Strony

sobota, 29 czerwca 2013

27. Spokój [Sunrise]

-Powoli, Josh… Ostrożnie…- instruowała mnie Jenna z takim przejęciem, jakbym właśnie balansował na linie kilkanaście metrów nad ziemią, a nie usiłował wsiąść do taksówki.
Owszem, wciąż nie byłem jeszcze w najlepszej formie. Środki przeciwbólowe przestawały działać, więc przeszywający ból w klatce piersiowej, przy każdym ruchu, stawał się jeszcze bardziej uciążliwy i nieprzyjemny niż wcześniej. W dodatku fakt, że mogłem posługiwać się jedynie lewą ręką, do czego nie byłem przyzwyczajony, również wiele utrudniał.
Jednak troska Jenny była zdecydowanie przesadzona. Po dwóch kolejnych dniach spędzonych w szpitalu, zadzwoniłem do niej dzisiejszego ranka informując, że nie musi do mnie przychodzić, bo zamierzam się wypisać i wrócić do domu. Cóż, teraz zdaję mi się, że lepiej byłoby ją poinformować już po fakcie, bo szybko pojawiła się na oddziale i zaczęła próbować wybić mi ten pomysł z głowy, a gdy przekonała się, że nie ustąpię, uparła się by mi pomóc. Nie ukrywam, że było to uprzejme z jej strony, aczkolwiek wciąż nie wiem, dlaczego traktowała mnie tak, jakbym miał, przynajmniej, przetrącony kark.
Wreszcie, oboje wsiedliśmy do taksówki. Podałem kierowcy adres i ruszyliśmy.
-Nie powinieneś był wypisywać się ze szpitala, Josh…- zaczęła po raz kolejny dziewczyna, patrząc na mnie z absolutną powagą i stanowczością.- Jak będziesz sobie radził z tym wszystkim w domu…? Sam…?
-Poradzę sobie- zapewniłem ją jedynie.
Zmrużyła oczy, wpatrując się we mnie przenikliwie.
-Więc…
-… Więc?- podchwyciłem, zerkając na nią pytająco.
-Więc on nie przyjedzie?- zapytała otwarcie.- Ten twój chłopak…? Amadeusz…?
Westchnąłem głęboko. To był ostatni temat, o jakim miałem ochotę rozmawiać.
-Jenna, nie chcę, żeby zabrzmiało to nieuprzejmie albo niewdzięcznie, ale to moja sprawa…- odpowiedziałem ostrożnie.- Wiem, że się o mnie troszczysz i jesteś ciekawa, ale sam muszę z tym wszystkim dojść do ładu. Gdy tak się stanie, na pewno ci o tym powiem.
… czyli nigdy.
-Dobrze, dobrze- odparła prędko, kiwając głową.- Myślałam po prostu, że to coś poważnego, a on… A zresztą… Zamykam się już- stwierdziła, choć najwyraźniej powstrzymanie się od wyrażenia na ten temat opinii dużo ją kosztowało.
Westchnąłem cicho, odwracając wzrok w kierunku okna. Ja też tak myślałem i tak właśnie było. Było poważnie i strasznie skomplikowanie, niemalże niezrozumiale. Nieprzyjemnie i coraz gorzej. Szczerze mówiąc, jeszcze ciężej niż kiedykolwiek wcześniej było mi znosić złość Amadeusza i jego postępowanie. Kochałem go. Byłem tego całkowicie pewien. Ale nie tak wyobrażałem sobie bycie z kimś, kogo się kocha. Nie żebym miał przed oczyma bajkę, że spotkam partnera o identycznym zdaniu jak ja, nigdy nie będziemy się spierać, a nasze życie będzie banalnie proste. Ale… Nigdy nie cierpiałem tak bardzo przez nikogo innego, jak przez niego teraz. Owszem, był Ricky. On jednak okazał się być kimś zupełnie innym, zawiodłem się na nim, przestałem cokolwiek do niego czuć. Jego kolejne działania wywierały na mnie presję i budziły lęk, to prawda, ale jestem pewien, że wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby demon reagował na to w odmienny sposób. Nie mogłem już tego znieść. Jego odejść i powrotów, obietnic, że to się nie powtórzy, a później przeżywania na nowo tego samego… Jego zmiennych nastrojów, jego zazdrości, pretensji, wreszcie żalu o to, że jestem człowiekiem, a przecież nie mogę tego zmienić… Tych wszystkich działań i słów, które świadczyły, że zależy mu na mnie jak na jedynym człowieku, który go widzi, jak na tym, z którym może eksperymentować i spełniać swoje zachcianki, a teraz to wyznanie?! Byłem szczęśliwy, gdy to usłyszałem. Nie wyobrażałem sobie, że w końcu tak się stanie. Ale po tym, jak zakończyła się ta rozmowa, nie wiem, czy w ogóle chciałem, żeby się odbywała.
-Właściwie to ja mogę ci z tym wszystkim pomóc, Josh…- zaoferowała się dziewczyna po chwili namysłu.- To znaczy jasne, nie mogę przecież u ciebie spędzać całych dni, ale zrobię ci jakieś zakupy, będę przygotowywała jedzenie…
-Jenna, naprawdę nie trzeba- odmówiłem uprzejmie. Podejrzewałem, że normalne funkcjonowanie w moim stanie będzie nieco utrudnione, ale byłem pewien, że się przyzwyczaję. Poza tym, naprawdę wolałem być z tym wszystkim sam. Doceniałem troskę i zaangażowanie moich przyjaciół, ale nie mogłem im powiedzieć o tym, co mnie dręczyło, a co za tym idzie, oni nie mogli mi pomóc ani mnie zrozumieć.
-Więc zadzwonię do Katy!- oznajmiła ciemnowłosa, natychmiast wyciągając komórkę.- W końcu i tak zawsze się lepiej dogadywaliście i…
-Nie!- zaprotestowałem gwałtownie. Zmrużyła oczy i spojrzała na mnie z uwagą.- To znaczy… nie- powtórzyłem już spokojniej, odkaszlnąwszy cicho.
-Wiedziałam!- oznajmiła triumfalnie, a ja zdałem sobie sprawę z tego, że jej wcześniejsza sugestia nie była przypadkowa.- Coś jest nie tak, prawda?
-Wszystko w porządku- uciąłem, uśmiechając się nerwowo.
-Jasne! Nie było jej u ciebie wczoraj, ani przedwczoraj… Gadałam z nią o tym, ale mówiła, żebym porozmawiała z tobą… A że jest strasznie uparta, to właśnie robię. Teraz już wiem, że coś się stało. Więc…?
Westchnąłem głęboko. Do tego tematu też wolałbym nie wracać.
-Trochę się… pokłóciliśmy- przyznałem po chwili wahania wiedząc, że Jenna i tak nie ustąpi.
-Kłóciła się z tobą kiedy jesteś… w takim stanie?!- obruszyła się dziewczyna.
-Już ci mówiłem, że nic ci nie jest. Poza tym, to nie z jej winy tylko z mojej.
-Jasne!- parsknęła Jenna, spoglądając na mnie pobłażliwie.- Akurat ty jesteś ostatnim facetem, któremu uwierzyłabym w taką historię!
Przez resztę drogi przyjaciółka usiłowała ze mnie wyciągnąć to, co zdarzyło się pomiędzy mną a Katy. Unikałem odpowiedzi i powtarzałem jedynie, że to sprawa między nami, chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, że nie do końca tak jest. Sęk w tym, że nie mogłem odpowiedzieć nic innego. Gdybym wyjaśnił o co poszło, Jenna również zaczęłaby sądzić, że ignorowałem ich wszystkich, chociaż nie miałem ku temu żadnego powodu, że najzwyczajniej w świecie ich olałem, kiedy oni martwili się o mnie i tłumaczyli moje zachowanie, całkiem słusznie zresztą, sytuacją z nowym „chłopakiem”. Miałem więc właściwie dwa wyjścia. Albo dalej twierdzić, że istnieje Amadeusz, chłopak z innego miasta, który nigdy nie pokazał im się na oczy i na którego istnienie nie mam żadnych dowodów, bo, jakimś dziwnym cudem, nie dzwoni do mnie, nie sms-uje i w ogóle nie ma potrzeb kontaktowania się. Albo też powiedzieć, że rzeczywiście to wszystko zmyśliłem i dodać do tego jakiś dobry powód. Tyle, że i jedno i drugie było kłamstwem. Pierwsze bezpieczniejszym, bo chociaż już czułem, że Jenna naciska na mnie w sprawie chłopaka coraz bardziej i, prędzej czy później, może się to skończyć tak jak z Katy, przynajmniej na razie nie traciłem przez to przyjaciół. Natomiast nawet najlepsze usprawiedliwienie drugiego oszustwa mogłoby nie być wystarczające i straciliby do mnie zaufanie, o ile w ogóle chcieliby się jeszcze ze mną zadawać. Poza tym, jak wtedy miałbym im tłumaczyć, gdy ze względu na Amadeusza, nie będę miał czasu gdzieś się pojawić czy z nimi spotkać…?
Oczywiście przy optymistycznym założeniu, że demon zamierza wrócić.
Wysiedliśmy z taksówki i weszliśmy do mojego bloku. Dowlekliśmy się na właściwe piętro, Jenna niosła moje rzeczy ze szpitala. Tu już pojawił się pierwszy problem, bo mimo iż udało mi się odnaleźć klucze, otworzenie drzwi lewą ręką zajęło mi więcej czasu niż zwykle. Wpuściłem dziewczynę do mieszkania i wszedłem za nią do wnętrza.
-Co to za egipskie ciemności!- zaśmiała się Jenna, zatrzymując się w przedpokoju, ale zaglądając z zaciekawieniem do salonu i kuchni. W mieszkaniu rzeczywiście było strasznie ponuro, często, gdy zostawałem w domu, nie odsłaniałem żaluzji, odczuwając jakiś dziwny rodzaj skrępowania na myśl o tym, że ktoś mógłby obserwować moje płomienne dyskusje z powietrzem i… inne, płomienne rzeczy. Co prawda stojący naprzeciwko blok był dość daleko i wątpiłem, by ktokolwiek był w stanie mnie dostrzec, ale mimo wszystko, tak czułem się bardziej komfortowo.- Chyba zaczynam rozumieć, dlaczego nie chcesz kontaktować się z tym Amadeuszem… Więc? Gdzie trzymasz jego zwłoki?
-To nie jest zabawne…- odpowiedziałem, chociaż na moich wargach mimowolnie wymalował się lekki uśmiech.
-No jasne, że nie! W sumie to zależy, czym ci biedak zawinił… Ale twoje mieszkanie jest spore, starczy miejsca i dla Ricky’ego… I Katy, jeśli szybko nie dojdziecie ze sobą do ładu…- dodała znacząco.
Czułem, że zaraz znowu zacznie drążyć temat, ale, ku mojej uldze i niezmiernemu zdziwieniu, tak się nie stało.
-Wypoczywaj, Josh- powiedziała, przyglądając mi się z uwagą i troską.- Dużo leż. Słyszałam jak lekarz mówił, że możesz jeszcze odczuwać zawroty głowy. Nie chciałabym, żebyś zemdlał gdzieś i zrobił sobie krzywdę. Będę dzwonić. Kilka razy. I dobrze ci radzę natychmiast odbierać, bo jak nie to wiedz, że przyjdę tutaj i sforsuję drzwi- zagroziła. Zaśmiałem się cicho i skinąłem głową.- Dzisiaj nie będę ci już zawracać głowy, widzę, że jesteś zmęczony, ale jutro, po szkole, skoczę na zakupy, więc wyślij mi sms-a czego potrzebujesz. I nie, nie chcę słyszeć słowa sprzeciwu!- dodała natychmiast, nie dając mi nawet możliwości odmowy.- Żadnego „poradzę sobie”! Biorąc pod uwagę twój ostatni stan i nastrój, prędzej zagłodzisz się tu na śmierć! Mówię poważnie, Josh, więc zajrzyj do lodówki i dobrze się namyśl. Ach, no i przyniosę ci lekcje, nie masz nic innego do roboty, więc twój wypoczynek może mieć bardziej praktyczny charakter… Romantyczna noc z fizyką dobrze ci zrobi- podsumowała, uśmiechając się pogodnie. Byłem właściwie pewien, że zawalę ten rok i nie widziałem wielkiego sensu w zaglądaniu do książek, ale z Jenną, zwłaszcza nadgorliwie troskliwą, nie należało się kłócić.- Do zobaczenia- pożegnała mnie krótko, po czym wyszła.
-Do zobaczenia…- odparłem, patrząc jeszcze jak schodzi po schodach, po czym zamknąłem wreszcie drzwi.
Oparłem się o nie całym ciężarem ciała, najpierw prawą stopą zsuwając lewego buta, później odwrotnie. Nie było to łatwe zadanie, bo miałem wiązane obuwie, ale na szczęście na tyle zużyte, że zdjąłem je z nóg bez większych manewrów. Kurtkę miałem jedynie narzuconą na plecy, więc odwiesiłem ją z łatwością. Zamierzałem właśnie przejść do salonu, odruchowo ruszyłem więc przed siebie, ponosząc głowę i… I zdałem sobie sprawę, że przede mną, w otwartych drzwiach, stoi Amadeusz. Jak zwykle w takich sytuacjach, moje serce zabiło szybciej ze strachu i zdumienia. Kiedy leżałem w szpitalu, całkowicie sam, marząc o tym, żeby był przy mnie i wyobrażając sobie, że lada chwila pojawi się w sali, myślałem nad tym, co mu wtedy powiem. Teraz jednak zupełnie mnie zamurowało. Miałem ochotę na niego wrzasnąć. Wyrzucić mu wszystko. Powiedzieć , jak bardzo mnie denerwuje jego zachowanie, że coraz trudniej mi to wszystko znieść, ale zamiast tego milczałem, na próżno usiłując wyczytać z jego twarzy jakieś emocje. Wciąż był na mnie zły…? A może już nie? Przyszedł przeprosić czy…
-Amadeusz!- wykrzyknąłem niepohamowanie gdy nagle, zupełnie niespodziewanie, chwycił mnie w ramiona i uniósł. Odruchowo objąłem go sprawną ręką.
Ruszył ze mną do salonu.
-C… Co ty robisz…?- bąknąłem, kompletnie zdezorientowany.
-Czego się boisz, Josh…?- zapytał. Jego głos brzmiał łagodnie. Był spokojny. Może nawet radosny. Zazwyczaj, po swoich brawurowych odejściach, wracał wyłącznie w dwóch wersjach: wciąż-urażony albo głęboko-skruszony. Czekał na przeprosiny lub sam przepraszał. Teraz było inaczej i szczerze mówiąc, nie wiedziałem, czy cieszyć się z tego powodu, czy niepokoić.- Przecież cię nie upuszczę. Jestem demonem. Gdybym był człowiekiem mógłbyś się obawiać, ale teraz nie musisz.
-Ach… tak…- wydusiłem z siebie, nie do końca rozumiejąc jego słowa.- Ale…
Położył mnie na łóżku.
-Mówiła, że masz dużo wypoczywać- stwierdził jedynie.
Patrzyłem na niego z uwagą. On również nie odrywał ode mnie wzroku. Czegoś oczekiwałem. Jakichś przeprosin. Wyjaśnienia. Wyglądało jednak na to, że to on czekał na moje słowa.
-Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się ciebie tutaj…- zacząłem w końcu dość oschle, nie będąc w stanie ukryć, że bardzo mnie rozczarowało i zraniło jego ostatnie postępowanie.- A przynajmniej nie teraz. Chociaż może się mylę. Może po takim czasie rzeczywiście zawsze wracasz…
-Przepraszam- powiedział Amadeusz.
-… Tylko tyle?- dopytałem po chwili.
Nie wystarczało mi to. Nie chciałem, żeby zbywał mnie słowami, chciałem, żeby zrozumiał, że to, co się ostatnimi czasy między nami działo przekraczało granice mojej wytrzymałości.
-Wiem, że zrobiłem źle…- usiadł na brzegu łóżka. W jego głosie słychać było nutkę skruchy, ale wciąż brzmiał zaskakująco wprost pogodnie.- Nie powinienem był cię zostawiać, zwłaszcza w takim stanie. Powinienem był się tobą zaopiekować tak, jak należy. Zrobię to jednak teraz. Wybacz mi, proszę.
-Ile jeszcze razy będziesz mnie o to prosił…?- zapytałem cicho, nie kryjąc żalu.- Za każdym razem, gdy się obrażasz, odchodzisz, a później wracasz. Przechodzimy od nowa to samo…
-Przysięgam, że już nie odejdę. I nie będę się obrażał.
-Przysięgałeś mi już różne rzeczy.
-Tym razem jest inaczej.
-Dlaczego?- zapytałem bez zrozumienia, wciąż nie będąc w stanie pojąć tej nagłej zmiany w zachowaniu demona.
-Wiesz dlaczego- odpowiedział cicho.
-Nie- odparłem stanowczo.- Nie mam zielonego pojęcia.
-Bo cię kocham- powiedział miękko. Miałem wrażenie, że moje serce zamarło na chwilę, gdy usłyszałem te słowa. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że Amadeusz kiedykolwiek powtórzy tę deklarację, zwłaszcza biorąc pod uwagę dyskusję, która wywiązała się po niej ostatnim razem.- I nie jestem w stanie egzystować bez ciebie.
Milczałem długo. Chciałem dalej się upierać i drążyć, ale nie potrafiłem nic poradzić na fakt, że jego słowa mnie rozbroiły i ciężko było mi się dłużej złościć. W końcu wrócił. Znowu był przy mnie. Przyznał się do swoich uczuć, już bez obaw i wstrętu. I zachowywał się tak… normalnie! Zupełnie nie jak on! Jakby rzeczywiście chciał, żeby coś się zmieniło.
-Cóż… Ja… Hm…- zacząłem, nie będąc pewien, co właściwie powinienem powiedzieć.
-Jesteś głodny?- zapytał.
-Co?- rzuciłem, wbijając w niego zdezorientowane spojrzenie.- Ach… Trochę, ale…
Zniknął, a po chwili znowu pojawił się na tym samym miejscu, trzymając w dłoniach pucharek z porcją lodów, sosem czekoladowym i jakimiś słodkimi ozdobami.
-S-Skąd…?- wydukałem, kompletnie zdumiony.- Ukradłeś to?- dopytałem po chwili.
-Nie. Wszedłem do sklepu i kupiłem- odparł ironicznie Amadeusz.
-Więc ty naprawdę…! Niewiarygodne!
Przez moment czułem się raczej oburzony, ale widząc minę demona i wyobrażając sobie, jak w jakiejś lodziarni ze stolika albo kelnerskiej tacy znika nagle porcja lodów, nie mogłem powstrzymać się od wybuchnięcia śmiechem. Demon uśmiechnął się z zadowoleniem i wręczył mi lody. Zaoferował też, że przyniesie mi coś do picia, tym razem była to jednak zwykła, moja, co warte w tych okolicznościach podkreślenia, herbata. Chociaż nie tak bardzo zwykła, bo zaparzona osobiście przez niego, do czego przyznał się z dumą. Byłem pełen autentycznego podziwu. Chciałem oprzeć o coś pucharek, żeby skosztować lodów, ale Amadeusz szybko wziął go z powrotem, postanawiając mnie wyręczyć. Zanurzył łyżeczkę w deserze, a następnie wyciągnął ją w moim kierunku. Skosztowałem odrobinę. To było naprawdę przepyszne!
… Choć i tak wciąż żywiłem nadzieję, że nikt nie będzie miał z tego powodu problemów.
Amadeusz nakarmił mnie do końca. Był taki… cierpliwy, troskliwy, spokojny, zupełnie jak nie on. A ja z kolei byłem zdezorientowany, szczerze zdumiony, oczarowany i nieco onieśmielony jego zachowaniem. Zastanie Amadeusza w takim stanie, zwłaszcza ostatnimi czasy, było niczym wygrana na loterii. Mogłem się przy nim w końcu zrelaksować, na moment opuściły mnie wszelkie zmartwienia i niepokój. Wcześniej też potrafił być dla mnie na tyle czuły i opiekuńczy, że zapominałem o wszystkim, co złe, ale mijała chwila, a już wybuchała pomiędzy nami kolejna awantura. Zawsze coś. Ricky, moi przyjaciele, szkoła, jego zazdrość, jego dziwaczne zachcianki, potrzeba kontrolowania mnie na każdym kroku, traktowanie jak swoją własność… Miałem nadzieję, że tym razem będzie inaczej.
Gdy demon odstawił już wszystko, ułożył się obok mnie, na boku i musnął wargami mój policzek, a następnie ucho.
-Wiem, że to był prawdopodobnie doskonały wstęp do tego, żebyśmy byli blisko…- zacząłem, uśmiechając się lekko, unosząc dłoń, by dotknąć jego twarzy.- … ale obawiam się, że nie jestem dzisiaj w najlepszym stanie.
-Zawsze jesteśmy blisko, Josh- odparł, jak gdyby nigdy nic.
-T… Tak sądzę…- wydukałem, mocno zdezorientowany.
-Kocham cię- wymruczał, nim wpił się w moje usta.
To był subtelny pocałunek. Przyjemny, ale delikatny, niezbyt namiętny, raczej pełen czułości. Amadeusz rzadko całował mnie w taki sposób. A to, co powiedział, po raz kolejny sprawiło, że moje serce zabiło szybciej i zrobiło mi się gorąco.
-Kocham cię…- odpowiedziałem cicho, gdy oderwał się od moich warg.
Uśmiechnął się do mnie lekko.
-Wiesz, Josh, że zrobiłbym dla ciebie absolutnie wszystko…?- zapytał w pewnym momencie.
-Eee… Tak… Tak, wiem- odparłem, po czym zaśmiałem się cicho, ciągle nie mogąc pozbyć się zdumienia spowodowanego jego zupełnie niecodziennym i nienaturalnym zachowaniem.
-A ty? Zrobiłbyś dla mnie wszystko, Josh?
Patrzyłem na niego przez dłuższą chwilę, nie bardzo rozumiejąc, do czego zmierza.
-Czy jeśli odpowiem, że tak, kolejnym pytaniem będzie, czy mam ochotę na seks…?- zaśmiałem się lekko.
Demon wpatrywał się we mnie przenikliwie.
-A zgodziłbyś się…?- zapytał.
-Cóż… Może jak trochę odpocznę…- odpowiedziałem, naprawdę nie czując się teraz na siłach. Mimo wszystko, przysunąłem się do niego bliżej, chcąc pocałować go po raz kolejny.- Jeśli dalej będziesz tak miły, kto wie… Masz wyjątkowy dar przekonywania…
Amadeusz musnął krótko moje wargi, a następnie objął mnie i przytulił do siebie. Był bardzo ostrożny, ale nawet tak subtelna bliskość napawała mnie w tej sytuacji dyskomfortem i lekkim bólem, choć nie skarżyłem się ani nie odsuwałem od niego, nie chcąc psuć atmosfery.
-Nieee…- rzucił miękko demon.- Wolę, żebyś najpierw doszedł do siebie… Mamy jeszcze dużo czasu…
-Nie spodziewałem się tego od ciebie usłyszeć- odpowiedziałem szczerze i zaśmiałem się lekko.
Nie wiedziałem, czy to wyrzuty sumienia czy efekt jakichś przemyśleń, ale rzeczywiście coś dziwnego wstąpiło w Amadeusza i zachowywał się doprawdy niecodziennie.
-Dlaczego…?- zapytał demon, jakbym rzeczywiście nie miał żadnych podstaw, by tak stwierdzić.- Nie musimy się spieszyć… Będziemy ze sobą już na zawsze, Josh…
-Wiesz, że to niemożliwe?- rzuciłem otwarcie. Demon spłoszył się wyraźnie. Odsunął się nieco, a na jego wargach wymalował się mimowolny, nieprzyjemny grymas. Ja też trochę się zdenerwowałem, bo nie chciałem go rozgniewać, wolałem jednak postawić sytuację jasno, nim dojdzie do kolejnego sporu albo awantury.- To znaczy owszem, ludzie często tak mówią, ale… Ale właśnie w tym sęk. Ja jestem człowiekiem i… I nie będę żył wiecznie- stwierdziłem zgodnie z prawdą. Zagryzłem mimowolnie wargę widząc, że sposępniał jeszcze bardziej. Bałem się, że zaraz znowu dojdzie między nami do kłótni.- Masz prawo się o to złościć, ale to naprawdę nie moja wina… Nie jestem w stanie tego zmienić.
Patrzyłem na Amadeusza z uwagą, obawiając się jego reakcji, ale ku mojemu zdumieniu, po chwili wyraz jego twarzy zmienił się diametralnie. Uśmiechnął się do mnie serdecznie, szczerze.
-Masz rację, Josh… To nie twoja wina- odpowiedział Amadeusz, aż nadto swobodnie. Zamurowało mnie. Nie żebym się z tym nie zgadzał, ale zazwyczaj trudno było się doszukiwać w demonie równej wyrozumiałości.- Poza tym, ja zamierzam cieszyć się faktem, że mam cię przy sobie…- wymruczał. Zamrugałem, jeszcze bardziej zaskoczony.- Nie musimy przecież myśleć o niczym przykrym. Wasze życie jest pełne niespodzianek. A czasem… Czasem trafiają się nowe możliwości i szanse… A to, co wydawało się być niemożliwe, jest na wyciągnięcie ręki…

Amadeusz nie odstępował mnie na krok. Nie było to szczególnie dziwne, po pierwsze, biorąc pod uwagę mój niekoniecznie najlepszy stan, a po drugie, choćby ze względu na fakt, że zwłaszcza ostatnimi czasy, zdarzało mu się to stosunkowo często. To, co było dziwne, to jego zachowanie. Rozmawiał ze mną całkowicie swobodnie. Żartował. Śmiał się. Pomagał mi, ba, właściwie niemal we wszystkim mnie wyręczał, co skutkowało zrobieniem przez niego kanapek ze spleśniałym dżemem i zaparzeniem naprawdę koszmarnej kawy. I o ile to wszystko mogłem usprawiedliwić faktem, że dopiero co się pogodziliśmy, że starał się mi zrekompensować wszystkie niedogodności, że troszczył się, chciał być miły… O tyle wytłumaczenie sobie innych spraw przychodziło mi z większym trudem. Amadeusz nie miał do mnie pretensji. O nic. Absolutnie o nic. Nie pokłócił się ze mną. Nawet nie posprzeczał, choć w pewnym momencie, temat naszej rozmowy zszedł na Ricky’ego. Widziałem wyraz twarzy demona i byłem pewien, że lada chwila dojdzie do awantury, ale jego odpowiedzi były spokojne, ba, prawie obojętne. Byłem zaskoczony. Więcej, zaczynałem się już trochę obawiać, bo choć takie nastawienie Amadeusza jak najbardziej mi odpowiadało, zastanawiałem się poważnie, co za nim stoi. Czy po naszej ostatniej rozmowie, demon naprawdę przemyślał sobie to wszystko i zmienił się ot tak? Choćby biorąc pod uwagę fakt, jak długo próbowałem uświadomić mu niektóre rzeczy i zmienić jego nastawienie, wydawało mi się to bardzo mało prawdopodobne. Uznałem więc, że musiał to być stan krótkotrwałej poprawy, jaki pojawiał się u Amadeusza czasem, zwłaszcza po naszych kłótniach. Nie narzekałem i nie traciłem czasu na dalsze rozważania. Chciałem się cieszyć jego dobrym nastrojem zwłaszcza, że rzadko trwał długo.
Pod wieczór, pomógł mi wziąć prysznic. A chwilę później, gdy tylko się ubrałem, trzymał mnie za lewą rękę i szedł tyłem, prowadząc ze sobą do sypialni, jakbym nie był w stanie iść o własnych siłach albo był niewidomy. Spoglądałem na niego z lekkim politowaniem i parskałem śmiechem, za każdym razem, gdy szczerzył się do mnie radośnie. Nie spieszył się. Pchnął plecami drzwi od pokoju i wprowadził mnie do niego. Szliśmy powoli. Krok za krokiem.
-Naprawdę nic mi nie jest…- zapewniłem po raz kolejny, wzdychając głęboko na myśl, że jutro będę musiał chyba wyjść z siebie, żeby przekonać o tym Jennę.- Nie jestem kaleką.
-Oczywiście, że nie jesteś kaleką, jesteś moim Joshem…- odparł gładko Amadeusz. Uśmiechnąłem się mimowolnie słysząc te słowa. Zdecydowanie był w świetnym humorze.- Mam po prostu ochotę trzymać cię za ręce i patrzeć na ciebie… Najprzystojniejszy Joshu na świecie…
Zaśmiałem się głośno.
-Mimo iż nie znam wielu swoich imienników, jestem pewien, że niejeden wygląda lepiej ode mnie- odpowiedziałem żartobliwie.
-Nikt nie wygląda lepiej od ciebie…- wymruczał Amadeusz, zatrzymując się ze mną tuż przy łóżku i bezmyślnie przyciągając mnie do ciasnego uścisku. Syknąłem mimowolnie i zagryzłem wargę. Zreflektował się natychmiast i odsunął. Patrzył na mnie z wyraźnym niepokojem, więc uśmiechnąłem się do niego, by pokazać, że wszystko w porządku.
Puściłem jego dłonie i usiadłem na brzegu łóżka, by wreszcie, powoli, ułożyć się w odpowiedniej pozycji i nakryć kołdrą. Poklepałem miejsce obok siebie, chcąc, by się położył, ale on jedynie przysiadł na brzegu, wciąż spoglądając na mnie z uwagą.
-Naprawdę jesteś najprzystojniejszy- stwierdził stanowczo.
-Och, przestań!- parsknąłem cicho, przewróciwszy oczyma.- Jestem najprzystojniejszy ze wszystkich mężczyzn, którzy są w stanie cię zobaczyć… A przynajmniej mogę tak zakładać, skoro ani ja, ani ty żadnego nie znamy, choć to marne pocieszenie i jeszcze gorszy komplement… Zapewne gdy nie jesteś ze mną, wędrujesz od domu do domu, przyglądając się różnym przystojniakom i myśląc, że to straszna szkoda, że cię nie widzą…- rzuciłem prowokująco.
-Nic z tych rzeczy- odparł Amadeusz, uśmiechając się do mnie.- Jestem ci w pełni oddany.
-… Nie masz wyboru.
-Gdybym miał, też bym był.
-Skąd możesz wiedzieć…?- zapytałem z rozbawieniem.
Wzruszył ramionami.
-Takie rzeczy się wie, Josh…- odpowiedział spokojnie.- Ty wiesz i ja wiem, że będziemy już ze sobą na zawsze.
Odchrząknąłem jedynie i zerknąłem na niego z niepokojem. Wydawało mi się, że tę kwestię już mu dziś wyjaśniałem i zrozumiał, że w naszym przypadku „na zawsze” oznaczać może co najwyżej „do mojej śmierci”. Jeśli nie krócej, bo jakoś trudno było mi sobie wyobrazić samego siebie jako niedołężnego starca z wciąż młodym, przystojnym i absolutnie niezaspokojonym demonem u boku. Nie żebym tego nie chciał, zwyczajnie wydawało mi się to mało prawdopodobne.
-Amadeusz…- zacząłem po chwili. Spojrzał na mnie pytająco.- Co do mojej szkoły… Mówiłem ci już, że prawdopodobnie nie zdam…? To znaczy, właściwie, że na pewno nie zdam. Mam za dużo przedmiotów do poprawy, zupełnie nie mam do tego głowy, a teraz jeszcze to…- westchnąłem cicho.- Obleję w tym roku.
Skinął głową.
-Okej, Josh- odparł jedynie.
-No…- odkaszlnąłem niepewnie i przerwałem na moment, by kontynuować ostrożnie- I… I ja nie sądzę, żebym dalej się uczył… Zaraz skończę osiemnaście lat i spróbuję sobie znaleźć jakąś pracę… Zapewne nie będzie najłatwiej… Zwłaszcza, jeśli moi rodzice przestaną opłacać mieszkanie, a pewnie tak się stanie… Ale jakoś dam sobie radę. Wiem, że to potwornie głupie, ale ja zupełnie nie czuję się na siłach, żeby… To znaczy…- motałem się, zakłopotany.- Będę powtarzał klasę, z tymi samymi nauczycielami, a zupełnie innymi uczniami… Nie znam w tej szkole prawie nikogo oprócz moich przyjaciół. Będzie jeszcze gorzej niż było do tej pory i ty… Och, po prostu zmierzam do tego, że… Raczej nie skończę szkoły.
-W porządku- odpowiedział Amadeusz, skinąwszy głową.
Zamurowało mnie. Spodziewałem się, że zareaguje na tą informację zupełnie inaczej. Myślałem, że będzie mnie przekonywał, żebym tego nie robił, wypominał, że skończymy pod mostem tak, jak to czynił ostatnim razem albo nakłaniał do jakichś oszustw z jego udziałem. Ale z pewnością nie przypuszczałem, że będzie mu to kompletnie obojętne.
-W porządku…?- powtórzyłem.
-Tak. Dobrze. Jak wolisz.
Zamrugałem ze zdumieniem, nie wierząc własnym uszom. Naprawdę nie miałem dzisiaj na celu wszczynać żadnej awantury, ale bądź co bądź, już po raz któryś poruszyliśmy temat zazwyczaj dla Amadeusza drażliwy, wywołujący emocje albo przynajmniej komentarze, a on zachowywał się tak, jakby kompletnie go to nie interesowało.
-Dobrze? To nie jest dobre…- odpowiedziałem, czując się nieco nieswojo z faktem, że to ja muszę mu to uświadamiać. Wydawało mi się, że będzie mnie przekonywał i chociaż byłem pewien, że nie przyniesie to skutku, chciałem po prostu, żeby był w pełni świadomy tego, na co się decyduje. Był demonem, owszem, ale demonem związanym ze mną i to, co tyczyło się mojego życia, wpływało pośrednio na niego.
Amadeusz westchnął cicho.
-To twoja decyzja, Josh. Zresztą, to naprawdę nic takiego.
-Jeśli nie skończę szkoły, będę musiał iść do pracy. Może nie będę już mieszkał w tym miejscu. Może gdzieś się przeniosę. Nie będę mógł pójść na studia. Ani zrobić żadnych kursów, które wymagają średniego wykształcenia. Na pewno będę startował z innej pozycji niż Jack czy Jenna. Może nie będzie tak źle. Może to rzeczywiście okaże się dla mnie lepsze, ale na pewno to nie jest „nic takiego”- stwierdziłem stanowczo.
-Wasze życie różnie się układa, Josh…- odpowiedział demon.- Czasem decyzje, które wydają się trudne i znaczące w tym momencie, nie są takie w… dalszej perspektywie.- Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na niego bez zrozumienia, na próżno usiłując odnaleźć w jego słowach coś, co odnosiło się do tematu naszej rozmowy.- Trafia się na różne szanse i okazje. Nie należy przejmować się na zapas. Ciesz się chwilą.
… Nie należy przejmować się na zapas.
… Ciesz się chwilą.
Jeszcze moment, a stwierdzę, że ktoś podmienił mojego demona! Co jak co, ale choć Amadeusz od czasu do czasu rzeczywiście potrafił się cieszyć niektórymi CHWILAMI, dość konkretnymi zresztą, to z pewnością nie był kimś, kto nie martwił się na zapas. Właściwie większość naszych kłótni opierała się na tym, że wybiegał myślami w przyszłość, że z góry zakładał, że Ricky coś zrobi, że ja coś zrobię, że coś się wydarzy, że zachoruję… Nie było to nieracjonalne, wprost przeciwnie, wiele razy miał rację… Co się u licha zmieniło?!
-Ach, tak…- mruknąłem jedynie, ciągle patrząc na Amadeusza podejrzliwie.
-Tak właśnie powinieneś zrobić, Josh. Nie zamartwiać się, tylko skupić na tym, co przyjemne.
-Czyli na tobie…?- dopytałem litościwie.
-Skąd- odparł jednak ku mojemu zdumieniu.- To znaczy owszem, to na pewno, ale może skoncentruj się na tym, co lubisz…? Ostatnio tylko się zamartwiasz, Josh. Zrób coś miłego dla samego siebie. W ogóle, powinieneś spędzać więcej czasu ze swoimi przyjaciółmi…
Miałem wrażenie, że lada chwila się obudzę.
-CO?!- wykrzyknąłem niepohamowanie słysząc te słowa i spojrzałem na demona tak, jakby zwariował. Bo chyba tak było.- Kim jesteś i co zrobiłeś z moimi Amadeuszem…?- zapytałem na wpół żartobliwie, choć naprawdę zaczynałem się zastanawiać, czy nie przeszedł tej nocy gruntownego prania mózgu albo nie został zastąpiony przez innego demona.
-O co ci chodzi, Josh…?- zapytał niewinnie, jakby naprawdę nie rozumiał, skąd bierze się moje zdziwienie. Co jak co, ale do tej pory Amadeusz starał się jak najbardziej zajmować każdą ilość mojego wolnego, a także nie-całkiem wolnego czasu, a czasem wręcz obrażał się, gdy nie mogłem mu go poświęcić tyle, ile by tego chciał. Co mu odbiło?!
-O to, że do tej pory raczej odciągałeś mnie od moich przyjaciół, zapewne nie celowo, ale jednak, a nie zachęcałeś do spędzania z nimi większej ilości czasu. Wprost przeciwnie, zawsze narzekałeś, że nie spędzam go wystarczająco dużo  z tobą- przypomniałem.
-Po prostu chcę, żebyście utrzymywali dobre relacje…- mój demon chyba zamienił się w anioła. Jak tak dalej pójdzie, zwariuję.- Zwłaszcza, że nie będziecie się już spotykać…- spojrzałem na niego bez zrozumienia.- No wtedy, gdy nie zdasz.
-Nie zamierzam przestać się z nimi spotykać…- odpowiedziałem zgodnie z prawdą.- Chcę utrzymywać z nimi relacje nawet później… A przynajmniej z Jenną i Jackiem, bo w przypadku Katy chyba nie będzie to możliwe…- dodałem pod nosem.
-Dlaczego?- nie rozumiał Amadeusz.
-Pokłóciliśmy się- wyznałem, wzdychając cicho.
-O co?
-O ciebie. Wiesz, że udawałem przed nimi, że jesteś moim chłopakiem i mieszkasz gdzieś za miastem i dlatego nie mogę cię z nimi zapoznać…?- skinął głową.- Katy chciała do ciebie zadzwonić. W związku z tym, że byłem w szpitalu. Przejrzała mój telefon, ale nie znalazła po tobie śladu i doszła do wniosku, że wymyśliłem to wszystko tylko po to, by jakoś usprawiedliwić fakt, że olewałem ich przez tak długi okres czasu… Nie miałem pojęcia, co mam właściwie powiedzieć. Chciałem coś wymyślić, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Uznała, że ją ignorowałem i obraziła się na mnie. Nie sądzę, żeby chciała jeszcze ze mną rozmawiać…- dodałem szeptem.
Było mi przykro. Katy… Zawsze dobrze się rozumieliśmy. Wspierała mnie, a ja starałem się jej odwdzięczyć tym samym. Wiedziałem, że nie postąpiłem wobec niej i reszty moich przyjaciół uczciwie, ale ta sytuacja… To nie było dla mnie łatwe i nie dało się tego wyjaśnić w żaden racjonalny, zrozumiały sposób.
-Powinniście się pogodzić- stwierdził kategorycznie Amadeusz.
-Dzięki- parsknąłem z politowaniem.- Bez ciebie w życiu bym na to nie wpadł. Bądź równie błyskotliwy i podpowiedz mi… W jaki sposób?
-Przeproś ją.
-Ona nie oczekuje przeprosin, tylko wyjaśnień…- odpowiedziałem zgodnie z prawdą.- Nie mogę rzucić krótkiego „przepraszam” i oczekiwać, że zapomni o tym wszystkim. Chce wiedzieć, co się stało. A ja mogę albo dalej kłamać, w co już pewnie nie uwierzy, albo powiedzieć prawdę, czego efekt, w najlepszym przypadku, będzie dokładnie taki sam, a w najgorszym, w niedługim czasie wyląduję w psychiatryku…
Amadeusz uśmiechnął się tylko na te słowa. Ucałował mnie krótko w czoło, po czym rzucił lakoniczne:
-Na pewno coś wymyślisz, Josh.
Westchnąłem ciężko.
Niezmącony spokój mojego nowego „anioła” zaczynał mi już działać na nerwy.

piątek, 21 czerwca 2013

Rozdział 46 [Chaos]

Amir przebudził się, choć jeszcze przez długą chwilę nie otwierał oczu. Jego powieki były ciężkie, a on nie potrafił zmusić się, by je unieść. Jęknął głucho, z dużym trudem przewracając na bok. Czuł pulsujący ból w skroniach. Okropna migrena. Miał wrażenie, jakby jego ciało było słabe, niemal zupełnie wycieńczone, dlatego każdy, najmniejszy ruch, kosztował go tyle skupienia i energii. W uszach coś brzęczało mu uciążliwie. W głowie miał zupełną pustkę. W tym jednym momencie, był tak bardzo zamroczony i daleki od przytomności, że chyba gdyby ktoś zapytał go teraz o imię, miałby problem z odpowiedzią. I czuł zimno. Nieprzyjemne, przeszywające go na wskroś, choć z pewnością był czymś okryty. Nie wiedział, co się z nim działo, ani w tej właśnie chwili, ani wcześniej. Nie wiedział też, gdzie się znajduje. Leżał na miękkim posłaniu. Pościel pachniała ładnie. Gdy poruszył dłońmi, poczuł pod opuszkami palców delikatną fakturę kołdry. Odetchnął głębiej, stopniowo powracając do rzeczywistości. Otwarcie oczu przyszło mu z niemałym trudem. Pierwsze mrugnięcie… Następne… Jeszcze jedno… Z każdym kolejnym, jego powieki stawały się mniej ociężałe. Znajdował się w jakimś ciemnym pomieszczeniu. Ale gdzie…? Gdzie? Wszystko zaczynało do niego wracać. Atak. Wyjazd do lasu. Przejście. Demon. Fortis. Martwy Nadim. Nie, tak mu się wtedy wydawało, przecież tak naprawdę przeżył. Demony. Ponowne spotkanie z Nadimem. A później…? Co u diabła było później…? Rozmawiał z Elnirem, to na pewno. Jego ostatnie słowa jeszcze dźwięczały mu w głowie. A dalej…? Poszedł gdzieś chyba. Dokąd? Dlaczego znalazł się tutaj? Przypomniał sobie. Wszedł do namiotu. Chyba tam zasnął, bo już nic więcej nie pamiętał. Ale skąd się tutaj wziął? I właściwie co to było za miejsce?
Podniósł się powoli na przedramionach i dopiero wtedy spostrzegł dwóch jegomości stojących przy drzwiach, jak gdyby ich pilnowali.
-Gdzie ja jestem?!- rzucił bez zrozumienia Amir, patrząc w ich kierunku.
-Te, chyba się obudził…- poinformował swojego towarzysza jeden z mężczyzn, który nie tylko niezwykłą domyślnością, ale i głosem przypominał władcy tego strażnika, którego przyprowadził do niego kilka dni wcześniej Nadima. A nawet więcej. To był właśnie ten strażnik. Gdy Amir zdał sobie z tego sprawę, szybko udało mu się również rozpoznać pomieszczenie. To była sypialnia jego wuja. Jego sypialnia, ale choć od czasu koronacji spędził w tym miejscu wiele nocy, nie przyzwyczaił się jeszcze do jej wyglądu.
Poczuł się mocno zdezorientowany. Przecież tu nie wrócił. Na pewno nie, na pewno nie o własnych siłach, nie przypominał sobie niczego takiego. Wcale nie zamierzał wracać. Chciał skontaktować się z bratem, ale musiał przecież zostać z potomkami wilków. Demon miał wrócić po Nadima. Amir nie mógł go zostawić w takiej sytuacji. Wszyscy musieli być na to gotowi, choć nadal nie było jasności, czy istnieje chociaż nikła szansa by zapobiec temu, co w tym momencie zdawało się być nieuniknione.
-Kto mnie tu sprowadził?!- warknął Amir z wyraźnym gniewem. Zrzucił z siebie kołdrę i z cichym syknięciem zsunął się na brzeg łóżka, chcąc wstać.
-Idź po księcia- zarządził drugi, nieznany władcy osobiście strażnik, a jego towarzysz wyszedł prędko z pomieszczenia. Ten z kolei podszedł do Amira. Chwycił go za ramiona, przytrzymując go w taki sposób, by ten nie mógł wstać.- Panie, proszę… Nie ruszaj się, jesteś chory…
-Zabieraj ręce!- wycedził przez zęby mężczyzna, usiłując go od siebie odepchnąć.- Cofnij się, powiedziałem!- krzyknął, obruszony i zdumiony faktem, że strażnik wcale nie reaguje na jego słowa i wciąż trzyma go mocno, nie pozwalając mu się ruszyć. Z początku nie był w stanie zdziałać wiele, ale z każdą chwilą, miał wrażenie, jakby powracała do niego część sił. Rosły mężczyzna i tak był od niego silniejszy, ale w pewnym momencie, Amir zaczął się z nim szarpać, usiłując wyswobodzić się z uścisku silnych dłoni.- Jestem królem! Jak śmiesz mnie zatrzymywać! Zostaw!
Do pomieszczenia wszedł Hadrin, w towarzystwie drugiego strażnika.
-Już dobrze. Zostaw go- nakazał temu, który siłował się jeszcze z władcą. Mężczyzna skinął posłusznie głową, puszczając wściekłego Amira i cofając się.- Zaczekajcie za drzwiami- zarządził Hadrin.
Obaj skłonili się przed nim i prędko opuścili pomieszczenie, zamykając za sobą drzwi. Amir natychmiast zerwał się z miejsca, o mały włos nie przewracając małego stolika i znajdującej się na nim tacy, zapewne z posiłkiem dla niego.
-To ty kazałeś mnie tu sprowadzić?!- zapytał, choć było to raczej pytanie retoryczne.
Brat wpatrywał się w niego z uwagą.
-Jesteś chory. Połóż się z powrotem. Medyk mówił, że powinieneś dużo wypoczywać…
-Nie powinieneś był tego robić!- przerwał mu władca z nieskrywaną irytacją.
Hadrin westchnął głęboko.
-Kiedy cię znaleźli, byłeś nieprzytomny. Od czasu, gdy cię tu przywieźli, wybudziłeś się może ze dwa razy i opowiadałeś takie głupstwa, że spaliłbyś się ze wstydu gdybyś był świadom tego, co mówisz…- Amir rozejrzał się z uwagą po pokoju. Przebrali go do spania. Musiał ubrać się w coś normalnego. Zazwyczaj to służący szykowali mu strój, ale teraz na wierzchu nie było niczego odpowiedniego, a zresztą, potrzebował czegoś wygodniejszego od szaty. Otworzył jedną z szaf. Później następną. Znalazł kilka uroczystych strojów, ale przecież nie tego szukał. Spędzał w tej komnacie tak niewiele czasu, że nawet nie miał pojęcia, co i w jakich miejscach może się znajdować.- Miałeś dużą gorączkę. Co ty właściwie wyrabiasz…?
-Muszę tam wrócić- odpowiedział krótko Amir. Otworzył jedną z komód i dopiero tam znalazł swoje zwykłe ubrania. Wyjął prędko koszulę i parę spodni.
-Dlaczego…?- zapytał Hadrin i tym razem to w jego głosie dało się słyszeć nutkę irytacji.
-Po prostu, muszę tam być!- warknął władca. Opadł z powrotem na łóżko i zaczął przebierać się prędko, nie zwracając uwagi na obecność brata.
-Ze swoim kochankiem?- wycedził przez zęby książę, wyraźnie wytrącony z równowagi. Amir spojrzał na niego z niemałym zdumieniem. W czasie ich sporów jakie wynikły z koronacji i sprowadzenia do zamku małego Hatima, poznał takie oblicze brata, jakiego jeszcze nigdy nie widział. Ale i tak, widok Hadria w takim stanie był dla niego rzadkością. Jego krewny, jakby zawstydzony swoją uwagą, milczał przez chwilę, uspokajając się, by zacząć raz jeszcze- Po co? Sytuacja tam została opanowana. Nie jesteś im do niczego potrzebny. Doskonale dadzą sobie radę sami. Ranni zostali opatrzeni. Strat i tak nie uda nam się opanować. Sami będą musieli odbudować swoje… „posiadłości”. W porównaniu z królestwem, zabitych i rannych było bardzo niewielu… Nawet, jeśli patrzeć na to proporcjonalnie. Ale tutaj też dajemy sobie radę, choć straty są ogromne… Dziękuję, za twoje zainteresowanie losem poddanych…- dokończył kpiąco.
-Nie rozumiesz!- Amir podniósł się znowu, zapinając pospiesznie spodnie, by zaraz po tym, zacząć wdziewać koszulę.- Nic nie zostało opanowane! Ten atak nie był przypadkowy! To był ten demon! On powrócił!
Hadrin milczał przez dłuższą chwilę, patrząc jedynie na miotającego się po pomieszczeniu brata tak, jakby nie był pewien, jak na to wszystko zareagować.
-Zastanów się dobrze…- zaczął po chwili tonem dalekim od cierpliwości.- Zastanów się dobrze nad tym, co ty wygadujesz… Zapomniałeś chyba, że jesteś królem. I głupstwa, które opowiadasz, działają na twoją niekorzyść nie tylko prywatnie, ale i na niekorzyść całego państwa… Rozumiem jednak stan, w jakim się znajdujesz. Jesteś w szoku po tym, co się wydarzyło. Zachorowałeś. Masz prawo nie być do końca świadom tego, co się wokół ciebie dzieje. Przestań- dodał stanowczo. Amir zamarł, w czasie dopinania guzików koszuli i spojrzał na niego bez zrozumienia.- Nie wyjdziesz z tego pomieszczenia. Nikt cię stąd nie wypuści. Jesteś chory i przemęczony. Prześpij się. Zjedz coś. Porozmawiamy, gdy poczujesz się lepiej...- dokończył, odwracając się w stronę drzwi, jakby chciał odejść.
-Widziałem tego demona na własne oczy!- zawołał Amir.
Jego brat zatrzymał się z dłonią na klamce. Przez moment stał tak, zupełnie w bezruchu, jakby osłupiały, po czym znów zwrócił się w stronę krewnego. Władca doskonale wiedział, że jego słowa wzbudzą szok i niedowierzanie, ale taka była prawda. W takiej chwili jak ta, brakowało mu Ludwika i jego wsparcia bardziej niż kiedykolwiek. On sam nie wiedział, co ma zrobić. Komu powiedzieć o tym wszystkim. Jak działać. Co robić. Wuj wiedziałby, jak należy postąpić. On, mimo tego, że jeszcze nie skapitulował, czuł się kompletnie bezradny.
-Ten demon powrócił…- powiedział, już znacznie spokojniej, patrząc na brata i oczekując jakiejś reakcji z jego strony.- Fortis również. Chce połączyć kryształ w jedno i bez wątpienia mu się to uda. Nie wiem, co planuje uczynić później, ale cokolwiek by to nie było, jesteśmy w poważnym niebezpieczeństwie.
Hadrin spoglądał wprost na niego, choć nie odpowiedział w żaden sposób. Amir chciał odczytać z jego twarzy jakieś emocje. Niepewność? Przerażenie? Niepokój? Zaskoczenie? Zdumienie? Lęk? Cokolwiek, co pasowałoby do okoliczności i informacji, jakie mu przekazywał. Ale jego brat sprawiał wrażenie jedynie zamyślonego. Nie dopytywał. Nie sprawiał wrażenia, jakby interesowały go szczegóły. Jak gdyby słowa Amira w ogóle nie zrobiły na nim wrażenia.
-Dlaczego nic nie mówisz…?- zapytał władca.
-Bo nie mogę uwierzyć własnym uszom…- odpowiedział szczerze Hadrin.
-Zdaję sobie sprawę z tego, że to niewiarygodne, ale prawdziwe…- mówił dalej Amir.- Dlatego muszę wrócić do potomków wilków. On przyjdzie po Nadima. Muszę dowiedzieć się czy istnieje cokolwiek, co jesteśmy w stanie zrobić, żeby go powstrzymać.
Hadrin milczał długą chwilę.
-Dlaczego mi to robisz…?- zapytał w końcu, ku zdumieniu brata.- Dlaczego robisz to samemu sobie…?
-Co takiego…?- rzucił bez zrozumienia mężczyzna.- Posłuchaj… Zdaję sobie sprawę z tego, że możesz być zaskoczony…- stwierdził, choć jego brat nie sprawiał takiego wrażenia. Teraz rzeczywiście było mu bliżej do niepokoju.- Ale to, co się wydarzyło… To, czego nawet nie jestem w stanie nazwać, a co wywołało tak wielkie szkody… To nie był przypadek. To był atak. Działanie demona.
-Nie- odpowiedział stanowczo Hadrin.- To był zupełny przypadek.
-Co ty wygadujesz?!- prychnął Amir.- Niby jak jesteś to w stanie wytłumaczyć?! Jak możesz określić, co to takiego było?!
-Nie mogę. Jak wielu przypadków. Jest masa różnych kataklizmów i katastrof, które dzieją się bez żadnej przyczyny i których nie sposób wyjaśnić. Są tacy, którzy dopatrują się w tym zemsty bogów i tacy, którzy nie widzą w tym nic, poza nieznanymi nam jeszcze do końca siłami natury. Ty zaś mówisz o demonie…- westchnął cicho, odwracając na moment wzrok, wyraźnie zadumany.- Zapewne gdyby chodziło o powódź, zareagowałbyś podobnie. Szukasz wytłumaczenia, ale dlaczego chcesz sobie to wyjaśnić w taki właśnie sposób…? To do ciebie niepodobne…
-Niczego sobie nie tłumaczę!- odparł z irytacją Amir.- Taka jest prawda! W miejscu, z którego nadszedł atak, pojawiło się przejście! Portal! Przeszedłem przez niego i tam zobaczyłem demona! Na własne oczy!- podkreślił raz jeszcze, sądząc, że ten właśnie argument przekona jego brata. Przecież nigdy się nie okłamywali! Dlaczego Amir miałby wymyślać coś takiego…? Dlaczego Hadrin miałby tak sądzić?
-Tak…?- głos jego brata był spokojny. Nienaturalnie spokojny, bo zdecydowanie nie tak reaguje się na wieści o podobnym niebezpieczeństwie.- Może ktoś jeszcze widział tego demona…?
Amir skinął głową.
-Nadim- odparł zgodnie z prawdą.
-Ach, tak…- Hadrin pokiwał głową, wzdychając cicho.- Nadim…- szepnął aż nazbyt znacząco.
-Bo tylko on był tam ze mną!- wyjaśnił stanowczo władca.- Ale portal widziało wielu!
-Wielu…? Tak się składa, że ci, którzy wracali z lasu, relacjonowali mi na bieżąco to, co się działo… Żaden z nich nie wspominał ani o demonach, ani o żadnym portalu, a zgodzisz się chyba, że są to zdarzenia, które dość trudno pominąć w sprawozdaniu…? Może to tylko ja, ale mam wrażenie, że o takich faktach informuje się na samym początku…
Amir zawahał się przez moment.
-Portal widzieli tylko potomkowie wilków…- przyznał.
Teraz rozumiał, że był to błąd, ale w tamtej chwili nawet o tym nie myślał. Wszystko zdarzyło się tak szybko… Nie widział zresztą potrzeby angażowania w to ludzi. Bał się, że jakieś pogłoski mogłyby się rozprzestrzenić wśród ludu, a on sam jeszcze nie wiedział, jak zareagować na to wszystko, co się wydarzyło. Ogłoszenie tego wśród społeczeństwa wywołałoby panikę… Albo reakcje podobne do reakcji jego brata. Najpewniej jednak, i jedno i drugie, w różnych proporcjach. Nie widział więc najmniejszego sensu czynienia czegoś podobnego.
-Tak, to wiele wyjaśnia…- odpowiedział Hadrin z wyraźnym politowaniem.
-Nie wierzysz mi…- szepnął Amir.- Przysięgam, że widziałem tego demona na własne oczy… Naprawdę sądzisz, że mógłbym cię okłamywać w takiej kwestii? W jakiejkolwiek kwestii?
Jego brat zastanawiał się przez moment.
-Nie…- odparł w końcu.- Chciałbym sądzić…- dodał, ku niezrozumieniu i zdumieniu brata.- Ale obawiam się, że niestety nie.
-O czym ty mówisz?- zapytał Amir.
Hadrin odszedł kawałek. Podszedł do okna i odsłonił zasłony, po czym wyjrzał na zewnątrz. Władca wciąż spoglądał na niego z uwagą, oczekując odpowiedzi.
-Kiedy nasz wuj umierał…- zaczął w końcu książę po dłuższej chwili milczenia.- Właściwie niedługo po tym, jak zapadł na tę chorobę… Gdy spotykałem się z medykami i szukałem u nich rady, jeden bardzo szczegółowo wypytywał mnie o naszych rodziców i dziadków, których żaden z nas przecież nie pamięta… Powiedział bowiem, że z jego obserwacji wynika, iż wiele chorób natury umysłowej, przenosi się na kolejne pokolenia. Że są jak piętno. Nie szedłem tą drogą, bowiem sądziłem, że to bardzo mało prawdopodobne… W końcu nie słyszałem nigdy, by w rodzinie przytrafiło się coś podobnego, żadnych historii, pogłosek… Z drugiej jednak strony, wielu naszych krewnych zmarło w bardzo młodym wieku… Choroba mogła się nie zdążyć rozwinąć…
-Po co mi to mówisz?!- prychnął gniewnie władca, który doskonale wyczuwał bijącą ze słów brata sugestię.- Nasz wuj nie był chory! Był opętany!
-Jedyne, co go opętało, to słowa tego starego psa- odparł chłodno Hadrin.
-Owszem!- potwierdził Amir. Książę spojrzał na niego ze zdumieniem.- Canis nie był tak naprawdę przywódcą potomków wilków! Był nim Fortis! Fortis przejął jego ciało i to on kierował wszystkim… To on nakłonił wuja do takiej decyzji… On wysłał nas na tą misję… Od początku potajemnie działał na naszą szkodę. Czekał tylko na moment powrotu demona i odzyskania kryształu.
-Ty chyba naprawdę siebie nie słyszysz!- wybuchnął niepohamowanie Hadrin.- Zdajesz sobie w ogóle sprawę, jak bardzo nieprawdopodobne… Co ja mówię! … jak niemożliwe jest to, o czym opowiadasz?!
-Tak!- odparł zgodnie z prawdą Amir.- Zdaję sobie sprawę! Ale niestety, jest też prawdziwe.
Hadrin westchnął głęboko.
-Nie wątpię, że w to wierzysz…- powiedział cicho.- Posłuchaj…- zaczął po chwili, wyraźnie starając się uspokoić rozedrgany nieco głos.- Dzieje się z tobą coś naprawdę złego. Nie widzisz tego. Nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale to nie zmienia faktu, że tak właśnie jest.- Amir prychnął donośnie i pokręcił głową. Nie mógł uwierzyć, że jego własny brat usiłuje wmówić mu szaleństwo! Nie był szalony! Doskonale wiedział, co widział i co przeżył! Chyba po raz pierwszy w życiu był tego tak bardzo pewien!- Nie wiem jeszcze, co mam z tym wszystkim zrobić. Wiem tylko, że na pewno nie pozwolę ci się doprowadzić do takiego stanu, do jakiego doprowadził się Ludwik…
-Ludwik nie był szalony!- krzyknął Amir, wytrącony z równowagi.- Ja też taki nie jestem! Wszystko, co ci powiedziałem, jest prawdą!
Hadrin znowu milczał.
Amir był coraz bardziej zniecierpliwiony i wściekły. Nie miał już ochoty dłużej słuchać tych artykułowanych z dużą subtelnością oskarżeń, jak gdyby Hadrin rzeczywiście sądził, że ten ma nie po kolei w głowie. Może popełnił zresztą błąd, usiłując wytłumaczyć bratu całą tą sprawę. Może w ogóle nie powinien był wdawać się w tę dyskusję. Wydawało mu się jednak, że on na miejscu Hadrina wysłuchałby i starałby się zrozumieć, a mając wątpliwości, zweryfikować podane przez niego informacje… Tymczasem jego brat wydawał się bardzo pewny swego. Wyglądał za okno, zaniepokojony, posępny, smutny, ale przede wszystkim, zupełnie niewzruszony słowami i wyjaśnieniami Amira.
-Dosyć tego…- prychnął władca, dopinając koszulę.- Możesz dalej uznawać mnie za skończonego czubka, ale ja nie zamierzam siedzieć bezczynnie, gdy dzieje się coś takiego… Wracam do lasu.
-Nie- odparł stanowczo Hadrin.- Nie wracasz.
-Nie możesz mnie tu zatrzymać- odpowiedział Amir, przekonany, że tak w istocie jest.- Jestem królem. To ja sprawuję najwyższą władzę. Nie masz prawa mnie w żaden sposób ograniczać!- warknął.
-Mylisz się…- odpowiedział książę.- Nasz wuj, w czasie swojego panowania, ustanowił wiele nowych przepisów… Jedne z nich mówiły o tym, że jeśli władca z przyczyny choroby ciała lub umysłu, która może wpływać na sprawowaną przez niego funkcję albo uniemożliwiać jej sprawowanie, bądź też, jeśli świadomie lub nie, zaczyna on prowadzić działalność na szkodę królestwa, która została sprecyzowana w sposób szczegółowy i zawarto w niej również niezrozumiałe uleganie wpływom obcych nacji, królestw i państw, może zostać odsunięty od obowiązków tymczasowo albo zdetronizowany. Obawiałem się, że będę zmuszony wykorzystać ten przepis już wtedy, gdy choroba zaczęła atakować umysł naszego wuja, ale udawało mi się wszystko ukrywać i sprawować władzę za niego… Teraz jednak, będę zmuszony powołać się na to prawo… Muszę powiadomić radę.
Amir nie wierzył własnym uszom. Jego brat… Jego rodzony brat wmawiał mu szaleństwo! Chciał odsunąć go od tronu! Gdyby usłyszał to od kogokolwiek innego, uznałby to za zdradę czy spisek, ale patrzył na Hadrina i widział, co sprawiało mu niemały ból i rodziło w nim pełne rozgoryczenia niedowierzanie, widział, że jego krewny naprawdę wierzy w to, co mówi! Naprawdę uważał go za wariata!
-Hadrin!- rzucił Amir, drżącym od emocji głosem.- Zabierz mi władzę, jeśli chcesz… Zabierz cokolwiek zechcesz, ale nie zatrzymuj mnie tu i nie rób ze mnie szaleńca!
Książę odwrócił się w jego stronę.
-Nie chodzi o władzę. Jestem twoim bratem. To dla mnie bardziej bolesne niż możesz sobie wyobrazić, ale zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby ci pomóc. Nie pozwolę ci skrzywdzić samego siebie.
Powiedziawszy te słowa, ruszył w stronę drzwi. Amir natychmiast podążył za nim, gotów wydostać się z tego pomieszczenia za wszelką cenę i jeszcze nie wierząc, że jego brat rzeczywiście mógłby go tu więzić siłą. Jednak ledwie, gdy Hadrin otworzył drzwi i wydostał się za próg, dwóch strażników chwyciło Amira za ramiona i wciągnęło go z powrotem do pomieszczenia.
-Hadrin! Hadrin!- wrzasnął za bratem władca, usiłując wyrwać się z uścisku silnych rąk, ale nawet, gdyby nie był osłabiony, zapewne nie udałoby mu się to. Strażnicy dociągnęli go do samego końca pokoju, tam dopiero puścili i pospiesznie wyszli z pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi na klucz.
Amir dopadł do nich natychmiast, uderzając w nie z całej siły.
-Hadrin! Hadrin!- wrzeszczał, wołając imię brata, jakby licząc na to, że ten jeszcze wróci.- HADRIN!

Od zdarzenia, które miało miejsce o poranku, minęło kilka godzin. Amir spędził je na bezcelowych sporach, toczonych przez zamknięte drzwi z pilnującymi go strażnikami. Jego argumenty w pewnym momencie zamieniły się w jawne groźby i chyba, gdyby władca miał dostęp do swojej broni, rzeczywiście zrealizowałby je przy najbliższej możliwej okazji. Mężczyzna nie mógł zrozumieć, jak jego własny brat mógł mu zrobić coś takiego. Nie wierzyć mu… Owszem, to było nieprzyjemne, ale nawet zrozumiałe. Uważać za szaleńca… Bolesna świadomość. Ale zamknąć go tutaj, jakby rzeczywiście postradał zmysły na tyle, by mógł stanowić zagrożenie dla innych czy samego siebie?! To było absurdalne! Amir był pewien, że nikt nie ma prawa traktować go w ten sposób! Owszem, szaleńców należało izolować, ale takich, którzy stanowili realne niebezpieczeństwo dla ludzi dookoła! On nie zrobił niczego, by można było podejrzewać go o coś podobnego! Z początku był rozwścieczony do granic możliwości. Ale czas, jaki spędził w zamknięciu i osamotnieniu w końcu pozwolił mu się uspokoić i przemyśleć parę spraw na chłodno. Był pewien, że postępowanie Hadrina nie ma na celu wyrządzenia mu krzywdy. Wiedział, że brat chce jego dobra i wiedział również, że to, co przeżył w związku z „chorobą” Ludwika mogło odcisnąć na nim pewne piętno i zrodzić podejrzenia. Może gdyby on sam był na jego miejscu, może gdyby nie wyruszył nigdy na podobną wyprawę, nie przekonał się o istnieniu różnych niezwykłych i niewiarygodnych stworzeń i nie zobaczył tego demona na własne oczy, zareagowałby podobnie. Ale przecież nie uznałby Hadrina za kogoś, kto postradał zmysły. Chciałby to sprawdzić. Zweryfikować. Jego brat był w końcu człowiekiem rozsądnym. To co mówił Amir, zbyt rozsądnie nie brzmiało, ale przecież dało się to udowodnić! Mężczyzna był pewien, że gdyby miał możliwość spędzić z bratem więcej czasu i tym razem, nie reagować tak emocjonalnie, udałoby mu się wyjaśnić całą sprawę i przekonać Hadrina do tego, że ma rację. Dlatego też kazał jednemu ze strażników pójść do brata. Musiał odczekać jakiś czas, nim ktoś z zewnątrz otworzył drzwi i go wypuszczono. Nie miał jednak zbyt dużej swobody, bo dwóch jegomości, wciąż mu towarzyszyło, najwyraźniej gotowych zareagować na każdą próbę ucieczki.
Nastało bardzo ponure popołudnie. Niebo było ciemne i pochmurne, deszcz ledwie kropił, ale silny wiatr, który szalał za oknem, targając nieuprzątniętymi jeszcze konarami powalonych drzew, potęgował uczucie chłodu. Amir usłyszał charakterystyczne dźwięki, oznaczające, że zbliża się burza. Czuł niepokój i jakiś nieuzasadniony lęk wkradał się do jego serca, jak zawsze przy takiej pogodzie. Strażnicy wprowadzili go do kwater Hadrina, przeszli wraz z nim przez pierwsze pomieszczenie, będące gabinetem i niewielką biblioteką zarazem, a następnie wprowadzili go do pokoju księcia.
-Panie…- rzucił jeden z mężczyzn do siedzącego w fotelu Hadrina.
Ten wstał powoli, odwracając się w stronę przybyłych.
-Odejdźcie- zwrócił się do tych, którzy stali przy jego bracie.- Zaczekajcie za drzwiami gabinetu, proszę- dodał stanowczo. Najwyraźniej temat ich poprzedniej rozmowy został dosłyszany i szybko rozprzestrzenił się wśród służby. Amir nie był zdziwiony. Sądząc po płochliwych, ukradkowych spojrzeniach, jakie posyłali mu mijający go słudzy, wszyscy już wiedzieli o jego „obłąkaniu”. Tym razem Hadrin nie starał się tego uniknąć.
Strażnicy wyszli, zamykając drzwi od komnaty księcia. Bracia zostali w pomieszczeniu sami.
-Hadrin…- zaczął od razu władca, który już wcześniej przygotował się do tej rozmowy i przez to, przynajmniej z pozoru, zachowywał spokój, mając nadzieję, że gdy poskromi niepotrzebne emocje, łatwiej będzie porozumieć mu się z krewnym.
W tym momencie, w dalszej części pomieszczenia, typowo sypialnianej, niedomknięte okiennice otworzyły się na oścież pod wpływem wiatru i łupnęły o ścianę. Hadrin westchnął ciężko i ruszył w tamtym kierunku szybkim krokiem, by zamknąć je z pewnym trudem, po czym powrócił do krewnego.
Amir wziął głęboki oddech.
-Ja…
-Usiądź, proszę- przerwał mu brat, wskazując na jeden z foteli.
Amir usiadł posłusznie. Hadrin zajął drugi, stojący tuż obok, przy niewielkim stoliku, na którym spoczywała taca z napełnionym kieliszkiem i opróżniona do połowy butelka jakiegoś trunku. Władca zwrócił na to uwagę. Przed jego wyprawą Hadrin nie pił często, pomijając ich wypady do Trupiarni, różnego rodzaju przyjęcia czy biesiady. Od czasu jego powrotu i tych wszystkich zdarzeń, często widział krewnego z alkoholem.
-Wiem, że masz mnie za wariata…- zaczął Amir.
-Nigdy nie użyłem tego słowa- przerwał mu znowu książę.- I nigdy nie użyję- dodał stanowczo.- Uważam po prostu, że jesteś chory. Choć zdaję sobie sprawę z tego, że nie potrafisz tego pojąć.
-Na jedno wychodzi…- odpowiedział Amir, nie zamierzając wdawać się w tego rodzaju dyskusje. Walnięty, szalony, obłąkany, chory… Obaj przecież doskonale wiedzieli, o czym rozmawiali.- Wiem, że to, co ci powiedziałem było nieprawdopodobne. Wiem, że możesz mieć problem z uznaniem tego za prawdę. Rozumiem to. Ale jeśli istnieje sposób, w który mógłbyś zweryfikować to, co powiedziałem, powinieneś z niego skorzystać, nie sądzisz…?
Hadrin milczał długą chwilę, po czym sięgnął po kieliszek.
-Co to za sposób…?- zapytał, choć właściwie bez cienia zainteresowania.
-Ten portal- przypomniał Amir, patrząc na brata z nadzieją.- Jest w lesie. Możemy tam jechać w każdej chwili, choćby teraz, wskażę ci go…
Hadrin pokręcił głową. Amir zmarszczył brwi, nie rozumiejąc. Widział, jak jego brat bierze solidny łyk trunku.
-Już tam byłem…- szepnął książę po dłuższej chwili milczenia.
-Co takiego…?- władca był zdumiony, ale zreflektował się prędko- To dobrze… W takim razie wiesz, że mówiłem prawdę!- stwierdził, ale wyraz twarzy Hadrina raczej na to nie wskazywał.- Co się stało…?- zapytał niepewnie.
-Nie ma żadnego portalu.
-Co…?- parsknął Amir.- Ale… Ale może nie byłeś we właściwym miejscu! Pytałeś o to potomków wilków?!
-Pytałem. Powiedzieli, że przejście zniknęło. Kazałem im się zaprowadzić do tego miejsca mimo to, ale nie było tam śladu po tym portalu. Po demonie. Po czymkolwiek- mówił, a jego głos z każdą chwilą stawał się bardziej posępny i pełen rezygnacji. Amir nie mógł uwierzyć własnym uszom. Zniknął…? Ale jak to?!
Widzisz…- Hadrin uśmiechnął się gorzko.- Uczyniłem wszystko, co mogłem, by dać wiarę twoim słowom…
-To… To możliwe, że portal zniknął- szepnął Amir, mocno zdezorientowany.- Ale to przecież nie wyklucza tego, że wcześniej tam był!- upierał się. Może gdyby nie przeżył tego wszystkiego, co spotkało go podczas wyprawy, zwątpiłby w swoje własne zmysły, ale widział już zbyt wiele, by nie podejrzewać, że to jakiś celowy zabieg demona. Już raz uwierzył we własną chorobę, choć wtedy we śnie. Nie zamierzał po raz kolejny dać się podejść.- Przecież rozmawiałeś z tymi potomkami wilków…
-Po co miałbym z nimi rozmawiać?- przerwał mu Hadrin z nutką irytacji w głosie.- Mam pytać ślepo wierzących o to, co widzieli? To zmanipulowane grono sprawia wrażenie, jakby ledwie rozumiało, co się wokół nich dzieje! Choć może to łagodny osąd… Może tak naprawdę, to nie oni są zmanipulowani, lecz manipulują tobą. Wykorzystali twoją słabość... Twoją chorobę… Najwyraźniej twój kochanek miał dużo czasu, by się o niej przekonać. Tak jak i wcześniej Canis, który manipulował naszym wujem…
-To nie Canis nim manipulował, lecz Fortis!- powiedział z pełnym przekonaniem Amir. Jego brat parsknął cicho i pokręcił głową.- Widziałeś tam ich przywódcę?! Rozmawiałeś z nim?!
-Nie. Przecież twój kochanek obwieścił wszystkim jego zniknięcie podczas narady…
-Canis to tak naprawdę Fortis.- usiłował wytłumaczyć władca.- Od początku działał na naszą niekorzyść! Manipulował nie tylko Ludwikiem, ale i wszystkimi dookoła, chcąc uzyskać swój cel! Chciał dostać kryształ, połączyć go w jedno i odzyskać dawną siłę. Wciąż tego chce!
Okiennice otworzyły się po raz kolejny i do pomieszczenia wdarł się podmuch chłodnego powietrza. Hadrin podniósł się z miejsca i zamknął je raz jeszcze, nie odpowiadając na słowa brata. Nie wierzył mu. Amir widział to wyraźnie. Jego krewny wrócił na swoje miejsce. Dolał sobie alkoholu i znów sięgnął po kieliszek.
-Opowiem ci wszystko od początku…- zaczął nerwowo władca.- Kiedy przyjechałem na miejsce tragedii, zająłem się wraz z ludźmi szukaniem rannych i zabitych… Udało nam się znaleźć wielu, którzy schronili się przed atakiem, ale to nie jest teraz istotne… Kolejnego dnia, Elnir, przyjaciel Nadima, znalazł w lesie portal… Poszliśmy go obejrzeć. Wraz z nami było kilku potomków wilków. Nadim i ja weszliśmy do środka i znaleźliśmy się w pałacu. Tam był już demon. Czekał na nas. Pojawił się też Canis i pokazał swoje prawdziwe oblicze. Okazało się, że był to Fortis, który działał przez cały ten czas w ukryciu, po cichu realizując swój cel. Dowiedzieliśmy się wszystkiego. Demon chciał połączyć kryształ. Potrzebował do tego jednego z nas. Kazał nam się pojedynkować. Wydawało mi się, że zabiłem Nadima…
-Twój kochanek jest cały- przerwał mu z cichym westchnieniem Hadrin.- Widziałem go.
-Jest ranny.
-Być może.
-Ja mu to zrobiłem.
Hadrin pokiwał głową w zamyśleniu.
-Jeszcze niedawno uznałbym, że to niedorzeczność, ale, szczerze mówiąc, teraz nie jestem pewien do czego jesteś zdolny…
-Hadrin!- warknął gniewnie władca.- Nie rozumiesz?! Nie chciałem tego zrobić! Ten demon zabrał mnie do innego pomieszczenia… Kazał mi rozciąć sobie rękę i zabrudzić fragmenty kryształu krwią… Usiłowałem ugodzić go sztyletem, a wtedy on wbił mi go prosto w dłoń…
-I gdzie jest ta rana…?- szepnął Hadrin, choć zdawało się, że wcale nie oczekuje odpowiedzi. Nawet nie patrzył już zresztą na brata, a wpatrywał się w jakiś punkt przed sobą.
-Nie ma jej już, bo jakiś czas później, pojawiły się inne demony i jeden z nich mnie uleczył…
-Inne demony…?
-Tak! Ale nie takie, jak tamten! Pomniejsze! Fragmenty demonów!
-Fragmenty demonów…
-Tak! Pojawiły się, by zabrać dusze!
-Oczywiście…
-HADRIN!- wrzasnął wściekle mężczyzna.
Okiennice otworzyły się raz jeszcze i z impetem uderzyły o ściany. Przeraźliwie zimny wiatr wpadł do pomieszczenia. Hadrin zaklął z irytacją i ruszył w tamtym kierunku. Amir podniósł się i natychmiast podążył za nim, nie chcąc, by ta rozmowa skończyła się w tym momencie.
-Widziałem to!- krzyknął raz jeszcze.- Widziałem to wszystko na własne oczy!
-Nie wątpię… Wątpię natomiast, czy to naprawdę istnieje…
-Nie jestem szalony!- stwierdził stanowczo mężczyzna. Jego brat zatrzymał się przy oknie, usiłując je domknąć.- Nigdy nie dałem ci powodów, by myśleć w ten sposób!
-Dajesz mi je teraz.
-Możesz mi nie wierzyć, ale nie masz prawa mnie tu trzymać! Nie wolno ci tego robić!
-Robię to dla twojego dobra.
-Nie zwariowałem! Wkrótce się o tym przekonasz, ale błagam, pozwól mi stąd odejść! Muszę wrócić do Nadima!
-On zatruwa ci umysł!- wybuchnął Hadrin, zostawiając te przeklęte okiennice, z którymi siłował się od dłuższej chwili. Wiatr przybierał na sile. Coraz bliżejj słychać było burzowe odgłosy. Amir widział wyraźnie błyskawicę, która przecinała niebo. Wzdrygnął się mimowolnie.- Nim wyruszyłeś na tę wyprawę, byłeś zupełnie normalny! Odkąd wróciłeś, nie mogę cię poznać! Jeśli mam cię pomóc, muszę cię odciąć od jego wpływów! Nie mogę pozwolić na to, by wciąż mieszał ci w głowie! A poza tym…
W tym momencie rozległ się potężny grzmot. Okiennice rozwarły się raz jeszcze. Do wnętrza wdarł się wiatr o niewyobrażalnej sile, który dosłownie zwalił Amira z nóg. Mężczyzna z bolesnym jękiem, uderzył plecami w stojącą przy ścianie szafę. Słyszał jeszcze jak mniejsze meble i różnego rodzaju przedmiotu, przewracają się i zmieniają swoje położenie pod wpływem gwałtownego podmuchu. Dosłownie sekundę wcześniej, nim potężny mebel, który zachwiał się pod wpływem uderzenia, runął wprost na niego.
Amira zamroczyło na dłuższą chwilę. Chyba stracił przytomność. Gdy odzyskał świadomość, poczuł na sobie ciężar, który przycisnął go do posadzki i niemal uniemożliwiał ruch. Jęknął głucho, wyciągając przed siebie ręce i usiłując wyczołgać się spod szafy. Udało mu się jedynie nieznacznie przesunąć do przodu. Od połowy pleców w dół, wciąż przygwożdżony był ogromnym meblem. Niewiele był sobie w stanie pomóc dłońmi, nie mógł się przewrócić na plecy, nie mógł więc też unieść czy choćby podważyć ciężaru. Coś boleśnie wżynało się w jego udo, ilekroć starał się poruszyć nogami.
-Hadrin…?- rzucił po chwili cicho, podnosząc głowę i rozglądając się po pomieszczeniu.- Hadrin!- krzyknął, dostrzegając brata. Ten leżał kawałek dalej, przy ścianie, w którą zapewne musiał uderzyć, był bowiem nieprzytomny. Krew sączyła się z jego prawej skroni.- Hadrin! Hadrin!- wołał go władca, usiłując w ten sposób obudzić.- Pomocy! Straż! Niech ktoś tutaj przyjdzie!- wrzasnął kilkukrotnie, licząc na to, że być może znajdujący się na korytarzu strażnicy usłyszą jego wołania, ale była to nadzieja próżna. Znów próbował przesunąć się do przodu. Zacisnął zęby czując, że ostry przedmiot, rozdarł kawałek jego skóry.- Hadrin! Ocknij się! Hadrin!
Minęły może z dwie minuty. Książę najpierw poruszył się ledwie zauważalnie, po czym uchylił powieki i podniósł głowę, wyraźnie kompletnie zdezorientowany. Amir ucieszył się, że nic mu nie jest. Jeszcze raz zawołał brata po imieniu, ale ten wcale nie zwrócił na niego uwagi. Odgarnął z twarzy zbłąkane pasma włosów, próbując się podnieść, choć sprawiał wrażenie mocno skołowanego. I wtedy, chyba odruchowo kierując w stronę okna pełne niezrozumienia spojrzenie, zamarł w bezruchu, a na jego twarz wstąpił wyraz niedowierzania i przerażenia. Amir musiał wychylić się, czując nieprzyjemny ból w dolnej, pozostającej pod meblem, części pleców, by dostrzec to, co i on wdział. W oknie stała jakaś istota. Demon. Władca patrzył w jego kierunku jak sparaliżowany.
-Hadrin!- krzyknął w końcu do brata.- To ten demon!
Szarpnął się boleśnie, starając po raz kolejny wyswobodzić spod mebla, ale znów przesunął się do przodu ledwie o kilka centymetrów.
-Bogini…- szepnął ku jego zdumieniu Hadrin.
-Co takiego…? Hadrin!- wrzasnął władca.- To nie jest żadna bogini! To demon!
-To ja, Hadrinie…- odpowiedział demon z iście cynicznym uśmiechem.
Książę patrzył jeszcze przez chwilę w jego kierunku, po czym nagle padł na kolana, wciąż pełen lęku. Płochliwie podniósł wzrok tak, jakby bał się patrzeć w stronę tej istoty.
-Hadrin!- krzyknął znów Amir, chcąc uświadomić bratu, co naprawdę się dzieje.- Hadrin, słyszysz mnie?! To demon! Słyszysz?!
Ale wszystko wskazywało na to, że książę nie słyszał. Nie reagował na żadne słowo krewnego. Nie oglądał się na niego. Nawet nie szukał go wzrokiem. Jakby zupełnie nie był świadom tego, co zdarzyło się przed chwilą i co dzieje się wokół niego teraz.
-Czy wciąż jeszcze wierzysz, Hadrinie…?- zapytał demon.
-Ja… Ja…- zająknął się książę z bojaźnią w głosie.- Ja zwątpiłem… Wybacz mi, pani… Tak bardzo mi przykro…
-Niepotrzebnie- odpowiedział demon, tonem pełnym cynicznej łagodności.- Nie musisz czuć wstydu ani lęku. Przybyłam w odpowiedzi na twoje modlitwy. Te, które kierowałeś do mnie wtedy, gdy jeszcze wierzyłeś, że mogą cokolwiek zmienić…
-HADRIN!- Amir wykrzyczał imię brata tak głośno, jak tylko był w stanie, ale ten znowu go nie usłyszał.- To jest demon! Demon! To nie jest bogini! Hadrin!- krzyczał na próżno władca, pełen naiwnej nadziei, licząc na to, że choć jedno z jego zdań dotrze do księcia i pomoże mu się opamiętać czy ocknąć z tego dziwnego stanu.
-Jestem tu naprawdę…- powiedział demon. Hadrin drgnął wyraźnie.- Wiem, co cię trapi, Hadrinie. Wiem, jakie zadajesz sobie pytanie. Czy możesz ufać własnym zmysłom…? Czyż nie popadasz w szaleństwo…?- książę spuścił wzrok i skłonił się jeszcze niżej, trzęsąc się cały pod wpływem słów tej istoty.- Nie martw się, Hadrinie. Szaleństwo, jakie spadło na twojego wuja i brata cię ominie… Nie było bowiem chorobą, lecz karą…
-N… Nie rozumiem…- szepnął książę, wciąż nie podnosząc wzroku.
-Zostałeś wystawiony na ciężką próbę. Serce me rozpaczało nad twym losem i niesprawiedliwością, jaka cię spotkała… Wiedziałam jednak, że pewnego dnia uświadomisz sobie prawdę. Prawdę, którą znasz już od bardzo dawna… To jest właśnie ten dzień…
-Nie słuchaj go! To demon! To kłamca!- krzyczał Amir, świadom tego, że jest zupełnie bezsilny. Przesunął się o kawałek do przodu. Jęknął boleśnie, gdy to coś jeszcze głębiej rozcięło jego skórę.- Hadrin, błagam! Nie słuchaj go!- wycedził z wyraźnym trudem.
-O czym mówisz, pani…?- zapytał bez zrozumienia Hadrin, wreszcie podnosząc głowę.
-Nie jesteś kimś, komu przeznaczone było życie w cieniu…- odpowiedział powoli demon, uśmiechając się przy tym w sposób kpiący i pełen politowania. To tylko upewniło Amira w jego przypuszczeniu, że Hadrin widzi przed sobą coś zupełnie innego.- A kimś, kogo przeznaczeniem było życie o jakim wielu może jedynie marzyć i czyni to każdego dnia… Życie w szczęściu i zdrowiu… Pośród tych, którzy byli ci bliscy i których kochałeś najbardziej… Była ci przeznaczona władza. I miłość. Miłość, jakiej jeszcze nie doznałeś, bowiem uczucie, jakim darzyłeś tamtą kobietę, bliską twemu sercu, ale jakże nieprawdopodobnie okrutną i podłą, jakże niewdzięczną i niegodną ciebie, miłością wcale nie było… Przeznaczona ci była miłość cudownej kobiety. Księżniczki. Mądrej i roztropnej. Lojalnej i pełnej niezwykłego piękna. Miałeś kochać ją żarliwie, porzucając dla niej tę niegodną i ona miała kochać ciebie tak bardzo, że gotowa oddać była za ciebie życie… Przeznaczone ci było uwielbienie ludu. Szacunek i posłuch wśród możnych. Przeznaczony był ci potomek. Nie bękart. Nie syn z nieprawego łoża, a najprawdziwszy, godny ciebie, następca. Przeznaczone ci były czasu spokoju i dobrobytu…- demon urwał. Hadrin spoglądał na niego z wyczekiwaniem i niedowierzaniem jednocześnie, choć widać było, że z każdym słowem tej kreatury, staje się coraz bardziej pełen nadziei.- Ale ci, których uważałeś za najbliższych sobie, odebrali ci twoje przeznaczenie… Odebrali ci szczęście. Odebrali władzę. Tę kobietę, której nie poznałeś jeszcze, a którą poznasz, będzie bowiem przyszłą żoną twego obłąkanego brata, który nie zasłużył na jej piękno i nigdy go nie doceni… Odebrali ci poważanie arystokracji. Szacunek i uznanie ludu. Wszystko- skwitował dobitnie demon. Wargi Hadrina zadrżały wyraźnie.- Wszystko, na co zasłużyłeś. Kazali ci klęczeć, choć to oni mieli bić ci pokłony… Wstań, Hadrinie…- nakazał demon. Książę wahał się wyraźnie, ale wreszcie dźwignął się z kolan i podniósł powoli, wspierając o ścianę.- Nie musisz już klęczeć przed nikim.
-Ja nie rozumiem…- szepnął znów Hadrin, wyraźnie poruszony słowami demona.
-To kłamstwa! Kłamstwa!- krzyczał Amir, ale jego słowa jak wcześniej, tak i teraz, pozostawały zupełnie bez reakcji brata.- Mami cię i łudzi! Hadrin! Błagam!
-Rozumiesz…- odpowiedział spokojnie demon.- Wiesz dobrze, o czym mówię. Twoja pokora, poczucie posłuszeństwa, nakazała ci stłumić w sobie pewne emocje, ale te emocje są prawdziwe i szczerze… Nie powinieneś się ich wstydzić. Nie wstydź się zazdrości o to, co zostało ci bezprawnie odebrane. Nie wstydź się pożądać tego, albowiem masz pełne prawo, by tak właśnie czynić… To ich działanie doprowadziło do tej sytuacji. Działanie twojego wuja i brata. To oni sprawili, że to wszystko tak się skończyło…- Hadrin pokręcił gwałtownie głową, wyraźnie nie przyjmując do siebie tych słów, ale demon nie ustępował.- Dlaczego twój wuj nie powiedział ci, że to jego wybrał na swego następcę? Dlaczego twój brat nie starał się odwieść ciebie od spotkań z tamtą kobietą, choć wiedział, że była dla ciebie nieodpowiednia…? Tak naprawdę, to z jego winy poczęła to dziecko, które przecież wcale nie było potrzebne… To przez niego zginęła… Przez niego masz poczucie winy, przez niego się wahasz i przez niego cierpisz za tą, która nie była warta twojej miłości…
-Czego od niego chcesz?!- wrzasnął Amir, tym razem w kierunku demona.- Zostaw go! Mój brat nie ma z tym nic wspólnego! Przestań go mamić!
-To… To nie jest prawda…- szepnął Hadrin, kręcąc głową.- Amir… On nie ma z tym nic wspólnego… To ja…
-O nie. Wiesz. Wiesz bardzo dobrze, że to jest prawda…- stwierdził stanowczo demon.- Ośmieszono cię. Wystawiono niczym obiekt kpin. Wiesz co szeptają za twoimi plecami arystokraci, wiesz bardzo dobrze… Wiesz, co mówiło o tobie społeczeństwo wcześniej i co mówi o tobie teraz… Wielbią nie ciebie, lecz twojego brata… Mówią o nim: „bohater”… Ten, który prawdziwie kochał swojego wuja… Który poskromi możnych… Będzie kontynuował politykę swojego poprzednika… Ten odważny… Mężny…- z każdym słowem istoty, na twarzy Hadrina pojawiał się pełen niechęci i wściekłości grymas.- Ten uczciwy, o szlachetnym sercu, który przygarnął syna swego brata, gdy ten go odrzucił… Prawdziwy władca… Zasłużył na koronę… Tak o nim mówią. Ty też tak uważasz…?
-Zostaw go w spokoju!- krzyknął raz jeszcze Amir. Zacisnął mocno zęby, przesuwając się do przodu jeszcze o kawałek. Cały ciężar mebla spoczął na jego nogach. Wrzasnął głucho, starając się obrócić, ale i w takim ułożeniu, nie udało mu się tego uczynić.
Hadrin nie odpowiadał, choć być może ta cisza była bardziej wymowna niż jakiekolwiek słowa.
-Hadrinie. To, co spotkało twojego wuja, było karą za jego nieuczciwość...- szepnął demon, któremu ta cisza zdawała się nie wystarczać.- Ale gdzie był twój brat, gdy na ciebie spadł ciężar opieki nad tym starcem i odpowiedzialności za całe królestwo…? Czy był ci wdzięczny, gdy powrócił? Gdzie był gdy umarła ta, którą uważałeś za bliską sobie? Czy pomógł ci się uporać ze stratą? Czyż nie pozostawił cię samotnego i pełnego żalu…? Czy podstępnie nie odebrał ci potomka? Gdzie był wreszcie, gdy ta klęska przyszła na królestwo…? Czy bronił swoich obywateli? Czy przejmował się losem poddanych…? Pomyśl! Pomyśl, Hadrinie…. Czy naprawdę zasłużył na to, by być władcą…?
Hadrin wahał się wyraźnie, ale nie długo.
-… Nie- odparł w końcu.
-Powiedz to głośniej- zażądał demon.
-Nie- powtórzył książę, choć Amir i wcześniej słyszał go bardzo dobrze. Te słowa wcale go nie zdumiały. Może nawet były prawdziwe. On sam wątpił w to, by zasługiwał na koronę.
-A kto na to zasłużył…?- pytał dalej demon.
Jednak i tym razem odpowiedziało mu jedynie milczenie, wyraźnie zdezorientowanego i wstrząśniętego jego wcześniejszymi słowami, księcia.
-Ty na to zasłużyłeś, Hadrinie…- odparła istota.- Ludzie są głupi. Patrzą powierzchownie Oskarżyli cię o posiadanie wiejskiej kochanki, ale czy mówią teraz o nim z równym obrzydzeniem i niechęcią, choć jego kochankiem jest potomek wilków…? Kochankiem!- powtórzył znacząco, uśmiechając się przy tym drwiąco.- Mężczyzną… Kłamstwa, tak mówią. Pomówienia. Pogłoski. Zemsta arystokracji… A nawet jeśli, to cóż…? Z jakąż to łatwością przyszło im za to oskarżanie ciebie… Wiesz, dlaczego? On stanowi dla nich symbol siły. Ty zawsze wydawałeś się tym słabszym i podatnym na wpływy. On lepiej się prezentował… I rozpowiadał to, co mówiłeś mu w najskrytszej tajemnicy…
-Przestań!- wrzasnął głucho Amir.
-Nie…- zaprotestował Hadrin, choć sprawiał wrażenie tak wielce pogubionego, że nawet ten protest wydawał się ledwie pełnym nadziei słowem, a nie stanowczym stwierdzeniem.- Niemożliwe…
-Właśnie, ze tak. Nigdy nie miałeś w nim ani przyjaciela, ani nawet brata. Działał na twoją niekorzyść od samego początku. Uśpił twoją czujność powtarzaniem, że nie chce władzy… Ale przecież sam dobrze wiedziałeś… Sam czułeś, że coś tu nie gra, czyż nie…? W końcu, któż mógłby jej nie chcieć…? To zupełnie nieprawdopodobne!
-Amir nie zrobiłby mi czegoś takiego…- powiedział Hadrin, jak gdyby starał się przekonać samego siebie, a nie był zbyt pewien swoich słów.
-Jesteś pewien? Jesteś doprawdy niezwykłym człowiekiem, Hadrinie. Nawet teraz go bronisz. Ale przecież wiesz dobrze, że moje słowa są prawdą… Gdyby nie chciał władzy, zrezygnowałby z niej. Ale prawda jest taka, że całe swoje życie nie pragnął niczego innego…- choć demon wciąż kierował te słowa do księcia, jego wzrok spoczął na Amirze. Uśmiechnął się złośliwie, jak gdyby mówił również do niego.- Może kiedyś przyświecały mu dobre cele, ale jego własna ślepota i zachłanność go zgubiła. Mógł być dla ciebie doskonałym oparciem, ale wodzony na pokusę, stał się przeszkodzą… Ludzie są potwornie małostkowi… Gdy pożądają czegoś tak mocno, trudno im się skupić na czymkolwiek innym, gotowi są zrobić wszystko, kłamać, oszukiwać, zdradzić swoich najbliższych, zabić…- syknął jadowicie, uśmiechając się w kierunku Amira, po czym przeniósł wzrok na jego brata.- Twój wuj był chory, Hadrinie, i nie czekało go już nic dobrego, ale to twój brat pozbawił go życia… By nikt inny nie usłyszał, jak biedny starzec, targany wyrzutami sumienia, resztkami świadomości, przyznał na łożu śmierci, że to ty miałeś objąć tron…
-Kłamca!- krzyknął Amir.- Przestań go zwodzić!
-Ludwik tego nie chciał…- powiedział książę i akurat tego wydawał się być pewien.
-Ależ chciał. Wiedział dobrze, że tylko tobie jednemu należy się władza. Nie bez powodu szkolił cię i zabierał na te wszystkie spotkania. Rozumiał lepiej niż ktokolwiek inny, że tylko ty możesz go zastąpić.
-Więc dlaczego nie umieścił tego w swoim testamencie…?- zapytał Hadrin z goryczą w głosie.
-Ponieważ, choć przez długi czas prowadził żywot szlachetny, którym zasłużył sobie na szacunek, w pewnym momencie sprzeniewierzył się własnym zasadom…- powiedział demon, uśmiechając się jeszcze szerzej.- Pokierował się emocjami, a nie rozsądkiem… Uległ szantażowi… Szantażowi swojego psiego kochanka z młodości, który zamierzał osadzić na tronie kogoś przyjaznego ich nacji, kto mógłby wypełniać ich interesy i prowadzić do rzekomego zjednoczenia… I szantażowi ostatniego kochanka…- dodał, śmiejąc się cicho.- Czy muszę mówić, kim on był…? Przecież podejrzewałeś to już od jakiegoś czasu… Podejrzane relacje… Nie tylko między mężczyznami, ale i bliską rodziną… Gdyby ktoś to nagłośnił… Wiesz w ogóle, czemu twój wuj wysłał na tę wyprawę jego…? Bo liczył na to, że już nigdy z niej nie powróci.
-Nie!- zaprotestował gwałtownie Hadrin.- Wuj za nim tęsknił. Kochał go!
-Czyżby…? A może miał jedynie wyrzuty sumienia…?
Hadrin pokręcił głową, coraz bardziej zdezorientowany.
-Nie, ja… Ja nie wiem…
-Ale on wie. Wie doskonale… Chciałby z tobą porozmawiać…
-Co takiego…?- nie rozumiał Hadrin, ale zaraz zdumiał się jeszcze bardziej, patrząc dokładnie w to samo miejsce.- Wuju…- szepnął tkliwie, ledwie wierząc własnym oczom.- To naprawdę ty…
-Tak, Hadrinie- odparł znów demon.
-Przestań! PRZESTAŃ!- krzyczał wciąż Amir.- Nie mieszaj mu w głowie!
-Bardzo żałuję… Naprawdę żałuję, że nie uczyniłem tego, co powinienem był uczynić, wiązany dawniej złożoną przysięgą…- mówił demon tonem spokojnym i zarazem pełnym jakiegoś teatralnego strapienia oraz smutku.- Miałem czynić to, co najlepsze dla królestwa i moich poddanych, ale w tak kluczowej sprawie, jak ich przyszłe bezpieczeństwo, padłem ofiarą swoich własnych słabości… Wybacz mi, Hadrinie. Starczyło mi życia by odpokutować swój potworny błąd, ale nie miałem już sił go naprawić...
-O jakim błędzie mówisz…?- zapytał Hadrin, niemal wyzywająco.
-To ty miałeś być królem. Wiesz o tym dobrze.
-Więc dlaczego wybrałeś jego?
-Zbłądziłem. Zapłaciłem za swoje winy. Przyszedłem powiedzieć ci to, co już wiesz. Tylko ty powinieneś rządzić tym królestwem.
-Już na to za późno…- szepnął w odpowiedzi książę.
-Nigdy nie jest za późno- odparł stanowczo demon.- Twój brat nie zasługuje na władzę. Jeśli pozwolisz mu ją dłużej sprawować, zacznie realizować swoje cele i obietnice złożone tym, których niegdyś, w swym zaślepieniu, usiłowałem bronić… A gdy tak się stanie, Alitis przepadnie bezpowrotnie, zrujnowane jego szaleństwem… Nie pozwól, by tak się stało, bowiem w przeciwnym razie, nigdy już nie zaznam spokoju!
-Nigdy do tego nie dopuszczę!- stwierdził Hadrin bez cienia wątpliwości.- Nie będzie sprawował władzy dopóki się nie opamięta! Jest chory! Nie zdaje sobie sprawy z tego, że nim manipulują!
-Nie jest chory, Hadrinie…- szepnął demon.
Książę wbił w niego płochliwe spojrzenie.
-Pani…?- dopytał niepewnie, najwyraźniej oczekując na dalsze słowa swojej bogini.
-To, co ścigało twojego brata podczas wyprawy i co ściga go teraz… to nic innego, jak jego własne demony. Jego sumienie, które zmusza go do przyznania się do winy. Ale on nie ma w sobie tyle skruchy, co twój wuj… Nie chcę tego uczynić… Nawet za cenę zdrowych zmysłów…
-Nie wierzę w to- zaoponował Hadrin, choć w jego głosie próżno było szukać pełnego przekonania. Z chwili na chwilę był coraz bardziej zdezorientowany, coraz bardziej zagubiony. Amir nie winił go za nic i nie miał do niego pretensji. Słyszał w końcu, jakimi słowami mamiła go ta istota, wyobrażał sobie, jak wrażliwy musiał być jego brat na tego rodzaju argumenty po tym wszystkim, co go spotkało. Władca po prostu się bał. Bał się tego, co planuje zrobić ten potwór.-  Amir taki nie jest. Nie zrobiłby celowo niczego złego. Nie zaszkodziłby królestwu. Widziałem, jak cierpiał po śmierci naszego wuja. Wiem, że to był szczery żal.
-On tylko doskonale gra…- odparł litościwie demon.- Uwierz mi, Hadrinie. Od początku do końca, dążył jedynie do pozbycia się ciebie… Czekał tylko na odpowiedni moment. Gdybym się nie pojawiła, skończyłbyś swój żywot nim ten rok dobiegłby końca… Ot, tajemnicza śmierć młodego księcia…- szepnął do wstrząśniętego jego słowami Hadrina.- Nie wzbudzi niczyjego zainteresowania, o nie. Zostanie wyjaśniona jego pociągiem do alkoholu. Uzależnieniem. Niechęcią do życia… Cóż znaczy jedno samobójstwo więcej…
Hadrin stał w miejscu jak sparaliżowany, przez dłuższą chwilę jedynie poruszając ustami, jak gdyby chciał coś powiedzieć, ale żadne słowa nie mogły przejść mu przez gardło. Był przerażony. Zdumiony. Nawet, jeśli jeszcze nie dowierzał, to najgorsze scenariusze musiały mu teraz przychodzić do głowy. W jego oczach pojawiły się łzy.
-HADRIN!- krzyknął rozpaczliwie władca i tym razem zupełnie na próżno. Gwałtowny wrzask wydobył się z jego warg, gdy pokonał kolejne centymetry, usiłując wydostać się spod mebla. Ostry przedmiot rozciął jego skórę aż do łydki.- Zostaw mojego brata! On nie ma z tym nic wspólnego! Nic w ten sposób nie wskórasz!
-Nie zrobiłby mi czegoś takiego…- odparł wreszcie książę, wilgotnym od wstrzymywanego płaczu głosem.- To mój brat. Kocha mnie.
-Kocha…?- istota spojrzała na niego z pełnym politowania uśmiechem.- Czy ktoś, kto kocha, odebrałby ci to wszystko…? Władzę? Honory? Szacunek? Własnego syna…?
-Nie zabrał mi go- zaprzeczył natychmiast Hadrin.
-Ależ tak. Kochasz to dziecko. Niezależnie od tego, że nie pochodzi z prawego łoża… On o tym wiedział…
Hadrin skinął głową.
-… Dlatego go tu sprowadził…- powiedział.
-I dlatego go usynowił?- pytał jadowicie demon.- Nigdy już nie odzyskasz do niego praw. A przecież to ty jesteś jego ojcem. Kochasz go. Kochasz go tak bardzo…- Hadrin pokręcił głową, ale po jego policzkach spłynęły w końcu łzy. Załkał niepohamowanie.- Nie odtrąciłeś go przecież bez powodu… Twój brat nie może wiedzieć, jak bardzo cierpisz… Jak bardzo żałujesz… Nie może wiedzieć, że ilekroć patrzysz na swojego syna, widzisz jej oczy…
-Musiał to zrobić!- wykrzyknął Hadrin.- Zrobił to, bo ja tego nie chciałem!
-Nie, wcale nie… Zrobił to, bo potrzebował następcy… Ciebie się pozbędzie, a dziecko wychowa tak, jak tylko zechce… Nie pozwoli mu nawet pamiętać, czyim naprawdę jest potomkiem…
-To nie jest możliwe…- szepnął Hadrin,  łapiąc się za głowę.
-Pogódź się z tym. Jest taki naprawdę. Czyż nie podejrzewałeś tego tak wiele razy…?- zapytał demon, jak gdyby swoimi słowami chciał wzbudzić wątpliwości nie w księciu, a w jego starszym bracie. Amir mógł być zaskoczony ilością żalu, jaki odczuwał względem niego krewny, ale nie stracił do niego zaufania ani na chwilę. Błagał brata w duchu, by ten nie dał się podejść. By zrozumiał, że ma do czynienia nie z bogiem, a z zupełnie destrukcyjną siłą.
Hadrin odszedł na kilka kroków i zaraz znów powrócił w to samo miejsce. Miotał się, przerażony i zupełnie zdezorientowany, jakby już naprawdę nie wiedział, co jest prawdą, a co kłamstwem.
-Chcę wynagrodzić ci wszystkie cierpienia…- rzucił łagodnie demon.- Dlatego dam ci do władania królestwo… Każde królestwo na tej ziemi, jakiego tylko zapragniesz…
-Przestań! Hadrin!- krzyknął znów władca, doskonale wiedząc, jaki los spotkał tych, którzy wcześniej ulegli pokusom demona.
-Którym królestwem chciałbyś władać…?- zapytała istota.
Hadrin nie zastanawiał się długo. Podniósł na nią płochliwe spojrzenie i szepnął nieśmiało:
-Tym…
Demon uśmiechnął się szeroko.
-Wiedziałem, że podejmiesz właściwą decyzję… To najlepiej pokazuje, jak bardzo przywiązany jesteś do tego miejsca i jak bardzo troszczysz się o jego dobro… Pozwolę ci objąć tron, jeśli przysięgniesz mi, że gotów będziesz się pozbyć się jedynej przeszkody, jaka stoi ci na drodze…
-Przeszkody?- nie rozumiał Hadrin.
-Zdrajcy. Powiedz, że zabiłbyś swojego brata, Hadrinie.
Książę wzdrygnął się wyraźnie.
-Nie- zaprzeczył.- Nie, dlaczego miałbym to robić?
-Nie wymagam abyś to uczynił… Chcę po prostu wiedzieć, że byłbyś gotów, gdyby zaszła taka potrzeba…- uściślił demon, nie przestając się uśmiechać.- On wciąż może stanowić zagrożenie… Może zniszczyć wszystko, czego od zawsze pragnąłeś… Gdy już obejmiesz władzę ukażesz go jak tylko zechcesz. Wygnasz z królestwa. Wtrącisz do lochów. Może ułaskawisz… Ja chcę mieć jedynie pewność, że jeśli znowu będzie knuł intrygi za twoimi plecami, nie zawahasz się i zrobisz to, co zrobić powinieneś… Zrobisz to, prawda, Hadrinie?- zapytał otwarcie.
-Ja…
-Weź ode mnie ten miecz- powiedział demon, choć Amir nie widział, by ten trzymał cokolwiek w dłoniach.
Hadrin spoglądał jednak w jego kierunku. Podszedł o kilka kroków bliżej. Zatrzymał się, cofnął i znowu ruszył w stronę demona. Amir zawołał go raz jeszcze, choć dobrze wiedział, że nie ma teraz na brata najmniejszego wpływu. Szarpnął się gwałtownie. Zdusił w sobie jęk bólu, czując, jak ostry element mebla, przesuwa się aż do jego kostki, aż wreszcie udało mu się wyswobodzić w większej części. Znowu próbował się przewrócić na plecy.
-Czy jesteś gotów zabić swojego brata, Hadrinie…?- zapytał demon.
Książę przystanął gwałtownie na środku pokoju, wahając się.
-Tylko tego oczekuję. Nie czynu, lecz deklaracji. Powiedz to. Powiedz, że gotów byłbyś go zabić.
Hadrin miczał.
-Tylko tyle. Tylko te kilka słów…- mamiła go istota.- Ta drobna przysięga w zamian za całe królestwo… W zamian za ciebie na tronie… Alitis będzie miało wspaniałego króla… Odważnego króla. Takiego, który nie zawaha się uczynić wszystkiego, co w jego mocy, by utrzymać ład i porządek… Tego potrzebują te ziemie. Rozsądku i stanowczości. Powiedz, Hadrinie…
Amir wychylił się ze znacznym trudem, usiłując przewrócić na plecy. Udało mu się to dopiero po chwili. Zgiął się w pół i próbował podważyć ciężki mebel, ale miał z tym duże trudności. Chciał jak najszybciej interweniować, choć wydawało mu się, że zaraz jego brat wypowie te słowa, na które demon oczekiwał z tak wielką satysfakcją, jak gdyby już był pewien tego, że rzeczywiście padną.
-… Nie- szepnął nagle Hadrin, ku zdumieniu istoty i swojego własnego brata.
Amir zamarł na moment w bezruchu, oglądając się na niego.
-O czym ty mówisz, Hadrinie…?- zaniepokoił się demon.- Chcę ci oddać królestwo. Twoje królestwo. Ono ci się należy. Ale by być go godzien, musisz być gotów na wielkie poświęcenia…
-Nie mogę zabić mojego brata…- szepnął książę.- Nawet, jeśli Ludwik popełnił błąd, wybrał jego. To on sprawuje legalną władzę. Nie odbiorę mu jej. I nie zabiję go.
-On zniszczy wszystko to, czego zawsze pragnąłeś…- nie ustępował demon.- Jak możesz się wahać?
-Nie zabiję go- powtórzył Hadrin, tym razem bardzo stanowczo.- Nawet, gdybym chciał… Nie będę w stanie. Nie zrobię tego. Nie potrafię.
Demon milczał przez dłuższą chwilę, po czym nagle wybuchnął donośnym śmiechem, by następnie rzucić pełne rozbawienia:
-Skoro tak…
Hadrin pobladł w jednej chwili. Cofnął się tak gwałtownie, że potknął się o własne nogi i upadł na podłogę, spoglądając wciąż w te samo miejsce, ale jak się zdawało, teraz widział coś zupełnie innego.
-Czym ty jesteś…?- szepnął, przerażony.
-To demon!- krzyknął Amir.
Jego brat po raz pierwszy spojrzał wprost na niego, wyraźnie zdumiony.
-Amir…?- rzucił, sprawiając wrażenie, jakby ledwie rozumiał, co się wokół niego dzieje.
-Bardzo się od siebie różnicie…- stwierdziła istota, uśmiechając się szeroko.- Ale w jednym, cała wasza rodzina, wykazuje niezwykłe wprost podobieństwo… Nie umiecie podejmować dobrych decyzji…- skwitował i nagle zniknął.
Hadrin siedział na posadzce, dosłownie wstrząśnięty. Znów przeniósł wzrok na brata.
-Byłeś tu przez cały ten czas…?- zapytał z wyraźnym zawstydzeniem.
-To nie jest najlepsza pora…- odparł zgodnie z prawdą Amir i jęknął głucho, z dużym trudem unosząc szafę na tyle, by wreszcie wydostać się spod niej. Odsunął się kawałek dalej, sięgając dłonią do krwawiącej nogi. Syknął cicho.
-Przepraszam… Nie wierzyłem ci… Nie mogłem uwierzyć, że to prawda! A to wszystko, co mówiłem…
-Nie musisz się przede mną tłumaczyć…- odpowiedział stanowczo władca.- A już na pewno nie teraz. Mógłbyś mi pomóc...?
Zauważył, jak jego brat podnosi się powoli i staje na drżących nogach. On sam przetarł krew i przesunął się bliżej łóżka, sądząc, że zaraz, gdy będzie musiał w końcu wstać, podeprze się na meblu i w ten sposób ułatwi sobie sprawę, bo nie czuł się zbyt stabilnie.
-Amir… Nie mogę się ruszyć…
-Hm?- mruknął władca i skrzywił się z bólu, usiłując obwiązać kawałkiem materiału miejsce, które najbardziej krwawiło.
-Amir!
Dopiero słysząc to wołanie, spojrzał na brata. Zauważył, że ten idzie przed siebie. Spokojnie i powoli. Krok za krokiem. Wprost w kierunku okna. Spostrzegłszy to, uniósł się nieco i spojrzał w tamtą stronę przez moment sądząc, że być może ten demon powrócił. Dopiero po chwili dostrzegł, że na twarzy jego krewnego widnieje wyraz przerażenia, niemalże paniki.
-Co się dzieje…?- zapytał bez zrozumienia.
-Nie wiem!- odparł rozpaczliwie Hadrin.- Nie wiem! Nie wiem, co się ze mną dzieje!
-Co takiego…?- rzucił, marszcząc brwi.
-AMIR!
Dopiero widząc jak książę zatrzymuje się na moment przy oknie, by zaraz wspiąć się na parapet, władca zrozumiał, co ten miał na myśli. Zerwał się natychmiast na nogi, ale odrętwiałe kończyny zachwiały się pod nim gwałtownie. Omal nie upadł. Ruszył biegiem w kierunku brata.
-Amir! Błagam… Amir…- Hadrin zrobił jeden krok do przodu.- Błagam! BŁAGAM!- zawył rozpaczliwie na moment przed tym, nim runął w dół.
Władca dobiegł do okna, ale udało mu się pochwycić jedynie fragment szaty, który niemal natychmiast wymsknął mu się z dłoni. Zamarł w bezruchu, z okrzykiem na ustach, widząc jak jego brat spada na dół i w ułamku sekundy uderza w ziemię. Usłyszał czyjeś krzyki. Strażnicy i służący, którzy wycofali się do pomieszczeń albo schronili przed deszczem pod balkonami, wybiegali na zewnątrz i podbiegali do nieruchomego ciała, chcąc sprawdzić, co się wydarzyło. Amir był kompletnie oszołomiony. Tak bardzo, że przez długą chwilę, zupełnie nie docierało do niego to, co się wydarzyło. Obserwował z okna panujący na zewnątrz zamęt. Patrzył na martwego brata. Nie mógł w to uwierzyć. Po prostu nie mógł w to uwierzyć…
Pełen wściekłości i bólu wrzask wydobył się z jego warg. Cofnął się o kilka kroków, czując napływające mu do oczu łzy. Jak mógł tego nie przewidzieć…? To wszystko były ledwie sekundy… Miał zbyt mało czasu, by zareagować, zbyt mało czasu, by uświadomić sobie, co właściwie się dzieje… Wydawało mu się, że demon odszedł i chociaż przez tę chwilę, nic już im nie zagraża, że są tymczasowo bezpieczni. Jak mógł się tak bardzo pomylić!
Odwrócił się i raz jeszcze spostrzegł przed sobą tą istotę.
-Gdzie jest twój bratanek, Amirze…?- zapytał demon, na chwilę przed tym, nim tak jak wtedy w mgnieniu oka rozpłynął się w powietrzu.
Władca zatrzymał się na moment, kompletnie sparaliżowany, ale zaraz, kulejąc przez ranną nogę, wybiegł z komnaty tak szybko, jak był w stanie. Pokonał gabinet i znalazł się na zewnątrz, chwytając jednego ze strażników za ramiona, nim ten zdążył jakkolwiek zareagować.
-Gdzie jest Hatim?!- wrzasnął.
-Panie, krwawisz…- zauważył drugi.
-Gdzie jest Hatim?!- powtórzył Amir, wpatrując się wprost w tego, z którym wcześniej ustalał sprawy związane z przybyciem do zamku Nadima.
-Książę Hadrin…?- bąknął mężczyzna, patrząc to na króla, to na swego współpracownika, jakby nie bardzo wiedział, co zrobić w tej sytuacji.- Był z tobą, panie…
-Mój bratanek!
-Ach… Mały książę… Hm…
-Gdzie on jest?- zapytał Amir, tym razem zwracając się do drugiego z mężczyzn.- Gdzie go przenieśliście po tej katastrofie?
-Ja… Mogę się zaraz dowiedzieć, panie- odpowiedział natychmiast strażnik.
-Zaprowadź mnie tam- zażądał nerwowo władca.
Mężczyzna skinął głową. Ruszył przodem, a Amir podążył za nim.
-A co z rozkazami księcia…?- zapytał bezradnie ten, który pozostał na miejscu.
Amir zszedł na dół za sługą. Ten odnalazł jakąś kobietę, która miała nadzorować opiekę nad Hatimem. To była starsza kobieta, niska i krępa. Wyszła z pokoju i spojrzała na króla z wyraźnym zdumieniem.
-Twój potomek, panie…?- zapytała, reagując na wcześniejsze pytanie strażnika.- Jest w najlepszych rękach! Zostawiłam go z tą… Och, no… Ach, tyle tu tych dziewuch, ale ona ma swoje dziecko i dobrze się zna, a poza tym…
-Gdzie?!- przerwał jej ostro Amir.
Kobieta spłoszyła się wyraźnie.
-Już prowadzę- stwierdziła jednak i ruszyła szybkim krokiem przed siebie, prowadząc mężczyzn do bocznego skrzydła zamku.- Nie ma się czym przejmować, najdroższy królu! Syn twój ma należytą opiekę... O, to już tutaj, już zaraz…
W tym momencie jedne z drzwi otwarły się gwałtownie i wyleciała z nich przerażona dziewczyna.
-Oto i ona!- rzuciła starsza kobieta, wskazując na nią głową.
-Dziecko!- krzyknęła przerażona służka, podbiegając do niej.- Dziecko zniknęło!
-Co takiego…?- parsknęła staruszka.- Co ty najlepszego opowiadasz, dziewczyno…? Opamiętaj że się! Król przyszedł zobaczyć swojego potomka!
Dziewczyna wpadła w panikę.
-Przepraszam! Przepraszam, przepraszam!- powtarzała chaotycznie, patrząc to na swoją zwierzchniczkę, to na Amira.- Byłam tam przez cały czas, przysięgam! Nie wiem, co się wydarzyło! Nie wiem, co się stało!
-Co ty za brednie wygadujesz!- warknęła starsza pani, odpychając ją sobie z drogi i ruszając do pomieszczenia.
Amir poszedł w ślad za nią. Młoda dziewczyna, przerażona tym wszystkim, uczepiła się jego ramienia, wbijając w niego rozpaczliwe spojrzenie.
-Panie! Panie, błagam!- załkała.- Przysięgam, że nie odstępowałam go na krok! Ledwie odłożyłam go do kołyski… Odwróciłam się i już go nie było!
Władca dobrze wiedział, że nie miała z tym nic wspólnego. Jednak odsunął ją od siebie nie mając sił, by wypowiedzieć choćby słowo. Usłyszał zduszony, pełen zdumienia okrzyk staruszki. Wszedł do komnaty, słysząc za sobą zlęknione zawodzenie dziewczyny. Kołyska była pustka. Nie było ani śladu dziecka.
-Głupia dziewucha!- rzuciła kobieta, która też się przeraziła.- Co za głupia dziewucha! To… To… Mój panie! To się da wyjaśnić! Ja zarządzę poszukiwania… Tak, poszukiwania! W całym zamku… Ja… Ja…
Amir osunął się pod ścianę, nie odpowiadając ani słowem. Wszystkie słowa i zapewnienia ledwie do niego docierały. Po kilku minutach, w pomieszczeniu pojawił się drugi ze strażników.
-Panie… Panie, potworne wieści…- rzucił, wyraźnie wstrząśnięty.- Książę nie żyje! Znaleźli go martwego! Ponoć wypadł z okna…
Służący, którzy przybył na miejsce z Amirem, spojrzał na władcę z wyraźnym zdumieniem.
Amir doskonale wiedział, jakie zrodziły się w nim przypuszczenia.

Siedział w jakimś pomieszczeniu, osowiały i ledwie przytomny, pozbawiony jakiejkolwiek nadziei i świadom swojej bezradności. Cierpienie, jakie przeżywał po śmierci brata i stracie Hatima było nie do opisania, wprost niewyobrażalne. Wydawało mu się zawsze, że gdyby zdarzyło mu się coś podobnego nie spocząłby, póki nie zemściłby się na kimś, kto odebrał mu coś tak istotnego. Ale teraz czuł się bezsilny. Wszystkie zmysły miał przytępione, ledwie docierało do niego to, co działo się wokół. Wiedział, że poszukiwania nie przyniosły żadnego rezultatu. Te zresztą ciągle trwały, bo po pierwszych, zaraz zarządzono kolejne, bardziej dokładne, a spanikowani służący, zwłaszcza ci, na których spoczywała odpowiedzialność za królewskiego potomka, biegali po całym zamku, naiwnie jeszcze licząc na to, że dziecko gdzieś się odnajdzie. Amir nie miał już tej nadziei. Nie miał też nadziei, że może jeszcze zrobić cokolwiek, by uchronić Hatima przed tym, co spotkało jego brata. Doskonale pamiętał słowa tego demona. Powiedział, że odbierze mu wszystko. Już raz próbował. Dlatego niemal sprawił, że Nadim zginął z jego ręki. Ale Amir nie przypuszczał, że posunie się do czegoś takiego… Chciał mu udowodnić, że nie ma oparcia w bracie. Pokazać, że ten nigdy nie był wart jego zaufania, że wodzony na pokuszenie nie tyle nawet zostawiłby go, co gotów byłby go zgładzić. Gdy Hadrin mu się oparł, wybrał inny sposób, by na zawsze pozbyć się go z życia władcy. A później jeszcze Hatim… Przypuszczał, że gdy kryształ zostanie połączony, demon nie zawaha się i zgładzi również Nadima. Amir nie miał już sił. Z czym on się właściwie mierzył…? Przeciw czemu występował? Jak można walczyć z czymś tak potężnym…? Nie pamiętał ile razy zadawał sobie to pytanie i jak często docierała do niego świadomość beznadziejności sytuacji, w jakiej się znalazł.
Do pomieszczenia wszedł jeden ze służących.
-Panie…- zaczął ostrożnie. Wszyscy chodzili wokół niego jak na palcach, trudno powiedzieć, czy przez śmierć brata i zniknięcie bratanka, czy z zupełnie innego powodu. Amir miał wrażenie, że pracownicy zamku czują się mocno zdezorientowani. Do tej pory większość rozkazów wydawał im Hadrin. On też nakazał przecież nie wypuszczać Amira z jego komnaty i pilnować go. A po tym wszystkim… Chyba nikt już nie wiedział, co właściwie ma robić.- Przybył przewodniczący rady i jego zastępca. Proszą, abyś niezwłocznie się z nimi spotkał…
Władca przeniósł na niego spojrzenie, początkowo zupełnie pozbawione wyrazu. Przez moment gotów był stwierdzić, że jest mu to właściwie zupełnie obojętne. Ale zaraz, chyba pod wpływem tych słów, które usłyszał, jego bezradność i niepewność przekuły się w coś zupełnie innego. We wściekłość. Desperacką, niemal szaleńczą, ale, paradoksalnie, przywracającą jego zmysłom jasność. Tak to miało wyglądać…? Miał tu siedzieć zrezygnowany, skapitulować, dręczyć się wyrzutami sumienia i poczuciem winy…? Miał zapomnieć o wszystkim i pogrążyć się w rozpaczy, świadom tego, w jak katastrofalnej sytuacji się znalazł…? Miał przyjmować arystokrację i tłumaczyć im wszystko , jak gdyby zaistniała sytuacja była zupełnie normalna…? I przede wszystkim, miał jedynie czekać na ruch tej kreatury, miał dawać jej satysfakcję, pozwolić jej sądzić, że osiągnęła swój cel? Że go złamała?
Nie. Nie zamierzał tego robić.
Podniósł się gwałtownie z miejsca. Musiał mieć groźną minę, bo młodzieniec spłoszył się i cofnął o kilka kroków, wyraźnie zlękniony. Władca wyminął go szybkim krokiem, opuszczając pokój. Ruszył wzdłuż korytarza. Sługa wybiegł za nim.
-Panie!- zawołał.- Gdzie mam ich zaprowadzić ?
-Najlepiej do diabła!- odkrzyknął mężczyzna, nie zatrzymując się już.
Wspiął się po schodach i trafił do swojego gabinetu. Przeszedł do sypialni. Przebrał się prędko w czyste ubrania i znów wrócił do poprzedniego pomieszczenia. Niemal odruchowo rozejrzał się po nim uważnie, choć dobrze wiedział, czego szukał. Podszedł do stojącego przy ścianie kufra, otworzył go i wyjął z wnętrza swój miecz. Kilkukrotnie obrócił broń w dłoniach, zamyśliwszy się na moment.
Czy miał jakiś konkretny plan?
Żadnego.
Czy naprawdę wierzył, że może mu się udać zwyciężyć?
Ani przez chwilę.
A jednak w swym rozgoryczeniu i gniewie doszedł do wniosku, że nie przestanie walczyć. Nie zostawi Nadima samego. Nie podda się. Choćby i z czystej przekory! Demon chciał zabrać mu wszystko…? Już niewiele mu pozostało. Ale nie brał pod uwagę tego, że im mniej mężczyzna miał do stracenia, tym mniej się również obawiał. Najwyraźniej losy jego i Nadima zostały przypieczętowane już dawno temu. I jeśli miał zginąć, to tylko u jego boku. I robiąc wszystko, co w jego mocy, by napsuć temu potworowi krwi.
Usłyszał odgłos kroków i to one przywróciły go do rzeczywistości. Kilka sekund później, w pomieszczeniu pojawili się Fryderyk i Golvan, prowadzeni przez tego młodego służącego, który zapewne nawet nie przypuszczał, że król może się tu znajdować, a jedynie przyprowadził jegomości do jego gabinetu, z braku lepszego pomysłu. Widząc Amira, skłonił się przed nim i wycofał pospiesznie. Władca wyprostował się powoli, rzucając przybyłym ukradkowe spojrzenie. Zauważył, że nie było przy nich zwyczajowej obstawy straży i służących. Być może była to kwestia pośpiechu, a może nie chcieli, by treść ich rozmowy usłyszał ktokolwiek poza nimi samymi.
-Witaj, szanowny Amirze…- odezwał się Fryderyk charakterystycznym, piskliwym głosem. Amir spodziewał się, że może usłyszy w nim nawet nutę smutku, wszakże możny musiał zostać już poinformowany o śmierci jego brata, a podobno darzył Hadrina dużym szacunkiem i łączyły ich dobre relacje. Ale to nie smutek, ale wyraźne niezadowolenie przebijało się z tonu mężczyzny, nie mające zapewne nic wspólnego z księciem.
Golvan ukłonił się przed królem.
Amir zignorował ich. Zaczął przypinać miecz do pasa. Raz jeszcze rozejrzał się po pomieszczeniu, zastanawiając czy nie potrzebuje czegoś jeszcze, ale był przekonany, że ma już wszystko.
-Amirze, skąd ten pośpiech…?- zagadnął go Fryderyk, unosząc brew.- Nie chcę nic mówić, ale wygląda to tak, jakbyś szykował się do opuszczenia zamku…- dodał. Amir nie zaprzeczył. Właściwie wcale się nie odezwał.- A to z kolei wygląda na ucieczkę… Co, przez zaistniałe fakty, nie stawia cię w najlepszej sytuacji…
Władca wciąż milczał.
-Twój brat nie żyje…- kontynuował arystokrata.- O czym dobrze wiesz, wszak jedynie ty byłeś z nim wtedy w pokoju…- dodał, uśmiechając się przy tym znacząco.- Musiałeś więc dobrze widzieć całą sytuację i z pewnością możesz nam to wszystko wyjaśnić.
Amir znów nie odpowiedział. Umocował broń przy pasie i już opuściłby pomieszczenie, gdyby na drodze nie stali mu nieproszeni goście.
-Wiesz, że w obliczu takich podejrzeń milczą jedynie ci, którzy nic już nie mają na swoją obronę…?- zapytał Fryderyk, wciąż z tym samym uśmiechem.- Twój brat zginął w dość… niejasnych okolicznościach. Dostaliśmy od niego wiadomość, jak zapewne wiesz, w której poinformował nasz, iż w związku z twoją psychiczną kondycją… Wybacz, zdaję się, że się przesłyszałem, ale czyżbyś opowiadał coś o powrocie demona, który miałby nam bezpośrednio zagrażać?... - naigrawał się z udawanym zamyśleniem.- … chce tymczasowo ograniczyć sprawowanie przez ciebie władzy. Teraz twój brat nie żyje. To wszystko stawia cię w bardzo nieciekawej sytuacji. Zwłaszcza, iż znalazłem służącą, która twierdzi, że widziała cię w oknie zaraz po tym, jak wypadł z niego Hadrin…
-Obaj dobrze wiemy, że znalazłbyś i taką, która gotowa byłaby twierdzić, że stała tuż obok mnie i widziała jak go z niego wypycham- prychnął pogardliwie Amir.- Po co więc mi o tym mówisz?
-Bo zaginął również twój bratanek. I mamy poważne powody przypuszczać, że podzielił los twojego brata…
-Sugerujesz, że zamordowałem obu?- syknął mężczyzna.- Nawet, gdyby twoje tłumaczenia miały sens w przypadku Hadrina, dlaczego miałbym zabijać jego syna?
-Z dokładnie tego samego powodu- odparł gładko Fryderyk.- Widzisz, szanowny Amirze… Hadrin powołał się na pewne konkretne prawo i zawiadomił radę. Procedura ruszyła. W razie twojego odwołania, to on przejąłby władzę. Jego śmierć nic by nie zmieniła. Albowiem po nim, władzę przejąłby Hatim, oczywiście pod naszym czujnym nadzorem, jako iż nie jest dostatecznie dojrzały, by świadomie i samodzielnie stanowić o losach królestwa… Ale widzisz, Amirze… Ta procedura możliwa jest do przeprowadzenia jedynie wtedy, gdy istnieje ktoś, kto może legalnie przejąć władzę… Gdy istnieje następca. Kierując się tym samym prawem nie możemy tego uczynić, dopóki istnieje ktoś z królewskiego rodu, kto mógłby tą władzę sprawować, ma do niej prawo i nie wyrzekł się jej… Zniknięcie twojego brata i Hatima było ci więc bardzo na rękę. Uniemożliwiłeś nam dalsze działanie. Nie możemy cię odsunąć od władzy i nie możemy jej przejąć, bo złamalibyśmy obowiązujące w królestwie prawa i obyczaje. A wiesz równie dobrze jak my, że lud nie jest nam przychylny i nie zaakceptowałby żadnego przewrotu…
-Gdybym zabił mojego bratanka, po co miałbym go szukać?- zapytał Amir.
-I to od razu po śmierci brata!- dodał Fryderyk, wyraźnie doskonale zorientowany w zaistniałej sytuacji.- Tak, to rzeczywiście ciekawe… Chciałeś odsunąć od siebie podejrzenia…? A może po prostu miałeś wyrzuty sumienia…? Świat widział nie takich zbrodniarzy…
-Miałbym go sprowadzić do zamku i usynowić tylko po to, by następnie zgładzić?!- warknął mężczyzna.
-Sprowadziłeś go po to, by mieć następcę. Nie mogłeś przewidzieć rozwoju sytuacji…
Amir podszedł do arystokratów, zatrzymując się dosłownie krok przed nimi.
-Nie zabiłem mojego brata. I nie skrzywdziłem Hatima- powiedział stanowczo.- Zrobił to demon. Powrócił i stanowi poważne zagrożenie.
-Powtarzaj to dalej, szanowny Amirze…- Fryderyk uśmiechnął się szeroko.- Zobaczymy, jak długo lud będzie tolerował na tronie mordercę i szaleńca…
-Zejdź mi z drogi- syknął władca, nie zamierzając już tracić ani minuty dłużej.
-Wybacz, Amirze, ale nie mogę cię wypuścić- odparł przewodniczący rady.- Owszem, jesteś królem i przez to głównym sędzią, a więc nie sądzę, byś mógł ponieść zasłużoną karę za zbrodnie, o które jesteś podejrzewany, ale to nie znaczy, że nie masz obowiązku wytłumaczyć się przed radą… Choć opowieść o demonach raczej nie przekona nas o zdrowiu twoich zmysłów…
-Zejdź mi z drogi- powtórzył surowo Amir.
Widząc, że mężczyźni ani drgnęli, położył dłoń na rękojeści miecza, spoglądając na nich znacząco.
-A cóż to…?- zaśmiał się Fryderyk.- Chcesz nam grozić, szanowny Amirze…? Zgodnie z naszym prawem, nawet król zapłaci głową, jeśli spróbuje przeprowadzić zamach na któregoś z członków rady…
Amir dobył miecza.
-Chcesz mieć króla szaleńca…?- wycedził przez zęby.- Zaraz się przekonasz, co to oznacza…
Golvan wycofał się natychmiast. Fryderyk umilkł i pobladł, z przerażeniem patrząc na uniesioną broń.
-Będziesz miał poważne kłopoty, szanowny Amirze…- odparł, ale wyjątkowo cichutko, odsuwając się powoli z przejścia.- Naprawdę poważne kłopoty…
Władca poszedł przed siebie. Nie oglądał się już nawet za pozostawionych za sobą mężczyzn, którzy zaczęli wymieniać ze sobą pełne oburzenia uwagi. Schował broń i zszedł po schodach na parter. Opuścił zamek. Dotarł do umiejscowionych na tyłach królewskich terenów stajni. Wyprowadził jednego z koni i osiodłał go samodzielnie, a następnie wsiadł na niego i ruszył.
-Otworzyć bramę!- nakazał strażnikom pilnującym głównych wrót, gdy tylko znalazł się w ich pobliżu. Ci spełnili jego polecenie bez chwili wahania, pozwalając mu wyjechać.
Amir popędził zwierzę, kierując się w stronę lasu.

Przejechał przez zniszczony las i dotarł do terenów potomków wilków. Zatrzymał się i zsiadł z konia, widząc kilku pobratymców Nadima, którzy stali spory kawałek dalej przy namiotach, rozmawiając cicho. Jeden z nich dostrzegł Amira i ruszył prędko w jego kierunku, właściwie natychmiast chwytając za broń. Pozostali obejrzeli się na niego.
-Czego tu chcesz, człowieku?!- warknął gniewnie, podchodząc do władcy.- Nie będziecie nam się tu pałętać całymi dniami i wygrażać!
-Muszę zobaczyć się z Nadimem- odpowiedział mężczyzna.
-Że co?
Któryś ze współtowarzyszy tego potomka wilków, zbliżył się do niego, położył mu dłoń na ramieniu i odsuwając nieco, szepnął parę słów. Rozmawiali ze sobą przez chwilę ściszonym głosem, po czym odeszli obaj, jeden wrócił do tamtej grupy, drugi skierował się do jednego z namiotów. Moment później wyszli z niego Nadim i Elnir. Ten pierwszy spojrzał w kierunku oczekującego człowieka i natychmiast podszedł do niego. Drugi został na swoim miejscu, jedynie patrząc w stronę swojego przyjaciela i jego rozmówcy.
-Amir…- szepnął cicho potomek wilków, patrząc na kompana.- Twój brat tu był. Jakiś czas temu. Ale wtedy przejście…
-Mój brat nie żyje- przerwał mu mężczyzna.
Nadim spojrzał na niego z zaskoczeniem.
-Co takiego…?
-Zabił go ten demon. I zabrał Hatima.
-Twojego bratanka?
-Tak.
Nadim milczał przez dłuższą chwilę, zastanawiając się.
-Przejście otworzyło się jakiś czas temu- powiedział w końcu.- Moi bracia cały czas pilnują tego miejsca.
-On wiedział, że przyjdę…- odparł Amir.
-I że ja pójdę z tobą...- dopowiedział potomek wilków, skinąwszy głową. Zawahał się przez moment.- Tak bardzo mi przykro…- stwierdził w końcu.- Ja… Ja naprawdę nie wiem nawet, co powiedzieć, choć doskonale wiem, co teraz czujesz, ale… Sądzisz, że uda ci się uratować twojego bratanka?
Amir pokręcił głową.
-Nie- odpowiedział całkowicie szczerze.- Ale chcę tam iść i mieć pewność, że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby powstrzymać tego demona. Nie mogę zrobić niczego więcej. Jeśli ty zamierzasz zostać tutaj, zrozumiem.
Nadim obejrzał się na stojącego przy namiocie przyjaciela. Skinął w jego kierunku głową. Elnir odpowiedział mu tym samym.
-O co chodzi…?- zapytał bez zrozumienia Amir.
Nadim uśmiechnął się do niego.
-Ja już się nie boję- stwierdził.