Strony

piątek, 24 maja 2013

Rozdział 44 [Chaos]

Amir poczuł to samo, co poprzednim razem – gwałtowne oderwanie od ziemi, jakby nagle, idąc przed siebie, nie natrafił na grunt, a spadł prosto w przepaść i leciał szybko w dół, nie mając żadnej kontroli nad tym, co się dzieje. Nie trzymał już dłoni Nadima, wydawało mu się jedynie, że ktoś znajduje się obok niego, ale nie był w stanie go dostrzec. Docierał do niego specyficzny szum i nieprzyjemne brzęczenie, przed oczyma wirowała mu cała gama kolorów, najbardziej żywych, intensywnych i jaskrawych, jakie widział w całym swoim życiu. Kolory zaczynały blaknąć, stawały się coraz bardziej matowe, a niedługo później zaczęły zmieniać się w jednolitą szarość, by wreszcie stać się nieprzeniknioną czernią. Amirowi wydawało się, że traci oddech na chwilę przed tym, nim wylądował na zimnej posadzce, uderzając w nią plecami. Ktoś upadł tuż obok niego. Mężczyzna jęknął głucho, odruchowo przewracając się na zranioną rękę, co zaowocowało pełnym bólu syknięciem. Nadim natychmiast podniósł się i nachylił nad towarzyszem, chcąc pomóc mu wstać. Amir dźwignął się w końcu na nogi i w tym momencie obaj dostrzegli coś, co wciąż znajdowało się przed nimi. Szkarłatny błysk wyróżniał się na tle niezwykle białych ścian i podłogi. Przejście nie zostało zamknięte. Wciąż tu było. Mężczyźni popatrzyli po sobie, niewiele z tego rozumiejąc. Czy ktoś, kto chciałby ich tutaj ściągnąć, kto chciałby tutaj ściągnąć kogokolwiek, mógłby dawać im tego rodzaju możliwość odwrotu...? Amir nie wiedział. Ale w tym momencie poczuł przerażającą chęć, by wydostać się z tego miejsca i wrócić z powrotem do lasu. Zwalczył w sobie to uczucie, odwracając się w przeciwnym kierunku. Nadim ruszył przodem, nie czekając na kompana. Ten dobiegł do niego prędko i zrównał się z nim krokiem. Szli wzdłuż charakterystycznego, białego holu, weszli po kilku stopniach na parter, znaleźli się w dużej sali... Amir rozejrzał się dookoła z uwagą i zdumieniem. Znał to miejsce. To był ten sam zamek. Niemalże identyczny. Brakowało jedynie tych lodowych posągów, brakowało wazonów pełnych uschniętych kwiatów, drzwi do kolejnych pomieszczeń i tych dziwnych, pozbawionych woli i świadomości ludzi, którzy wtedy krzątali się niemal po całej posiadłości. Dopiero po chwili mężczyzna dostrzegł, że jeszcze jeden element nie pokrywa się z jego wspomnieniem zamku królowej. Schody. Doskonale pamiętał dwie pary monumentalnych schodów, prowadzących na pierwsze piętro. Teraz schodów nie było, choć przed nimi, kilka metrów wyżej znajdował się, będący czymś w rodzaju półpiętra, balkon. Obaj patrzyli długą chwilę w tamtym kierunku, po czym na powrót zaczęli rozglądać się po pomieszczeniu, w którym się znaleźli, szukając czegoś, co mogłoby ich gdziekolwiek doprowadzić. Nie mieli jednak możliwości dotrzeć nigdzie dalej. Mogli się tylko cofnąć albo pozostać tutaj.
-To ten sam zamek...- szepnął Nadim i były to pierwsze słowa, jakie którykolwiek z nich wypowiedział, od czasu, gdy znaleźli się w tym miejscu.
-Nie. Nie ten sam.
Echo niosło dźwięczny głos po całej sali. Amir odruchowo podniósł wzrok, kierując go na balkon. W miejscu, w którym jeszcze kilka sekund wcześniej nie było nikogo, stał jakiś mężczyzna. Władca nie widział go nigdy wcześniej, ale nie mógł nie przypomnieć sobie słów, które usłyszał podczas ich wędrówki: „Pewnego razu, gdy książę był ledwie przytomny z bólu, pojawiła się przy nim niezwykła istota... Tak niesamowicie piękna, że uznał ją w pierwszej chwili za wysłannika bogów”. Te słowa opisywały właśnie tą osobę. Mlecznobiałe ciało obleczone w jasną szatę, czarne, długie włosy, delikatne rysy twarzy, uroda, która przywodziła raczej na myśl postać bardziej niewieścią niż męską przyciągała wzrok, nie budziła niepokoju i lęku, a wprost przeciwnie, podziw i zachwyt. Amir chyba nigdy w życiu nie widział kogoś, kto sprawiałby wrażenie tak niewinnego, tak zwodniczo niewinnego i pięknego, że w pierwszej chwili, nawet będąc świadomym zaistniałej sytuacji, nie mógł pozbyć się wrażenia, że to jakiś bóg czy inna niebiańska istota. Nic, co żyło, nie mogło wyglądać w taki sposób.
Czarne oczy wpatrywały się w przybyłych z uwagą. Wargi ułożyły w rozbawionym uśmiechu,a jasne dłonie uniosły i zaczęły niespiesznie bić brawo.
Amir i Nadim spoglądali w górę, kompletnie oszołomieni i zdezorientowani. Żaden z nich nie powiedział choćby słowa, ani nie zareagował w żaden sposób, bo i żadna reakcja nie wydawała się w tym momencie adekwatna. Wiedzieli doskonale kim jest ta istota, która budziła w nich uzasadniony niepokój i lęk, ale nie mieli pojęcia czego mogą się spodziewać. Ataku...? Zemsty? Śmierci? Czy ich żywot naprawdę miał jakiekolwiek znaczenie dla potężnego demona? Amir wątpił w to już od bardzo dawna. I czy ta istota naprawdę musiała ściągnąć ich tutaj, by zrealizować jakikolwiek ze swych planów? A może raczej... chciała?
-Każde dobre przedstawienie zasługuje na oklaski...- odezwał się czarnowłosy, zatrzymując przy samej barierce i opierając na niej dłonie. Jego wzrok koncentrował się wciąż na stojących piętro niżej mężczyznach.- A skoro wszyscy tak dobrze wypełniliśmy nasze role, pora wreszcie wyjść zza kurtyny i odsłonić prawdziwe oblicze... To miło, że przybyliście na moje... zaproszenie...- to słowo zabrzmiało w tym kontekście jak najczystsza i najbardziej perfidna kpina i zapewne nie było niczym innym.- Ładne miejsce...- westchnął, odrywając na moment spojrzenie od przybyłych, by błądzić nim przez chwilę po białych ścianach i sklepieniu.- Jedno z niewielu, jakie bardzo wyraźnie mogę odczytać z odłamków kryształu... Ciekawe dlaczego...- rzucił, jakby naprawdę się nad tym zastanawiał.- Nie miałem więc jeszcze okazji dokładnie prześledzić waszej historii, ale chciałem żebyście czuli się komfortowo... W końcu sobie na to zasłużyliście.
Nadim zawahał się wyraźnie, po czym ruszył kilka kroków przed siebie.
-Gdzie jest Canis?!- zawołał donośnym głosem.
-Nie psujmy sobie zabawy, co?- demon nie przestawał uśmiechać się w charakterystyczny, pogodny niemal sposób. Uśmiech ten, nie mógł budzić w człowieku innej reakcji niż lęk i niepewność. Amir spojrzał ukradkiem na Nadima, obawiając się z początku, by ten nie uczynił ani nie powiedział niczego głupiego. Jednak właściwie natychmiast zbył tą obawę, zdając sobie sprawę, że sytuacja w jakiej się znaleźli była całkowicie poza ich kontrolą.- Myślę, że powinniście usłyszeć pewną historię...- zaczęła znów istota, teatralnie patetycznym tonem.- Nie pomoże wam ona ocaleć, o nie, ale to naprawdę dobra historia!- demon zaśmiał się lekko.- A więc... Był kiedyś demon, który miał ogromne ambicje i pragnął niewyobrażalnej wprost potęgi... Mówiono o nim, iż cechowała go niezwykła pycha... Pycha jest podobno cechą typowo ludzką, choć właściwie pasowała do niego doskonale...- stwierdził czarnowłosy z wyraźnym zadowoleniem.- Nigdy nie wątpił w siebie samego, nigdy nie wahał się, nie zastanawiał nad możliwościami, a jedynie dążył do osiągnięcia swoich celów. Bez względu na wszystko. Demon ten zawierał więc pakty i zbierał sprowadzone na manowce dusze... To nie wystarczało, zaczął więc walczyć z innymi demonami, rozpraszając przeciwników, niszczących ich na drobne części, przejmując to, co najlepsze, dla samego siebie... Ale i to nie mogło przynieść mu satysfakcji. Demon miał bowiem plan. Plan irracjonalny, bo zakładający odnalezienie śmiertelnika, który, gdyby zastanowić się nad tym dobrze, właściwie nie miał prawa istnieć... Kogoś, kto będąc pod jego wpływem, wciąż pozostawałby absolutnie niezależny... Kto otoczony zewsząd złem, nie przesiąknąłby nim i pozostał odporny... Kto mając do dyspozycji tak wielką potęgę, która mogła mu przynieść spełnienie każdego marzenia, realizowałby swój główny cel, nie zatracając się przy tym, nie gubiąc drogi, nie niszcząc i nie doprowadzając do samozagłady... I był sobie pewien śmiertelnik...- kontynuował po dłuższej pauzie demon, ruszając niespiesznie wzdłuż barierki.- Potomek wilków...- dodał, spoglądając wprost na Nadima.- Zdrajca. I bohater. Przeznaczenie wystawiło go na okrutną próbę... Ale tak, to było przeznaczenie... Demon znalazł śmiertelnika i zawarł z nim pakt. Jedyny taki pakt, jaki kiedykolwiek został zawarty pomiędzy dwiema takimi istotami, pomiędzy dwoma światami. Dowodem paktu i łącznikiem między tymi, którzy do niego przystąpili, stał się kryształ... W nim kumulowała się cała energia. Energia Fortisa, którą pochłaniał demon, rosnąc nieustanie w siłę... I potęga demona, którą on sam kontrolował, i która jednocześnie, pozostawała do całkowitej dyspozycji śmiertelnika... Och, wtedy już nie do końca... Ale kryształ został zniszczony...- stwierdził demon i do jego głosu wkradła się jakaś pełna bólu nuta.- A bohater...
-Gdzie jest Canis?!- powtórzył znów Nadim, przerywając istocie i wpatrując się w nią pełnym gniewu i nagłej śmiałości wzrokiem.
Demon milczał przez dłuższą chwilę, nie przestając się uśmiechać. Tym razem jego wzrok spoczął na drugim mężczyźnie. Przyglądał mu się z uwagą, by wreszcie zapytać:
-Wiesz, dlaczego tak trudno było znaleźć odpowiednią osobę, by zawrzeć tego rodzaju pakt?
Amir milczał, wcale nie zamierzając odpowiadać i wyglądało na to, że jego rozmówca również tego nie oczekuje.
-Kiedy patrzysz na drugiego śmiertelnika widzisz jedynie to, co on chce ci pokazać albo to, czego jeszcze nie potrafi ukryć...- kontynuował niespiesznie demon.- Widzisz jego emocje – szczere lub nie. Słyszysz słowa – te prawdziwe, i te nasiąknięte fałszem. Możesz doskonale odróżniać prawdę od kłamstwa, możesz wnioskować, analizować, domyślać się, czy też zgadywać, usiłując zrozumieć i dostrzec motywy czyjegoś postępowania... Ale gdy ja patrzę na śmiertelnika...- w tym momencie, wzrok demona na powrót spoczął na Nadimie.- ... widzę wszystko to, co powinienem widzieć, jak na dłoni. Wszystkie, najdrobniejsze nawet pragnienia, próbujące zawładnąć sercem, których niespełnienie przywodzi tęsknotę lub gorycz... Swoją drogą, czy to nie zabawne?- zapytał nagle.- Śmiertelnikom zawsze się wydaje, że są na tyle szlachetni, iż mogąc zażyczyć sobie absolutnie wszystkiego, zrobiliby coś dobrego i słusznego dla wielu... A tymczasem, zawsze wybierają tylko to, co dobre dla nich samych...- Nadim speszył się wyraźnie. Odwrócił wzrok i cofnął się o kilka kroków, stając znów u boku Amira, jakby przy człowieku czuł się bardziej pewnie.- Te pozornie najmniej istotne pragnienia... Te najbardziej hedonistyczne, najbardziej prymitywne, najbardziej pospolite żądze, dominują nad innymi... Widzę również wszystkie lęki, wszystkie obawy, wszystko to, co ogranicza i stoi na przeszkodzie... Brak zaufania do innych, brak zaufania do samego siebie... Pierwszy moment zwątpienia, jest też pierwszym momentem słabości...- kontynuował spokojnie, a z każdym jego słowem, potomek wilków stawał się coraz bardziej skrępowany i niepewny.- Jest niewielu tych, którzy stając przed możliwością otrzymania tego, o czym skrycie marzą, odmawia za pierwszym razem, by jednak zmienić zdanie przy kolejnej okazji... Jeszcze mniej jest tych, którzy uciekają od wyboru w śmierć, co jest łatwiejszym rozwiązaniem... I tych, którzy izolują się od pokusy, chcą odciąć się od niej, chcą umykać przed nią całe życie, ale jednocześnie, nie mogą wyrzucić jej z głowy nie będąc w stanie pozbyć się tego wyobrażenia, jakby to było mieć to, o czym zawsze śnili, mieć to na wyciągnięcie ręki... Nie można usunąć wyrzutów sumienia wywołanych odmową... Popadają w obsesję. Jednak najbardziej wyjątkowi i najmniej liczni są ci, którzy wystawieni na pokusę, są w stanie zrezygnować, odwrócić się i zapomnieć, jak gdyby nigdy im tego nie proponowano... To rodzaj bezkompromisowości i odwagi, który godzien jest najwyższego szacunku... Ty, Amirze...- demon spojrzał na człowieka z uwagą.- Ty jesteś bardzo podobny do tego, którego wybrałem przed wiekami...
-Nigdy w życiu nie zgodziłbym się na coś podobnego!- odparł stanowczo Amir, traktując te słowa jako rodzaj prowokacji czy też pokusy.
-Może…- odparł spokojnie demon.- Ale nie ze względu na swój nieskazitelny charakter, o nie…- dodał, uśmiechając się.- Nie zgodziłbyś się w tych czasach. W tych okolicznościach. W tym momencie. Nie zostałeś wystawiony na próbę i nie przeszedłeś tego, co Fortis… A taki nie jesteś mi potrzebny…- stwierdził z obojętnością.- Poza tym, wasze podobieństwo wcale nie oznacza, że przetrwałbyś to wszystko… Ci, po których najwięcej się spodziewamy, potrafią upadać najbardziej spektakularne… Ale tak, podobieństwo jest niewątpliwe…- ciągnął z nutką fascynacji w głosie.
-Nie porównuj mnie z tym tchórzem!- zaoponował gwałtownie Amir, wywołując u istoty kolejny, rozbawiony uśmiech.- Co zrobiłeś z Canisem?!- zawołał, choć od samego początku spodziewał się najgorszego. Starzec zniknął bez śladu, tutaj też go nie było. Przybyliby w to miejsce tak czy inaczej, nie stanowił więc żadnej przynęty. To stworzenie nie miało celu w tym, by trzymać go przy życiu. Chyba, że chciało go w jakiś sposób wykorzystać.
Demon patrzył na niego z góry z niezmiennym, drwiącym niemal uśmiechem. Jego wzrok był całkowicie skupiony na mężczyźnie. Nie zamierzał jednak najwyraźniej odpowiadać na jego pytanie.
-Widzisz, Amirze…- zaczął z wolna i można było odnieść wrażenie, że każde jego kolejne słowo napawa go satysfakcją i zadowoleniem.- To nie przypadek, nie przeznaczenie i nie bogowie prowadzili was od samego początku, tylko… kryształ… Gdy stworzyłem tę niezwykłą rzecz wiedziałem, że przetrwa nawet mnie samego… Ale nawet ja nie mogłem przypuszczać, że dysponuję czymś tak potężnym, czymś, co po mej porażce wciąż będzie wpływało na życie tysięcy ludzi, na państwa, królestwa, losy całego kontynentu…- mówił w swoistym uniesieniu, uśmiechając się szeroko.- Fragmenty kryształu oddziaływały na tych, którzy je posiadali. Wpadały w jedne ręce, tylko po to, by zaraz trafić w kolejne… Zostawały u swych rzekomych właścicieli lub w miejscach, w których miały pozostać tylko po to, by czekać cierpliwie na wasze przybycie… Każda istota, jaką spotkaliście na swojej drodze, stanęła na niej za sprawą splotu wydarzeń, na które miał wpływ kryształ… Każde zdarzenie, każde spotkanie, każda walka… Wszystko to, co przeżywaliście, miało odwieść was od jednego miejsca i skierować w inne albo zająć wasz czas, byście przybyli do danego miejsca we właściwym czasie… I pomyśleć, że wielu z tych, którzy trzymali kawałki kryształu w dłoniach nawet nie zdawało sobie sprawy z tego, z jak wielką mocą mają do czynienia… Naprawdę mam powody do pychy- stwierdził triumfalnie.- Choć wy sprawdziliście się w swoich rolach równie doskonale.
-Nie zwiedziesz nas!- wykrzyknął Nadim, zbierając w sobie resztki odwagi. Spojrzał w kierunku demona mniej śmiało niż poprzednim razem, ale wyraźnie starał się zapanować nad strachem. Amir wpatrywał się w niego z uwagą.- Nie jesteśmy wybrańcami twoimi, lecz bogów!
Człowiek bardzo chciałby wierzyć w rację kompana, ale już dawno powątpiewał w tę wersję. Słowa demona wyjaśniały właściwie wszystko, od początku do końca. Amir pamiętał jak bardzo bał się możliwości, że może być wybrańcem demona. Tymczasem – obaj nimi byli.
-Bogów…?- istota zaśmiała się lekko.- O tak…- szepnęła, skinąwszy głową.- Gdy po raz pierwszy go zobaczyłem, pomyślałem, że ma w sobie coś z boga…
Amir zmarszczył brwi, nie rozumiejąc tych słów.
-To chyba dobry pomysł, byś się pojawił i wyjaśnił im wszystko…- rzucił nagle demon, oglądając się za siebie.- Obaj dobrze wiemy, że na to zasługują… Poza tym, to naprawdę doskonała zabawa…
Nastąpiła długa chwila ciszy, podczas której stojący na dole mężczyźni, usiłowali dostrzec, do kogo zwracała się istota. Demon zaśmiał się cicho pod nosem. Moment później, ktoś zaczął zbliżać się do barierki. Z początku Amir ledwie mógł go dostrzec, ale wkrótce ten ktoś ukazał im się w całej okazałości, stając tuż obok demona. Człowiek pokręci głową, ledwie mogąc w to uwierzyć, ale w tej chwili, w tej właśnie chwili, wszystko w jego głowie zaczęło układać się w logiczną całość…
-Canis!- krzyknął Nadim, niemalże pełnym ulgi głosem, spoglądając w kierunku starca, który pojawił się na piętrze. Ten spoglądał na niego w milczeniu.- Jesteś cały?! Nie skrzywdził cię?!
-Przestań!- warknął Amir, również patrząc w tamtym kierunku.- Nie rozumiesz?!- prychnął, przenosząc wzrok na towarzysza.- On nie jest z nami! Jest z nim! Był przez cały ten czas! To jego sługa!
-„Sługa” to bardzo nieadekwatne słowo, Amirze…- wtrącił pobłażliwie demon.
-Co ty wygadujesz?!- obruszył się Nadim, najwyraźniej nie mogąc w to uwierzyć.- Canis! Canis!- zawołał znów swojego wuja, najwyraźniej oczekując odpowiedzi, wyjaśnienia, zaprzeczenia, czegokolwiek. Starzec jednak milczał.- Co tu się dzieje?!- zapytał bezradnie, wciąż sprawiając wrażenie, jakby nawet nie brał pod uwagę prawdziwości słów kompana.
Demon spojrzał na stojącego przy nim potomka wilków.
-Myślę, że czas aby poznali twoje prawdziwe imię…- zaczął.- A ja nie po to przez te wszystkie wieki trzymałem w pamięci twój obraz, by oglądać cię teraz jako zniszczonego starucha… Fortisie.
To była chwila, ledwie ułamek sekundy. W mgnieniu oka Canis stał się kimś zupełnie innym. Obok demona nie stał już niedołężny starzec, a młody, dwudziestoparoletni potomek wilków, wysoki i smukły, o ciemniejszej cerze i kruczoczarnych, długich włosach, związanych w wysoką kitkę. Odziany był w lekką zbroję, jedynie napierśnik był masywny i wykonany z jakiegoś twardego surowca. Wyraźnie widać było rękojeść dopiętego do pasa miecza. Amir wpatrywał się w niego z mieszaniną niedowierzania i kompletnego szoku, na moment zupełnie tracąc rozeznanie w całej sytuacji. Nie spodziewał się czegoś podobnego. Nadim również był zaskoczony. Spojrzał jednak na towarzysza i rzucił:
-Widzisz…? Widzisz?!- jak gdyby udowodnić Amirowi, że ten mylił się w swym pierwszym osądzie.- Gdzie jest mój wuj?!- wykrzyknął pełnym gniewu głosem, zwracając wzrok w kierunku demona i tego, który stał u jego boku.- Co mu zrobiliście?
Uśmiech nie znikał z twarzy przeklętej istoty, która patrzyła na miotającego się potomka wilków z pobłażliwością i w zupełnym milczeniu. Stojący przy nim wojownik również nie odezwał się ani słowem.
-Zabiłeś go!- rzucił Nadim, pełen bólu i nadziei jednocześnie, jakby liczył na to, że ten, do którego się zwracał, zaprzeczy.
-Nie- Fortis odezwał się po raz pierwszy.- Canis zabił sam siebie, wiele lat temu- odparł głosem spokojnym i pozbawionym choćby nutki emocji.
-… po jego nieszczęśliwej miłości!- dokończył demon, wzdychając teatralnie.- Później, zbłąkana dusza legendarnego przywódcy, zajęła na wpół umarłe ciało…- kontynuował niespiesznie.- Przejęła wszystkie wspomnienia, by zrozumieć w jakiej znalazła się sytuacji… Doskonale odegrała przydzieloną mu rolę… Otruła brata tego, którego ciało zabrała, by samemu przejąć władzę, nie budząc przy tym najmniejszych podejrzeń…- Amir usłyszał, jak Nadim wydaje z siebie coś na kształt zduszonego okrzyku. Jak gdyby zamierzał zaprotestować w jakiś sposób, ale to co usłyszał, wstrząsnęło nim tak bardzo, że nie był w stanie wydusić z siebie choćby słowa.- By wiele lat później wypełnić powierzone mu zadanie, wybrać dwóch, którzy mieli pełnić rolę dostarczycieli… Dać im znak by wyruszyli… I wreszcie przyjść do tego, który miłował dawnego właściciela ciała…- Amir drgnął słysząc te słowa. Demon wpatrywał się wprost w niego, z uśmiechem pełnym okrucieństwa.- … i nakłonić go, do stania się ofiarą…- dokończył szeptem.
-Co… Co takiego…?- rzucił Amir, przełykając ślinę.
-To jest najbardziej zabawna część tej historii!- zaśmiał się pogodnie demon.- Kryształ kierował niemalże wszystkim, ale i tak zdołaliście uczynić mi niemałą niespodziankę! Któż bowiem by się spodziewał, że będziecie ze sobą aż tak blisko…?- zapytał z rozbawieniem.- Tak, to bardzo zabawne… Zważywszy na historię waszych wujów, ale nie tylko… Wiesz, Amirze… Gdy ktoś przychodzi do ciebie i mówi, że oto powstał martwy od kilkuset lat demon, a ty masz wysłać swojego ukochanego bratanka na pozornie pozbawioną sensu misję, raczej nie przyjmujesz tego dobrze… Ale gdy mówi ci to ktoś tak bliski… Ktoś, kto przecież nigdy cię nie okłamał… Kto był zawsze prostolinijny i szczery… Kto przecież omal nie stracił własnego życia z rozpaczy po utracie ciebie… To zupełnie zmienia postać rzeczy, czyż nie?- zadrwił.- Nie zareagujesz też zbyt entuzjastycznie, jeśli ktoś obcy zasugeruje ci, że sposobem na ocalenie tego, który jest ci tak bardzo drogi, będzie przyjęcie do swojego ciała pozostałych, słabych, pasożytniczych demonów… Ale gdy mówi to ON… Ludzie są zabawni! Zawsze powtarzają brednie o tym, że miłość ich ocali. Tymczasem to nic innego, jak miłość właśnie, ułatwia mi wszystko bardziej niż cokolwiek innego. Dlaczego tak patrzysz, Amirze…?- rzucił z udawanym zatroskaniem.- Nie mieliśmy przecież zamiaru go zabić! Ale twój wuj był w gruncie rzeczy całkiem rozsądnym człowiekiem… Zaczął nam przeszkadzać. Zadawać zbyt wiele pytań… Był bliski odkrycia prawdy. Pewnie domyśliłby się jeszcze szybciej, gdyby nie to zaślepienie… Dlatego trzeba było znaleźć rozwiązanie tego kłopotu.
Amir długą chwilę stał w bezruchu, kompletnie bezradny wobec tych słów i emocji, jakie za sobą pociągnęły. W jednej chwili cały ból związany ze śmiercią wuja, powrócił do niego z całą mocą. Nawet nie potrafiłby opisać wszystkiego, co w tym momencie czuł. Ból. I wściekłość. I gniew tak silny, jakiego nie odczuwał nigdy w swoim życiu. Rozżalenie, w jednej chwili, wszystko stało się bardziej jasne i zrozumiałe niż kiedykolwiek wcześniej. Ale odpowiedzi na pytania, które zadawał sobie tak często, zastanawiając się nad motywami postępowania wuja, nie przyniosły mu satysfakcji, nie przyniosły ukojenia, a jedynie kolejne cierpienie.
-Jak mogłeś?!- wykrzyknął rozpaczliwie, patrząc na Fortisa.- Jak mogłeś?! On ci ufał!
-Nie chcę sugerować odpowiedzi, ale zdaję się, że właśnie z tego powodu mógł…- wtrącił demon, podczas gdy stojący obok niego mężczyzna, nie zareagował w żaden sposób.
-To niemożliwe…- rzucił cicho Nadim. Amir dopiero teraz spojrzał na kompana. Zauważył łzy w jego oczach. Potomek wilków odszedł na odległość kilkunastu kroków, zupełnie zdezorientowany i rozbity. Złapał się za głowę, zagryzając mocno wargi.- Niemożliwe… To kłamstwo!- zawołał, patrząc na Amira.- Chcą nas zwieść, znowu! Canis nie mógłby… On nie mógłby… To nie może być…- powtarzał chaotycznie, patrząc w kierunku milczącego grobowo Fortisa.- … Ty mnie wychowałeś…?- zapytał w końcu szeptem, ledwie słyszalnie.- Ty…?
Fortis skinął głową.
-Tak- odpowiedział spokojnie.
-Ale… Ale te wszystkie historie, które mi opowiadałeś…- rzucił, kompletnie zbłąkany.- Mówiłeś o samym sobie… Mówiłeś o tym, że popełniłeś błędy…
-Tak- potwierdził Fortis.- Mówiłem prawdę. Popełniłem wiele błędów. Bardzo wiele błędów.
-Zawsze taki skory do skruchy i pożałowania samego siebie, ach, co za uczciwość…- parsknął pobłażliwie demon, spoglądając na stojącego przy nim mężczyznę, który nie zareagował na to w żaden sposób, nawet nie podniósł na niego wzroku.- Z chęcią gościłbym was tutaj dłużej, ale przybyliśmy w konkretnym celu, więc pilnujmy swoich interesów… Wy chcecie mnie pokonać… Albo przynajmniej mieć ku temu okazję… A ja potrzebuję, by ktoś połączył fragmenty w jedno…- dokończył znacząco.
-Oczekujesz, że ci pomożemy?!- warknął gniewnie Amir.
-„Pomoc” to nieco nieodpowiednie słowo. Oczekuję, a raczej jestem przekonany, że to zrobicie… A dokładnie, jeden z was- poprawił się po chwili, uśmiechając wesoło.- Bo chociaż do zdobycia kawałków, potrzebowałem was obu… Teraz, jeden w zupełności wystarczy. Urządziłbym małe losowanie, ale skorzystajmy z bardziej cywilizowanych metod!- rzucił demon, machnąwszy dłonią.- Macie już broń, więc dlaczego by nie urządzić małego pojedynku…? Walka na śmierć i życie w imię wyższego dobra!- Fortis po raz pierwszy spojrzał na niego, kompletnie zaskoczony.- Ten, który zginie, polegnie w chwale, a ten, który przeżyje, pójdzie ze mną i będzie mógł próbować zabijać mnie tyle razy, ile tylko zechce…- zakpił, nie przestając się uśmiechać.- Co wy na to?
-Jesteś szalony- skwitował jego słowa Amir, pełnym pogardy głosem.- Naprawdę sądzisz, że którykolwiek z nas zgodziłby się na coś podobnego?
Demon wzruszył niewinnie ramionami.
-Czyżbyście mieli inne wyjście…?
-Tak- odpowiedział stanowczo mężczyzna.- Możemy stąd odejść. Przejście wciąż jest otwarte- rzucił, choć nie mógł mieć co do tego pewności.
-Owszem- demon skinął głową, nie widząc w tym najmniejszego kłopotu.- Było otwarte od samego początku, mogliście wyjść w każdym momencie! Wciąż możecie… Pytanie brzmi raczej, co takiego mogę zrobić ja…
-Nie będę brał udziału w twoich gierkach!- warknął mężczyzna, ruszając w kierunku korytarza, z którego przyszli.
-Wiedziałem, że się nie zgodzisz, Amirze… Twoja duma i bezkompromisowość by ci na to nie pozwoliła…- mówił swobodnie demon, jakby decyzja człowieka nie obchodziła go w najmniejszym stopniu.- Ale on…- rzucił nagle. Dopiero w tym momencie, Amir zatrzymał się i obejrzał na swojego towarzysza. Jeszcze chwilę temu wydawało mu się, miał niemal pewność, że Nadim idzie za nim. Ale potomek wilków zatrzymał się po kilku krokach i stał w bezruchu, jakby sparaliżowany strachem, patrząc w kierunku kochanka błyszczącymi od łez oczyma.
-Nadim…?- rzucił bez zrozumienia człowiek.
-Widzisz, Amirze…- kontynuował demon.- Rzecz nie w tym, by pozbawić śmiertelnika wyboru… Nie ma w tym nic zabawnego ani interesującego, o nie… Rzecz w tym, by dać mu możliwość wyboru, mając jednocześnie całkowitą pewność, że i tak zrobi to, czego oczekujemy… Mogliście nie przybywać do tego miejsca, ale to uczyniliście. To, co zostało już wprawione w ruch, nie może być zatrzymane… Mogliście wyjść stąd już wcześniej, ale nie ma sensu odchodzić bez odpowiedzi na istotne pytania… Moglibyście odejść teraz, ale… Tak łatwo jest rządzić anonimowym, ogromnym tłumem nieznanych ludzi, tak łatwo jest ryzykować ich życiem, nie przejmować się i nie dbać o nic… Ale życie pośród drobnej społeczności? Życie pośród osób, które tak dobrze się zna, których twarze widuje się na co dzień, z których każda jest w pewnym sensie bliską i drogą…? Jak można ryzykować ich życiem, Amirze…?- pytał, choć jego wzrok utkwiony był w potomku wilków, który wciąż sprawiał wrażenie kompletnie rozdartego.- A on już raz przeżył coś podobnego… Już wie, jakie to uczucie, omal nie stracić wszystkich, których kocha… Czyż nie przysięgał tej społeczności, stawiać jej dobro ponad swoim własnym…? Jakże więc może życie jednego człowieka, stawiać ponad życiem wszystkich swoich braci…?
Amir ani przez chwilę nie wierzył, by Nadim był zdolny do zrobienia czegoś takiego. Nie wierzył, by potomek wilków mógł uczynić to, czego oczekiwał ten demon. To nie miało żadnego sensu. Nie było racjonalne, ani rozsądne. Ta istota mogła uczynić cokolwiek chciała, żaden z nich nie miał szans, by ją pokonać. Walka była tylko okrutną zachcianką i nie służyła niczemu innemu, jak uciesze tego potwora. Nadim przecież musiał zdawać sobie z tego sprawę.
Ale gdy potomek wilków sięgnął drżącą dłonią do rękojeści miecza i wydobył go, Amir w jednej chwili, przestał być tego pewien.
-Co ty wyrabiasz…?- rzucił, zupełnie zaskoczony.
-To… To jedyny sposób…- wydusił z siebie Nadim. Po jego policzkach spłynęło kilka pojedynczych łez. Trząsł się cały, ledwie mogąc utrzymać broń, jakby walczył z samym sobą.- Jeśli jeden z nas może choćby spróbować go powstrzymać… Jeśli chociaż może…
-Przestań!- krzyknął mężczyzna, licząc na to, że jego kompan się opamięta.- Myślisz, że zbliżyłby się do któregokolwiek z nas, gdybyśmy rzeczywiście mieli szansę go unicestwić…? Naprawdę sądzisz, że by na to pozwolił?!- rzucił, oglądając się na demona, który przyglądał im się z wyraźnym zaciekawieniem.- Potrzebuje nas tylko po to, żeby połączyć kryształ i odzyskać swoją moc! W taki sposób mu nie przeszkodzisz, ale pomożesz w realizacji jego planów! A ta walka będzie dla niego stanowiła jedynie rozrywkę! Nie rozumiesz, że on cię prowokuje?! Bawi się nami!
Nadim nie rozumiał. Amir nie był zresztą pewien, czy w ogóle dociera do niego to, co dzieje się dookoła. Sprawiał wrażenie otępiałego, rozbitego, załamanego i kompletnie pozbawionego nadziei. Potomek wilków z trudem powstrzymywał łzy. Ścisnął mocniej rękojeść miecza, z całych sił starając się uspokoić.
-Wyjmij broń- szepnął cicho.
Amir pokręcił z niedowierzaniem głową.
-Nadim…
Rozbawiony uśmiech nie znikał z twarzy demona. Błądził nienasyconym wzrokiem po sali, najwyraźniej oczekując widowiska, którego się spodziewał. Fortis natomiast, nie odrywał wzroku od swojego niedawnego podopiecznego.
-Wyjmij broń- powtórzył potomek wilków, tym razem głośniej i bardziej stanowczo.
-Nie- odparł Amir.
-Wyjmij broń.
-Nie!- krzyknął mężczyzna.- Naprawdę chcesz mnie zabić na jego życzenie?!- zawołał, pełnym bólu głosem.- Jesteś aż tak zdesperowany i ślepy?! Więc zrób to! Nie będę się bronił!
Nadim przymknął na moment powieki. Widać było, że choć starał się opanować emocje, wciąż brakowało mu odwagi i pewności. Nie chciał uczynić Amirowi żadnej krzywdy i mężczyzna zdawał sobie z tego sprawę. Zaraz jednak potomek wilków wbił w niego spojrzenie pełne wymuszonej stanowczości. Ruszył w jego kierunku. Krok po kroku, powoli i chwiejnie, co zdradzało całą jego niepewność i lęk. Gdy kochanek zatrzymał się przy nim, Amir poczuł, jak łzy napływają mu do oczu. Spojrzał prosto w oczy potomka wilków, niemalże będąc w stanie wyczuć jego desperację i przerażenie.
-Wyjmij broń…- rzucił po raz ostatni Nadim, niemalże błagając.
Amir pokręcił stanowczo głową. Widział, jak potomek wilków unosi dłoń, jak gdyby rzeczywiście gotów był zadać mu śmiertelny cios. I widział malujący się na jego twarzy paniczny strach i zwątpienie. To zwątpienie zwyciężyło. Zamachnąwszy się, uderzył Amira rękojeścią w twarz. Mężczyzna upadł na zimną posadzkę, czując sączącą się obficie z nosa i rozciętych warg krew.
-Nie będę z tobą walczył…- powiedział zdecydowanie, chcąc się podnieść.
Wargi Nadima zadrżały wyraźnie. Zaatakował raz jeszcze, tym razem jednak ostrzem miecza, rozcinając głęboko ramię mężczyzny, który na powrót osunął się na podłogę, syknąwszy z bólu. Sięgnął dłonią do krwawiącego miejsca i spojrzał na potomka wilków. Gdyby Nadim chciał go zabić, uczyniłby to bez najmniejszego problemu. Mężczyzna nie osłaniał się, nie bronił… A jednak, potomek wilków zdawał się jedynie chcieć sprowokować go do walki. Amir nie rozumiał, z jakiego powodu. Gdy jednak jego kompan ponownie uniósł broń, mechanicznie odczołgał się na bok, chcąc uniknąć ciosu. Nadim znalazł się przy nim w ciągu kilku sekund, gotów zaatakować. Amir sięgnął po miecz bezwiednie, całkowicie odruchowo i zatrzymał ostrze potomka wilków tuż nad sobą bez najmniejszego problemu, jak gdyby ten nie chciał go zranić i był gotów zatrzymać się w każdej chwili. Nadim cofnął się na moment, dając Amirowi możliwość, by podnieść się z ziemi. Władca wciąż nie rozumiał, jaki jego towarzysz widzi w tym wszystkim cel. Na pierwszy rzut oka widać było, że nie był zdolny do tego, by go skrzywdzić. Więc po co…? Po co to wszystko? To była część jakiegoś planu? Amir nie wiedział. Ale gdy Nadim ruszył w jego kierunku i przystąpił do ataku, włączył się w walkę. Sprawnie odparowywał ciosy przeciwnika, które wraz ze wzrastającą koncentracją człowieka, stawały się coraz bardziej mocne i trudne do powstrzymania. Mężczyzna zdawał sobie sprawę z tego, że robią dokładnie to, czego oczekiwał ten demon.
-Spektakularne romanse, zasługują na spektakularne zakończenie…- usłyszał jego komentarz.
Nie wiedział, do czego to wszystko zmierza, ale walka stawała się coraz bardziej poważna i zażarta. Amir bronił się jedynie, zatrzymując cios za ciosem, umykając przed kolejnymi atakami, męcząc siebie i swojego przeciwnika. To było nużące i kompletnie wyczerpujące. Brakowało mu już sił i koncentracji. Chciał tylko wiedzieć do czego to zmierza. Chciał ufać, że Nadim rzeczywiście ma jakiś plan, coś, co było być może równie szalone i naiwne jak zwykle, ale równocześnie, co mogłoby im pomóc. Zablokowany cios. I kolejny. I znowu. Odpierał atak za atakiem, ledwie mogąc utrzymać broń w rękach. W pewnym momencie zamachnął się widząc, jak Nadim unosi miecz. Był pewien, że i tym razem odpowie na jego cios i zatrzyma go w odpowiednim momencie. Ale się pomylił. Nadim nagle odrzucił broń. Dosłownie na sekundę przed tym, nim, kierowane machinalnie dłonią Amira ostrze, rozcięło jego klatkę piersiową.
Krew trysnęła obficie.

13 komentarzy:

  1. Anonimowy10:17 PM

    O nie, jak można skoczyć w takim momencie, błagam o następy rozdział za tydzień! :O

    OdpowiedzUsuń
  2. Nigdy nie sądziłam, że mogliby walczyć ze sobą ponownie, po tych wszystkich chwilach, które razem spędzili. Wierzę, że wszystko dobrze się skończy, a jeśli Nadim umrze, to osobiście zrobię protest na facebooku.
    Płaczę. Brak mi słów i myślę, że zaraz schowam się pod kołdrę, wtulę w poduszkę i zacznę ryczeć jak głupia.
    Uwielbiam twój styl pisania i niesamowite historie, które tak perfekcyjnie potrafisz opisać. Chaos jest jednym z moich ulubionych opowiadań i za każdym razem odrywam się od wszystkiego, gdy tylko widzę informację, że pojawił się nowy rozdział.
    Na dodatek przerwałaś w takim momencie, że chyba umrę czekając dwa tygodnie. Również proszę, żeby za tydzień pojawiła się następna część!
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. CO?!
    NIE, NIE, NIE I JESZCZE RAZ NIE! Jak to Nadim ranny? Po co ta walka?Przecież, przecież to ma się skończyć happy endem! Nadim nie może umrzeć T.T
    Jeżeli uśmiercisz potomka wilków to.. to.. nie ręczę za siebie! xP Przynajmniej rozwiązała się zagadka z demonem. Znamy już odpowiedzi na pytania. Żal mi Canisa i Ludwika. Oni też przecież zostali w to wplątani, że tak to ujmę. Nie lubię Fortisa, aczkolwiek mam dziwne wrażenie, iż pomoże swojemu byłemu ,,podopiecznemu"... W sumie nie dziwię się reakcji Nadima. Dowiedział się o Canisie, chce ratować braci, wiedziałam że to on będzie chciał się poświęcić. Jednak wierzę że przeżyje ♥ Jak zareaguje Amir? Co się dalej wydarzy? Oj, dlaczego zakończyłaś w takim momencie? Chcę ciąg dalszy,

    Z powodu takiego rozdziału czuję się... niepocieszona xD Moje uczucia się zmienią jeżeli za tydzień pojawi się Chaos albo Sunrise ;D A tak na poważnie mam nadzieję, że te dwa opowiadania pojawią się za niedługo ^^ No i... ja już chcę 45 część Chaosu! Tylko nie uśmiercaj mi Nadima bo to jedno z moich ukochanych opowiadań i będę bardzo zawiedziona takim końcem...


    Pozdrawiam i życzę dużo weny! ♥

    OdpowiedzUsuń
  4. nie. nie nie nie nie. NIE! prosze nie, nie zabijaj Nadima nie, nie zrobisz tego prawda? Jeju przywiazałam sie do niego, to az dziwne ale tak sie stało. Mam nadzieje ze nie bedziesz aż tak okrutna i pozwolisz Uszatemu dożyć starości. ;] Ogonie rozdział genialny nie wiem czy krótki czy ja go po prostu tak szybko przeczytałam ale normalnie uwielbiam <3

    Weny! pozrdawiam c;
    A.

    OdpowiedzUsuń
  5. nie. nie nie nie nie. NIE! prosze nie, nie zabijaj Nadima nie, nie zrobisz tego prawda? Jeju przywiazałam sie do niego, to az dziwne ale tak sie stało. Mam nadzieje ze nie bedziesz aż tak okrutna i pozwolisz Uszatemu dożyć starości. ;] Ogonie rozdział genialny nie wiem czy krótki czy ja go po prostu tak szybko przeczytałam ale normalnie uwielbiam <3

    Weny! pozrdawiam c;
    A.

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy4:52 PM

    Kiedy możemy spodziewać się Wyzwania? ^^

    OdpowiedzUsuń
  7. Ojojojojoj. Ty potworze, paskudna bestio, która śmie tak bezczelnie męczyć swoich czytelników! Jak możesz? Nie wstyd ci, że teraz wiele biednych dzieci ze łzami w oczach i ogromem wymuszonej cierpliwości będzie musiała czekać na kolejny piątek lub - jeśli stwierdzisz, że tydzień to mało - na kolejny początek weekendu?
    Ale pomińmy resztę wątku mojej nieskrywanej i wręcz bezgranicznej rozpaczy (oraz sadystycznego uśmiechu, bowiem z doświadczenia wiem, że kończenie w takim momencie jest ucztą dla okrutnej duszy autora). Awh. Serce raduje się, bo wiedziałam. Wiedziałam, że nie lubię Canisa. Wredna sucha bestia. Fortis starym potomkiem wilków. Pięknie przemyślane. A arogancja demona, mrr - że użyję onomatopei. Nijak inaczej go nie opiszę ^w^
    Amir wyszedł tu dość... Milcząco. Nie wiem. Brakowało mi jego uporu i rozumu. Owszem, pierwsze skrzypce grał oczywiście demon, niemniej nasz człowieczek mógłby pokazać bardziej siebie.
    Nadim jest głupi. Naiwny. Strasznie. Cały czas mnie to razi, ale cóż poradzić? Nic nie mogę, bo mimo wszystko ma on swój urok.
    Kończąc zaś. Rozdział ów był piękny pod względem stylistycznym. Interpunkcja fuj, ale to norma dla Miraculi. Złapałam jedno powtórzenie wyrazu "nawet" w mowie demona, lecz to można było spokojnie pominąć - fabuła nadrabiała z uroczy gratisem.
    Tak więc spokoju, ciepła i weny życzę, coby inspiracje ci towarzyszyły ^w^

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy9:53 PM

    Nie!!!!!!!!!!!!!
    Zdajesz sobie sprawę, że kończenie rozdziału w takim momencie jest okropne?? Masz pojęcie, jak ciężko będzie się czekalo na kolejny rozdział?
    No ale mniejsza. Zaskoczyłaś mnie robiąc z Canisa Fortisa. Nie spodziewałam się tego. Muszę przyznać, że kiedy Nadim wyciągnął miecz, żeby walczyć z Amirem to tak wlaśnie myślałam, że tak to sie skończy :/
    Proszę zrób coś, żeby ten naiwny i głupi pies jednak nie umierał, oki?
    Pozdrawiam i życzę weny twórczej
    Risako-chi

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy11:08 PM

    F*ck f*ck f*ck! The best chap ever! (sorry, jak jestem przejęta to myślę po angielsku :D) chyba żaden rozdział nie wzbudził we mnie takich emocji, wciąż do siebie dochodzę...

    OdpowiedzUsuń
  10. Niesamowity rozdział. Nie wiem co powiedzieć. Mam mętlik w głowie i mam ochotę płakać. Wierzę, że nie uśmiercisz Nadima, ale i tak jakoś przejęłam się tymi ostatnimi zdaniami.
    Wiedziałam, że z Canisem coś jest nie tak, ale sądziłam, że w nim jest demon, a nie Fortis. Zaskakujesz kobieto z rozdziału na rozdział. :D
    Weny ^^

    OdpowiedzUsuń
  11. Silencio, pierwszy raz komentuję to opowiadanie, tak w ogóle pierwszy raz czytam cokolwiek z takim... wątkiem. Mimo wszystko podoba mi się to jak pokierowałaś losami bohaterów. Chaos jest wspaniały, osobiście chciałbym, żeby wszystko dobrze się skończyło ale to Ty jesteś twórcą tego świata i to do Ciebie należą losy Amira oraz Nadima ;). Z każdym rozdziałem potrafisz zaskoczyć.
    Życzę Ci dużo weny, choć i tak masz jej bardzo wiele.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy2:14 PM

    Dzisiaj przeczytalam wszystkie rozdzialy Chaosu, ktore do tej pory dodalas i jestem zachwycona. Sadze ze jest to moje ulubione opowiadanie jakie zdazylo mi się czytac i wedlug mnie napisane jest lepiej niz niejedna ksiazka :D Poczatkowo nie przekonywal mnie tytul, bo balam się ze bedzie to jakas rozczulajaca historia milosna dwojki mezczyzn w ktorych zycie wkradl się “chaos“, cos w tym stylu, jednak po pierwszym rozdziale wiedzialam ze tak nie bedzie :3 i nie zawiodlam się pod zadnym aspektem, wszystkie przygody ktore wymyslilas (szczerze nie mam pojecia skad bralas tak swietne pomysly), sceny erotyczne i milosne, wszystkie uczucia ktore przezywalam rownoczesnie z bohaterami (plakalam kiedy odszedl Devin, plakalam kiedy umarl Ludwik, ryczalam kiedy odszedl Nadim i teraz tez rycze!) nadaly Twojemu dzielu tak niepowtarzalny charakter, ze czytalam je glownie dla ciagle zaskakujacej fabuly, a nie dla watkow yaoi! Szczerze to jeżeli nie zostaniesz pisarka ksiazek fantasy, to znajde Cie i osobiscie do tego zmusze :/ Dziekuje za tak czeste umilanie mi wieczorow, nocy, rankow i calych dni kiedy nie potrafilam oderwac się od Twojego bloga :3 Czekam na dalszy ciag, bo nie mozesz zostawic nas na tak dlugo z tak heroicznym, a jednoczesnie glupim czynem jakiego wlasnie dopuscil się Nadim :( zycze jak najwiecej weny :* zander.

    OdpowiedzUsuń
  13. Anonimowy4:19 PM

    Nadim!!! Co ty, do cholery, kombinujesz?! Co ry robisz?? Jestem tak samo zdezorientowana jak Amir O.o
    Demon się objawił.. Często to, co najpiękniejsze, zachwycające, pełne niewinności, jest tylko pozorem, grą i ułudą, skrywającą najczystsze zło. I tak jest właśnie z demonem.
    Mam nadzieję, że Fortis w ciągu tylu lat podszywania się pod Canisa przywiązał się do Nadima, już nie mówię o jakimś głębszym uczuciu, i że mu teraz jakoś pomoże!
    Ale właśnie to chciał przekazać Ludwik Amirowi na łożu śmierci, prawda? Gdy nie mogąc nic powiedzieć, tylko patrzył pełnym błagania i strachu wzrokiem i kręcił głową. Ale Amir nie mógł tego wiedzieć, nie mógł zrozumieć..
    Alys

    OdpowiedzUsuń