Strony

piątek, 3 maja 2013

Rozdział 42 [Chaos]


-Widzę, że przybyliście licznie, a pewnie wręcz w komplecie. Nie żeby mnie to zdumiało... Zawsze pojawiacie się wszyscy wtedy, gdy macie reprezentować swoje interesy, chcecie coś ugrać lub osiągnąć jakiś zysk... Oczywiście takiej okazji nie stanowi tak błaha i, z waszego punktu widzenia, nieistotna uroczystość, jak choćby pogrzeb władcy...- powiedział Amir, uśmiechając się kwaśno.- Darujmy sobie wszelkie powitania i uprzejmości, z góry uznając je za zbędne, skoro każda ze stron doskonale zna i rozumie swoje intencje... Wiem, że mnie nie lubicie. Chyba nawet bardziej, niż mojego wuja, co jest niemałym dokonaniem. I ja również was nie lubię. Co akurat, dokonaniem szczególnym nie jest. Musicie jednak wiedzieć, że nie zamierzam brać udziału w tych wszystkich gierkach i intrygach. I jeśli naprawdę wydaje wam się, że jesteście zdolni przekonać, czy zmusić mnie do podjęcia decyzji, na które nigdy nie zgodziłby się mój wuj, to bardzo się mylicie. Uznajmy więc, że cała ta narada nie ma sensu, darujmy sobie odczytywanie wniosków i apeli, darujmy dyskusje i spory, a zamiast tego przejdźmy do tego, na czym znacie się najlepiej... Choć właściwie, możemy z góry przyjąć, że wasze naciski, szantaże i mniej lub bardziej subtelne groźby również nie podziałają... A zatem nie pozostaje nam nic innego, jak rozejść się w pozornym pokoju... Albo nieco mniej pozornym oburzeniu. Gdyby któryś z was zamierzał podjąć jakieś poważniejsze i bardziej odważne kroki, zupełnie przypadkiem mając przy sobie jakąś truciznę, jestem pewien, z któryś z waszych... przepraszam, MOICH, służących, wskaże wam odpowiednią drogę do kuchni... A może nawet, za odpowiednią opłatą, wszystkim się zajmie. Gdyby ktoś chciał zaatakować z subtelniejszej strony i na przykład porozgłaszać to i owo z mojego prywatnego życia sugeruję, aby się nie krępować i zrobić to czym prędzej... Tymczasem całą naradę uważam za zakończoną- obwieścił spokojnie, kończąc przewiązywać pieluchę na biodrach niemowlęcia.- Co o tym sądzisz?- zapytał dziecko z absolutną powagą.
Na próżno szukał w błękitnych oczach zrozumienia, bo te spoglądały na niego raczej sennie. Noworodek ziewnął powoli, po czym mlasnął i wydał z siebie coś na kształt pomruku. Amir uśmiechnął się lekko, podnosząc go z posłania i biorąc na ręce. Oparł jego głowę na swojej klatce piersiowej i przysiadł na moment na fotelu.
Hatim. Takie dostał imię. Oficjalnie był już jego synem. Choć Amir wątpił, by rzeczywiście był zmuszony do takiego kroku i sądził, że Hadrin nawet nie tyle z odkrytej nagle miłości do potomka, co zdrowego rozsądku uzna go za swoje dziecko, rzeczywistość zmusiła go do podjęcia kroków, na które absolutnie nie miał ochoty. Ostatnie tygodnie mijały mu właśnie na zajmowaniu się malcem, pełnieniu obowiązków i próbach podejmowania rozmów z bratem, które były wciąż, ze strony księcia, bardzo oficjalne i chłodne. Hadrin zaparł się i nic nie wskazywało na to, by miał w tej sprawie zmienić zdanie. Amir nie zamierzał już dłużej czekać. Sytuacja była napięta i niepewna. Nie popadał w paranoję, która kazałaby mu się obawiać o swoje życie na każdym kroku, ale zarówno wypadki, jak i „wypadki” czasem się zdarzały. Chciał mieć więc pewność, że jego bratanek nie zostanie pozbawiony przysługujących mu praw, ani tym bardziej usunięty z tego miejsca, gdyby cokolwiek mu się stało. Hadrin udawał, że decyzja brata wcale go nie obchodzi. Z pozorną obojętnością, przygotował wszystkie formalności, nakazał ogłosić ludowi tę nowinę (choć lud, zapewne, dobrze wiedział, czyj jest to potomek), a nawet pogratulował mu chłodno. Widać jednak było, że to w pewien sposób go dotknęło. Od tamtej pory, rozmawiało im się ze sobą jeszcze trudniej.
Relacje z Hadrinem były dla niego bardzo problematyczne. Niezależnie od tego, jak bardzo się starał, by wszystko wróciło do normy, jak często usiłował coś wyjaśnić, wciągnąć go do rozmowy, napotykał na wyraźny opór ze strony brata. Hadrin nie zrezygnował jednak ze swojej funkcji, co mogłoby być dla Amira jeszcze bardziej zgubne, biorąc pod uwagę jego brak obycia. Wypełniał swoje obowiązki sumiennie. I rzeczywiście, zachowywał się już coraz bardziej jak zupełnie obcy Amirowi, opłacany doradca, a nie jedna z najbliższych mu osób.
-Też tak sądzę...- stwierdził z cichym westchnieniem Amir. Zbliżała się narada. Kolejna. Poprzednia była raczej czymś w rodzaju czystej dyskusji o sprawach królestwa, teraz członkowie rady złożyli już różne apelacje, postanowienia i propozycje zmian.- Niestety, raczej nie będę mógł powiedzieć im czegoś podobnego...
Malec memłał ustami w zabawny sposób, obśliniając Amirowi kawałek szaty.
Mężczyzna zaśmiał się cicho.
Bratanek był teraz jedyną, bliską mu osobą, która nie uciekła od niego przy pierwszej lepszej okazji (może dlatego, że jeszcze nie był w stanie), i nie wysłuchiwała każdego jego słowa z wyrazem poirytowania na twarzy (najwyraźniej tego też jeszcze nie potrafił). Nic więc dziwnego, że ostatnio Amir rozmawiał tylko z nim, a raczej tylko do niego mówił. Nie miał już przy sobie nikogo, kto byłby mu tak drogi, prócz brata, który jednak traktował go w taki sposób, jakby braćmi wcale nie byli. Utraciwszy więc tych, którzy do tej pory byli najbliżsi, koncentrował się na Hatimie i cały swój wolny czas poświęcał właśnie jemu.
-Arystokraci są okropni- rzucił dość ponuro.- Zresztą, przekonasz się jak dorośniesz. To akurat minus bycia księciem, ale... Z drugiej strony, podejrzewam, że to dużo lepsze, niż mieszkać wśród chłopów...- powiedział w zamyśleniu. Wciąż nie rozumiał, jak Hadrin mógł tam zostawić swojego potomka. To, czy tamci ludzie interesowali się dzieckiem, czy też nie, miało drugorzędne znaczenie. Nawet, gdyby o nie dbali, wśród tej warstwy społecznej wciąż panowało duże ubóstwo. Jego brat im płacił, ale, tak czy inaczej, choćby same warunki życia, mogły mieć dla malca bardzo przykre konsekwencje. Nie rozumiał, dlaczego Hadrin się tym nie niepokoił.- Bycie królem też nie jest tak przyjemne, jak się z pozoru wydaje- parsknął cicho.- Ty nie będziesz musiał nim być. To znaczy, nie będę cię do tego zmuszał, jeśli nie będziesz chciał... Gdy znajdziesz sobie jakąś kobietę... Chociaż... Wtedy po prostu ją poślubisz...- wstał powoli, wiedząc, że zaraz będzie musiał udać się na naradę. Odłożył niemowlę do kołyski, przykrywając je kołdrą.- ... Ale jeśli chciałbyś mojej rady, wybieraj te bez ogonów... Mniejszy kłopot, a poza tym... Choć może ich kobiety są nieco normalniejsze...- zaśmiał się cicho.
Te słowa przypomniały mu o Nadimie. Nie żeby do tej pory mógł zapomnieć. Gdy pochłaniały go codzienne obowiązki, nie miał nawet czasu, by myśleć o potomku wilków. Ale nocą, gdy przewracał się z boku na bok, nie mogąc zasnąć, wracały do niego wszystkie wspomnienia. Nie miał już do niego żalu. Nie rozumiał jego decyzji. Nie mógł się z niej cieszyć, czy nawet uznać jej za właściwą. Ale Nadim ją podjął i Amir nie mógł tego zmienić. Bardzo brakowało mu potomka wilków, ale zaczynał powoli godzić się z tym, że prawdopodobnie już go nie zobaczy.
Odwrócił się w stronę drzwi i dostrzegł w progu Hadrina. Jego brat stał tam chyba od dłuższej chwili, bo spłoszył się, gdy Amir go zauważył. Poza tym, mężczyzna miał wrażenie, że jego młodszy brat wychylał się lekko, usiłując dostrzec leżącego w kołysce malca.
-Przyszedłeś do niego?- zapytał Amir.
-Nie- odparł książę.- Przyszedłem cię poinformować, że rada już przybyła.
-Tego się spodziewałem- odpowiedział zgodnie z prawdą mężczyzna.- Ale miałem cień nadziei, że może jednak się opamiętałeś.
Hadrin pozostawił te słowa bez komentarza.
Amir nie potrafiłby już nawet zliczyć, ile razy usiłował dotrzeć do brata, starając się mu uświadomić, a raczej przypomnieć, że Hatim jest jego synem. Był bowiem pewien, że Hadrin tak naprawdę dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Odkąd jednak król uznał bratanka za swego syna, wytrącił sobie pewne argumenty z rąk. Za każdym razem gdy zaczynał mówić Hadrinowi o jego synu, ten oponował i z niewiarygodnym wprost cynizmem odpowiadał, że przecież jest to teraz syn Amira.
Brat doprowadził go do mniejszej sali obrad. Dziś odbywała się pierwsza oficjalna narada, a to oznaczało jedynie wstępne dyskusje, wybranie projektów i propozycji, które miały być zatwierdzane w czasie kolejnych spotkań i poddane ewentualnym zmianom. Amir wszedł do okrągłego pomieszczenia, dostrzegając licznie w nim zebranych arystokratów, którzy podnieśli się z zajętych przez siebie miejsc (wszyscy z wyjątkiem Fryderyka, jak to zwykle bywało), witając władcę ponurym milczeniem.
Amir westchnął głęboko, przystając na środku pomieszczenia i odbierając od Hadrina wszystkie niezbędne dokumenty, w tym ten, który opisywał dokładną kolejność i przebieg narady.
Już czuł, że z pewnością nie wyniknie z tego nic dobrego.

-Nie.
Amir od dobrych dwóch godzin wysłuchiwał kolejnych propozycji, mniej lub bardziej absurdalnych, ale, rzecz jasna, skoncentrowanych wyłącznie wokół szlachty i jej interesów. Któż by w końcu wymagał od tych „mężów narodu”, interesowania się NARODEM, skoro, w ich egoistycznym mniemaniu, głównie oni ten naród stanowili. Przeszkadzali im więc mieszczanie, a zwłaszcza bogaci mieszczanie, kupcy również, bowiem tworzyli im konkurencję, i, jak twierdzili zgodnie szlachcice, „śmiali im się w twarz”. Przeszkadzali im kapłani, ponieważ uczciwi i nieskazitelnie szlachetni członkowie rady sądzili, iż ci przedstawiciele bogów, w sposób zupełnie nieuprawniony, korzystają z pewnych wygód, a przede wszystkim funduszy, które mogłyby przypaść na inne cele... na przykład ich prywatne. Ale przede wszystkim, przeszkadzali im chłopi, którzy oczywiście, zdaniem tychże wyczerpanych pracą i niesamowitym wysiłkiem jegomości, byli nieposłusznymi nierobami i zamiast robić to, co do nich należy, obijali się i śmieli jeszcze dyskutować ze swymi jakże łaskawymi panami, zamiast brać się do roboty. Arystokracja złożyła więc całą masę różnorodnych projektów, ale po tych godzinnych dyskusjach, odnosiło się wrażenie, że gdyby mogła, pierwszą propozycją, jaką by złożyła, byłaby propozycja zmiany króla. Rozsierdzeni członkowie rady z coraz większą irytacją słuchali kolejnych odmów i kontrargumentów władcy.
Amir był dobrze przygotowany do dyskusji. Przestudiowanie wszystkich dokumentów, jakie dostarczył mu Hadrin, z pewnością wyszło mu na dobre. Miotanie się arystokracji momentami go bawiło, ale całe spotkanie wywoływało u niego raczej znużenie. Co jakiś czas zatrzymywał się więc przy ogromnym oknie, z którego dobrze widać było las potomków wilków.
-Dlaczego nie?!- denerwował się coraz bardziej Golvan, którego wyjątkowo łatwo było wyprowadzić z równowagi.- Nie można odmawiać bez żadnego powodu!
-Nie wprowadzę żadnej zmiany, która ograniczałaby w tak duży sposób wolność i swobodę obywateli- odparł Amir, siląc się na spokój.
-Czy mordercy mogą wolno chodzić po ulicach, czy też zamyka się ich dla ich własnego dobra, a przede wszystkim, dla dobra społeczeństwa?- pytał retorycznie i przy okazji zupełnie idiotycznie, Golvan.- Poza tym, nie wprowadzenie tych zmian, narusza naszą wolność i naszą swobodę!- dodał donośnie, szukając poparcia w arystokratach, którzy potaknęli mu niemal zgodnie.- I tak zrezygnowałem z wielu postulatów, a następnie ustaliłem z pozostałymi możnymi to, co przeszkadza nam wszystkim tak samo i z kilkunastu, również moim zdaniem rozsądnych, propozycji, ostały się tylko dwie! Uznajmy to więc za kompromis!
-Nie- powtórzył raz jeszcze Amir.
-Ale te zmiany trzeba przeprowadzić!- gorączkował się Golvan, coraz bardziej poirytowany.- Pierwsza z nich dotyczy tego, iż chłopi mogą załatwiać swoje sprawy w sądzie...Nasz poprzedni król wprowadzając to postanowienie, chyba nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji! Teraz ta banda nierobów nam tym grozi, na rozstrzygnięcia trzeba czekać zbyt długo, obcy ludzie mają mi mówić, jak mam traktować swoich chłopów... To jest niewybaczalne i karygodne! Jak nasza gospodarka ma się rozwijać w takich warunkach?! Niechże sądy zajmują się czymś poważnym, jak już muszą, ale nie marudzeniem i zwykłym nieposłuszeństwem!
Amir westchnął głęboko. Odsunął się od okna i z wolna podszedł do stojącego nieopodal biurka, na którym pozostawił wszystkie niezbędne mu dokumenty. Sięgnął po spory plik i przeglądając je, zaczął mówić:
-W ciągu roku, w sądach, odbywa się tak niewiele chłopskich spraw, że,  biorąc pod uwagę liczebność tej grupy, jak i waszych karygodnych zachowań, jest to aż niewiarygodne...- stwierdził, a zebrani natychmiast zaczęli protestować głośno, pełni oburzenia.- Jednak pozwólcie, że opierając się na protokołach sądowych odczytam wam, w jakich sprawach wydano do tej pory wyroki...- zebrani jakoś dziwnie ucichli.- Mamy więc... gwałt na chłopce... gwałty na chłopkach... gwałty na służących, nie byłem pewien, czy również zaliczyć to do tych spraw, ale sądzę, że to warte wspomnienia... znów gwałt i gwałty... gwałty strażników na chłopkach i służących... Niestosowne zachowanie wobec służących... Wobec służących płci męskiej...- odczytał ze złośliwym uśmieszkiem, a jeden z arystokratów siedzących w pierwszej ławie spąsowiał nagle i odchrząknął cichutko.- Pobicie śmiertelne dziecka... Pobicie śmiertelne kobiety... Kilku mężczyzn... I znów pobicia, tym razem z lżejszymi skutkami... Wyzysk... Nieprzestrzeganie warunków umowy... Ze wszystkich tych spraw, kwestie finansowe to mniej niż pięć procent. To jeszcze dobitniej pokazuje, że chłopi wciąż dają się ogłupiać i zgłaszają do sądu w bardzo rzadkich przypadkach... Poza tym, we wszystkich tych sprawach, jedyną karą jest zapłata poszkodowanemu albo jego rodzinie i kwoty też nie są jakieś skandalicznie duże... A chyba wszyscy się zgodzimy, że gdyby chodziło o mieszczan, a już, niech bogowie bronią, arystokratów, kary byłyby znacznie wyższe...
-No i co jeszcze!- obruszył się bardzo Golvan, choć siedzący z przodu Fryderyk spojrzał na niego ostrzegawczo.- Żeby mi prawo zabraniało uderzyć chłopa! Niedorzeczność jakaś!
Amir spojrzał na mężczyznę z nieskrywanym politowaniem.
-Prawo, a wręcz obyczaj, ogólnie zabrania bicia kogokolwiek bez specjalnego powodu...- zauważył pobłażliwie.- I lepiej przestrzegajmy tej zasady, bo inaczej może się tu zrobić bardzo nieprzyjemnie.
-Ależ są powody!- upierał się Golvan.
-Nieposłuszeństwo? Czy może najzwyczajniej w świecie, poczucie władzy?- ironizował mężczyzna, uśmiechając się kpiąco.- Mam już iść po miecz, czy załatwimy to jakoś inaczej...?
-Nie ma powodów do drwin, szanowny Amirze!- odezwał się piskliwie Fryderyk, najwyraźniej postanawiając interweniować.- Są to dla nas sprawy ważne! Królestwo utrzymuje się wszak z naszych danin i podatków, powinno więc być zainteresowane, by nasze dochody były jak najwyższe...
-Nie- zaprotestował zdecydowanie Amir.- Wasze podatki, również za sprawą między innymi twoich interwencji, są ustalone na jednym i tym samym poziomie, a więc płacicie i składacie ofiary tak samo duże, niezależnie od uzyskiwanych przez was dochodów... A więc tylko was powinna obchodzić ich wysokość.
Fryderyk milczał, najwyraźniej nie mogąc znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi. Wobec tego, mówić znów zaczął Golvan:
-Przyjrzyj się więc naszej drugiej propozycji, królu! To jest rozsądne! Postulujemy w niej bowiem, by chłopi chcąc opuścić ziemię, czy złamać umowę, musieli najpierw skierować się do sądu i uzyskać jego pozwolenie... To jest konieczna zmiana! Teraz bowiem, ci nieposłuszni głupcy straszą odejściem swych panów, a ci czasem nie mają kim ich zastąpić! Tak nie można czynić! No i sądy miałyby wreszcie coś konkretnego do roboty.
Amir uniósł brew w geście politowania i sięgnął do omawianej przez Golvana propozycji.
-Sądy...- powtórzył z kwaśnym uśmiechem.- Tutaj nie ma mowy o naszych sądach, w którym zasiadają przedstawiciele różnych stanów, jest za to mowa o „sądzie złożonym z właścicieli ziemskich”... Czyli możnych.
-I niektórych mieszczan- wtrącił Fryderyk.
-A cóż w tym dziwnego?- nie rozumiał Golvan.- Przecież my wiemy najlepiej, co jest dla nas najlepsze!
-W to nigdy nie śmiałem wątpić- odparł kąśliwie Amir.- Ale jakimś dziwnym trafem to rzadko pokrywa się z tym, co najlepsze dla ogółu społeczeństwa.. Nie zabronię nikomu możliwości opuszczenia ziemi. Jeśli chłop złamie umowę, możecie skierować sprawę do sądu i nakazać mu odpracowanie tego czasu, albo ukarać inną zawartą w umowie sankcją...
-W tym państwie to już nam nic nie wolno robić!- zbulwersował się Golvan, autentycznie poruszony.- Ani ukarać, ani zatrzymać... Wolność i wolność! Wolność im się na nic nie zda jak nie będą mieli roboty!
-To wasi chłopi i bez was najczęściej są mniej bezradni niż wy bez nich- zauważył Amir. Wielu z tych, którzy opuścili wieś znalazło zatrudnienie w innym miejscu, natomiast nie znał żadnego arystokraty, który, po odejściu chłopów, sam zacząłby uprawiać ziemię.- Nie będę ich ustawowo ograniczał. Podpisujecie z nimi umowy i obie strony mają ich przestrzegać. Nim mój wuj sprowadził ten obowiązek wielu chłopów żyło w skrajnym ubóstwie, bo nieustannie zmienialiście dane im słowo i zabieraliście więcej plonów, albo zmuszaliście do większej ilości pracy, niż z początku deklarowaliście... Albo nauczycie się skłaniać ich do pracy bez wyzysku i przemocy, albo będziecie musieli sami chwycić za narzędzia... Powinniście dobrze zdawać sobie sprawę z tego, że nie podejmę żadnej decyzji, jakiej nie podjąłby mój wuj.
Golvan prychnął z oburzeniem.
-Nie no, to jest niedopuszczalne!- rzucił, a spora część członków rady poparła go, przekrzykując się wzajemnie.
Fryderyk uniósł dłoń, uciszając siedzących za sobą jegomości. Golvan posłał mu rozpaczliwe spojrzenie, jakby liczył, że tylko głos przewodniczącego jest jeszcze w stanie zmienić zdanie króla.
-Szanowny Amirze...- odezwał się Fryderyk.- Twój wuj wiedział doskonale, że trzeba dać coś i ludowi, i nam... Po równo. By zyskać nasze poparcie w przyszłych decyzjach. To uczciwe rozwiązanie. Trudno popierać kogoś, kto występuje przeciw naszym interesom, więc dla twojego własnego dobra, powinieneś rozważyć podjęcie pewnych kroków... Choćby ze względu na naszą współpracę.
Amir podszedł kilka kroków bliżej i przyglądając się Fryderykowi ze zmarszczonymi brwiami, zapytał otwarcie:
-A dlaczego wy mielibyście dostawać coś innego niż reszta ludu?
I to wywołało tak ogromne wzburzenie, że przez kilka minut wśród panującej w pomieszczeniu wrzawy, nie można było dosłyszeć choćby jednego konkretnego słowa. Kilku jegomości chciało chyba wyjść w geście protestu, ale zostali zatrzymani przez siedzących obok nich szlachciców. Gdy wreszcie obecni się uciszyli, niemalże wszyscy wpatrywali się w Amira z gniewem i niechęcią. Był pełen podziwu dla swej umiejętności zjednywania sobie ludzi...
-Ponieważ, szanowny Amirze...- kontynuował Fryderyk z uroczym wprost uśmiechem, choć w jego głosie również drgała nuta poirytowania.- ... płacimy podatki. Dużo większe niż choćby mieszczanie. Tak naprawdę, to my utrzymujemy to królestwo.
-To byłby całkiem niezły argument gdyby nie fakt, że kolejnym projektem nad jakim dyskutujemy ma być obniżenie podatków dla części arystokratów...- zauważył.
-Dla najbardziej zasłużonych arystokratów- poprawił go Fryderyk.
-Waszą główną zasługą, jak powiedziałeś, jest płacenie podatków... Mam więc nagrodzić was za płacenie podatków... nie płaceniem podatków?
-Szanowny Amirze...- odezwał się znów przewodniczący rady z istną urazą w głosie.- Pamiętaj, że my, posiadając ziemie, posiadamy też bogactwa. A posiadając bogactwa, posiadamy też choćby, własne armie, które razem wziąwszy są większe od całej armii królewskiej...
-Grozisz mi wewnętrznym konfliktem?- zapytał Amir, unosząc brew.
-Ależ skąd- Fryderyk uśmiechał się z bardzo wymuszoną serdecznością.- Po prostu mówię, że w razie ewentualnej wojny z innym mocarstwem, bardzo przydałaby ci się nasza pomoc... A jeśli nie zamierzasz wspierać nas w żaden sposób, dlaczego my mielibyśmy wesprzeć ciebie?
-Zapominasz, Fryderyku, że wojna to nie tylko polityka- odparł chłodno Amir, zdenerwowany tą argumentacją.- Wojna, to zdziesiątkowanie ludności, wielu obywateli straci życie, w tym także waszych chłopów, kiedy zostaną przymusowo przydzieleni do armii jeśli zabraknie jej członków. Wojna to też zniszczone ziemie. Jak sam zauważyłeś – w znacznej części wasze ziemie. Ale jeśli ten fakt ci nie przeszkadza i za cenę braku możliwości poniewierania chłopów zamierzasz odstąpić od ratowania tego, co nie jest jedynie własnością królestwa, ale i twoją własną, bardzo proszę. Możesz już dziś układać się z jakimś obcym monarchą. Chociaż nie wiem, kto chciałby się układać z taką bandą hipokrytów...
Nie mógł podarować sobie ostatniego zdania, a to z kolei, nie mogło nie wywołać pełnej oburzenia reakcji zebranych. Fryderyk wciąż się uśmiechał, ale jakoś dziwacznie. Siedzący za nim arystokraci zaczynali wrzeszczeć, to do siebie, to w kierunku króla. Padały słowa o braku odpowiedzialności, o zadufaniu Amira, o tym, że król gotów jest poświęcić dobro państwa, byleby tylko pozostać przy swoim, a nade wszystkim, że jest w stosunku do nich uprzedzony, co, jako jedyne, Amir uznał za całkiem bliskie prawdy. Hadrin jęknął głucho i zakrył twarz dłonią. Golvan wdał się z Amirem w spór. Wrzask i wrzawa były tak głośne, że nikt z obecnych nawet nie zauważył, że ktoś jeszcze pojawił się w pomieszczeniu, i że do krzyczących dołączył jeszcze jeden głos.
-Zostaw mnie! Puszczaj!- gdyby Amir nie znał tego głosu tak dobrze, nie zwróciłby na niego uwagi. Ale usłyszał go wyraźnie i w pierwszym odruchu, odwrócił się w tamtym kierunku, najpierw nie wierząc własnym uszom, a później oczom. Golvan wciąż mówił coś do niego, ale on już tego nie słyszał. Widział Nadima, który wyrywał się mocno z żelaznego uścisku dwóch strażników – jednym z nich był ten, któremu Amir nakazał wpuścić go do zamku.- Zostaw! Zostaw mówię! Amir!- wrzasnął potomek wilków.
Dopiero wykrzyknięte głośno imię króla na moment uciszyło zebranych. Wszyscy rozglądali się po sobie, nie mogąc zrozumieć kto też ośmieliłby się na taką zuchwałość. Spojrzenie wielu z arystokratów padło na Hadrina, ale ten, dostrzegłszy potomka wilków, westchnął głęboko i pokręcił głową w wyrazie dezaprobaty. W tym momencie, chyba wszyscy dostrzegli niespodziewanego gościa.
-A cóż to ma znaczyć, szanowny Amirze?- nie mógł się nadziwić Fryderyk.
-No tego już za wiele!- prychnął z oburzeniem Golvan.
-Co tu robi ten pies?!- zagrzmiał ktoś z góry.
-Co ty wyrabiasz...?- rzucił Amir, podchodząc do Nadima i spoglądając na trzymającego go strażnika.- Przecież powiedziałem ci, że masz go wpuścić.
-A ja tam wiem?!- odparł tamten, wyraźnie zdezorientowany.- Raz go w życiu widziałem, a te psy wszystkie takie same... Wolałem go przyprowadzić, bo się szarpał i awanturował, nie wiedziałem czy nie jest groźny...
-Szanowny Amirze!- Fryderyk spoglądał na króla z pełnym pobłażania uśmiechem.- Znamy wszyscy pogłoski o twoich... upodobaniach, ale obnoszenie się z tym, zwłaszcza przy radzie,jest co najmniej niestosowne...
Amir zignorował go.
-Puść go- zwrócił się stanowczo do strażnika.
On i jego współpracownik puścili potomka wilków i odsunęli się nieco, choć wciąż pozostali w pomieszczeniu, jakby nie byli pewni, co właściwie mają robić. Amir spojrzał na Nadima. Dobrzy bogowie... Nie widział go od tak dawna. Coś aż zakuło go w sercu. Aż za dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że musiał istnieć ważny powód, by potomek wilków się tutaj pojawił.
-Amir...- rzucił ze zdenerwowaniem mężczyzna.- Jesteśmy zgubieni! To koniec! Canis... Kryształy... To koniec!
Kilku członków rady parsknęło donośnym śmiechem. Znów posypało się wiele niepochlebnych komentarzy, przede wszystkim pod adresem przybyłego, ale także władcy.
-Wyjaśnij mi, co się dokładnie stało...- powiedział Amir, zupełnie niczego nie rozumiejąc.
-Canis próbował połączyć fragmenty w jedno- wytłumaczył potomek wilków, wciąż bardzo nerwowym głosem.- Siedział w swoim pokoju, zamknięty, wychodził rzadko, przynosiliśmy mu tam tylko posiłki... Jeden z naszych zaniepokoił się dziś rano, bo ten nie odpowiadał i obawiając się o to, że Canis mógł się źle poczuć, wyważyliśmy drzwi i weszliśmy do środka... Ale jego nie było! Zniknął z zamkniętego pomieszczenia! I on, i kryształy! Przeszukaliśmy wszystko dokładnie, nigdzie ich nie ma!
Amir zamyślił się. Odwrócił z wolna w stronę okna i zaczął zmierzać niespiesznie w jego kierunku, nie mając pojęcia co zrobić, ani nawet, co o tym wszystkim myśleć. Od czasu gdy wrócił do ojczyzny i napotkał na te wszystkie komplikacje, problem kryształów przestał dla niego istnieć. Nie miał czasu zastanawiać się nad tą całą historią. Jego wcześniejsze obawy i lęki ustąpiły nowym, bardziej rzeczywistym i wręcz namacalnym. Szczerze mówiąc, nie spodziewał się, że stanie się coś podobnego. Sądził, zwłaszcza od momentu odejścia Nadima, że tamten etap jego życia jest definitywnie zakończony.
-Szanowny Amirze... Naprawdę uważasz, że te... dziwactwa... są bardziej istotne od prowadzonej przez nas narady...?- zapytał Fryderyk.
Amir miał coś odpowiedzieć, ale w tym momencie coś przykuło jego uwagę. Coś, co już wcześniej zauważył, choć nie zwrócił na to uwagi. Z początku, daleko na horyzoncie, ponad lasem, dostrzegł coś dziwnego. Jakby chmara ptaków poderwała się nagle do lotu. Zaraz jednak uświadomił sobie, że to z pewnością nie mogło być nic podobnego. Wyglądało to raczej tak, jakby niebo nad jedną częścią lasu pociemniało nagle, jak gdyby zasłonięte ogromną, czarną jak sadza chmurą. Ale dopiero po chwili Amir zdał sobie sprawę z tego, że ta chmura przemieszcza się wręcz z niewiarygodną prędkością. Z osłupieniem i sparaliżowany ze strachu obserwował, jak znaczna część lasu ginie w ciemnościach. Drzewa, których jeszcze nie dosięgał ten mrok, odginały się w przeciwną mu stronę, jakby targane jakimś potwornie silnym wiatrem. To coś zbliżało się do miasta. Do zamku.
-Nadim...- rzucił Amir, wciąż nie mogąc oderwać wzroku od okna.- Do lochów...
-Co takiego?!- parsknął bez zrozumienia potomek wilków.
Natychmiast jeden ze strażników pochwycił go za ramię, zatrzymując.
-Co mam z nim zrobić, panie?- zapytał, a jego współpracownik pomógł mu przytrzymać szarpiącego się Nadima.
-No wreszcie!- sapnął któryś z arystokratów.
-Tak więc, szanowny Amirze, czy moglibyśmy...
-Do lochów!- krzyknął gwałtownie Amir, wyrywając się z otępienia i ruszając wzdłuż sali.- Wszyscy! Natychmiast!- jego brat spojrzał na niego ze zdumieniem. Wyszedł z ławy i stanął obok króla, w pierwszej chwili nie rozumiejąc. Po chwili jednak pokręcił głową z niedowierzaniem, najwyraźniej dostrzegając to samo, co on.- Wy dwaj, zabierzcie go!- nakazał strażnikom.
-Amir!- wrzasnął Nadim, wciąż nie rozumiejąc, co się dzieje.
Arystokracja patrzyła na mężczyznę tak, jakby ten zwariował, nie ruszywszy się z miejsc.
-Dalej!- wykrzyknął Hadrin i dopiero wtedy część z nich drgnęła z niepokojem i spojrzała po sobie.- Nie ma czasu, zbliża się niebezpieczeństwo! Wszyscy za mną, do lochów! Już!
Niebezpieczeństwo, z którego oblicza pewnie nie zdawali sobie sprawy, wykurzyło szlachtę z miejsc szybciej, niż cokolwiek innego. Wszyscy pognali za Hadrinem, nie oglądając się za siebie. Biedny Fryderyk, nie mogąc nawet liczyć na pomoc własnych współpracowników, zeskoczył na dół z wysokiego krzesła, upadłszy najpierw, a następnie z rozpaczliwym, piskliwym wołaniem, usiłował dogonić pozostałych. Amir wybiegł z pomieszczenia za bratem, ale skręcił w zupełnie inną stronę.
-Co ty robisz?!- krzyknął za nim Hadrin, zatrzymując się na szczycie schodów.
-Idź i ukryj się! Uprzedź pozostałych! Nic mi nie będzie!- odkrzyknął mężczyzna, widząc malujące się na twarzy brata przerażenie.
Nie mógł jednak czekać ani chwili dłużej. Wbiegł na piętro, nakazując napotkanym służącym uciekać w bezpieczne miejsce. Odnalazł pokój, w którym znajdował się Hatim. Z okna jego komnaty również widać było las. Amir wpadł do pomieszczenia. Niemowlę spało. Zajmująca się nim służka również drzemała na fotelu.
-Obudź się! Zbudź się, słyszysz?!- krzyknął w jej kierunku mężczyzna, podbiegając do kołyski. Za oknem, a tym samym i w pokoju zaczynało robić się coraz ciemniej. Z zewnątrz dochodziły odgłosy podobne do tych, jakie słyszy się w czasie panowania potężnej wichury. Trzask łamanych gałęzi, hałas podrywających się w powietrze przedmiotów, huk otwierających się i zamykających gwałtownie okiennic. Amir szybko podniósł bratanka. Wybudzone nagle dziecko zapłakało głośno. Dopiero wtedy, kobieta drgnęła i poderwała się z miejsca, rozglądając dookoła z wyraźnym zdezorientowaniem.- Uciekaj!- rzucił w jej kierunku Amir.
-Dobrzy bogowie...- rzuciła w osłupieniu, widząc to, co dzieje się za oknem.
W pomieszczeniu zrobiło się całkowicie ciemno. Okna zaczęły trzeszczeć dziwnie, jakby lada chwila miały nie wytrzymać.
-Uciekaj! Nie stój tak, uciekaj!- wrzasnął raz jeszcze Amir, oglądając się za kobietą.
Wybiegł jako pierwszy, wynosząc za sobą dziecko. Ona biegła tuż za nim. Skręcił w bok i w tym momencie usłyszał donośny trzask tłuczonego szkła. Jego odłamki dostały się na korytarz wraz z podmuchem gorącego powietrza, za którym podążyła czarna smuga, która w jednej chwili, zdawała się pokrywać wszystko dookoła. Amir usłyszał donośny, kobiecy krzyk, a moment później miał wrażenie, że coś uderzyło go z dużą siłą. Upadł na ścianę i osunął się powoli, czując przeraźliwy ból i nieznośny gorąc. Płacz dziecka dochodził do niego jak przez mgłę.
Zapanował mrok.

11 komentarzy:

  1. To tak. Zacznę od początku (a to naprawdę będzie wielki wyczyn gdyż mam ochotę zacząć od końca.. Ale chronologia musi być, prawda? xD)

    Czyli Amir usynowił bratanka? Z jednej strony to dobrze, ale z drugiej boję się o Hadrina, że teraz tym bardziej uzna syna.. A szkoda.
    Wgl żal mi braci. A zwłaszcza Amira, gdyż on chce nawiązać z Hadrinem dobre stosunki i brakuje mu go... A Hadrin? Jest zaślepiony i nie potrafi słuchać głosu serca..

    Amir jest super królem! Wiedziałam, że będzie się nadawać, bo dba o dobro ogółu. Jednak nie umie rozmawiać z arystokracją. Ma niewyparzony język. Ale miło, że się do narady przygotował no i dobre argumenty miał ;3
    Haha, reakcja arystokracji była piękna <3 No i ten przysłowiowy facepalm Hadrna xD Widać, iż szlachta myśli tylko o sobie. Świetnie przedstawiłaś tą grupę społeczeństwa x3

    Pojawił się Nadim, pojawił się Nadim! ♥♥ Jednak i tak mało go ;c Ale cieszę się, że wreszcie przybył ^-^
    Haha. Serio? Arystokracja wie o upodobaniach Amira? O.o Wydaje mi się, że jednak nie, tylko Fryderyk tak wywnioskował, przed chwilą.
    Um, demon dał o sobie znak? Z jednej strony dobrze, ale z drugiej? Aż strach pomyśleć co się wydarzy. No i co się stało z Canisem? Nadim był przerażony, Amir zresztą też.
    Dobrze, że król nie zapomniał o bratanku, ale czy przez to sam nie zginie? Nie uśmierciłabyś go, przynajmniej mam taką wielką nadzieję. Ktoś zawróci i go uratuje! Obstawiam, iż to będzie Nadim, ale nie wiem czemu, jednak pasuje mi też Hadrin....
    Skoro brat bał się o króla to może wreszcie zmądrzeje? I zaczną zachowywać się jak bracia!?

    Jak mogłaś zakończyć w TAKIM momencie? Czemu nam to zrobiłaś? Co będzie dalej? Nie mogę się doczekać! Chaos jest moim ukochanym opowiadaniem o czym na każdym kroku wspominam xD Cieszę się, że za tydzień również Chaos! Nie trzeba będzie długo czekać. A to dobrze bo nie wiem jak bym wytrzymała dwa tygodnie x3
    Mam nadzieję, że nie zapomnisz jednak o reszcie opowiadań, którą również kocham ^-^


    Pozdrawiam i życzę dużo weny! <3

    PS Komentarz dość długi wyszedł, ale mam nadzieję, iż jest w miarę składny, nie powstało masło maślane i nie zawiera dużej ilości błędów, za które z góry przepraszam xD

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy11:18 AM

    Podoba mi się jak Amir dogryza szlachcie. Aż normalnie podnosiłem kącik ust do monitora.
    Sam zapomniałem o kryształach itd. więc myślałem że Nadim wkurzył się z powodu tego dziecka czy coś... wiem, banał, ale no nic innego mi na myśl wtedy nie przychodziło.

    Pozdro, Arek

    OdpowiedzUsuń
  3. Ah! Amir vs szlachta! cudo ;p I ten maluszek jest kochany, mam nadzieje za Hadrin w końcu się ogarnie tak na dobre.

    I najlepsze! Nadim powrocił! Teskniłam za nim niemiłosiernie;DAle zeby urwac w takim momencie? Sadystka ;p Czekam na ciag dalszy!

    Weny Autorko ;]

    Pzdr Annola

    OdpowiedzUsuń
  4. Boże co z nim będzie! Matko boska święta, to jest wspaniałe!

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy2:39 PM

    Tęskniłam za Nadimem! Nareszcie :D

    ~Tess

    OdpowiedzUsuń
  6. Na wszystkich bogów, jakich kiedykolwiek ludzkość czciła, niechby cię piekła pochłonęły, gdybym nie przeczytała informacji o dodaniu kolejnego rozdziału "Chaosu" za tydzień! Jakże tak można, w takim momencie? *znaczy się, ja wiem, że tak można i autor czasem aż się nie może powstrzymać, niemniej jest to tortura okrutna*
    Amir. Amir i jego silna psychika. Cieszę się, że ogarnął się życiowo i już nawet godził z losem. Ale nagle nadszedł nasz słodki Nadimek. Awh. Awh. Awh. Awhahduebwvfjkbswvufankbj.
    Wybacz za moje nieogarnięcie tym razem, niemniej wreszcie się coś dzieje! Nudna narada, zidiociała arystokracja i nagle *wybacz kolokwializm* JEBUT. Aż mi się miło zrobiło.
    Cóż. Racu już więcej nie pierdzieli od rzeczy, podekscytowana tym, co nareszcie się pojawiło. Właśnie takie rozdziały sprawiły, że pokochałam twój styl i mogę nawet wybaczyć te tony zbędnych przecinków. Liczę, że ten tydzień minie mi szybko, zaś tobie wena nie poskąpi samej siebie ^w^
    Miraculi.

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy12:13 PM

    I savor, result in I found just what I was taking a look for.
    You've ended my 4 day lengthy hunt! God Bless you man. Have a nice day. Bye

    Also visit my web page; pozycjonowanie

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie było mnie i nadrabiam powoli blogi.^^
    Jak mogłaś tak przerwać? Strasznie się cieszę, że w piątek kolejny chaos, bo nie wytrzymam czekania. Ale końcówka wyśmienita. Podkręciłaś atmosferę. Było tak spokojnie, a tu bum. :D Czekam na więcej. Mogłabym pisać, jeszcze, jeszcze, jeszcze. ^^

    Weny :*

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy5:37 PM

    Instead, so santa holds up flash cards and talks about his near-death experiences.

    You should ask them to loan you suggestions.

    My web page ... szamba

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy7:28 PM

    However, anyone can arrive the condition at any age. Young adults clothes There seem to be different kids tops for different conditions.


    Check out my weblog :: imprezy integracyjne

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy2:16 PM

    Nadiiiiim!!!! :D Kocham Cię za to, że wrócił, że jest... Nadim :)
    Już wystarczy tej radości, bo oto nadciąga.. demon? Jest tak jak w pierwszym odcinku! Tylko co się stało, że się uaktywnił czy jak to nazwać..? Na pewno to coś związanego ze zniknięciem Canisa i kryształów. A może demon opętał ciało Canisa? Uch, tyle pytań i tyle się dzieje!
    Alys

    OdpowiedzUsuń