpaczy po utracie ciebie… To zupełnie zmienia postać rzeczy, czyż nie?- zadrwił.- Nie zareagujesz też zbyt entuzjastycznie, jeśli ktoś obcy zasugeruje ci, że sposobem na ocalenie tego, który jest ci tak bardzo drogi, będzie przyjęcie do swojego ciała pozostałych, słabych, pasożytniczych demonów… Ale gdy mówi to ON… Ludzie są zabawni! Zawsze powtarzają brednie o tym, że miłość ich ocali. Tymczasem to nic innego, jak miłość właśnie, ułatwia mi wszystko bardziej niż cokolwiek innego. Dlaczego tak patrzysz, Amirze…?- rzucił z udawanym zatroskaniem.- Nie mieliśmy przecież zamiaru go zabić! Ale twój wuj był w gruncie rzeczy całkiem rozsądnym człowiekiem… Zaczął nam przeszkadzać. Zadawać zbyt wiele pytań… Był bliski odkrycia prawdy. Pewnie domyśliłby się jeszcze szybciej, gdyby nie to zaślepienie… Dlatego trzeba było znaleźć rozwiązanie tego kłopotu.
Amir długą chwilę stał w bezruchu, kompletnie bezradny wobec tych słów i emocji, jakie za sobą pociągnęły. W jednej chwili cały ból związany ze śmiercią wuja, powrócił do niego z całą mocą. Nawet nie potrafiłby opisać wszystkiego, co w tym momencie czuł. Ból. I wściekłość. I gniew tak silny, jakiego nie odczuwał nigdy w swoim życiu. Rozżalenie, w jednej chwili, wszystko stało się bardziej jasne i zrozumiałe niż kiedykolwiek wcześniej. Ale odpowiedzi na pytania, które zadawał sobie tak często, zastanawiając się nad motywami postępowania wuja, nie przyniosły mu satysfakcji, nie przyniosły ukojenia, a jedynie kolejne cierpienie.
-Jak mogłeś?!- wykrzyknął rozpaczliwie, patrząc na Fortisa.- Jak mogłeś?! On ci ufał!
-Nie chcę sugerować odpowiedzi, ale zdaję się, że właśnie z tego powodu mógł…- wtrącił demon, podczas gdy stojący obok niego mężczyzna, nie zareagował w żaden sposób.
-To niemożliwe…- rzucił cicho Nadim. Amir dopiero teraz spojrzał na kompana. Zauważył łzy w jego oczach. Potomek wilków odszedł na odległość kilkunastu kroków, zupełnie zdezorientowany i rozbity. Złapał się za głowę, zagryzając mocno wargi.- Niemożliwe… To kłamstwo!- zawołał, patrząc na Amira.- Chcą nas zwieść, znowu! Canis nie mógłby… On nie mógłby… To nie może być…- powtarzał chaotycznie, patrząc w kierunku milczącego grobowo Fortisa.- … Ty mnie wychowałeś…?- zapytał w końcu szeptem, ledwie słyszalnie.- Ty…?
Fortis skinął głową.
-Tak- odpowiedział spokojnie.
-Ale… Ale te wszystkie historie, które mi opowiadałeś…- rzucił, kompletnie zbłąkany.- Mówiłeś o samym sobie… Mówiłeś o tym, że popełniłeś błędy…
-Tak- potwierdził Fortis.- Mówiłem prawdę. Popełniłem wiele błędów. Bardzo wiele błędów.
-Zawsze taki skory do skruchy i pożałowania samego siebie, ach, co za uczciwość…- parsknął pobłażliwie demon, spoglądając na stojącego przy nim mężczyznę, który nie zareagował na to w żaden sposób, nawet nie podniósł na niego wzroku.- Z chęcią gościłbym was tutaj dłużej, ale przybyliśmy w konkretnym celu, więc pilnujmy swoich interesów… Wy chcecie mnie pokonać… Albo przynajmniej mieć ku temu okazję… A ja potrzebuję, by ktoś połączył fragmenty w jedno…- dokończył znacząco.
-Oczekujesz, że ci pomożemy?!- warknął gniewnie Amir.
-„Pomoc” to nieco nieodpowiednie słowo. Oczekuję, a raczej jestem przekonany, że to zrobicie… A dokładnie, jeden z was- poprawił się po chwili, uśmiechając wesoło.- Bo chociaż do zdobycia kawałków, potrzebowałem was obu… Teraz, jeden w zupełności wystarczy. Urządziłbym małe losowanie, ale skorzystajmy z bardziej cywilizowanych metod!- rzucił demon, machnąwszy dłonią.- Macie już broń, więc dlaczego by nie urządzić małego pojedynku…? Walka na śmierć i życie w imię wyższego dobra!- Fortis po raz pierwszy spojrzał na niego, kompletnie zaskoczony.- Ten, który zginie, polegnie w chwale, a ten, który przeżyje, pójdzie ze mną i będzie mógł próbować zabijać mnie tyle razy, ile tylko zechce…- zakpił, nie przestając się uśmiechać.- Co wy na to?
-Jesteś szalony- skwitował jego słowa Amir, pełnym pogardy głosem.- Naprawdę sądzisz, że którykolwiek z nas zgodziłby się na coś podobnego?
Demon wzruszył niewinnie ramionami.
-Czyżbyście mieli inne wyjście…?
-Tak- odpowiedział stanowczo mężczyzna.- Możemy stąd odejść. Przejście wciąż jest otwarte- rzucił, choć nie mógł mieć co do tego pewności.
-Owszem- demon skinął głową, nie widząc w tym najmniejszego kłopotu.- Było otwarte od samego początku, mogliście wyjść w każdym momencie! Wciąż możecie… Pytanie brzmi raczej, co takiego mogę zrobić ja…
-Nie będę brał udziału w twoich gierkach!- warknął mężczyzna, ruszając w kierunku korytarza, z którego przyszli.
-Wiedziałem, że się nie zgodzisz, Amirze… Twoja duma i bezkompromisowość by ci na to nie pozwoliła…- mówił swobodnie demon, jakby decyzja człowieka nie obchodziła go w najmniejszym stopniu.- Ale on…- rzucił nagle. Dopiero w tym momencie, Amir zatrzymał się i obejrzał na swojego towarzysza. Jeszcze chwilę temu wydawało mu się, miał niemal pewność, że Nadim idzie za nim. Ale potomek wilków zatrzymał się po kilku krokach i stał w bezruchu, jakby sparaliżowany strachem, patrząc w kierunku kochanka błyszczącymi od łez oczyma.
-Nadim…?- rzucił bez zrozumienia człowiek.
-Widzisz, Amirze…- kontynuował demon.- Rzecz nie w tym, by pozbawić śmiertelnika wyboru… Nie ma w tym nic zabawnego ani interesującego, o nie… Rzecz w tym, by dać mu możliwość wyboru, mając jednocześnie całkowitą pewność, że i tak zrobi to, czego oczekujemy… Mogliście nie przybywać do tego miejsca, ale to uczyniliście. To, co zostało już wprawione w ruch, nie może być zatrzymane… Mogliście wyjść stąd już wcześniej, ale nie ma sensu odchodzić bez odpowiedzi na istotne pytania… Moglibyście odejść teraz, ale… Tak łatwo jest rządzić anonimowym, ogromnym tłumem nieznanych ludzi, tak łatwo jest ryzykować ich życiem, nie przejmować się i nie dbać o nic… Ale życie pośród drobnej społeczności? Życie pośród osób, które tak dobrze się zna, których twarze widuje się na co dzień, z których każda jest w pewnym sensie bliską i drogą…? Jak można ryzykować ich życiem, Amirze…?- pytał, choć jego wzrok utkwiony był w potomku wilków, który wciąż sprawiał wrażenie kompletnie rozdartego.- A on już raz przeżył coś podobnego… Już wie, jakie to uczucie, omal nie stracić wszystkich, których kocha… Czyż nie przysięgał tej społeczności, stawiać jej dobro ponad swoim własnym…? Jakże więc może życie jednego człowieka, stawiać ponad życiem wszystkich swoich braci…?
Amir ani przez chwilę nie wierzył, by Nadim był zdolny do zrobienia czegoś takiego. Nie wierzył, by potomek wilków mógł uczynić to, czego oczekiwał ten demon. To nie miało żadnego sensu. Nie było racjonalne, ani rozsądne. Ta istota mogła uczynić cokolwiek chciała, żaden z nich nie miał szans, by ją pokonać. Walka była tylko okrutną zachcianką i nie służyła niczemu innemu, jak uciesze tego potwora. Nadim przecież musiał zdawać sobie z tego sprawę.
Ale gdy potomek wilków sięgnął drżącą dłonią do rękojeści miecza i wydobył go, Amir w jednej chwili, przestał być tego pewien.
-Co ty wyrabiasz…?- rzucił, zupełnie zaskoczony.
-To… To jedyny sposób…- wydusił z siebie Nadim. Po jego policzkach spłynęło kilka pojedynczych łez. Trząsł się cały, ledwie mogąc utrzymać broń, jakby walczył z samym sobą.- Jeśli jeden z nas może choćby spróbować go powstrzymać… Jeśli chociaż może…
-Przestań!- krzyknął mężczyzna, licząc na to, że jego kompan się opamięta.- Myślisz, że zbliżyłby się do któregokolwiek z nas, gdybyśmy rzeczywiście mieli szansę go unicestwić…? Naprawdę sądzisz, że by na to pozwolił?!- rzucił, oglądając się na demona, który przyglądał im się z wyraźnym zaciekawieniem.- Potrzebuje nas tylko po to, żeby połączyć kryształ i odzyskać swoją moc! W taki sposób mu nie przeszkodzisz, ale pomożesz w realizacji jego planów! A ta walka będzie dla niego stanowiła jedynie rozrywkę! Nie rozumiesz, że on cię prowokuje?! Bawi się nami!
Nadim nie rozumiał. Amir nie był zresztą pewien, czy w ogóle dociera do niego to, co dzieje się dookoła. Sprawiał wrażenie otępiałego, rozbitego, załamanego i kompletnie pozbawionego nadziei. Potomek wilków z trudem powstrzymywał łzy. Ścisnął mocniej rękojeść miecza, z całych sił starając się uspokoić.
-Wyjmij broń- szepnął cicho.
Amir pokręcił z niedowierzaniem głową.
-Nadim…
Rozbawiony uśmiech nie znikał z twarzy demona. Błądził nienasyconym wzrokiem po sali, najwyraźniej oczekując widowiska, którego się spodziewał. Fortis natomiast, nie odrywał wzroku od swojego niedawnego podopiecznego.
-Wyjmij broń- powtórzył potomek wilków, tym razem głośniej i bardziej stanowczo.
-Nie- odparł Amir.
-Wyjmij broń.
-Nie!- krzyknął mężczyzna.- Naprawdę chcesz mnie zabić na jego życzenie?!- zawołał, pełnym bólu głosem.- Jesteś aż tak zdesperowany i ślepy?! Więc zrób to! Nie będę się bronił!
Nadim przymknął na moment powieki. Widać było, że choć starał się opanować emocje, wciąż brakowało mu odwagi i pewności. Nie chciał uczynić Amirowi żadnej krzywdy i mężczyzna zdawał sobie z tego sprawę. Zaraz jednak potomek wilków wbił w niego spojrzenie pełne wymuszonej stanowczości. Ruszył w jego kierunku. Krok po kroku, powoli i chwiejnie, co zdradzało całą jego niepewność i lęk. Gdy kochanek zatrzymał się przy nim, Amir poczuł, jak łzy napływają mu do oczu. Spojrzał prosto w oczy potomka wilków, niemalże będąc w stanie wyczuć jego desperację i przerażenie.
-Wyjmij broń…- rzucił po raz ostatni Nadim, niemalże błagając.
Amir pokręcił stanowczo głową. Widział, jak potomek wilków unosi dłoń, jak gdyby rzeczywiście gotów był zadać mu śmiertelny cios. I widział malujący się na jego twarzy paniczny strach i zwątpienie. To zwątpienie zwyciężyło. Zamachnąwszy się, uderzył Amira rękojeścią w twarz. Mężczyzna upadł na zimną posadzkę, czując sączącą się obficie z nosa i rozciętych warg krew.
-Nie będę z tobą walczył…- powiedział zdecydowanie, chcąc się podnieść.
Wargi Nadima zadrżały wyraźnie. Zaatakował raz jeszcze, tym razem jednak ostrzem miecza, rozcinając głęboko ramię mężczyzny, który na powrót osunął się na podłogę, syknąwszy z bólu. Sięgnął dłonią do krwawiącego miejsca i spojrzał na potomka wilków. Gdyby Nadim chciał go zabić, uczyniłby to bez najmniejszego problemu. Mężczyzna nie osłaniał się, nie bronił… A jednak, potomek wilków zdawał się jedynie chcieć sprowokować go do walki. Amir nie rozumiał, z jakiego powodu. Gdy jednak jego kompan ponownie uniósł broń, mechanicznie odczołgał się na bok, chcąc uniknąć ciosu. Nadim znalazł się przy nim w ciągu kilku sekund, gotów zaatakować. Amir sięgnął po miecz bezwiednie, całkowicie odruchowo i zatrzymał ostrze potomka wilków tuż nad sobą bez najmniejszego problemu, jak gdyby ten nie chciał go zranić i był gotów zatrzymać się w każdej chwili. Nadim cofnął się na moment, dając Amirowi możliwość, by podnieść się z ziemi. Władca wciąż nie rozumiał, jaki jego towarzysz widzi w tym wszystkim cel. Na pierwszy rzut oka widać było, że nie był zdolny do tego, by go skrzywdzić. Więc po co…? Po co to wszystko? To była część jakiegoś planu? Amir nie wiedział. Ale gdy Nadim ruszył w jego kierunku i przystąpił do ataku, włączył się w walkę. Sprawnie odparowywał ciosy przeciwnika, które wraz ze wzrastającą koncentracją człowieka, stawały się coraz bardziej mocne i trudne do powstrzymania. Mężczyzna zdawał sobie sprawę z tego, że robią dokładnie to, czego oczekiwał ten demon.
-Spektakularne romanse, zasługują na spektakularne zakończenie…- usłyszał jego komentarz.
Nie wiedział, do czego to wszystko zmierza, ale walka stawała się coraz bardziej poważna i zażarta. Amir bronił się jedynie, zatrzymując cios za ciosem, umykając przed kolejnymi atakami, męcząc siebie i swojego przeciwnika. To było nużące i kompletnie wyczerpujące. Brakowało mu już sił i koncentracji. Chciał tylko wiedzieć do czego to zmierza. Chciał ufać, że Nadim rzeczywiście ma jakiś plan, coś, co było być może równie szalone i naiwne jak zwykle, ale równocześnie, co mogłoby im pomóc. Zablokowany cios. I kolejny. I znowu. Odpierał atak za atakiem, ledwie mogąc utrzymać broń w rękach. W pewnym momencie zamachnął się widząc, jak Nadim unosi miecz. Był pewien, że i tym razem odpowie na jego cios i zatrzyma go w odpowiednim momencie. Ale się pomylił. Nadim nagle odrzucił broń. Dosłownie na sekundę przed tym, nim, kierowane machinalnie dłonią Amira ostrze, rozcięło jego klatkę piersiową.
Krew trysnęła obficie.

piątek, 17 maja 2013

- 12 - [Edmund Lancaster]


James przebudził się. Leżał przez moment w bezruchu, nie otwierając oczu, po czym ziewnął szeroko i przekręcił się na drugi bok. Tą noc przespał we własnym łóżku. No, przynajmniej dużą jej część. Po drugim wykonanym przez siebie telefonie, przeniósł się tutaj. Chwilę później okazało się, że nie on jeden, bo gdy chciał się nieco przesunąć, uderzył czołem w coś twardego, co okazało się być ramieniem panicza. James jęknął głucho i uniósł głowę. Edmund również się obudził i zwrócił twarz w kierunku historyka, mocno całą sytuacją zdezorientowany. Tym razem zderzyli się nosami.
-Cześć, Jamie…- mruknął sennie hrabia Lancaster, nie odsuwając się ani o centymetr.
James zaniemówił na moment, mocno skrępowany całą sytuacją i dość niespodziewaną bliskością. Edmund musiał obudzić się w środku nocy, zdać sobie sprawę z tego, że Jamesa przy nim nie ma, może nawet przestraszyć, a później przyjść tutaj.
-Cześć, Edmund…- odkaszlnął cicho historyk, biorąc się w garść i podnosząc. Przeszedł przez hrabiego by wydostać się z łóżka, wciąż nieco zawstydzony, bo choć Lancaster już parę razy spał razem z nim (… brzmiało to cokolwiek niestosowne, ale w rzeczywistości wcale takie nie było!), a nawet był z nim na „randce” (to było zwykłe spotkanie, wiadomo przecież, że Edmund nawet nie był do końca świadom, co oznacza to słowo), to takie zdarzenia wciąż napawały go swoistym, acz bardzo specyficznym, dyskomfortem.- Chcesz już wstawać…?- zapytał, wyjmując z szafki świeże ubrania i zerkając ukradkiem w kierunku panicza.
-Chcę jeść- odparł szczerze młody Lancaster.
James zaśmiał się cicho.
-Zaraz zrobię jakieś śniadanie. Masz ochotę na coś konkretnego?
-Na pizzę- odpowiedział Edmund, co było zresztą zupełnie do przewidzenia.
-Eee…- historyk zniknął na moment z pomieszczenia, by wynieść ubrania do łazienki i zaraz wrócił do niego ponownie, zatrzymując się w progu.- Obawiam się, że to niemożliwe…- przyznał, uśmiechając się lekko.- Nie umiem robić pizzy…- umiał ją za to zamówić, ale gdyby częściej pozwalał sobie na tego typu śniadania, niedługo nie mieliby co jeść. To z pewnością nie wpłynęłoby w dramatyczny sposób na panicza Lancastera, który miał dobre kilka wieków, by przyzwyczaić się do tego stanu rzeczy, ale James miał graniczące z pewnością wrażenie, że nie zniósłby tego stanu równie dobrze.- Może jakieś płatki? Galaretkę? Kanapki?
Edmund skinął głową, nie wybierając konkretnie niczego, więc chyba było mu to obojętne.
-Pójdziemy dziś na pizzę, Jamie?- zapytał.
Historyk westchnął cicho, uśmiechając się niepewnie.
-Niestety nie, Edmund.
-Szkoda…- panicz Lancaster był wyraźnie rozczarowany.- To był miły wieczór.
James spojrzał na niego z lekkim zdziwieniem.
-Tak…- potwierdził po chwili, uśmiechając się szerzej.- Tak, to było naprawę miły wieczór- stwierdził i dopiero w tym momencie dotarło do niego, że to nie za pizzą tak bardzo tęsknił młody hrabia.- Możemy robić takie wieczory tutaj, w domu. Ja będę coś gotował. Będziemy jeść i rozmawiać…
-W domu ze mną nie rozmawiasz, Jamie- burknął ku jego zdziwieniu Edmund.- W domu tylko pytasz i pytasz, patrzysz w głupie kartki i mruczysz…
-Mruczę?- zdumiał się James.
-Tak… Tylko „mhm” i „mhm”- obwieścił ponuro panicz, wyraźnie głęboko tym faktem poirytowany, a może wręcz urażony.
Mężczyzna nie mógł powstrzymać śmiechu. Wiedział, że młodzieniec ma rację. Właściwie,  to zdał sobie z tego sprawę dopiero wczoraj. Wcześniej wydawało mu się, że traktuje Edmunda „normalnie”, ale cała ta sytuacja, od normalności zdecydowanie daleka, chyba go przerosła. Kiedy się nad tym zastanawiał, dochodził do wniosku, że zamiast rzeczywiście poświęcić swojemu podopiecznemu czas i zainteresować się nieco bardziej jego sytuacją teraźniejszą, a nie przeszłością, wciąż tylko głowił się nad rozwikłaniem zagadki. Tajemnicza śmierć Edmunda (choć w tym wypadku, to nie śmierć zdawała się skrywać większą tajemnicę…) i jego rodziców, nie dawała mu spokoju, ale wiedział już, że musi bardziej skupić się na potrzebach młodego Lancastera i pomóc mu w większym stopniu przyzwyczaić się do otaczającej go rzeczywistości.
-Obiecuję, że nie będę cię zaniedbywał- powiedział. Edmund podniósł na niego uważne, przenikliwe spojrzenie.- Przysięgam- poprawił się James, uśmiechając się do niego serdecznie.- Wieczory będziemy spędzać razem i nie będę o nic wypytywał, ani mruczał.
-W takim razie, niech będzie…- zgodził się młody hrabia z teatralną obojętnością. Historyk zaśmiał się cicho.- Więc dzisiaj zrobimy taki wieczór…?
-Nie, dziś niestety nie…- odparł James, czując, że zbacza na temat, który musiał poruszać z Edmundem z dużo większą uwagą i ostrożnością.- Dziś… Dziś będziemy musieli gdzieś wyjść.
-Wyjść…? Wyjść gdzie?
Wychodzili razem już wiele razy, ale chyba sam sposób, w jaki James to powiedział, wzbudził w Lancasterze wyraźny niepokój.
-Nie przejmuj się, Edmund, wyjaśnię ci później- uciął mężczyzna, raz jeszcze uśmiechając się do swojego podopiecznego i opuścił pomieszczenie.
Wiedział, że musiał podejść do całej sprawy ze swoistą subtelnością, bo o ile potomek Lancasterów już wcześniej miewał zastrzeżenia do różnego rodzaju pomysłów mężczyzny, o tyle po tym ostatnim zdarzeniu, kiedy James zostawił go samego, a biedak błąkał się po ulicach, kompletnie przerażony, niemalże nie opuszczał swojego opiekuna na krok.
James wziął szybki prysznic, ubrał się, a następnie zajął przygotowywaniem śniadania. Edmund Lancaster jak zwykle zasiadł przed telewizorem, ale chyba tym razem, oglądanie wyjątkowo go nużyło, bo po kilkunastu minutach wszedł do kuchni i usiadł przy stole, bacznie obserwując swojego opiekuna, który kończył już smażenie jajecznicy. Historyk był nieco zaskoczony, bo nie da się ukryć, że zazwyczaj Edmund konsumował posiłki w towarzystwie bajkowych postaci, prezenterek wiadomości, aktorów albo innej maści postaci z życia publicznego. Ta odmiana była jednak całkiem przyjemna. Mężczyzna rozdzielił posiłek na dwie porcję i postawił jeden talerz przed Lancasterem, a drugi przygotował dla siebie. Zanim jednak zaczął jeść, zajął się parzeniem herbaty, bo, jak się okazało, nie zostało już nic innego do picia. W międzyczasie porozglądał się po szafkach i obejrzał dokładnie zawartość lodówki. Westchnął głęboko, uświadamiając sobie, że znowu musi iść na zakupy. A to z kolei oznaczało, że będzie musiał wydać pieniądze, których miał coraz mniej i mniej, i wcale nie był pewien, czy w ogóle wystarczą im do końca miesiąca. Zastanawiał się, co z tym wszystkim zrobić. Cokolwiek kupował do jedzenia, znikało w zastraszającym tempie. On wciąż był przyzwyczajony do robienia zakupów jak gdyby mieszkał zupełnie sam, a przecież Edmund jadł tyle samo, jeśli nie więcej od niego. To wszystko go stresowało. Zwłaszcza, że teraz miał naprawdę ograniczone możliwości, by znaleźć sobie jakieś zatrudnienie.
Lancaster czekał na niego z posiłkiem. Wreszcie, James podał herbatę, usiadł i mogli przystąpić do jedzenia.
-Z kim wczoraj rozmawiałeś, Jamie…?- rzucił nagle Edmund, patrząc na swojego opiekuna z uwagą. Historyk wbił w niego zdumione spojrzenie, nie mając pojęcia, o co chodzi.- Późno w nocy. Z telefonem.
-Przez telefon- poprawił go odruchowo mężczyzna, uśmiechając się lekko.- Słyszałeś…? Sądziłem, że śpisz.
-Obudziłeś mnie.
-Przepraszam, Edmund.
-Więc z kim rozmawiałeś?- powtórzył panicz, wyraźnie zaciekawiony.
-Z moim przyjacielem- odparł jedynie James, nie chcąc na razie wdawać się w szczegóły.
Edmund zmarszczył brwi.
-Ja jestem twoim przyjacielem.
-Tak, ale…- mężczyzna zastanowił się przez chwilę.- Właściwie to zbytnia poufałość z mojej strony określać go tym mianem… To raczej… znajomy. Dobry znajomy, naprawdę mi pomógł, zresztą nadal mi pomaga… Właściwie prawie jak członek rodziny… No, może przesadziłem… Dalekiej rodziny… Trochę jak… jak… jak wuj- rzucił w końcu, usiłując wytłumaczyć to hrabiemu.
Dopiero teraz Lancaster pokiwał głową ze zrozumieniem. Już o nic nie pytał. Jedli przez kilka minut w ciszy, aż wreszcie James zdecydował się wypalić:
-Dziś wieczorem do niego pójdziemy.
-Hm…?- Edmund spojrzał na niego ze zdumieniem.- Do twojego wuja?
-Mhm.
-Po co?- zdumiał się hrabia.
-Cóż… Będziesz miał okazję go poznać…- zaczął ostrożnie James, już spodziewając się protestu, jaki usłyszy po swoich kolejnych słowach.- No i… Hm… Wiesz, Edmund… Czasem będę musiał gdzieś wyjść… Sam… Bez ciebie… I… Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to wtedy z nim zostaniesz.
Panicz Lancaster spojrzał na niego z oburzeniem.
-Co takiego?!- rzucił, autentycznie przerażony. Odłożył sztućce i wstał od stołu, patrząc na swojego opiekuna z niedowierzaniem.- Nie możesz mnie znowu zostawić, Jamie! Obiecałeś mi! Mówiłeś, że nie zostawisz mnie samego!
-I nie zostawię!- odparł natychmiast mężczyzna, również się podnosząc. Podszedł do młodzieńca. Oparł dłonie na jego ramionach i usadził go z powrotem na krześle, po czym kucnął przy nim.- Posłuchaj, Edmund… Prędzej czy później, będę musiał wyjść gdzieś sam… A nawet, jeśli nie… Cóż. Zawsze może zdarzyć się coś zupełnie niespodziewanego…- Edmund pokręcił gwałtownie głową, wciąż wyraźnie daleki od zgody na takie rozwiązanie.- Czy zrobiłem kiedyś coś złego?- zapytał James.
-Tak- odparł Edmund.
-Tak?- zdumiał się mężczyzna, nie takiej odpowiedzi się spodziewając.
-Wyłączyłeś wszystko. Oglądałem coś naprawdę miłego.
-Och…- no tak. Ostatnio James, przez swoją nieuwagę, doprowadził do wyłączenia korków.- Nie o to pytam, Edmund- sprostował natychmiast.- Chodzi mi o to, czy zrobiłem coś złego tobie. Coś, po czym czułeś się źle albo było ci naprawdę bardzo przykro…
-Było mi przykro, kiedy odszedłeś- przyznał szczerze panicz, wyraźnie zasmucony.- I kiedy cię szukałem, ale nigdzie cię nie było. I wydawało mi się, że już nigdy nie wrócisz.
Historyk uśmiechnął się lekko na te słowa. Z niewiadomej przyczyny, zrobiło mu się cieplej na sercu, gdy to usłyszał, po chwili jednak doszedł do wniosku, że choć potomek Lancasterów był z nim bez wątpienia związany, jego zmartwienie tamtą sytuacją wynikało głównie z faktu braku samodzielności i nieświadomości tego, co się wokół niego dzieje.
-Tak, ale… Nie w tym rzecz. Ufasz mi, Edmund?- zapytał otwarcie mężczyzna.
Długo przyszło mu czekać na odpowiedź. Młody hrabia wpatrywał się w niego przenikliwie. James speszył się, bo nie wiedział, o co może chodzić. Już bał się, że i tym razem usłyszy coś zaskakującego. W pewnym momencie, Edmund nachylił się do przodu i objął swojego opiekuna mocno, choć jednocześnie trochę niepewnie i nieporadnie. Historyk wydał z siebie jakiś pełen zdumienia odgłos, będąc całkowicie zdezorientowanym tym przejawem czułości. Nie bardzo wiedział, jak właściwie ma się zachować. Nie odsunął jednak od siebie młodzieńca. W dość groteskowym i kompletnie nie pasującym do okoliczności geście, poklepał go nieśmiało po plecach, nie mając pojęcia, jak powinien zareagować.
-Dlaczego pachniesz tak ładnie, Jamie…?- usłyszał pytanie Lancastera, które bynajmniej nie pozwoliło mu się otrząsnąć z szoku, a wprost przeciwnie, wprawiło go w jeszcze większe zakłopotanie.
-Eee… A… J… Ja… J… E-Edmund… Hm…- wydobył z siebie takie mniej więcej dźwięki, usiłując na próżno doprowadzić się do jako takiego porządku. Szczerze mówiąc, naprawdę nie miał pojęcia, co się właśnie wydarzyło i nawet nie próbował sobie tego tłumaczyć. Po kilku chwilach, gdy wreszcie wrócił mu rozsądek, chwycił podopiecznego za ramiona i odsunął od siebie. Lancaster nie opierał się, więc nie przyszło mu to z dużym trudem. Edmund wciąż patrzył na niego z uwagą.- Wiesz… Hm…- James ciągle daleki był od opanowania. Wyprostował się i odchrząknąwszy, stwierdził- Będziemy musieli powiedzieć mu o twojej tajemnicy, Edmund.
Panicz zmarszczył brwi.
-Ja nie mam żadnej tajemnicy.
-Chodzi o twoją śmierć- wyjaśnił James, starając się brzmieć możliwie jak najbardziej subtelnie i spokojnie.
-Ach, tak…- potomek Lancasterów sposępniał wyraźnie.- Mówiłeś, że mam nikomu nie mówić, Jamie.
-To wyjątkowa sytuacja. Zresztą, ty nic nie będziesz musiał mówić. Zostaw wszystkie wyjaśnienia mnie, dobrze…?- uśmiechnął się do chłopaka nerwowo i sięgnął po swój pusty talerz, a następnie podszedł do zlewu i zaczął go myć. Nie dało się ukryć, że potrzebował jakiegoś zajęcia, by nie patrzeć na Edmunda i uspokoić własne myśli.
Wciąż wyczuwał na sobie wzrok podopiecznego, ale nie odwracał się w jego stronę.
-Dobrze- odparł w końcu Edmund.

James i Edmund Lancaster przeszli przez otwartą bramę jednej z posiadłości, a następnie zatrzymali się przed drzwiami dużego, piętrowego domu. Zerknęli na siebie. Historyk uśmiechnął się lekko do swojego towarzysza, który sprawiał wrażenie bardzo niepewnego, chcąc dodać mu otuchy i pokazać, że wszystko jest w porządku. Panicz odpowiedział tym samym, choć w sposób dość niemrawy, wyraźnie całą sytuacją podenerwowany.
James, nie wiedzieć czemu, wahał się jeszcze przez chwilę, po czym zadzwonił do drzwi. Dom, przed którym stali, należał do pana Richardsa. To z nim mężczyzna się skontaktował i na jego pomocy mu zależało. Dyrektor lokalnego, cieszącego się bardzo dobrą opinią liceum, jeden z profesorów na jego uczelni, uchodzący za tego, który wszystko potrafił załatwić dla swoich „ulubieńców”, już wcześniej wspomagał Jamesa. Teraz tylko finansowo, ale w czasie jego studiów, bardzo pomagał mu w szukaniu rozmaitych materiałów i uzyskiwaniu dostępu do książek, które ciężko było dostać w bibliotekach. Poza tym, doradzał mu wielokrotnie, sam był wielkim pasjonatem historii i James naprawdę liczył się z jego opinią i cenił go, nie tylko jako fachowca, ale i człowieka. Mężczyzna sądził, że jeśli ktokolwiek uwierzy mu w sprawie Edmunda i będzie w stanie coś dla niego zrobić, to tylko pan Richardson.
Panicz Lancaster niecierpliwił się wyraźnie. Minęła już dłuższa chwila, więc James zadzwonił do drzwi raz jeszcze, zastanawiając się już, czy przypadkiem czegoś źle nie zrozumiał i nie przyjechał wcześniej czy też zbyt późno. Adres zapisał, więc chyba wszystko się zgadzało. Nigdy wcześniej nie spotykał się z profesorem w takich okolicznościach, nigdy więc też nie był na terenie jego posiadłości i nie czuł się z tymi odwiedzinami szczególnie komfortowo, ale sprawa była więcej niż tylko wyjątkowa.
Wreszcie, usłyszał kroki i drzwi otworzyły się na oścież. Profesor Richardson stanął w progu, uśmiechając się szeroko.
-James! Wita…- umilkł nagle, wbijając w towarzyszącego mężczyźnie młodzieńca pełne zdumienia spojrzenie.- Witajcie obaj…- rzucił, nie bez konsternacji, zaraz jednak ponownie przywołując na twarz uśmiech i odsuwając się z przejścia, gestem dłoni zapraszając gości do środka.- Wchodźcie, wchodźcie!
James wszedł do wnętrza domu. Edmund natychmiast podążył w ślad za nim. Profesor zamknął drzwi. Mężczyzna chciał zdjąć buty, ale mężczyzna zaprotestował:
-Daj spokój, James… Chodźcie…- powiedział, prowadząc ich wzdłuż przedpokoju. James chwycił wyraźnie skołowanego i nieco zlęknionego Edmunda za nadgarstek i pociągnął go za sobą, idąc za profesorem.- Śmiało, śmiało!- zawołał Richardson, widząc skrępowanie obu gości. Wprowadził ich do obszernego salonu.- Siadajcie…- uśmiechnął się serdecznie, wskazując byłemu studentowi i towarzyszącemu mu młodzieńcowi kanapę.- Coś do picia…?
-Nie, nie…- odparł James, odkaszlnąwszy cicho i wraz z Edmundem, zajął wskazane przez profesora miejsce. Pan Richardson patrzył to na niego, to na jego towarzysza z wyraźnym wyczekiwaniem.- To mój przyjaciel, Edmund- zreflektował się historyk, dopiero po chwili orientując się, w czym rzecz.
-Ach, tak…- profesor Richardson uśmiechnął się i pokiwał głową ze zrozumieniem.- To pewnie któryś z bardzo zdolnych studentów, co…? Albo niedoszły, ale bardzo ambitny student… Wiem, wiem, komisje stypendialne bazują tylko na papierkach i cyfrach, a przecież nieraz młody człowiek znajduje się w naprawdę trudnej sytuacji… Zawsze mam dużo zrozumienia dla miłośników historii…- dodał, mrugając do Edmunda porozumiewawczo.
Młody Lancaster patrzył na niego bez zrozumienia.
-Nie znoszę historii- burknął.
Profesor Richardson był nieco skołowany.
-Ach… Ach, tak…- odparł. James chciał coś powiedzieć, ale ten dodał szybko- Wiem, że sprawa jest poważna, ale chciałbym ci coś dać, jeśli pozwolisz…- zaczął, pochodząc do jednej z szafek i ściągając z niej jakąś kopertę.- Szczerze mówiąc, kiedy zadzwoniłeś, myślałem, że chodzi o kwestie finansowe… Rozmawialiśmy o tym ostatnim razem… Teraz widzę, że tak nie jest, ale i tak zainteresowałem się tematem… Wiem, że bardzo się krępujesz pomocą ode mnie, choć, jak wspominałem, zupełnie niepotrzebnie, ale jest możliwość pozyskania dodatkowych środków pieniężnych- stwierdził, podając byłemu studentowi otwartą już kopertę.- Jest pewna komisja, która przyznaje dofinansowania młodym badaczom, wystarczy wysłać im wstępną pracę albo choćby określić jej rys, przedstawić materiały, na których się bazuje… Oczywiście wszystkie wnioski są rozpatrywane indywidualnie i nie zawsze pozytywnie, ale jestem pewien, że postarasz się zrobić jak najlepsze wrażenie…
-Tak…- James uśmiechnął się niemrawo. Wyjątkowo, finanse były w tej chwili ostatnią rzeczą, o jakiej myślał, choć zgiął kopertę na pół i schował ją do kieszeni kurtki, będąc pewnym, że skorzysta z tej możliwości.
-Więc?- Richardson spojrzał na niego pytająco.- Cóż to za pilna sprawa, związana, jak mniemam, z tym młodym człowiekiem…?
James wahał się przez chwilę.
-Czy jesteśmy sami…?- zapytał w końcu.
Profesor wyraźnie się zdziwił. Rozejrzał się wokół teatralnie, po czym rzucił:
-W istocie, na to wygląda… James, drogi chłopcze, rozwiodłem się siedem lat temu i od tamtej pory, zawsze jestem sam…- parsknął śmiechem.- Pomijając pomoc domową, ale wbrew ogólnej opinii o gosposiach, ta wcale nie zostaje po godzinach… Ekhem… Przepraszam, mam trochę ciężkie poczucie humoru…- stwierdził, widząc, że ta uwaga nie rozbawiła gości.- Tak, nikogo innego nie ma w domu, możesz mówić całkiem otwarcie i swobodnie, co też masz na myśli.
Gdyby to było takie proste… Mężczyzna zastanawiał się, jak ubrać to wszystko w słowa. Nie żeby nie myślał o tym wcześniej, ale wszystko i tak brzmiało strasznie abstrakcyjnie i niedorzecznie.
-To jest Edmund…- zaczął powoli. Pan Richardson skinął głową.- Edmund Lancaster. Prawdziwy Edmund Lancaster- zaznaczył jeszcze.
Profesor zmarszczył brwi.
-To jakiś rodzaj prezentacji…?- zapytał niepewnie, zerkając na młodzieńca.- Bo przysięgam, James, naprawdę nie wiem, o co w tym chodzi…
-Pan profesor wie czym się zajmuję, prawda?- rzucił James.
-Tak. Lancasterami.
-Edmundem Lancasterem. Morderstwem jego i jego rodziców.
Panicz wbił w Jamesa przerażone spojrzenie, wyraźnie oszołomiony jego słowami.
Richardson zaśmiał się lekko.
-Przypominam ci, że ostatnim razem, sam twierdziłeś, iż najmłodszy z Lancasterów wcale nie musiał być zabity…
-Ale teraz już wiem, że został- odpowiedział z pełnym przekonaniem James, wstając powoli. Wskazał na siedzącego obok młodzieńca.- Bo to jest Edmund Lancaster.
Pan Richardson patrzył na niego tak, jakby nie rozumiał ani słowa.
-Edmund Lancaster o którym mówimy zmarł przed wiekami…- przypomniał.
-Owszem. To znaczy… W pewnym sensie… Rzecz w tym, że wcale nie zmarł…- usiłował wytłumaczyć to wszystko James.
-Co ty mówisz…- zachichotał profesor, chyba nawet nie przypuszczając, do czego zmierza jego dawny student.- Nawet, gdyby nie został zamordowany, choć teraz już twierdzisz coś zupełnie innego, tak czy inaczej umarł…
-Wcale nie!- rzucił z oburzeniem Edmund.
Profesor spojrzał na niego bez zrozumienia, po czym przeniósł wzrok z powrotem na Jamesa.
-Nikt nie żyje przez setki lat…- stwierdził.
-On żyje- odpowiedział stanowczo historyk, wskazując na swojego towarzysza.- Wiem, że brzmi to naprawdę dziwacznie, ale taka jest prawda… Poszedłem do zamku Lancasterów i tam go znalazłem… Był tam przez cały ten czas. Przed wiekami został zamordowany, ale wciąż żyje… Zdaję sobie sprawę z tego, że…
-Czekaj, czekaj, James…- przerwał mu profesor, kręcąc głową.- Chyba czegoś nie rozumiem… To znaczy, mam nadzieję, że tak jest… Chcesz mi wmówić, że ten młodzieniec jest Edmundem Lancasterem? Tym, który żył przed kilkoma wiekami?- zapytał pobłażliwie. James skinął głową. Richardson spojrzał na niego z absolutnym zdumieniem, najwyraźniej spodziewając się jakiegoś wyjaśnienia czy sprostowania.- James… To przecież… Dobrze zresztą, podejdźmy do sprawy racjonalnie…- zaczął powoli.
-Do tej sprawy nie da się podejść racjonalnie- odpowiedział zgodnie z prawdą James, który próbował to zrobić wiele razy.
-James, nie wiem, co próbujesz zrobić… Nigdy bym cię nie podejrzewał o coś takiego, ale czy ty starasz się zwrócić na siebie uwagę… mediów? A może naukowego świata…?- dopytywał niepewnie, nie widząc w tym większego sensu.- To naprawdę najbardziej banalny sposób, z jakim się spotkałem… Nikt w to przecież nie uwierzy, a ty niczego nie udowodnisz… Nie wspomnę już o tym, że przyprowadzanie ze sobą rzekomego ducha, nie bardzo dodaje ci wiarygodności…- zaśmiał się cicho.- James, szczerze mówiąc, naprawdę nie wiem, co ty właściwie wyprawiasz- dodał, poważnie zaniepokojony.
-Edmund Lancaster nie jest duchem- odpowiedział historyk. Dał znak swojemu podopiecznemu, by ten wstał. Panicz wahał się przez chwilę, patrząc na profesora z wyraźną niechęcią, ale podniósł się z miejsca.- I wbrew temu, co pan mówi, jestem w stanie to udowodnić. Proszę sprawdzić czy jego serce bije.
-James, ja naprawdę nie…
-Proszę- nalegał mężczyzna.
Profesor Richardson westchnął głęboko. Podszedł bliżej Edmunda i, chyba tylko dla świętego spokoju, chwycił go za nadgarstek, chcąc sprawdzić jego puls. Lancaster drgnął i cofnął się odruchowo, nie wyswabadzając jednak ręki z uścisku.
-Wszystko w porządku, Edmund…- uspokoił go James, kładąc mu dłoń na ramieniu.- Pamiętasz? Też tak robiłem, gdy cię spotkałem…
Richardson cofnął dłoń, zmarszczywszy brwi. Zaraz dotknął opuszkami palców szyi młodzieńca. Stał tak przez chwilę, wyraźnie kompletnie zdezorientowany. Sięgnął do swojej szyi, najwyraźniej chcąc sprawdzić, czy wszystko robi we właściwy sposób. Wreszcie, coraz bardziej zaskoczony, położył dłoń na klatce piersiowej Edmunda. Trzymał ją przez dobre kilka minut, kompletnie zaszokowany.
-Czy on nie oddycha…?- zapytał nagle, przyglądając się towarzyszowi dawnego studenta z uwagą, absolutnie oszołomiony.
-Powiedziałem panu…- odparł James.- Mówię prawdę. To jest Edmund Lancaster.
-James, James, chwila…- Richardson cofnął się o kilka kroków, podnosząc dłonie w obronnym geście.- Przecież to nielogiczne… Nikt, kto nie oddycha, kogo ciało nie pracuje, nie może funkcjonować w normalny sposób… A zresztą… Gdyby rzeczywiście był w zamku… Przecież ktoś by go znalazł, nie byłeś pierwszym, który się tam pojawił…
-Przecież sam pan sprawdził…- zauważył mężczyzna, siląc się na spokój, bo jego rozmówca był coraz bardziej zdenerwowany.
-Nie, James, ja…
-Pokażę panu coś jeszcze…- powiedział historyk.- Edmund…- zwrócił się do zdezorientowanego całą sytuacją młodzieńca.- Mógłbyś, proszę, zdjąć koszulkę…?
Hrabia Lancaster spojrzał na niego z oburzeniem. James nie sądził, że będzie musiał się do tego posunąć, nie było to komfortowe ani dla niego, ani tym bardziej dla Edmunda, ale wiedział, że będzie to koronny dowód i argument na to, że nie jest to żadna sztuczka ani kłamstwo.
-Nie ma mowy!- zaparł się gniewnie Edmund.
-To naprawdę bardzo ważne…- James spojrzał na niego prosząco.- Edmund, proszę, zrób to dla mnie.
Młodzieniec pokręcił głową, ale po chwili złagodniał. Spojrzał na swojego opiekuna z wyrozumiałością, po czym łypnął niechętnie na Richardsona, który akurat poszczypywał się w ramię, najwyraźniej święcie przekonany, że coś mu się roi, a następnie zaczął rozpinać guziki koszuli. Wreszcie, rozsunął niespiesznym ruchem jej poły, ukazując swój tors i znajdujące się na nim, głębokie rany. James przełknął ślinę, natychmiast odwracając wzrok i czując, że robi mu się słabo. Wciąż nie przyzwyczaił się do TAKIEGO widoku Edmunda. Wiedział, że jego podopieczny nie czuł bólu, ale przerażał go sam widok. Richardson wciągnął powietrze do płuc z głośnym świstem.
-J… Ja… Cóż… Charakteryzacja…?- odchrząknął, zbliżając się znów do Edmunda. Uniósł drżącą dłoń i dotknął jednej z ran, niemalże wsuwając w nią palec.
-Hej!- obruszył się Edmund, gwałtownym ruchem odtrącając jego rękę.
Richardson odsunął się tak szybko i z takim przerażeniem, że omal nie wpadł na jeden z foteli.
-Boże, Boże… Dobry Boże…- rzucił spanikowany, łapiąc się za głowę.- Czy ja śnię…? A może za dużo wypiłem… James… Na litość boską… Chodź- rzucił do chłopaka, prędko przechodząc do drugiego pomieszczenia.- Chodź, proszę!- zawołał go jeszcze.
-Dziękuję, Edmund- szepnął mężczyzna, uśmiechając się ciepło do swojego podopiecznego.- Zapnij się i poczekaj tutaj, dobrze? Wyjdę tylko do tego pokoju obok, za chwileczkę do ciebie wrócę…
Wszedł do pokoju, w którym zniknął Richardson. Był to niewielki gabinet. Profesor krążył po jego wnętrzu, zupełnie nie mogąc się uspokoić ani znaleźć sobie miejsca. James nie był tym zdumiony.
-James… Dobry Boże… Opowiedz mi raz jeszcze, opowiedz mi wszystko, chłopcze…- poprosił starszy z mężczyzn.
-Powiedziałem już panu wszystko- jego były student uśmiechnął się niepewnie, wzruszając ramionami.- Zdaję sobie sprawę z tego, jak wielkie wrażenie wywarło na panu to, co pan usłyszał i czego był świadkiem, ale prawda jest taka, że po prostu znalazłem Edmunda w zamku… Zabrałem go ze sobą. Już jakiś czas temu, ale dopiero teraz…
-Kto jeszcze o tym wie?- zapytał natychmiast profesor.
-Nikt- odpowiedział zgodnie z prawdą James.- Jest pan pierwszą osobą, której o tym mówię.
Richardson spojrzał na niego z niekłamanym zdumieniem.
-Doprawdy…?- rzucił zaskoczony.- To dobrze… To bardzo dobrze, James…- zreflektował się po chwili, kiwając głową. Zatrzymał się w końcu przy stojącym obok ściany ogromnym globusie. Uniósł jego wieko, pod którym skrywało się kilka butelek alkoholu i szklanki. W jedną z nich nalał sobie trunku i wypił go szybko.- Wybacz mi, ale…- zająknął się, potarłszy skronie.- Ale to naprawdę wielka rzecz… To znaczy… Co ja bredzę, James! Wiesz w ogóle, co znalazłeś?
-Kogo- poprawił go odruchowo mężczyzna.
-Tak, ale ja nie o tym… To jest… Owszem, Edmund Lancaster, samo to również jest niesamowite… Ale nawet gdyby był to ktokolwiek inny… Błagam cię, James, przysięgnij mi teraz na wszystkie świętości, że to żaden żart czy kpina- dodał, poważniejąc natychmiast.
-Przecież mnie pan zna. Przysięgam. Nie przyszedłbym do pana w żadnej błahej sprawie.
-Tak… Tak, w rzeczy samej, ta nie należy do błahych…- szepnął Richardson, przełykając nerwowo ślinę.- Zdajesz sobie sprawę z tego, że takie odkrycie… To nie zdarzyło się jeszcze nigdy wcześniej, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo… Zresztą, to nawet nie jest odkrycie! To coś… Coś, co burzy cały dotychczasowy porządek, podważa wiele teorii, wywróci świat nauki do góry nogami! Póki co dopiero śnimy o hibernacji, wiecznej młodości i nieśmiertelności, a tymczasem on… O Boże… Przeżył własną śmierć! Wciąż jest młody! Żyje, mimo tego, iż jego ciało nie ma prawa funkcjonować! To jest przełom! Albo raczej, kompletna rewolucja!- mówił z coraz większym zapałem i entuzjazmem.- Nie mogę uwierzyć, że mam takie szczęście! Że ty je miałeś! Dobry Boże, chłopcze! Wyobraź sobie swoje nazwisko w gazetach, pomyśl, że przejdziesz do historii, a ja, jako twój nauczyciel…
-Nie!- przerwał mu stanowczo James.
-O co chodzi…?- Richardson spojrzał na swojego niedawnego studenta bez zrozumienia.
-Nikt nie może dowiedzieć się o Edmundzie- stwierdził mężczyzna, a na twarz profesora wstąpiło zdumienie.- Nie chcę skazywać go na takie życie. Czołówki gazet, nieustanne badania, testy…
-Chłopcze, nie myśl o tym!- odparł natychmiast Richardson, kręcąc pobłażliwie głową.- W obliczu tego rodzaju odkryć nie liczy się los jednostek, a całych mas! Zdajesz sobie sprawę, że to wydarzenie bez precedensu, odkrycie bez precedensu, że badanie Lancastera może zapoczątkować całą masę odkryć, które przełożą się na nowe rozwiązania medyczne…?
-Nie zgodzę się na nic podobnego- powtórzył raz jeszcze James, tak samo stanowczo i pewnie, jak wcześniej.- Nie chcę go na to skazywać. Jestem historykiem i to, co mnie ciekawi to jego przeszłość i zaistniała zbrodnia. Sądzę zresztą, że ma to bezpośredni związek z obecnością Edmunda tutaj. Sądzę, że mnie pan zrozumie.
-Przecież wystarczy z nim porozmawiać i wszystko w sprawie zbrodni będzie jasne…- rzucił Richardson.
-Nie. Edmund nie pamięta wielu rzeczy albo nie chce ich pamiętać. Kiedy go znalazłem, nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, że nie żyje i że jego rodzice również zginęli. Udało mi się uzyskać od niego parę informacji, ale to dopiero czubek góry lodowej.
-Więc… Oczekujesz mojej pomocy…?- nie rozumiał profesor.
-Również…- odparł niepewnie James.- Sęk w tym, że nie mogę zostawić Edmunda samego, a… Nie mam się do kogo zwrócić- powiedział szczerze.- Chciałbym raz jeszcze odwiedzić zamek Lancasterów, ale Edmund chyba boi się tam wracać. Miałem nadzieję… Sądziłem… Hm… Może pan by się zgodził z nim zostać?- zapytał nieśmiało.- Nie trwałoby to długo.
Profesor sprawiał wrażenie zaszokowanego tą prośbą, wręcz w nią nie dowierzał.
-Wiesz dobrze, że gotów jestem do pomocy w każdej sprawie, a zwłaszcza takiej jak ta…- odparł i chyba rzeczywiście stanowiło to zgodę na prośbę mężczyzny.- Ale zastanów się dobrze, James! To jest epokowe odkrycie! Nawet pomijając osobisty prestiż… A przecież to też jest ważne! Zostałbyś zapamiętany jako ten, który go odnalazł… Zyskałbyś sławę i pieniądze… Kto wie, może pisano by o tobie w podręcznikach!- zaśmiał się cicho. Jego niedawny student wciąż jednak nie był ani trochę przekonany do tego pomysłu. On już podjął decyzję i dobrze wiedział, jak powinien postąpić, choć pomysły profesora go nie dziwiły. Sam zastanawiał się nad wieloma aspektami tej sprawy, niedługo po odnalezieniu Edmunda.- Ale nawet pomijając ten fakt… Pomyśl, ile to by znaczyło dla całego naukowego świata! To mogłoby przynieść za sobą jakiś przełom w medycynie albo innych dziedzinach… Zresztą, ten chłopak to jeden wielki przełom, nie ma w nim absolutnie nic przeciętnego i normalnego, ale wiesz, do czego zmierzam… To mogłoby uratować wielu ludziom życie, przedłużyć je albo znacznie polepszyć jego jakość… Zmieniłoby diametralnie ludzką mentalność… Rozumiem, że chcesz go chronić i podziwiam twój altruizm, ale przecież nikt go nie skrzywdzi. Żyjemy w humanitarnych czasach, będzie traktowany w odpowiedni sposób.
James nie był co do tego pewien.
-Nawet najbardziej humanitarne warunki nie zmienią faktu, że będzie wędrował od laboratorium do laboratorium, przechodząc różnego rodzaju testy i badania…- stwierdził.
Edmund Lancaster już teraz nie był wolny. Ograniczony swoją własną niesamodzielnością i brakiem świadomości, rozeznania w obecnym świecie, nie mógł sobie pozwolić na zbyt autonomiczne decyzje. A gdyby jeszcze świat dowiedział się o tym, kim rzeczywiście był… James nie miał wątpliwości, jak by to wyglądało. Najpierw jedno państwo, później drugie, a może nie, może wprost przeciwnie, jedna wielka konspiracja, ale tak czy inaczej, potomek Lancasterów nie miałby już szans na choćby zalążek normalnego życia. James nie życzyłby podobnego losu nawet najgorszemu wrogowi. Tym bardziej nie miał więc powodu, by pozwolić, aby coś podobnego spotkało Edmunda, jego podopiecznego i przyjaciela.
-Przepraszam, profesorze…- dodał, widząc, że mężczyzna chce coś odpowiedzieć.- Ale podjąłem już decyzję. Nie wiem, jak to będzie w przyszłości, póki co, chcę poznać szczegóły związane ze śmiercią Lancasterów.
-Ale oddanie sprawy w ręce naukowców nie zamknie drogi, a wprost przeciwnie…- starał się go wciąż przekonać Richardson.- Wciąż będziesz mógł dochodzić prawdy, a nawet zyskasz w tym pomoc…
James pokręcił głową.
Na pierwszy rzut oka widać było, że pan Richardson nie jest zadowolony z jego decyzji, ale wszystko wskazywało na to, że postanowił ją uszanować.
-Cóż… Rozumiem twój punkt widzenia…- mruknął, nie kryjąc rozczarowania. Spojrzał na niedawnego studenta z uwagą.- Kiedy chciałbyś go tutaj przyprowadzić…?
-Kiedy tylko miałby pan czas. Mógłby tu zostać jutro…? Tylko na parę godzin, ja…
-Oczywiście- zgodził się bez wahania Richardson.- Chyba nie sądzisz, chłopcze, że mógłbym odmówić, zwłaszcza w takiej sprawie…?- James uśmiechnął się do niego z wdzięcznością.- Ale błagam, błagam przemyśl to wszystko raz jeszcze i zastanów się nad moimi słowami… Wciąż możesz przecież zmienić zdanie.

Było koło pierwszej w nocy. James wszedł do kuchni i zapalił światło, po czym jęknął głucho, bo ciężko było przyzwyczaić się do otaczającej go zewsząd jasności. To był trudny dzień zarówno dla niego, jak i dla hrabiego. Edmund był bardzo niespokojny. Po powrocie zadawał wiele pytań, niepokoił się, mężczyzna musiał długo siedzieć u jego boku, by ten w końcu usnął. A później… A później James sam nie był w stanie zasnąć, przewracał się długo na kanapie i myślał o tym wszystkim, co się zdarzyło. Kiedy rozmawiał ze swoim profesorem był spokojny i nie chciał dać po sobie znać, jak bardzo jest zdenerwowany, ale w rzeczywistości, nigdy w życiu nie stresował się tak bardzo. Wcześniej wydawało mu się, że gdy ktoś jeszcze dowie się o Lancasterze, ktoś przyjazny, będzie mu łatwiej, że nie dźwiga tej tajemnicy sam. Teraz jednak dopadały go wątpliwości. Wiedział, że profesor nie ma złych intencji, ale i tak… Czuł się jeszcze bardziej obciążony tym wszystkim niż wcześniej. Na domiar złego, w końcu dopadł go potworny ból głowy i wtedy już zupełnie nie był w stanie ani zasnąć, ani dalej rozmyślać.
Otwierał kolejno szafki, zastanawiając się, czy w ogóle ma jakieś przeciwbólowe tabletki. Znalezienie ich, mimo zwyczajowego chaosu panującego w kuchni, nie okazało się być tak trudne, pewnie dlatego, że większość z miejsc, do których zaglądał, świeciła pustkami i bez problemu udało mu się wypatrzyć pastylki w jednej z szuflad. Sięgnął po nie. Szukał wzrokiem wody mineralnej, ale wyglądało na to, że ta również się skończyła. Westchnął cicho i nalał do szklanki wody z kranu, po czym sięgnął po tabletkę. Wsunął ją do ust i popił wodą. Miał już wracać do salonu, gdy odwrócił się i zobaczył Edmunda. W pierwszej chwili był tak zdezorientowany i przerażony, że naczynie omal nie wymsknęło mu się z dłoni.
-Co robisz, Jamie?- zapytał panicz.
-Brałem lekarstwa- wyjaśnił mężczyzna, uśmiechając się do podopiecznego.- Żeby móc zasnąć.
-Ja też nie mogę spać. Chcesz pooglądać ze mną telewizor?- rzucił hrabia.
-Nie, przykro mi, Edmund… Strasznie boli mnie głowa. Pooglądamy jutro, dobrze?
Panicz Lancaster nie odpowiedział. Milczał przez długą chwilę, nie odrywając od opiekuna uważnego spojrzenia.
-Mogę z tobą poczekać aż zaśniesz?- zaproponował w końcu.
James uśmiechnął się lekko.
-Jeśli chcesz. Ale może lepiej połóż się z powrotem? Zaraz do ciebie przyjdę i…
-Poczekam- odparł jedynie Edmund, po czym opuścił pomieszczenie.
Mężczyzna spojrzał w jego stronę ze zdumieniem. Zachowanie hrabiego ostatnimi czasy było dosyć… osobliwe. To znaczy Edmund sam w sobie był postacią osobliwą, jego sytuacja również takowa była, a i jego postępowanie dało się łatwo określić tym mianem. Nic więc dziwnego, że James wcześniej nie traktował tej zmiany z jakąś szczególną uwagą. Sądził, że Edmund trochę bardziej przystosował się do nowych warunków życia, że go polubił i stąd niekiedy wykazywał chęć pomocy, czy troskę. To było zresztą całkiem miłe, choć w pewien sposób zaskakujące, bo w stosunku do innych, hrabia nie cechował się równą uprzejmością.
James przeszedł do salonu. Zastał Edmunda siedzącego w absolutnej ciemności na kanapie, z poduszką na kolanach. Usiadł obok.
-Połóż się, Jamie- rzucił Lancaster, wskazując na poduszkę.
Mężczyzna był mocno zdezorientowany, ale ułożył głowę na kolanach podopiecznego i nakrył się kocem. Nie była to szczególnie wygodna pozycja, ale po chwili, było mu już wszystko jedno. Przymknął powieki, mając nadzieję, że ta przeklęta migrena szybko ustąpi. Poczuł dłoń Edmunda w swoich włosach. Najpierw palce hrabiego przesunęły się wzdłuż kosmyków powoli, trochę nieśmiało, a zaraz zaczęły gładzić je niespiesznymi ruchami, nie wyczuwając żadnego oporu ze strony Jamesa. Mężczyzna nie miał pojęcia, jak miałby zareagować. Z początku czuł się po prostu dziwnie, ale nie dało się ukryć, że dotyk Edmunda był całkiem przyjemny. Hrabia miał lodowate dłonie. Za każdym razem, gdy opuszki jego palców muskały skórę opiekuna, ten odczuwał chwilową ulgę. I pomyśleć, że gdy spotkał Edmunda po raz pierwszy, nawet nie podejrzewał go o jakiekolwiek skłonności do empatii. Tymczasem teraz, hrabia nie odzywał się wcale, jakby dobrze wiedział, że James jest zmęczony i nawet nie jest w stanie zbyt jasno myśleć. I jeszcze ten gest, który miał chyba oznaczać troskę…
-Zmieniłeś się, Edmund- szepnął James, czując, że powinien to powiedzieć.
-Hm…?- hrabia sprawiał wrażenie nieco zagubionego.
-Zmieniłeś się. Jesteś inny niż wcześniej…- dłoń Lancastera zatrzymała się. Mężczyzna uchylił powieki i podniósł się nieco, by spojrzeć na twarz podopiecznego. Ten sprawiał wrażenie zdezorientowanego i niepewnego.- Ale to dobrze- dodał natychmiast James, kładąc się z powrotem.- To znaczy… Nie żeby wcześniej było źle…- dopowiedział.- Po prostu… Hm… Dziękuję- uśmiechnął się jedynie, nie bardzo wiedząc, jak to wszystko wytłumaczyć.
-Nie czuję się dobrze- usłyszał zdumiewającą odpowiedź.
-Co się stało…?- zapytał, podnosząc się natychmiast raz jeszcze, tym razem do pozycji siedzącej i spoglądając na Edmunda z uwagą.
-Nie czuję się dobrze… tutaj…- wyjaśnił Lancaster.
-Tutaj…? U mnie?- zmartwił się James.- Jest ci tutaj źle…?
-Tutaj. Nie wiem nawet… Nie wiem nawet, gdzie to jest…- mówił niezrozumiale.- Ja… Nic nie wiem. I nikogo nie znam. Wszystko jest strasznie błyszczące. I hałaśliwe. I… Nie wiem... Lubię telewizor. I jedzenie. I wiele innych rzeczy, ale… Ludzie są jacyś dziwni. Nie szanują mnie już i patrzą na mnie w zły sposób. Byliby ukarani, gdyby patrzyli tak na mnie wcześniej… Lubię też ciebie, Jamie. Ale tego też nie rozumiem. Nie wiem, dlaczego lubię cię tak bardzo.
James uśmiechnął się lekko.
-Nie trzeba mieć powodów, żeby kogoś lubić- stwierdził.
Edmund wzruszył bezradnie ramionami.
-Nie wiem. Nigdy nikogo nie lubiłem tak jak ciebie.
-Bo wcześniej nie miałeś przyjaciół.
Hrabia skinął głową.
-Nigdy wcześniej nie widziałem nagiego człowieka…- powiedział nagle.
James poczuł, jak na jego twarzy pojawia się rumieniec. Wiedział, że prędzej czy później, może go czekać podobna rozmowa, ale czuł, że nie jest w zbyt dobrej kondycji, ani psychicznej, ani fizycznej, by dobrze to wszystko wyjaśnić.
-Widziałeś przecież siebie.
-Tak, ale… Kobiety są takie dziwne…- mruknął Lancaster, marszcząc brwi.- Nigdy nie sądziłem, że one…
-E-Edmund…- James był  coraz bardziej skrępowany. Chyba czując się doskonale i będąc w świetnej formie, również nie nadawał się do takich rozmów. On reagował rumieńcem nawet na żarty o takiej tematyce. -To jest… normalne. To znaczy… Chodzi mi o to… Hm… U nas… To znaczy, możesz jeszcze trafić na takie rzeczy… w telewizji… ale… Wyłącz je, dobrze? To znaczy, jeśli jesteś bardzo ciekawy… Ale…- James był naprawdę potwornie zażenowany. Chciał oswoić Edmunda z tym wszystkim, nie mógł go przecież odcinać od pewnych spraw i traktować jak dziecka… W czasach hrabiego, wszystko w tych kwestiach wyglądało zupełnie inaczej. James nie był nawet pewien, czy ten w ogóle znał wcześniej anatomiczne różnice pomiędzy kobietą a mężczyzną.- Po prostu w razie czego mnie zawołaj, dobrze?
Och, kolejny doskonały pomysł na to, by wydukać z zawstydzeniem kilka słów. Nic innego nie przychodziło jednak teraz Jamesowi do głowy, co nie było szczególnie zdumiewające. Był coraz bardziej senny i zmęczony.
-Mogę zobaczyć cię nago, Jamie?- zapytał Edmund.
I wtedy mężczyzna dosłownie zamarł. Przez kilka minut patrzył na swojego podopiecznego z niedowierzaniem. Wiedział, że Edmund zapewne nie zdaje sobie sprawy z tego, że to, co powiedział, było cokolwiek niestosowne i hm… dziwaczne. Ale… Ale właściwie dlaczego w ogóle przyszło mu to do głowy?
-N-Nie…- bąknął w końcu James.- Nie, Edmund.
-Dlaczego?- zdumiał się panicz.- Ty mnie przecież widziałeś.
-N… No, ale… To nie to samo. To znaczy, ja miałem konkretny powód i… Porozmawiamy o tym jutro, dobrze, Edmund?- zapytał, mocno skrępowany.- Może jednak pójdziesz do sypialni…? Posiedzę przy tobie, czuję się już lepiej…
Było to oczywiste kłamstwo, w głowie dosłownie mu huczało i chyba tylko z powodu bólu, nie usnął jeszcze na siedząco. James jednak naprawdę nie miał bladego pojęcia, jak właściwie miałby zareagować na to pytanie. Kiedy siedział w sypialni, przy łóżku, jak zwykle patrząc na zasypiającego podopiecznego, sądził jeszcze, że była to dość specyficzna prośba, oczywiście, ale w końcu prośba Edmunda, który miewał czasem różne dziwne życzenia i zachcianki. Gdyby zapytał go o coś takiego ktoś inny… Inny mężczyzna… Pewnie zawstydziłby się jeszcze bardziej, ale to był w końcu hrabia Lancaster, zupełnie niezorientowany w różnego rodzaju obyczajach. Później jednak, zaczął się zastanawiać. Edmund rzeczywiście nie odnajdywał się jeszcze do końca we współczesnym świecie. O wielu rzeczach nie miał pojęcia, to prawda. Ale... Mężczyzna przypominał sobie zmianę jaka zaszła w podopiecznym. Wszystkie jego wypowiedzi, momentami bardzo niezręczne, które James również zrzucał na karb nieznajomości obecnych realiów, ale teraz… Nie był pewien… Nawet nie przyszło mu do głowy, by zastanawiać się nad tym, czy żywo-zmarły hrabia może mieć potrzeby… innej natury. Nie był dotąd zakochany. Nie interesował się chyba nikim poza samym sobą. Tyle mężczyzna wiedział. Edmund nie umiałby więc nawet wyartykułować czy określić swoich uczuć, nie umiałby ich przekazać w prosty sposób, bo nikt nawet nie wdrażał go w tego rodzaju tematykę. Nie potrafił rozróżnić miłości odczuwanej do rodziców od miłości jaką, potencjalne, mógłby darzyć kogokolwiek innego. Może więc… Choć sama myśl o tym, budziła w Jamesie bardzo dziwne odczucia… Może więc Edmund Lancaster zaczął dojrzewać… I… Cóż… Zainteresował się nie kobietą, a mężczyzną? Jamesowi nigdy wcześniej nie przyszło to do głowy. Nic dziwnego, nie uważał się za szczególnie atrakcyjnego, do tej pory wszystkie niezręczne zachowania panicza odczytywał w inny sposób, sądził, że są wynikiem jego albo próbą pokazania przywiązania do opiekuna. Może zresztą tym właśnie były. Mężczyzna nie miał w końcu pewności, to były jedynie przypuszczenia. Może Edmund rzeczywiście najzwyczajniej w świecie go lubił, a to, o co zapytał, było wynikiem zupełnie niewinnej ciekawości.
Tak czy inaczej, James długo jeszcze nie był w stanie usnąć, zastanawiając się nad tym.
Czuł, że wszystko zaczyna się komplikować.

czwartek, 9 maja 2013

Rozdział 43 [Chaos]


Ocknął się. W pierwszej chwili nie był nawet w stanie otworzyć oczu. Leżał wsparty o ścianę, czując dziwny ucisk na krtani oraz unoszący się dookoła zapach dymu i spalenizny. Szumiało mu w uszach. Dopiero moment później doszedł do niego histeryczny, zachrypnięty płacz dziecka, najpierw jakby z oddali, zaraz jednak słyszał go już bardzo wyraźnie. Całą siłą woli zmusił się do tego, by otworzyć oczy. Odruchowo skierował swoje spojrzenie w lewą stronę, czując trudny do wytrzymania, palący ból. Uniósł powoli lewą rękę, zaciskając mocno wargi. Wydawało mu się, że jej zewnętrzna część, całkowicie pokryta była tym czarnym pyłem, który się tutaj dostał. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że jego skóra w tym miejscu była mocno poparzona. Również na twarzy, po tej samej stronie, znajdowało się kilka mniejszych oparzeń. Kawałek dalej od niego, tuż naprzeciw otwartych drzwi, leżało ciało. Amir aż drgnął, gdy je zobaczył. To musiała być ta służka, która opiekowała się Hatimem. Choć gdyby mężczyzna nie wiedział tego wcześniej, z pewnością nie byłby już w stanie jej rozpoznać. Leżała twarzą do ziemi, zupełnie sczerniała i oszpecona, jej skóra poparzona była tak bardzo, że miejscami odsłaniała kości. Płacz dziecka wciąż dźwięczał Amirowi w uszach, ale pozostając w jakimś dziwnym szoku, dopiero po chwili przypomniał sobie o bratanku i z przerażeniem spojrzał w prawo. Hatim leżał przy nim, po jego drugiej stronie. Amir podniósł go powoli obiema dłońmi i ułożył na zdrowej ręce.
-Hatim...- szepnął z ulgą, przymykając na moment powieki. Wyglądało na to, że niemowlęciu nic się nie stało. Nie miało żadnych ran ani oparzeń. Amir słabo pamiętał to, co działo się tuż przed utratą przytomności, ale wydawało mu się, że nie upuścił dziecka, a to wysunęło się z jego ramion już wtedy, gdy siedział przy ścianie. Owinięty wcześniej grubym materiałem noworodek, nie ucierpiał. Teraz zawiniątko poluzowało się i rozplątało nieco. Dziecko wciąż płakało.
Amir podniósł się powoli. Ranną dłonią wspierał się o ścianę, obawiając tego, że utraci równowagę. Kręciło mu się w głowie. Odsunął nogą ciało kobiety z drogi. Inaczej, musiałby przejść po niej. Szkło trzeszczało mu pod stopami, gdy kierował swoje kroki z powrotem do pomieszczenia. Nie do końca wiedział, co właściwie robi. Musiał gdzieś odłożyć Hatima, w bezpieczne miejsce, i wyjść stąd jak najprędzej. Kołyska, która stała tuż naprzeciw okna, była kompletnie połamana, a jej części rozrzucone dookoła. Stan większości mebli był dokładnie taki sam. W samym brzegu pokoju, stała jednak niewielka, pusta wanienka. Amir, przytrzymując wciąż bratanka zdrową ręką, podszedł do małej szafki, która leżała przewrócona na bok i wyjął z niej koc. Następnie, na tyle równo, na ile był w stanie, ułożył go w wannie, by zaraz umieścić w niej swojego bratanka. Niemowlę płakało głośno. Wyplątane z zawiniątka ręce, uniosły się w górę, wyciągając w kierunku Amira.
-Wszystko dobrze, Hatim... Zaraz ktoś do ciebie przyjdzie...- powiedział mechanicznie mężczyzna, po czym opuścił pomieszczenie i ruszył wzdłuż korytarza, szukając schodów.
Po drodze natknął się jeszcze na kilka ciał służących, którym nie udało się uchronić. Z jednego z pomieszczeń wyszedł młody mężczyzna, który nie wyglądał na rannego.
-Panie...?- zwrócił się niepewnym głosem do Amira, ale ten zignorował go, podążając dalej przed siebie.- Panie? Wasza wysokość!- zawołał za nim młodzieniec, jednak mężczyzna wciąż się nie zatrzymywał.
O ile na piętrze dostrzegł tylko tego człowieka, na parterze panowało już spore zamieszanie. Jacyś ludzie przemykali się od jednego pomieszczenia do drugiego, wydawali sobie nawzajem polecenia, przenosili ciężko rannych. W tym rozgardiaszu, nikt chyba nawet nie rozpoznał Amira. Przebiegający obok służący, potrącił go dość mocno, nie zatrzymując się ani na chwilę. Nie mogło więc minąć dużo czasu od tamtego zdarzenia. Amir, tak zresztą podejrzewał. Gdyby było inaczej, z pewnością już zaczęliby go szukać.
Nie budząc niczyjego zainteresowania ani uwagi, wyszedł z zamku. Zszedłszy po kilku stopniach na dół, znalazł się w ogrodzie. Rozejrzał się dookoła. Wszystko co się tu znajdowało, było właściwie zrównane z ziemią. Odetchnął płytko i ruszył w kierunku bramy. Ta przetrwała uderzenie, ale w opłakanym stanie. Pomimo, że wejście było całe, poszczególne elementy ogrodzenia powyginały się i porozrywały. Obok leżało ciało martwego strażnika,  w jeszcze gorszym stanie, niż to, które widział na piętrze. Drugi z pilnujących wrót został najwyraźniej odrzucony kawałek dalej i Amir dostrzegł go dopiero po chwili. Tamten mężczyzna nadział się na wystający ze zniszczonego ogrodzenia pręt,który przeszył mu na wylot brzuch. Strażnik jeszcze żył. Był przytomny. Spojrzał na Amira, ale nic nie powiedział, nie wołał o pomoc. Amir też na niego patrzył, ale nie podszedł do niego, nie zrobił absolutnie nic. Ruszył dalej przed siebie, jak gdyby wcale go nie widział. Wejście było zamknięte, więc przemknął się przez rozłamane pręty i w ten sposób, wydostał się na zewnątrz. Szedł przed siebie, rozglądając się dookoła, nieprzytomnym nieco wzrokiem. Wszędzie martwi ludzie. Wszędzie, gdzie tylko nie spojrzał. Ci, którzy nie zdążyli nigdzie umknąć, ani schować się w żadnym budynku. Tylko po ich wielkości zdołał poznać, że niektóre z niemal zwęglonych ciał, należały do dzieci. W przypadku dorosłych, nie był w stanie choćby określić płci.
Przez kilka minut czas jakby się zatrzymał. Amir miał wrażenie, że dookoła panowała zupełna cisza. Dopiero po jakimś czasie wszystko się zaczynało. Dochodziły do niego wrzaski, rozpaczliwe wołania o pomoc, wykrzykiwane w panice imiona. Spod leżących kawałek dalej zwłok, wydostała się mała, lekko ranka dziewczynka. Matka musiała upaść na nią lub zasłonić ją celowo w trakcie tamtego zdarzenia. Dziecko płakało, rozglądając się dookoła z desperacją, jakby nie zdawało sobie do końca sprawy z tego, co się wydarzyło. Jakaś kobieta, od pasa w dół przygnieciona kawałkiem dachu, krzyczała donośnie, wzywając pomocy. Zewsząd słychać było słychać odgłosy płaczu i paniki. Chaos, chaos, chaos...
-Amir!
Wydawało mu się, że słyszał swoje imię, ale zaraz rozmyło się gdzieś wśród tego zgiełku.
-Amir!- teraz usłyszał je już wyraźniej. Odwrócił się i dostrzegł biegnącego w jego stronę potomka wilków. Nadim rzucił mu się na szyję, ściskając go mocno. Mężczyzna zacisnął powieki, obejmując go prawą ręką wokół pasa i wtulając twarz w jego szyję. Nic mu nie było. Jak dobrze... Jak dobrze. Potomek wilków odsunął się i przyjrzał mężczyźnie z uwagą. Najpierw dotknął delikatnie jego brody, oglądając zraniony policzek, dopiero po chwili dostrzegł poparzoną rękę.- Bogowie...- szepnął, przerażony.- Amir, musisz wracać do zamku. Ktoś musi się tobą zająć.
-Nic mi nie jest- odparł cicho mężczyzna. Wciąż czuł się strasznie skołowany, ale coraz jaśniej docierało do niego to, co się wydarzyło i co działo się dookoła teraz.
-Co się właściwie stało?- zapytał bez zrozumienia Nadim, z lękiem rozglądając się dookoła.
-Zobaczyłem coś... ponad lasem...- odpowiedział Amir, nieco nieprzytomnie, przełykając ślinę.- Jakby... wielką chmurę. A później...
-Ponad lasem?- przerwał mu Nadim.
Amir spojrzał na niego z zaskoczeniem. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, co to oznaczało. Widział jak potomek wilków blednie i odsuwa się nieco.
-Bogowie... O bogowie...- szepnął, zlękniony i oszołomiony. Łzy napłynęły mu do oczu.- Moi bracia... Muszę wracać- stwierdził rozpaczliwie.
-Nadim...- Amir przyciągnął go do siebie na powrót.
-Nie- zaoponował potomek wilków, usiłując wyrwać się z jego uścisku.- Muszę do nich wrócić... Muszę im pomóc... W ogóle nie powinienem ich odpuszczać, Elnir miał rację, Elnir...- Nadim umilkł i odwrócił wzrok.
-Poczekaj...- poprosił Amir, przytulając go do siebie mocno.- Daj mi chwilę. Przygotuję wszystko i pojadę z tobą. Nie poradzisz sobie sam.
Nadim nie sprawiał wrażenia kogoś, do kogo mogłyby w tym momencie trafić jakiekolwiek racjonalne argumenty. Był jednak na tyle zagubiony i niepewny tego wszystkiego, że nie zaoponował w żaden sposób. Amir chwycił go mocno za nadgarstek i poprowadził w kierunku zamku, obawiając się, że potomek wilków mógłby nagle zmienić zdanie i chcieć samemu wyruszyć na pomoc swoim pobratymcom. Amir nawet nie próbował sobie wyobrazić, czego mogli się tam spodziewać. Ten... atak... poczynił ogromne szkody tutaj, na terenie miasta, choć ich budynki były zbudowane z bardziej trwałych materiałów. Cóż więc mogło spotkać potomków wilków, którzy nie mieli się gdzie ukryć...?
Zbliżyli się do bram. Amir przedostał się przez nie z powrotem na teren zamku, ciągnąc za sobą potomka wilków. Nadepnął przez przypadek na martwego ptaka. Dookoła aż się od nich roiło. W tym momencie, z zamku wyszedł jego brat. Hadrin dostrzegł krewnego i podbiegł do niego prędko, wyraźnie zaniepokojony.
-Jesteś cały...?- zapytał, przyglądając mu się badawczo.- Twoja ręka...
-Nic mi nie jest- przerwał mu Amir, z najwyższą stanowczością, na jaką było go teraz stać.- Możesz poprosić, by sprawdzono co z królewskim medykiem...?
-Nic mu się nie stało- odparł natychmiast Hadrin.- Kazałem go odszukać zaraz po tym, co się wydarzyło, był w innej części zamku. Teraz zajmuje się częścią rannych. Zaprowadzę cię do niego, zaraz się tobą zajmie...
-Nie- zaoponował mężczyzna, kręcąc głową. Potomek wilków przysłuchiwał się rozmowie w ciszy, choć wyraźnie z każdą chwilą denerwował się i niecierpliwił coraz bardziej.- Każ komuś przygotować powóz i konie, o ile jakieś ocalały... Powiedz medykowi, żeby zabrał wszystko, co może mu się okazać pomocne i sprowadź go tutaj.
Hadrin skinął głową na znak, że rozumie polecenie, choć wpatrywał się w Amira z uwagą, najwyraźniej oczekując wyjaśnienia takiego stanowiska.
-Wyjedziemy do lasu- powiedział więc król.
-Co takiego...?- jego brat pokręcił z niedowierzaniem głową. Spojrzał na Nadima i znów na swojego krewnego, po czym powiedział- Chcesz zabrać stąd medyka...? Zdajesz sobie w ogóle sprawę z tego, jaka panuje tu sytuacja?
-W mieście jest wielu medyków- odpowiedział Amir.- Wyślij wszystkich tych, którzy nie są ranni, by ich odszukali. Ja chcę wziąć ze sobą tylko jednego.
-Tylko jednego?!- prychnął gniewnie Hadrin.- Spójrz na to, co się dzieje! Przyda się każda para rąk! A medyk jest na wagę złota! Nie wiem nawet, kiedy uda nam się dotrzeć do tych wszystkich ludzi! Do wielu z pewnością pomoc nie trafi na czas! Chcesz narazić własnych poddanych na śmierć?!
Amir przysunął się bliżej brata.
-Macie powozy, konie, macie medyków i lekarstwa, wydasz polecenie, a do pomocy zgłoszą się obywatele z części miasta, które nie zostały poszkodowane...- powiedział cicho.- Oni nie mają nic. Twoim zdaniem, nie zasługują na pomoc?
-Moim zdaniem, kierujesz się emocjami, a nie zdrowym rozsądkiem- odpowiedział Hadrin.- Rozumiem twoje intencje, ale przysięgałeś coś w dniu koronacji. Służyć swoim obywatelom- przypomniał mu książę, spoglądając na brata ze stanowczością.- Jesteś odpowiedzialny za królestwo! A nie za obcych!
-Oni są jego częścią.
Bracia patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę. Hadrin zacisnął mocno wargi, ale moment później, jakby rzeczywiście rozumiejąc, a może po prostu będąc zmuszonym zaakceptować stanowisko brata, skinął głową.
-Postaram się, by wszystko było gotowe najszybciej, jak to możliwe.
-Hadrin...- Amir chwycił brata za ramię, zatrzymując go. Ten spojrzał na niego pytająco.- Hatimowi nic się nie stało, ale dopilnuj, by ktoś do niego zajrzał...
-Dobrze- odparł jasnowłosy.
Zdobycie powozu okazało się nie stanowić najmniejszego problemu. Samo królestwo nie dysponowało nimi licznie, ale niemalże wszyscy możni, którzy przybyli na naradę, wybrali ten środek transportu. Chyba po raz pierwszy ich demonstracyjny przepych i chęć pokazania swojej wielkości, przydały się do jakiegoś konkretnego celu. Nie było czasu, by pytać kogokolwiek o zdanie, nawet Hadrin się tym nie przejmował. A z racji tego, że arystokraci, prócz wozów i koni, dostarczyli im swoim przybyciem również  kilkudziesięciu ludzi (w większości prywatnych strażników, ale także członków służby), Amir wraz z Nadimem i uzdrowicielem jechali w powozie, a za nimi ciągnął się sznur pięciu koni, których jeźdźcy zostali skłonieni do udzielenia im pomocy. Trudno było powiedzieć, co zastaną na miejscu, choć z oczywistych względów, to i tak wydawała się kropla w morzu potrzeb. Amir wiedział jednak, że miasto, choćby z tego powodu, że bardziej licznie zamieszkałe, ucierpiało znacznie mocniej. Wyruszył mając całkowitą pewność, że Hadrin zajmie się wszystkim odpowiednio. Mogli spierać się w każdej jednej sprawie, ale Amir nigdy nie wątpił w swojego brata.
W czasie drogi uzdrowiciel zajął się jego raną. Gdy zbliżali się już do lasu, widać było, że szkody są ogromne. Większość drzew była połamana, ogromne konary i pnie pokrywały ziemię i przez to, dojechanie do potomków wilków powozem okazało się niemożliwe. Trzeba było wyprząc konie. Amir umieścił na jednym z nich wszystkie pakunki jakie przewoził ze sobą medyk i sam zdecydował się na nim pojechać. Drugiego zostawił Nadimowi i uzdrowicielowi. Jednak, nawet w ten sposób, dotarcie do pobratymców Nadima zajęło im bardzo dużo czasu. Koniom trudno było poruszać się w tym terenie, zresztą coś płoszyło je nieustannie. Gdy tuż przed Amirem, nagle wylądowała spora gałąź, która urwała się z pobliskiego drzewa, koń stanął dęba, a człowiek utrzymał się na jego grzbiecie z dużym trudem. Wreszcie jednak, udało im się dotrzeć do osady. Amir zsiadł z konia i zdjął z niego wszystko to, co ze sobą wiózł. Odłożył na ziemię i obejrzał się na Nadima, którzy przyjechał tuż za nim. Wioska była praktycznie zrównana z ziemią. Trudno było znaleźć choćby jeden dom, który nie zawalił się kompletnie.
-Nie... Nie...- szepnął w panice potomek wilków, zsiadając z konia i rozglądając się dookoła. Wsunął palce we włosy w rozpaczliwym geście. Amir spodziewał się najgorszego. Gdyby zostali jacyś żywi, zapewne krzyczeliby i wzywali pomocy.- Jest tu ktoś?!- wrzasnął donośnie Nadim, ruszając biegiem przed siebie.- Halo?! Elnir! Elnir! Jasir! Naban! Jest tu ktoś?!
Amir nakazał przybyłym z nim mężczyznom rozpocząć poszukiwania. Sam ruszył przed siebie mając cień nadziei, że może uda im się znaleźć kilkunastu żywych, choć kilku, choćby jednego... Z każdą chwilą, ta nadzieja malała. Widział martwe ciała dorosłych i dzieci. Niezbyt liczne. Większość musiała być zatem przygnieciona zawalonymi domami i drzewami. Słyszał coraz większą rozpacz i desperację w głosie kochanka, który wciąż wykrzykiwał imiona swych przyjaciół i bliskich. Amir dostrzegł pozostałości jedynej, kamiennej budowli, jaka znajdowała się w osadzie. Być może było to miejsce przywódcy, może ten budynek pełnił inne funkcje. Teraz jednak i z niego pozostała sterta głazów. Amir zatrzymał się przy niej, odetchnąwszy głęboko. Wydawało mu się, że już nie ma szans. Nie słyszał, by ktoś znalazł choćby jedną, żywą osobę. Nie potrafił sobie nawet wyobrazić bólu i cierpienia Nadima gdy ten uświadomi sobie, że cała jego rodzina i wszyscy przyjaciele... nie żyją.
Usłyszał dźwięk, jakby jeden z kamieni stoczył się na bok. Nie zwrócił na to najmniejszej uwagi przekonany, że to coś samoistnego. Miał już ruszyć dalej, gdy jednak kolejny, mniejszy głaz osunął się na dół. Amir zmarszczył brwi, zbliżając się do usypanej z kamieni, niewielkiej górki. Kolejny kamień, i kolejny... Na samym szczycie pojawił się otwór. A później Amir usłyszał ten znajomy głos.
-Widzę światło... Jest dobrze! Widzę światło...
Wszedł na stertę i klęknął tuż przy otworze, zaglądając do wnętrza.
-Elnir?!- zawołał.
Przez moment nie słychać było odpowiedzi.
-To ty, człowieku...?- dopadł go po chwili głos, z pewnością należący do przyjaciela Nadima.
Amir aż się uśmiechnął, ledwie mogąc w to uwierzyć.
-Nadim!- zawołał natychmiast, niemal radośnie.- Nadim! Chodź tu, prędko!
Jego niedawny kompan dobiegł do niego błyskawicznie.
-Elnir tu jest...- wyjaśnił człowiek.
-Elnir?!- wykrzyknął potomek wilków, zatrzymując się przy królu i klękając obok niego.
-Jestem tutaj...
Amir ledwie widział uwięzionego pośród głazów potomka wilków, jedynie przez panujące wewnątrz ciemności, bo tak naprawdę, ten nie znajdował się daleko. Zapewne trudno byłoby mu się wydostać samemu, ale wydawało się, że jeśli wyciągnie rękę, Amirowi i Nadimowi uda się go pochwycić.
-Podaj mi rękę, Elnir!- rzucił natychmiast Nadim, również to dostrzegając i wyciągając dłoń w kierunku przyjaciela.
-Nie, nie rozumiesz...- zaprotestował Elnir.- Tam niżej są nasi! Udało im się zejść na sam dół, do tunelu... Tylko ja byłem wyżej... Jeśli wyjdę, nie będziemy mogli ich tak szybko wyciągnąć... Będę pomagał im dostać się tutaj, a wy będziecie ich wyciągać, dobrze...?
-A z tobą wszystko w porządku?- zaniepokoił się Nadim.
-Tak! Wszystko dobrze, nie musisz się przejmować... Dajcie najpierw dzieci!
Amir zawołał pozostałych do pomocy i dał znać medykowi, by ten poszedł po przygotowane przez niego wcześniej rzeczy. Nakazał strażnikom pomóc uzdrowicielowi w czasie jego pracy. Przy wyciąganiu potomków wilków i tak nie przydał się nikt inny. Jemu i Nadimowi udało się zabrać jeszcze kilka kamieni i powiększyć otwór, ale bali się robić cokolwiek więcej, by głazy nie zawaliły się po raz kolejny. Najpierw wyciągali dzieci. Chłopiec, potomek wilków z oderwanym uchem, mocno pokaleczony. Później dziewczynka, w dużo lepszym stanie, z kilkoma otarciami. Kolejne dziecko, coś ostrego przebiło na wylot jego ramię. Kolejne i kolejne... Nadim brał dzieci od Elnira, podawał je Amirowi, a ten zanosił do ulokowanego nieopodal uzdrowiciela. Mieli za mało ludzi, by udzielić im wszystkim odpowiedniej i szybkiej pomocy, to było oczywiste, ale zarazem, jakże niezwykle szczęśliwe. Jeszcze chwilę temu Amir gotów był stwierdzić otwarcie, że żaden z pobratymców Nadima nie przeżył. Teraz okazało się, że wielu z nich udało się ujść z życiem. Był pewien, że jego kochanek po tamtej strasznej chwili, gdy musiał przypuszczać, że mógł stracić niemal wszystkie najbliższe mu osoby, odczuwał teraz niewyobrażalną wprost radość i ulgę. Gdy wyciągnięto już wszystkie dzieci, Elnir pomagał wydostawać się z tunelu kobietom.
Zaczynało już brakować niektórych środków higienicznych i lekarstw. Co oczywiste, brakowało też odpowiedniej ilości rąk do pracy. Nie mieli gdzie położyć ciężej rannych czy nieprzytomnych. W pewnej chwili Amir usłyszał tętent kopyt. Nakazał jednemu ze strażników zastąpić go i odszedł kawałek, by zobaczyć kto się do nich zbliża. W jego stronę zmierzało sześciu jeźdźców. Ich konie obłożone były jakimiś pakunkami. Zatrzymali się kawałek przed nim. Jeden z nich podszedł i skłonił się.
-Wasza wysokość...- zaczął, oficjalnym, uprzejmym tonem.- Książę Hadrin przesyła część środków medycznych, koce i namioty.
-Dziękuję...- szepnął Amir, nie bez ulgi. Właśnie z tego powodu, nigdy nie wątpił w swojego brata. To naprawdę było im potrzebne.
Dodatkowi ludzie do pomocy również. Wreszcie mógł podzielić obowiązki pomiędzy większą grupę, jednym nakazując współpracę z medykiem i pomoc rannym, innym przygotowywanie miejsc spoczynku dla poszkodowanych. Sam wrócił do Nadima, pomagając mu z wszystkimi pozostałymi potomkami wilków, jacy znaleźli się na dole.
-Elnir, wszystko w porządku...?- dopytał znów w pewnym momencie Nadim gdy jego przyjaciel, jakby osłabł na chwilę.
-W porządku- powtórzył spokojnie potomek wilków, dalej pomagając braciom.
Udało im się wreszcie wydostać na zewnątrz wszystkich, którzy znajdowali się w tunelu. Rannych było wielu, ale, na szczęście, nieliczni mieli poważne obrażenia. W większości były to złamania i niegłębokie skaleczenia.
-Wszyscy?- upewnił się Nadim.
-Wszyscy...- potwierdził cicho jego przyjaciel.
-Twoja kolej. Podaj mi rękę, Elnir.
Przez długą chwilę nie słychać było żadnej odpowiedzi.
-Elnir!- nalegał potomek wilków.
-... To nic nie da...- odparł wreszcie powoli.- Tunel jako tako się zachował, ale wyżej wszystko się załamało... Utknąłem. Nie dam rady wyjść.
Nadim spojrzał na swojego niedawnego kompana z przerażeniem.
-Hej! Niech dwóch z was przyjdzie i nam pomoże!- zwrócił się natychmiast do zajmujących się namiotem mężczyzn, Amir.
-Lepiej zajmij się moimi braćmi, człowieku...- odparł Elnir, dziwnie słabym głosem.
Wspólnymi siłami, z niemałym trudem, udało im się do niego dotrzeć po jakimś czasie. Niełatwo było wyciągnąć go z gruzów i przenieść w inne miejsce. Był mocno poharatany. Lewa noga, od kolana w dół, przygnieciona była głazem. Stracił dużo krwi. Zanieśli go natychmiast do jednego z namiotów. Uzdrowiciel zajął się nim tak szybko, jak mógł.
Gdy sytuacja nieco się uspokoiła, Amir mógł wreszcie skoncentrować się na czymś innym. Odesłał jednego ze strażników z powrotem do zamku, by dowiedział się, jaka sytuacja panuje w mieście. Jednak gdy mężczyzna wrócił, nie miał dla niego zbyt wielu wieści. Hadrin nakazał jedynie przekazać bratu, że robią wszystko, co w ich mocy. Pomyślał za to o czymś innym i strażnik przyniósł Amirowi inne ubrania. Król mógł więc zrzucić z siebie ubrudzona błotem i krwią szatę i założyć coś bardziej praktycznego i wygodnego, a przede wszystkim coś, co miało (wreszcie!) nogawki. Nim mężczyzna zdążył się obejrzeć, już zbliżał się wieczór. Odszukał namiot Elnira i wszedł do środka, chcąc się upewnić, że z przyjacielem kochanka wszystko w porządku. Gdy widział go po raz ostatni, Elnir był nieprzytomny.
Teraz leżał na posłaniu, okryty kocem. Chyba dopiero się wybudził. Nadim siedział u jego boku. Amir zatrzymał się na środku namiotu, wpatrując w nich z uwagą.
-Jak sytuacja...?- rzucił Elnir, krzywiąc się z bólu. Odruchowo sięgnął dłonią do opatrzonej nogi, chwytając ją przez materiał nakrycia. Syknął cicho.
-Będzie dobrze- odpowiedział Nadim, uśmiechając się do niego lekko.- Ale nie odzyskasz pełnej sprawności. Ten człowiek mówił jednak, że za jakiś czas będziesz w stanie chodzić, choć zapewne będzie ci to sprawiać większe problemy...
-Tak, wiem- odparł niecierpliwie Elnir, jakby to rzeczywiście mało go obchodziło.- Pytałem o to, co z naszymi... Chwilę przed tym, nim to wszystko się zaczęło dopadło mnie dziwne przeczucie... Nie tylko mnie. Jakby miało wydarzyć się coś bardzo złego. Czułem, że musimy się ukryć. Ale dopiero, gdy usłyszałem ten hałas, jakby coś z dużą siłą, łamało drzewa, przywołałem do siebie tych, których zdołałem znaleźć i razem usiłowaliśmy ukryć się w tamtym budynku, sądząc, że będzie najbardziej trwały... Nie przetrwał, ale przynajmniej żyjemy. Wiem jednak, że nie udało się ocalić wszystkich.
-Znaleźliśmy kilka ciał- potwierdził Nadim, skinąwszy głową.- Jak na razie piętnaście.
-To na pewno nie wszystkie...
-Wiem- odparł jego przyjaciel.- Nie możemy ich rozpoznać. Trzeba będzie policzyć ocalałych i zobaczyć kto się ostał, a w ten sposób dojdziemy do tego, kogo brakuje... Dziś jednak nie będę ich już męczył.
-A ci, którzy byli ze mną?- dopytywał Elnir.
-Większości nic nie jest. Hani i jego syn są w kiepskim stanie. I Mera. Z pozostałymi jest lepiej, choć większość z nich, podobnie jak ty, długo jeszcze nie będzie mogła się zajmować swoimi obowiązkami... Zdajesz sobie z tego sprawę, prawda?- dopytał Nadim z wyraźnym zaniepokojeniem.- Rany muszą się zagoić. Będziesz tu leżał przez długi czas.
-Wiem- chyba Elnir naprawdę nie przejmował się tym zbytnio. Może rzeczywiście nie było w tym nic dziwnego, wszak ledwie uszedł z życiem.- Ten ich uzdrowiciel mi powiedział...- dodał, wskazując głową na Amira.- Gdy wybudziłem się na chwilę... Chociaż „uzdrowiciel” to chyba zbyt duże słowo...- mruknął, krzywiąc się znowu.- ... skoro nawet nie umie sprawić, żeby nie bolało...
-To uzdrowiciel, nie magik- odpowiedział mu natychmiast Amir.- Gdyby leczył cię wasz wioskowy szaman, pewnie straciłbyś nogę albo właśnie konał...
-Nie mamy wioskowego szamana- odparł Elnir.
-Nie dziwię się- Amir uśmiechnął się złośliwie.- Skoro leczył się swoimi metodami...
Elnir patrzył na niego przez chwilę, po czym parsknął śmiechem. W tym momencie, w namiocie pojawił się jakiś mężczyzna. Ukłonił się nisko przed Amirem.
-Wasza wysokość...- zaczął pokornie.
-Niewiarygodne...- parsknął pobłażliwie Elnir.
Amir zerknął na niego przez ramię.
-Nie było aż takie niewiarygodne, gdy klękałeś przed moim tronem...- prychnął ironicznie.
Elnir spojrzał na niego z wyraźnym zdumieniem.
-Skąd wiesz, że to ja?
Amir również zdumiał się niepomiernie. Oczywiście, że nie wiedział. Palnął coś, co miało odnosić się do wszystkich jego pobratymców. Takiego obrotu sprawy zdecydowanie się nie spodziewał.
-A więc to  byłeś ty...?- zapytał iście triumfalnie.
Elnir wzruszył ramionami.
-Zostałem do tego skłoniony- odparł w ramach wyjaśnienia, wyraźnie niezadowolony z tego faktu.- Sam z siebie bym tego nie zrobił...
Król uśmiechnął się do siebie pod nosem.
... to wcale nie odbierało mu satysfakcji.
-Mów- zwrócił się do posłańca Amir.
-Książę Hadrin nakazał mi poinformować cię, panie, iż sytuacja w mieście została opanowana. Do wszystkich rannych dotarła pomoc. Ofiar katastrofy jest jednak wiele, a zniszczenia ogromne i ich naprawa zajmie z pewnością dużo czasu.
Amir skinął głową ze zrozumieniem.
-A...- zawahał się przez moment.- A Hatim?- zapytał.
Elnir podniósł się na przedramionach i zerknął w kierunku mężczyzny podejrzliwie. Nadim również spoglądał na niego dziwnie, jakby z niepokojem.
-Twój syn ma się dobrze, panie- odpowiedział posłaniec, po czym skłonił się i usłyszawszy przyzwolenie władcy, opuścił namiot.
-Twój syn...?- powtórzył Nadim, kompletnie zdumiony.- Masz dziecko?
-Och... Brzmi jak poważna rozmowa...- Elnir rozłożył się wygodnie, patrząc w stronę człowieka.- Zostawię was samych... Ach nie, nie mogę! W takim razie, nie krępujcie się.
-To dziecko mojego brata- wyjaśnił Amir, starając się ignorować przyjaciela kochanka.- Musiałem go usynowić.
-Zabrałeś swojemu bratu dziecko?- parsknął Elnir.
Amir posłał mu mordercze spojrzenie.
-Nie...- wycedził przez zęby.- Hadrin nie chciał go usynowić, więc nie miałem wyboru i...
-Twój brat nie chciał własnego dziecka?- zapytał znów potomek wilków, dokładnie w tym samym, nieco litościwym tonie, co i wcześniej.
-Możesz zająć się w końcu swoim kalectwem, a nie moją rodziną?- rzucił w jego stronę władca.
-A ty swoją rodziną, a nie moim kalectwem?- odpowiedział mu natychmiast Elnir.
-Hadrin przechodzi ciężki okres- wyjaśnił lakonicznie Amir.
To jedyne, co mógł i chciał w tym momencie powiedzieć. I jedyne, co od bardzo dawna powtarzał sobie samemu za każdym razem, gdy zastanawiał się nad tym, dlaczego jego brat zachowuje się w taki sposób w stosunku do własnego syna. Mógł być wściekły i rozgoryczony, owszem, stracił kogoś bliskiego, ale jednocześnie pojawił się ktoś nowy, komu powinien poświęcić choć trochę uwagi.
Niedługo później, Amir opuścił kompana i jego przyjaciela. Najpierw udał się do medyka, by dopytać, jak ma się sytuacja z rannymi, przyjął jednego gońca, który pojawił się już późnym wieczorem, by raz jeszcze poinformować władcę o stanie królestwa. Amir nie wrócił na noc do zamku. Był przekonany, że Hadrin radzi sobie ze wszystkim. On był bardziej potrzebny tutaj. Wciąż wiele było do zrobienia, bo gdy zaczęto ratować rannych, zaniechano poszukiwań zmarłych. Trzeba było zająć się tym jutro. Było więcej osób do pomocy niż wcześniej, nie tylko ze względu na przybyłych tu na polecenie Hadrina ludzi, ale także tych potomków wilków, którzy nie byli poważnie ranni i zajmowali się udzielaniem pomocy braciom.
Właściwie nie brakowało wiele do świtu, gdy skrajnie wyczerpany władca wszedł do przygotowanego dla siebie namiotu, chcąc zaznać choćby chwili snu przed kolejnym dniem pracy. Jednak ledwie moment później, w środku znalazł się również Nadim. Amir obejrzał się na niego z lekkim zdumieniem i szybko odwrócił wzrok, odrobinę spłoszony. Nie mieli dziś okazji, by ze sobą dłużej porozmawiać. Amir nie był zresztą pewien, czy mieli o czym. Nadim przybył do zamku, by poinformować go o zniknięciu Canisa. To było naturalne, w końcu obaj poszukiwali kryształów, obaj byli w to zamieszani. A on przybył tutaj, by udzielić pomocy potomkom wilków, po tamtym ataku. I to również było całkiem naturalne. Nie pozostawiłby ich bez wsparcia, zwłaszcza odkąd tak diametralnie zmienił swoją opinię na ich temat. To nie świadczyło zupełnie o niczym. Miał wrażenie, że Nadim traktuje go ostrożnie, jakby z pewnym dystansem. Może i on sam, również się wobec niego dystansował. Zachowywali się  bardzo nienaturalnie, jakby nie do końca wiedzieli w jaki sposób się do siebie odnosić i jak postępować. Amir wciąż chyba czuł rozżalenie po tamtym rozstaniu. To był najgorszy moment na coś takiego, nawet, jeśli rzeczywiście nie było innego wyboru. Nadim natomiast sprawiał wrażenie zawstydzonego i jakby onieśmielonego towarzystwem mężczyzny. Podszedł do Amira bliżej, zatrzymując się wreszcie tuż przed nim. Jego ogon miotał się nerwowo w jedną i drugą stronę, uszy położył po sobie.
-Dziękuję...- rzucił w końcu, choć władca wątpił, by ten przyszedł tutaj tylko po to, by to powiedzieć.- Za wszystko co dla nas zrobiłeś... Elnir nigdy nie powiedziałby tego wprost, ale również jest ci bardzo wdzięczny... Gdy wyszedłeś przyznał, że nie spodziewał się, by jakikolwiek człowiek kiedykolwiek nam pomógł, a zwłaszcza w takiej sytuacji... Gdyby nie ty, wszystko mogłoby się skończyć znacznie gorzej.
-Zrobiłem to, co należało zrobić- odpowiedział krótko mężczyzna.
Aż za dobrze zrozumiał co jego wuj miał na myśli, gdy pouczał go, karcił za nieprzemyślane słowa i przypominał o odpowiedzialności. Nie mógł pozostawić wobec tego rodzaju katastrofy nikogo, a zwłaszcza tych, którzy nie byli w stanie pomóc sami sobie. Nie oczekiwał podziękowań.
Nadim chciał chyba coś powiedzieć, ale milczał. Zagryzł na moment wargę, westchnął, spojrzał na mężczyznę. Wreszcie przysunął się do niego bliżej i chwyciwszy za kark, przyciągnął Amira do gwałtownego pocałunku. Mężczyzna nie mógłby się temu oprzeć nawet, gdyby chciał. Natychmiast oddał pocałunek, kładąc dłonie na biodrach potomka wilków i przyciskając go do siebie. Minęło trochę czasu, ale jego uczucia do Nadima wcale nie uległy zmianie. Uśpione na pozór, celowo zakryte codziennymi obowiązkami, wybuchły teraz z nową siłą. Potomek wilków odsunął się po chwili na kilka kroków.
-Tęskniłem...- wydusił z siebie niepewnie.
-To ty odszedłeś- zauważył Amir, zaskoczony chłodem, jaki pojawił się w jego głosie. Wydawało mu się, że chociaż trochę pogodził się z tym wszystkim, ale chyba wciąż tkwiło w nim wiele pretensji. Pretensji, które odpychał od siebie, i których wcale nie chciał czuć.
-Sądziłem, że będzie łatwiej...- odparł po chwili wahania Nadim.- Ale nie jest. Wydawało mi się, że to już koniec. Znaleźliśmy kryształy, wypełniliśmy nasze zadanie i wszystko wróci do normy... I nagle zniknął Canis... A teraz to...- szepnął. Amir spoglądał na niego z uwagą.- Dzisiaj raduję się, bo tak wielu z moich braci uszło z życiem, ale jutro będę opłakiwał tych, którym się nie udało... Miałeś rację, Amir.
Mężczyzna posłał mu pytające spojrzenie nie rozumiejąc, do czego zmierza.
-Miałeś rację od samego początku...- kontynuował Nadim, w zamyśleniu.- Jestem głupcem. Traktowałem całą tą historię jak bajkę czy legendę... Naiwnie wierzyłem w to, że jak w tych opowiastkach, dwójce śmiertelników uda się poskromić zło... Dopiero teraz rozumiem. To nie jest bajka. Potęga, która była w stanie dokonać tak wielu zniszczeń... wydaje się być nie do pokonania...- przyznał, odwracając wzrok.- Nawet, gdyby ten atak był najpotężniejszym na jaki stać tego demona... Ale wydaje mi się, że to była zapowiedź, Amir. Wydaje mi się, że to wszystko dopiero się zaczyna. Jesteśmy wybrańcami. Wszystko leży w naszych rękach, o ile jeszcze mamy na coś wpływ...- wtrącił, by dodać ledwie słyszalnie- I wydaje mi się, że możemy tego nie przeżyć.
Potomek wilków usiadł na ziemi, patrząc na stojącego przed nim człowieka bezradnie, jakby potrzebował pociechy i wsparcia.
-Dlaczego mi to mówisz...?- zapytał Amir.
-Uważasz, że nie ma się czego obawiać?- potomek wilków nie odrywał od niego uważnego spojrzenia.
-Uważam, że boisz się śmierci- odparł mężczyzna.- To całkiem naturalne.
-Nie śmierci, a bezsilności- poprawił go Nadim.- Nie mogłem zrobić nic, by temu zapobiec.
-Wierzysz w duchy, w boga, w tysiące istot, o wiele potężniejszych od ludzi i od was...- zauważył Amir z niezwykłym spokojem.- Jesteś wobec nich równie bezsilny, jak i wobec tego demona. Jesteś bezsilny nawet wobec niektórych osób. Wobec natury. Losu. To uczucie powinno ci towarzyszyć przez całe życie, a jednak radzisz sobie z nim.
Nadim pokręcił głową.
-To nie to samo, co dzisiaj...- szepnął.- Mówiłem wielokrotnie i sam powtarzałem sobie, że ten demon jest potężny... Czułem niepewność i ekscytację, lęk, ale też odwagę... To było coś niezwykłego. Nieznanego. Coś, co budziło ciekawość... Dziś nie rozumiem tych odczuć. Czułem się jak bohater niespisanej jeszcze legendy i wierzyłem, że to, co robię, ma istotne znaczenie... Tymczasem on potrzebował ledwie chwili, by mieć możliwość odebrania mi wszystkich, którzy są dla mnie ważni...
-Jesteś naiwny- potwierdził Amir. Potomek wilków podniósł na niego płochliwe spojrzenie.- I pozbawiony rozsądku. Nieustannie tylko pakowałeś w kłopoty siebie i mnie. Zaufałbyś każdemu, kto tylko obiecałby, że nie ma złych intencji. Twoją odwagę trudno byłoby odróżnić od zwykłej głupoty...- Nadim położył uszy po sobie i podkulił ogon.- ... Ale miałeś rację- dokończył człowiek, klękając przy nim. Kochanek spojrzał na niego ze zdumieniem.- To ty miałeś rację, Nadim. Ja myliłem się przez cały czas. Od samego początku nie wierzyłem w tą historię. Spierałem się ze wszystkimi. Nie zaufałem nawet własnemu wujowi...- powiedział i urwał na moment, bo pełne goryczy uczucie odebrało mu głos.- Nawet, gdy widziałem te wszystkie niezwykłe i niespotykane rzeczy... Starałem się sobie wyjaśnić to wszystko. Wydawało mi się, że proste wytłumaczenie sprawi, by cała ta sprawa nie miała sensu, by ten demon nie miał prawa istnieć. Zaprzeczałem i uciekałem od prawdy, wmawiając sobie samemu, że jej właśnie szukam. Właśnie dlatego, że wiedziałem cały czas... Wiedziałem, że jeśli on istnieje, to... to jest... będzie... tak potężny, że... Cóż właściwie za znaczenie miałyby dla niego moje działania...?- zapytał w zamyśleniu.- Ty od początku do końca wierzyłeś. Byłeś inny. Nie rezygnuj z tego. Twój brak zahamowań nie raz omal nie pozbawił nas życia, ale bez niego, nie znaleźlibyśmy wielu z fragmentów kryształu... Zresztą, jestem pewien, że nawet, gdyby  ten demon pojawił się tutaj nagle i tak zrobiłbyś coś głupiego i absolutnie nieodpowiedzialnego...- Nadim uśmiechnął się lekko na te słowa.- Taki już jesteś...- powiedział Amir, kładąc dłonie na ramionach kochanka.- Nic nie jest jeszcze przesądzone. Demon z waszej legendy był potężny, a został pokonany przez swój własny brak rozwagi... A jeśli został pokonany to znaczy, że da się to zrobić.
To Nadim był tym, któremu łatwo przychodziły takie słowa.
Ale on też był tym, który ich teraz najbardziej potrzebował.
Amir miał jedynie nadzieję, że, choć tak mało prawdopodobne, tym razem mogą okazać się słuszne.

Przebudził się, wtulając twarz w plecy leżącego przy nim potomka wilków. Nadim został z nim tej nocy, o ile tak można było określić te dwie, trzy godziny, jakie w momencie położenia się spać, dzieliły ich od poranka. Z zewnątrz dochodziły już odgłosy rozmów, podniesionych głosów, okrzyków i nawoływań. Amir westchnął cicho. Podniósł się powoli i musnął lekko wargami ramię kochanka.
-Wstawaj...- szepnął, zsuwając z siebie nakrycie i schodząc z posłania.
Chwycił za buty i zaczął ubierać je powoli, obserwując, jak Nadim przewraca się najpierw na jeden, później na drugi bok i wreszcie, z ciężkim westchnieniem, decyduje się podnieść. Uśmiechnął się do Amira, również przygotowując do wyjścia. Człowiek odwzajemnił mu się tym samym.
Kilka minut później wyszli z namiotu i skierowali swoje kroki w miejsce, z którego dochodził największy hałas. Dotarli do sporego tłumku potomków wilków (trudno było znaleźć choćby jednego z nich, który nie miałby na sobie opatrunków, niektórzy wyglądali naprawdę kiepsko, ale chyba każdy z nich chciał pomóc), którzy co jakiś czas, oglądali się podejrzliwie na stojących obok ludzi, strażników i służących przybyłych z Amirem. Ci z kolei, z równą sympatią łypali na pobratymców Nadima, jednocześnie zachowując się tak, jakby nie bardzo wiedzieli, co mają robić.
-Nie chcę słuchać tego psa...- usłyszał ponure burknięcie Amir, gdy przechodził obok swych ludzi.
Gdy go dostrzegli, spojrzeli na niego niemal z nadzieją, ale sam władca nie bardzo orientował się w tym, co właściwie się dzieje.
-... Dobrze!- ku swemu zdumieniu, usłyszał wyraźnie głos Elnira. Spojrzał na Nadima, a ten na niego, kompletnie zaszokowany. Ruszyli szybko do przodu, przepuszczeni przez potomków wilków.- Wasza trójka pójdzie ze mną na północ! Endas, zabierzesz ich na wschód, wy na zachód, ludzie na południe...- niechętny pomruk wydobył się od strony, po której stali poddani Amira, ale w obecności króla, nie pozwalali sobie na głośniejsze komentarze.- Pozostali podzielą się na dwie grupy! Jedna będzie szukać tutaj, druga będzie czuwać przy rannych...
-Elnir, co ty wyrabiasz?!- rzucił z przerażeniem Nadim, widząc swojego przyjaciela, który, wsparty o drewniany kij, stał dumnie na końcówce ułamanego pnia, przemawiając do oczekujących.
-Organizuję poszukiwania- odparł, jakby nigdy nic.
-W twoim stanie...? Nie powinieneś był się ruszać! Wracaj natychmiast i lepiej, żeby ten uzdrowiciel cię obejrzał...- powiedział Nadim z troską spoglądając na potomka wilków.- Zastąpię cię.
-Nie zastąpisz, a przyłączysz się do nas- odparł gładko Elnir, jakby słowa przyjaciela zupełnie do niego nie trafiły.- Jest pełno roboty, im szybciej skończymy, tym lepiej! Jeszcze dziś trzeba przeszukać cały las i to dokładnie!- zwrócił się do wszystkich obecnych, podnosząc głos.- Wciąż mogą być tacy, którym udało się przeżyć... Ktoś mógł znaleźć się w innej części lasu, tej, która uniknęła ataku, albo przynajmniej, mniej ucierpiała... Może włóczyć się gdzieś przerażony, albo, co bardziej prawdopodobne, być rannym, może czymś przygniecionym, szukajcie uważnie. Szukajcie też ciał naszych braci. I uważajcie na siebie. Niektóre z połamanych drzew ledwie stoją. Bądźcie ostrożni. Idźcie!- nakazał, a wybrane przez niego grupy, rozeszły się w różnych kierunkach. Nawet ludzie, nie słysząc oporu swojego władcy, powlekli się w jedną ze stron.
Elnir nieco chwiejnie zszedł z pieńka. Na rannej nodze stawał bardzo lekko, widać było, że sprawiało mu to ból.
-Co ty wyrabiasz?- skarcił go Nadim, poważnie zaniepokojony.- Ich medyk powiedział, że masz wypoczywać i czekać, aż zagoją się rany! Nie powinieneś się ruszać! Możesz zrobić sobie krzywdę!
-Nie będę się wylegiwał, gdy moi bracia pracują- odparł Elnir, wzruszywszy ramionami.- Poza tym, czuję się całkiem dobrze. Troszcz się o tych, którzy są umierający albo nie mogą się ruszać.
-Chcesz umrzeć przez własną głupotę?- wtrącił pobłażliwie Amir.
Elnir zatrzymał się przy nim, wpatrując się w niego ze zmarszczonymi brwiami.
-Sądzisz, że to jest normalna sytuacja...?- zapytał, wolną ręką wskazując na wszystko dookoła nich.- Sądzisz, że się tu bawimy, że mamy czas na odpoczynek...? To nie jest normalne- stwierdził dobitnie, nie pozwalając Amirowi odpowiedzieć.- To, co się zdarzyło, to nie był przypadek i wszyscy dobrze o tym wiemy. To był ten demon. Jesteśmy w stanie wojny. Choć to, co nas czeka, może być od niej dużo poważniejsze... A stan wojny rządzi się innymi prawami. I nawet, jeśli mam jutro umrzeć, jak mówisz, z własnej głupoty, chcę mieć pewność, że przez ten jeden dzień zrobiłem wszystko, co mogłem zrobić dla moich braci- powiedział twardo.- Nie przydam się im, wylegując całymi dniami w namiocie i jeszcze wymagając opieki... Może wy, ludzie, tak właśnie postępujecie w sytuacjach zagrożenia, ale my ruszamy tyłki i robimy wszystko, co tylko jesteśmy w stanie zrobić... Chodźcie...- zwrócił się do ostatniej, niewielkiej grupki potomków wilków, która na niego czekała.- A ty, przydaj się na coś, człowieku i zajmij się tymi, którzy nie są nam w stanie pomóc... Zostań z nim- dodał, spoglądając na przyjaciela, po czym odwrócił się i pokuśtykał powoli w innym kierunku.
Nadim ruszył natychmiast za Elnirem, zrównując się z nim krokiem i najwyraźniej, po raz kolejny starał się mu uświadomić, że ten nie powinien w żaden sposób nadwyrężać okaleczonej nogi i, że to, co robi, jest więcej niż niebezpieczne, jest idiotyczne. A przynajmniej tak myślał o tym Amir, co wcale nie przeszkadzało mu obejrzeć się za odchodzącym kuśtykiem z pewnego rodzaju podziwem i dojść do wniosku, że zapewne na jego miejscu, postąpiłby podobnie. Nadim powrócił bardzo szybko, z wyjątkowo nietęgą miną. Nie udało mu się nakłonić Elnira do zmiany zdania.
Mieli przed sobą dużo pracy. Amir kolejno zaglądał do namiotów, w których znajdowali się ranni i zgodnie ze wcześniejszymi wskazówkami uzdrowiciela, który teraz miał wreszcie szansę odpocząć po długiej nocy, zmieniał opatrunki, przemywał rany lub podawał jakieś specyfiki. Spory kawał dalej od utworzonego przez namioty obozowiska, znoszono odnalezione w lesie ciała, w większości w stanie uniemożliwiającym jakąkolwiek identyfikację. Nadim kręcił się to tu, to  tam, raz pomagając w poszukiwaniach, raz znów przy poszkodowanych. Minęło niewiele ponad godzinę, gdy jakiś potomek wilków wszedł do namiotu, w którym obaj się znajdowali i wywołał Nadima. Moment później, Nadim przywołał również człowieka. Amir wyszedł na zewnątrz, spoglądając na niego bez zrozumienia.
-Elnir coś znalazł- stwierdził potomek wilków.
Nie było sensu dopytywać, bo jak na dłoni widać było, że i on nie bardzo wie czym jest to „coś”. Ruszyli więc za pobratymcem Nadima, który prowadził ich do północnej części lasu. Nadim wdał się z nim w rozmowę pytając co i jak, ale ten również sprawiał wrażenie, jakby miał duży problem ze zdefiniowaniem tego, co też odnaleźli. Gdy dotarli na miejsce dostrzegli grupkę potomków wilków, która wyruszyła z Elnirem, i która teraz patrzyła dziwnie płochliwie na coś, co rozpościerało się spory kawałek przed nimi. Amir i Nadim obeszli ich, podchodząc do przodu. To, co zobaczyli, kompletnie ich zdumiało.
Elnir, który stał najbliżej, choć w bezpiecznym, jak zapewne mniemał, dystansie, patrzył na nich pytająco.
-To stąd musiało przyjść uderzenie... Widzieliście kiedyś coś takiego?- rzucił z pewnego rodzaju ekscytacją.
Nadim spojrzał na Amira. Amir odwdzięczył mu się tym samym.
-Tak...- odparł potomek wilków, skinąwszy głową.
-Tak?- zdumiał się niepomiernie Elnir, bo nie ulegało wątpliwości, że on coś takiego widział po raz pierwszy w życiu.
Amir pamiętał to bardzo dobrze. Ten niby błysk, który jakby zatrzymał się nad ziemią, to światło, wtedy białe, teraz o barwie bliskiej szkarłatu. Wtedy było portalem do zamku tamtej kobiety. Królowej. Czym więc było teraz...?
-Co to takiego?- zapytał z niepokojem Elnir.
-Przejście...- odparł lakonicznie Nadim, przenosząc uważne spojrzenie na niedawnego kompana. Amir również na niego spoglądał.
-Dokąd więc prowadzi to... przejście?- dopytywał drugi z potomków wilków.
-Nie wiem.
-Jeśli to ma związek z tym atakiem, trzeba to zbadać...- zakomenderował Elnir, po chwili wahania, po czym obejrzał się na stojących kilka kroków dalej współbraci.- Wrócimy do obozu, przygotujemy się tak dobrze, jak tylko będziemy w stanie i...
-Nie- zaprotestował Nadim. Wszyscy spojrzeli w jego stronę.- To nie jest przypadek, Elnir. To ma związek z nami. Nie możemy iść tam wszyscy. Zwłaszcza po tym, co się wydarzyło. Może stać wam się krzywda.
-Uważasz, że wy dwaj macie większe szanse przeżycia od nas wszystkich?- parsknął Elnir, kręcąc głową.
-Tak- odpowiedział Nadim, choć jego przyjacielowi wydawało się to zapewne zupełnie niezrozumiałe.- Jesteśmy wybrańcami, Elnir.
-I dlatego zamierzasz tam iść...? A co jeśli to pułapka?
-Lepiej, by nas dwóch się w niej znalazło, niż my wszyscy- zauważył Nadim.
-Lepiej, byśmy my się tam znaleźli, niż dwójka wybrańców...- odpowiedział mężczyzna.
-... Amir?- Nadim spojrzał pytająco w stronę człowieka, oczekując najwyraźniej, by ten rozsądził spór.
Władca zastanawiał się przez chwilę. Przez cały ten czas, nie wracał myślami do sprawy kryształów ani przez chwilę... Owszem, czasem przypominał sobie o nich, gdy wspominał Nadima i ich wspólną wyprawę, ale zapomniał już o tej legendzie, o demonie, o własnych lękach... Te zaczynały teraz powracać. Tak czy inaczej, sądził, że to wszystko już się skończyło, że niezależnie od jego domysłów, racji lub ich braku, nie ma już na nic wpływu. Wydawało mu się to ledwie epizodem, niemal nieistotnym, w obliczu jakże pozbawionego sensu i celowości finału. Ale to nie był finał. A jedynie cisza przed burzą.
Skinął z wolna głową, patrząc na Nadima.
-Idziemy- zadecydował stanowczo.
-Wróćmy do obozu- zarządził Elnir.- Musimy opracować jakąś strategię... Przygotować się na ewentualne możliwości i...
-Pójdziemy teraz, Elnirze- przerwał mu jego przyjaciel. Drugi potomek wilków wbił w niego pełne niezrozumienia i niedowierzania spojrzenie.- Nie sądzę, by w obliczu tego, co nas spotkało, możliwa była do opracowania jakakolwiek taktyka...- uśmiechnął się smutno, odwracając wzrok w stronę portalu.- Nie powinniśmy zwlekać. Nie przeżyjemy kolejnej takiej katastrofy.
Elnir wpatrywał się w Nadima przez dłuższą chwilę, po czym odwrócił się do swoich braci. Naradzali się ze sobą przez jakiś czas. W obliczu tego wszystkiego, co się zdarzyło, trudno było cokolwiek zakładać czy podejrzewać. Tak naprawdę każdy z nich stał teraz naprzeciw czegoś zupełnie nieznanego i budzącego grozę. Amir dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Jego kompan również. Nadim miał jednak rację. Nie mieli żadnego wyboru. Mogli wahać się długo i rozważać wszelkie możliwości, ale ta ostatecznie była jedna. Wszystko, cokolwiek zrobili do tej pory, okazało się doprowadzić ich do tego momentu. Nie było sensu uciekać przed taką potęgą. Mogli tylko stawić jej czoła, bez względu na to, jak marne szanse mieli.
Elnir odwrócił się wreszcie do nich. Dokuśtykał do przyjaciela. Odwiązał miecz od pasa i podał mu go.
-Weź.
Nadim uśmiechnął się niemrawo.
-Nie sądzę, by to mogło pomóc...- powiedział cicho.
Elnir nie zważał na jego słowa. Przywołał kolejnego potomka wilków i zabrał od niego broń, którą podał z kolei Amirowi, który również był nieuzbrojony.
-Ty też miej to przy sobie, człowieku... Nie wiesz, co może ci pomóc, bracie...- zwrócił się do Nadima, spoglądając na niego w taki sposób, jakby chciał dodać mu otuchy i pewności, choć sam sprawiał wrażenie bardzo zaniepokojonego.- Miecz poskromił demona i ostatnim razem.
Nadim skinął głową, uśmiechając się blado. Spojrzał na człowieka i obaj, ruszyli powoli w stronę szkarłatnego błysku.
-Jeśli długo nie będziecie wracać, pójdziemy za wami!- ostrzegł Elnir.
-Jeśli nie wrócimy to znaczy, że żaden z was nie powinien wchodzić tam za nami- odpowiedział mu Nadim.
Zatrzymali się tuż przy jaśniejącym kształcie. Nadim wziął głęboki oddech. Amir czuł, że jego serce bije jak oszalałe. Bał się. Nie istniałby chyba człowiek, który nie czułby na jego miejscu strachu. Czy rzeczywiście można było mierzyć się z niepokonaną siłą...? Odpowiedź wydawała się oczywista. Spojrzał na Nadima. W nerwowym geście, odnalazł jego dłoń i ścisnął ją mocno.
Ruszyli przed siebie.