Strony

sobota, 29 czerwca 2013

27. Spokój [Sunrise]

-Powoli, Josh… Ostrożnie…- instruowała mnie Jenna z takim przejęciem, jakbym właśnie balansował na linie kilkanaście metrów nad ziemią, a nie usiłował wsiąść do taksówki.
Owszem, wciąż nie byłem jeszcze w najlepszej formie. Środki przeciwbólowe przestawały działać, więc przeszywający ból w klatce piersiowej, przy każdym ruchu, stawał się jeszcze bardziej uciążliwy i nieprzyjemny niż wcześniej. W dodatku fakt, że mogłem posługiwać się jedynie lewą ręką, do czego nie byłem przyzwyczajony, również wiele utrudniał.
Jednak troska Jenny była zdecydowanie przesadzona. Po dwóch kolejnych dniach spędzonych w szpitalu, zadzwoniłem do niej dzisiejszego ranka informując, że nie musi do mnie przychodzić, bo zamierzam się wypisać i wrócić do domu. Cóż, teraz zdaję mi się, że lepiej byłoby ją poinformować już po fakcie, bo szybko pojawiła się na oddziale i zaczęła próbować wybić mi ten pomysł z głowy, a gdy przekonała się, że nie ustąpię, uparła się by mi pomóc. Nie ukrywam, że było to uprzejme z jej strony, aczkolwiek wciąż nie wiem, dlaczego traktowała mnie tak, jakbym miał, przynajmniej, przetrącony kark.
Wreszcie, oboje wsiedliśmy do taksówki. Podałem kierowcy adres i ruszyliśmy.
-Nie powinieneś był wypisywać się ze szpitala, Josh…- zaczęła po raz kolejny dziewczyna, patrząc na mnie z absolutną powagą i stanowczością.- Jak będziesz sobie radził z tym wszystkim w domu…? Sam…?
-Poradzę sobie- zapewniłem ją jedynie.
Zmrużyła oczy, wpatrując się we mnie przenikliwie.
-Więc…
-… Więc?- podchwyciłem, zerkając na nią pytająco.
-Więc on nie przyjedzie?- zapytała otwarcie.- Ten twój chłopak…? Amadeusz…?
Westchnąłem głęboko. To był ostatni temat, o jakim miałem ochotę rozmawiać.
-Jenna, nie chcę, żeby zabrzmiało to nieuprzejmie albo niewdzięcznie, ale to moja sprawa…- odpowiedziałem ostrożnie.- Wiem, że się o mnie troszczysz i jesteś ciekawa, ale sam muszę z tym wszystkim dojść do ładu. Gdy tak się stanie, na pewno ci o tym powiem.
… czyli nigdy.
-Dobrze, dobrze- odparła prędko, kiwając głową.- Myślałam po prostu, że to coś poważnego, a on… A zresztą… Zamykam się już- stwierdziła, choć najwyraźniej powstrzymanie się od wyrażenia na ten temat opinii dużo ją kosztowało.
Westchnąłem cicho, odwracając wzrok w kierunku okna. Ja też tak myślałem i tak właśnie było. Było poważnie i strasznie skomplikowanie, niemalże niezrozumiale. Nieprzyjemnie i coraz gorzej. Szczerze mówiąc, jeszcze ciężej niż kiedykolwiek wcześniej było mi znosić złość Amadeusza i jego postępowanie. Kochałem go. Byłem tego całkowicie pewien. Ale nie tak wyobrażałem sobie bycie z kimś, kogo się kocha. Nie żebym miał przed oczyma bajkę, że spotkam partnera o identycznym zdaniu jak ja, nigdy nie będziemy się spierać, a nasze życie będzie banalnie proste. Ale… Nigdy nie cierpiałem tak bardzo przez nikogo innego, jak przez niego teraz. Owszem, był Ricky. On jednak okazał się być kimś zupełnie innym, zawiodłem się na nim, przestałem cokolwiek do niego czuć. Jego kolejne działania wywierały na mnie presję i budziły lęk, to prawda, ale jestem pewien, że wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby demon reagował na to w odmienny sposób. Nie mogłem już tego znieść. Jego odejść i powrotów, obietnic, że to się nie powtórzy, a później przeżywania na nowo tego samego… Jego zmiennych nastrojów, jego zazdrości, pretensji, wreszcie żalu o to, że jestem człowiekiem, a przecież nie mogę tego zmienić… Tych wszystkich działań i słów, które świadczyły, że zależy mu na mnie jak na jedynym człowieku, który go widzi, jak na tym, z którym może eksperymentować i spełniać swoje zachcianki, a teraz to wyznanie?! Byłem szczęśliwy, gdy to usłyszałem. Nie wyobrażałem sobie, że w końcu tak się stanie. Ale po tym, jak zakończyła się ta rozmowa, nie wiem, czy w ogóle chciałem, żeby się odbywała.
-Właściwie to ja mogę ci z tym wszystkim pomóc, Josh…- zaoferowała się dziewczyna po chwili namysłu.- To znaczy jasne, nie mogę przecież u ciebie spędzać całych dni, ale zrobię ci jakieś zakupy, będę przygotowywała jedzenie…
-Jenna, naprawdę nie trzeba- odmówiłem uprzejmie. Podejrzewałem, że normalne funkcjonowanie w moim stanie będzie nieco utrudnione, ale byłem pewien, że się przyzwyczaję. Poza tym, naprawdę wolałem być z tym wszystkim sam. Doceniałem troskę i zaangażowanie moich przyjaciół, ale nie mogłem im powiedzieć o tym, co mnie dręczyło, a co za tym idzie, oni nie mogli mi pomóc ani mnie zrozumieć.
-Więc zadzwonię do Katy!- oznajmiła ciemnowłosa, natychmiast wyciągając komórkę.- W końcu i tak zawsze się lepiej dogadywaliście i…
-Nie!- zaprotestowałem gwałtownie. Zmrużyła oczy i spojrzała na mnie z uwagą.- To znaczy… nie- powtórzyłem już spokojniej, odkaszlnąwszy cicho.
-Wiedziałam!- oznajmiła triumfalnie, a ja zdałem sobie sprawę z tego, że jej wcześniejsza sugestia nie była przypadkowa.- Coś jest nie tak, prawda?
-Wszystko w porządku- uciąłem, uśmiechając się nerwowo.
-Jasne! Nie było jej u ciebie wczoraj, ani przedwczoraj… Gadałam z nią o tym, ale mówiła, żebym porozmawiała z tobą… A że jest strasznie uparta, to właśnie robię. Teraz już wiem, że coś się stało. Więc…?
Westchnąłem głęboko. Do tego tematu też wolałbym nie wracać.
-Trochę się… pokłóciliśmy- przyznałem po chwili wahania wiedząc, że Jenna i tak nie ustąpi.
-Kłóciła się z tobą kiedy jesteś… w takim stanie?!- obruszyła się dziewczyna.
-Już ci mówiłem, że nic ci nie jest. Poza tym, to nie z jej winy tylko z mojej.
-Jasne!- parsknęła Jenna, spoglądając na mnie pobłażliwie.- Akurat ty jesteś ostatnim facetem, któremu uwierzyłabym w taką historię!
Przez resztę drogi przyjaciółka usiłowała ze mnie wyciągnąć to, co zdarzyło się pomiędzy mną a Katy. Unikałem odpowiedzi i powtarzałem jedynie, że to sprawa między nami, chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, że nie do końca tak jest. Sęk w tym, że nie mogłem odpowiedzieć nic innego. Gdybym wyjaśnił o co poszło, Jenna również zaczęłaby sądzić, że ignorowałem ich wszystkich, chociaż nie miałem ku temu żadnego powodu, że najzwyczajniej w świecie ich olałem, kiedy oni martwili się o mnie i tłumaczyli moje zachowanie, całkiem słusznie zresztą, sytuacją z nowym „chłopakiem”. Miałem więc właściwie dwa wyjścia. Albo dalej twierdzić, że istnieje Amadeusz, chłopak z innego miasta, który nigdy nie pokazał im się na oczy i na którego istnienie nie mam żadnych dowodów, bo, jakimś dziwnym cudem, nie dzwoni do mnie, nie sms-uje i w ogóle nie ma potrzeb kontaktowania się. Albo też powiedzieć, że rzeczywiście to wszystko zmyśliłem i dodać do tego jakiś dobry powód. Tyle, że i jedno i drugie było kłamstwem. Pierwsze bezpieczniejszym, bo chociaż już czułem, że Jenna naciska na mnie w sprawie chłopaka coraz bardziej i, prędzej czy później, może się to skończyć tak jak z Katy, przynajmniej na razie nie traciłem przez to przyjaciół. Natomiast nawet najlepsze usprawiedliwienie drugiego oszustwa mogłoby nie być wystarczające i straciliby do mnie zaufanie, o ile w ogóle chcieliby się jeszcze ze mną zadawać. Poza tym, jak wtedy miałbym im tłumaczyć, gdy ze względu na Amadeusza, nie będę miał czasu gdzieś się pojawić czy z nimi spotkać…?
Oczywiście przy optymistycznym założeniu, że demon zamierza wrócić.
Wysiedliśmy z taksówki i weszliśmy do mojego bloku. Dowlekliśmy się na właściwe piętro, Jenna niosła moje rzeczy ze szpitala. Tu już pojawił się pierwszy problem, bo mimo iż udało mi się odnaleźć klucze, otworzenie drzwi lewą ręką zajęło mi więcej czasu niż zwykle. Wpuściłem dziewczynę do mieszkania i wszedłem za nią do wnętrza.
-Co to za egipskie ciemności!- zaśmiała się Jenna, zatrzymując się w przedpokoju, ale zaglądając z zaciekawieniem do salonu i kuchni. W mieszkaniu rzeczywiście było strasznie ponuro, często, gdy zostawałem w domu, nie odsłaniałem żaluzji, odczuwając jakiś dziwny rodzaj skrępowania na myśl o tym, że ktoś mógłby obserwować moje płomienne dyskusje z powietrzem i… inne, płomienne rzeczy. Co prawda stojący naprzeciwko blok był dość daleko i wątpiłem, by ktokolwiek był w stanie mnie dostrzec, ale mimo wszystko, tak czułem się bardziej komfortowo.- Chyba zaczynam rozumieć, dlaczego nie chcesz kontaktować się z tym Amadeuszem… Więc? Gdzie trzymasz jego zwłoki?
-To nie jest zabawne…- odpowiedziałem, chociaż na moich wargach mimowolnie wymalował się lekki uśmiech.
-No jasne, że nie! W sumie to zależy, czym ci biedak zawinił… Ale twoje mieszkanie jest spore, starczy miejsca i dla Ricky’ego… I Katy, jeśli szybko nie dojdziecie ze sobą do ładu…- dodała znacząco.
Czułem, że zaraz znowu zacznie drążyć temat, ale, ku mojej uldze i niezmiernemu zdziwieniu, tak się nie stało.
-Wypoczywaj, Josh- powiedziała, przyglądając mi się z uwagą i troską.- Dużo leż. Słyszałam jak lekarz mówił, że możesz jeszcze odczuwać zawroty głowy. Nie chciałabym, żebyś zemdlał gdzieś i zrobił sobie krzywdę. Będę dzwonić. Kilka razy. I dobrze ci radzę natychmiast odbierać, bo jak nie to wiedz, że przyjdę tutaj i sforsuję drzwi- zagroziła. Zaśmiałem się cicho i skinąłem głową.- Dzisiaj nie będę ci już zawracać głowy, widzę, że jesteś zmęczony, ale jutro, po szkole, skoczę na zakupy, więc wyślij mi sms-a czego potrzebujesz. I nie, nie chcę słyszeć słowa sprzeciwu!- dodała natychmiast, nie dając mi nawet możliwości odmowy.- Żadnego „poradzę sobie”! Biorąc pod uwagę twój ostatni stan i nastrój, prędzej zagłodzisz się tu na śmierć! Mówię poważnie, Josh, więc zajrzyj do lodówki i dobrze się namyśl. Ach, no i przyniosę ci lekcje, nie masz nic innego do roboty, więc twój wypoczynek może mieć bardziej praktyczny charakter… Romantyczna noc z fizyką dobrze ci zrobi- podsumowała, uśmiechając się pogodnie. Byłem właściwie pewien, że zawalę ten rok i nie widziałem wielkiego sensu w zaglądaniu do książek, ale z Jenną, zwłaszcza nadgorliwie troskliwą, nie należało się kłócić.- Do zobaczenia- pożegnała mnie krótko, po czym wyszła.
-Do zobaczenia…- odparłem, patrząc jeszcze jak schodzi po schodach, po czym zamknąłem wreszcie drzwi.
Oparłem się o nie całym ciężarem ciała, najpierw prawą stopą zsuwając lewego buta, później odwrotnie. Nie było to łatwe zadanie, bo miałem wiązane obuwie, ale na szczęście na tyle zużyte, że zdjąłem je z nóg bez większych manewrów. Kurtkę miałem jedynie narzuconą na plecy, więc odwiesiłem ją z łatwością. Zamierzałem właśnie przejść do salonu, odruchowo ruszyłem więc przed siebie, ponosząc głowę i… I zdałem sobie sprawę, że przede mną, w otwartych drzwiach, stoi Amadeusz. Jak zwykle w takich sytuacjach, moje serce zabiło szybciej ze strachu i zdumienia. Kiedy leżałem w szpitalu, całkowicie sam, marząc o tym, żeby był przy mnie i wyobrażając sobie, że lada chwila pojawi się w sali, myślałem nad tym, co mu wtedy powiem. Teraz jednak zupełnie mnie zamurowało. Miałem ochotę na niego wrzasnąć. Wyrzucić mu wszystko. Powiedzieć , jak bardzo mnie denerwuje jego zachowanie, że coraz trudniej mi to wszystko znieść, ale zamiast tego milczałem, na próżno usiłując wyczytać z jego twarzy jakieś emocje. Wciąż był na mnie zły…? A może już nie? Przyszedł przeprosić czy…
-Amadeusz!- wykrzyknąłem niepohamowanie gdy nagle, zupełnie niespodziewanie, chwycił mnie w ramiona i uniósł. Odruchowo objąłem go sprawną ręką.
Ruszył ze mną do salonu.
-C… Co ty robisz…?- bąknąłem, kompletnie zdezorientowany.
-Czego się boisz, Josh…?- zapytał. Jego głos brzmiał łagodnie. Był spokojny. Może nawet radosny. Zazwyczaj, po swoich brawurowych odejściach, wracał wyłącznie w dwóch wersjach: wciąż-urażony albo głęboko-skruszony. Czekał na przeprosiny lub sam przepraszał. Teraz było inaczej i szczerze mówiąc, nie wiedziałem, czy cieszyć się z tego powodu, czy niepokoić.- Przecież cię nie upuszczę. Jestem demonem. Gdybym był człowiekiem mógłbyś się obawiać, ale teraz nie musisz.
-Ach… tak…- wydusiłem z siebie, nie do końca rozumiejąc jego słowa.- Ale…
Położył mnie na łóżku.
-Mówiła, że masz dużo wypoczywać- stwierdził jedynie.
Patrzyłem na niego z uwagą. On również nie odrywał ode mnie wzroku. Czegoś oczekiwałem. Jakichś przeprosin. Wyjaśnienia. Wyglądało jednak na to, że to on czekał na moje słowa.
-Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się ciebie tutaj…- zacząłem w końcu dość oschle, nie będąc w stanie ukryć, że bardzo mnie rozczarowało i zraniło jego ostatnie postępowanie.- A przynajmniej nie teraz. Chociaż może się mylę. Może po takim czasie rzeczywiście zawsze wracasz…
-Przepraszam- powiedział Amadeusz.
-… Tylko tyle?- dopytałem po chwili.
Nie wystarczało mi to. Nie chciałem, żeby zbywał mnie słowami, chciałem, żeby zrozumiał, że to, co się ostatnimi czasy między nami działo przekraczało granice mojej wytrzymałości.
-Wiem, że zrobiłem źle…- usiadł na brzegu łóżka. W jego głosie słychać było nutkę skruchy, ale wciąż brzmiał zaskakująco wprost pogodnie.- Nie powinienem był cię zostawiać, zwłaszcza w takim stanie. Powinienem był się tobą zaopiekować tak, jak należy. Zrobię to jednak teraz. Wybacz mi, proszę.
-Ile jeszcze razy będziesz mnie o to prosił…?- zapytałem cicho, nie kryjąc żalu.- Za każdym razem, gdy się obrażasz, odchodzisz, a później wracasz. Przechodzimy od nowa to samo…
-Przysięgam, że już nie odejdę. I nie będę się obrażał.
-Przysięgałeś mi już różne rzeczy.
-Tym razem jest inaczej.
-Dlaczego?- zapytałem bez zrozumienia, wciąż nie będąc w stanie pojąć tej nagłej zmiany w zachowaniu demona.
-Wiesz dlaczego- odpowiedział cicho.
-Nie- odparłem stanowczo.- Nie mam zielonego pojęcia.
-Bo cię kocham- powiedział miękko. Miałem wrażenie, że moje serce zamarło na chwilę, gdy usłyszałem te słowa. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że Amadeusz kiedykolwiek powtórzy tę deklarację, zwłaszcza biorąc pod uwagę dyskusję, która wywiązała się po niej ostatnim razem.- I nie jestem w stanie egzystować bez ciebie.
Milczałem długo. Chciałem dalej się upierać i drążyć, ale nie potrafiłem nic poradzić na fakt, że jego słowa mnie rozbroiły i ciężko było mi się dłużej złościć. W końcu wrócił. Znowu był przy mnie. Przyznał się do swoich uczuć, już bez obaw i wstrętu. I zachowywał się tak… normalnie! Zupełnie nie jak on! Jakby rzeczywiście chciał, żeby coś się zmieniło.
-Cóż… Ja… Hm…- zacząłem, nie będąc pewien, co właściwie powinienem powiedzieć.
-Jesteś głodny?- zapytał.
-Co?- rzuciłem, wbijając w niego zdezorientowane spojrzenie.- Ach… Trochę, ale…
Zniknął, a po chwili znowu pojawił się na tym samym miejscu, trzymając w dłoniach pucharek z porcją lodów, sosem czekoladowym i jakimiś słodkimi ozdobami.
-S-Skąd…?- wydukałem, kompletnie zdumiony.- Ukradłeś to?- dopytałem po chwili.
-Nie. Wszedłem do sklepu i kupiłem- odparł ironicznie Amadeusz.
-Więc ty naprawdę…! Niewiarygodne!
Przez moment czułem się raczej oburzony, ale widząc minę demona i wyobrażając sobie, jak w jakiejś lodziarni ze stolika albo kelnerskiej tacy znika nagle porcja lodów, nie mogłem powstrzymać się od wybuchnięcia śmiechem. Demon uśmiechnął się z zadowoleniem i wręczył mi lody. Zaoferował też, że przyniesie mi coś do picia, tym razem była to jednak zwykła, moja, co warte w tych okolicznościach podkreślenia, herbata. Chociaż nie tak bardzo zwykła, bo zaparzona osobiście przez niego, do czego przyznał się z dumą. Byłem pełen autentycznego podziwu. Chciałem oprzeć o coś pucharek, żeby skosztować lodów, ale Amadeusz szybko wziął go z powrotem, postanawiając mnie wyręczyć. Zanurzył łyżeczkę w deserze, a następnie wyciągnął ją w moim kierunku. Skosztowałem odrobinę. To było naprawdę przepyszne!
… Choć i tak wciąż żywiłem nadzieję, że nikt nie będzie miał z tego powodu problemów.
Amadeusz nakarmił mnie do końca. Był taki… cierpliwy, troskliwy, spokojny, zupełnie jak nie on. A ja z kolei byłem zdezorientowany, szczerze zdumiony, oczarowany i nieco onieśmielony jego zachowaniem. Zastanie Amadeusza w takim stanie, zwłaszcza ostatnimi czasy, było niczym wygrana na loterii. Mogłem się przy nim w końcu zrelaksować, na moment opuściły mnie wszelkie zmartwienia i niepokój. Wcześniej też potrafił być dla mnie na tyle czuły i opiekuńczy, że zapominałem o wszystkim, co złe, ale mijała chwila, a już wybuchała pomiędzy nami kolejna awantura. Zawsze coś. Ricky, moi przyjaciele, szkoła, jego zazdrość, jego dziwaczne zachcianki, potrzeba kontrolowania mnie na każdym kroku, traktowanie jak swoją własność… Miałem nadzieję, że tym razem będzie inaczej.
Gdy demon odstawił już wszystko, ułożył się obok mnie, na boku i musnął wargami mój policzek, a następnie ucho.
-Wiem, że to był prawdopodobnie doskonały wstęp do tego, żebyśmy byli blisko…- zacząłem, uśmiechając się lekko, unosząc dłoń, by dotknąć jego twarzy.- … ale obawiam się, że nie jestem dzisiaj w najlepszym stanie.
-Zawsze jesteśmy blisko, Josh- odparł, jak gdyby nigdy nic.
-T… Tak sądzę…- wydukałem, mocno zdezorientowany.
-Kocham cię- wymruczał, nim wpił się w moje usta.
To był subtelny pocałunek. Przyjemny, ale delikatny, niezbyt namiętny, raczej pełen czułości. Amadeusz rzadko całował mnie w taki sposób. A to, co powiedział, po raz kolejny sprawiło, że moje serce zabiło szybciej i zrobiło mi się gorąco.
-Kocham cię…- odpowiedziałem cicho, gdy oderwał się od moich warg.
Uśmiechnął się do mnie lekko.
-Wiesz, Josh, że zrobiłbym dla ciebie absolutnie wszystko…?- zapytał w pewnym momencie.
-Eee… Tak… Tak, wiem- odparłem, po czym zaśmiałem się cicho, ciągle nie mogąc pozbyć się zdumienia spowodowanego jego zupełnie niecodziennym i nienaturalnym zachowaniem.
-A ty? Zrobiłbyś dla mnie wszystko, Josh?
Patrzyłem na niego przez dłuższą chwilę, nie bardzo rozumiejąc, do czego zmierza.
-Czy jeśli odpowiem, że tak, kolejnym pytaniem będzie, czy mam ochotę na seks…?- zaśmiałem się lekko.
Demon wpatrywał się we mnie przenikliwie.
-A zgodziłbyś się…?- zapytał.
-Cóż… Może jak trochę odpocznę…- odpowiedziałem, naprawdę nie czując się teraz na siłach. Mimo wszystko, przysunąłem się do niego bliżej, chcąc pocałować go po raz kolejny.- Jeśli dalej będziesz tak miły, kto wie… Masz wyjątkowy dar przekonywania…
Amadeusz musnął krótko moje wargi, a następnie objął mnie i przytulił do siebie. Był bardzo ostrożny, ale nawet tak subtelna bliskość napawała mnie w tej sytuacji dyskomfortem i lekkim bólem, choć nie skarżyłem się ani nie odsuwałem od niego, nie chcąc psuć atmosfery.
-Nieee…- rzucił miękko demon.- Wolę, żebyś najpierw doszedł do siebie… Mamy jeszcze dużo czasu…
-Nie spodziewałem się tego od ciebie usłyszeć- odpowiedziałem szczerze i zaśmiałem się lekko.
Nie wiedziałem, czy to wyrzuty sumienia czy efekt jakichś przemyśleń, ale rzeczywiście coś dziwnego wstąpiło w Amadeusza i zachowywał się doprawdy niecodziennie.
-Dlaczego…?- zapytał demon, jakbym rzeczywiście nie miał żadnych podstaw, by tak stwierdzić.- Nie musimy się spieszyć… Będziemy ze sobą już na zawsze, Josh…
-Wiesz, że to niemożliwe?- rzuciłem otwarcie. Demon spłoszył się wyraźnie. Odsunął się nieco, a na jego wargach wymalował się mimowolny, nieprzyjemny grymas. Ja też trochę się zdenerwowałem, bo nie chciałem go rozgniewać, wolałem jednak postawić sytuację jasno, nim dojdzie do kolejnego sporu albo awantury.- To znaczy owszem, ludzie często tak mówią, ale… Ale właśnie w tym sęk. Ja jestem człowiekiem i… I nie będę żył wiecznie- stwierdziłem zgodnie z prawdą. Zagryzłem mimowolnie wargę widząc, że sposępniał jeszcze bardziej. Bałem się, że zaraz znowu dojdzie między nami do kłótni.- Masz prawo się o to złościć, ale to naprawdę nie moja wina… Nie jestem w stanie tego zmienić.
Patrzyłem na Amadeusza z uwagą, obawiając się jego reakcji, ale ku mojemu zdumieniu, po chwili wyraz jego twarzy zmienił się diametralnie. Uśmiechnął się do mnie serdecznie, szczerze.
-Masz rację, Josh… To nie twoja wina- odpowiedział Amadeusz, aż nadto swobodnie. Zamurowało mnie. Nie żebym się z tym nie zgadzał, ale zazwyczaj trudno było się doszukiwać w demonie równej wyrozumiałości.- Poza tym, ja zamierzam cieszyć się faktem, że mam cię przy sobie…- wymruczał. Zamrugałem, jeszcze bardziej zaskoczony.- Nie musimy przecież myśleć o niczym przykrym. Wasze życie jest pełne niespodzianek. A czasem… Czasem trafiają się nowe możliwości i szanse… A to, co wydawało się być niemożliwe, jest na wyciągnięcie ręki…

Amadeusz nie odstępował mnie na krok. Nie było to szczególnie dziwne, po pierwsze, biorąc pod uwagę mój niekoniecznie najlepszy stan, a po drugie, choćby ze względu na fakt, że zwłaszcza ostatnimi czasy, zdarzało mu się to stosunkowo często. To, co było dziwne, to jego zachowanie. Rozmawiał ze mną całkowicie swobodnie. Żartował. Śmiał się. Pomagał mi, ba, właściwie niemal we wszystkim mnie wyręczał, co skutkowało zrobieniem przez niego kanapek ze spleśniałym dżemem i zaparzeniem naprawdę koszmarnej kawy. I o ile to wszystko mogłem usprawiedliwić faktem, że dopiero co się pogodziliśmy, że starał się mi zrekompensować wszystkie niedogodności, że troszczył się, chciał być miły… O tyle wytłumaczenie sobie innych spraw przychodziło mi z większym trudem. Amadeusz nie miał do mnie pretensji. O nic. Absolutnie o nic. Nie pokłócił się ze mną. Nawet nie posprzeczał, choć w pewnym momencie, temat naszej rozmowy zszedł na Ricky’ego. Widziałem wyraz twarzy demona i byłem pewien, że lada chwila dojdzie do awantury, ale jego odpowiedzi były spokojne, ba, prawie obojętne. Byłem zaskoczony. Więcej, zaczynałem się już trochę obawiać, bo choć takie nastawienie Amadeusza jak najbardziej mi odpowiadało, zastanawiałem się poważnie, co za nim stoi. Czy po naszej ostatniej rozmowie, demon naprawdę przemyślał sobie to wszystko i zmienił się ot tak? Choćby biorąc pod uwagę fakt, jak długo próbowałem uświadomić mu niektóre rzeczy i zmienić jego nastawienie, wydawało mi się to bardzo mało prawdopodobne. Uznałem więc, że musiał to być stan krótkotrwałej poprawy, jaki pojawiał się u Amadeusza czasem, zwłaszcza po naszych kłótniach. Nie narzekałem i nie traciłem czasu na dalsze rozważania. Chciałem się cieszyć jego dobrym nastrojem zwłaszcza, że rzadko trwał długo.
Pod wieczór, pomógł mi wziąć prysznic. A chwilę później, gdy tylko się ubrałem, trzymał mnie za lewą rękę i szedł tyłem, prowadząc ze sobą do sypialni, jakbym nie był w stanie iść o własnych siłach albo był niewidomy. Spoglądałem na niego z lekkim politowaniem i parskałem śmiechem, za każdym razem, gdy szczerzył się do mnie radośnie. Nie spieszył się. Pchnął plecami drzwi od pokoju i wprowadził mnie do niego. Szliśmy powoli. Krok za krokiem.
-Naprawdę nic mi nie jest…- zapewniłem po raz kolejny, wzdychając głęboko na myśl, że jutro będę musiał chyba wyjść z siebie, żeby przekonać o tym Jennę.- Nie jestem kaleką.
-Oczywiście, że nie jesteś kaleką, jesteś moim Joshem…- odparł gładko Amadeusz. Uśmiechnąłem się mimowolnie słysząc te słowa. Zdecydowanie był w świetnym humorze.- Mam po prostu ochotę trzymać cię za ręce i patrzeć na ciebie… Najprzystojniejszy Joshu na świecie…
Zaśmiałem się głośno.
-Mimo iż nie znam wielu swoich imienników, jestem pewien, że niejeden wygląda lepiej ode mnie- odpowiedziałem żartobliwie.
-Nikt nie wygląda lepiej od ciebie…- wymruczał Amadeusz, zatrzymując się ze mną tuż przy łóżku i bezmyślnie przyciągając mnie do ciasnego uścisku. Syknąłem mimowolnie i zagryzłem wargę. Zreflektował się natychmiast i odsunął. Patrzył na mnie z wyraźnym niepokojem, więc uśmiechnąłem się do niego, by pokazać, że wszystko w porządku.
Puściłem jego dłonie i usiadłem na brzegu łóżka, by wreszcie, powoli, ułożyć się w odpowiedniej pozycji i nakryć kołdrą. Poklepałem miejsce obok siebie, chcąc, by się położył, ale on jedynie przysiadł na brzegu, wciąż spoglądając na mnie z uwagą.
-Naprawdę jesteś najprzystojniejszy- stwierdził stanowczo.
-Och, przestań!- parsknąłem cicho, przewróciwszy oczyma.- Jestem najprzystojniejszy ze wszystkich mężczyzn, którzy są w stanie cię zobaczyć… A przynajmniej mogę tak zakładać, skoro ani ja, ani ty żadnego nie znamy, choć to marne pocieszenie i jeszcze gorszy komplement… Zapewne gdy nie jesteś ze mną, wędrujesz od domu do domu, przyglądając się różnym przystojniakom i myśląc, że to straszna szkoda, że cię nie widzą…- rzuciłem prowokująco.
-Nic z tych rzeczy- odparł Amadeusz, uśmiechając się do mnie.- Jestem ci w pełni oddany.
-… Nie masz wyboru.
-Gdybym miał, też bym był.
-Skąd możesz wiedzieć…?- zapytałem z rozbawieniem.
Wzruszył ramionami.
-Takie rzeczy się wie, Josh…- odpowiedział spokojnie.- Ty wiesz i ja wiem, że będziemy już ze sobą na zawsze.
Odchrząknąłem jedynie i zerknąłem na niego z niepokojem. Wydawało mi się, że tę kwestię już mu dziś wyjaśniałem i zrozumiał, że w naszym przypadku „na zawsze” oznaczać może co najwyżej „do mojej śmierci”. Jeśli nie krócej, bo jakoś trudno było mi sobie wyobrazić samego siebie jako niedołężnego starca z wciąż młodym, przystojnym i absolutnie niezaspokojonym demonem u boku. Nie żebym tego nie chciał, zwyczajnie wydawało mi się to mało prawdopodobne.
-Amadeusz…- zacząłem po chwili. Spojrzał na mnie pytająco.- Co do mojej szkoły… Mówiłem ci już, że prawdopodobnie nie zdam…? To znaczy, właściwie, że na pewno nie zdam. Mam za dużo przedmiotów do poprawy, zupełnie nie mam do tego głowy, a teraz jeszcze to…- westchnąłem cicho.- Obleję w tym roku.
Skinął głową.
-Okej, Josh- odparł jedynie.
-No…- odkaszlnąłem niepewnie i przerwałem na moment, by kontynuować ostrożnie- I… I ja nie sądzę, żebym dalej się uczył… Zaraz skończę osiemnaście lat i spróbuję sobie znaleźć jakąś pracę… Zapewne nie będzie najłatwiej… Zwłaszcza, jeśli moi rodzice przestaną opłacać mieszkanie, a pewnie tak się stanie… Ale jakoś dam sobie radę. Wiem, że to potwornie głupie, ale ja zupełnie nie czuję się na siłach, żeby… To znaczy…- motałem się, zakłopotany.- Będę powtarzał klasę, z tymi samymi nauczycielami, a zupełnie innymi uczniami… Nie znam w tej szkole prawie nikogo oprócz moich przyjaciół. Będzie jeszcze gorzej niż było do tej pory i ty… Och, po prostu zmierzam do tego, że… Raczej nie skończę szkoły.
-W porządku- odpowiedział Amadeusz, skinąwszy głową.
Zamurowało mnie. Spodziewałem się, że zareaguje na tą informację zupełnie inaczej. Myślałem, że będzie mnie przekonywał, żebym tego nie robił, wypominał, że skończymy pod mostem tak, jak to czynił ostatnim razem albo nakłaniał do jakichś oszustw z jego udziałem. Ale z pewnością nie przypuszczałem, że będzie mu to kompletnie obojętne.
-W porządku…?- powtórzyłem.
-Tak. Dobrze. Jak wolisz.
Zamrugałem ze zdumieniem, nie wierząc własnym uszom. Naprawdę nie miałem dzisiaj na celu wszczynać żadnej awantury, ale bądź co bądź, już po raz któryś poruszyliśmy temat zazwyczaj dla Amadeusza drażliwy, wywołujący emocje albo przynajmniej komentarze, a on zachowywał się tak, jakby kompletnie go to nie interesowało.
-Dobrze? To nie jest dobre…- odpowiedziałem, czując się nieco nieswojo z faktem, że to ja muszę mu to uświadamiać. Wydawało mi się, że będzie mnie przekonywał i chociaż byłem pewien, że nie przyniesie to skutku, chciałem po prostu, żeby był w pełni świadomy tego, na co się decyduje. Był demonem, owszem, ale demonem związanym ze mną i to, co tyczyło się mojego życia, wpływało pośrednio na niego.
Amadeusz westchnął cicho.
-To twoja decyzja, Josh. Zresztą, to naprawdę nic takiego.
-Jeśli nie skończę szkoły, będę musiał iść do pracy. Może nie będę już mieszkał w tym miejscu. Może gdzieś się przeniosę. Nie będę mógł pójść na studia. Ani zrobić żadnych kursów, które wymagają średniego wykształcenia. Na pewno będę startował z innej pozycji niż Jack czy Jenna. Może nie będzie tak źle. Może to rzeczywiście okaże się dla mnie lepsze, ale na pewno to nie jest „nic takiego”- stwierdziłem stanowczo.
-Wasze życie różnie się układa, Josh…- odpowiedział demon.- Czasem decyzje, które wydają się trudne i znaczące w tym momencie, nie są takie w… dalszej perspektywie.- Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na niego bez zrozumienia, na próżno usiłując odnaleźć w jego słowach coś, co odnosiło się do tematu naszej rozmowy.- Trafia się na różne szanse i okazje. Nie należy przejmować się na zapas. Ciesz się chwilą.
… Nie należy przejmować się na zapas.
… Ciesz się chwilą.
Jeszcze moment, a stwierdzę, że ktoś podmienił mojego demona! Co jak co, ale choć Amadeusz od czasu do czasu rzeczywiście potrafił się cieszyć niektórymi CHWILAMI, dość konkretnymi zresztą, to z pewnością nie był kimś, kto nie martwił się na zapas. Właściwie większość naszych kłótni opierała się na tym, że wybiegał myślami w przyszłość, że z góry zakładał, że Ricky coś zrobi, że ja coś zrobię, że coś się wydarzy, że zachoruję… Nie było to nieracjonalne, wprost przeciwnie, wiele razy miał rację… Co się u licha zmieniło?!
-Ach, tak…- mruknąłem jedynie, ciągle patrząc na Amadeusza podejrzliwie.
-Tak właśnie powinieneś zrobić, Josh. Nie zamartwiać się, tylko skupić na tym, co przyjemne.
-Czyli na tobie…?- dopytałem litościwie.
-Skąd- odparł jednak ku mojemu zdumieniu.- To znaczy owszem, to na pewno, ale może skoncentruj się na tym, co lubisz…? Ostatnio tylko się zamartwiasz, Josh. Zrób coś miłego dla samego siebie. W ogóle, powinieneś spędzać więcej czasu ze swoimi przyjaciółmi…
Miałem wrażenie, że lada chwila się obudzę.
-CO?!- wykrzyknąłem niepohamowanie słysząc te słowa i spojrzałem na demona tak, jakby zwariował. Bo chyba tak było.- Kim jesteś i co zrobiłeś z moimi Amadeuszem…?- zapytałem na wpół żartobliwie, choć naprawdę zaczynałem się zastanawiać, czy nie przeszedł tej nocy gruntownego prania mózgu albo nie został zastąpiony przez innego demona.
-O co ci chodzi, Josh…?- zapytał niewinnie, jakby naprawdę nie rozumiał, skąd bierze się moje zdziwienie. Co jak co, ale do tej pory Amadeusz starał się jak najbardziej zajmować każdą ilość mojego wolnego, a także nie-całkiem wolnego czasu, a czasem wręcz obrażał się, gdy nie mogłem mu go poświęcić tyle, ile by tego chciał. Co mu odbiło?!
-O to, że do tej pory raczej odciągałeś mnie od moich przyjaciół, zapewne nie celowo, ale jednak, a nie zachęcałeś do spędzania z nimi większej ilości czasu. Wprost przeciwnie, zawsze narzekałeś, że nie spędzam go wystarczająco dużo  z tobą- przypomniałem.
-Po prostu chcę, żebyście utrzymywali dobre relacje…- mój demon chyba zamienił się w anioła. Jak tak dalej pójdzie, zwariuję.- Zwłaszcza, że nie będziecie się już spotykać…- spojrzałem na niego bez zrozumienia.- No wtedy, gdy nie zdasz.
-Nie zamierzam przestać się z nimi spotykać…- odpowiedziałem zgodnie z prawdą.- Chcę utrzymywać z nimi relacje nawet później… A przynajmniej z Jenną i Jackiem, bo w przypadku Katy chyba nie będzie to możliwe…- dodałem pod nosem.
-Dlaczego?- nie rozumiał Amadeusz.
-Pokłóciliśmy się- wyznałem, wzdychając cicho.
-O co?
-O ciebie. Wiesz, że udawałem przed nimi, że jesteś moim chłopakiem i mieszkasz gdzieś za miastem i dlatego nie mogę cię z nimi zapoznać…?- skinął głową.- Katy chciała do ciebie zadzwonić. W związku z tym, że byłem w szpitalu. Przejrzała mój telefon, ale nie znalazła po tobie śladu i doszła do wniosku, że wymyśliłem to wszystko tylko po to, by jakoś usprawiedliwić fakt, że olewałem ich przez tak długi okres czasu… Nie miałem pojęcia, co mam właściwie powiedzieć. Chciałem coś wymyślić, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Uznała, że ją ignorowałem i obraziła się na mnie. Nie sądzę, żeby chciała jeszcze ze mną rozmawiać…- dodałem szeptem.
Było mi przykro. Katy… Zawsze dobrze się rozumieliśmy. Wspierała mnie, a ja starałem się jej odwdzięczyć tym samym. Wiedziałem, że nie postąpiłem wobec niej i reszty moich przyjaciół uczciwie, ale ta sytuacja… To nie było dla mnie łatwe i nie dało się tego wyjaśnić w żaden racjonalny, zrozumiały sposób.
-Powinniście się pogodzić- stwierdził kategorycznie Amadeusz.
-Dzięki- parsknąłem z politowaniem.- Bez ciebie w życiu bym na to nie wpadł. Bądź równie błyskotliwy i podpowiedz mi… W jaki sposób?
-Przeproś ją.
-Ona nie oczekuje przeprosin, tylko wyjaśnień…- odpowiedziałem zgodnie z prawdą.- Nie mogę rzucić krótkiego „przepraszam” i oczekiwać, że zapomni o tym wszystkim. Chce wiedzieć, co się stało. A ja mogę albo dalej kłamać, w co już pewnie nie uwierzy, albo powiedzieć prawdę, czego efekt, w najlepszym przypadku, będzie dokładnie taki sam, a w najgorszym, w niedługim czasie wyląduję w psychiatryku…
Amadeusz uśmiechnął się tylko na te słowa. Ucałował mnie krótko w czoło, po czym rzucił lakoniczne:
-Na pewno coś wymyślisz, Josh.
Westchnąłem ciężko.
Niezmącony spokój mojego nowego „anioła” zaczynał mi już działać na nerwy.

10 komentarzy:

  1. Nooo.. To dziwne. Zastanawiam się nad tym, czy może właśnie ktoś nie podmienił Amadeusza.. o_o Zbyt dziwnie się zachowuje. Albo może zmienił strategię na pójście na całkowitą ugodę z Joshem i dostawanie za to tego, co chce, bo w końcu i tak Josh umrze, więc lepiej korzystać.. hm. Dzisiejszy rozdział kompletnie zbił mnie z tropu. Ze wszystkich myśli na temat Amadeusza i wgl. A może to znowu jakaś próba tych 'wyższych' demonów? Kto wie. Aczkolwiek sytuacja mnie przeraża. Coraz bardziej jest ona skomplikowana i trudna do rozgryzienia. W każdym razie życzę powodzenia Joshowi z przetrwaniem z TAKIM Amadeuszem i coś przeczuwam, że długo nie wytrzyma xd Się nie dziwię xD Ja tam wolę, kiedy coś się dzieje i Amadi jest bardziej otwarty i się kłóci niż taki.. tajemniczy i ugodowy. Totalne przeciwieństwo, no! Jak tak można się zmienić? To wręcz niewykonalne, jeszcze biorąc pod uwagę fakt, że to tyczy się demona. LOL xd
    Weny ;3

    OdpowiedzUsuń
  2. Amadeusz... Jest podejrzanie zbyt obojętny. Odnoszę wrażenie, że Josh już długo nie pożyje O.o a przynajmniej... Nie w tej formie, w której żyje teraz > <"

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobra. Kto podmienił Amadeusza? O__O Z jednej strony zmienił się "na lepsze".. Ale takie przytakiwanie Joshowi dobre nie jest. No bo ten chce ze szkoły zrezygnować, a nie powinien! Gdyby Amadeusz go wspierał to kto wie, może zdałby tą klasę. Sądzę, że demon albo chce się podlizać, bo zabił Rickiy'ego, albo postanowił coś zrobić. Te jego słowa "na zawsze" na pewno nie są wypowiedziane od tak sobie.. Może coś wymyślił? No i ta chęć by Josh spotykał się częściej z przyjaciółmi? Może chce aby człowiek stał się demonem? Ale demony.. nie tworzą par! A może Amadeusz się zmieni w człowieka?
    Mam jeszcze jedną opcję, mianowicie to, iż ten demon, który pojawił się jakiś czas temu udaje Amadeusza. Ale skąd miałby wiedzieć, że demon wyznał mu miłość? No skąd?

    Dobra ale moje porypane przypuszczenia zostawmy w spokoju. Lubię to opowiadanie, bo nie wiadomo co się dalej wydarzy, jest na pewien sposób inne. Josh, który - nie oszukujmy się - jest trochę dziecinny i mam wrażenie, że rozpieszczony, spotkał demona, który z kolei chce zwrócić na siebie całą jego uwagę, jest wybuchowy i nie znosi sprzeciwu. Mieszanka wybuchowa xD Współczuję przyjaciołom Josh'a. Bo zrobili by dla niego naprawdę wiele. Zresztą on dla nich też, no ale jest ciągle "zajęty". Mam dziwne wrażenie, że za niedługo będą mieli okazję poznać Amadeusza. W jaki sposób? Nie mam pojęcia.

    Mam wielką nadzieję, że za niedługo pojawi się kolejny rozdział tegoż opowiadania. Moim ulubionym Twoim ulubionym opowiadaniem jest Chaos (dziwnie to brzmi, ale mam nadzieję, że wiesz o co mi chodzi xD) ale drugie miejsce zajmują YFM, Wyzwanie oraz właśnie Sunrise. Dlatego mam wielką nadzieję, że te opowiadania będą pojawiały się najczęściej. Chociaż Księcia, AFY z chęcią bym przeczytała (dawno nie dawałaś z nich rozdziałów ;c)
    No cóż ale to Twój blog i to Ty jesteś panem i władcą!( panią i władczynią według mnie gorzej brzmi >.< zabiera pewnej.. powagi i dostojności xD) dlatego będę oczekiwała na to na co będziesz miała chęci i wenę ^^


    Pozdrawiam i życzę dużo weny! ♥

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy9:06 PM

    Hej :)
    Liczę sekundy, do czasu aż mu przejdzie. Niby zmienił się na lepsze... ale zgadzanie się na wszystko i ta obojętność, na dobre nie wyjdą. Co on sobie wymyślił? Teraz przesadził w drugą stronę.

    Rozumiem, dla niego lata które pozostały Joshowi to ledwie mgnienie, choć pewnie dłuższe niż dotychczas, bo coś się w jego ,,egzystencji'' zaczyna dziać, ale on udaje kogoś, kim nie jest... (chyba). Może wybuchnie w końcu.
    A co to Kat, chciałabym, aby Josh powiedział jej prawdę, albo żeby ich nakryła (co chyba bardziej pozwoli jej uwierzyć, gdy np. będzie widziała lewitującego chłopaka, w objęciach kogoś niewidzialnego, i mówiącego najnormalniej na świecie: ,,Amadeusz!...'' Eh... raczej pomyśli, że zwariował... ale może jest otwarta na takie rzeczy, i to, że Josh jest normalny i zawsze mówił prawdę da jej do myślenia...?).
    I mam wrażenie, że coś się grubego szykuje... może przywlecze wampira dla chłopaka? Ewentualnie jakiś kamień filozoficzny... w literaturze tyle tego szajsu jest!

    Bardzo się cieszę z dzisiejszej notki :3 W ogóle dziś mam takie zarąbisty wieczór :D Dzięki :*
    Mam nadzieję, że twój będzie równie dobry, jeśli nie lepszy.
    Pozdrawiam, Gosia :*


    P.S. Ten Amadeusz mi się nie podoba :/ jest taki jakiś... wybrakowany. Wole, jak wyraża swoje zdanie... Choć to zainteresowanie chłopakiem, Joshowi nie zaszkodzi.
    Teraz jest chory, tyle się w jego życiu wydarzyło... taki spokój jest nawet dobry, ale nie na długo. I to jego ,,najprzystojniejszy...'' coś tu śmierdzi, i to nie są moje skarpety. Może on coś od niego chce? Bo to: ,,Ja dla ciebie zrobiłbym wszystko, a ty?'' jest podejrzane.
    No dobra, już kończę :D Wena życzę <3
    Gollum

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy10:12 PM

    Ja tak trochę z innej beczki. Czytałam ostatnio LPoH i zauważyłam, że ostatnia notka tego opowiadania była dodana już naprawdę dawno. Czy istnieje jakaś szansa, że kontynuacja tego opowiadania pojawi się w najbliższej przyszłości?

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy11:51 AM

    He-ej :)
    Nice, nice - tyle o treści, nie chce mi się nad nią rozpisywać.
    Ale czy to - "[...] trzymał mnie za ręce(zweryfikuj i popraw proszę, bo miała być sprawna tylko lewa ręka, zakładam więc, że niemożliwe byłoby trzymanie za obie) i szedł tyłem [...] " - w nawiasie nie było aby do twojej bety? ;)
    Weny,
    av.r

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy9:14 PM

    Silencio prosiła aby Wam przekazać,że ma zepsuty komputer,wiec chwilowo bedzie przerwa w dodawaniu rozdziałów,aż autorka dorwie się do komputera;)

    Beta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Tak czekałam na kolejny rozdział, kolejną notkę T.T To się nazywa złośliwość rzeczy martwych! To takie niesprawiedliwe ;cc
      No cóż, pozostaje mi mieć nadzieję, iż komputer szybko zostanie naprawiony ^-^

      Pozdrawiam!

      Usuń
  8. Anonimowy3:16 PM

    Nadrabiania zaległości z czytaniem ciąg dalszy...;)
    Strasznie podoba mi się to opowiadanie, przyszłość tej dwójki jest taka... krucha, przejmująca.
    Czekam bardzo na kontynuację. Nie wiem co więcej napisać. Po prostu po lekturze tych rozdziałów mam kolejny temat do rozmyślań;)

    Pozdrawiam serdecznie,
    J.
    :)

    OdpowiedzUsuń