Strony

czwartek, 9 maja 2013

Rozdział 43 [Chaos]


Ocknął się. W pierwszej chwili nie był nawet w stanie otworzyć oczu. Leżał wsparty o ścianę, czując dziwny ucisk na krtani oraz unoszący się dookoła zapach dymu i spalenizny. Szumiało mu w uszach. Dopiero moment później doszedł do niego histeryczny, zachrypnięty płacz dziecka, najpierw jakby z oddali, zaraz jednak słyszał go już bardzo wyraźnie. Całą siłą woli zmusił się do tego, by otworzyć oczy. Odruchowo skierował swoje spojrzenie w lewą stronę, czując trudny do wytrzymania, palący ból. Uniósł powoli lewą rękę, zaciskając mocno wargi. Wydawało mu się, że jej zewnętrzna część, całkowicie pokryta była tym czarnym pyłem, który się tutaj dostał. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że jego skóra w tym miejscu była mocno poparzona. Również na twarzy, po tej samej stronie, znajdowało się kilka mniejszych oparzeń. Kawałek dalej od niego, tuż naprzeciw otwartych drzwi, leżało ciało. Amir aż drgnął, gdy je zobaczył. To musiała być ta służka, która opiekowała się Hatimem. Choć gdyby mężczyzna nie wiedział tego wcześniej, z pewnością nie byłby już w stanie jej rozpoznać. Leżała twarzą do ziemi, zupełnie sczerniała i oszpecona, jej skóra poparzona była tak bardzo, że miejscami odsłaniała kości. Płacz dziecka wciąż dźwięczał Amirowi w uszach, ale pozostając w jakimś dziwnym szoku, dopiero po chwili przypomniał sobie o bratanku i z przerażeniem spojrzał w prawo. Hatim leżał przy nim, po jego drugiej stronie. Amir podniósł go powoli obiema dłońmi i ułożył na zdrowej ręce.
-Hatim...- szepnął z ulgą, przymykając na moment powieki. Wyglądało na to, że niemowlęciu nic się nie stało. Nie miało żadnych ran ani oparzeń. Amir słabo pamiętał to, co działo się tuż przed utratą przytomności, ale wydawało mu się, że nie upuścił dziecka, a to wysunęło się z jego ramion już wtedy, gdy siedział przy ścianie. Owinięty wcześniej grubym materiałem noworodek, nie ucierpiał. Teraz zawiniątko poluzowało się i rozplątało nieco. Dziecko wciąż płakało.
Amir podniósł się powoli. Ranną dłonią wspierał się o ścianę, obawiając tego, że utraci równowagę. Kręciło mu się w głowie. Odsunął nogą ciało kobiety z drogi. Inaczej, musiałby przejść po niej. Szkło trzeszczało mu pod stopami, gdy kierował swoje kroki z powrotem do pomieszczenia. Nie do końca wiedział, co właściwie robi. Musiał gdzieś odłożyć Hatima, w bezpieczne miejsce, i wyjść stąd jak najprędzej. Kołyska, która stała tuż naprzeciw okna, była kompletnie połamana, a jej części rozrzucone dookoła. Stan większości mebli był dokładnie taki sam. W samym brzegu pokoju, stała jednak niewielka, pusta wanienka. Amir, przytrzymując wciąż bratanka zdrową ręką, podszedł do małej szafki, która leżała przewrócona na bok i wyjął z niej koc. Następnie, na tyle równo, na ile był w stanie, ułożył go w wannie, by zaraz umieścić w niej swojego bratanka. Niemowlę płakało głośno. Wyplątane z zawiniątka ręce, uniosły się w górę, wyciągając w kierunku Amira.
-Wszystko dobrze, Hatim... Zaraz ktoś do ciebie przyjdzie...- powiedział mechanicznie mężczyzna, po czym opuścił pomieszczenie i ruszył wzdłuż korytarza, szukając schodów.
Po drodze natknął się jeszcze na kilka ciał służących, którym nie udało się uchronić. Z jednego z pomieszczeń wyszedł młody mężczyzna, który nie wyglądał na rannego.
-Panie...?- zwrócił się niepewnym głosem do Amira, ale ten zignorował go, podążając dalej przed siebie.- Panie? Wasza wysokość!- zawołał za nim młodzieniec, jednak mężczyzna wciąż się nie zatrzymywał.
O ile na piętrze dostrzegł tylko tego człowieka, na parterze panowało już spore zamieszanie. Jacyś ludzie przemykali się od jednego pomieszczenia do drugiego, wydawali sobie nawzajem polecenia, przenosili ciężko rannych. W tym rozgardiaszu, nikt chyba nawet nie rozpoznał Amira. Przebiegający obok służący, potrącił go dość mocno, nie zatrzymując się ani na chwilę. Nie mogło więc minąć dużo czasu od tamtego zdarzenia. Amir, tak zresztą podejrzewał. Gdyby było inaczej, z pewnością już zaczęliby go szukać.
Nie budząc niczyjego zainteresowania ani uwagi, wyszedł z zamku. Zszedłszy po kilku stopniach na dół, znalazł się w ogrodzie. Rozejrzał się dookoła. Wszystko co się tu znajdowało, było właściwie zrównane z ziemią. Odetchnął płytko i ruszył w kierunku bramy. Ta przetrwała uderzenie, ale w opłakanym stanie. Pomimo, że wejście było całe, poszczególne elementy ogrodzenia powyginały się i porozrywały. Obok leżało ciało martwego strażnika,  w jeszcze gorszym stanie, niż to, które widział na piętrze. Drugi z pilnujących wrót został najwyraźniej odrzucony kawałek dalej i Amir dostrzegł go dopiero po chwili. Tamten mężczyzna nadział się na wystający ze zniszczonego ogrodzenia pręt,który przeszył mu na wylot brzuch. Strażnik jeszcze żył. Był przytomny. Spojrzał na Amira, ale nic nie powiedział, nie wołał o pomoc. Amir też na niego patrzył, ale nie podszedł do niego, nie zrobił absolutnie nic. Ruszył dalej przed siebie, jak gdyby wcale go nie widział. Wejście było zamknięte, więc przemknął się przez rozłamane pręty i w ten sposób, wydostał się na zewnątrz. Szedł przed siebie, rozglądając się dookoła, nieprzytomnym nieco wzrokiem. Wszędzie martwi ludzie. Wszędzie, gdzie tylko nie spojrzał. Ci, którzy nie zdążyli nigdzie umknąć, ani schować się w żadnym budynku. Tylko po ich wielkości zdołał poznać, że niektóre z niemal zwęglonych ciał, należały do dzieci. W przypadku dorosłych, nie był w stanie choćby określić płci.
Przez kilka minut czas jakby się zatrzymał. Amir miał wrażenie, że dookoła panowała zupełna cisza. Dopiero po jakimś czasie wszystko się zaczynało. Dochodziły do niego wrzaski, rozpaczliwe wołania o pomoc, wykrzykiwane w panice imiona. Spod leżących kawałek dalej zwłok, wydostała się mała, lekko ranka dziewczynka. Matka musiała upaść na nią lub zasłonić ją celowo w trakcie tamtego zdarzenia. Dziecko płakało, rozglądając się dookoła z desperacją, jakby nie zdawało sobie do końca sprawy z tego, co się wydarzyło. Jakaś kobieta, od pasa w dół przygnieciona kawałkiem dachu, krzyczała donośnie, wzywając pomocy. Zewsząd słychać było słychać odgłosy płaczu i paniki. Chaos, chaos, chaos...
-Amir!
Wydawało mu się, że słyszał swoje imię, ale zaraz rozmyło się gdzieś wśród tego zgiełku.
-Amir!- teraz usłyszał je już wyraźniej. Odwrócił się i dostrzegł biegnącego w jego stronę potomka wilków. Nadim rzucił mu się na szyję, ściskając go mocno. Mężczyzna zacisnął powieki, obejmując go prawą ręką wokół pasa i wtulając twarz w jego szyję. Nic mu nie było. Jak dobrze... Jak dobrze. Potomek wilków odsunął się i przyjrzał mężczyźnie z uwagą. Najpierw dotknął delikatnie jego brody, oglądając zraniony policzek, dopiero po chwili dostrzegł poparzoną rękę.- Bogowie...- szepnął, przerażony.- Amir, musisz wracać do zamku. Ktoś musi się tobą zająć.
-Nic mi nie jest- odparł cicho mężczyzna. Wciąż czuł się strasznie skołowany, ale coraz jaśniej docierało do niego to, co się wydarzyło i co działo się dookoła teraz.
-Co się właściwie stało?- zapytał bez zrozumienia Nadim, z lękiem rozglądając się dookoła.
-Zobaczyłem coś... ponad lasem...- odpowiedział Amir, nieco nieprzytomnie, przełykając ślinę.- Jakby... wielką chmurę. A później...
-Ponad lasem?- przerwał mu Nadim.
Amir spojrzał na niego z zaskoczeniem. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, co to oznaczało. Widział jak potomek wilków blednie i odsuwa się nieco.
-Bogowie... O bogowie...- szepnął, zlękniony i oszołomiony. Łzy napłynęły mu do oczu.- Moi bracia... Muszę wracać- stwierdził rozpaczliwie.
-Nadim...- Amir przyciągnął go do siebie na powrót.
-Nie- zaoponował potomek wilków, usiłując wyrwać się z jego uścisku.- Muszę do nich wrócić... Muszę im pomóc... W ogóle nie powinienem ich odpuszczać, Elnir miał rację, Elnir...- Nadim umilkł i odwrócił wzrok.
-Poczekaj...- poprosił Amir, przytulając go do siebie mocno.- Daj mi chwilę. Przygotuję wszystko i pojadę z tobą. Nie poradzisz sobie sam.
Nadim nie sprawiał wrażenia kogoś, do kogo mogłyby w tym momencie trafić jakiekolwiek racjonalne argumenty. Był jednak na tyle zagubiony i niepewny tego wszystkiego, że nie zaoponował w żaden sposób. Amir chwycił go mocno za nadgarstek i poprowadził w kierunku zamku, obawiając się, że potomek wilków mógłby nagle zmienić zdanie i chcieć samemu wyruszyć na pomoc swoim pobratymcom. Amir nawet nie próbował sobie wyobrazić, czego mogli się tam spodziewać. Ten... atak... poczynił ogromne szkody tutaj, na terenie miasta, choć ich budynki były zbudowane z bardziej trwałych materiałów. Cóż więc mogło spotkać potomków wilków, którzy nie mieli się gdzie ukryć...?
Zbliżyli się do bram. Amir przedostał się przez nie z powrotem na teren zamku, ciągnąc za sobą potomka wilków. Nadepnął przez przypadek na martwego ptaka. Dookoła aż się od nich roiło. W tym momencie, z zamku wyszedł jego brat. Hadrin dostrzegł krewnego i podbiegł do niego prędko, wyraźnie zaniepokojony.
-Jesteś cały...?- zapytał, przyglądając mu się badawczo.- Twoja ręka...
-Nic mi nie jest- przerwał mu Amir, z najwyższą stanowczością, na jaką było go teraz stać.- Możesz poprosić, by sprawdzono co z królewskim medykiem...?
-Nic mu się nie stało- odparł natychmiast Hadrin.- Kazałem go odszukać zaraz po tym, co się wydarzyło, był w innej części zamku. Teraz zajmuje się częścią rannych. Zaprowadzę cię do niego, zaraz się tobą zajmie...
-Nie- zaoponował mężczyzna, kręcąc głową. Potomek wilków przysłuchiwał się rozmowie w ciszy, choć wyraźnie z każdą chwilą denerwował się i niecierpliwił coraz bardziej.- Każ komuś przygotować powóz i konie, o ile jakieś ocalały... Powiedz medykowi, żeby zabrał wszystko, co może mu się okazać pomocne i sprowadź go tutaj.
Hadrin skinął głową na znak, że rozumie polecenie, choć wpatrywał się w Amira z uwagą, najwyraźniej oczekując wyjaśnienia takiego stanowiska.
-Wyjedziemy do lasu- powiedział więc król.
-Co takiego...?- jego brat pokręcił z niedowierzaniem głową. Spojrzał na Nadima i znów na swojego krewnego, po czym powiedział- Chcesz zabrać stąd medyka...? Zdajesz sobie w ogóle sprawę z tego, jaka panuje tu sytuacja?
-W mieście jest wielu medyków- odpowiedział Amir.- Wyślij wszystkich tych, którzy nie są ranni, by ich odszukali. Ja chcę wziąć ze sobą tylko jednego.
-Tylko jednego?!- prychnął gniewnie Hadrin.- Spójrz na to, co się dzieje! Przyda się każda para rąk! A medyk jest na wagę złota! Nie wiem nawet, kiedy uda nam się dotrzeć do tych wszystkich ludzi! Do wielu z pewnością pomoc nie trafi na czas! Chcesz narazić własnych poddanych na śmierć?!
Amir przysunął się bliżej brata.
-Macie powozy, konie, macie medyków i lekarstwa, wydasz polecenie, a do pomocy zgłoszą się obywatele z części miasta, które nie zostały poszkodowane...- powiedział cicho.- Oni nie mają nic. Twoim zdaniem, nie zasługują na pomoc?
-Moim zdaniem, kierujesz się emocjami, a nie zdrowym rozsądkiem- odpowiedział Hadrin.- Rozumiem twoje intencje, ale przysięgałeś coś w dniu koronacji. Służyć swoim obywatelom- przypomniał mu książę, spoglądając na brata ze stanowczością.- Jesteś odpowiedzialny za królestwo! A nie za obcych!
-Oni są jego częścią.
Bracia patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę. Hadrin zacisnął mocno wargi, ale moment później, jakby rzeczywiście rozumiejąc, a może po prostu będąc zmuszonym zaakceptować stanowisko brata, skinął głową.
-Postaram się, by wszystko było gotowe najszybciej, jak to możliwe.
-Hadrin...- Amir chwycił brata za ramię, zatrzymując go. Ten spojrzał na niego pytająco.- Hatimowi nic się nie stało, ale dopilnuj, by ktoś do niego zajrzał...
-Dobrze- odparł jasnowłosy.
Zdobycie powozu okazało się nie stanowić najmniejszego problemu. Samo królestwo nie dysponowało nimi licznie, ale niemalże wszyscy możni, którzy przybyli na naradę, wybrali ten środek transportu. Chyba po raz pierwszy ich demonstracyjny przepych i chęć pokazania swojej wielkości, przydały się do jakiegoś konkretnego celu. Nie było czasu, by pytać kogokolwiek o zdanie, nawet Hadrin się tym nie przejmował. A z racji tego, że arystokraci, prócz wozów i koni, dostarczyli im swoim przybyciem również  kilkudziesięciu ludzi (w większości prywatnych strażników, ale także członków służby), Amir wraz z Nadimem i uzdrowicielem jechali w powozie, a za nimi ciągnął się sznur pięciu koni, których jeźdźcy zostali skłonieni do udzielenia im pomocy. Trudno było powiedzieć, co zastaną na miejscu, choć z oczywistych względów, to i tak wydawała się kropla w morzu potrzeb. Amir wiedział jednak, że miasto, choćby z tego powodu, że bardziej licznie zamieszkałe, ucierpiało znacznie mocniej. Wyruszył mając całkowitą pewność, że Hadrin zajmie się wszystkim odpowiednio. Mogli spierać się w każdej jednej sprawie, ale Amir nigdy nie wątpił w swojego brata.
W czasie drogi uzdrowiciel zajął się jego raną. Gdy zbliżali się już do lasu, widać było, że szkody są ogromne. Większość drzew była połamana, ogromne konary i pnie pokrywały ziemię i przez to, dojechanie do potomków wilków powozem okazało się niemożliwe. Trzeba było wyprząc konie. Amir umieścił na jednym z nich wszystkie pakunki jakie przewoził ze sobą medyk i sam zdecydował się na nim pojechać. Drugiego zostawił Nadimowi i uzdrowicielowi. Jednak, nawet w ten sposób, dotarcie do pobratymców Nadima zajęło im bardzo dużo czasu. Koniom trudno było poruszać się w tym terenie, zresztą coś płoszyło je nieustannie. Gdy tuż przed Amirem, nagle wylądowała spora gałąź, która urwała się z pobliskiego drzewa, koń stanął dęba, a człowiek utrzymał się na jego grzbiecie z dużym trudem. Wreszcie jednak, udało im się dotrzeć do osady. Amir zsiadł z konia i zdjął z niego wszystko to, co ze sobą wiózł. Odłożył na ziemię i obejrzał się na Nadima, którzy przyjechał tuż za nim. Wioska była praktycznie zrównana z ziemią. Trudno było znaleźć choćby jeden dom, który nie zawalił się kompletnie.
-Nie... Nie...- szepnął w panice potomek wilków, zsiadając z konia i rozglądając się dookoła. Wsunął palce we włosy w rozpaczliwym geście. Amir spodziewał się najgorszego. Gdyby zostali jacyś żywi, zapewne krzyczeliby i wzywali pomocy.- Jest tu ktoś?!- wrzasnął donośnie Nadim, ruszając biegiem przed siebie.- Halo?! Elnir! Elnir! Jasir! Naban! Jest tu ktoś?!
Amir nakazał przybyłym z nim mężczyznom rozpocząć poszukiwania. Sam ruszył przed siebie mając cień nadziei, że może uda im się znaleźć kilkunastu żywych, choć kilku, choćby jednego... Z każdą chwilą, ta nadzieja malała. Widział martwe ciała dorosłych i dzieci. Niezbyt liczne. Większość musiała być zatem przygnieciona zawalonymi domami i drzewami. Słyszał coraz większą rozpacz i desperację w głosie kochanka, który wciąż wykrzykiwał imiona swych przyjaciół i bliskich. Amir dostrzegł pozostałości jedynej, kamiennej budowli, jaka znajdowała się w osadzie. Być może było to miejsce przywódcy, może ten budynek pełnił inne funkcje. Teraz jednak i z niego pozostała sterta głazów. Amir zatrzymał się przy niej, odetchnąwszy głęboko. Wydawało mu się, że już nie ma szans. Nie słyszał, by ktoś znalazł choćby jedną, żywą osobę. Nie potrafił sobie nawet wyobrazić bólu i cierpienia Nadima gdy ten uświadomi sobie, że cała jego rodzina i wszyscy przyjaciele... nie żyją.
Usłyszał dźwięk, jakby jeden z kamieni stoczył się na bok. Nie zwrócił na to najmniejszej uwagi przekonany, że to coś samoistnego. Miał już ruszyć dalej, gdy jednak kolejny, mniejszy głaz osunął się na dół. Amir zmarszczył brwi, zbliżając się do usypanej z kamieni, niewielkiej górki. Kolejny kamień, i kolejny... Na samym szczycie pojawił się otwór. A później Amir usłyszał ten znajomy głos.
-Widzę światło... Jest dobrze! Widzę światło...
Wszedł na stertę i klęknął tuż przy otworze, zaglądając do wnętrza.
-Elnir?!- zawołał.
Przez moment nie słychać było odpowiedzi.
-To ty, człowieku...?- dopadł go po chwili głos, z pewnością należący do przyjaciela Nadima.
Amir aż się uśmiechnął, ledwie mogąc w to uwierzyć.
-Nadim!- zawołał natychmiast, niemal radośnie.- Nadim! Chodź tu, prędko!
Jego niedawny kompan dobiegł do niego błyskawicznie.
-Elnir tu jest...- wyjaśnił człowiek.
-Elnir?!- wykrzyknął potomek wilków, zatrzymując się przy królu i klękając obok niego.
-Jestem tutaj...
Amir ledwie widział uwięzionego pośród głazów potomka wilków, jedynie przez panujące wewnątrz ciemności, bo tak naprawdę, ten nie znajdował się daleko. Zapewne trudno byłoby mu się wydostać samemu, ale wydawało się, że jeśli wyciągnie rękę, Amirowi i Nadimowi uda się go pochwycić.
-Podaj mi rękę, Elnir!- rzucił natychmiast Nadim, również to dostrzegając i wyciągając dłoń w kierunku przyjaciela.
-Nie, nie rozumiesz...- zaprotestował Elnir.- Tam niżej są nasi! Udało im się zejść na sam dół, do tunelu... Tylko ja byłem wyżej... Jeśli wyjdę, nie będziemy mogli ich tak szybko wyciągnąć... Będę pomagał im dostać się tutaj, a wy będziecie ich wyciągać, dobrze...?
-A z tobą wszystko w porządku?- zaniepokoił się Nadim.
-Tak! Wszystko dobrze, nie musisz się przejmować... Dajcie najpierw dzieci!
Amir zawołał pozostałych do pomocy i dał znać medykowi, by ten poszedł po przygotowane przez niego wcześniej rzeczy. Nakazał strażnikom pomóc uzdrowicielowi w czasie jego pracy. Przy wyciąganiu potomków wilków i tak nie przydał się nikt inny. Jemu i Nadimowi udało się zabrać jeszcze kilka kamieni i powiększyć otwór, ale bali się robić cokolwiek więcej, by głazy nie zawaliły się po raz kolejny. Najpierw wyciągali dzieci. Chłopiec, potomek wilków z oderwanym uchem, mocno pokaleczony. Później dziewczynka, w dużo lepszym stanie, z kilkoma otarciami. Kolejne dziecko, coś ostrego przebiło na wylot jego ramię. Kolejne i kolejne... Nadim brał dzieci od Elnira, podawał je Amirowi, a ten zanosił do ulokowanego nieopodal uzdrowiciela. Mieli za mało ludzi, by udzielić im wszystkim odpowiedniej i szybkiej pomocy, to było oczywiste, ale zarazem, jakże niezwykle szczęśliwe. Jeszcze chwilę temu Amir gotów był stwierdzić otwarcie, że żaden z pobratymców Nadima nie przeżył. Teraz okazało się, że wielu z nich udało się ujść z życiem. Był pewien, że jego kochanek po tamtej strasznej chwili, gdy musiał przypuszczać, że mógł stracić niemal wszystkie najbliższe mu osoby, odczuwał teraz niewyobrażalną wprost radość i ulgę. Gdy wyciągnięto już wszystkie dzieci, Elnir pomagał wydostawać się z tunelu kobietom.
Zaczynało już brakować niektórych środków higienicznych i lekarstw. Co oczywiste, brakowało też odpowiedniej ilości rąk do pracy. Nie mieli gdzie położyć ciężej rannych czy nieprzytomnych. W pewnej chwili Amir usłyszał tętent kopyt. Nakazał jednemu ze strażników zastąpić go i odszedł kawałek, by zobaczyć kto się do nich zbliża. W jego stronę zmierzało sześciu jeźdźców. Ich konie obłożone były jakimiś pakunkami. Zatrzymali się kawałek przed nim. Jeden z nich podszedł i skłonił się.
-Wasza wysokość...- zaczął, oficjalnym, uprzejmym tonem.- Książę Hadrin przesyła część środków medycznych, koce i namioty.
-Dziękuję...- szepnął Amir, nie bez ulgi. Właśnie z tego powodu, nigdy nie wątpił w swojego brata. To naprawdę było im potrzebne.
Dodatkowi ludzie do pomocy również. Wreszcie mógł podzielić obowiązki pomiędzy większą grupę, jednym nakazując współpracę z medykiem i pomoc rannym, innym przygotowywanie miejsc spoczynku dla poszkodowanych. Sam wrócił do Nadima, pomagając mu z wszystkimi pozostałymi potomkami wilków, jacy znaleźli się na dole.
-Elnir, wszystko w porządku...?- dopytał znów w pewnym momencie Nadim gdy jego przyjaciel, jakby osłabł na chwilę.
-W porządku- powtórzył spokojnie potomek wilków, dalej pomagając braciom.
Udało im się wreszcie wydostać na zewnątrz wszystkich, którzy znajdowali się w tunelu. Rannych było wielu, ale, na szczęście, nieliczni mieli poważne obrażenia. W większości były to złamania i niegłębokie skaleczenia.
-Wszyscy?- upewnił się Nadim.
-Wszyscy...- potwierdził cicho jego przyjaciel.
-Twoja kolej. Podaj mi rękę, Elnir.
Przez długą chwilę nie słychać było żadnej odpowiedzi.
-Elnir!- nalegał potomek wilków.
-... To nic nie da...- odparł wreszcie powoli.- Tunel jako tako się zachował, ale wyżej wszystko się załamało... Utknąłem. Nie dam rady wyjść.
Nadim spojrzał na swojego niedawnego kompana z przerażeniem.
-Hej! Niech dwóch z was przyjdzie i nam pomoże!- zwrócił się natychmiast do zajmujących się namiotem mężczyzn, Amir.
-Lepiej zajmij się moimi braćmi, człowieku...- odparł Elnir, dziwnie słabym głosem.
Wspólnymi siłami, z niemałym trudem, udało im się do niego dotrzeć po jakimś czasie. Niełatwo było wyciągnąć go z gruzów i przenieść w inne miejsce. Był mocno poharatany. Lewa noga, od kolana w dół, przygnieciona była głazem. Stracił dużo krwi. Zanieśli go natychmiast do jednego z namiotów. Uzdrowiciel zajął się nim tak szybko, jak mógł.
Gdy sytuacja nieco się uspokoiła, Amir mógł wreszcie skoncentrować się na czymś innym. Odesłał jednego ze strażników z powrotem do zamku, by dowiedział się, jaka sytuacja panuje w mieście. Jednak gdy mężczyzna wrócił, nie miał dla niego zbyt wielu wieści. Hadrin nakazał jedynie przekazać bratu, że robią wszystko, co w ich mocy. Pomyślał za to o czymś innym i strażnik przyniósł Amirowi inne ubrania. Król mógł więc zrzucić z siebie ubrudzona błotem i krwią szatę i założyć coś bardziej praktycznego i wygodnego, a przede wszystkim coś, co miało (wreszcie!) nogawki. Nim mężczyzna zdążył się obejrzeć, już zbliżał się wieczór. Odszukał namiot Elnira i wszedł do środka, chcąc się upewnić, że z przyjacielem kochanka wszystko w porządku. Gdy widział go po raz ostatni, Elnir był nieprzytomny.
Teraz leżał na posłaniu, okryty kocem. Chyba dopiero się wybudził. Nadim siedział u jego boku. Amir zatrzymał się na środku namiotu, wpatrując w nich z uwagą.
-Jak sytuacja...?- rzucił Elnir, krzywiąc się z bólu. Odruchowo sięgnął dłonią do opatrzonej nogi, chwytając ją przez materiał nakrycia. Syknął cicho.
-Będzie dobrze- odpowiedział Nadim, uśmiechając się do niego lekko.- Ale nie odzyskasz pełnej sprawności. Ten człowiek mówił jednak, że za jakiś czas będziesz w stanie chodzić, choć zapewne będzie ci to sprawiać większe problemy...
-Tak, wiem- odparł niecierpliwie Elnir, jakby to rzeczywiście mało go obchodziło.- Pytałem o to, co z naszymi... Chwilę przed tym, nim to wszystko się zaczęło dopadło mnie dziwne przeczucie... Nie tylko mnie. Jakby miało wydarzyć się coś bardzo złego. Czułem, że musimy się ukryć. Ale dopiero, gdy usłyszałem ten hałas, jakby coś z dużą siłą, łamało drzewa, przywołałem do siebie tych, których zdołałem znaleźć i razem usiłowaliśmy ukryć się w tamtym budynku, sądząc, że będzie najbardziej trwały... Nie przetrwał, ale przynajmniej żyjemy. Wiem jednak, że nie udało się ocalić wszystkich.
-Znaleźliśmy kilka ciał- potwierdził Nadim, skinąwszy głową.- Jak na razie piętnaście.
-To na pewno nie wszystkie...
-Wiem- odparł jego przyjaciel.- Nie możemy ich rozpoznać. Trzeba będzie policzyć ocalałych i zobaczyć kto się ostał, a w ten sposób dojdziemy do tego, kogo brakuje... Dziś jednak nie będę ich już męczył.
-A ci, którzy byli ze mną?- dopytywał Elnir.
-Większości nic nie jest. Hani i jego syn są w kiepskim stanie. I Mera. Z pozostałymi jest lepiej, choć większość z nich, podobnie jak ty, długo jeszcze nie będzie mogła się zajmować swoimi obowiązkami... Zdajesz sobie z tego sprawę, prawda?- dopytał Nadim z wyraźnym zaniepokojeniem.- Rany muszą się zagoić. Będziesz tu leżał przez długi czas.
-Wiem- chyba Elnir naprawdę nie przejmował się tym zbytnio. Może rzeczywiście nie było w tym nic dziwnego, wszak ledwie uszedł z życiem.- Ten ich uzdrowiciel mi powiedział...- dodał, wskazując głową na Amira.- Gdy wybudziłem się na chwilę... Chociaż „uzdrowiciel” to chyba zbyt duże słowo...- mruknął, krzywiąc się znowu.- ... skoro nawet nie umie sprawić, żeby nie bolało...
-To uzdrowiciel, nie magik- odpowiedział mu natychmiast Amir.- Gdyby leczył cię wasz wioskowy szaman, pewnie straciłbyś nogę albo właśnie konał...
-Nie mamy wioskowego szamana- odparł Elnir.
-Nie dziwię się- Amir uśmiechnął się złośliwie.- Skoro leczył się swoimi metodami...
Elnir patrzył na niego przez chwilę, po czym parsknął śmiechem. W tym momencie, w namiocie pojawił się jakiś mężczyzna. Ukłonił się nisko przed Amirem.
-Wasza wysokość...- zaczął pokornie.
-Niewiarygodne...- parsknął pobłażliwie Elnir.
Amir zerknął na niego przez ramię.
-Nie było aż takie niewiarygodne, gdy klękałeś przed moim tronem...- prychnął ironicznie.
Elnir spojrzał na niego z wyraźnym zdumieniem.
-Skąd wiesz, że to ja?
Amir również zdumiał się niepomiernie. Oczywiście, że nie wiedział. Palnął coś, co miało odnosić się do wszystkich jego pobratymców. Takiego obrotu sprawy zdecydowanie się nie spodziewał.
-A więc to  byłeś ty...?- zapytał iście triumfalnie.
Elnir wzruszył ramionami.
-Zostałem do tego skłoniony- odparł w ramach wyjaśnienia, wyraźnie niezadowolony z tego faktu.- Sam z siebie bym tego nie zrobił...
Król uśmiechnął się do siebie pod nosem.
... to wcale nie odbierało mu satysfakcji.
-Mów- zwrócił się do posłańca Amir.
-Książę Hadrin nakazał mi poinformować cię, panie, iż sytuacja w mieście została opanowana. Do wszystkich rannych dotarła pomoc. Ofiar katastrofy jest jednak wiele, a zniszczenia ogromne i ich naprawa zajmie z pewnością dużo czasu.
Amir skinął głową ze zrozumieniem.
-A...- zawahał się przez moment.- A Hatim?- zapytał.
Elnir podniósł się na przedramionach i zerknął w kierunku mężczyzny podejrzliwie. Nadim również spoglądał na niego dziwnie, jakby z niepokojem.
-Twój syn ma się dobrze, panie- odpowiedział posłaniec, po czym skłonił się i usłyszawszy przyzwolenie władcy, opuścił namiot.
-Twój syn...?- powtórzył Nadim, kompletnie zdumiony.- Masz dziecko?
-Och... Brzmi jak poważna rozmowa...- Elnir rozłożył się wygodnie, patrząc w stronę człowieka.- Zostawię was samych... Ach nie, nie mogę! W takim razie, nie krępujcie się.
-To dziecko mojego brata- wyjaśnił Amir, starając się ignorować przyjaciela kochanka.- Musiałem go usynowić.
-Zabrałeś swojemu bratu dziecko?- parsknął Elnir.
Amir posłał mu mordercze spojrzenie.
-Nie...- wycedził przez zęby.- Hadrin nie chciał go usynowić, więc nie miałem wyboru i...
-Twój brat nie chciał własnego dziecka?- zapytał znów potomek wilków, dokładnie w tym samym, nieco litościwym tonie, co i wcześniej.
-Możesz zająć się w końcu swoim kalectwem, a nie moją rodziną?- rzucił w jego stronę władca.
-A ty swoją rodziną, a nie moim kalectwem?- odpowiedział mu natychmiast Elnir.
-Hadrin przechodzi ciężki okres- wyjaśnił lakonicznie Amir.
To jedyne, co mógł i chciał w tym momencie powiedzieć. I jedyne, co od bardzo dawna powtarzał sobie samemu za każdym razem, gdy zastanawiał się nad tym, dlaczego jego brat zachowuje się w taki sposób w stosunku do własnego syna. Mógł być wściekły i rozgoryczony, owszem, stracił kogoś bliskiego, ale jednocześnie pojawił się ktoś nowy, komu powinien poświęcić choć trochę uwagi.
Niedługo później, Amir opuścił kompana i jego przyjaciela. Najpierw udał się do medyka, by dopytać, jak ma się sytuacja z rannymi, przyjął jednego gońca, który pojawił się już późnym wieczorem, by raz jeszcze poinformować władcę o stanie królestwa. Amir nie wrócił na noc do zamku. Był przekonany, że Hadrin radzi sobie ze wszystkim. On był bardziej potrzebny tutaj. Wciąż wiele było do zrobienia, bo gdy zaczęto ratować rannych, zaniechano poszukiwań zmarłych. Trzeba było zająć się tym jutro. Było więcej osób do pomocy niż wcześniej, nie tylko ze względu na przybyłych tu na polecenie Hadrina ludzi, ale także tych potomków wilków, którzy nie byli poważnie ranni i zajmowali się udzielaniem pomocy braciom.
Właściwie nie brakowało wiele do świtu, gdy skrajnie wyczerpany władca wszedł do przygotowanego dla siebie namiotu, chcąc zaznać choćby chwili snu przed kolejnym dniem pracy. Jednak ledwie moment później, w środku znalazł się również Nadim. Amir obejrzał się na niego z lekkim zdumieniem i szybko odwrócił wzrok, odrobinę spłoszony. Nie mieli dziś okazji, by ze sobą dłużej porozmawiać. Amir nie był zresztą pewien, czy mieli o czym. Nadim przybył do zamku, by poinformować go o zniknięciu Canisa. To było naturalne, w końcu obaj poszukiwali kryształów, obaj byli w to zamieszani. A on przybył tutaj, by udzielić pomocy potomkom wilków, po tamtym ataku. I to również było całkiem naturalne. Nie pozostawiłby ich bez wsparcia, zwłaszcza odkąd tak diametralnie zmienił swoją opinię na ich temat. To nie świadczyło zupełnie o niczym. Miał wrażenie, że Nadim traktuje go ostrożnie, jakby z pewnym dystansem. Może i on sam, również się wobec niego dystansował. Zachowywali się  bardzo nienaturalnie, jakby nie do końca wiedzieli w jaki sposób się do siebie odnosić i jak postępować. Amir wciąż chyba czuł rozżalenie po tamtym rozstaniu. To był najgorszy moment na coś takiego, nawet, jeśli rzeczywiście nie było innego wyboru. Nadim natomiast sprawiał wrażenie zawstydzonego i jakby onieśmielonego towarzystwem mężczyzny. Podszedł do Amira bliżej, zatrzymując się wreszcie tuż przed nim. Jego ogon miotał się nerwowo w jedną i drugą stronę, uszy położył po sobie.
-Dziękuję...- rzucił w końcu, choć władca wątpił, by ten przyszedł tutaj tylko po to, by to powiedzieć.- Za wszystko co dla nas zrobiłeś... Elnir nigdy nie powiedziałby tego wprost, ale również jest ci bardzo wdzięczny... Gdy wyszedłeś przyznał, że nie spodziewał się, by jakikolwiek człowiek kiedykolwiek nam pomógł, a zwłaszcza w takiej sytuacji... Gdyby nie ty, wszystko mogłoby się skończyć znacznie gorzej.
-Zrobiłem to, co należało zrobić- odpowiedział krótko mężczyzna.
Aż za dobrze zrozumiał co jego wuj miał na myśli, gdy pouczał go, karcił za nieprzemyślane słowa i przypominał o odpowiedzialności. Nie mógł pozostawić wobec tego rodzaju katastrofy nikogo, a zwłaszcza tych, którzy nie byli w stanie pomóc sami sobie. Nie oczekiwał podziękowań.
Nadim chciał chyba coś powiedzieć, ale milczał. Zagryzł na moment wargę, westchnął, spojrzał na mężczyznę. Wreszcie przysunął się do niego bliżej i chwyciwszy za kark, przyciągnął Amira do gwałtownego pocałunku. Mężczyzna nie mógłby się temu oprzeć nawet, gdyby chciał. Natychmiast oddał pocałunek, kładąc dłonie na biodrach potomka wilków i przyciskając go do siebie. Minęło trochę czasu, ale jego uczucia do Nadima wcale nie uległy zmianie. Uśpione na pozór, celowo zakryte codziennymi obowiązkami, wybuchły teraz z nową siłą. Potomek wilków odsunął się po chwili na kilka kroków.
-Tęskniłem...- wydusił z siebie niepewnie.
-To ty odszedłeś- zauważył Amir, zaskoczony chłodem, jaki pojawił się w jego głosie. Wydawało mu się, że chociaż trochę pogodził się z tym wszystkim, ale chyba wciąż tkwiło w nim wiele pretensji. Pretensji, które odpychał od siebie, i których wcale nie chciał czuć.
-Sądziłem, że będzie łatwiej...- odparł po chwili wahania Nadim.- Ale nie jest. Wydawało mi się, że to już koniec. Znaleźliśmy kryształy, wypełniliśmy nasze zadanie i wszystko wróci do normy... I nagle zniknął Canis... A teraz to...- szepnął. Amir spoglądał na niego z uwagą.- Dzisiaj raduję się, bo tak wielu z moich braci uszło z życiem, ale jutro będę opłakiwał tych, którym się nie udało... Miałeś rację, Amir.
Mężczyzna posłał mu pytające spojrzenie nie rozumiejąc, do czego zmierza.
-Miałeś rację od samego początku...- kontynuował Nadim, w zamyśleniu.- Jestem głupcem. Traktowałem całą tą historię jak bajkę czy legendę... Naiwnie wierzyłem w to, że jak w tych opowiastkach, dwójce śmiertelników uda się poskromić zło... Dopiero teraz rozumiem. To nie jest bajka. Potęga, która była w stanie dokonać tak wielu zniszczeń... wydaje się być nie do pokonania...- przyznał, odwracając wzrok.- Nawet, gdyby ten atak był najpotężniejszym na jaki stać tego demona... Ale wydaje mi się, że to była zapowiedź, Amir. Wydaje mi się, że to wszystko dopiero się zaczyna. Jesteśmy wybrańcami. Wszystko leży w naszych rękach, o ile jeszcze mamy na coś wpływ...- wtrącił, by dodać ledwie słyszalnie- I wydaje mi się, że możemy tego nie przeżyć.
Potomek wilków usiadł na ziemi, patrząc na stojącego przed nim człowieka bezradnie, jakby potrzebował pociechy i wsparcia.
-Dlaczego mi to mówisz...?- zapytał Amir.
-Uważasz, że nie ma się czego obawiać?- potomek wilków nie odrywał od niego uważnego spojrzenia.
-Uważam, że boisz się śmierci- odparł mężczyzna.- To całkiem naturalne.
-Nie śmierci, a bezsilności- poprawił go Nadim.- Nie mogłem zrobić nic, by temu zapobiec.
-Wierzysz w duchy, w boga, w tysiące istot, o wiele potężniejszych od ludzi i od was...- zauważył Amir z niezwykłym spokojem.- Jesteś wobec nich równie bezsilny, jak i wobec tego demona. Jesteś bezsilny nawet wobec niektórych osób. Wobec natury. Losu. To uczucie powinno ci towarzyszyć przez całe życie, a jednak radzisz sobie z nim.
Nadim pokręcił głową.
-To nie to samo, co dzisiaj...- szepnął.- Mówiłem wielokrotnie i sam powtarzałem sobie, że ten demon jest potężny... Czułem niepewność i ekscytację, lęk, ale też odwagę... To było coś niezwykłego. Nieznanego. Coś, co budziło ciekawość... Dziś nie rozumiem tych odczuć. Czułem się jak bohater niespisanej jeszcze legendy i wierzyłem, że to, co robię, ma istotne znaczenie... Tymczasem on potrzebował ledwie chwili, by mieć możliwość odebrania mi wszystkich, którzy są dla mnie ważni...
-Jesteś naiwny- potwierdził Amir. Potomek wilków podniósł na niego płochliwe spojrzenie.- I pozbawiony rozsądku. Nieustannie tylko pakowałeś w kłopoty siebie i mnie. Zaufałbyś każdemu, kto tylko obiecałby, że nie ma złych intencji. Twoją odwagę trudno byłoby odróżnić od zwykłej głupoty...- Nadim położył uszy po sobie i podkulił ogon.- ... Ale miałeś rację- dokończył człowiek, klękając przy nim. Kochanek spojrzał na niego ze zdumieniem.- To ty miałeś rację, Nadim. Ja myliłem się przez cały czas. Od samego początku nie wierzyłem w tą historię. Spierałem się ze wszystkimi. Nie zaufałem nawet własnemu wujowi...- powiedział i urwał na moment, bo pełne goryczy uczucie odebrało mu głos.- Nawet, gdy widziałem te wszystkie niezwykłe i niespotykane rzeczy... Starałem się sobie wyjaśnić to wszystko. Wydawało mi się, że proste wytłumaczenie sprawi, by cała ta sprawa nie miała sensu, by ten demon nie miał prawa istnieć. Zaprzeczałem i uciekałem od prawdy, wmawiając sobie samemu, że jej właśnie szukam. Właśnie dlatego, że wiedziałem cały czas... Wiedziałem, że jeśli on istnieje, to... to jest... będzie... tak potężny, że... Cóż właściwie za znaczenie miałyby dla niego moje działania...?- zapytał w zamyśleniu.- Ty od początku do końca wierzyłeś. Byłeś inny. Nie rezygnuj z tego. Twój brak zahamowań nie raz omal nie pozbawił nas życia, ale bez niego, nie znaleźlibyśmy wielu z fragmentów kryształu... Zresztą, jestem pewien, że nawet, gdyby  ten demon pojawił się tutaj nagle i tak zrobiłbyś coś głupiego i absolutnie nieodpowiedzialnego...- Nadim uśmiechnął się lekko na te słowa.- Taki już jesteś...- powiedział Amir, kładąc dłonie na ramionach kochanka.- Nic nie jest jeszcze przesądzone. Demon z waszej legendy był potężny, a został pokonany przez swój własny brak rozwagi... A jeśli został pokonany to znaczy, że da się to zrobić.
To Nadim był tym, któremu łatwo przychodziły takie słowa.
Ale on też był tym, który ich teraz najbardziej potrzebował.
Amir miał jedynie nadzieję, że, choć tak mało prawdopodobne, tym razem mogą okazać się słuszne.

Przebudził się, wtulając twarz w plecy leżącego przy nim potomka wilków. Nadim został z nim tej nocy, o ile tak można było określić te dwie, trzy godziny, jakie w momencie położenia się spać, dzieliły ich od poranka. Z zewnątrz dochodziły już odgłosy rozmów, podniesionych głosów, okrzyków i nawoływań. Amir westchnął cicho. Podniósł się powoli i musnął lekko wargami ramię kochanka.
-Wstawaj...- szepnął, zsuwając z siebie nakrycie i schodząc z posłania.
Chwycił za buty i zaczął ubierać je powoli, obserwując, jak Nadim przewraca się najpierw na jeden, później na drugi bok i wreszcie, z ciężkim westchnieniem, decyduje się podnieść. Uśmiechnął się do Amira, również przygotowując do wyjścia. Człowiek odwzajemnił mu się tym samym.
Kilka minut później wyszli z namiotu i skierowali swoje kroki w miejsce, z którego dochodził największy hałas. Dotarli do sporego tłumku potomków wilków (trudno było znaleźć choćby jednego z nich, który nie miałby na sobie opatrunków, niektórzy wyglądali naprawdę kiepsko, ale chyba każdy z nich chciał pomóc), którzy co jakiś czas, oglądali się podejrzliwie na stojących obok ludzi, strażników i służących przybyłych z Amirem. Ci z kolei, z równą sympatią łypali na pobratymców Nadima, jednocześnie zachowując się tak, jakby nie bardzo wiedzieli, co mają robić.
-Nie chcę słuchać tego psa...- usłyszał ponure burknięcie Amir, gdy przechodził obok swych ludzi.
Gdy go dostrzegli, spojrzeli na niego niemal z nadzieją, ale sam władca nie bardzo orientował się w tym, co właściwie się dzieje.
-... Dobrze!- ku swemu zdumieniu, usłyszał wyraźnie głos Elnira. Spojrzał na Nadima, a ten na niego, kompletnie zaszokowany. Ruszyli szybko do przodu, przepuszczeni przez potomków wilków.- Wasza trójka pójdzie ze mną na północ! Endas, zabierzesz ich na wschód, wy na zachód, ludzie na południe...- niechętny pomruk wydobył się od strony, po której stali poddani Amira, ale w obecności króla, nie pozwalali sobie na głośniejsze komentarze.- Pozostali podzielą się na dwie grupy! Jedna będzie szukać tutaj, druga będzie czuwać przy rannych...
-Elnir, co ty wyrabiasz?!- rzucił z przerażeniem Nadim, widząc swojego przyjaciela, który, wsparty o drewniany kij, stał dumnie na końcówce ułamanego pnia, przemawiając do oczekujących.
-Organizuję poszukiwania- odparł, jakby nigdy nic.
-W twoim stanie...? Nie powinieneś był się ruszać! Wracaj natychmiast i lepiej, żeby ten uzdrowiciel cię obejrzał...- powiedział Nadim z troską spoglądając na potomka wilków.- Zastąpię cię.
-Nie zastąpisz, a przyłączysz się do nas- odparł gładko Elnir, jakby słowa przyjaciela zupełnie do niego nie trafiły.- Jest pełno roboty, im szybciej skończymy, tym lepiej! Jeszcze dziś trzeba przeszukać cały las i to dokładnie!- zwrócił się do wszystkich obecnych, podnosząc głos.- Wciąż mogą być tacy, którym udało się przeżyć... Ktoś mógł znaleźć się w innej części lasu, tej, która uniknęła ataku, albo przynajmniej, mniej ucierpiała... Może włóczyć się gdzieś przerażony, albo, co bardziej prawdopodobne, być rannym, może czymś przygniecionym, szukajcie uważnie. Szukajcie też ciał naszych braci. I uważajcie na siebie. Niektóre z połamanych drzew ledwie stoją. Bądźcie ostrożni. Idźcie!- nakazał, a wybrane przez niego grupy, rozeszły się w różnych kierunkach. Nawet ludzie, nie słysząc oporu swojego władcy, powlekli się w jedną ze stron.
Elnir nieco chwiejnie zszedł z pieńka. Na rannej nodze stawał bardzo lekko, widać było, że sprawiało mu to ból.
-Co ty wyrabiasz?- skarcił go Nadim, poważnie zaniepokojony.- Ich medyk powiedział, że masz wypoczywać i czekać, aż zagoją się rany! Nie powinieneś się ruszać! Możesz zrobić sobie krzywdę!
-Nie będę się wylegiwał, gdy moi bracia pracują- odparł Elnir, wzruszywszy ramionami.- Poza tym, czuję się całkiem dobrze. Troszcz się o tych, którzy są umierający albo nie mogą się ruszać.
-Chcesz umrzeć przez własną głupotę?- wtrącił pobłażliwie Amir.
Elnir zatrzymał się przy nim, wpatrując się w niego ze zmarszczonymi brwiami.
-Sądzisz, że to jest normalna sytuacja...?- zapytał, wolną ręką wskazując na wszystko dookoła nich.- Sądzisz, że się tu bawimy, że mamy czas na odpoczynek...? To nie jest normalne- stwierdził dobitnie, nie pozwalając Amirowi odpowiedzieć.- To, co się zdarzyło, to nie był przypadek i wszyscy dobrze o tym wiemy. To był ten demon. Jesteśmy w stanie wojny. Choć to, co nas czeka, może być od niej dużo poważniejsze... A stan wojny rządzi się innymi prawami. I nawet, jeśli mam jutro umrzeć, jak mówisz, z własnej głupoty, chcę mieć pewność, że przez ten jeden dzień zrobiłem wszystko, co mogłem zrobić dla moich braci- powiedział twardo.- Nie przydam się im, wylegując całymi dniami w namiocie i jeszcze wymagając opieki... Może wy, ludzie, tak właśnie postępujecie w sytuacjach zagrożenia, ale my ruszamy tyłki i robimy wszystko, co tylko jesteśmy w stanie zrobić... Chodźcie...- zwrócił się do ostatniej, niewielkiej grupki potomków wilków, która na niego czekała.- A ty, przydaj się na coś, człowieku i zajmij się tymi, którzy nie są nam w stanie pomóc... Zostań z nim- dodał, spoglądając na przyjaciela, po czym odwrócił się i pokuśtykał powoli w innym kierunku.
Nadim ruszył natychmiast za Elnirem, zrównując się z nim krokiem i najwyraźniej, po raz kolejny starał się mu uświadomić, że ten nie powinien w żaden sposób nadwyrężać okaleczonej nogi i, że to, co robi, jest więcej niż niebezpieczne, jest idiotyczne. A przynajmniej tak myślał o tym Amir, co wcale nie przeszkadzało mu obejrzeć się za odchodzącym kuśtykiem z pewnego rodzaju podziwem i dojść do wniosku, że zapewne na jego miejscu, postąpiłby podobnie. Nadim powrócił bardzo szybko, z wyjątkowo nietęgą miną. Nie udało mu się nakłonić Elnira do zmiany zdania.
Mieli przed sobą dużo pracy. Amir kolejno zaglądał do namiotów, w których znajdowali się ranni i zgodnie ze wcześniejszymi wskazówkami uzdrowiciela, który teraz miał wreszcie szansę odpocząć po długiej nocy, zmieniał opatrunki, przemywał rany lub podawał jakieś specyfiki. Spory kawał dalej od utworzonego przez namioty obozowiska, znoszono odnalezione w lesie ciała, w większości w stanie uniemożliwiającym jakąkolwiek identyfikację. Nadim kręcił się to tu, to  tam, raz pomagając w poszukiwaniach, raz znów przy poszkodowanych. Minęło niewiele ponad godzinę, gdy jakiś potomek wilków wszedł do namiotu, w którym obaj się znajdowali i wywołał Nadima. Moment później, Nadim przywołał również człowieka. Amir wyszedł na zewnątrz, spoglądając na niego bez zrozumienia.
-Elnir coś znalazł- stwierdził potomek wilków.
Nie było sensu dopytywać, bo jak na dłoni widać było, że i on nie bardzo wie czym jest to „coś”. Ruszyli więc za pobratymcem Nadima, który prowadził ich do północnej części lasu. Nadim wdał się z nim w rozmowę pytając co i jak, ale ten również sprawiał wrażenie, jakby miał duży problem ze zdefiniowaniem tego, co też odnaleźli. Gdy dotarli na miejsce dostrzegli grupkę potomków wilków, która wyruszyła z Elnirem, i która teraz patrzyła dziwnie płochliwie na coś, co rozpościerało się spory kawałek przed nimi. Amir i Nadim obeszli ich, podchodząc do przodu. To, co zobaczyli, kompletnie ich zdumiało.
Elnir, który stał najbliżej, choć w bezpiecznym, jak zapewne mniemał, dystansie, patrzył na nich pytająco.
-To stąd musiało przyjść uderzenie... Widzieliście kiedyś coś takiego?- rzucił z pewnego rodzaju ekscytacją.
Nadim spojrzał na Amira. Amir odwdzięczył mu się tym samym.
-Tak...- odparł potomek wilków, skinąwszy głową.
-Tak?- zdumiał się niepomiernie Elnir, bo nie ulegało wątpliwości, że on coś takiego widział po raz pierwszy w życiu.
Amir pamiętał to bardzo dobrze. Ten niby błysk, który jakby zatrzymał się nad ziemią, to światło, wtedy białe, teraz o barwie bliskiej szkarłatu. Wtedy było portalem do zamku tamtej kobiety. Królowej. Czym więc było teraz...?
-Co to takiego?- zapytał z niepokojem Elnir.
-Przejście...- odparł lakonicznie Nadim, przenosząc uważne spojrzenie na niedawnego kompana. Amir również na niego spoglądał.
-Dokąd więc prowadzi to... przejście?- dopytywał drugi z potomków wilków.
-Nie wiem.
-Jeśli to ma związek z tym atakiem, trzeba to zbadać...- zakomenderował Elnir, po chwili wahania, po czym obejrzał się na stojących kilka kroków dalej współbraci.- Wrócimy do obozu, przygotujemy się tak dobrze, jak tylko będziemy w stanie i...
-Nie- zaprotestował Nadim. Wszyscy spojrzeli w jego stronę.- To nie jest przypadek, Elnir. To ma związek z nami. Nie możemy iść tam wszyscy. Zwłaszcza po tym, co się wydarzyło. Może stać wam się krzywda.
-Uważasz, że wy dwaj macie większe szanse przeżycia od nas wszystkich?- parsknął Elnir, kręcąc głową.
-Tak- odpowiedział Nadim, choć jego przyjacielowi wydawało się to zapewne zupełnie niezrozumiałe.- Jesteśmy wybrańcami, Elnir.
-I dlatego zamierzasz tam iść...? A co jeśli to pułapka?
-Lepiej, by nas dwóch się w niej znalazło, niż my wszyscy- zauważył Nadim.
-Lepiej, byśmy my się tam znaleźli, niż dwójka wybrańców...- odpowiedział mężczyzna.
-... Amir?- Nadim spojrzał pytająco w stronę człowieka, oczekując najwyraźniej, by ten rozsądził spór.
Władca zastanawiał się przez chwilę. Przez cały ten czas, nie wracał myślami do sprawy kryształów ani przez chwilę... Owszem, czasem przypominał sobie o nich, gdy wspominał Nadima i ich wspólną wyprawę, ale zapomniał już o tej legendzie, o demonie, o własnych lękach... Te zaczynały teraz powracać. Tak czy inaczej, sądził, że to wszystko już się skończyło, że niezależnie od jego domysłów, racji lub ich braku, nie ma już na nic wpływu. Wydawało mu się to ledwie epizodem, niemal nieistotnym, w obliczu jakże pozbawionego sensu i celowości finału. Ale to nie był finał. A jedynie cisza przed burzą.
Skinął z wolna głową, patrząc na Nadima.
-Idziemy- zadecydował stanowczo.
-Wróćmy do obozu- zarządził Elnir.- Musimy opracować jakąś strategię... Przygotować się na ewentualne możliwości i...
-Pójdziemy teraz, Elnirze- przerwał mu jego przyjaciel. Drugi potomek wilków wbił w niego pełne niezrozumienia i niedowierzania spojrzenie.- Nie sądzę, by w obliczu tego, co nas spotkało, możliwa była do opracowania jakakolwiek taktyka...- uśmiechnął się smutno, odwracając wzrok w stronę portalu.- Nie powinniśmy zwlekać. Nie przeżyjemy kolejnej takiej katastrofy.
Elnir wpatrywał się w Nadima przez dłuższą chwilę, po czym odwrócił się do swoich braci. Naradzali się ze sobą przez jakiś czas. W obliczu tego wszystkiego, co się zdarzyło, trudno było cokolwiek zakładać czy podejrzewać. Tak naprawdę każdy z nich stał teraz naprzeciw czegoś zupełnie nieznanego i budzącego grozę. Amir dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Jego kompan również. Nadim miał jednak rację. Nie mieli żadnego wyboru. Mogli wahać się długo i rozważać wszelkie możliwości, ale ta ostatecznie była jedna. Wszystko, cokolwiek zrobili do tej pory, okazało się doprowadzić ich do tego momentu. Nie było sensu uciekać przed taką potęgą. Mogli tylko stawić jej czoła, bez względu na to, jak marne szanse mieli.
Elnir odwrócił się wreszcie do nich. Dokuśtykał do przyjaciela. Odwiązał miecz od pasa i podał mu go.
-Weź.
Nadim uśmiechnął się niemrawo.
-Nie sądzę, by to mogło pomóc...- powiedział cicho.
Elnir nie zważał na jego słowa. Przywołał kolejnego potomka wilków i zabrał od niego broń, którą podał z kolei Amirowi, który również był nieuzbrojony.
-Ty też miej to przy sobie, człowieku... Nie wiesz, co może ci pomóc, bracie...- zwrócił się do Nadima, spoglądając na niego w taki sposób, jakby chciał dodać mu otuchy i pewności, choć sam sprawiał wrażenie bardzo zaniepokojonego.- Miecz poskromił demona i ostatnim razem.
Nadim skinął głową, uśmiechając się blado. Spojrzał na człowieka i obaj, ruszyli powoli w stronę szkarłatnego błysku.
-Jeśli długo nie będziecie wracać, pójdziemy za wami!- ostrzegł Elnir.
-Jeśli nie wrócimy to znaczy, że żaden z was nie powinien wchodzić tam za nami- odpowiedział mu Nadim.
Zatrzymali się tuż przy jaśniejącym kształcie. Nadim wziął głęboki oddech. Amir czuł, że jego serce bije jak oszalałe. Bał się. Nie istniałby chyba człowiek, który nie czułby na jego miejscu strachu. Czy rzeczywiście można było mierzyć się z niepokonaną siłą...? Odpowiedź wydawała się oczywista. Spojrzał na Nadima. W nerwowym geście, odnalazł jego dłoń i ścisnął ją mocno.
Ruszyli przed siebie.

10 komentarzy:

  1. Nawet nie wiesz jaką radość mi sprawiłaś Chaosem <3 Disiaj komentarz będzie krótki, jak na mnie, gdyż czasu nie mam ;/

    O jacie. To wszystko tak się potoczyło.. Cieszę się, iż potomkowie wilków przeżyli. Teraz ludzie i oni powinni współpracować, oby dobrze się to potoczyło. Amir i Nadim znowu ,,wyruszyli" ale teraz nie wiadomo dokładnie gdzie. Jak to się potoczy?
    Cóż mogę napisać, na szybko? Że nie mogę się doczekać następnego rozdziału! Mam nadzieję, że wybaczysz mi taki byle jaki komentarz >.<


    Pozdrawiam i życzę dużo weny!

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy4:35 PM

    Dziękuję za kolejny rozdział :) Jest jak każdy wciągający i powoduje pytania co dalej? Ale chyba nr rozdziałów ci się pomyliły.. powinien być 43...

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy11:30 PM

    Spodziewałem się takiego zakończenia, ale i tak brakowało mi między nimi większej namiętności... Tak po prostu.

    Arek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudno o namiętność w takiej sytuacji. Zwłaszcza, że rozstali się jak się rozstali. Obaj są niepewni, boją się.

      Usuń
  4. Oh, dziekuje Ci bardzo z ten odcinek Chaosu. Brakowało mi tego.

    OdpowiedzUsuń
  5. Przeżywałam każdą emocję wszystkich chyba postaci, jakie tu dziś wystąpiły. Prawie płakałam, kiedy Nadim myślał, że jego rodzina, przyjaciele zginęli. Ale na szczęście nie zrobiłaś mu tego i bardzo Ci za to dziękuję. ^^
    Wierzę, że obaj z Amirem wrócą stamtąd dokąd się udali. I chyba Canis ma dużo wspólnego z tym co się stało.

    Dziękuję Ci za ten rozdział. Za to, że Nadim i Amir znów są w jakiś tam sposób razem, co mam nadzieję doprowadzi ich do stałego związku.

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy12:06 PM

    Witaj :) ja czytam z zapartym tchem, ale potem, juz na spokojnie, zaczynam się zastanawiać, że piszesz bardzo... poprawnie :) naprawde wielki szacun za to!

    slodkiswiatyaoi.blox.pl

    kunoichi

    OdpowiedzUsuń
  7. Och.
    Och.
    Ochochochochochochoch.
    Cóż mam innego powiedzieć? Naprawdę czekałam na taki moment, zapewne jak wszyscy, którzy czytają "Chaos". Niemniej i tak emocje towarzyszące mi przy tym rozdziale aż buzowały, przez co zakończenie tak nagłe, choć nie brutalnie ucięte, sprawiło mi zawód. Po prostu chcę jeszcze.
    Chyba nie ma sensu opisywać dwóch kochanków. Uśmiechałam się do monitora, czytając sceny opowiadające o nich. Chyba naprawdę brakowało mi potomka wilków.
    Canis zaś - tak jak podejrzewałam - coś "spsocił". Mam dziwne domysły co do jego postaci, niemniej. Jakoś go nie lubiłam. Od początku (tak, możesz myśleć sobie o mnie jako o uprzedzonej dziewczynce, ale nic na to nie poradzę).
    Kończąc już. Naprawdę cieszę się, że znów rozpoczynasz żywą akcję. Uwielbiam czytać twoje rzeczy i gdybyś kiedykolwiek zechciała wydać własną książkę, kupiłabym bez względu na tematykę ^w^
    Weny życzę i spokoju.
    Miraculi

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy5:14 PM

    Świetne! Kocham twoje opowiadania :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy3:57 PM

    Czyli to jednak Elnir klęknął..? Obstawiałam jednak Nadima. To mnie wkręciłaś, Silencio ;)
    Rany julek, co za rozdział wspaniały! Z zapartym tchem czytałam opisy zniszczeń, a serce mnie bolało na myśl, ile ludzi i potomków wilków zginęło.
    Ale nareszcie! W końcu! Amir i Nadim się spotkali :) racja, nie mogło być wielkej namiętności ze wzlędu na okoliczności, a to to co między nimi ostatnio zaszło. Jednak teraz we dwóch wyruszą w kolejną podróż, tym razem pewnie ostateczną, finalną, być może zakończoną walką na śmierć i życie.. Najważniejsze, że są razem!
    Ach i chciałam wspomnieć, że Hadrin zapunktował ;) Mimo wszystko chyba można mu ufać, jest odpowiedzialny.
    Alys

    OdpowiedzUsuń