Strony

sobota, 1 czerwca 2013

Jason

Stałem przy ścianie, dopijając kolejnego drinka i z umiarkowanym zainteresowaniem, a może raczej, z braku lepszej rozrywki, przyglądałem się bawiącemu (chyba lepiej niż ja), zebranemu na sali towarzystwu. Z tymi, którzy przechodzili gdzieś w pobliżu mnie i zerkali w moim kierunku, właściwie z przyzwyczajenia, wymieniałem niemrawe uśmiechy, modląc się o to, by nikomu nie przyszło do głowy zaczepianie mnie i wciąganie w charakterystyczne dla tego rodzaju zgromadzeń dyskusje. Nie była to oficjalna, biurowa uroczystość, na którą zostałem ściągnięty wraz z innymi, biednymi pracownikami. Nie, nie. Ani nie spotkanie koneserów zraszaczy ogrodowych. Również nietrafione. Choć ta impreza łączyła w sobie dwie cechy charakterystyczne dla tych, które wymieniłem. Przymus. I kompletną nudę.
To było przyjęcie urodzinowe. Moje przyjęcie urodzinowe powinienem dodać, lecz choć jubilaci zazwyczaj byli na świeczniku, ja najserdeczniej wymknąłbym się stąd po cichu, ale za bardzo się obawiałem, że ktoś może zauważyć moją nieobecność. Oto „świętowałem” swoje czterdzieste urodziny, o czym w sposób nachalny i odrobinę irytujący, przypominało mi dosłownie wszystko dookoła. Ogromny, do połowy już zjedzony tort, z którego wystawała nadgryziona, cukrowa czterdziestka. Wielki transparent z jaskraworóżowym napisem: „40 URODZINY WUJKA JAZONA”, zrobiony przez pięcioletnią córkę kuzynki męża mojej siostry (ktoś bardzo pomysłowy usiłował poprawić błąd w moim imieniu, jednak zupełnie innym kolorem, przez co ostatecznie nie widać było ani „Z”, ani mającego znaleźć się na jego miejscu „S”, a jedynie jakiś niemożliwy do odczytania gryzmoł). Cała masa różnych ozdób. I sami goście, którzy podchodzili do mnie (albo przez pomyłkę, do kogoś zupełnie innego) i składali życzenia, siląc się na oryginalność, starając się być zabawnymi albo najzwyczajniej w świecie klepiąc jakąś wszystkim dobrze znaną formułkę o zdrowiu, szczęściu, pieniądzach i „wreszcie-ożenku”. Wszystkie opcje były równie drażniące.
Okrągłe urodziny… Czterdzieste urodziny (Boże, zaczynam popadać w jakąś minimalną depresję!) nie są chyba wydarzeniem, które należałoby świętować w towarzystwie właściwie obcych ludzi. Coś nas jednak łączyło, a mianowicie pokrewieństwo, ale w tej sali (a raczej na jej połówce, bo drugie pół było już zarezerwowane na jakąś drugą imprezę) cisnęło się dobrze ponad pięćdziesiąt osób, a ja naprawdę nie znałem sporej większości z nich. Moja rodzina była duża i bardzo przywiązana do „tradycyjnych wartości”. Często więc świętowała w swoim gronie, zwłaszcza święta i różnego rodzaju okrągłe rocznice, choć mnie, na szczęście, najczęściej udawało się z nich jakoś wyplątać, czym budziłem ogólne niezadowolenie i zapewne setki komentarzy, których, dzięki Bogu, nie musiałem wysłuchiwać. Nie miałem awersji do wszystkich członków swojej rodziny, bynajmniej. Z niektórymi widywałem się regularnie i chętnie, z moją siostrą na przykład czy jedną z kuzynek. Z innymi równie regularnie, choć mniej chętnie. Natomiast takich osób było niewiele. Potrafiłem jeszcze wymienić kilka imion osób widywanych rzadziej, kilku potrafiłem zidentyfikować pod względem naszego pokrewieństwa, a poza tym… Zbiór zupełnie nieznanych mi ludzi. Oczywiście to nie ja zaplanowałem tą imprezę. Inicjatorką była moja ciotka, a osobą mnie przymuszającą – siostra. Zostałem właściwie postawiony w sytuacji bez wyjścia. Dowiedziałem się, że sala jest opłacona, goście sproszeni i nie ma nawet takiej opcji, żeby mnie nie było. Wolałem nie ryzykować.
Nie miałem zresztą do nich szczególnych pretensji. Co prawda wolałoby mnie tu nie być, ale nie żebym miał jakiekolwiek większe plany, pewnie po prostu siedziałbym w domu. Sęk w tym, że czterdzieste urodziny to nic szczególnie przyjemnego. Już trzydzieste były takie… przytłaczające, ale wtedy jeszcze sądziłem, że mam strasznie dużo czasu i masę rzeczy do osiągnięcia. A teraz…
To nie tak, że jestem życiowym nieudacznikiem, o nie. Tylko to jest wiek, w którym należałoby wreszcie zdać sobie sprawę z sukcesów, jakie odnieśliśmy w naszym życiu. Prywatnym. Zawodowym. I takim, i takim, co zdarza się raczej rzadko i pewnie wszyscy by tego chcieli. Ja nie  miałem aż tak dużych wymagań! Sęk w tym, że naprawdę nie bardzo miałem się czym chwalić. Owszem, pracę miałem całkiem przyzwoitą. Pracowałem w pewnej firmie, w dziale badań marketingowych, ale nie było to ani szczególnie interesujące, ani nie sprzyjało osobistemu rozwojowi czy poczuciu samorealizacji. Zarabiałem tyle, żeby starczało mi na życie na odpowiednim poziomie (i starczało do pierwszego), ale raczej nie roztaczały się przede mną wspaniałe perspektywy na awans i sukces, jak to sobie wyobrażałem, gdy zaczynałem tam pracę. Ot, byłem zwyczajnym trutniem biurowym i nic poza tym. Gdybym jeszcze mógł powiedzieć, że życie zawodowe poświęciłem na rzecz prywatnego… Niestety, to również było dalekie od prawdy. Bywałem w związkach, krótszych i trochę dłuższych, ale jakoś wszystko się rozsypywało. I nie, nie przez moje życie zawodowe.
A więc, niestety. Naprawdę nie miałem szczególnych powodów do świętowania faktu, że jeszcze parę, góra paręnaście lat, a zacznie mi doskwierać reumatyzm.
-Ach, Jason, co ty tu robisz?- usłyszałem głos ciotki Virginii i już wiedziałem, że nie uda mi się umknąć ani schować. Staruszka chwyciła mnie pod ramię i zaczęła ciągnąć z powrotem w stronę tłumu.- Chodź, chodź…- mówiła.- Nie możesz przecież stać tu sam w tak ważny dzień… Porozmawiaj trochę z rodziną…
Jęknąłem w duchu, mając nadzieję, że to, co widnieje na mojej twarzy, wciąż bardziej przypomina uśmiech niż pełen niezadowolenia grymas. Ciocia Virginia była jedną z tych osób będących częścią mojej rodziny, z którą spotykałem się często. Właściwie wciąż trudno mi powiedzieć, czy z własnej woli i ochoty, czy raczej nie do końca… U niej najczęściej odbywały się rodzinne zjazdy, święta, imprezy… To ona się tym zajmowała, planowała, zbierała gości… Mimo wszystko, miałem do niej duży sentyment. Była siostrą mojej zmarłej mamy i bardzo pomogła mnie i siostrze po jej śmierci. Nie zmieniało to jednak faktu, że na wszystkie możliwe sposoby, wtrącała się i starała ułożyć mi życie, oczywiście w taki sposób, w jaki ona uważała za słuszny. Czyli? Ożenek, obowiązkowo. Na tym tle zrobiła się już naprawdę bardzo znerwicowana. No i dzieci. W końcu „nie byłem jeszcze tak stary”.
W pewnym momencie, podbiegł do nas ktoś jeszcze.
-Jason!- wykrzyknął radośnie jakiś pan, starszy ode mnie przynajmniej o dwadzieścia lat, mocno już łysiejący.
Wbiłem w niego zdumione i nieco przerażone spojrzenie, uświadamiając sobie, że naprawdę nie mam bladego pojęcia, kto to taki. Zatrzymał się przy mnie z otwartymi ramionami i szerokim uśmiechem, jakby liczył na to, że odwzajemnię mu się podobnym wykrzyknieniem. Owszem, z twarzy wydawał się jakby znajomy, ale… Zerknąłem ukradkiem na ciotkę, ale ta wdała się akurat w jakąś rozmowę ze stojącą przy nas kobietą. Spojrzałem znów na niego. Mina zaczęła mu rzednąć.
-Eee… Wuju…- zaryzykowałem, bo czego jak czego, ale akurat wujów miałem od groma i jeszcze trochę. Uśmiechnął się znowu, więc chyba trafiłem, ale wciąż sprawiał wrażenie, jakby liczył na coś więcej. Wiedziałem, że lada chwila, a będę musiał się przyznać, że naprawdę go nie pamiętam i przepraszać, a może jeszcze wymyślić jakieś subtelne kłamstewko, że tak bardzo się zmienił od naszego ostatniego spotkania – oczywiście na lepsze…- Właściwie to…
-Cześć, wujku Bernie!- usłyszałem bardzo znajomy głos i tuż przy mnie pojawił się jeden z moich kuzynów, George. Jego również widywałem często, choć, tu przyznaję otwarcie – kompletnie bez własnych chęci.
-George, jak się miewasz?- zagadnął go wspomniany wujek i tak rozpoczęła się kilkuminutowa, bardzo nudna rozmowa, w trakcie której nie mogłem się niestety ulotnić, bo z jednej strony, wciąż doczepiała się do mnie ciotka, rozmawiająca teraz na zupełnie innym froncie, a z drugiej, za ramię trzymał mnie kuzyn.
Wreszcie skończyli rozmawiać.
-Jason!- George zaśmiał się wesoło i zdzielił mnie z pięści w ramię, jak zresztą zwykł mnie witać. A oprócz tego, że swoim wyglądem i posturą przypominał zawodowego sportowca (którym zresztą nie był, właściwie nie do końca wiem, kim aktualnie był, bo cały czas zmieniał pracę), nie grzeszył również subtelnością, więc możecie sobie wyobrazić, że był to cios dość bolesny. Potarłem ukradkiem ramię, znowu przywołując uśmiech na twarz.- Co tam, staruszku? Czterdzieści lat! Szmat czasu! Może byśmy gdzieś w końcu razem wyskoczyli, co? No wiesz, jakiś klub, wypijemy, porozglądamy się za panienkami…
Westchnąłem cicho. George nieustannie szukał ze mną towarzystwa, nie do końca wiem dlaczego, bo wydaje mi się, że nasze światy były kompletnie odległe. Był dziesięć lat młodszy, miał zupełnie inne zainteresowania, i zupełnie inne podejście do świata. Dla mnie był nieznośny i wkurzający. Ja jemu pewnie widziałem się jako totalny nudziarz. Tym bardziej więc nie rozumiałem, czego właściwie ode mnie chce. Nie wiem, czy szukał we mnie kolegi i kompana do licznych imprez, czy po prostu realizował plan ciotki, który zakładał znalezienie mi narzeczonej, a co za tym idzie, żony. Ciocia Virginia miała w zwyczaju niby przypadkowo umawiać jeszcze niezeswatanych z córkami lub synami znajomych, oczywiście wyznających ten sam światopogląd. Tak zresztą męża znalazła moja siostra Anna, choć ona akurat miała dużo szczęścia, bo trafiła na podobny model do siebie, który teoretycznie zgadzał się z familią, ale w praktyce miał zupełnie gdzieś to, co robiła. Natomiast ja… Cóż, z grzeczności poszedłem na parę takich spotkań, ale powiem szczerze, że wystarczyło mi pięć minut i bardzo, bardzo nerwowe, niemal spazmatyczne zapewnienia moich kandydatek, że szanują tradycję i wartości, bla, bla, bla… Żeby już wiedzieć, że nie mam tam czego szukać. Ciotka była rozczarowana, ale nie ustawała w próbach.
-Mam dużo pracy- odpowiedziałem dyplomatycznie.
-Przecież nie pracujesz w weekendy!- powiedziała ciotka, przerywając wcześniejszą rozmowę.
-No to świetnie!- zaśmiał się George.- Skoczymy gdzieś w sobotę, to do niedzieli wytrzeźwiejesz, nie…?
-Nie sądzę…- odparłem ostrożnie, naprawdę siląc się na uprzejmość.- Czasem muszę pracować w domu, właściwie to mam spore zaległości…
Nie było w tym nawet grama prawdy, ale naprawdę chciałem, żeby trzymał się ode mnie z daleka. Już dwa razy dałem mu się namówić na podobne wypady i były to jedne z najbardziej żenujących i nieprzyjemnych wyjść w moim życiu. Za pierwszym razem, oczywiście obowiązkowo się schlał, najpierw w sposób, który chyba wydawał mu się bardzo odpowiedni, choć w istocie przypominał zaloty człowieka neandertalskiego, podrywał parę dziewczyn, a gdy w ich obronie stanął jakiś facet, omal nie wszczął bójki. Wreszcie wyprosiła nas ochrona, on nagle zaniemógł, więc ja musiałem go doprowadzić do samochodu (jest potwornie ciężki), a nim do niego wsiedliśmy, obrzygał mi buty. Drugi raz był jeszcze bardziej emocjonujący, więc wolę sobie tego nawet nie przypominać.
-Jason, tak nie można!- powiedziała ciotka, wpatrując się we mnie z troską.- Musisz odpoczywać przynajmniej od czasu do czasu…
-Mhm…- odmruknąłem jedynie, desperacko starając się zmienić temat.- Widziałaś może Annę…?- zapytałem o siostrę, bo ta jak zwykle nie spieszyła się z wyjazdem. Ciotka pokręciła głową.- A Sandrę…?- rzuciłem z nadzieją, już wcześniej szukając wzrokiem swojej ulubionej kuzynki. Była trochę zamknięta w sobie, ale miała podobne podejście do życia jak ja i również unikała tych rodzinnych przyjęć, choć miałem nadzieję, że tym razem się pojawiła.
-Gdzieś tam była- stwierdził George, wzruszając ramionami.- O, ciocia! Miałem ci coś pokazać!- przypomniał sobie nagle.- Tylko weź się nie denerwuj, chociaż pewnie się zdenerwujesz… Chodź.
Ruszył przed siebie. Ciotka w ślad za nim, a ja, ciągnięty przez nią, chcąc nie chcąc, za nimi. Dotarli do końca naszej połowy sali. Na drugiej stronie, również odbywała się już jakaś impreza. Obie połówki przedzielone były kilkuskrzydłowymi drzwiami, jedne skrzydło było otwarte i to przy nim się zatrzymaliśmy patrząc na to, co dzieje się po drugiej stronie. Najpierw zobaczyłem jedynie paru mężczyzn, który tańczą w rytm jakiejś muzyki, zlewającej się trochę z muzyką z naszego pomieszczenia. Jednak ledwie chwila wystarczyła, by zdać sobie sprawę, że bawiło się tam wyłącznie męskie grono… Miałem już swoje przypuszczenia, a gdy jeszcze naszym oczom ukazali się panowie tańczący w ciasnym uścisku i jakaś całująca się namiętnie para, nie mogłem powstrzymać rozbawionego uśmiechu. No. W ich towarzystwie na pewno bawiłbym się lepiej, choć wolałem nie ryzykować podobnej uwagi. Już domyślałem się, jakie usłyszę zaraz komentarze, choć ciotka długo milczała, najpierw zdumiona, później pełna niedowierzania, aż wreszcie autentycznie zbulwersowana.
-Boże drogi!- rzuciła niemalże z paniką.- Co oni tu robią?!
-Bawią się…- odpowiedziałem, spoglądając na nią i wciąż nie mogąc pohamować uśmiechu.
-Ale… Ale dlaczego tutaj?!
-Ponieważ… My wynajęliśmy jedną część sali- przypomniałem stanowczo.- Druga część sali była wolna… Jak się domyślam, wynajęli ją oni, i tak jak my, zorganizowali sobie jakąś imprezę…
-Ale jaką!- wykrzyknęła ciotka, kręcąc głową z dezaprobatą.- Jak tak można! Takie coś! Tuż pod naszym nosem!
-Nie sądzę, żeby wynajmując POŁOWĘ sali, dało się decydować, jakie imprezy można organizować na drugiej połowie…- uświadomiłem swoją ciotkę, choć szczerze wątpiłem, by docierały do niej jakiekolwiek argumenty.- Trzeba było wynająć całość i nie byłoby kłopotu…
-Nie czepiaj się ciotki, Jason- powiedział George.- No daj spokój, żeby takie ped…
-George!- syknęła ostrzegawczo ciocia Virginia, bo bardzo nie lubiła tego słowa.
-Sorki, ciociu. Żeby takie… No… Kurde, przecież to jest nienormalne! Jak można się podniecać na widok faceta…? Znaczy, kiedy jest się facetem… To jakieś psycholstwo, po prostu! Ja to sobie nawet nie wyobrażam, jak można nie lubić babek… Nie, Jason?- zarechotał i zdzielił mnie w ramię. Jako iż pozostałem bierny wobec tego… eee… żartu?, zdecydował się go powtórzyć.- Nie, Jason?- powtórzył nachalnie, raz jeszcze walnąwszy mnie w ramię.
Odetchnąłem jedynie głęboko, nic nie odpowiadając. Czułem, że gdyby moja rodzina wiedziała, że zdarzało mi się bywać na podobnych imprezach (chyba, niestety, zbyt rzadko…), i że niektóre z moich związków, były związkami… Cóż, odmiennymi od tych, które uważają za normalne i poprawne, chyba zostałbym z miejsca wyklęty.
-To prawda, przecież nie można się z tym tak obnosić!- szepnęła ciotka ze zdenerwowaniem.- Czasem jak ich widzę na ulicach… No ja nie wiem… To nie jest w porządku… I jeszcze tutaj! Zobacz, co oni robią!- rzuciła z wyraźnym zgorszeniem.- Tak przy wszystkich! Przy normalnych ludziach! Zupełnie bezwstydnie!
-Może dlatego…- zacząłem ostrożnie.- … że robią to na SWOJEJ połowie. Kupionej przez nich, do której mają prawo i na której mogą robić, co tylko zechcą. Poza tym, obie połowy dzielą drzwi, które można w każdej chwili zamknąć, jeśli coś jest nie w porządku… A ci normalni ludzie, nie mają najwyraźniej nic innego do roboty, jak ciągle się na nich patrzeć…- dodałem z politowaniem, bo ciotka i George nie byli jednymi, którzy zaglądali do drugiego pomieszczenia. Paru innych członków rodziny również szwędało się koło drzwi, łypali na to, co dzieje się w środku, odchodzili, zaraz znowu wracali… Tak, to było zupełne normalne.
-Jason, ja mam wielki szacunek do wszystkich ludzi!- odparła natychmiast ciotka, jakby poczuła się dotknięta moimi słowami.- Naprawdę wielki! Ja rozumiem, że to jest ich głęboki problem, ale nie chcę, żeby tak się z tym obnosili, i to jeszcze teraz, przy nas… Na wszystko im w naszym kraju pozwalają, tak przecież być po prostu nie może. Rozumiem, że są nieszczęśliwi, ale…
-Nieszczęśliwi?- parsknąłem z niedowierzaniem, przyglądając się towarzystwu, które zupełnie nie pasowało do tego określenia.- Moim zdaniem wręcz promienieją…
-To tylko pozory- odpowiedziała ciotka, tonem godnym znawcy wszystkich, którzy „normalnymi” ludźmi nie są.- Ja wiem, że to są ludzie bez miłości… Pozbawieni zupełnie moralności, ja wiem, wiem, że oni bardzo cierpią na pewno…
-No zwykłe geje!- skwitował to wyniośle George.- Przecież wiadomo, że to nie jest zgodne z naturą ani niczym, nie…? Przecież to oczywiste… Jest facet i babka… No i wiadomo co z czym, no nie? Dwie babki to jeszcze, ale faceci…
-George!- skarciła go ciotka.
-No bo to jest bardziej obleśne, ciociu! Jak tak można z drugim facetem, ja nie wiem…
-Oni bałamucą młodych chłopców i przez to ci stają się tacy sami.
-I dzieci.
-O, tak, dzieci! To jest najgorsze!
Byłem już przyzwyczajony do tego rodzaju dyskusji, więc nawet nie brałem w tym udziału, bo było to absolutnie bezcelowe.
-Co powinniśmy zrobić…?- zapytała nagle ciotka.
-Nic- odparłem stanowczo.- To nie nasza sprawa.
-Ale nie można być tak obojętnym!- zaprotestowała natychmiast z dezaprobatą w głosie.- Ludzie byli obojętni i dlatego oni mają tyle praw! Tak po prostu nie można…
-To nas nie dotyczy…- zauważyłem.- Po prostu chodźmy się bawić i dajmy im spokój…
Ciotka zastanawiała się nad czymś przez chwilę.
-A może zadzwonię do właściciela sali…?- zapytała nagle. George pokiwał głową.
-Po co?- parsknąłem bez zrozumienia.
-Powiem, że zachowują się niewłaściwie…
-Ale się tak nie zachowują!
-A jak to nazwiesz?!- zapytała z desperacją, wskazując w stronę drugiego pomieszczenia.
-Ich sposobem na spędzanie czasu. Daj sobie spokój, ciociu…- poprosiłem, wzdychając głęboko.- Nie rób zamieszania.
-Jason, ale ja nie chcę patrzeć na takie rzeczy!- rzuciła niemal z rozpaczą.
Westchnąłem raz jeszcze, po czym podszedłem do drzwi i zamknąłem je. Odwróciłem się z powrotem w stronę ciotki, unosząc brew w pytającym geście, ale ona nie sprawiała wrażenie zadowolonej z takiego obrotu sytuacji. Nie ukrywam, że w takich chwilach trudno było mi zrozumieć moją własną rodzinę. Kiedy bywałem na jakichś imprezach w domu, było podobnie. Natrafiali na jakiś kanał, gdzie nadawano wywiad z kimś, kogo „nie chcieli oglądać”, ale zamiast przełączyć, słuchali i nieustannie się nakręcali, komentując każde słowo. Teraz było podobnie.
Nagle, drzwi otworzyły się znowu. Do naszej części sali przemknęło jak gdyby nigdy nic dwóch młodych mężczyzn, rozmawiając ze sobą i nie zwracając na nas najmniejszej uwagi. Ciotka obejrzała się za nimi i wydała z siebie jakieś dziwne odgłosy, które chyba były próbą jednoczesnego pytania, co tu robią, wyrażania zdumienia i deklarowania oburzenia.
-Nie no tego już za wiele!- prychnął George.
-O, chyba widzę Sandrę…- skłamałem, patrząc gdzieś ponad tłumem i korzystając z tego, że między moją ciotką a kuzynem rozpętała się kolejna rozmowa na wiadomy temat, czmychnąłem szybko w głąb sali.
Podszedłem jeszcze do barku i nalałem sobie alkoholu, po czym odnalazłem wzrokiem drzwi i zdecydowałem się wyjść na zewnątrz, chociażby na chwilę, licząc na to, że tam nikt nie będzie mnie szukał. Tak też zrobiłem. Opuściłem budynek i stanąłem przy ścianie, dostrzegając kilka metrów dalej tych dwóch jegomości, którzy wcześniej przeszli obok mnie. Uśmiechnąłem się z rozbawieniem. Wyglądało na to, że cała sala miała tylko jedno wyjście prowadzące do palarni. Coś czułem, że moja rodzina będzie miała tego wieczoru całkiem sporo atrakcji…
Na dworze było bardzo chłodno. Właściwie żałowałem, że nie wziąłem swojej wiatrówki, ale póki co, wolałem nie wracać do pomieszczenia, za bardzo się obawiałem, że ciotka przypomni sobie o moim istnieniu i znowu zacznie mnie szukać. Piłem powoli trunek, przyglądając się tamtym dwóm mężczyznom. Po kilku minutach, ktoś jeszcze wyszedł z sali. Zatrzymał się właściwie tuż obok mnie. Odruchowo, nieco zdumiony, zerknąłem w jego kierunku.
Jedno spojrzenie wystarczyło mi, by stwierdzić, że z pewnością nie był to żaden z gości zaproszonych na moje przyjęcie, a więc zapewne przyszedł z tą drugą grupą. Co jak co, ale kogoś takiego bym spamiętał, nawet ze zjazdów rodzinnych. Miał nie więcej niż trzydzieści pięć lat, był szczupły, wysoki i naprawdę cholernie przystojny. Chyba wypiłem ociupinkę za dużo, bo naprawdę przyglądałem mu się bardzo bezwstydnie. On jednak na szczęście tego nie zauważył, w ogóle nie patrzył w moją stronę. Wyciągnął paczkę fajek, z której wyjął ostatniego papierosa i wsunął go sobie do ust. Opakowanie wyrzucił do pobliskiego śmietnika, a następnie wsunął dłonie najpierw w przednie, później tylne kieszenie spodni, najwyraźniej czegoś szukając. Zmarszczył brwi. Zaczął przeszukiwać kieszenie kurtki. To również nie przyniosło żadnego rezultatu. Przeczesał jasne włosy palcami i dopiero wtedy, jego wzrok natrafił na mnie. Wyjął papierosa z ust i uśmiechnął się lekko. Odpowiedziałem mu tym samym.
-Zapalniczka…?- zapytał.
Domyślałem się, że tego właśnie szuka. Pokręciłem głową.
-Przykro mi, nie palę- odpowiedziałem.
-Żaden powód do przykrości…- uśmiechnął się raz jeszcze. Starałem się powstrzymać, ale raz po raz spoglądałem wprost w jego zielone oczy. Cholera. Teraz NAPRAWDĘ żałowałem, że nie bawię się po drugiej stronie sali…- Ale pijesz- zauważył, wskazując na trzymaną przeze mnie szklankę.- To też nie najlepiej…
-Oni na pewno mają zapalniczkę- stwierdziłem, zerkając w kierunku tamtych mężczyzn, chociaż nieszczególnie podobała mi się myśl, że mógłby sobie pójść.
-Nieee…- zaśmiał się cicho.- Zapewne na to nie wygląda, ale tak naprawdę, to rzucam…- stwierdził, wsuwając papierosa do kieszeni kurtki.
Ja również parsknąłem śmiechem. Minuta rozmowy, a ja już czułem się znacznie lepiej niż przez cały czas trwania tego przyjęcia…
-Dlaczego tu stoisz…?- zainteresował się, spoglądając na mnie pytająco.- W środku chyba dobrze się bawią…
-Cóż… Kończę czterdzieści lat…- zauważyłem, choć zapewne nie był to najlepszy temat do rozmów z facetem, który bezsprzecznie robił na mnie wielkie wrażenie.- Żaden powód do dobrej zabawy…- dodałem, starając się nie brzmieć zbyt dramatycznie.
-Ach, szczęśliwy jubilat!- uśmiechnął się szeroko. Spojrzałem na niego ze zdziwieniem, ale szybko zdałem sobie sprawę, skąd wie. Chyba wszyscy widzieli ten ogromny transparent.- Okrągłe rocznice zawsze są dobre- stwierdził, tonem znawcy.- To niezły pretekst, żeby zrobić coś szalonego…
-Coś szalonego…?- dopytałem niepewnie.
Zaśmiał się cicho. Wydawało mi się, że zamierza wrócić do sali, bo nagle ruszył się z miejsca i już chciałem coś powiedzieć, ale on zbliżył się do mnie. Poczułem jego dłoń na swoim ramieniu. Jego wargi znalazły się na moim policzku. Zamarłem w bezruchu, czując, jak jego usta wędrują w kierunku moich, by wreszcie zatrzymać się na nich i musnąć je krótko. Odsunął się z uśmiechem, choć mnie wydawało się to być ledwie przedsmakiem pocałunku. Potrzebowałem długiej chwili, żeby oprzytomnieć. Uśmiechnąłem się nerwowo i rozejrzałem dookoła, obawiając się, że ktoś z mojej rodziny mógłby mnie przyuważyć, ale prócz tych dwóch mężczyzn, którzy kierowali się już zresztą z powrotem do sali, nikogo nie było. Przeniosłem wzrok na jasnowłosego, odkaszlnąwszy cicho.
-Taaak… To było szalone- stwierdziłem.- Pewnie ryzykowałeś wybiciem paru zębów, ale… dziękuję.
-Nie o tym mówiłem- odparł spokojnie.- I nie sądzę, bym czymkolwiek ryzykował.
Spojrzałem na niego bez zrozumienia.
-Dlaczego?
-Słyszałem, jak spierałeś się ze swoją rodziną… Na temat tych, który chyba nie są tu z powodu urodzin…- dodał znacząco.
-Mhm… Tak…- odkaszlnąłem cicho, wciąż nie mogąc wyjść ze zdumienia, że zdecydował się na coś podobnego.- Ja… To moja opinia. Nie przeszkadza mi to.
-Wiem. Bo widziałem jak spoglądałeś w kierunku tej drugiej sali…
-Spoglądałem?- zdziwiłem się.
-Owszem. Podobało ci się to, co widzisz- stwierdził w bardzo prowokujący sposób.
Byłem szczerze zaszokowany jego słowami. Zdumiałem się, że to zauważył. Że w ogóle wcześniej zwrócił na mnie uwagę. Szybko jednak opamiętałem się i przypomniałem sobie jego wcześniejsze słowa.
-Więc… O czym szalonym właściwie mówiłeś…?- zapytałem otwarcie, czując, że serce zaczyna mi bić szybciej.
Widziałem, jak uśmiecha się, a później…
-Jason!- tuż obok mnie pojawiła się moja siostra.
-A… Anna…- rzuciłem, przywołując na twarz mocno wymuszony uśmiech, bo chociaż czekałem na nią już od dłuższego czasu i bardzo chciałem ją zobaczyć, to był wyjątkowo nieodpowiedni moment.
Zauważyłem, że mój rozmówca odwraca się i rusza z powrotem do sali.
-Poczekaj!- zawołałem za nim niemalże odruchowo.
Nacisnął klamkę i otworzył drzwi, zatrzymując się na moment w progu.
-Jestem pewien, że jeszcze się spotkamy- stwierdził, uśmiechając się tajemniczo, po czym wszedł do wnętrza.
Nic z tego nie rozumiałem.
-Kto to taki?- zainteresowała się Anna.
-Nie mam pojęcia- odparłem, szczerze tym faktem zasmucony.

Od tamtej imprezy i mojego spotkania z tym mężczyzną, minęły ponad trzy miesiące. I muszę przyznać, że zrobił na mnie duże wrażenie. Naprawdę duże wrażenie, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że rozmawialiśmy ze sobą raptem kilka minut. Nawet nie chodziło o to, że był bardzo przystojny, rozbudzał moją wyobraźnię, że był bezpośredni i naprawdę urokliwy, a przynajmniej tak wywnioskowałem, nie mając zbyt dużo czasu, by zweryfikować swoje pierwsze odczucia. Wydaje mi się, że gdyby nie jego ostatnie słowa, nie rozpamiętywałbym długo tego spotkania. Ale to było bardzo specyficzne pożegnanie… To śmieszne, ale spędziłem dużo czasu na zastanawianiu się… Co on właściwie miał na myśli? Jeszcze się spotkamy… Ale kiedy? Może planował się ze mną zobaczyć w trakcie tego przyjęcia, może liczył, że gdzieś na siebie wpadniemy… Chociaż powiedział „jestem pewien”. Nie brzmiało to jak przypuszczenie, zdecydowanie nie. Z drugiej strony, to tylko słowa. Mógł coś rzucić, ot tak, by wywrzeć na mnie wrażenie (co mu się udało) albo bez żadnego konkretnego celu, po prostu, pod wpływem chwili. Nie zmieniało to faktu, że poważnie się nad tym zastanawiałem. Może rzeczywiście się znaliśmy, choćby z widzenia? To również było mało prawdopodobne. Wydaje mi się, że co jak co, ale zapamiętałbym kogoś takiego jak on. Ale może to on mnie gdzieś widział, a ja jego nie. Może pracował gdzieś w pobliżu. Może w jakimś sklepie. Może w mojej własnej firmie, w końcu zatrudniała bardzo wielu ludzi. Może robiliśmy zakupy w tym samym miejscu. Może, może, może… To było strasznie głupie, ale ilekroć przychodziłem do pracy, rozglądałem się z uwagą, tak przenikliwie, jak jeszcze nigdy wcześniej. Gdy szedłem ulicą, mimowolnie szukałem go wzrokiem, jakbym się spodziewał, że nagle się na siebie natkniemy. Może brzmiało to trochę obsesyjnie, ale to nie było nic wielkiego, zwyczajnie rozbudził moją ciekawość, choć z każdym dniem byłem coraz bliżej wniosku, że albo mnie z kimś pomylił, albo powiedział to w zupełnie niezobowiązujący sposób.
Nadeszły święta Bożego Narodzenia. Starałem się naprawdę wymyślać wszelkiego rodzaju wymówki, ale wreszcie dałem się przekonać ciotce Virginii i zadeklarowałem, że pojawię się u niej w pierwszy dzień świąt, wtedy, gdy zbierała się tam cała nasza rodzina. Ciotka była wdową, mieszkała sama, w dużym domu, z ogromną, zupełnie nieproporcjonalną do wielkości pozostałych pomieszczeń, jadalnią, w której bez problemu gromadzili się wszyscy goście. I oczywiście jedli, bo do ciotki już na kilka dni przed wszelkimi uroczystościami, przyjeżdżały różnego rodzaju babcie, inne ciotki, kuzynki i znajome, pomagając jej w gotowaniu i pozostałych przygotowaniach. Wszystko było dopięte na ostatni guzik.
Zadzwoniłem do drzwi wolną dłonią, w drugiej trzymając dwie torby, w której znajdowały się prezenty. Oczywiście nie kupowałem ich całej rodzinie, bo bez wątpienia bym zbankrutował. Obowiązywała umowa, według której, nie kupowaliśmy sobie nawzajem prezentów. Od tej umowy odstępowała tylko ciotka, która rzeczywiście wszystkich znała i najwyraźniej miała dużo frajdy w przedświątecznym czasie, biegając po sklepach i wybierając to, co najlepsze. A z racji tego, że ona kupowała prezenty nam, my kupowaliśmy prezent jej. Ja kupiłem coś jeszcze mojej siostrze Annie, bo co roku wymienialiśmy się jakimiś podarunkami.
Ciocia Virginia otworzyła drzwi.
-Jason!- zawołała uradowana, wpuszczając mnie do środka. Wszedłem do przedpokoju. Obcałowała mnie i przytuliła, śmiejąc się serdecznie.- No, wreszcie jesteś! Rozbieraj się i idź do salonu!- zarządziła, po czym szybko wróciła do kuchni, zawołana przez którąś z obecnych tam kobiet.
Odłożyłem na moment wszystkie rzeczy, zdjąłem buty i odwiesiłem kurtę. Dopiero po chwili zobaczyłem, że ktoś jeszcze znajduje się w przedpokoju. To była moja kuzynka Sandra. Sprawiała wrażenie, jakby na kogoś czekała.
-Cześć- rzuciłem, uśmiechając się do niej pogodnie.
Podskoczyła płochliwie, wyrywając się z zamyślenia i spojrzała w moim kierunku.
-Och. Cześć.- uśmiechnęła się niepewnie.
Była naprawdę fantastyczną dziewczyną. Miała tyle samo lat, co George, ale z nią byłem znacznie bardziej związany. Co prawda była sporo młodsza, ale spędzaliśmy razem czas w dzieciństwie, później również rozumieliśmy się bardzo dobrze, często się spotykaliśmy. Kontakt rozluźnił nam się w ciągu ostatnich kilku lat. Wydawało mi się, że to przez to, iż oboje opuszczaliśmy dużo rodzinnych spotkań, zwyczajnie się rozmijaliśmy. Wcześniej nie potrzebowaliśmy tego rodzaju uroczystości by gdzieś ze sobą wyjść i porozmawiać, ale… Sam nie wiem. Tak się jakoś ułożyło.
-Co u ciebie? Strasznie dawno się nie widzieliśmy- zauważyłem, przyglądając jej się z uwagą. Niewiele się zmieniła. Była drobną, niską, bardzo chudą dziewczyną, o czarnych włosach sięgających ramion.
-Mhm…- szepnęła, wyraźnie skrępowana, zakładając pasemko włosów za ucho. Zawsze była strasznie nieśmiała i cicha, choć ze mną rozmawiała raczej swobodnie. Ale rzeczywiście, minęło dużo czasu od momentu, gdy widzieliśmy się ze sobą po raz ostatni.- Wszystko w porządku.
-Tak?- uśmiechnąłem się.- Jak tam praca?
-Dobrze.
-Wciąż jeszcze pracujesz w rachunkowości?
-Mhm.
-Może się zdzwonimy i wyskoczymy gdzieś razem pogadać, co?
-Dobry pomysł!- usłyszałem pogodny głos i poczułem bardzo charakterystyczne walnięcie w ramię. Obok mnie stał George. Zerknąłem na niego z nieskrywaną niechęcią, ale wątpiłem, by zdawał sobie sprawę z moich odczuć względem jego osoby.- Co tam, Jason? Ciotka mówiła, że wpadniesz i patrzcie państwo, rzeczywiście jesteś! A już miałem robić zakłady czy coś… To co? Wyskoczymy gdzieś w trójkę…? Nieźle wyglądasz, Sandra- dodał, lustrując dziewczynę uważnym spojrzeniem.- Serio. Bardzo nieźle. To co?- dopytywał niecierpliwie.
-No nie wiem… Mam sporo roboty…- odparłem zwyczajowo, jak gdybym chwilę wcześniej nie proponował spotkania kuzynce.
-E tam, robota! Jest jedna, znajdzie się kolejna!- obwieścił wesoło i rzeczywiście, akurat w tym temacie był znawcą.- Nie ma co się męczyć, życie jest krótkie, nie, Jason? No to co?
W tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi. Poszedłbym otworzyć, chociażby po to, żeby uniknąć dalszej rozmowy z George’m, ale ciotka Virginia wolała witać wszystkich sama. Zaraz zresztą wyleciała z kuchni i podbiegła do drzwi. Usłyszałem jak się z kimś wita. Już miałem subtelnie wykręcić się z dalszych rozmów i udać do jadalni, gdy odruchowo, zerknąłem w kierunku tego, który dopiero co pojawił się w domu i… Zamarłem. Naprawdę, przez chwilę miałem wrażenie, że to jakieś złudzenie czy sen, ale zamrugałem kilkakrotnie i wciąż go widziałem. Tego mężczyznę, z którym rozmawiałem w dniu swoich urodzin. Tego, który obiecywał, że jeszcze się spotkamy. Cóż… Z niemałym oszołomieniem stwierdziłem, że jednak nie były to słowa rzucone na próżno.
-Co ty tu robisz…?- zapytałem bezmyślnie, gdy tylko podszedł bliżej mnie.
Spojrzał na mnie, nieco zdumiony, bo chyba nie zauważył mnie wcześniej. Nie zdążył jednak nic odpowiedzieć, bo ciotka szarpnęła nagle Sandrę za rękę, ustawiając ją obok niego.
-Nie wiesz jeszcze, Jason?- zaćwierkała radośnie.- Powiedz mu!- rzuciła, patrząc na dziewczynę z wyczekiwaniem.
Wbiłem w kuzynkę pytające spojrzenie.
-To… To mój partner, Chris…- przedstawiła cicho, stojącego obok niej mężczyznę.
-Ach, partner! Co to za nowomowa! Przyszły mąż!- mówiła ciotka, bardzo uradowana.
Sandra wyglądała na bardzo skrępowaną. Stojący obok niej mężczyzna uśmiechał się uprzejmie. Już po chwili George zaczął go o coś zagadywać. Tamten odpowiadał, choć niezbyt wylewnie. A ja? Ja po prostu patrzyłem się na niego, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Więc tak naprawdę był wtedy na mojej imprezie. Więc stąd wiedział, że jeszcze się zobaczymy. Więc był facetem mojej kuzynki…
Boże, to było totalnie żenujące. Przecież się z nim całowałem. Owszem, nie jakoś… No wiecie. To było ledwie muśnięcie. Ale jego słowa… Sam nie wiem. Może to wszystko źle zrozumiałem. Zrobiło mi się gorąco. I bardzo nieprzyjemnie.
-No dobrze, nie stójcie tak tu, nie tamujcie przejścia!- ofuknęła nas ciotka, gdy kolejna osoba zadzwoniła do drzwi.- Idźcie do salonu, kochani, zaraz porozmawiamy…
George ruszył do pomieszczenia pierwszy. Sandra i jej… partner… powlekli się za nim. Ten Chris, przechodząc obok mnie, uśmiechnął się lekko i rzucił pogodne:
-Cześć.
Starałem się uśmiechnąć, ale nie wiem, jak mi to wyszło. Naprawdę było mi potwornie głupio. A gdy przypomniałem sobie, jak strasznie roztrząsałem jego słowa, poczułem się jeszcze bardziej zawstydzony. Poszedłem za nimi. Wszyscy zaczynali zajmować miejsca. Odruchowo odszedłem od kuzynki i jej partnera, mając zamiar siedzieć gdzieś zupełnie indziej, stół był naprawdę duży. Jednak ostatecznie i kompletnie pechowo, wyszło tak, że siedziałem obok George’a, a oni znaleźli się dosłownie naprzeciwko mnie. Starałem się na niego nie patrzeć, ale nic nie mogłem poradzić na to, że mój wzrok mimowolnie wędrował w jego kierunku. Gdy tylko widziałem, że i on na mnie spogląda, szybko koncentrowałem się na kimś innym. Matko, co za kretyńska sytuacja. Przy stole panował oczywiście jeden, wielki chaos. Wszyscy jedli i rozmawiali ze sobą, a rumor był taki, że ledwie dało się usłyszeć to, co mówiła osoba obok. Oczywiście ja nie miałem tego problemu, bo George gadał dużo i strasznie głośno, a po pierwszej połowie godziny, spędzonej w jego towarzystwie, już miałem szczerą ochotę mu przyłożyć. Później zaczęła się typowa faza przesłuchaniowa, tudzież przepytkowa, gdy ciocia Virginia wędrowała od gościa do gościa, wypytując o różne rzeczy, mniej i bardziej prywatne, choć zazwyczaj to drugie. A to o pracę, a to o studia, a o małżeństwo… Dobry kwadrans męczyła jakiegoś biednego rozwodnika. Później dotarła do mojej siostry i zaczęła wypytywać o dzieci, co zirytowało zarówno ją i jej męża, jak i mnie. Kiedyś przy tego rodzaju publicznych wypytkach, Anna przyznała, że ma z tym pewien problem i że w związku z tym podlega jakiemuś leczeniu. Wiedziałem, że strasznie im na tym zależało, a ciotka jak zwykle musiała się tego doczepić, a później jeszcze ze swoimi „dobrymi radami” wtrąciły się inne babcie i coraz mniej miałem ochotę tego wszystkiego słuchać. Wreszcie stanęło na Sandrze i Chrisie.
-Sandra… Pochwal się…- mówiła ciotka, wyraźnie uradowana.- Podobno Chris pracuje w jakiejś telewizji…
-W lokalnej- odparł spokojnie mężczyzna.- Jestem reporterem.
-Och! Więc jest szansa, że zobaczę cię w telewizorze?- ekscytowała się.
-Owszem.- skinął głową.- Choć raczej rzadko. Mamy też gazetę, właściwie to więcej pisuję do niej.
-No, no!- ciotka Virginia była więcej niż tylko zadowolona. Nic dziwnego. Sandrę męczyła chyba najdłużej ze wszystkich niezeswatanych w naszym gronie. Umawiała ją dosłownie ze wszystkimi mężczyznami, jacy tylko jej się nawinęli, od młodszych, po strasznie starych. Zawsze męczyła ją przy tego rodzaju uroczystościach, rzucając jakieś uwagi o starych pannach i potrzebie zamążpójścia.- To dopiero! Więc, Sandro? Kiedy ślub?
Moja kuzynka pobladła nieco.
-Słucham?- bąknęła.
-No kiedy ślub?
-My… Nie planowaliśmy jeszcze- odparła cicho.
-Och tam, och tam!- parsknęła ciotka, dla której taka odpowiedź nie wchodziła w grę.- Chris? Kiedy ślub?- zapytała mężczyznę, uśmiechając się szeroko.
-Nie planowaliśmy jeszcze- odpowiedział Chris, identycznymi słowy jak jego partnerka, w sposób uprzejmy, ale tak stanowczy, że ciotce w jednym momencie zrzedła mina i odechciało jej się pytań.
Już wiedziałem, że reporter czy nie, raczej nie zostanie jej ulubieńcem. Za to ja polubiłem go jeszcze bardziej. O ironio!
-A ty, Jason?- przeskoczyła nagle na mnie.
-Ja też jeszcze nie planowałem- odpowiedziała.
Wszyscy wokół mnie parsknęli śmiechem. Chris uśmiechnął się do mnie lekko.
-Pytam o to, kiedy przyprowadzisz nam jakąś narzeczoną… Przecież na pewno z kimś się spotykasz! Taki przystojny mężczyzna z ciebie, no i dobrą masz pracę…
-Nic poważnego- uciąłem, uśmiechając się wymuszenie.
-Ja wiem, że mężczyzna to się musi najpierw wyszaleć…- stwierdziła ciotka Virginia, zerkając czule na siedzącego przy mnie George’a, który wyszczerzył się do niej radośnie.- Ale już nie jesteś taki młody, Jason. Wypadałoby się w końcu ustatkować… Na razie jeszcze na wszystko masz czas, ale za kilka lat…
Pogadała jeszcze przez chwilę, po czym zaczęła wypytywać George’a o jakąś jego nową dziewczynę i przeszła dalej. Później znowu rozpoczęły się zbiorowe rozmowy, a mnie od tego rumoru potwornie rozbolała głowa. Kilku gości już wcześniej wyszło, więc nie czułem się taki najgorszy i nie zwracając na siebie dużej uwagi, wytłumaczyłem, że nie czuję się najlepiej, co zresztą było całkowitą prawdą, i ulotniłem się stamtąd. Wyszedłem z domu, dopinając kurtkę. Przeszedłem przez podwórko i otwartą furtkę, po czym wsiadłem do swojego samochodu. Przez chwilę nie odpalałem jeszcze silnika, szukając telefonu, który musiałem tutaj wcześniej zostawić. Usłyszałem, jak ktoś stuka w szybę. Odwróciłem się i zobaczyłem Chrisa. Byłem szczerze zdumiony, ale uchyliłem ją i spojrzałem na niego pytająco.
-Cześć…- przywitał się ze mną znowu, uśmiechając się lekko.- Nie chcę być natrętny, ale czy mógłbyś mnie podwieźć do domu? Nie wiem, czy znajdę przystanek, pierwszy raz jestem w tej okolicy…
-Jasne- odpowiedziałem, siląc się na uśmiech.- Wsiadaj.
Nie to, żebym w pierwszej chwili się nie zawahał, ale uznałem, że dziwnie by wyglądało, gdybym mu odmówił. W końcu w pewnym sensie się znaliśmy… jeśli brać pod uwagę kilkuminutową rozmowę… i był partnerem Sandry, co z kolei wciąż mnie zdumiewało. Skoro towarzyszył jej na tamtej imprezie, musieli być ze sobą już wcześniej. Naprawdę się gubiłem i już nie wiedziałem, czy byłem wtedy tak pijany, że zupełnie źle zinterpretowałem jego słowa i intencje. Szczerze mówiąc, liczyłem na to, że może mi to wyjaśni.
Wsiadł do samochodu, zajmując miejsce obok mnie. Zapiął pasy.
-Dokąd…?- zapytałem lakonicznie.
-Wilson Avenue 13- odparł równie oszczędnie.- Wiesz, gdzie to jest?
Skinąłem głową. Odpaliłem silnik i ruszyłem. Przez całą drogę nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa. To było trochę krępujące, płoszyłem się, ilekroć miałem zamiar się odezwać. Wreszcie, zatrzymałem się na ulicy, przy bloku o wskazanym przez niego numerze. Odpiął pasy.
-Wstąpisz do mnie na coś mocniejszego?- zagadnął mnie, nim zdążyłem się z nim pożegnać. Spojrzałem na niego ze zdziwieniem.- To znaczy eee… na herbatę. Tak w ramach zadośćuczynienia.
-Nie, raczej nie- odpowiedziałem uprzejmie.- To nie był żaden kłopot.
-Nie daj się prosić…- uśmiechnął się naprawdę czarująco.
-Muszę już wracać, mam masę pracy…- ot, moja tradycyjna wymówka.
-Przecież są święta…- zauważył, przyglądając mi się przenikliwie.- Ja nie mam ich z kim spędzać, odniosłem wrażenie, że ty również, więc czemu nie miałbyś wpaść do mnie…?
Zgodziłem się. Do diabła! Nawet nie wiem, kiedy to się zdarzyło! W jednej chwili mówił mi te słowa, a w drugiej wlokłem się za nim po schodach na trzecie piętro, gdzie, jak poinformował mnie wcześniej, mieściło się jego mieszkanie. Z każdym stopniem miałem ochotę obwieścić mu, że coś mi się nagle przypomniało i muszę pilnie wracać, ale to byłaby chyba najdurniejsza wymówka świata, jawna ucieczka. Teraz to dopiero była głupia sytuacja. Zgodziłem się pójść do faceta, którego, szczerze mówiąc, ledwie znałem, z którym rozmawiałem raptem kilka minut, co zresztą samo w sobie nie było aż takie dziwne, ale biorąc pod uwagę fakt, że przy naszym ostatnim spotkaniu, jak mi się zdawało, jawnie mnie podrywał, a dzisiaj dowiedziałem się, że jest z moją kuzynką… To wszystko nie wyglądało najlepiej, a ja jeszcze nie wiedziałem, czy czuję się ofiarą własnej uległości i braku opamiętania, czy skończonym draniem, bo nie da się ukryć, że różne, mało stosowne rzeczy przychodziły mi w tej chwili do głowy. Boże, przecież dobrze wiedziałem, w co się pakuję. Facet nie zaprasza drugiego faceta do pustego mieszkania ot tak, na herbatę, w ramach podziękowania, zwłaszcza takiego, którego ledwie zna i którego, przy poprzednim spotkaniu pocałował. Musiałem się jakoś ogarnąć, przecież to partner mojej kuzynki. Jak widać nie najlepiej dobrany, ale to już nie była moja sprawa, ja musiałem tylko trzymać na wodzy nerwy i… Coś innego.
Wpuścił mnie do mieszkania i wprowadził do przestrzennego salonu. W pomieszczeniu było chłodno. Włączył grzejnik i wskazał mi jeden z foteli, dosunął do niego drugi, na którym zapewne zamierzał usiąść sam, po czym przeszedł do kuchni.
-Eee… Mam miętówkę… Jakąś owocową… Albo zwykłą, jak wolisz- poinformował mnie.
-Bez różnicy- odparłem nerwowo.
-Owocowa jest naprawdę dobra.
On też był naprawdę dobry. Przystojny, zniewalający i… Och, Boże. Musiałem jakoś poskromić swoją wyobraźnię, bo jak tak dalej pójdzie, to nie on będzie podstępnym, podłym uwodzicielem. Jason, opanuj się! Naprawdę nie chciałem zrobić niczego, czego mógłbym żałować, myślałem o Sandrze i o całej mojej sympatii do jej osoby, ale gdy moje myśli wędrowały do Chrisa…
Pojawił się w pomieszczeniu, niosąc dwie herbaty.
-Przemyślałeś już kwestię szalonych wyczynów…?- zapytał z rozbawionym uśmiechem, podając mi jeden z kubków. Przechodząc za fotelem, musnął palcami mój kark. Zadrżałem mimowolnie, omal nie wylewając wrzątku na swoje kolana. Spokój, spokój, spokój…
Usiadł na drugim fotelu, bardzo blisko mnie.
-Nie spodziewałem się, że jesteś z Sandrą…- zacząłem, niewiarygodnie wprost opanowanym głosem. Aż sam się zdziwiłem.
-Nie jestem- odpowiedział spokojnie, chuchając wprost w naczynie.
Wbiłem w niego zdumione spojrzenie.
-Co…?
-Od razu założyłeś, że jestem podstępnym, zdradliwym facetem, grającym na dwa fronty…?- zapytał z uśmiechem.
… Jakby zgadł.
-Ja…- bąknąłem niepewnie.- Nie rozumiem… Sandra mówiła, że jesteś jej partnerem…
-Obaj zgodzimy się chyba, że gdyby chciała przedstawić rodzinę PARTNERKĘ, byłoby to cokolwiek ryzykowne…
-Co?- parsknąłem, jeszcze nie do końca rozumiejąc sens tego, co powiedział.
Westchnął cicho.
-Sandra jest moją znajomą- wyjaśnił spokojnie.- Poprosiła mnie o przysługę, zgodziłem się. Nie jestem jej partnerem, tylko go udaję.
-Ale… Dlaczego?- zapytałem, marszcząc brwi.
-Bo jej partnerka… Jasmine… Powiedzmy, że ich kontakty zaczęły wzbudzać pewne podejrzenia, czego Sandra najwyraźniej bardzo się obawia. Nie chce podpaść rodzinie.
-Sandra jest…? To znaczy… Ma kobietę?
-Owszem.- skinął głową.- Chyba nie jesteś zdziwiony…?- rzucił z rozbawieniem.
Właściwie to byłem i to bardzo. Sam nie wiem dlaczego. W końcu to było całkiem możliwe, nigdy nie poruszaliśmy tego rodzaju tematu, ona z pewnością też nie zdawała sobie sprawy z moich upodobań, ale mimo wszystko…
-Nigdy nie mówiła…- zauważyłem.
-Cóż… Istnieje spore prawdopodobieństwo, że nie powiedziała nikomu z waszej wesołej familii… Co nie powinno cię szczególnie dziwić…- dodał znacząco, po czym upił łyk herbaty.
-Ach, tak… Ale przecież… Właściwie wcale nie musi kłamać…- uniósł brew, spoglądając na mnie z politowaniem.- To znaczy, rozumiem ją, ale…
-Każdy musi kłamać- przerwał mi Chris.- Na przykład ty.
-Ja…?- spojrzałem na niego bez zrozumienia.
-Tak, ty- potwierdził z uśmiechem. Co byś powiedział rodzinie, gdyby zapytali cię o orientację…?
Jego dłoń znalazła się niepokojąco blisko mojej, spoczywającej na oparciu. Wreszcie zatrzymała się na niej. Przez moment wędrował opuszkami palców po jej zewnętrznej części, po czym chwycił mnie za nadgarstek. Wychylił się przy tym nieco, by odłożyć herbatę na stolik.
-Powiedziałbym, że to nie ich sprawa…- szepnąłem, nie mogąc oderwać od niego oczu.
Zaśmiał się cicho.
-Wcale nie- stwierdził, kręcąc głową.- Taka odpowiedź wzbudziłaby podejrzenia, niezależnie od tego, co naprawdę się za nią kryje…
Odruchowo zwilżyłem wargi językiem. Również odłożyłem kubek. Ciężko było mi się skupić na tym, o czym rozmawialiśmy. Czułem, jak masuje palcami wewnętrzną część mojego nadgarstka.
-Więc… Kiedy miałeś na myśli szaleństwo…- zacząłem, chcąc zmienić temat.
-Chciałem cię poderwać- odparł bezpośrednio.-  Właśnie to robię. Jestem wystarczająco subtelny czy może powinienem postarać się bardziej…?
Parsknąłem cicho.
-Poderwać…?- zapytałem.
Zdaję się, że na moich ustach zagościł naprawdę głupawy uśmiech, ale nic nie mogłem na to poradzić. Teraz, kiedy siedział obok mnie, kiedy dobrze wiedziałem, czego chce i że nie ma żadnych zobowiązań, a przynajmniej nic o takowych nie wiedziałem i wolałem, by tak zostało… Nie miałem żadnych oporów.
-Byłeś z mężczyznami, prawda?
-Kilka razy- potwierdziłem.
-Kilka…- uśmiechnął się z zadowoleniem.- A więc pierwszy raz musiał ci się spodobać, skoro zdecydowałeś się na to ponownie…
-Chcesz mnie uwieść…?- rzuciłem, drocząc się z nim.
-A dasz się uwieść…?
Nachylił się w moim kierunku. Ja również przysunąłem się do niego. Jego wargi były coraz bliżej i bliżej… Ale ja byłem zbyt niecierpliwy, by czekać choćby sekundę dłużej. Oparłem dłoń na jego szyi i przyciągnąłem go do gwałtownego pocałunku. Nie protestował. Jego wargi były przyjemnie miękkie i ciepłe. Chyba nieświadomie ciągnąłem go w swoim kierunku, bo w pewnym momencie, fotel, na którym siedział, zachwiał się niebezpiecznie. Podniósł się z jego, nie przerywając pocałunku i zaraz wylądował na moich kolanach. Mimowolnie przesunąłem dłońmi wzdłuż jego pleców, zatrzymując się dopiero na pośladkach i ściskając je mocno. Strasznie mnie podniecał. Czułem, jak jego wargi rozchylają się w zapraszającym geście. Pogłębiłem nasz pocałunek, obejmując go mocno. Nie miałem w sobie dużo opanowania czy cierpliwości. Sięgnąłem do jego krawata, rozplątując go i ściągając z szyi mężczyzny. Zacząłem rozpinać guziki koszuli Chrisa akurat w momencie, gdy on usiłował zdjąć ze mnie górną część garderoby.
-Ładny sweter…- skwitował z rozbawieniem, chwilę po tym, jak oderwał się od moich warg.
-Od ciotki… Dostałem na Wielkanoc- wyjaśniłem, oddychając płytko.
-Nie znoszę twojej ciotki- odparł szczerze.
Zaśmiałem się cicho.
-Ale swetry robi dobre...
Zachichotał, wracając do moich ust. Całowaliśmy się jeszcze przez chwilę, usiłując nawzajem rozebrać, choć nieustannie sami sobie w tym przeszkadzaliśmy. Wreszcie doszliśmy do porozumienia – najpierw ja zdjąłem z niego koszulę, bo to nie wymagało przerwania pocałunku. A dopiero chwilę później, Chris ściągnął ze mnie sweter i zaraz, ku mojemu rozczarowaniu, wstał i ciągnąc mnie za rękę, rzucił:
-Chodźmy do sypialni.
Nie śmiałem protestować. Dźwignąłem się z miejsca i ruszyłem za nim, jednak nie przeszliśmy nawet kilku kroków, gdy znowu wylądowaliśmy w swoich ramionach, całując się namiętnie. Jakoś udało nam się przedostać do przedpokoju, choć byłem szczerze zdumiony, że obyło się bez ofiar w ludziach i sprzęcie. Zdawało mi się, że o mały włos nie strąciłem jakiegoś wazonu, gdy nie zwracając uwagi na to, gdzie mnie prowadzi, uderzyłem w komodę. Pozwalałem mu sobą kierować, zupełnie nie mając pojęcia, do którego z pomieszczeń się udać. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się. Przycisnąłem go do ściany, wpijając się w jego szyję i sięgając dłonią do rozporka. Westchnął cicho, obejmując mnie kurczowo. Kilkakrotnie otarłem się o niego, czując, że jest tak samo podniecony jak ja. Najchętniej wziąłbym go w tym właśnie miejscu, nie bacząc na nic innego, ale on przesunął się i otworzył jakieś drzwi, wchodząc do środka. Ruszyłem za nim niemal na oślep, nie rozglądając się zbytnio. Poślizgnąłem się na jakiejś leżącej na podłodze części garderoby. Zresztą, w całym pokoju panował spory bałagan.
-Wybacz…- rzucił, uśmiechając się lekko.- Nie zdążyłem uprzątnąć…
Przycisnął mnie do siebie i zaraz obaj wylądowaliśmy na jego łóżku. Zacząłem zsuwać z niego spodnie, gdy on nagle poderwał się, jakby coś sobie przypomniał i wstał.
-Co się dzieje…?- zapytałem bez zrozumienia.
-Sekunda…- poinformował mnie jedynie i wyszedł z pomieszczenia, potykając się o własne, zsuwające się nogawki.
Niecierpliwiłem się strasznie, ale domyśliłem się, że poszedł po coś do nawilżenia. Usłyszałem, jak klnie głośno. Zaraz pojawił się z powrotem w sypialni, z jakąś tubką w dłoni i wyrazem bezradności na twarzy.
-Nie mogę znaleźć prezerwatywy…- stwierdził.
W pierwszej chwili zamierzałem powiedzieć, że to bez znaczenia, naprawdę chciałem go już mieć, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że nie jest to szczególnie rozsądne podejście.
-Poczekaj…- mruknąłem, przypominając coś sobie. Sięgnąłem do tylnej kieszeni spodni, ale nie było tam mojego portfela.- Mógłbyś mi podać kurtkę?- poprosiłem. Kilka sekund później, już był przy mnie, trzymając w ręku moje wierzchnie odzienie. Odnalazłem to, czego szukałem i wyjąłem z wnętrza prezerwatywę, wręczając mu ją niemalże triumfalnie. Ot i kłopot zażegnany.
-Zawsze nosisz to przy sobie?- zaśmiał się.
-Tak, raczej tak… I raczej już długo, więc lepiej sprawdź, czy nie jest przeterminowana- odpowiedziałem, śmiejąc się cicho.
-Jasne, jasne… Nie uwierzę…
-Mówię poważnie, lepiej sprawdź.
-Nie jest- odparł z pełnym przekonaniem.- Boisz się niechcianej ciąży…?- zapytał prowokacyjnie, unosząc brew. Odłożył tubkę i prezerwatywę na bok, po czym pospiesznie zdjął z siebie resztę garderoby i zaczął rozpinać mój rozporek.
-Ja…?- parsknąłem.- Raczej ty.
Zaśmiał się, zsuwając ze mnie spodnie wraz z bielizną.
-Zakładasz, że będziesz na górze…?- drażnił się ze mną. Wstrzymałem oddech w momencie, gdy jego palce przesunęły się po moim członku, od czubka aż po samą nasadę.
-To moja prezerwatywa- przypomniałem z uśmiechem.
-A moje łóżko- odpowiedział natychmiast.
-No właśnie. A ja jestem w nim gościem. Wiesz, jak traktuje się gości…?
Zachichotał.
-A ja jestem bardzo wymagającym kochankiem… Jesteś pewien, że temu sprostasz…?
-Jestem pewien, że będę próbował- odparłem i zaraz jęknąłem cicho, czując, jak pieści moją męskość dłonią.
Po chwili przestał. Przetoczył się na plecy. Odruchowo sięgnąłem po lubrykant, zawisnąwszy nad nim. Nie słyszałem już ani słowa protestu, a brak protestu oznaczał w tym wypadku nic innego, jak przyzwolenie. Wpiłem się ponownie w jego wargi. Ręce trzęsły mi się, gdy odkręcałem tubkę. Przerwałem pocałunek, nakładając trochę żelu na palce. Rozchylił uda i ugiął nogi w kolanach. Usiadłem pomiędzy nimi. Dotknąłem jego wejścia, by zaraz wsunąć w nie ledwie koniuszek palca. Usłyszałem pomruk, mający chyba oznaczać, że powinienem kontynuować. Najpierw pieściłem jego wnętrze jednym palcem, nawilżając go jednocześnie, później dołożyłem drugi. Wzdychał cicho, raz po raz unosząc biodra, a ja ledwie mogłem się powstrzymać przed tym, by wreszcie w niego wejść. Skończyłem i już miałem sięgać po prezerwatywę, gdy usłyszałem jego słowa:
-Skoro ty masz być na górze, to może mi się odwdzięczysz…?
Spojrzałem na niego pytająco.
-… Ustami- odparł Chris, poruszając znacząco brwiami.
Nie mogłem powstrzymać się od śmiechu na widok jego miny.
-Czyli co? Mam cię pocałować…?- zapytałem przewrotnie.
-Całować też możesz, nie mam nic przeciwko… Ale tam…
Nachyliłem się nad jego męskością. Musnąłem jej koniuszek, po czym objąłem go wargami, ssąc. Czułem, jak całe jego ciało się napina. Zagryzł wargi, ale i tak wyrwał się z nich cichy jęk. Wziąłem jego członek głębiej w usta, kontynuując pieszczotę. Dłonie Chrisa zacisnęły się na pościeli. Jęknął kilkukrotnie z rozkoszy, wy wreszcie wydać z siebie pełen rozczarowania odgłos, gdy przerwałem.
-Dalej…- poprosił.
-Nie ma mowy. Zaczekasz z tym na mnie- odparłem, sięgając po zabezpieczenie. Rozdarłem opakowanie i wyjąłem z niego prezerwatywę, nasuwając ją na swoją męskość.
Chwyciłem jego nogi pod kolanami, unosząc je lekko, po czym zacząłem wchodzić w niego i naprawdę wiele mnie kosztowało, by zachować subtelność. Zamruczał z zadowoleniem. Oplótł mnie nogami wokół pasa. Zsunąłem dłonie na jego biodra, nachylając się nad nim. Przez moment pozostawałem w jego wnętrzu nieruchomy, dając mu chwilę na przyzwyczajenie, ale po tych kilku sekundach, nie pozostało już we mnie ani grama cierpliwości. Zacząłem poruszać się w nim mocno, nakręcając się coraz bardziej jego reakcjami. Odnalazłem jego wargi, wpijając się w nie. Objął mnie wokół szyi. Z każdym momentem moje ruchy stawały się coraz szybsze i gwałtowniejsze. Usta Chrisa zsunęły się na mój policzek i powędrowały niżej. Złożyły kilka pocałunków na szyi, by zaraz wydać z siebie kolejne jęki i westchnienia. Mężczyzna wtulił się we mnie mocno, skrywając twarz w zagłębieniu mojego ramienia.
-Poczekaj… Poczekaj…- rzucił jednak po chwili. Zatrzymałem się na moment, po czym wysunąłem z niego, przytrzymując prezerwatywę. Przetoczyłem się na plecy, pozwalając mu się odsunąć i przyglądając się z uwagą jego poczynaniom.
Widać moja pozycja była mu całkowicie na rękę, bo zaraz usiadł tyłem na moich biodrach, nabijając się na mnie jednocześnie. Jęknąłem przeciągle, nie spodziewając się tego. Czułem, jak poruszał się na mnie, wywołując u mnie fale rozkoszy, które jedne po drugiej, zalewały całe moje ciało, zwiastując zbliżające się spełnienie. Podniosłem się na przedramionach. Wodziłem wzrokiem po jego ładnie zbudowanych plecach. Widziałem, jak zagryza wagi i unosi głowę, przyspieszając. Miałem ochotę chwycić go za biodra i wejść w niego głębiej, mocniej, ale powstrzymałem się, pozwalając mu przejąć nad tym kontrolę. Dopiero, gdy poczułem, że lada chwila dojdę, chwyciłem go w pasie i przewróciłem się wraz z nim na bok, ponownie nadając pchnięciom własne tempo i pieszcząc jego męskość dłonią. Poruszyłem się w nim parę ostatnich razy, czując eksplodujące w moim ciele spełnienie. Czułem jak dochodzi. Słyszałem jego przeciągły jęk. Zamarł w moich ramionach, oddychając płytko. Wysunąłem się z niego, ale wtuliłem się w jego plecy, nie mając ochoty, ani nawet siły, by się ruszyć. Długą chwilę nie odzywałem się wcale, muskając jedynie wargami jego kark i ramiona.
-Dziękuję…- szepnąłem w końcu, bo nie bardzo wiedziałem, co innego powinienem powiedzieć.
Nie usłyszałem żadnej odpowiedzi.
-Mam już sobie iść…?- dopytałem niepewnie.
Dopiero po chwili zorientowałem się, że zasnął. Z trudem powstrzymałem się od parsknięcia śmiechem. Ostrożnie, starając się nie robić hałasu, podniosłem się z łóżka. Podniosłem kołdrę, która spadła na ziemię podczas naszych igraszek i nakryłem nią go. Zdjąłem zużytą prezerwatywę, zawiązałem ją i przeszedłem do kuchni, dobre kilka minut rozglądając się po niej w poszukiwaniu śmietnika. Wreszcie udało mi się go znaleźć. Wróciłem z powrotem do sypialni. Chris wciąż spał. Zawahałem się przez moment, ale nie zastanawiając się długo, z powrotem położyłem się przy nim.
To byłby wielki nietakt i nieostrożność, zostawiać śpiącego mężczyznę samego, w niezamkniętym mieszkaniu, czyż nie…?
A przynajmniej brzmiało to jak niezła wymówka.

Dopinałem guziki koszuli, ubierając się niespiesznie i szykując do wyjścia. Chris leżał pod kołdrą na brzuchu, przyglądając mi się z uwagą. Uśmiechnąłem się do niego niepewnie. Ranki po seksie, zwłaszcza tym jednorazowym, zawsze były dosyć krępujące.
-Jest szansa, że jeszcze się spotkamy…?- wypalił nagle mężczyzna.
Spojrzałem na niego, szczerze zdumiony tym pytaniem. Właściwie sam chciałem zadać podobne, ale po chwili namysłu doszedłem do wniosku, że w moim wykonaniu zabrzmi to zapewne jak desperacka prośba albo narzucanie się. W końcu nie umówiliśmy się na randkę, tylko poszliśmy razem do łóżka.
-Nie mówię o twoich rodzinnych przyjęciach, rzecz jasna…- dodał, parsknąwszy cicho.- Tylko tak… Wiesz. Zupełnie prywatnie. Oczywiście, jeśli chcesz.
-Jasne- odpowiedziałem natychmiast, bez chwili wahania.- To ja… Zostawię ci swój numer…- powiedziałem, starając się nie brzmieć jak podekscytowany dureń. Sięgnąłem po portfel i wyjąłem z niego wizytówkę. Podałem ją mężczyźnie.- No to do zobaczenia...- uśmiechnąłem się raz jeszcze.- Naprawdę będzie mi miło, jeśli zadzwonisz…

I tak właśnie wyglądały początki najdłuższego związku, jaki udało mi się do tej pory stworzyć. Wątpię, by którykolwiek z nas przypuszczał, że ta , g tak się rozwinie, ale Chris i ja byliśmy ze sobą już ponad sześć miesięcy. Po tym, gdy zostawiłem mu swój numer, oddzwonił już nazajutrz. Spotkaliśmy się wieczorem. Później umówiliśmy się znowu. I znowu… Potem spotykaliśmy się już regularnie, najpierw co dwa, trzy dni, następnie właściwie codziennie. Nie chodziło już wyłącznie o seks, chociaż seks był znakomity. Wychodziliśmy razem. Spędzaliśmy wspólnie czas. Dobrze bawiliśmy się w swoim towarzystwie, a ja nawet nie zdążyłem się zorientować, kiedy się w to wszystko zaangażowałem. Nie minęło więcej, niż dwa miesiące, gdy właściwie razem zamieszkaliśmy. To znaczy, Chris się do mnie nie przeprowadził, ale ode mnie miał bliżej do pracy, no i poświęcaliśmy sobie większość wolnego czasu, więc tak było wygodniej. Wracał do siebie czasem co drugi, czasem co trzeci weekend, właściwie tylko po to, by wziąć jakieś ubrania albo coś, o czym wcześniej nie pomyślał, a co było mu przydatne. Później wracał tam już chyba tylko dla samej zasady, bo większość jego rzeczy znajdowała się u mnie. Ja znów unikałem rodzinnych imprez jak ognia. On przez cały ten czas, męczył się z moją rodziną w towarzystwie Sandry jakieś trzy razy. Nie wiem, czy wiedziała o naszym związku. Chris twierdził, że nie rozmawiali ze sobą za dużo, ale powiedział jej partnerce, zresztą z nią wyraźnie przyjaźnił się zdecydowanie bardziej. Zastanawiałem się nawet, czy nie zadzwonić do Sandry, nie opowiedzieć jej o wszystkim i nie zaprosić ich do nas razem, ale ostatecznie uznałem, że chyba nie powinienem się w to wtrącać. Nie powiedziała mi, więc najwyraźniej nie chciała, żebym o tym wiedział. To były jej prywatne sprawy.
Był słoneczny, ciepły poranek. Razem z Chrisem siedzieliśmy w naszej ulubionej kawiarni. Ja przeglądałem na laptopie raporty sprzedaży, od czasu do czasu podgryzając zamówioną kanapkę. On jadł jajecznicę, co jakiś czas zagadując mnie o coś, i dzielnie znosząc długi czas oczekiwania na odpowiedź. Nie wiem, ile już ranków spędziliśmy w taki właśnie sposób. Naprawdę lubiłem mieć go przy sobie, nawet wtedy, gdy nie byliśmy w stanie poświęcić sobie całkowitej uwagi.
-Jesteśmy już oficjalnie parą…?- zapytał nagle Chris.
Podniosłem na niego spojrzenie, by zaraz wrócić do dalszego odczytywania danych z komputera.
-Co…?- rzuciłem, nieco zdziwiony. Mnie odpowiedź wydawała się dość oczywista, chociaż ze strony żadnego z nas nie padła dotąd jakakolwiek deklaracja, a przynajmniej nic zobowiązującego. Bardzo mi na nim zależało. Byłem w nim zakochany po uszy i wiedziałem, że on też odwzajemnia to uczucie, nie mieliśmy chyba potrzeby dyskutować o tym zbytnio.
-Jesteśmy już oficjalnie parą?- powtórzył, zaciekawiony.
-Eee…- wydusiłem z siebie, bo akurat jakaś tabela przykuła moją uwagę na dłuższą chwilę.- Czy odpowiedź tak lub nie cokolwiek zmieni…?
-Nic a nic- odparł szczerze.- Ale spotykamy się już jakiś czas… Dłużej niż zwykle spotykam się z jednym mężczyzną…
Spojrzałem na niego.
-Wyłącznie jednym?- zapytałem prowokacyjnie.
Parsknął cicho.
-Marzyciel!- rzucił wyniośle. Zaśmiałem się lekko. Nie byłem o niego zazdrosny. Zapewne byłbym, gdybym miał powody, ale spędzaliśmy ze sobą tak dużo czasu, że z dnia na dzień dziwiłem się coraz bardziej, że jeszcze nie ma mnie dość.- Naprawdę, pytam poważnie. Chcę wiedzieć, czy to wciąż tylko seks i „nie wiadomo co dalej” czy może „nie wiadomo co dalej, ale udajemy, że jest inaczej i podobno jesteśmy razem”.
-A jak sądzisz…?- zapytałem pobłażliwie.
-Nie wiem. Dlatego pytam.
-Mieszkasz ze mną.
-Nieoficjalnie! Poza tym, czy współlokatorzy nie mogą uprawiać regularnego, niezobowiązującego seksu…?
-Nie jesteś moim współlokatorem- uświadomiłem mu, zerkając na niego z politowaniem.- Nie dokładasz się do czynszu.
-Oj tam!- prychnął z udawanym oburzeniem.- Nie wypominaj. Po prostu twoje mieszkanie jest bliżej mojej pracy, a skoro i tak spędzam u ciebie dużo czasu… No i noce… Wygodniej jest mi tak pomieszkiwać, nie? Ale to nic zobowiązującego, dlatego pytam, czy…
-Sprzedaj swoje mieszkanie- powiedziałem lakonicznie.
Długo nie słyszałem odpowiedzi, więc podniosłem na niego wzrok. Patrzył na mnie przenikliwie ze zmrużonymi oczyma. Parsknąłem śmiechem.
-No co?
-Zdecydowanie jesteśmy parą- stwierdził kategorycznie.
Obaj się zaśmialiśmy. Zamknął mojego laptopa. Uniosłem brew, spoglądając na niego pytająco.
-Pocałuj mnie…- zażądał, przysuwając się krzesłem do stolika, najbliżej jak mógł.
-Tutaj?- zapytałem, rozglądając się dookoła.
-Tutaj- odparł, wskazując na swoje usta.
Zaśmiałem się znowu.
-Jesteś niemożliwy…- stwierdziłem, również przysuwając się bliżej i nachylając się do niego.
Musnąłem lekko jego wargi. To mu nie wystarczyło. Podniósł się, wychylając przez stolik, po czym objął mnie wokół szyi, przyciągając do znacznie dłuższego i bardziej namiętnego pocałunku. Wreszcie, oderwał się ode mnie i usiadł z powrotem, z uśmiechem zadowolenia na twarzy.
-Wystarczy…?- zapytałem rozbawiony.
-Czuję się usatysfakcjonowany- odparł, skinąwszy głową.
-Bezczelny drań…- parsknąłem cichutko.
Zamruczał donośnie.
-Mów tak do mnie jeszcze, a będziesz musiał pocałować mnie w inne miejsce…- stwierdził figlarnie, znowu się do mnie nachylając. Zachichotałem i już miałem ucałować go raz jeszcze, gdy usłyszałem pełne niepewności i zdumienia:
-Jason?
Odwróciłem się, słysząc znajomy głos. Przy mnie stała Anna, ze swoim mężem, Jamesem. Chris natychmiast się uspokoił.
-Cześć, Jason- przywitał się ze mną James, po czym wbił spojrzenie w drugiego mężczyznę.- I… eee…- zawahał się, wyraźnie nie mogąc sobie przypomnieć, jak miał na imię.
-Chris- przypomniał mój partner.
-Ach, tak. Wybacz.
Anna się nie odzywała. Wodziła wzrokiem ode mnie, do mojego towarzysza. Nie byłem pewien, ile dokładnie widziała, ale wyglądała na mocno zaszokowaną.
-To co…?- James odkaszlnął, przerywając dość nieprzyjemną ciszę.- Może się dosiądziemy?
-Jasne.- uśmiechnąłem się do niego pogodnie.- Zapraszamy.
-Nie… Nie- zaprotestowała Anna, kręcąc głową.- Tu i tak nie ma tyle miejsca…
-Weźmiemy sobie krzesła.
-Nie, nie… Nie będziemy przeszkadzać- rzuciła tylko.- Do zobaczenia- powiedziała, po czym szybkim krokiem ruszyła w głąb kawiarni.
Jej mąż powiódł za nią nieco zdziwionym spojrzeniem.
-Eee… No to do zobaczenia- pożegnał się z nami, wyraźnie zdezorientowany.
-Cześć- odpowiedzieliśmy jednocześnie.
Nie odzywaliśmy się do siebie, dopóki oboje nie zniknęli nam z oczu.
-No nieźle…- skwitował całe to wydarzenie Chris, spoglądając na mnie z rozbawieniem.- Twoja siostra nic nie wie, prawda? O tym, że nie ograniczasz się wyłącznie do kobiet…
-Nic- potwierdziłem.- Ale sądzę, że nawet gdyby wiedziała, mogłaby być nieco zaszokowana widząc mnie tutaj w dwuznacznej sytuacji z narzeczonym Sandry…
-No to zaserwowałeś jej podwójne zaskoczenie.- zaśmiał się wesoło.- Powinienem zachowywać się teraz przyzwoicie…?
-A potrafisz…?
-Eee…- zastanawiał się długą chwilę.- Nie. Może lepiej stąd pójdziemy? No wiesz, żeby nie budzić zgrozy wśród twoich krewnych…
-Nie żebym cię namawiał, ale skoro sam proponujesz…
-Chodźmy- natychmiast zerwał się z miejsca, biorąc swoją katanę. Spojrzałem na niego z rozbawieniem.- Nie chcę przeżywać tutaj najazdu szalonych ciotek. Serio, Jason, twoja rodzina jest tak liczna, że bez problemu zablokowałaby nam każde możliwe wyjście z tej kawiarni, więc lepiej się pospieszmy…
Uśmiechnąłem się. Wstałem, spakowałem laptop i narzuciłem na siebie letnią kurtkę.
-Masz ochotę na seks, prawda?- zapytałem otwarcie.
Uśmiechnął się szeroko.
-Za dobrze mnie znasz.

Minął kolejny miesiąc.
Akurat brałem prysznic, gdy usłyszałem trzask frontowych drzwi.
-Chris?!- krzyknąłem, bo było koło osiemnastej, a miał dziś wrócić znacznie później. Zakręciłem wodę, by lepiej go słyszeć.
-Jestem!- rzucił głośno w odpowiedzi, po czym uchylił drzwi do łazienki i zajrzał do środka.
-Co tak szybko…?- zapytałem podejrzliwie, spoglądając w jego kierunku, choć przez fakturę kabiny prysznicowej, widziałem jedynie jego rozmazaną sylwetkę.
-Nic ciekawego się nie działo…- odparł swobodnie. Nie byłem pewien, ale miałem wrażenie, że się rozbiera. Uśmiechnąłem się do siebie mimowolnie.- Uznałem, że nie ma sensu siedzieć tam na próżno, kiedy ty tutaj się nudzisz…
Chwilę później, uchylił drzwiczki od kabiny i pokazał mi się w całej okazałości.
-Więc jak…?- poruszył sugestywnie brwiami, wpatrując się we mnie pożądliwie.- Słyszałem, że gdzieś upadło ci mydło…
Parsknąłem niepohamowanym śmiechem.
-Idź stąd i zabierz swoje teksty ze sobą- poprosiłem, rozbawiony.
-Jesteś absolutnie pewien…?- zapytał z udawanym zasmuceniem, przechylając głowę na bok i prezentując mi się w jakiejś wyjątkowo wymyślnej pozie.
Nie byłem. Ani trochę. Wystarczyło mi jedno spojrzenie na niego, by poczuć przyjemne mrowienie w podbrzuszu, a im dłużej patrzyłem, tym bardziej byłem podniecony. Zagryzłem wargę. Był strasznie przystojny. Wydawało mi się, że po tak długim czasie, nie powinien już na mnie działać równie intensywnie, ale akurat w tej kwestii, zupełnie nic się zmieniło. Nawet, gdy wracałem późno z pracy, tak zmęczony, że zdawało mi się, iż starczy mi sił jedynie na to, by doczołgać się do sypialni i rzucić do łóżka… Gdy wchodziłem do pomieszczenia, a w tym łóżku leżał on, często nagi i przygotowany na moje przyjście… Natychmiast wracały mi siły.
Nie czekał na moją odpowiedź. Korzystając z okazji, czyli z faktu, że byłem w niego za bardzo wpatrzony, by protestować, wszedł do kabiny, zamykając za sobą drzwiczki. Pocałował mnie, sięgając dłonią w kierunku kurka i odkręcając go. Przyjemnie ciepła woda spłynęła po moich ramionach i plecach. Przesunąłem się bardziej pod jej strumień, ciągnąc Chrisa za sobą. Wsunąłem język pomiędzy jego wargi, pogłębiając nasz pocałunek. Pchnął mnie do przodu. Oparłem się plecami o ściankę i teraz pod strumieniem znalazł się on. Zabrał mi z dłoni gąbkę. Przerwał pocałunek i zaczął niespiesznie namydlać mój tors, ramiona i brzuch.
-Chyba muszę zacząć chodzić z tobą na tą siłownię…- powiedziałem, wciąż nie mogąc się na niego napatrzeć.
-Jaka znów siłownia?- prychnął pobłażliwie.- Jestem naturalnie doskonały!
Zaśmiałem się głośno.
-Jasne… Więc gdzie wychodzisz wieczorami?
-Do moich licznych kochanków… Sądziłem, że to oczywiste…
Moment później, zamienił się ze mną miejscami, pozwalając, by woda spłukała pianę.
-Ze sportową torbą, w której masz dres, coś do picia i ręcznik…?- parsknąłem z rozbawieniem.
-Oczywiście…- odparł z dumą.- W dresie wyglądam naprawdę seksownie, muszę pić, bo jak wiesz, mam powody do zmęczenia, a ręcznik… Muszę się po wszystkim wymyć…
-I nie chcą ci użyczyć własnego…?
-Niestety, nie są aż tak mili…- zaśmiał się cicho.- Poza jednym naiwniakiem. Dasz wiarę, że użyczył mi nawet swoje mieszkanie…?
Pokręciłem głową, chichocąc.
Wpił się w moją szyję, zaczynając jednocześnie myć moje plecy. Wolna dłoń mężczyzny przesunęła się wzdłuż nich i zatrzymała na pośladkach. Poczułem, jak wsuwa we mnie palce i porusza nimi szybko w moim wnętrzu. Jęknąłem głośno, zaciskając dłonie na ramionach Chrisa. Wargi mężczyzny błądziły wciąż po mojej szyi. Chwyciłem jego męskość i zacząłem stymulować ją mocnymi ruchami, nie bawiąc się w żadne subtelności. Uśmiechnął się lekko. Jego usta przesunęły się na moją szczękę, a następnie policzek, by ostatecznie na powrót złączyć się z moimi wargami w namiętnym pocałunku. Jego palce wysunęły się ze mnie. Przyciągnął mnie do kurczowego uścisku. Ocierałem się stwardniałą męskością o jego udo, bezgłośnie prosząc o to, by odwdzięczył mi się i wreszcie nią zajął. Chris drażnił się ze mną przez chwilę, ledwie muskając palcami moje prącie, ale zaraz chwycił je i zaczął pieścić. Wsłuchiwałem się w ciche westchnienia kochanka, błądząc wolną dłonią po jego plecach. W pewnym momencie ugięły się pode mną nogi. Cofnąłem się, znowu natrafiając na ściankę prysznica. Przerwałem pieszczotę. Chwycił swój członek w drugą dłoń i zaczął pocierać nim o mój własny. Jęknąłem przeciągle. Chwilę później, całym moim ciałem wstrząsnęły dreszcze rozkoszy i poczułem, jak dochodzę. Jemu zajęło to niewiele dłużej.
Skończyliśmy się myć i wyszliśmy spod prysznica. Pozwoliłem się Chrisowi wytrzeć, a następnie założyłem na siebie spodnie od piżamy. On jedynie owinął wokół swoich bioder biały ręcznik, co oczywiście nie przygotował sobie niczego na przebranie, co i tak było nadmiarem łaski z jego strony, bo zazwyczaj nie miał najmniejszych oporów, by łazić po mieszkaniu w swojej całej, nagiej, „naturalnej doskonałości”. Napomykałem mu czasem, że jego obnoszenie się ze skłonnościami ekshibicjonistycznymi nie pozwala mi się skupić na niczym innym, ale raczej go to cieszyło niż martwiło. Wyszliśmy z pomieszczenia.
-Mamy jakieś plany…?- zapytał, patrząc na mnie z uwagą.
-Czekam w sypialni- odpowiedziałem z pełnym zadowolenia uśmiech.
-Oooch…- zaśmiał się cicho.- Takie plany podobają mi się najbardziej… Daj mi sekundę, muszę tylko zadzwonić… Tak swoją drogą, jesteś jakoś bardziej podekscytowany niż zwykle…
-Nie bardziej- zaprzeczyłem, ruszając w kierunku naszego wspólnego pokoju.- Po prostu dziś moja kolej i ja jestem na górze…
-Twoja kolej?- parsknął głośno.- Wprowadziliśmy jakąś kolejność?
-Tak.
-Więc kiedy była moja kolej?
-Wczoraj- odparłem z rozbawieniem, kładąc się na łóżku.
-Ach, tak…- uspokoił się na chwilę.- Ej, ej!- wykrzyknął jednak zaraz.- Wczoraj się nie kochaliśmy!
-Bo wyszedłeś wieczorem na siłownię… Albo do kochanka, jak wolisz, w każdym razie to twoja wina, nie miałem sił już czekać…
-Ach… No skoro tak…- mruknął po krótkim namyśle.
Słyszałem, jak przeszedł do kuchni. Dobre kilka minut szperał w lodówce, a później w różnych szafkach. Wreszcie usłyszałem, jak otwiera jakieś opakowanie, dałbym sobie głowę uciąć, że od słodyczy, bo miał do nich potężną słabość. Uśmiechnąłem się tylko, czekając cierpliwie i korzystając z chwili oddechu. Usłyszałem, jak ktoś dzwoni do drzwi.
-Otworzysz?!- krzyknąłem do Chrisa, nie mając ochoty wstawać.- Pewnie znowu jacyś akwizytorzy i religianci…
-Religianci?!- ucieszył się Chris i błyskawicznie znalazł się w przedpokoju.- Doskonale!
-Tylko już ich tak nie dręcz!
-Nie dręczyłem ich! Powiedziałem tylko tym młodym, uprzejmym i całkiem przystojnym panom, że chętnie ich wpuszczę, zaraz zawołam kochanka i możemy spędzić wspólnie czas znacznie milej niż na czczych dyskusjach…
Przewróciłem się na brzuch i wtuliłem w poduszkę, parskając śmiechem. Usłyszałem, jak otwiera drzwi.
-Och…- był wyraźnie zdumiony.- Cześć.
Nie usłyszałem żadnej odpowiedzi.
-Chris…?- rzuciłem niepewnie.- Kto to taki?
Moment później, mój kochanek pojawił się w sypialni, z wyrazem konsternacji na twarzy, podtrzymując dłonią zsuwający się z jego bioder ręcznik. Kiwnął głową w kierunku przedpokoju, dając mi znak, żebym tam poszedł. Zmarszczyłem brwi, nie domyślając się jeszcze, kogo mogę się spodziewać, i to o tej porze. Gdy tylko wyszedłem z pomieszczenia, zobaczyłem Annę. Moja siostra spojrzała na mnie z niedowierzaniem. Była wyraźnie zniesmaczona i niezadowolona. Nie odezwała się do mnie ani słowem.
-Cześć…- powitałem ją cicho.
Chris zamknął się w sypialni, chcąc dać nam swobodnie porozmawiać.
-Wejdziesz…?- zapytałem.
Zawahała się przez chwilę, po czym skinęła głową i dała się poprowadzić do salonu. Usiadła na kanapie.
-Podać ci coś do picia…?- zagadnąłem ją.
Nie wiedziałem, po co przyjechała. Mieszkała na drugim końcu miasta. Gdy chcieliśmy się spotkać, umawialiśmy się raczej gdzieś w centrum, czasem, gdy miała tutaj do załatwienia jakieś sprawy czy akurat była w okolicy, też wpadała, ale nigdy bez zapowiedzi.
-Chcę z tobą porozmawiać- odparła poważnie, a ja już po samej jej minie wnioskowałem, że ta rozmowa będzie dotyczyła moich relacji z Chrisem.- Na osobności.
-Jesteśmy sami.
-Usiądź- poprosiła.
Zająłem miejsce obok niej.
Wpatrywała się we mnie z uwagą.
-Co on tu robi…?- zapytała w końcu.- Mieszka tu…?
-Tak- odpowiedziałem szczerze. Nie było sensu kłamać. Gdybym odpowiedział, że nie, jeszcze trudniej byłoby mi się wytłumaczyć, dlaczego paraduje półnagi po moim mieszkaniu.
-Dlaczego?- rzuciła wyjątkowo ostrym tonem.
Westchnąłem cicho.
-To moje sprawy- odparłem.
-Prywatne…?- dopytała znacząco.
-Tak.
Pokręciła głową, wciąż patrząc na mnie tak, jakby nie była w stanie w to uwierzyć.
-Jak możesz…?- zapytała bez zrozumienia.- Nie dość, że to facet, to jeszcze… Facet Sandry!
-To nie do końca  tak…
-A jak?!- przerwała mi surowo, wyraźnie wytrącona z równowagi.- Na litość boską, Jason! Jeszcze niedawno widziałam ich razem na przyjęciu u ciotki! A to było po tym, jak spotkałam cię z nim w tej kawiarni! A teraz…? On tutaj?! Czy ona w ogóle o tym wie?!
-Przestań- poprosiłem cicho.- Nie robię niczego złego.
-Więc jak to niby nazwiesz?!- warknęła z poirytowaniem.- Gdybym przyłapała cię tu z moim mężem powiedziałbyś mi to samo?!
-Posłuchaj…- zacząłem spokojnie, widząc, jak bardzo jest wzburzona.- Dobrze mnie znasz. Wiesz, że nie zrobiłbym krzywdy ani Sandrze, ani nikomu innemu.
-Nie wiem. Nie wiem, czy cię znam- odparła gniewnie.- Nie masz mi już nic więcej do powiedzenia? Nic prócz tych zapewnień? Żadnych wyjaśnień…?
Pokręciłem głową. Nie mogłem jej tego wytłumaczyć. Musiałbym powiedzieć o tajemnicy Sandry, a ona z pewnością nie chciała, by ktokolwiek wiedział. Oficjalnie, nawet ja nie wiedziałem. Miałem do mojej siostry zaufanie i nasze stosunki zawsze były dobre, ale nigdy nie rozmawiałem z nią o tak intymnych sprawach, jak moje zainteresowanie mężczyznami. Nie dziwiło mnie jej zaskoczenie. Zgorszenie właściwie też nie, i tak była to bardzo subtelna reakcja jak na członkinię mojej skrajnie konserwatywnej rodziny…
Patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę, po czym wstała z miejsca i ruszyła do wyjścia.
-Poczekaj!- zawołałem, zrywając się za nią natychmiast.- Dlaczego przyszłaś? O czym chciałaś ze mną porozmawiać?!
Wyszła, dosłownie zatrzaskując mi drzwi frontowe przed nosem. Wybiegłem jeszcze na klatkę schodową, wołając ją, ale na próżno.

Była druga połowa października.
Od czasu wizyty Anny w moim mieszkaniu, nie udało mi się z nią porozmawiać, nie licząc kilku naprawdę krótkich i zdawkowych telefonów. Chris doradzał mi, żebym pojechał do niej i spróbował w ten sposób, ale ja nie chciałem się narzucać. Domyślałem się, że nie podobało jej się to, z kim jestem i nawet nie chodziło o płeć tego kogoś, a całe to zamieszanie z Sandrą. A ja nie chciałem się tłumaczyć i czuć jak potępieniec, bo nie robiłem nic złego, choć zapewne znaczna część mojej rodziny mogłaby mieć na ten temat zgoła odmienne zdanie. Nie wiedziałem, jak na takie związki patrzyła moja siostra, bo nigdy nie dyskutowaliśmy o tym w swoim gronie, ale jej reakcja nie była najbardziej przyjemną, jaką mogłem sobie wyobrazić. Tak czy inaczej, radziłem z tym sobie. Czego jak czego, ale tolerancji od moich krewnych naprawdę nie oczekiwałem, choć o Annie zawsze miałem dużo lepsze zdanie. Wydawało mi się jednak, że głównym problemem był rzeczywiście „związek” Chrisa i Sandry, i gdyby nie ten fakt, moja siostra przyjęłaby to wszystko z większą łatwością.
Stałem w sypialni, przed lustrem, dopinając guziki kozuli i szykując się na siedemdziesiąte drugie urodziny ciotki. Oczywiście nie musiałem nawet dodawać, że byłem daleki od entuzjazmu i wcale nie chciałem na nie iść, ale w ostatnim czasie zużyłem większość swoich wymówek. Dwa razy byłem już chory, parę razy nie mogłem wziąć urlopu, a to znów musiałem coś skończyć albo wypadło mi nagle jakieś spotkanie, którego za nic nie mogłem przełożyć. Poza tym, chodziło o ciocię Virginię. Na pewno poczułaby się urażona, gdybym nie przyszedł na jej własną uroczystość. No i nie była już w końcu w młodzieńczym wieku. Co prawda trzymała się doskonale, ale mimo wszystko wypadało się pojawić. Poza tym, liczyłem, że będzie to doskonała okazja, żeby porozmawiać z moją siostrą, a może nawet pogadać na osobności z Sandrą, wyjaśnić całą sprawę i zastanowić się nad odpowiednim rozwiązaniem tej kwestii. Nie chodziło mi o to, żeby przyznawała się przed rodziną do swojej orientacji czy powiedziała prawdę na temat jej związku z Chrisem. Raczej o to, by jakoś subtelnie to rozegrała, wspomniała o ich zerwaniu czy coś takiego… Sam nie wiedziałem, ale nie chciałem, żeby moja rodzona siostra patrzyła na mnie jak na skończonego drania.
-Mmm… Wyglądasz bosko…- mruknął Chris, zakradając się do mnie od tyłu i obejmując mnie ciasno. Jego dłonie wędrowały po moim torsie, gniotąc materiał koszuli, którą ledwie chwilę prasowałem, ale nie zamierzałem się czepiać.- Naprawdę… Taki elegancki… Poważny… Przystojniak z ciebie…
-Poczekaj z tymi komplementami aż wrócę…- poprosiłem, czując, że pod wpływem jego dotyku i słów robi mi się gorąco. Wiedziałem, że najchętniej by mnie tutaj zatrzymał, nie spędził co prawda z moją rodziną tyle czasu, ile ja, ale i tak szczerze jej nie znosił, co zresztą nieszczególnie mnie dziwiło. Nawet nie chciałem sobie wyobrażać, jakich pierdół był zmuszony słuchać na tych przeróżnych spotkaniach i przyjęciach. Naprawdę, zgoda na towarzystwo Sandrze była w tym wypadku czymś więcej, niż uprzejmym gestem, była prawdziwym, heroicznym poświęceniem.
-Musisz iść…?- zapytał z wyraźnym rozczarowaniem.- A tak w ogóle… Złość mnie bierze, że ubierasz się w taki sposób dla swojej ciotki, a nie dla mnie…- burknął, niczym naburmuszone dziecko.
Spojrzałem na mężczyznę przez ramię, unosząc brew w pobłażliwym geście. Musnąłem wargami jego nos.
-Dla niej się ubieram, dla ciebie rozbieram. Sądzę, że taki podział ci odpowiada.
-Zdecydowanie…- odparł bez wahania, uśmiechając się z rozbawieniem.
-Sandra na pewno nie dzwoniła…?- rzuciłem, oglądając się na niego ze zdziwieniem.
-Nie.- On nie sprawiał wrażenia równie zdumionego, może rozmawiali już na ten temat wcześniej. W każdym razie to, że on nie szedł, było mi na rękę, czułbym się strasznie głupio, będąc zmuszonym udawać, że ledwie się znamy.- Najwyraźniej już nie potrzebuje partnera… Ale jeśli ty tak, to wiesz, jestem do dyspozycji…
-Chciałbym…- westchnąłem głęboko.- Ale nie sądzę, żeby moja rodzina stała się choć trochę bardziej normalna w ciągu tych ostatnich miesięcy…
-Ja też nie- parsknął Chris.
Skończyłem dopinać guziki. Odsunąłem się od mężczyzny i sięgnąłem po marynarkę. Narzuciłem ją na siebie.
-Do zobaczenia później- rzuciłem i przechodząc obok niego, zatrzymałem się na sekundę, żeby złożyć na jego wargach krótki pocałunek.
-Do zobaczenia- pożegnał się ze mną pogodnie.- Mam nadzieję, że szybko wrócisz…
Nałożyłem buty, wziąłem naszykowany dla ciotki prezent i wyszedłem z mieszkania, a następnie opuściłem blok. Wsiadłem do samochodu i ruszyłem. Zatrzymałem się jeszcze przy jakiejś kwiaciarni, żeby kupić kwiaty. Przyjęcie oficjalnie zaczynało się około dwunastej. Było już wpół do pierwszej, ale równo na czas przychodziły głównie osoby, które pomagały ciotce w przygotowaniach, reszta dojeżdżała trochę później. Gdy zatrzymałem się w pobliżu jej domu, była równo trzynasta. Przeszedłem przez otwartą furtkę i zadzwoniłem do drzwi. Ku mojemu zdumieniu, musiałem naprawdę długo czekać, nim usłyszałem kroki na przedpokoju. Wreszcie ciotka Virginia mi otworzyła, ale gdy tylko mnie ujrzała, zrobiła bardzo dziwną minę.
-Chodź za mną, Jason… Chodź, dziecko…- rzuciła słabym, łamiącym się niemal głosem, wpuszczając mnie do środka.- Zostaw to wszystko, proszę…- dodała, gdy ja chciałem zacząć składać jej życzenia, wręczyć kwiaty i prezent. Spojrzałem na nią bez zrozumienia.- Zostaw, zostaw. Połóż to gdzieś…- zgodnie z jej poleceniem, odłożyłem wszystko na znajdujący się w przedpokoju stolik. Chciałem zdjąć buty.- Nie, nie…- zaprotestowała, kręcąc głową.- Chodź za mną, proszę…
Nie miałem pojęcia, co właściwie się dzieje. Kompletnie zdezorientowany, ruszyłem za nią. Wprowadziła mnie do jadalni, gdzie dostrzegłem scenę co najmniej osobliwą. Kilkudziesięciu obecnych w pomieszczeniu gości, spoglądało w jednym tylko kierunku, nie jedząc, nie rozmawiając, właściwie w ogóle nie wydając z siebie nawet jednego dźwięku. Patrzyli w stronę osób znajdujących się w pobliżu drzwi. Jedna z nich siedziała przy odstawionym od stołu krześle. To była Sandra. Zapłakana i wyraźnie przerażona. Nad nią stał George. W pobliżu jeszcze jakieś dwie kobiety, które, gdy tylko się pojawiłem, wbiły we mnie spojrzenie ostre jak brzytwa. Nie wiedziałem, co robić. Wydawało mi się, że Sandra zdradziła swoją tajemnicę i że teraz cała rodzina pastwiła się nad nią. Już miałem powiedzieć coś w jej obronie, gdy nagle ciotka stanęła tuż za nią i oparła dłoń na jej ramieniu w troskliwym geście.ch
-O co chodzi…?- zapytałem niepewnie, czując nagle, że te wszystkie spojrzenia koncentrują się już nie na Sandrze, ale na mnie. I były to spojrzenia zdecydowanie dalekie od przychylności.
-My chcieliśmy cię o to zapytać…- odparła ciotka Virginia, dramatycznym głosem.- Sandra została porzucona przez Chrisa.
-Co takiego…?- parsknąłem odruchowo.
Spojrzałem na Sandrę. Ta szybko odwróciła wzrok, wyraźnie spłoszona. Otarła dłonią zaczerwienione, zapłakane oczy.
-Rzucił ją!- rzuciła ciotka.- Dziwnym zbiegiem okoliczności, parę osób widywało was ostatnio razem… A to… George, pokaż mu…
Mój kuzyn podszedł do mnie i wyciągnął z kieszeni spodni jakąś złożoną kartkę. Rozprostował ją i pokazał mi w całości. To był wydruk z jakiegoś portalu. Portalu gejowskiego. Profil z pewnością należał do Chrisa. Znajdowało się tam jego zdjęcie, na pewno zrobione jeszcze na długo przed tym, nim zaczęliśmy się spotykać, i krótki opis.
-To on, prawda…?- głos ciotki wciąż był tak dramatyczny, że sam już nie wiem, czy to właśnie on, czy może zastanawianie się nad tym, co mój kuzyn robił na tego rodzaju stronie, wzbudziło we mnie parsknięcie śmiechem.
-Zrobiliście prywatne śledztwo…?- uśmiechnąłem się z politowaniem, ledwie mogąc w to wszystko uwierzyć.- Gratuluję.
-Bawi cię to?!- wykrzyknęła ciotka.
-Niezmiernie- przyznałem szczerze, wciąż nie mogąc powstrzymać cisnącego się na moje wargi uśmiechu.
-Nie widzisz, że twoja kuzynka cierpi przez to, że ją porzucił?! I jeszcze jak podle! Jak strasznie ją okłamywał! I jeśli to wszystko o czym usłyszeliśmy jest prawdą, to cierpi również przez ciebie!
-Być może rzeczywiście cierpi, być może nawet przez porzucenie, ale z pewnością ani nie przeze mnie, ani nie z powodu Chrisa…- odpowiedziałem, przyglądając się Sandrze z uwagą.
Sądząc po jej minie, trafiłem w dziesiątkę.
-Co ty wygadujesz?!- rozgniewał się George.
-Nie muszę się przed tobą tłumaczyć- odpowiedziałem spokojnie.
-To wszystko, co masz nam do powiedzenia?- zapytała ciotka, spoglądając na mnie ze zdumieniem.
Westchnąłem ciężko.
-Wezwałeś dodatkowych świadków, wysoki sądzie, czy to koniec przesłuchania…? Bo ława przysięgłych chyba już wydała wyrok…- stwierdziłem drwiąco, zerkając w stronę siedzących przy stołach, przysłuchujących się z uwagą naszej wymianie zdań, krewnych.
-Jesteś z nim, czy nie?!- wściekał się coraz bardziej George.
-Dlaczego miałoby cię to obchodzić…?- zapytałem bez zrozumienia.
-Bo… Bo…- zająknął się, najwyraźniej nie mogąc w pierwszej chwili znaleźć odpowiedzi.- Bo to mężczyzna! Pedał!
-A bycie z mężczyzną-pedałem czyni ze mnie…?
-Czyli byłeś z nim?!- wrzasnął, niemalże wstrząśnięty.
Wzruszyłem ramionami.
-To zależy gdzie. Bywaliśmy razem w wielu miejscach.
-Nie kpij sobie ze mnie! Pieprzycie się, prawda?!
Jego pytanie strasznie mnie rozbawiło.
-Twoja nadgorliwość w tej kwestii jest bardzo zastanawiająca, ale chyba nie muszę się przed tobą tłumaczyć…
-Jak możesz, Jason?- wtrąciła się znów ciotka, pociągając nosem.- Przecież jesteśmy rodziną…
-Nie do końca rozumiem- odparłem szczerze.- Problem w kwestii rodzinnej mógłbym występować, gdybym pieprzył się z nim- stwierdziłem, wskazując głową na George’a. Wśród obecnych w pomieszczeniu zapanowało jeszcze większe wzburzenie- … ale to zdecydowanie nie ma miejsca, więc nie wiem, co tak bardzo wam w tej całej sytuacji przeszkadza. Jestem dorosłym mężczyzną. Mogę robić co chcę i z kim tylko chcę. Czy „pieprzenie się” z homoseksualnym, rzekomym partnerem mojej kuzynki, jest w tym kraju przestępstwem…?
-Jest grzechem!- stwierdziła ciotka.
-Cóż…- uśmiechnąłem się, wzdychając znowu.- Istnieje więc spore prawdopodobieństwo, graniczące z pewnością, że nie spotkamy się w zaświatach, co powinno was ucieszyć… A przynajmniej cieszy mnie, bo nie byłbym w stanie znieść tych rodzinnych spotkań przez całą wieczność…
-Nie kpij sobie, Jason!- krzyknęła ciotka. Kochamy cię! Chcemy ci jakoś pomóc!
-Pomóc…? Mi?
-Tak! Rozmawialiśmy już z kim trzeba… Jest pewien psycholog, on pomaga takim ludziom… z zaburzeniami…
-W porządku- przerwałem jej spokojnie.
-Zgadzasz się?
-Oczywiście- odparłem bez wahania.- Zdecydowanie powinniście się do niego udać.
-Ty…- warknął George, robiąc się czerwony z wściekłości.
-Jason, na litość boską! Potrzebujesz pomocy!
-Z jakiego powodu?- zapytałem, wciąż nie rozumiejąc tej kwestii.
-Z powodu nieszczęścia, jakie cię spotkało!- odpowiedziała ciotka.
-Nieszczęścia…?- spojrzałem na nią tak, jakby straciła zmysły.- Ja jestem szczęśliwy… Mam pracę… Czuję się całkiem dobrze… Mam partnera… A seks jest naprawdę wspaniały… Więc…
-Jak możesz się z tym obnosić?!
-Ze szczęściem? Sam nie wiem… Nie wypada?
-Nie wypada mówić takich rzeczy o…!- ciotka jęknęła głucho i pokręciła głową.- To mężczyzna, Jason!
-Naprawdę sądzisz, że mimo licznych, przeżytych wspólnie chwil intymnych do których przed chwilą otwarcie się przyznałem, nie udało mi się dostrzec tego szczegółu…?- zakpiłem.
-Więc dlaczego to robisz?!
-A dlaczego by nie?
-Bo to niewłaściwe! Tak się nie robi! Nie po to Bóg stworzył kobietę i mężczyznę, żeby…
-Nie wierzę w Boga- powiedziałem stanowczo.
Ciotka poruszyła bezgłośnie wargami i cofnęła się o kilka kroków, łapiąc za głowę, jakby nie mogła uwierzyć, że powiedziałem coś takiego. Wśród obecnych w pomieszczeniu zapanowało  jeszcze większe poruszenie. Słyszałem różne, odbiegające od uprzejmości, wypowiadane szeptem komentarze, ale nie reagowałem na to. Skoro i tak już wiedzieli, nie było sensu tego ukrywać. Nie zamierzałem przez całe życie udawać kogoś, kim nie jestem.
-Boże, Jason…- przemówiła wreszcie ciotka na (nie)szczęście odzyskując głos.- Nie mogę uwierzyć, że mówisz takie okropieństwa! Wiem, że to minie! Ten mężczyzna… Sodomita…
-Homoseksualista.
-… zrobił z ciebie to samo czym jest, ale…
-Nie jestem homoseksualistą.
Ciotka zamilkła na dłuższą chwilę, wyraźnie zdezorientowana.
-Nie?- zapytała wreszcie.
-Nie- potwierdziłem spokojnie.- Z dużą dozą pewności mogę stwierdzić, że jestem raczej biseksualny.
Ciotka zmarszczyła brwi.
-Co to niby znaczy…?
-Nic konkretnego właściwie. Tak czy inaczej, obecnie jestem z mężczyzną i zamierzam z nim być jeszcze długo. Bardzo długo. Tak długo, jak tylko będzie w stanie ze mną wytrzymać.
-Jesteśmy twoją rodziną, Jason!- załkała ciotka Virginia.- Nie odwracaj się od nas!
-Nawet nie próbowałem…
-Jeśli będziesz z tym…- ciotka machnęła dłonią i przymknęła na moment powieki, po czym kontynuowała- … nie będziesz mógł być z nami. My jesteśmy normalni! Kochamy Boga! Respektujemy jego nakazy i zakazy! To jest właśnie droga do prawdziwego szczęścia!
-Taaak…- uśmiechnąłem się nieco złośliwie.- Widzę.
-Słucham…?
-Kilkudziesięciu ludzi, w tym sama jubilatka, nie mają nic lepszego do roboty, jak tylko przysłuchiwać się dyskusji na temat mojego homoseksualizmu, w dzień urodzin… To, zdaję się, jakaś nowa definicja szczęścia.
-Możesz na nas liczyć, Jason- powiedziała ciotka, jakby żadne z moich słów do niej nie docierało.- Pomożemy ci.
-Świetnie. Kiedy przyjdzie czas na dekorację sali weselnej, dam wam znać…
-CO TAKIEGO?!- wrzasnęła, omal nie wypluwając płuc.- Ty…?! Z nim?!
-Dobrze…- westchnąłem głęboko, nie widząc najmniejszego sensu w kontynuowaniu tej rozmowy.- Zakończmy to w tym momencie, zanim ktoś z obecnych zejdzie na zawał… Powiedzmy, w uproszczeniu, że jestem „pedałem”… Tak, sypiam z mężczyzną… Regularnie. Właściwie codziennie. Tak, praktycznie już razem mieszkamy… Nie, nie widzę w tym nic złego… Nie, nie zamierzam tego zmieniać… I nie, nie obchodzi mnie to, co myślicie. Jeszcze jakieś pytania?- rzuciłem, rozglądając się po twarzach obecnych.
-Albo się opamiętasz albo zapomnij o rodzinie!- krzyknęła ciotka.
-Raczej: albo się opamiętam albo rodzina zapomni o mnie. Żaden kłopot.
-Twoja noga więcej tu nie postanie, jeśli się nie naprostujesz!
-Zrozumiałem- odparłem, skinąwszy głową.- Zatem… żegnajcie?
-Porzucasz całą rodzinę dla jednego człowieka?!
-Nikogo nie porzucam. Po prostu jestem szczery- stwierdziłem.
Spojrzałem na Sandrę, na siedzą przy stole Annę i jej, wyraźnie zaszokowanego całą sytuacją, męża, po czym bez słowa, opuściłem dom.
Wsiadłem do samochodu. Nie zdążyłem nawet odpalić silnika, gdy dostrzegłem, jak z domu wybiega moja siostra. Podbiegła do mnie i zastukała w szybę. Uchyliłem ją, spoglądając na Annę pytająco.
-Jason, błagam cię…- zaczęła cicho.- Wróć tam.
-Po co?- zapytałem bez zrozumienia.
-Przeproś, skłam, sama nie wiem, ale nie odjeżdżaj! Nie zostawiaj tak tego! Ciotka jest potwornie staromodna, ale jest już w takim wieku, została tak wychowana… Nie ma sensu kłócić się z wszystkimi!
-Nie kłóciłem się ze wszystkimi- odparłem.- A przynajmniej nie miałem takiego zamiaru. Przyjechałem na jej urodziny, nie spodziewałem się przesłuchania. Posłuchaj…- rzuciłem z nutką zmęczenia, widząc, że chce coś odpowiedzieć.- Nie będę się tłumaczył ze swojego prywatnego życia. Nie mam takiego zamiaru. Nie mam też zamiaru kłamać ani udawać, że jestem inną osobą, tylko po to, żeby zostawili mnie w spokoju. Mogłem tolerować poglądy naszej rodziny na pewne ogólne sprawy, ale jeśli chcą wpływać na moje życie… Nie mogę się na to godzić- stwierdziłem z pełną stanowczością.
-Nie musisz- powiedziała z równym przekonaniem.- Przecież dalej możesz… Możesz robić to, co robisz…- mruknęła, wciąż wyraźnie mając bardzo negatywną ocenę mojego związku z Chrisem.- Tylko niech oni nie wiedzą… Daj spokój, Jason, proszę cię…
-Nie. Przykro mi, Anno, ale to nie jest dla mnie jakaś drugorzędna sprawa, którą mógłbym ot tak pominąć i udawać, że nic się nie wydarzyło… Nawet, gdybym rzeczywiście ich przeprosił i okłamał, że zamierzam skończyć ten związek, nie daliby mi spokoju… Robiliby jakieś podchody, dopytywali, odwiedzali, alarmowali nawzajem za każdym razem, gdy tylko by mnie z nim zobaczyli. A ja nie mam ochoty się w to bawić. Nie mam już dwudziestu lat- stwierdziłem, wzdychając głęboko.- Ani sił, żeby dłużej ciągnąć tą szopkę. Wiem, co sobie o mnie myślisz, ale prawda jest taka, że Chris nigdy naprawdę nie był z Sandrą…- Anna spojrzała na mnie ze zdumieniem.- Ja nie zrobiłem nic złego i na pewno nie doprowadziłem do ich rozstania. Nie mogło być ich rozstania, bo też wcale ze sobą nie byli… Nie mogę ci tego wytłumaczyć bardziej szczegółowo. Nie rozmawialiśmy o tym nigdy i może przez to tak bardzo zaskoczyło cię to, co widziałaś, ale już wcześniej zdarzało mi się umawiać z mężczyznami. Ale z nim jestem na poważnie…- stwierdziłem, patrząc na nią z uwagą. Widać było, że nadal ma całą masę wątpliwości, jakby nie wiedziała, co ma o tym wszystkim myśleć.- Zależy mi na nim, a nie sądzę, żeby wytrzymał ze mną długo, gdyby był narażony na ich komentarze i obelgi…- uśmiechnąłem się niemrawo.- Nie chcę czuć się jak ostatni potępieniec tylko dlatego, że robię coś, co im się nie podoba. Przepraszam…- rzuciłem w końcu, zdając sobie sprawę, że i tak powiedziałem już wystarczająco dużo.- Lepiej wracaj już do środka.
Nie odpowiedziała. Odsunęła się nieco od samochodu, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Odpaliłem silnik i odjechałem. Jeszcze nim znalazłem się za zakrętem, widziałem w lusterku, że wciąż stoi w tym samym miejscu. Dopiero po kilkunastu minutach drogi, gdy emocje już nieco opadły i mogłem przemyśleć to, co się zdarzyło w większym spokoju, zdałem sobie sprawę z konsekwencji. Wiedziałem, że ciotka nie kłamie i że niewielu członków mojej rodziny będzie w stanie się wyłamać i zechce się ze mną widywać. Nie zależało mi na tym szczególnie. Nie chciałem jedynie, by odwracała się ode mnie siostra, cała reszta niespecjalnie mnie obchodziła. Z jednej strony, nie mogłem się nie uśmiechnąć, na samą myśl, że nie będę już ciągany po tych wszystkich, sztywnych, rodzinnych uroczystościach, choć oczywiście nie obyło się bez poczucia żalu. Nie powinienem był się przejmować, ale mimo wszystko, to była moja rodzina. Nigdy się z nią nie zgadzałem i nie znosiłem jej jako ogółu, ale… Ciotka zajmowała się nami naprawdę długo. Nawet biorąc pod uwagę jej poglądy i wtrącanie się w nasze życia, nie mogłem zarzucić jej złych intencji. Było mi przykro, że nie rozumiała tego, co było dla mnie ważne, choć oczywiście nie mogłem się temu dziwić.
Szczerze mówiąc, aż trudno było mi w to uwierzyć. Tyle lat milczałem, nie wdając się w spory czy awantury, słuchałem różnego rodzaju komentarzy, które chociaż nie były kierowane do mojej osoby, pośrednio dotyczyły również mnie, unikałem drażliwych tematów, nie mówiłem o swoich związkach, właściwie o niczym istotnym, tylko po to, by nie popsuć tego „czegoś”, czego teraz nawet nie byłem w stanie określić. A teraz, udało mi się do siebie zniechęcić wszystkich krewnych w przeciągu raptem kilkunastu minut. Nie wiem, czy nie ustanowiłem jakiegoś światowego rekordu w paleniu za sobą mostów. Nie były to najprzyjemniejsze okoliczności i wydarzenia. Ale bez wahania mogłem stwierdzić, że czuję się dobrze. Naprawdę dobrze. Tak, jakbym wreszcie zrobił coś właściwego. Powiedziałem im wszystko to, co aktualnie myślałem, po raz pierwszy nie gryząc się w język ostatniej chwili, nie zastanawiając się tysiąc razy nad tym, czy odpowiedzieć na jakąś uwagę czy też nie.
I nagle wszystko to było bez znaczenia, wszystko było skończone. Wracałem do domu, ledwie mogąc uwierzyć, że to zdarzyło się naprawdę. Śmiech z pewnością nie jest adekwatną reakcją do podobnego wydarzenia, ale gdy parkowałem przed blokiem, nie mogłem się od niego powstrzymać. Przypominałem sobie ich twarze. Ich słowa. Pozbawione sensu argumenty. Zupełną głuchotę. Może gdybym miał wracać do pustego mieszkania, gdybym miał świadomość, że on nie czeka na mnie w środku, byłbym załamany. Może w ogóle nie odważyłbym się na podobny krok.
Ale czekał. Gdy znalazłem się z powrotem w mieszkaniu, od razu zobaczyłem go w salonie. Siedział na tapczanie, oglądając jakiś film i pochłaniając kolejną paczkę ciastek. Wbił we mnie mocno zdumione spojrzenie, przełykając ostatni kęs i odsuwając puste pudełko na bok, w kierunku pozostałych.
-Już…?- zapytał, szczerze zdziwiony, strzepując okruszki z koszulki.
Podszedłem do niego i bez chwili wahania, objąłem go mocno, przytulając z całej siły. To też go zaskoczyło. Po chwili odwdzięczył mi się tym samym, choć był wyraźnie zdezorientowany. Wypuściłem go z uścisku i przeszedłem do salonu, zdejmując z siebie marynarkę i rzucając ją na pobliski fotel.
-Ciotce podobał się prezent…?- rzucił, stając w progu i przyglądając mi się z uwagą.- Właściwie to czemu wróciłeś tak szybko? Spodziewałem się ciebie dopiero wieczorem. Rodzina cię wyklęła czy co…?- zażartował, parskając śmiechem.
Rzuciłem mu ukradkowe spojrzenie, po czym skinąłem głową. Zaśmiał się znowu, najwyraźniej sądząc, że żartuję.
-Dowiedzieli się o twoim „zerwaniu” z Sandrą…- zacząłem. Zmarszczył brwi, wpatrując się we mnie bez zrozumienia.- Najwyraźniej tak to zrozumieli albo tak im to przedstawiła, zresztą to bez znaczenia… Tak czy inaczej, obaj zostaliśmy głównymi winowajcami jej nieszczęścia i rozpadu rodziny… Wiedzą już o nas.
-Twoja siostra im powiedziała?
-Nie sądzę- odparłem szczerze.- Wychodziliśmy często razem i nie byliśmy zbyt ostrożni, każdy mógł nas widzieć…
-Ach, tak…- Chris spiął się wyraźnie.- Więc teraz chcesz, żebyśmy byli bardziej ostrożni…?- zapytał szorstko, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
-Nie. Powiedziałem im prawdę. O tym, że z tobą jestem i zamierzam z tobą być… I… I chyba nie mogę się już oficjalnie tytułować członkiem ich rodziny…
-Żartujesz!- wykrzyknął, kompletnie zaskoczony. Podszedł do mnie bliżej.- Jak to się stało? Opowiadaj.
-Nie ma wiele do opowiadania…- przysiadłem na brzegu łóżka, wzdychając głęboko. Moja krótka, ale dość intensywna i wyjątkowo szczera pogadanka z krewnymi, naprawdę mnie zmęczyła. Oni chyba zresztą zawsze działali na mnie w podobny sposób.- Zaczęli mnie dopytywać, czy z tobą jestem, pokazali mi jakiś wydruk z twojego profilu na gejowskiej stronie… Swoją drogą, bardzo ładne zdjęcie, nie wiedziałem, że miałeś kiedyś dłuższe włosy…- uśmiechnąłem się lekko, a on cały spąsowiał, wyraźnie zawstydzony.- No i jak już wszystko było jasne, zaczęła się ich wielka pogadanka, oskarżenia, wysyłanie mnie do specjalisty, deklarowali wielką miłość i grozili, że jeśli będę się wciąż z tobą zadawał, mam się trzymać z dala od rodziny…- zaśmiałem się cicho. Zatrzymał się tuż przede mną, wpatrując we mnie z wyraźną troską.- Daj spokój, Chris…- rzuciłem natychmiast, kręcąc głową.- Może cię to zaskoczy, ale naprawdę nieszczególnie się tym przejmuję... To nie było przyjemne, ale nie widziałem sensu w okłamywaniu ich.
-Więc Sandra musiała się w końcu przyznać, że jest „odmienna”…?- zapytał mężczyzna.
-Nie. Ona raczej nadal obstawała przy swojej wersji…
-Nie wierzę!- wykrzyknął, wyraźnie wzburzony.- Pozwoliła im wszystkim na ciebie najeżdżać i sama zgrywała ofiarę?!
-To nie jej wina…- stwierdziłem, stając w obronie kuzynki.- Wyglądała na naprawdę załamaną. Wiesz, jaka jest moja rodzina. Zaczęli wypytywać o ciebie, bo nas razem widzieli, w różnych, dwuznacznych sytuacjach, naciskać na nią, pytać, gdzie jest, pokazywać jej to zdjęcie… Nie wiem, jak ja zachowałbym się na jej miejscu.
-Wiesz- odparł stanowczo.- Bo już byłeś na jej miejscu. Mogłeś zaprzeczyć i zgrywać niewiniątko, ale tego nie zrobiłeś.
-To coś zupełnie innego, Chris- odpowiedziałem spokojnie.- Ja właściwie nie miałem już wiele do wyjaśniania, nawet skończony idiota by się domyślił, co jest między nami… No i nie miałem powodu kłamać, bo miałem do kogo wracać, ale ona… Wydaje mi się, że ta dziewczyna z nią zerwała. Jasmine z nią zerwała?- zapytałem, dopiero po chwili przypominając sobie, że przecież Jason dobrze zna partnerkę Sandry i często się kontaktują.
-Tak- potwierdził.- Lepiej późno niż wcale…- dodał z nutką irytacji.
-Co takiego…?- rzuciłem z niedowierzaniem.
-To, co słyszysz. Nie podobał mi się ten ich związek- stwierdził, wyraźnie zdenerwowany.- Na początku było dobrze, Jasmine i Sandra razem pracowały, tak się poznały i było w porządku, ale później jakiś facet, który był synem znajomego twojej ciotki, z którym zresztą Sandra się kiedyś umawiała, zaczął pracować z nimi… Całe biuro dobrze wiedziało o związku Sandry z Jasmine, a ona dosłownie wpadła w panikę. Cały czas starała się udowodnić, że nic ją nie łączy z moją przyjaciółką i że to wszystko głupie plotki. W pracy dosłownie ją ignorowała, traktowała jak powietrze. Oczywiście mieszkały razem, później jej to wszystko tłumaczyła, mówiła, że nie chce denerwować rodziny… No i wmanewrowały w to mnie. Zrobiłem to tylko dla Jasmine- podkreślił natychmiast.- Wybacz, ale twojej kuzynki od samego początku nie darzyłem szczególną sympatią. Jasmine liczyła na to, że jak będę się z nią pojawiał na tych wszystkich przyjęciach, jak będzie musiała udawać, że rzeczywiście jest we mnie zakochana, w końcu coś w niej pęknie i zda sobie sprawę z tego, że łatwiej jest po prostu powiedzieć rodzinie, kim jest naprawdę albo zwyczajnie się od niej odciąć. Ale nie…- uśmiechnął się kwaśno.- Niedługo przed ich zerwaniem, ona zapytała Jasmine, czy ta może poprosić mnie, żebym parę razy pojawił się pod ich biurem i niby ją odebrał albo gdzieś z nią wyszedł… Nie dziwię się ich rozstaniu. Ona nie potrzebowała czasu, żeby oswoić się z tym, kim naprawdę jest. Potrzebowała wymówek i kłamstw, żeby jej rodzina traktowała ją tak, jak wcześniej.
-Jasmine to twoja przyjaciółka, więc rozumiem twoje zdanie, ale… Ja rozumiem Sandrę- odpowiedziałem po chwili wahania.- Wiesz… Sam przecież nigdy nie zgadzałem się z twierdzeniami mojej rodziny. Mogłem już wcześniej zaprotestować i powiedzieć im, kim naprawdę jestem, mieć święty spokój. Ale tego nie zrobiłem. To naprawdę nie jest ani oczywiste, ani proste… Nie chcesz stracić oparcia w swoich bliskich i zostać samym…
-Sandra nie była sama- przerwał mi ostro.- Miała Jasmine.
-To nie to samo. Związki to zupełnie inna sprawa, kłótnie, rozstania, zmiany partnerów… Rodzina jest zawsze, przynajmniej z pozoru, więc…
-Więc można poświęcać związki dla rodziny, bo są takie mało wartościowe…?- zakpił, rozgniewany moimi słowami.
-Nie powiedziałem tego. Chociaż tak, tak czasem się właśnie zdarza…
-A wiesz, co ja sądzę?- rzucił z wyraźną irytacją. Spojrzałem na niego pytająco.- Sądzę, że owszem, rodzina jest ważna, ale wtedy, kiedy cię akceptuje i wspiera, a nie traktuje jak trędowatego. Nie chodzi o spory czy nie zgadzanie się z tym lub innym sposobem życia, ale o daniu komuś bliskiemu prawa do wolności i decydowania o samym sobie, bez emocjonalnego szantażu i histerii. I naprawdę, sto razy bardziej wolałbym być sam, ale żyć w zgodzie ze swoimi przekonaniami, niż udawać kogoś, kim nie jestem, tylko po to, by przypodobać się ciotce- syknął cicho, po czym nie czekając na moją odpowiedź, wyszedł z pomieszczenia.
-Chris!- zawołałem za nim.

Ciężko było mi się z nim porozumieć przez cały dzień. Starałem się mu wyjaśnić swoje stanowisko, które przecież wcale nie odbiegało bardzo od tego, co on sam myślał. Nie żałowałem swojej postawy ani powiedzenia rodzinie prawdy, ale z drugiej strony, naprawdę współczułem Sandrze sytuacji, w jakiej się znalazła. I musiałem przyznać szczerze, że nie wiem, czy starczyłoby mi odwagi do podobnych wyznań, gdybym rozstał się z Chrisem albo nie traktował tego wszystkiego poważnie. Wieczorem wszedłem do sypialni, przygotowany do snu. Chris leżał na swojej połowie łóżka, na boku, odwrócony do mnie plecami i, co u niego rzadko spotykane – ubrany w piżamę. Parsknąłem cicho pod nosem. Naprawdę się dąsał. Zgasiłem światło i wszedłem pod kołdrę, przytulając się do niego od tyłu.
-O co się obrażasz…?- zapytałem bez zrozumienia.- Przecież wiesz, że ogólnie się z tobą zgadzam…
-Jasne…- burknął cicho.- Nie wiem w ogóle po co marnujesz czas na gadanie ze mną, skoro jestem TYLKO twoim partnerem i zaraz możesz mnie zmienić, a tam jest twoja niezmienna i wieczna rodzina, która tak bardzo cię wspiera…
-Dobrze wiesz, że nie miałem wtedy na myśli naszego związku- odpowiedziałem stanowczo i rzeczywiście, byłem pewien, że to wiedział. Odmruknął coś niechętnie, ale nie byłem w stanie dosłyszeć, co takiego.- Chodziło mi tylko o to, że czasem ludzie podejmują bardzo ryzykowne decyzje i odsuwają się od swojej rodziny, poświęcając się całkowicie jakiejś jednej osobie, która wcale nie jest dla nich odpowiednia…
-A ja jestem dla ciebie odpowiedni?
-Oczywiście- zapewniłem go bez wahania, składając na jego karku krótki pocałunek.
-Skąd wiesz?- zapytał.
-Eee…- zamotałem się przez moment.- No… Po prostu wiem.
-Skąd?- dopytywał wciąż.
-No bo… Och, Chris, na litość boską…- westchnąłem cicho, żałując wtedy, że nie powiedziałem czegoś innego albo nie skierowałem rozmowy na inne tory. Nie zmieniłem swojego zdania, ale nie widziałem sensu na spory.- Wiesz dobrze, że wiele nas łączy. Dobrze się rozumiemy. Jesteśmy już ze sobą naprawdę długo, przynajmniej jak na zwyczajową trwałość moich związków…
-One były ze sobą jeszcze dłużej- odparł.
-Dobrze. Więc ich też nie miałem na myśli. Mówiłem ogólnie, naprawdę, nie sprzeczajmy się o takie sprawy, wiadomo, że takie sytuacje mogą się zdarzać…
-Nie- przerwał mi stanowczo, podpierając się na przedramieniu i oglądając w moją stronę.- To zupełnie dwie różne sytuacje. Co innego, gdy ktoś ładuje się w toksyczny związek i izoluje od całej rodziny, a co innego, gdy rodzina izoluje tego kogoś tylko dlatego, że robi coś, co im się nie podoba- stwierdził, po czym położył się z powrotem.
-Dobrze już, dobrze… Wiesz, że jesteś mi znacznie bliższy niż rodzina.
-Ale rodziną nie jestem- burknął.
-Właściwie to jesteś… Chociaż…- zastanowiłem się przez chwilę i pewna myśl zaświtała mi w głowie.- Właściwie to możesz nią być całkiem oficjalnie…- powiedziałem, wciąż zamyślony.
-Co?- rzucił bez zrozumienia.
-Możemy być przecież rodziną.
Odwrócił się w moją stronę, a w jego oczach widniało niedowierzanie i chyba niemal przerażenie. Patrzył na mnie przez dłuższą chwilę tak, jakby widział mnie po raz pierwszy w życiu, po czym zaczął:
-Słuchaj… Wyjaśnijmy sobie pewne sprawy. Po pierwsze: ja dzieci nie rodzę. Po drugie: ich nie robię. A po trzecie: szczerze ich nie znoszę.
Parsknąłem niepohamowanym śmiechem.
-Nie o to mi chodziło- odpowiedziałem natychmiast.- Myślałem o czymś innym. O sformalizowaniu tego wszystkiego. O małżeństwie.
Zmarszczył brwi.
-Żartujesz!- rzucił w końcu, śmiejąc się lekko, jakby naprawdę tak sądził.- Tak, doskonały pomysł, nie ma co… Chciałbyś się ze mną ożenić?
-Raczej wyjść za ciebie za mąż. Tak to się chyba nazywa, chociaż to bez znaczenia… Tak.
-Ty nie żartujesz…- stwierdził nagle, wyraźnie oszołomiony tym faktem. Znowu patrzył na mnie tak, jakby zastanawiał się, czy jestem w pełni władz umysłowych.- Serio mówisz serio? To znaczy…
-Mówię serio- odpowiedziałem, uśmiechając się do niego.- Ale jeśli ci to nie odpowiada, to możesz mi powiedzieć, niczego to między nami nie zmieni. Tak tylko przyszło mi to do głowy…
-Jeszcze nawet nie powiedziałeś mi, że mnie kochasz, a chcesz się ze mną… brać ze mną ślub- stwierdził, zerkając na mnie z politowaniem.
-Kocham cię.
Parsknął cicho.
-Romantyk!
Zaśmiałem się.
-Po co nam ślub?- zapytał szczerze.
-Jesteśmy ze sobą już dość długo, no i mieszkamy razem. Warto byłoby to sformalizować, chociażby po to, żeby pozałatwiać pewne kwestie prawne, dziedziczenie i te sprawy…
Uniósł brew w geście politowania.
-Romantyk do kwadratu- stwierdził, rozbawiony.
-… Poza tym, mam naprawdę silną potrzebę, żeby cię przy sobie zatrzymać.
-… Poprzez małżeństwo?
-Mhm- potwierdziłem, uśmiechając się figlarnie.- Będzie nas łączyło coś oficjalnego, więc nie spakujesz walizek i nie wyprowadzisz się z dnia na dzień po jakiejś kłótni…
-Jasne. Marz dalej…- zaśmiał się cicho, przyglądając mi się z uwagą.- Naprawdę sądzisz, że jest nam to potrzebne…? Jak to sobie wyobrażasz?
-Normalnie.
-Świadkowie…?
-Zdaję się, że są potrzebni, chociaż jakoś nigdy się w to nie wgłębiałem… Kogoś się przecież znajdzie- zauważyłem.
-I co?- uśmiechnął się z politowaniem.- Wykupimy największą salę w mieście i sprosimy całą twoją rodzinę…?
-O nie…- zaśmiałem się głośno.- Pójdziemy do urzędu. I tyle. Żadnych gości i żadnego zamieszania. Nikt nawet nie musi wiedzieć, to przecież nasza sprawa. Chodzi mi tylko o to, żeby dostać papierek- zażartowałem.
-A sądziłem, że bardziej romantyczny już być nie możesz!- zakpił.
-Więc…?- spojrzałem na niego pytająco.- Wyjdziesz za mnie?
-Biorąc pod uwagę twoje podejście do sprawy, rozumiem, że nie masz nigdzie pierścionka…?- zaśmiał się.
-Nie.
Zastanowił się przez chwilę.
-Okej- stwierdził w końcu, kiwając głową.- Niech będzie…- dodał, po czym znowu przewrócił się na bok, plecami do mnie.
Zaśmiałem się głośno.
-Odezwał się romantyk!- rzuciłem uszczypliwie.
-Dostosowuję się do twojego poziomu…- odpowiedział, chichocąc.
Na powrót wtuliłem się w jego plecy.
-Więc… Czyja dzisiaj kolej?- zapytał po chwili szeptem.
-Moja.
-Kłamca! Wczoraj była twoja.
-No… Ale dzisiaj, jak wiesz, miałem bardzo ciężki dzień, więc…
-Nie przejmuj się…- zachichotał niemalże złowrogo.- Zaraz pomogę ci się zrelaksować…

Od mojego sporu z rodziną minęło półtora miesiąca. Od tamtej pory nie widywałem się ani nie kontaktowałem z żadnym krewnym, nie licząc mojej siostry. Anna dzwoniła kilka razy. Tak jak i poprzednio, były to dość krótkie i czasem chłodne rozmowy, ale tym razem to ona je inicjowała i to pozwalało mi mieć nadzieję, że nasze relacje wrócą wkrótce do normy. Poza tym, chciałem skontaktować się z Sandrą, ale nie mogłem. Jej stary numer był nieaktualny. Chris skłamał, że usunął nowy, chyba nie chciał, żebym z nią rozmawiał, mam wrażenie, że naprawdę jej nie lubił. Jednak udało mi się po kryjomu przejrzeć jego telefon i go znaleźć. Najpierw dzwoniłem, ale nie odbierała. Wysłałem parę sms-ów z prośbą, żebyśmy się gdzieś spotkali, żeby zadzwoniła, ale również nie było reakcji.
Był środek nocy. Smacznie spałem u boku Chrisa, gdy nagle, wybudził mnie dźwięk telefonu. Jęknąłem głucho, nawet nie otwierając oczu.
-Wyłącz to…- rzuciłem, zaspany, przekonany, że mężczyzna przez pomyłkę ustawił budzik.- Przecież dziś niedziela…
-To twoja komórka, ktoś dzwoni…- odparł Chris, tonem dalekim od przytomności.
-Tak…?- zsunąłem z siebie jego rękę i przesunąłem się na brzeg łóżka, rozglądając dookoła.
Dźwięk dzwonka dobiegał z bliskiej odległości. Na oślep wędrowałem dłonią po nocnym stoliku, szukając swojego telefonu. Wreszcie zorientowałem się, że na podłodze leżą moje spodnie, a komórka znajduje się w ich kieszeni. Schyliłem się po nią i zerknąłem na wyświetlacz. Dzwoniła Anna. Rzuciło mi się również w oczy, że jest około drugiej nad ranem.
-Halo…?- mruknąłem niepewnie, odbierając.
-Cześć, Jason- usłyszałem głos mojej siostry.- Wiem, że jest potwornie późno, ale… Jestem teraz w szpitalu i…
-W szpitalu?- zapytałem, natychmiast przytomniejąc.- Co się stało?
Chris również podniósł się do pozycji siedzącej, spoglądając na mnie z niepokojem.
-Mi nic- uspokoiła mnie natychmiast.- Chodzi o Sandrę. Podobno próbowała się zabić. Ciotka mi powiedziała, że nałykała się jakichś prochów. Jason, chyba powinieneś tu być. Wszyscy oskarżają o to ciebie… Słuchaj, jeśli masz z nią coś do wyjaśnienia… A zresztą… Po prostu przyjedź, dobrze? Może uda ci się z nią porozmawiać…
-Dobrze- odpowiedziałem, natychmiast podnosząc się z łóżka.- Dobrze, zaraz będę.
Rozłączyła się. Odłożyłem telefon na bok i zapaliłem światło.
-Co się stało?- zapytał Chris, wyraźnie zdenerwowany.- Coś z twoją siostrą?
-Chodzi o Sandrę- odpowiedziałem.- Próbowała się zabić.
-I po co tam jedziesz…?- kochanek spojrzał na mnie bez zrozumienia, podczas gdy ja wyciągałem z komody bieliznę, ubierając ją pospiesznie.- Przecież oni cię ukrzyżują!
Pokręciłem głową, nic nie odpowiadając. Poszedłem do szafy, w pośpiechu wyciągając z niej jakieś spodnie i sweter. Ubierałem się szybko. Chciałem tam być nie po to, by wyjaśniać cokolwiek z moimi krewnymi, ale po to, by zobaczyć co z Sandrą i jak mogę jej pomóc. Ta wiadomość mną wstrząsnęła. Czułem się w pewnym sensie odpowiedzialny. Zostawiłem ją wtedy z nimi… Powinienem był znaleźć jakiś sposób, żeby się z nią porozumieć. Musiała być w strasznym stanie, skoro zdecydowała się na podobny krok.
-Jadę z tobą- obwieścił Chris, również wstając.
-Nie!- zaprotestowałem natychmiast, patrząc na niego stanowczo.- Wiesz dobrze, że wtedy naprawdę zrobi się zamieszanie… Poradzę sobie- dodałem poważnie, widząc, że się o mnie niepokoi.- Bądź co bądź, to moja rodzina. Znam ich. Nikt nie zrobi mi krzywdy.
Chris nie wydawał się być tego równie pewny.
-Zadzwonię, gdy będę na miejscu- powiedziałem tylko, po czym wyszedłem na przedpokój.
Ubrałem kurtkę i buty. Zatrzymał się w progu sypialni, przyglądając mi z uwagą. Podszedłem do niego i ucałowałem go krótko, po czym wyszedłem. Moment później, siedziałem już w samochodzie i zmierzałem do miejskiego szpitala. Co za okropna sytuacja… Miałem straszne wyrzuty sumienia i poczucie winy, że nie zareagowałem wcześniej, zajmowałem się głównie sobą i Chrisem, nie dałem jej żadnego wsparcia, nie porozmawiałem z nią poważnie… Musiała być strasznie samotna, zerwała z tą dziewczyną, otaczała ją tylko wielce „wspierająca” rodzinka… Rany boskie. Miałem świadomość, że naprawdę byłem w stanie temu wszystkiemu zapobiec.
Zaparkowałem przed szpitalem. Udało mi się odnaleźć recepcję. Tam czekała na mnie Anna. Poprowadziła mnie schodami na górę. Skręciliśmy w jakiś korytarz.
-Co się stało?- zapytałem z niepokojem.
-Wiem tyle, ile powiedziałam ci przez telefon- odparła, raz po raz skubiąc nerwowo paznokcie.- Zrobili jej płukanie żołądka. Boże, co za koszmarna sprawa…- jęknęła głucho, pocierając skronie. Była wyraźnie zmęczona.
-Co z nią?
-Już lepiej. Podobno jest przytomna.
Znaleźliśmy się w kolejnym korytarzu i tam się zatrzymaliśmy. Kilkanaście metrów przed sobą, zobaczyłem ciotkę i Jasona. Czekali przed jakąś salą. Patrzyłem przez dłuższą chwilę w ich kierunku, ale wolałem do nich nie podchodzić.
-Co on tu robi?- zapytałem bez zrozumienia, zerkając wciąż w stronę mężczyzny.
-Nie wiesz…? Zadłużył się i sprzedał mieszkanie. Mieszka teraz z ciotką i dlatego z nią przyjechał…
-A ty…?- dopiero teraz przyszło mi do głowy, by o to zapytać. Spojrzałem na siostrę z uwagą.- Co ty tu właściwie robisz?
Przymknęła na moment powieki.
-Ja ją znalazłam- przyznała w końcu.
-Ty?- zdumiałem się.
-Tak… Boże, Jason, tak strasznie mi głupio… Wiesz, ona zawsze była taka… mało rozmowna. Nie przepadałam za nią. Po tej całej aferze tym bardziej, a ciotka cały czas ględziła mi nad uchem, żebym do niej pojechała, bo przecież niedaleko mieszkam, spotkała się z nią, porozmawiała o tym… Spotkałyśmy się dwa razy, ale… Sam ją znasz, wiesz jaka jest! Niczego nie mogłam się od niej dowiedzieć… Powtarzała tyle, co i na przyjęciu, że Chris ją zostawił i jest z tobą… Nie miałam ochoty się z nią widywać… Ale dzisiaj, James pojechał do pracy, a ja i tak nie miałam nic do roboty… Drzwi były otwarte, a ona… Jezu!- jęknęła, zakrywając twarz dłonią. Objąłem ją ramieniem, przyciągając do siebie.- Nie wiem nawet, czemu tam weszłam! Daję słowo, z początku chciałam sobie iść, ale… Boże, Jason…
-James wie, że tu jesteś?
-Nie…- odsunęła się nieco i pokręciła głową.- Nie, nie ma pojęcia…- westchnęła, przecierając zmęczone oczy.- Nie dzwoniłam do niego. Dzwoniłam tylko do rodziców Sandry, ale sam dobrze ich znasz… Mieszkają w innym mieście, prawie się z nami nie kontaktują, nie ma szans, żeby przyjechali… Jason, sądzisz, że gdybym spotykała się z nią częściej to by tego nie zrobiła…?
-To nie jest twoja wina- stwierdziłem stanowczo, opierając dłoń na jej ramieniu, choć doskonale rozumiałem to, co czuła. Ja też miałem potworne poczucie winy. Różnica jednak była taka, że Anna nie była w stanie jej pomóc, bo nie rozumiała całej tej sprawy i nie znała motywów postępowania Sandry. Ja wiedziałem o wszystkim. Mogłem jakoś zareagować, ale tylko wydzwaniałem do niej jak dureń.
Dopiero po chwili spostrzegłem, że George zauważył moją obecność. Szedł w naszą stronę z zaciętym wyrazem twarzy. Ciotka dreptała szybko kawałek za nim.
-I co?!- wrzasnął, zatrzymując się tuż przede mną.- Jesteś z siebie zadowolony?! Bo ten spedalony koleś pewnie jest! Zobacz, co narobiłeś!
-George, proszę!- krzyknęła ciotka, chwytając mojego kuzyna za ramię.- Jason…- spojrzała na mnie z czułością, ale ja już przeczuwałem, co zaraz mogę od niej usłyszeć.- Jak dobrze cię tu widzieć! Dobrze, że przyjechałeś! Wiedziałam, że ruszy cię sumienie! Musisz z nią porozmawiać i wyjaśnić to wszystko! Powiedz jej, że żałujesz! To taka dobra dziewczyna… Nie zasłużyła sobie… Jason… Powiedz, że się zmienisz…
-Porozmawiam z nią, ciociu- odpowiedziałem jedynie, na tym kończąc całą dyskusję.
Czekałem na korytarzu jeszcze półtora godziny, nim obwieszono nam, że ktoś może do niej na chwilę wejść. Ciotka natychmiast spojrzała na mnie. Wszedłem do sali. Sandra leżała na szpitalnym łóżku. Wyglądała… Cóż. Naprawdę potwornie. Była blada, roztrzęsiona, miała podkrążone oczy i sine usta. Zmieniła się od czasu, gdy widziałem ją po raz ostatni. Miałem wrażenie, że jest jeszcze szczuplejsza, właściwie wychudła. Patrzyłem na nią ze współczuciem, przez dłuższą chwilę nie wiedząc, co powiedzieć.
-Cześć- odezwałem się do niej w końcu.
Wbiła we mnie pełne zdumienia spojrzenie.
-Co ty tu robisz…?- zapytała cicho.
-Chciałem…- zacząłem, a w moim gardle pojawiła się nagle nieznośna suchość. Odkaszlnąłem głośno, starając się pozbyć tego uczucia.- Chciałem zapytać… Dlaczego to zrobiłaś, Sandro?- rzuciłem w końcu.
Wzruszyła ramionami. Spuściła wzrok, tarmosząc nerwowo dłońmi materiał kołdry.
-Ona odeszła- szepnęła.
-Wiem- odparłem.
-Przez niego!- rzuciła nagle, znów patrząc wprost na mnie. Nigdy nie słyszałem, żeby krzyczała, ale teraz jej głos był wyraźnie podniesiony i zirytowany.- Wszystko przez niego!
-Przez kogo…?- zapytałem bez zrozumienia.
-Jak to?!- warknęła niemalże gniewnie.- Przez Chrisa! To on jest temu winien! On ją namówił!
-Co ty mówisz…
-To prawda! Zapytaj go! Zapytaj, to wszystko prawda!- powtarzała nieustannie z wyraźną wściekłością.- Zapytaj… Zapytaj go, sam ci powie…
-Uspokój się, proszę…- zacząłem cicho, podchodząc bliżej jej łóżka. Na powrót spuściła wzrok, milknąc zupełnie. Gryzła nerwowo wargę.- Posłuchaj… Wiem, że jesteś załamana. I to, co zrobiłaś… Ja… Przykro mi, że nie dałem ci odpowiedniego wsparcia, ale obiecuję, że to się zmieni. Chcę ci pomóc, Sandro- stwierdziłem stanowczo.
Zerknęła na mnie ukradkiem. Wpatrując się we własne, zaciśnięte na pościeli dłonie, zapytała ledwie słyszalnie, płochliwie:
-Możesz coś zrobić, żeby ona do mnie wróciła…?
Zdumiało mnie to pytanie. Zawahałem się. Nie bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć.
-Nie sądzę…- odparłem w końcu.- Nawet jej nie znam…
-Ale jesteś z nim, prawda?- zapytała ostro, podnosząc na mnie wzrok.- On ją zna…
-Tak, ale… Sama rozumiesz, nie jestem w stanie jej do niczego zmusić… Jeśli ona będzie chciała…
-Więc niech tu przyjdzie- rzuciła z większym ożywieniem niż wcześniej.- Proszę. Proszę, sprowadź ją tutaj, dobrze? Dobrze?- dopytywała, patrząc na mnie błagalnie.- Chcę z nią porozmawiać. Proszę, powiedz jej o wszystkim. Chcę, żeby tutaj przyszła. I żeby ze mną była. Proszę. Zrobisz to dla mnie?
Skinąłem głową.
-Tak- odparłem, przekonany, że akurat to uda mi się dla niej zrobić. Miałem wrażenie, że się uśmiechnęła, choć było to widoczne ledwie przez chwilę.- Postaram się. Ale chyba zdajesz sobie sprawy z tego, że nie możesz tego dłużej ciągnąć…- dodałem. Zerknęła na mnie z wyraźnym niepokojem.- Musisz powiedzieć rodzinie prawdę. Jasmine nie zgodzi się z tobą być, jeśli wciąż będziesz udawać.
-Powiem im… Jeśli do mnie wróci… Wtedy im powiem…- odpowiedziała, choć bez przekonania.
-Obiecaj mi to- rzuciłem stanowczo.
-Obiecuję.

Ciotka jeszcze przez dobrą godzinę maglowała mnie, chcąc dowiedzieć się, co dokładnie usłyszałem. Opowiadałem jakieś banały i mówiłem, żeby lepiej sama z nią porozmawiała. Później oczywiście przyszła pora na jej zwyczajowe pogadanki. Zaczęła dopytywać, czy nadal jestem z „tym człowiekiem”, co zamierzam dalej zrobić, czy zdaję sobie sprawę z tego, że moja kuzynka omal się przez niego nie zabiła… George nie omieszkał oczywiście dodać, że przeze mnie również. Nie miałem najmniejszej ochoty ich słuchać. Ulotniłem się przy pierwszej, lepszej okazji. Podrzuciłem Annę do centrum, a sam wróciłem do mieszkania, potwornie zmęczony, właściwie ledwie trzymałem się na nogach. Zdjąłem buty z obolałych stóp. Widziałem, że w salonie pali się światło. Chris na mnie czekał. Wszedłem do pomieszczenia.
-I co…?- zapytał mężczyzna, podnosząc się z kanapy.
-Jest… w złym stanie…- odparłem po chwili wahania.- Wzięła jakieś tabletki. Odratowali ją, ale… Chris…- zacząłem nagle, przypominając sobie to, co mi powiedziała.- Czy to prawda, że one zerwały ze sobą przez ciebie?
Parsknął cicho.
-Niby w jakim sensie?- zapytał bez zrozumienia.
-Sam nie wiem. Ona oskarża cię o to, że się rozstały, tak myślałem, że bezpodstawnie… Tak czy inaczej…
-Właściwie to nie do końca…- odparł po chwili. Zmarszczyłem brwi, spoglądając na kochanka pytająco.- Nie zerwały ze sobą przeze mnie, tylko przez nią. Ale do ich rozstania rzeczywiście mogłem się trochę przyczynić… Właściwie to Jasmine z nią zerwała wkrótce po naszej rozmowie… Już od dawna mówiłem jej, że powinna dać sobie spokój z tą dziewczyną.
-Dlaczego?!- zapytałem, wzburzony.
-Bo jest miałka, tchórzliwa i zupełnie nie pasuje do Jasmine- odparł stanowczo.- Wiem, że ta opinia ci nie pasuje, bo Sandra jest twoją kuzynką, ale taka jest prawda. Miała świetną kobietę, mogła z nią być, a ona co…? Wolała udawać przed swoją rodziną świętą! Jasmine tylko się z nią męczyła. Łudziła się, że ta kretynka w końcu się opamięta. Powtarzałem jej wiele razy, żeby na to nie liczyła. Już po pierwszym spotkaniu z Sandrą wiedziałem, że ona nigdy nie będzie zdolna do jakiegokolwiek protestu.
-Ale po co się w to angażowałeś?!- rzuciłem bez zrozumienia, patrząc na niego krytycznie.- To były przecież ich sprawy! Trzeba było pozwolić im to załatwić między sobą!
-Angażowałem się, bo to moja przyjaciółka! Chciałbyś, żeby twoja siostra była z kimś takim…? Albo ktoś inny, kto jest ci bliski…? Wiesz, ja mam szczęście, bo trafiłem na ciebie, a ty nigdy nie zgadzałeś się ze swoją rodziną i nigdy nie byłeś upokarzająco pokorny… Kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem i słyszałem to, co mówisz… już wtedy zdawałem sobie z tego sprawę. Masz prawo się ze mną nie zgadzać, ale ja nie zrobiłem niczego złego. Nie wymuszałem niczego na Jasmine. Poradziłem jej tylko to, co sam na jej miejscu bym zrobił i wiesz o tym dobrze.
-Ale Sandra się zmieni- zapewniłem go natychmiast. Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.- Rozmawiałem z nią. Powie wszystko rodzinie.
-To świetnie- skwitował sucho, bez szczególnego entuzjazmu.
-Tylko…- zawahałem się przez moment.- Ona chce spróbować z Jasmine. Raz jeszcze.
Uśmiechnął się pobłażliwie.
-Nie ma mowy- stwierdził stanowczo.
-Dlaczego?
-Bo Jasmine kogoś już ma.
-To coś poważnego…?- zapytałem z niepokojem. Obawiałem się, jak na taką informację mogła zareagować moja kuzynka.
-Mam nadzieję. Bo tamta dziewczyna jest naprawdę w porządku.
Westchnąłem głęboko.
-Dobrze, więc chociaż powiedz jej, co się wydarzyło- rzuciłem, chcąc zrealizować prośbę kuzynki. Chris spojrzał na mnie tak, jakbym oszalał.- Proszę. Zadzwoń do niej i powiedz, w jakim jest stanie, niech się chociaż spotkają…
-Jasne! Żeby ta ofiara mogła ją emocjonalnie szantażować! Nie licz na to, Jason. Wiesz, że zrobiłbym dla ciebie bardzo dużo, ale to przesada. Czujesz się winny, chociaż nie wiem dlaczego. Wszystko, co ona zrobiła… co ją spotkało… to efekt jej własnych działań! Popełniła błąd i musi ponieść tego konsekwencje. Co jej się wydaje?! Że spróbuje się zabić i nagle wszystko wróci do normy, bo ktoś będzie się nad nią litował…?
-Przecież tego nie kalkulowała…- odparłem cicho.- Chris, niech chociaż…
-Nie- przerwał mi stanowczo i już wiedziałem, że nie ustąpi.- To, co było między nimi, już się skończyło. Ta histeryczka i tak za bardzo zmieniła Jasmine. Właściwie to odżyła dopiero po tym spotkaniu. I daj jej żyć w spokoju, Jason.
Zastanawiałem się przez chwilę nad jego słowami.
-Masz rację- odpowiedziałem w końcu. Nie miałem prawa wymagać tego od tamtej kobiety.
-Wiem…- westchnął głęboko mężczyzna.
Wyciągnął w moim kierunku dłoń. Chwyciłem za nią. Pozwoliłem mu się poprowadzić do sypialni i rozebrać, a moment później, już spałem.

Nazajutrz zdecydowałem się ponownie odwiedzić Sandrę. Chris nie był z tego powodu zadowolony, cały czas przekonywał mnie, że powinienem zostawić to w spokoju i nie mieszać się w jej sprawy. Kłopot w tym, że ja wmieszałem się w nie w momencie, w którym zacząłem spotykać się z nim i dowiedziałem o wszystkim. Naprawdę nie chciałem, żeby została z tym problemem zupełnie sama, być może gdybym zajął się nią wcześniej i przekonał ją, żeby była szczera wobec rodziny, w ogóle nie zerwałaby z tą kobietą i nie załamała się tak bardzo.
Przenieśli ją na oddział psychiatryczny. Wszedłem do jej sali. Miałem wrażenie, że na mnie czekała, bo aż podskoczyła, gdy się tam pojawiłem i wbiła we mnie uważne spojrzenie.
-Kiedy przyjdzie ona?- rzuciła, nim zdążyłem powiedzieć choćby jedno słowo.
Wiedziałem, że niepotrzebnie zrobiłem jej nadzieję. Westchnąłem cicho i pokręciłem jedynie głową. Na jej twarzy wymalował się pełen rozczarowania i złości grymas. Spuściła wzrok. Zagryzła wargi i znów ścisnęła materiał kołdry tak mocno, że jej palce pobielały.
-Ma kogoś, prawda…?- zapytała nagle, podnosząc na mnie pytające spojrzenie.- Widziałam ją z kimś…
-Tak- odpowiedziałem cicho.
Jej wargi zadrżały. Chwilę później, rozpłakała się na moich oczach, zasłaniając twarz dłońmi. Było mi jej strasznie żal.
-Co mam teraz zrobić…?- zapytała nagle bezradnie.
-Musisz powiedzieć rodzinie prawdę- odpowiedziałem stanowczo.
Odsunęła dłonie od twarzy i spojrzała na mnie tak, jakbym zwariował.
-Nie.
-Musisz!- powtórzyłem, pewien swego.
-Po co?- rzuciła bez zrozumienia.- Jej już nie ma… I nie wróci do mnie! Nie muszę tego robić… Nie muszę robić niczego, na nic już nie mam ochoty…
-Przestań- przerwałem jej ostro.- To nie koniec świata. Rozumiem, że bardzo ci na niej zależało, ale prędzej czy później, w twoim życiu pojawi się ktoś inny. Oboje wiemy, że to nie Chris był winny waszemu zerwaniu, tylko to, że Jasmine chciała żyć z tobą normalnie, bez tego całego udawania.
-Nie… To jego wina…- twierdziła wciąż.
-Nie. Wcale nie- powtórzyłem stanowczo.- Wiesz o tym dobrze. Nie możesz cały czas żyć pod taką presją. Jeśli rodzina się dowie, pewnie odepchnie cię tak jak mnie, ale prędzej czy później, może uda się jej to zaakceptować… Ale jeśli tego nie zrobisz, nie uda ci się zbudować żadnego związku. Nikt nie chce żyć w kłamstwie.
-Nie… Nie, nie chcę…- odpowiedziała, wyraźnie przerażona tą perspektywą.
-Wiem, że się boisz…- zacząłem cicho, przysiadając na brzegu jej łóżka. Sprawiała wrażenie zupełnie zlęknionej i niezdecydowanej.- Jeśli chcesz, ja mogę porozmawiać z ciotką i wyjaśnić jej całą sprawę.- pokręciła gwałtownie głową w geście protestu.- Sandro… Chcesz całe życie tak funkcjonować? Udawać?- zapytałem bez zrozumienia. Znowu zaprzeczyła.- Mogę sprowadzić tutaj ciotkę i pozwolić jej z tobą porozmawiać. Mogę też wyjaśnić jej wszystko ja, ale nie wiem, czy w ogóle mi uwierzy i prędzej czy później, i tak będziesz musiała odbyć tą rozmowę i potwierdzić, że to, co powiedziałem, jest prawdą.
Wahała się wyraźnie.
-Dobrze…- odparła w końcu.- Dobrze, zróbmy tak.
-Na pewno?- dopytałem ostrożnie.
-Tak- potwierdziła znowu.

Siedziałem z nią jeszcze jakąś godzinę, choć nie była zbyt rozmowna. Starałem się ją przygotować na to, jak zareaguje nasza rodzina na tą informację, choć zdawało mi się, że doskonale zdaje sobie z tego sprawę. W międzyczasie zadzwoniłem do ciotki i poinformowałem ją o tym, że chciałbym do niej przyjechać. Akurat miała jechać do szpitala, ale zaproponowałem, że odwiozę ją po tym, jak porozmawiamy. Miałem wrażenie, że bardzo ucieszyła ją ta wiadomość. Dobrze wiedziałem, czego spodziewała się usłyszeć i wiedziałem też, że moje słowa wzbudzą jej jeszcze większe wzburzenie. Niedługo później, byłem już pod jej domem. Wszedłem do środka. George też tam był, tak jak mówiła Anna, najwyraźniej rzeczywiście z nią mieszkał. Ciotka uścisnęła mnie serdecznie i natychmiast wprowadziła do salonu. Z entuzjazmem i radością, dopytywała, czy może zrobić mi kawy, a może herbaty, a może bym coś zjadł… Naprawdę nie miała bladego pojęcia po co do niej przyjechałem. Poprosiłem ją, żeby usiadła. George cały czas był w pomieszczeniu.
-Możemy porozmawiać na osobności…?- zwróciłem się do ciotki, nie będąc pewnym, czy on jest odpowiednią osobą, by wysłuchiwać tego rodzaju rzeczy.
-Nie krępuj się, Jason- odparła ciocia Virginia.- Jesteśmy twoją rodziną. Och, Jason, jak strasznie się cieszymy!- mówiła raczej za siebie, bo stojący za nią George, patrzył na mnie wilkiem.- Wiedziałam, od początku wiedziałam, że jeszcze się opamiętasz… Przecież ty jesteś takim mądrym mężczyzną, takim dobrym, nigdy nie było z tobą żadnych problemów, ja wiedziałam, że…
-Nie, ciociu- przerwałem jej stanowczo. Spojrzała na mnie bez zrozumienia.- Nie przyjechałem tu po to, żeby rozmawiać o sobie.
-Ale… Ale jak to…?- rzuciła, wyraźnie zdumiona.- Przyjechałeś żeby powiedzieć, że się naprostowałeś, czyż nie…? To znaczy, że już nie jesteś z tamtym człowiekiem…
-Nie- powtórzyłem znowu. Sprawiała wrażenie kompletnie zdezorientowanej.- Jestem tu żeby porozmawiać o Sandrze.
-No właśnie!- potwierdziła natychmiast.- Chociażby z uwagi na nią powinieneś jakoś zareagować! Przecież ten człowiek zupełnie ją zniszczył! Okłamywał! Zdradzał! Wiem, Jason, że zupełnie cię opętał, ale byłeś z nim przez ten czas, więc też jakoś się do tego przyczyniłeś… Przecież zdajesz sobie z tego sprawę…
-Przyszedłem ci powiedzieć prawdę…- zacząłem cicho. Ciotka patrzyła na mnie z uwagą. George prychnął jedynie, krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej.- Prawda jest taka, że Chris i Sandra nigdy nie byli razem.
-Co ty mówisz, dziecko…?
-Jasne! A niby kto tu z nią siedział, co?!- warknął George.- Jego sobowtór?
-To był on. Ale tak naprawdę ze sobą nie byli. Sandra nie chciała się wam przyznać do tego, z kim naprawdę jest. Nie chciała, żebyście wciąż na nią naciskali i pytali o partnera, dlatego go przyprowadziła. Oboje tylko udawali.
-Niby po co mieliby to robić?- nie rozumiała ciotka.- Przecież mogła nam przedstawić swojego mężczyznę, niezależnie od tego, kto to taki, zupełnie nie rozumiem, co ty do nas mówisz, Jason…
-Ona nie była z mężczyzną- odparłem.
-Mówiłeś co innego…- ciotka Virginia była zupełnie skołowana.
-Mówiłem, że z kimś była. Była z kobietą.
Przez dłuższą chwilę, żaden z moich rozmówców się nie odzywał. Ciotka rozchyliła wargi i patrzyła na mnie tak, jakby sądziła, że się przesłyszała. George w ogóle sprawiał wrażenie kompletnie ogłupiałego, ale to on warknął pierwszy:
-Chyba sobie jaja robisz!
-George…- poprosiła ciotka.
-Jasne! Sam jest nie-wiadomo-kim, a chce to samo zrobić z Sandry! Niedoczekanie twoje! W życiu w to nie uwierzę, ona jest normalna!
-Jason, ona przecież nie jest… taka…- poparła słowa George’a ciotka Virginia.- Przecież byśmy coś zauważyli.
Chciałem stwierdzić złośliwie, że po mnie też niczego nie zauważyli, ale sobie darowałem.
-Możecie z nią o tym porozmawiać- zauważyłem.- Jestem tu na jej prośbę. Bała się powiedzieć wam to osobiście. Tylko pamiętajcie, w jakim jest stanie. Niezależnie od tego, co sobie o tym myślicie, nie miejcie do niej pretensji ani nie oskarżajcie jej.
Żadne z nich nic nie odpowiedziało. Sprawiali wrażenie kompletnie zmieszanych, jakby nie chcieli uwierzyć w moje słowa, ale z drugiej strony, jakby rzeczywiście ta opowieść wydała im się na pewien sposób prawdopodobna. Zerknęli po sobie. Ciotka była strasznie zdenerwowana. George – raczej wkurzony. Po kilku minutach zaczął znowu powtarzać, że to bzdury i brednie, i że on sobie z Sandrą porozmawia. Ciocia przypomniała o mojej obietnicy. Zaoferowałem, że ich podwiozę i tak też zrobiłem. Cały czas powtarzałem im, że powinni być względem niej łagodni, zważywszy na jej stan. Ciotka i George weszli do jej sali sami, prosząc mnie, bym poczekał na zewnątrz. Nieszczególnie mi się to podobało, bałem się tego, w jaki sposób mogą się do niej odnosić, wiedziałem, że po wyznaniu prawdy będzie musiała przetrwać jeszcze wiele. Gdy czekałem, na korytarzu pojawiła się moja siostra.
-O…- rzuciła, wyraźnie zdumiona tym, że tam jestem.- Cieszę się, że cię widzę. Byłeś u niej…? Jak się czuje?
-… Teraz chyba nie najlepiej…- stwierdziłem, wzdychając głęboko.
-Dlaczego?- zapytała bez zrozumienia.
Miałem zamiar opowiedzieć jej wszystko, ale ledwie zacząłem, a drzwi od sali otworzyły się i pojawiła się w nich ciotka.
-Jason… Wejdź, proszę…- rzuciła cicho.
Wszedłem do pomieszczenia. Moja siostra natychmiast podążyła za mną, najwyraźniej chcąc wiedzieć, co się dzieje. Zamknęła za nami drzwi. Ciotka usiadła na brzegu łóżka dziewczyny. George stał po drugiej stronie. Sandra była zapłakana i roztrzęsiona. Gdy mnie zobaczyła, zawołała głośno:
-Nie, błagam! Co on tu robi?! Nie chcę z nim rozmawiać! Ciociu, proszę!
Byłem zdumiony. Nie rozumiałem, co się właściwie dzieje.
-Spokojnie, dziecko…- ciotka pogłaskała ją po głowie.- To Jason… On zaraz zrozumie…
-Co takiego zrozumiem?- zapytałem, czując rosnący niepokój.
-To, że nagadałeś nam same bzdury!- naskoczył na mnie George.- Ona nie jest żadną lesbą i naprawdę spotykała się z tym gnojkiem!
-Ja wiem, Jason, że ty chciałeś dobrze…- odezwała się znowu ciotka.- Ten mężczyzna naopowiadał ci tych rzeczy i…
-Nie!- przerwałem jej natychmiast.- To ona mi o wszystkim powiedziała!- stwierdziłem, wskazując głową w kierunku Sandry, która natychmiast skuliła się, przysuwając do ciotki.- Dlaczego kłamiesz…?- rzuciłem w jej stronę bez zrozumienia.- Przecież z tobą rozmawiałem! Miałem powiedzieć o wszystkim ciotce, żeby było ci łatwiej.
-On kłamie!- wrzasnęła głośno, kręcąc gwałtownie głową.- Przysięgam na Boga, ciociu, kłamie! Nigdy mu tego nie powiedziałam!
-Powiedz jeszcze raz, dziecko, dlaczego sobie to zrobiłaś…- zaczęła drżącym głosem ciotka, patrząc na nią z troską.
-Bo byłam z tamtym mężczyzną, a on… On mnie zostawił…
Ciotka pokiwała głową, spodziewając się tej odpowiedzi.
-Co to za brednie!- prychnąłem głośno.
-On mi groził!- wykrzyknęła nagle. Ciotka i George wbili w nią pełne zdumienia spojrzenie.- Ten Chris! Przychodził do mnie do domu i groził mi cały czas! Kazał opowiadać te kłamstwa… Mówił, że inaczej zrobi mi krzywdę! Tak bardzo się bałam, ciociu!
-Boże, dziecko…- jęknęła z trwogą ciotka Virginia.
-To jakieś banialuki!- odezwała się nagle Anna i wszyscy obecni w pomieszczeniu spojrzeli w jej kierunku.- Niby kiedy miał ci grozić…? Byłam u ciebie parę razy, pytałam o to, jak się czujesz, nigdy nie wspominałaś o tym, że masz jakieś kłopoty…
-Bo było mi wstyd…- odparła Sandra, rozdygotanym głosem.
Anna zmarszczyła brwi i pokręciła głową.
-Kłamiesz- stwierdziła zdecydowanie.
-Nie! Nie!- wykrzyknęła natychmiast dziewczyna, patrząc na nią rozpaczliwym wzrokiem.- Przysięgam, że mówię prawdę! Przysięgam! Ciociu, oni wszyscy są przeciwko mnie…- załkała, przytulając się do starszej kobiety.- Nie wiem dlaczego oni tak bardzo mnie nienawidzą!
-Przestań!- krzyknąłem niepohamowanie, mając już dość wysłuchiwania tych głupot.- Nie rozumiesz, że to kłamstwo w niczym ci nie pomoże?! Jeśli teraz nie powiesz, jaka jest prawda, to kiedy zamierzasz to zrobić?! Chcesz udawać do końca życia?!
-On kłamie, ciociu, błagam, zabierz go stąd, to kłamca…- łkała dziewczyna.
-Lepiej się w końcu przymknij!- warknął George, ruszając w moim kierunku.
Anna stanęła pomiędzy nami.
-Dobrze ci radzę, odpieprz się od mojego brata!- wycedziła przez zęby.
-Dosyć! Dosyć tego!- zawołała ciotka.- Jason… Lepiej już stąd wyjdź…- poprosiła cicho.
-W takim razie, wychodzimy oboje!- odkrzyknęła Anna, wyraźnie wytrącona z równowagi.
Tak też zrobiliśmy. Opuściłem salę, wciąż nie mogąc wyjść z szoku. Nie rozumiałem, dlaczego Sandra zrobiła coś podobnego. Dlaczego opowiadała takie brednie! Przecież wystarczyło, żeby potwierdziła moje słowa… Wiedziałem, że to nie jest dla niej łatwe, miała prawo się wycofać, ale te wszystkie kłamstwa i oskarżenia…
-Chodź, Jason…- Anna chwyciła mnie pod ramię i razem ruszyliśmy w stronę wyjścia.
Uśmiechnąłem się do niej. Cieszyłem się, że przynajmniej ona stanęła po mojej stronie i nie uwierzyła Sandrze. Przeszliśmy przez parking. Wsiedliśmy razem do mojego samochodu. Odetchnęła głęboko, wciąż bardzo zdenerwowana zaistniałą sytuacją.
-Dlaczego od razu mi nie powiedziałeś, że ten związek to bujda…?- zapytała, przyglądając mi się z uwagą.- Teraz wszystko ma dla mnie sens, ale wtedy, gdy cię z nim zobaczyłam…
-Nie chciałem zdradzać jej tajemnicy. A poza tym… To zmieniło by twój stosunek do Chrisa?
-No wiesz…- odkaszlnęła cicho.- Nie da się ukryć, że… No… Przyznam szczerze, raczej nie podejrzewałam cię o jakieś homoseksualne skłonności, ale gdybym wiedziała od początku, przynajmniej rozumiałabym całą sytuację. To z nim to naprawdę na poważnie?- dopytała po chwili.
Zawahałem się przez moment.
-Biorę ślub- odparłem w końcu.
Wybałuszyła oczy, spoglądając na mnie ze zdumieniem.
-Co?! Z nim?
-Tak- potwierdziłem, uśmiechając się niepewnie.
Anna pokręciła głową, po czym parsknęła śmiechem.
-Och, Boże…- rzuciła, wciąż chichocąc niepohamowanie.- Ciotka się przekręci…
Zawtórowałem jej śmiechem.

Obaj z Chrisem siedzieliśmy w salonie, na kanapie, nie odzywając się do ciebie od dobrych kilku minut i jedynie patrząc przed siebie. Powiedziałem mu o wszystkim, co się wydarzyło. Zareagował na to podobnie jak ja. Najpierw kompletnym niedowierzaniem, a później niezrozumieniem i wściekłością. O tak, zdecydowanie byłem wściekły. Głównie na Sandrę, chociaż cała ta sytuacja wyprowadziła mnie z równowagi. Zrozumiałbym, gdyby najzwyczajniej w świecie stchórzyła czy rozmyśliła się i wycofała, ale coś takiego? Jak niby miałem na to zareagować?
-Co za…- zaczął gniewnie Chris, który już obdarzył moją kuzynkę paroma niezbyt przyjemnymi określeniami.
-Chris…- mruknąłem prosząco, nie mając ochoty tego słuchać.
-Jak w ogóle mogła powiedzieć coś takiego?!- warknął, rozjuszony.- Ja miałbym jej grozić…? Ja?! Niby kiedy?! Widzieliśmy się na tych przyjęciach, zamieniliśmy ze sobą raptem parę słów… Ach, no i gdy Jasmine mnie ją przedstawiała… To jakiś absurd!
-Nie musisz się przede mną tłumaczyć- zauważyłem, siląc się na spokój, chociaż lepiej niż ktokolwiek inny, rozumiałem jego emocje.- Wiem przecież, że tego nie zrobiłeś. Ale ona…
-O nie!- zaprotestował natychmiast.- Tylko jej nie broń! Nie mam już ochoty słuchać o tym, jak bardzo jest pokrzywdzona!
-Nie zamierzałem- odparłem zgodnie z prawdą.- To znaczy mógłbym ją w pewnym sensie zrozumieć, ale… Nie, właściwie to jej nie rozumiem- stwierdziłem po chwili stanowczo. Chris spojrzał na mnie z uwagą.- Owszem, rodzina by się od niej odsunęła, ale na pewno nie cała. Ja dałbym jej wsparcie. Anna na pewno też. Powiedziałem wszystko ciotce, wystarczyło, żeby to potwierdziła… A nawet, gdyby zmieniła zdanie i wciąż chciała udawać… Po co te kłamstwa…?- zapytałem bez zrozumienia.- Oskarżała i ciebie, i mnie… Zachowywała się, jakbyśmy wszyscy uczestniczyli w bezsensownym spisku przeciwko niej, w który włączyła nawet moją siostrę…
-Akurat bardziej od tego dziwi mnie to, dlaczego twoja ciotka jej uwierzyła…- odparł Chris.
-A mnie wcale- rzuciłem, uśmiechając się smutno.- Wiesz, dla niej… dla George’a… dla większości osób z mojej rodziny, dużo łatwiej jest zaakceptować jakichś wyimaginowanych wrogów z zewnątrz, którzy robią krzywdę poszczególnym krewnym… Tak samo ciotka mówiła o tobie, gdy z nią rozmawiałem…- parsknąłem cicho.- Że mnie „opętałeś”, jakbym nie miał własnej woli i nie potrafił zdecydować, z kim chcę być. Zaakceptują każdą, nawet najbardziej absurdalną opowiastkę, byleby nie widzieć prawdy. Bo prawda im nie odpowiada.
-Banda…
-Chris!- ostrzegłem go znowu, czując, że ciśnie mu się na usta jakieś ostre słowo.
-Dobrze już dobrze…- westchnął głęboko.
Objął mnie ramieniem, przyciągając do siebie bliżej. Przetarłem twarz, zmęczonymi tymi wszystkimi zupełnie dziwacznymi wydarzeniami. Przytuliłem się do niego i przez długą chwilę trwaliśmy w bezruchu, dopóki jego usta nie odnalazły moich i nie zainicjowały powolnego, delikatnego pocałunku. Uśmiechnąłem się mimowolnie. Cieszyłem się, że mam go przy sobie. Bo nie musiałem się obawiać niczego ani nikogo. Dobrze wiedziałem, czego chcę. Chciałem być z nim i to mi wystarczyło, by nie przejmować się niczym dookoła, choćby cały świat zaczął nagle patrzeć na mnie z równą niechęcią jak moi krewni wtedy, gdy dowiedzieli się wszystkiego. I wiedziałem, że prędzej czy później, Sandra pożałuje tego, że nie wyznała prawdy. Być może zda sobie z tego sprawę i jeszcze to zrobi. Może odizoluje się od wszystkich, wyjedzie gdzieś, co też miałoby dla niej lepsze skutki niż przebywanie w otoczeniu tych ludzi. Liczyłem na to, że tak właśnie się stanie, chociaż póki co, nie miałem ochoty mieć z nią nic wspólnego.
-Kocham cię…- szepnął miękko mężczyzna, odrywając się od moich warg.
Zaśmiałem się cicho.
-Wiem- odparłem jedynie.
-Wiesz, wtedy, gdy zobaczyłem cię pierwszego dnia… Gdy usłyszałem, jak subtelnie protestujesz przeciwko tym bredniom… Strasznie mi się spodobałeś…- zaśmiał się cicho.- I pomyślałem sobie, że bardzo chcę gdzieś z tobą pójść…
-Mhm… Do łóżka- odparłem z rozbawieniem.
Zachichotał.
-Wiem, że na to nie wyglądało, ale miałem bardziej ambitne plany…- odpowiedział z czarującym uśmiechem.- To nie moja wina, że tak na mnie podziałałeś… Tak czy inaczej, naprawdę nie przewidywałem tego, że może to się skończyć w ten sposób.
-W jaki sposób?- dopytałem niepewnie, spoglądając na niego pytająco.
-Że wyjdzie z tego coś poważnego, że ty tak jawnie zbuntujesz się przeciwko rodzinie i że lada moment będę za ciebie wychodził za mąż…
Zaśmiałem się pogodnie.
-A ty?- zapytał, wyraźnie zaciekawiony.- Co o mnie myślałeś…?
-Mówiłem ci już…- westchnąłem cicho, przymykając powieki i opierając głowę na jego ramieniu.- Sądziłem, że jesteś strasznie przystojny. I że na pewno bawisz się na drugiej części sali, razem z tymi facetami… I że ja, sto razy bardziej, wolałbym być tam niż na tym drętwym przyjęciu…
-Widzisz?- zaśmiał się lekko.- I to na właśnie łączy!
-Upodobanie do gejowskich imprez…?
-Nie. To, że doskonale się rozumiemy- odparł, wypuszczając mnie z uścisku i podnosząc się powoli.- Może pójdziemy już spać? Pewnie jesteś skonany po tym wszystkim…
-Właściwie to muszę jeszcze wziąć prysznic i sprawdzić pocztę…
-Dobrze- uśmiechnął się do mnie lekko.- Poczekam w sypialni.
Wyszedłem z pomieszczenia. Sięgnąłem po leżącego na stole laptopa, otworzyłem go i włączyłem, starając się skoncentrować na czymkolwiek, co nie było analizą zachowania mojej kuzynki, ale przychodziło mi to z dużym trudem. Sprawdziłem maila, odpisałem na parę wiadomości, a następnie wszedłem na stronę firmy, żeby pobrać zamieszone na niej dokumenty. Całość zajęła mi nie więcej niż pół godziny. Kiedy już wyłączyłem komputer i podnosiłem się z kanapy, usłyszałem, jak ktoś puka do drzwi.
-Otworzę!- krzyknąłem, przechodząc do przedpokoju.
Ktoś zapukał raz jeszcze, najwyraźniej bardzo się niecierpliwiąc, bo od poprzedniego razu, minęło ledwie parę sekund. Uchyliłem drzwi i ku mojemu zdumieniu, zobaczyłem w progu George’a.
-Co się…
Miałem o coś zapytać, ale nie zdążyłem. Dosłownie wdarł się do środka, nie dając mi w zasadzie żadnej możliwości reakcji. Powiodłem za nim pełnym zdumienia spojrzeniem.
-Gdzie on jest, co?!- zawołał głośno, nie w taki sposób, jakby zadawał to pytanie mnie, ale jakby chciał, żeby usłyszał go ktoś zupełnie inny.- Wyłaź!
-George! Uspokój się!- rzuciłem natychmiast.
-Gdzie ten twój gej?!- warknął, tym razem bezpośrednio w moim kierunku.- Niech się pokaże! Zaraz z nim sobie pogadam!
-Wyjdź!- zażądałem stanowczo, wskazując dłonią w kierunku uchylonych drzwi.- Jesteś pijany…- dodałem po chwili, bo już od pierwszego momentu, wyczułem od niego wyraźny swąd alkoholu.
-Spadaj!- warknął jedynie i wszedł do pierwszego pomieszczenia, jakie rzuciło mu się w oczy – do salonu.- No, gdzie on jest?!- szedłem krok w krok za nim, nie wiedząc, co też może mu przyjść do głowy.- Durny, spedalony tchórz!- wrzasnął głośno, zrzucając ze stołu wszystko, co się na nim znajdowało: laptopa, wypaloną świeczkę, gazety, wazon, który rozbił się z donośnym trzaskiem.
-Przestań natychmiast!- krzyknąłem, chwytając go za ramię i starając powstrzymać.- George! Jeśli zaraz się nie uspokoisz i stąd nie wyjdziesz, zadzwonię na policję!
-To sobie dzwoń!- prychnął rozjuszony, bez najmniejszego problemu wyrywając się z mojego uścisku. Upadłem. Chciał opuścić pomieszczenie. Błyskawicznie zerwałem się na nogi, stając mu na drodze, ale wypchnął mnie z pokoju, torując sobie drogę do wyjścia.- No wyłaź, głupi pedale!- krzyknął znowu.- Niech z tobą robi sobie, co mu się żywnie podoba…- syknął w moim kierunku. Na powrót znalazłem się tuż obok niego. Wiedziałem, że George po alkoholu ma skłonność do agresywnych zachowań, nie chciałem żeby zrobił coś Chrisowi.- Ale od Sandry niech się gnojek trzyma z daleka! Jakbyś miał jaja, sam być go sprał, ale nie! Pieprzone pedały!
-Co tu się dzieje?!- warknął Chris, wychodząc z sypialni.
George ruszył w jego stronę, miotając obraźliwymi i wulgarnymi słowami. Stanąłem pomiędzy nimi.
-George, nie rób nic głupiego…- rzuciłem, drżącym nieco głosem, mając nadzieję, że ten w końcu się uspokoi.- Dużo wypiłeś. Nie masz pojęcia, co wyrabiasz…
-A żebyś wiedział, że mam!- odkrzyknął, rozjuszony. Chwycił mnie za ramiona, bez problemu odsuwając na bok, ale zaraz wróciłem na swoje miejsce.- Ten sukinsyn groził Sandrze! Taki byłeś odważny?!- rzucił w stronę Chrisa.- Zaraz się przekonamy, jak poradzisz sobie ze mną!
Zamachnął się, chcąc dosięgnąć Chrisa, ale zamiast tego trafił we mnie. Dostałem w twarz. Zachwiałem się na nogach i upadłem prosto w ramiona kochanka. George zatrzymał się na moment.
-Sorki, Jason…- mruknął, patrząc wprost na mnie. Chwyciłem się za policzek. Uderzenie było mocne, więc zupełnie mnie zamroczyło. Gdy Chris mnie puścił, oparłem się o ścianę, nie chcąc upaść.- Ale to sprawa między nami…- warknął i zaraz znów starał się zaatakować Chrisa.
Ten nie pozostał mu dłużny. Widziałem, jak szarpią się między sobą. George usiłował go uderzyć, ale zupełnie nieudolnie. Chris – wypchnąć mężczyznę z mieszkania, ale choć ten był znacznie silniejszy, na jego niekorzyść przemawiało to, ile tego wieczora wypił. W pewnym momencie, potknął się o leżące w przedpokoju buty, a wtedy Chris bez najmniejszego problemu, wyrzucił go za drzwi, zamykając je na klucz.
-Dzwonię po policję- powiedział do mnie.
Skinąłem głową, czując pulsujący ból, który rozchodził się od miejsca uderzenia aż do skroni.
George oczywiście na tym nie poprzestał. Jeszcze dobre kilka minut dobijał się do drzwi, wywrzaskując jakieś obelgi. Nie byłem pewien, ale miałem wrażenie, że spłoszył go któryś z sąsiadów, bo najpierw słyszałem jak z kimś dyskutuje, aż wreszcie wszystko ucichło. Policja przyjechała parę minut później. Spisała nasze zeznania. Podejrzewałem, że George zrobił to tylko pod wpływem emocji i alkoholu i że zapewne rano albo nie będzie tego pamiętał, albo przynajmniej pożałuje, ale Chris bardzo się upierał, żeby coś z tym zrobić.
Później zostaliśmy w końcu sami.
Leżeliśmy na kanapie w salonie. Ja trzymałem w dłoni lód, który przyłożyłem sobie do coraz bardziej opuchniętego fragmentu skóry. Chris gapił się w sufit.
-Twoja rodzina nigdy nie da nam spokoju, co…?- zapytał, wzdychając cicho.
-Myślę, że da- odparłem.- To znaczy po tym wszystkim… To było trochę niespodziewane. Ale prędzej czy później się opamiętają. George się schlał, to był jednostkowy przypadek.
-Jesteś pewien?
Zastanowiłem się nad tym przez dłuższą chwilę. Co do tego, że już nas nie zaatakuje raczej byłem. Znając jego i jego okrzesanie, mógł co najwyżej powrzeszczeć na nas na ulicy przy przypadkowym spotkaniu. Oprócz tego mogłem się spodziewać znaczących spojrzeń kierowanych od innych krewnych. Telefonów od ciotki, która będzie rozpaczała nad moim zwolnieniem. Plotek. Komentarzy. Jeszcze gorszych niż wcześniej, bo przecież byłem wtedy tylko zagubionym facetem, który związał się z gejem, który z kolei zdradzał jego własną kuzynkę. A teraz…? A teraz byłem częścią jakiegoś iście szatańskiego spisku, mającego zniszczyć naszą rodzinę.
-Najchętniej bym stąd wyjechał…- westchnąłem cicho.- Gdzieś daleko… Gdzieś bardzo daleko…
Chris spojrzał na mnie z uwagą.
-A twoja praca?- zapytał.
Zerknąłem na niego. Właściwie nawet nie mówiłem tego w formie planów, ot tak, zamarzyło mi się nagle miejsce, w którym nie byłoby mojej fantastycznej familii, ale jego pytanie było całkowicie poważne. Cóż, w sumie…
-Mógłbym znaleźć inną- stwierdziłem.- Wszędzie są jakieś firmy, pracowałem na swoim stanowisku bardzo długo, będę miał dobre referencje, nie sądzę, żebym miał z tym kłopoty… Ale tobie chyba trudniej będzie zrezygnować.
-Nie bardzo…- odpowiedział ostrożnie. Spojrzałem na niego pytająco.- Tydzień temu napisali do mnie z Bristolu. Są bardzo zainteresowani tym, żebym pracował u nich… Ale lokalny reporter raczej nie może mieszkać tutaj…- zaśmiał się cicho.
-Czemu nic mi nie powiedziałeś?- zapytałem zdumiony.
-Bo odmówiłem. Nie chciałem za dużo zmieniać w twoim życiu, sądziłem, że raczej nie będzie ci to odpowiadać… Ale jeszcze nic straconego, więc jeśli myślisz o przeprowadzce poważnie, to właśnie mamy doskonałą okazję.
Zastanawiałem się chwilę.
-Bristol…?- zapytałem w końcu.
-Tak- odparł.
Uśmiechnąłem się lekko.
Wolną dłonią odnalazłem jego dłoń i ścisnąłem ją lekko.
-Bristol brzmi całkiem dobrze- stwierdziłem.

Przygotowywaliśmy się do przeprowadzki. Wszystko było już ustalone i gotowe. Właściwie, w ciągu kilku dni pozałatwialiśmy wszelkie formalności, znaleźliśmy mieszkanie w Bristolu, póki co niewielkie i tylko do wynajęcia, bo Chris strasznie się upierał, żebyśmy później kupili dom. Sprzedażą naszego mieszkania miała zająć się partnerka Jasmine, co przy okazji zaowocowało tym, że wreszcie spotkałem przyjaciółkę mojego kochanka. Nie była to długa rozmowa, ale Jasmine rzeczywiście była bardzo sympatyczną kobietą. Przy okazji, Chris zdążył się już jej pochwalić i obiecać świadkowanie na naszym ślubie. Nie byłem do końca pewien jak to będzie, bo ja, w międzyczasie, zdążyłem obiecać to samo mojej siostrze. Tak czy inaczej, zostawialiśmy mieszkanie w dobrych rękach, podobno zresztą już udało im się znaleźć paru ewentualnych kupców. A my wyjeżdżaliśmy już nazajutrz. Pozostało jedynie parę rzeczy do spakowania. Usłyszałem, jak ktoś puka do drzwi.
Otworzyłem. Na progu stała moja siostra Anna.
-Cześć- uśmiechnęła się lekko.
-Wejdź- zaprosiłem ją do środka.- Nie przeraź się bałaganem…- dodałem z lekką konsternacją, bo przedpokój był tak wypełniony pudłami, torbami i tym, czego jeszcze nie udało się nigdzie schować, że ledwie dało się przejść.
-Cześć, Anno.- Chris wyłonił się na moment z naszej sypialni.
-Cześć- odparła pogodnie.
Jej stosunek do niego również się zmienił. Cieszyło mnie to, bo nasze relacje wróciły do poprzedniego stanu, a może nawet, dogadywaliśmy się jeszcze lepiej. Martwiłem się trochę tym, jak traktowała ją teraz rodzina, po tym, jak się za mną wstawiła, ale zdaję się, że oczywiście droga familia pominęła ten jakże niewygodny fakt i za wrogów numer jeden uznała wyłącznie mnie i Chrisa.
-Pomóc wam w czymś…?- zapytała, rozglądając się po pomieszczeniu.
-Nie trzeba… Wiem, że sprawia to raczej odmienne wrażenie, ale mamy wszystko pod kontrolą…- zachichotałem cicho, po czym spojrzałem na nią z uwagą.- Mówiłaś, że chcesz porozmawiać…
-Taaak… James i ja wyprowadzamy się z miasta- wypaliła.
Spojrzałem na nią ze zdumieniem.
-Też?
-Też- zaśmiała się.- Nie mam ochoty spotykać się z ciotką, James również strasznie się na nich wścieka po tym, co zrobił George… A poza tym…- westchnęła głęboko.- Nie sądzę, żeby kuracja przynosiła jakieś skutki. To znaczy wiem, że ich nie przynosi. I… lekarze twierdzą, że w gruncie rzeczy została nam już tylko jedna metoda…
-In vitro?- dopytałem.
Skinęła głową.
-Ciotkę szlag by trafił- stwierdziła Anna.- To mało powiedziane. Nie dałaby mi żyć. A ja nie mam ochoty się z tego tłumaczyć. I nie chcę, żeby moje dziecko… O ile będę je miała… było narażone na jakieś zupełnie nieprzyzwoite komentarze.
-To o tym chciałaś ze mną porozmawiać tamtego wieczora…?- dopytałem, przypominając sobie jej niezapowiedzianą wizytę wtedy, kiedy natknęła się na Chrisa.
-Tak. Wtedy właściwie się wahałam. Ale dotarło do mnie, że wszystkie moje wątpliwości opieram na strachu przed ich opinią i to przestało mi się podobać. Szanuję ciotkę, Jason, ale nie uważam, żeby miała we wszystkim rację. I nie chcę dłużej udawać pośród ludzi, którzy mają mi być rzekomo najbliżsi. Jeśli już mam mieć jakąś rodzinę, to wolę małą. Swoją. Jamesa. Dzieci, mam nadzieję… Ciebie i Chrisa- uśmiechnęła się.
Uściskałem ją serdecznie.
-Dokąd wyjeżdżacie…?- zapytałem po chwili.
-Nie wiem jeszcze, dopiero to postanowiliśmy- odparła, wzruszając ramionami.- Raczej nie do Bristolu…- zaśmiała się cicho.- Ale nie martw się, jestem pewna, że będziemy w kontakcie.

Od naszej przeprowadzki minęło siedem lat.
Boże… Wciąż nie mogłem uwierzyć, że wielkimi krokami zbliżam się do znienawidzonej pięćdziesiątki!
Pracę, tak jak się spodziewałem, udało mi się znaleźć bez problemu i, również bez większego problemu, awansowałem raptem po roku pracy, co stanowiło dla mnie niemałe zdumienie. Chris z kolei zaczepił się w lokalnej telewizji, robił nie tylko reportaże, ale przydzielili mu nawet własny program, który wkrótce zaczął cieszyć się dużą popularnością. Niestety, w domu bywał rzadziej niż wcześniej. Kupiliśmy dom na przedmieściach Bristolu. Od sześciu lat byliśmy już małżeństwem. Od tego też czasu nie kontaktowałem się z nikim z rodziny, pomijając siostrę i jej męża. Ciotka zadzwoniła do mnie niedługo przed ślubem, najwyraźniej licząc na to, że w końcu się „naprostowałem”. Poinformowałem ją o swoich planach i, od tamtej pory, nie dostałem już od niej żadnej wiadomości. Nie ukrywam, że ta izolacja, teraz już dosłowna, była mi całkiem na rękę.
Było piątkowe, słoneczne popołudnie. Siedziałem na werandzie, czytając jakąś gazetę i czekając, aż Chris wreszcie pojawi się z czymś zimnym do picia. Sądziłem, że jego tajemnicze zniknięcie w kuchni na dobry kwadrans, miało coś wspólnego z odnalezieniem w naszej szafce zapasu słodyczy. Chwilę później pojawił się we mnie, trzymając jednak w dłoni jedynie czasopismo.
Spojrzałem na niego zdumiony.
-Zobacz…- zachichotał, podając mi gazetę, otwartą na jakiejś stronie.
-Jeśli to nic, co mógłbym wypić, to nie chcę- odparłem, ale wziąłem ją od niego. Najpierw zerknąłem na okładkę.- „Głos Konserwatysty”…? Żartujesz sobie, prawda…?- zaśmiałem się niepohamowanie i zaraz spojrzałem na znajdujący się na otwartych przez niego stronach artykuł.- „Sandra Johnson, żona sędziego Franka Johnsona, członkini Stronnictwa Konserwatywnego i kandydatka do parlamentu z list tej partii, o szkodliwości homoseksualizmu i jego wpływie na młodych ludzi…”… Bardzo ambitne…- skwitowałem pobłażliwie, nim spojrzałem na dołączone do artykułu zdjęcie. Przez moment nie mogłem uwierzyć własnym oczom. To była Sandra! Moja kuzynka… Nie zorientowałem się w pierwszej chwili, bo zmieniła nazwisko. Wyglądała też trochę inaczej. Pozowała u boku jakiegoś mężczyzny, zapewne jej męża, z niepewnym uśmiechem na ustach.- Cóż…- odkaszlnąłem jedynie, odkładając gazetę.- Każdy ma to, na co sobie zapracował…
-Najwyraźniej…
-Możesz wreszcie iść po coś zimnego?- zwróciłem się do kochanka z prośbą.
-Och. Jasne…- zreflektował się, wychodząc. Zaraz jednak zatrzymał się i spojrzał na mnie na moment.- A tak przy okazji, dzwoniła Anna… Podrzuci nam Cecile na weekend…
-Rany…- jęknąłem cicho. Cecile była moją pięcioletnią siostrzenicą. Wyjątkowo uroczą, ale przy tym zupełnie nie do opanowania. W jednej chwili bawiła się gdzieś spokojnie, a w drugiej, już mazała po ścianie albo wspinała się na jakąś wysoką szafkę zaciekawiona tym, co się na niej znajdowało.- Hej, hej, czekaj!- zawołałem, przywołując go do siebie znowu. Stanął przy mnie z nieco złośliwym uśmieszkiem, jakby już wiedział, z czego zdałem sobie sprawę.- Przecież ty na weekend wyjeżdżasz!
-… No…- odparł jedynie, nie przestając się uśmiechać.
-Drań!- skwitowałem, prychając głośno.- Dam głowę, że wiedziałeś wcześniej!
-Cóż ja poradzę…?- westchnął niewinnie, rozkładając ręce.- Przecież mówiłem ci, że naprawdę, naprawdę nie znoszę dzieci…
Czmychnął z powrotem do domu, śmiejąc się pogodnie.
Ja również zaśmiałem się cicho, odchylając na krześle.
Odciąłem się od rodziny i jednocześnie, miałem rodzinę. Taką, jaką zawsze chciałem mieć. Nieliczną, ale otwartą, nie zawsze zgodną, ale pozbawioną do siebie pretensji, nie oskarżającą i nie komentującą. Miałem Chrisa. I Annę. Jamesa. Ich córkę. I kolejną w drodze. Chociaż nie znali jeszcze płci, ale Anna się upierała, że jest całkiem pewna…
Nie musiałem się niczego wstydzić.
I teraz naprawdę, byłem już całkiem szczęśliwy.

14 komentarzy:

  1. Naprawdę niesamowita historia. Moim ukochanym opowiadaniem Twojego autorstwa jest WYZWANIE i na nie czekam najbardziej, ale jeśli masz " w szufladzie" więcej takich perełek to z chęcią bym jeszcze jakieś przeczytała.
    ...I wcale się nie dziwię, że Jason i jego siostra się przeprowadzili, takie toksyczne, skrajnie konserwatywne rodziny potrafią zatruć życie.
    Pozdrawiam***

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy8:01 PM

    błąd?
    '-A ty, Jason?- przeskoczyła nagle na mnie.
    -Ja też jeszcze nie planowałem- odpowiedziała.'

    poza tym - oneshot z dobrym zakończeniem, czyli coś co baardzo lubię <3 chociaż tylko na fictionpress jak dotąd znalazłam Dużo tak Dobrych >:


    och, nauka DX: jako tegoroczna maturzystka im dreading the incoming year....

    indy

    OdpowiedzUsuń
  3. Haha... Jestem oczarowana! Liczyłam na Chaos, jednak to co dzisiaj zaserwowałaś sprawiło, że poprawił mi się humor niesamowicie. Uwielbiam cię za to.
    Albo to tylko moje wrażenie, albo taka prawda, ale opowiadanie wydało mi się bardzo długie. Dawno nie czytałam niczego z taką przyjemnością. Chris mnie zauroczył w całej swojej postaci. Uwielbiam szczęśliwe zakończenia.
    Było kilka błędów, ale obejdzie się.

    Najchętniej codziennie bym czytała kolejne rozdziały twoich opowiadań.
    Masz może w bliższych planach kontynuowanie Little Piece of Heaven i Anything for you, czy na dzień dzisiejszy o nich nie myślisz? :c

    OdpowiedzUsuń
  4. Ach, jakże miło od czasu do czasu przeczytać jakiś uroczy przerywnik. Co prawda, nie byłam jedyną osobą, która pragnęła kolejnego rozdziału "Chaosu", ale "Jason" niezwykle przypadł mi do gustu. Długi, lekki, swobodny one-shot bez zbędnych dram i akcji. Jeszcze napisany przez ciebie, droga Silencio - czegóż chcieć więcej?
    Cóż, twoja wierna fanka (którą naprawdę jestem!) nie będzie się już zbytnio rozpisywać. I tak nie ma tu nic do dodania, bo tekst jest bez dwóch zdań jak lekkie ptasie mleczko mojej cioci - uwielbiam całym sercem i żołądkiem.
    Zwyczajowo weny życzę i spokoju ^w^

    OdpowiedzUsuń
  5. Nigdy nie czytam shotów, ale przemogłam się i to zrobiłam, czego nie żałuję. To było wręcz cudne ;=;

    OdpowiedzUsuń
  6. Ah.. To było świetne ♥♥
    Opowiadanie czytałam z przerwami..... Ale w końcu przeczytałam. Świetnie opisałaś całą historię i w ogóle.. Uczucia były takie realne i cała historia tak naturalnie ukazana.
    Bardzo mi się podobało. Przyznam, że nie każdy Twój shot mi się podoba.. Ale ten przypadł mi do gustu i kto wie może kiedyś do niego powrócę xD
    Jednak i tak najbardziej podobał mi się Możliwość rewanżu, a Jason jest na drugim miejscu! Tak bardzo bliziutko xD

    Ale, wracając do fabuły. Bardzo zdziwiła mnie Sandra, już od samego początku podejrzewałam, iż jest lesbijką. Ale sądziłam, że powie o tym rodzinie, ale nie lepiej spieprzyć sobie życie.. Najgorsze jest to że przez nią Jason i Chris się pokłócili! Ale dobrze, że chociaż oni są szczęśliwi. Ale wracając do Sandry współczuję takim ludziom co boją się reakcji innych ludzi.. Dobrze że Anna zmądrzała i zakolegowała się z Chrisem ^^


    Pozdrawiam i życzę dużo weny! ♥

    OdpowiedzUsuń
  7. Trzy razy głośno krzyknęłam "wow".
    Pierwszy raz widząc długość tej miniaturki, drugi zaś po tym jak już ją przeczytałam. Od pierwszego do ostatniego bardzo mi się podobała. I postacie które stworzyłaś(nawet paskudną ciotkę!). Wielkie pokłony w twoją stronę Silencio. Teraz na pewno jestem twoją stałą czytelniczką. Oby tak dalej i powodzenia! :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy11:38 PM

    Cudne opowiadanie, materiał na bardzo dobry film - pomyśl o tym :)

    Cieszę się ogromnie ze szczęśliwego zakończenia, bo był moment (Georgie w mieszkaniu Jasona i Chrisa)kiedy miałam serce w gardle ze strachu o ich los.
    Ale wszystko dobrze się skończyło... I chwała Tobie x)

    pozdrawiam,
    J.

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy2:48 AM

    Od samego początku Chris urzekł mnie swoją osobą :) I tak bardzo bałam się, że coś pójdzie nie tak... Że któregoś pięknego dnia wszystko trafi szlag ;) Dlatego tym większa moja radość z happy-endu! To był wspaniały one-shot - jesteś mistrzynią, Silnecio. W dodatku poruszasz trudne kwestie w bardzo subtelny sposób. Gratuluję i dziękuję. Życzę duuużo weny :)
    Alys

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy4:56 PM

    Pierwszy taki fajny one-shot oczywiście z opowiadań. Hmmm... i czy mi sie wydaje czy nie, ale poprawiłaś swój styl pisania seksu? Tak jakoś wydawało się więcej niż zazwyczaj co było miłym zaskoczeniem.

    Arek.

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie czytam one-shotów, ale za ten się wzięłam i powiem, że bardzo mi się podobał. Piękna historia. Cieszę się, że wszystko skończyło się szczęśliwie. Natomiast Sandra to tchórz i tyle. Zmarnowała sobie życie, bo nie wierzę, że była szczęśliwa. Cóż, nie żal mi jej. Jak sobie pościelisz tak się wyśpisz.

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy9:58 PM

    jejku, niesamowity. pomijajac juz cala fabule ktora jest swietnie dopracowana, to takze zwrocilam uwage na pisownie itd i moj zmysl estetyczny byl zdecydowanie zadowolony :) straszne jest to ze podobna historie mialam w swoim srodowisku i wiem jakie sa tego skutki. no niewazne, w kazdym razie raczej nie zostawiam komentarzy - jak juz jednak to robie jest to rownoznaczne z tym ze to co przeczytalam jest (imho) wyjatkowe. no i ta dlugosc- shot to zazwyczaj kilka zdan albo same pwp ;d a ten tekst- szacunek. zycze dalszej weny i przepraszam za brak ogonkow

    OdpowiedzUsuń
  13. Anonimowy5:26 PM

    CUDNE!
    Uwielbiam takie miłe, przyjemne i rozluźniające historie. Było tu wszystko, co być powinno - dobra fabuła, trochę humoru, trochę życiowych problemów i happy end. Do tego śmiem stwierdzić, że opowiadania są napisane profesjonalnie - świetnie dobrane słownictwo, brak większych błędów, ładne budowane zdania, itd.
    Aaah... Żyć nie umierać :)
    Zuza

    OdpowiedzUsuń
  14. Przyznam się bez bicia ,ze zastanawiam się nad kupnem zbiorku opowiadan i zapragnełam przekonać się jak sobie radzisz w krótkiej formie.Jeśli reszta z nich jest taka świetna to nie zastanawiam się już dłużej.Świetnie piszesz i skuszę się .Świetnie skonstruowane,czasami zabawne dzięki Chrisowi.Rodzina Jasona strasznie kołtuńska,na szczęście siostra się naprostowała.Noi najważniejsze, mamy happy end.DZzękuję i pozdrawiam Beata

    OdpowiedzUsuń