Strony

piątek, 7 czerwca 2013

Rozdział 45 [Chaos]


Świat się zatrzymał. Amir zamarł wraz z nim na tę chwilę, te ułamki sekund, w których jeszcze nie docierało do niego to, co właśnie się zdarzyło. Poczuł coś wilgotnego na swoim policzku. Odruchowo uniósł dłoń, sięgając do tamtego miejsca i zaraz dostrzegł na palcach szkarłatne kropelki. Spojrzał w dół. Jego strój również był ubrudzony był krwią. Podniósł wzrok, kompletnie sparaliżowany. Widział, jak Nadim chwieje się na nogach, stawiając kilka ostatnich kroków. Nieprzyjemny, ostry dźwięk ostrza, które upadło na posadzkę i które samo, ledwie moment temu, wysunęło się bezwiednie z dłoni władcy, wytrącił go z otępienia.
-Nadim!- krzyknął, widząc, jak jego kompan pada bezwładnie na podłogę.- Nadim!- powtórzył, klękając przy nim prędko i biorąc nieprzytomnego potomka wilków w ramiona. Zadrżał cały gdy zobaczył, jak koszula towarzysza nasiąka sączącą się obficie z rozległej rany, krwią. Długie rozcięcie ciągnęło się od prawej piersi mężczyzny do jego przeciwnego biodra. Amir usiłował zatamować krew dłońmi, ale nie był w stanie.- Nadim… Nadim!- warknął przez zaciśnięte wargi, szarpiąc bezwładne ciało kompana i modląc się o to, by ten się ocknął.- Nadim, błagam… Nadim…- potrząsnął potomkiem wilków, ściskając mocno dłońmi jego ramiona.- Proszę, błagam… Nadim… Nadim!- zawył boleśnie, przyciskając do siebie nieruchomego kochanka. Łzy wezbrały mu pod powiekami. Zapłakał rozpaczliwie, tuląc do siebie kompana.
-Tak, to było całkiem spektakularne, czyż nie…?- zapytał refleksyjnie demon, a z jego głosu przebijało się wyraźne zadowolenie. Amir ani przez chwilę nie miał wątpliwości, że do tego właśnie chciał doprowadzić.- Miał zabić kochanka, a tymczasem zmusił kochanka do zabicia jego samego… To ciekawe. Jak to nazwiemy, Amirze? Poświęceniem? Okrucieństwem? Odwagą? Tchórzostwem…?
Człowiek zacisnął mocno wargi, nie odpowiadając. Obrócił się powoli w stronę tych, którzy znajdowali się na piętrze. Jednak to nie demon zwrócił jego uwagę, a ten, który stał tuż przy nim. Fortis nie patrzył w jego kierunku. Głowę miał odwróconą, spojrzenie wbite w jakiś punkt w przestrzeni. Amir zadrżał z wściekłości.
-Dlaczego odwracasz wzrok?!- wrzasnął donośnie, a ten, do którego się zwracał, wzdrygnął się lekko i, dopiero w tym momencie, spojrzał w jego kierunku. Demon patrzył na swojego towarzysza z wyraźnym zaciekawieniem.- Nie chcesz na to patrzeć?! Nie chcesz widzieć tego, do czego sam doprowadziłeś! Patrz! To twoja wina! On ci ufał! Wszyscy ci ufali! Traktował cię jak ojca! Ty potworze!- na twarzy Fortisa wymalował się ledwie zauważalny, bolesny grymas.- To ty go zabiłeś!
-Nie, Amirze…- padła spokojna odpowiedź demona.
Mężczyzna przeniósł na niego swój wzrok i dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę z tego, że istoty nie było już na balkonie. Poczuł czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Podskoczył gwałtownie, odwracając głowę i dostrzegając przeciwnika tuż za sobą.
-Tak bardzo mi przykro…- wyszeptał cynicznie demon, nie przestając się uśmiechać.- Ale to ty go zabiłeś. I będziesz żył z tą świadomością tak długo, jak długo żyć z nią będziesz w stanie… Pozwólmy mu konać w spokoju, co ty na to…?
Amir znalazł się nagle w zupełnie innym miejscu. To było przestronne pomieszczenie, pozbawione okien, mroczne, ale oświetlone jakimś niewiadomego pochodzenia światłem, które pozwalało bez problemu dostrzec to, co znajdowało się we wnętrzu. Surowy i ponury wygląd ścian i podłogi nie przywodził już na myśl białego pałacu. W pokoju nie było żadnych przedmiotów czy mebli, nie licząc ogromnego, okrągłego, kamiennego stołu i kilku ustawionych wokół niego krzeseł. Amir drgnął, dopiero po chwili zdając sobie sprawę z tego, że nie trzyma już w ramionach swojego kompana. Demona też przy nim nie było. Pojawił się w pomieszczeniu ledwie sekundę później, wraz z Fortisem. Amir zerwał się gwałtownie na nogi, chcąc ruszyć biegiem do dostrzeżonych przed chwilą drzwi. Istota pojawiła się jednak przy nim nagle i mocnym szarpnięciem, przyciągnęła go do stołu, nie dając najmniejszych możliwości oporu czy obrony. Usadziła mężczyznę na jednym z krzeseł. Jej silna dłoń spoczęła na jego ramieniu, nie pozwalając mu wstać czy umknąć.
Amir podniósł wzrok, rozglądając się raz jeszcze po całej sali i oddychając płytko. Potomek wilków stał po przeciwnej stronie pokoju, bliżej drzwi.
-Dlaczego to robisz?!- zawołał w jego kierunku Amir, głosem pełnym rozżalenia i wściekłości. Usiłował wyrwać się z żelaznego uścisku. Krzyknął z bólu, gdy smukłe palce zacisnęły się na jego ramieniu jeszcze mocniej.- Dlaczego zdradziłeś każdego, kto ci zaufał?!- wrzasnął raz jeszcze. Zaślepiał go gniew i rozpacz. Gdyby tylko mógł, zabiłby go bez chwili wahania.- On cię bronił! Podziwiał cię! Traktował jak bohatera! Sądził, że wszystko co czyniłeś, czyniłeś po to, by chronić własny naród! Oni wszyscy tak sądzili! Mylili się! Zabiłeś go! Omal nie zabiłeś ich wszystkich, twoich własnych współbraci, tych, których przysięgałeś chronić! Dlaczego?!- krzyknął, ale tym razem, twarz Fortisa pozostawała niewzruszona.- Ty gnojku!- warknął wściekle mężczyzna, drżąc z nieopanowanej wściekłości.- Miałem rację od samego początku! Jesteś niczym! Niczym! Nie zasługujesz na to, żeby żyć!
Potomek wilków nie zareagował na to choćby jednym słowem.
-To wszystko bardzo ciekawe, naprawdę…- demon uśmiechnął się lekko.- Chętnie posłuchałbym cię dłużej w moralizatorskim uniesieniu, ale tak się składa, że wszyscy mamy tutaj nieco ważniejsze sprawy do roboty…- stwierdził. Amir posłał mu nienawistne spojrzenie. Demon uniósł wolną dłoń, w której znajdował się bardzo charakterystyczny woreczek.- Powinieneś je poznawać…- rzucił, rozbawiony, wysypując zawartość woreczka na stół.
Fragmenty kryształu wylądowały tuż przed Amirem, połyskując jasnym blaskiem.
-Już do siebie nie lgną… Są w bezpiecznym towarzystwie…- zaśmiał się cicho demon.- Wszystkie w komplecie, ale wciąż niemal zupełnie bezużyteczne… Po to właśnie was potrzebowałem. Nie chodziło jedynie o zebranie wszystkich, ale o połączenie ich w całość… Sam nie mogę tego zrobić, brak nam pewnej… indywidualności, jaką cechujecie się wy, śmiertelnicy, a przecież nie chciałem dopuścić do tego, by byle demon mógł moim kosztem osiągnąć tego rodzaju potęgę… Fortis przebywał w obcym ciele i nie było jasne, czy nie zmieni go jeszcze kilkukrotnie…- istota zrobiła dłuższą pauzę, by podsumować z wyraźnym zadowoleniem- O tak, stworzyłem coś absolutnie doskonałego… I mój plan, jak się okazuje, również był doskonały… Potrzebuję twojej krwi, Amirze…- stwierdził demon, a w jego wolnej dłoni pojawił się długi sztylet. Amir znieruchomiał, będąc pewnym, że zaraz zostanie zaatakowany, ale istota z groteskowym ukłonem, wyciągnęła broń w jego stronę.- Ależ proszę. Czyń honory.
-Nie zrobię niczego, co mogłoby ci pomóc- odparł stanowczo Amir.
-Zrobisz- demon najwyraźniej nie miał co do tego wątpliwości.- Nie zmuszaj mnie, abym ci to udowodnił.
Władca zawahał się przez dłuższą chwilę, ale wreszcie zacisnął wargi i sięgnął po ostrze.
-Nie wymagam zbyt wiele…- szepnęła istota, nachylając się nad człowiekiem i odgarniając z jego twarzy kilka zbłąkanych pasm włosów.- Tylko drobne nakłucie… Drobna rana, ledwie rozcięcie… Tylko kilka kropel krwi…
Amir ściskał mocno rękojeść w dłoni.
-Dalej, Amirze, nie mamy całej wieczności… Och, przepraszam… Ty nie masz.
Mężczyzna zadrżał lekko. Kolejne sekundy dłużyły się niemal w nieskończoność. Chyba tylko naiwność kazała mu myśleć, że jego przeciwnik nie spodziewa się nadchodzącego ciosu, skoncentrowany na wygłaszanych przez siebie komentarzach. Właśnie dlatego w pewnym momencie zamachnął się, próbując z całych sił ugodzić sztyletem stojącego przy nim demona. Ten chwycił go za nadgarstek, powstrzymując atak bez najmniejszego trudu. Zabrał mu broń, by moment później, zupełnie niespodziewanie, wbić ostrze prosto w spoczywającą płasko na blacie stołu, lewą dłoń człowieka. Amir wrzasnął z bólu.
-Po co to robisz…?- rzucił Fortis.
Amir zagryzł mocno wargi, starając się powstrzymać kolejną reakcję na ból. Chwycił za rękojeść, usiłując wyrwać ostrze ze swojej dłoni, ale to musiało być wbite głębiej, również w kamienny stół, bo nie chciało drgnąć. Człowiek zawył niepohamowanie, na próżno usiłując wyszarpnąć sztylet.
-Niemiłe zachowania rodzą jeszcze mniej miłe reakcje…- odpowiedział spokojnie demon.- Ale jestem pewien, że nasz król to zapamięta…- dodał z pogodnym uśmiechem, obserwując miotającego się mężczyznę.
Fortis ruszył w kierunku Amira. Zatrzymał się przy nim i chwycił mocno za rękojeść.
-Idź precz…- wycedził przez zęby człowiek, z trudem będąc w stanie wydusić z siebie choćby tyle.
Potomek wilków usiłował wyrwać ostrze z rany, również mając z tym wyraźny trud. Wreszcie jednak uczynił to silnym ruchem, wyswabadzając dłoń mężczyzny. Amir wrzasnął głucho, ledwie będąc w stanie ruszyć ranną częścią ciała. Cofnął ją powoli. Krwawiła obficie. Dostrzegł znajdujące się na blacie wgłębienie w miejscu, gdzie wbity był sztylet. Fortis odsunął się i wrócił na swoje miejsce. Amir, ostatkiem sił, usiłował zerwać się i umknąć, ale demon znowu znalazł się tuż przy nim, skutecznie go przed tym powstrzymując.
-Pomyśl, Amirze…- rzucił, westchnąwszy cicho.- Czy pozwoliłbym ci tu przybyć, gdybyś mógł mnie zabić…? Sam już sobie odpowiedziałeś. Czy byłbym wobec ciebie tak wyrozumiały, gdybyś miał możliwość ode mnie uciec…? Przecież to oczywiste. Amirze, choćbyś wyszedł w tej właśnie chwili, znalazłbym cię i na końcu świata… Nie możesz przede mną umknąć. Nie możesz się ukryć. Zrób to, co do ciebie należy…- powiedział, sięgając do zranionej dłoni mężczyzny. Zacisnął na niej mocno palce, co wywołało pełen bólu jęk, i poprowadził ją w kierunku odłamków, by wreszcie zacisnąć ją wokół nich.- Teraz wystarczy twoja wola… Wystarczy, że naprawdę będziesz chciał to zrobić, Amirze…
-Nie chcę- warknął w odpowiedzi mężczyzna, ledwie będąc w stanie wydusić z siebie to zdanie.
-Nie…?
-Nie boję się ciebie… N… Nie możesz… Niczym nie możesz mnie zastraszyć… I tak mnie zabijesz…
-Ja?- demon zdumiał się niepomiernie.- Ależ po co miałbym to robić…? Patrzenie jak zabijacie się wzajemnie, o tak, to całkiem dobra rozrywka, ale zabijanie ciebie, bez żadnego powodu i celu…? Nie ma w tym nic oryginalnego…
-Nie obchodzi mnie to!- wycedził przez zęby mężczyzna.- Nie pomogę ci!
-Owszem, pomożesz…- odparł demon, zupełnie niewzruszony. Mocniej jeszcze ścisnął dłoń mężczyzny. Amir wrzasnął niepohamowanie czując, jak odłamki wbijają się boleśnie w jego skórę i ranę.- Twój towarzyszysz… Kochanek… Nadim…- szeptał mu do ucha, prowokując go nieustannie.- To była naprawdę dobra śmierć, zdajesz sobie sprawę…? Prawie pozbawiona bólu… Miłosierna! Owszem, pewnie nie tak wyobrażał sobie swoje heroiczne zejście z tego świata, ale…- istota wzruszyła ramionami, wzdychając bezradnie.- Ale ty masz jeszcze brata…- Amir drgnął na te słowa, przenosząc na demona przerażone spojrzenie.- I bratanka… Wiesz, jakie są granice cierpienia…? Wiesz, czy w ogóle istnieją…? Ludzie zdolni są do zadawania dwóch rodzajów bólu. Fizycznego i psychicznego. Ja mogę o wiele więcej. Mogę doprowadzić do tego, co ci, którzy to przeżyli, nazywają bólem duszy… Takiego bólu nie zada nic, co żyje, o nie… Jesteś pewien, że chcesz patrzeć na cierpienie twych najbliższych…? Tak sądziłem…- odpowiedział sam sobie z triumfem.- Więc…? Dalej, rób co do ciebie należy. To akt woli. Połącz je w jedno.
Amir wciąż ściskał kryształy, choć właściwie nie miał pojęcia, co miał zrobić.
-Na pewno jesteś odpowiednio skoncentrowany…?- dopytywał demon z udawaną troską.- Bo jeśli nie, zawsze mogę tu ściągnąć kogoś, kto…
-Przestań!- przerwał mu gwałtownie mężczyzna. Zacisnął powieki, starając się skupić na kryształach, powtarzając sobie w myślach, że rzeczywiście chce połączyć je w jedno. Ale wciąż wyczuwał wyraźnie pod skórą kilka odłamków.
-Musisz tego chcieć…- przypomniał demon, z nutką irytacji.
-Staram się…
-Zrób to.
Amir pokręcił głową.
-Nie mogę…- szepnął, widząc, że jego starania nie przynoszą najmniejszego rezultatu.
-Zrób to!- warknął demon z dziwnym napięciem.
-NIE MOGĘ!- wrzasnął mężczyzna, nagle wyrywając się z jego uścisku.
Wypuścił kryształy z dłoni. Opadły z powrotem na blat stołu, zakrwawione i nieruchome. Mężczyzna przycisnął zranioną dłoń do tułowia, oddychając z trudem.
-Co się dzieje…?- zapytał z niepokojem Fortis.
Demon odsunął się o kilka kroków. Jego spokój i opanowanie gdzieś zniknęły. Trudno było nie dostrzec goszczącego na jego twarzy napięcia, trudno było też nie domyślać się, że coś zaczyna napawać go poważnym lękiem.
-Mam wrażenie, czy jesteś zdumiony faktem, że nie chce nam pomóc…?- zironizował potomek wilków, patrząc chłodno na swojego wspólnika.
-To nie to…- odparł w zamyśleniu demon.
-Więc co?
-Nie wiem.
-Więc kto inny miałby wiedzieć, do diabła?!
Demon był wyraźnie bezradny.
-Dlaczego to nie działa…?- zapytał sam siebie bez zrozumienia. Spojrzał na znajdujące się na blacie odłamki.- Powinno zadziałać…- szepnął i w tym momencie, coś najwyraźniej przykuło jego uwagę. Zmarszczył brwi.- Nie ma trzynastu fragmentów…- stwierdził.
-Co takiego?- zdumiał się Fortis.- Mówiłeś, że są wszystkie!
-Są wszystkie, ale nie ma trzynastu…- odpowiedział demon, biorąc w dłoń największy z fragmentów i oglądając go z uwagą. Uśmiechnął się lekko sam do siebie, jakby ledwie mogąc w to uwierzyć.- Co to jest?- zwrócił się do Amira, ukazując mu odłamek.- Co to jest? Dlaczego jest większy od pozostałych?- zapytał raz jeszcze stanowczo.
-To kilka… kilka odłamków, połączonych w jedno…- odparł z trudem Amir.
-Kto je połączył…?- dopytywał demon. Człowiek nie rozumiał. Nie znał odpowiedzi na to pytanie.- Kiedy to się stało?
-Kiedy je trzymałem…
Demon parsknął cicho, raz, a później drugi, by wreszcie wybuchnąć śmiechem, w którym nie pobrzmiewało jednak rozbawienie czy radość. Pokręcił głową niemalże z niedowierzaniem, odkładając największy z kryształów z powrotem na stół.
-Co się dzieje?- dopytywał wciąż Fortis.
-On nie może ich połączyć…- odpowiedział cicho demon.- Nie może ich połączyć, bo już raz to zrobił.
-Nie może tego zrobić po raz kolejny…?- zapytał bez zrozumienia potomek wilków.
-A po cóż, twoim zdaniem, miałbym im dawać taką możliwość dwukrotnie?- prychnął demon.
-Chociażby po to, żeby uniknąć takiej sytuacji jak ta! Lepiej powiedz, co zamierzasz teraz zrobić…
Demon sprawiał wrażenie mocno poirytowanego, trudno było stwierdzić, czy zachowaniem Fortisa, czy faktem, że popełnił w swoich planach tak zasadniczy błąd. Zastanawiał się przez dłuższą chwilę, po czym jak gdyby nigdy nic, rzucił:
-Potrzebujemy tego drugiego.
-… Drugiego?- powtórzył surowo Fortis.
Amir spojrzał na istotę ze zdumieniem.
-Tak- potwierdziła, jakby nie stanowiło to najmniejszego problemu.
-Martwego…?- warknął potomek wilków.
-Nie bądź zbyt zasadniczy…
-Czyżbyś zamierzał go wskrzesić…?- zapytał Fortis z wyraźną kpiną w głosie.
Demon posłał mu pełne niechęci spojrzenie.
-Wiesz dobrze, że nie mogę, nie przewidziałem zawczasu tego, że mógłbym go potrzebować, dlaczego miałbym zatrzymywać jego ducha w martwym ciele…? Zbędne… Ale jego ciało wciąż mamy…- kontynuował spokojnie. W jednej z jego dłoni pojawiła się nieduża, szklana kula, wypełniona jakimś czarnym płynem, który kotłował się w środku.- Więc znajdziemy mu jakąś miłą, przyjazną duszę… Chociaż, takich chyba nie posiadam…- dodał, uśmiechając się lekko.
-I to wystarczy…?
-Potrzebujemy jego krwi i woli jego ciała…- odpowiedział demon, wyraźnie się nad tym zastanawiając. Fortis skinął głową, słuchając go z uwagą.- … Albo jego krwi i woli jego samego. Na twoim miejscu modliłbym się, żeby chodziło o to pierwsze…
-Na moim miejscu?!- warknął z irytacją Fortis.- To ty doprowadziłeś do śmierci jednego z nich, bez żadnego konkretnego powodu, dla własnej zabawy! Nie zrzucaj odpowiedzialności na mnie! Mogłeś przewidzieć, że coś pójdzie nie tak!
-Jak mogłem przewidzieć, że któryś z nich zechce łączyć kryształ w jedno?!- odparł demon, wyraźnie wytrącony z równowagi.- To pozbawione sensu! Nie było im do niczego potrzebne! Ach, los robi mi na złość…- westchnął dramatycznie.- Ale nie bądźmy złej myśli, Fortisie. Chcę odzyskać swoją dawną potęgę i nie spocznę, dopóki nie spróbuje wszystkich możliwości… Uspokój się więc i idź po ciało.
Potomek wilków spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Dlaczego sam po nie nie pójdziesz…?- zapytał niepewnie.
-Bo chcę zamienić na osobności kilka słów z tym, który jeszcze żyje…- demon uśmiechnął się drwiąco.
Fortis posłał swojemu wspólnikowi ostre, ostrzegawcze niemal spojrzenie, ale po chwili wahania opuścił pomieszczenie. Amir podniósł wzrok na pozostającą w pokoju istotę. Drżał cały, ledwie będąc w stanie myśleć, przyciskając wciąż do siebie zranioną dłoń, która paliła potwornym bólem. Demon zbliżył się do niego ponownie. Nachylił się nad nim. Oparł dłoń na karku człowieka, przyciągając go do siebie bliżej, gdy ten próbował się odsunąć.
-Wiesz, co to takiego…?- zapytał, pokazując mu dokładnie trzymaną przez siebie kulę.- To dusze. Moje dusze. Wszystkie, jakie zebrałem przez te wszystkie wieki… Trochę ich jeszcze pozostało… Wiesz, przez tę długą nieobecność nie byłem w stanie odzyskać należności… Ale ty natrafiłeś na kilka z nich. Słyszę, jak wołają do mnie z kryształu…- szepnął, spoglądając na odłamki z uśmiechem.- Trafią w moje ręce tak szybko, jak wszystkie fragmenty na powrót staną się całością… Chociaż właściwie ich nie potrzebuję. Możesz sobie wyobrazić, to wielki komfort dla takiej istoty jak ja, nie potrzebować dusz… Nie muszę się nimi żywić. Nie muszę nawet czerpać z nich energii… Mój niezwykły twór, choć w kawałkach, zapewnia mi wszystko, co niezbędne do przetrwania… A jednak, dusze bywają bardzo pomocne…- kontynuował. Amir spoglądał przez moment wprost w szklanką kulę. Widział, jak znajdująca się wewnątrz substancja, burzy się, przywiera do ścian i odlepia się od nich na powrót, układając w różne kształty.- Ty znałeś twojego kompana najlepiej, więc dlaczego nie miałbym pozostawić wyboru tobie…?- zapytał z podłym uśmiechem. Amir drgnął, zaciskając mocno wargi.- Powiedz mi o nim coś więcej… Jaki był…? Szczery? Wrażliwy? Mężny…? Pewny siebie, a może raczej nieśmiały…? Nie chcesz nic mówić…? Ach, to i tak niepotrzebne!- zaśmiał się demon.- Biedny, poczciwy Nadim… Fortis nie jest zbyt wylewny, możesz sobie wyobrazić, ale słyszałem to i owo… Więc jak sądzisz? Która dusza byłaby dla niego najbardziej odpowiednia…? Dusza kupca, który dorobił się wiele w swym zawodzie, ale bał się nieustannie, iż ktoś go okradnie i w swej chciwości żądał, by nikt nie był w stanie nigdy mu ich odebrać…? Zatonął kolejnego dnia, wraz ze swym wypełnionym po brzegi drogocennymi przedmiotami statkiem… Nikt nigdy nie odnajdzie ani skarbu, ani jego ciała…- mówił, spoglądając wprost w kulę i łatwo było dostrzec, że każde słowo sprawia mu jakąś dziwaczną przyjemność.- A może dusza niespełnionego romantyka…? Który miłował jedną z niewiast tak bardzo, że pragnął niczego więcej, jak jedynie jej dozgonnej miłości…? Otrzymał ją… Kochała go dokładnie przez jeden dzień, bo nazajutrz zmarła… A może kobieta…? To mogłoby być nawet zabawne, nie sądzisz…? Może ta…? W płomieniach utraciła swą urodę i nie marzyła o niczym innym, tylko by ją odzyskać i na powrót stać się niezwykle piękną… Po tym, jak jej się to udało, uwiódłszy kilku mężczyzn, została oskarżona o konszachty z demonami… Ha!- zaśmiał się wesoło.- Wątpię, by któraś z tych zazdrosnych kobiet, która zeznawała w jej sprawie zdawała sobie sprawę, jak bliska była prawdy! Tym razem płomienie ją zabiły… Była też i wieśniaczka, która chciała być kochanką króla… Niczym innym, jak tylko kochanką… Wiedziała wszak, że jej uroda pozwoli jej na wiele, a i ona sama, serce miała otwarte dla wielu mężczyzn, ale ten podobał jej się tak bardzo… Zrobiła na mnie wrażenie… Następnego dnia schwytano ją i wywieziono w pewne miejsce… Niezbyt jej miłe, sam nie wiem czemu, sądziłem, że będzie zachwycona… Była kochanką, nie jednego, lecz wielu królów… Aż wreszcie zginęła z własnej ręki. Co o tym sądzisz, Amirze…?- dopytywał jadowicie.
Człowiek milczał uparcie. Te historie go nie zdziwiły. Nic, co czynił ten potwór nie mogło go zdziwić. Nie miał ani sił, ani chęci na to, by wdawać się z nim w jakiekolwiek rozmowy. Nienawidził go z całego serca. I bał się jednocześnie. Bo wyglądało na to, że dla niego i dla wszystkich mieszkańców tej ziemi, nie pozostała już żadna nadzieja, że nie było już niczego, co mogłoby powstrzymać taką potęgę. Nawet bez kryształu, on był właściwie nie do pokonania. 
Dłoń demona prześlizgnęła się po jego szyi. Palce istoty zacisnęły się mocno na szczęce. Przysunęła go blisko do siebie.
-Wiesz, dlaczego cię nie zabiję, Amirze…?- szepnęła.- Bo chcę widzieć, jak cierpisz. To sprawia mi przyjemność. Cieszy mnie. Napawa satysfakcją… Będę odbierał ci wszystko. Krok po kroku. Doprowadzał do takiego stanu, w jakim był on, gdy zgodził się na pakt ze mną…
-Nigdy…- wysyczał jedynie Amir.
-Nie, nie, niczego ci nie zaproponuję…- demon nie przestawał się uśmiechać.- W tym sęk. Będziesz czuł to samo, co on wtedy. Ten sam rodzaj desperacji, bezsilności i wściekłości wobec całego świata… Będziesz bliski obłędu. Będziesz cierpiał tak, jak cierpi niewielu… I jedyne, co będzie przechodzić ci przez myśl… To ja…- zaśmiał się lekko.- Będziesz żałował każdego swojego karcącego i pełnego pogardy słowa. Żałował, że mając okazję, nie błagałeś mnie o litość i łaskę, o szansę na choćby tak ulotne i fałszywe szczęście jak te, którego doświadczyli oni… Będziesz błagał mnie w myślach o to, bym przybył, modlił się do mnie, gotów zaoferować mi wszystko to, co ci pozostało, choć będzie tego tak niewiele… Ale ja nie przybędę. Będę triumfował wiedząc, jakie targają tobą emocje… Wiedząc, że wreszcie ci się udało zrozumieć tego, którego tak bardzo nienawidziłeś… Będę napawał się twoim bólem aż do dnia, w którym nie starczy ci sił, by dalej żyć…
Drzwi do pomieszczenia uchyliły się na powrót. Demon obdarzył Amira jeszcze jednym, okrutnym uśmiechem, po czym cofnął się i spojrzał na wchodzącego do wnętrza potomka wilków. Zdumiał się wyraźnie.
-Gdzie jest ciało…?- zapytał podejrzliwie widząc, że Fortis go nie przyniósł.
Amir skierował na rozmawiających niezbyt przytomne spojrzenie.
-Nie ma go…- odparł potomek wilków.
-Że co takiego…?- prychnął demon, wyraźnie wytrącony z równowagi. Odłożył szklaną kulę na sam środek stołu, poza zasięgiem rąk człowieka.- Mówimy o tym samym…?- zapytał, jakby sądził, że to jakaś kpina.- O twoim podopiecznym, którego zostawiliśmy na dole, konającego w kałuży krwi…?
-Krew jest. Jego nie ma.
Demon parsknął śmiechem, po czym zniknął. Pojawił się w tym samym miejscu po kilku sekundach i nie pozostało w nim już nic z wcześniejszego spokoju i opanowania. Był wyraźnie wytrącony z równowagi. Rozwścieczony do granic możliwości, najpierw spojrzał na Amira, by zaraz z szałem w oczach zbliżyć się do Fortisa. Potomek wilków nawet nie drgnął, jak gdyby zachowanie wspólnika nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia.
-Gdzie on jest…?- wycedziła istota, wbijając w stojącego przed nim mężczyznę pełne gniewu spojrzenie.
-Nie wiem.
-Pomogłeś mu…?- warknął demon i choć było to pytanie, zabrzmiało raczej niczym otwarte oskarżenie.
-Niby w jaki sposób…?- Fortis zmrużył oczy, spoglądając na niego bez zrozumienia.- Byłem z tobą przez cały ten czas…
-Nie przed chwilą…- odparła istota.
-Co sugerujesz?- zapytał chłodno potomek wilków.
-Pomogłeś mu…?- powtórzył raz jeszcze demon, z równą stanowczością.
-Nie. Dlaczego miałbym to robić…?
-Znajdę go, rozumiesz?- wysyczała gniewnie istota.- Znajdę go, martwego czy nie, wszędzie, gdziekolwiek się znajduje, ale jeśli to twoja sprawka, jeśli nagle ruszyło cię sumienie albo z czystego sentymentu zechciałeś mu pomóc…- urwał, wpatrując się w Fortisa z wyczekiwaniem, jakby licząc na to, że ten przyzna się do winy. Potomek wilków jednak milczał, patrząc na demona niemal wyzywająco.- Nawet gdyby przeżył, nie wyszedłby stąd o własnych siłach. Więc, Fortisie…?- podszedł do wspólnika, stając właściwie tuż przed nim.- Jeśli mi powiesz, nie będę zły… Obaj dobrze wiemy, że mimo tego czasu, niewiele się zmieniłeś… Wciąż pozostało w tobie wiele odruchów i emocji typowych śmiertelnikom…
-Nie pomogłem mu- powiedział Fortis z pełną stanowczością.
Amir przysłuchiwał się ich wymianie zdań, ale otępiony bólem ledwie coś z tego rozumiał. Nadim zniknął…?
-Wiesz… Dobrze wiesz, Fortisie…- kontynuował demon z wyraźnym napięciem w głosie.- … że nasz pakt opiera się na czymś niezwykłym, co nie występuje w relacji między ludźmi a demonami… Na zaufaniu… Daję ci do dyspozycji coś potężnego, coś, co tobie daje siłę, ale mnie… mnie zapewnia przetrwanie…- mówił wciąż, przeszywając potomka wilkówkontynuował wzrokiem.- Jeśli mnie okłamiesz… Jeśli zrobisz cokolwiek, co osłabi moje zaufanie do ciebie… To skończy się źle dla nas obu. Kryształ jest gwarantem mojego istnienia, ale prędzej obejdę się bez niego, niż pozostawię mój los w rękach kogoś, kto złamał przysięgę… Już poprzednim razem, gdy przez twoją lekkomyślność, kryształ został zniszczony, a ja…
-Jak śmiesz zarzucać mi lekkomyślność!- prychnął Fortis, przerywając swojemu rozmówcy.- To ty najpierw mówiłeś, że potrzebni są nam obaj, a później bez żadnej przyczyny nakazałeś zabić jednego z nich!
-Obaj byli potrzebni do zebrania kryształów… Do połączenia miał wystarczyć tylko jeden…
-Miał!- powtórzył znacząco potomek wilków.- Po co w ogóle doprowadziłeś do jego śmierci?! Nie miałeś żadnego konkretnego powodu! Myślisz, że nie zdaję sobie sprawy z tego, że chciałeś mnie sprawdzić…?- zapytał. Demon poruszył się lekko, po czym uśmiechnął się jedynie, nie odpowiadając.- Jeśli cokolwiek nie pójdzie tak jak należy, to tylko i wyłącznie z twojej winy! Od początku twierdziłeś, że masz nad wszystkim kontrolę, ale to nieprawda! Gdybyś poczekał z uśmierceniem go do momentu, gdy będziemy mieć pewność, że wszystko jest w porządku… Ty i twoja pycha…- warknął pogardliwie.
-Moja pycha, Fortisie…?- zakpił demon.- Czyż to nie ty zgodziłeś się przed wiekami na czysty pojedynek, kierując się swoim dziwacznym poczuciem honoru…? Zaprzepaściłeś wszystko to, do czego sam dążyłeś, przez twoją nieodpowiedzialność…
-Skąd mogłem wiedzieć, że twój potężny kryształ przełamie się pod wpływem jednego ciosu…?
-A skąd ja mogłem wiedzieć, że któryś z nich połączy odłamki, skoro nie było ku temu powodu…? Zresztą, powinieneś wiedzieć Fortisie, że to, co najbardziej cenne, jest również najbardziej kruche… Ale nie ma powodów, do robienia sobie wyrzutów…- stwierdził demon, bardzo ugodowo.- To przeznaczenie wydarło mi kryształ z rąk, a teraz przeznaczenie odda mi go z powrotem… Nie lękaj się. Wszystko jest na dobrej drodze.
-Nie wiedziałeś, co stanie się wtedy, nie wiesz więc, co stanie się teraz- odparł szorstko Fortis.- Będziesz mógł mówić w ten sposób dopiero, gdy kryształ będzie znowu cały.
-Nie spokorniałeś ani trochę przez cały ten czas, czyż nie…?
Znajdująca się na środku kamiennego stołu kula, która do tej pory, w nienaturalny sposób, pozostawała w zupełnym bezruchu, drgnęła lekko, przykuwając spojrzenie Amira. Człowiek widział, jak ta przechyla się na bok, jak toczy się powoli w kierunku krawędzi stołu, nie ściągnąwszy na siebie uwagi żadnego ze spierających się mężczyzn. Wreszcie zsunęła się z blatu i z donośnym trzaskiem upadła na posadzkę. Dopiero wtedy obaj rozmawiający umilkli, spoglądając w jej kierunku. Demon sprawiał wrażenie wyraźnie zdumionego. W tym momencie, rozległ się głośny chrzęst, a na kuli pojawiło się nagle głębokie rozcięcie.
-Co się dzieje…?- zapytał Fortis, wyraźnie zdezorientowany.
Następny trzask, kolejny, i jeszcze jeden… Na gładkiej powierzchni powstawały coraz liczniejsze pęknięcia i wnęki. W tym momencie Amir dostrzegł coś jeszcze. Cienie. Wszędzie gdzie tylko spojrzał, na każdej ścianie, widział coś, co wyglądało jak cienie stojących w pomieszczeniu postaci, choć nikogo prócz ich trzech tutaj nie było. Cienie stawały się coraz bardziej wyraźne, jak gdyby wychodziły wprost ze ściany.
-Fortis! Uciekaj!- krzyknął demon, odsuwając się od potomka wilków, na moment przed tym, nim w pomieszczeniu zaroiło się od ciemnych smug. Okrążyły całą salę, przemknęły do każdego kąta, zdawało się, że są niemal wszędzie. Wreszcie zaczęły zatrzymywać się w jednym miejscu i zmieniać.
W jednej chwili cały pokój wypełniły kreatury tak dziwaczne i szkaradne, że trudno było choćby skupić na nich wzrok. Amir bez problemu rozpoznał jedną z nich, tą, która nagle znalazła się przy Fortisie, chwytając go mocno za ramiona i przygwożdżając do ściany.
-K… ogo… Kogo… my tu… mamy…- szepnęła ta sama zjawa, którą widział wtedy w snach i która zajęła na chwilę ciało jego kompana. Sina, wychudła, o czarnych, zlepionych włosach, patrzyła teraz wprost na potomka wilków, uśmiechając się paskudnie, niemal z uciechą.
Fortis drgnął wyraźnie, przez moment tak oszołomiony, że nie był w stanie się ruszyć, by zaraz wyrwać się z silnego uścisku i dobyć miecza. Jednym, silnym ciosem, odciął wyciągniętą ku niemu rękę. Zjawa zaśmiała się głośno. Utracona kończyna zniknęła, nim zdążyła upaść na posadzkę, a z okaleczonego ramienia, wyrosła zaraz kolejna. Chciał bronić się dalej, ale przy kreaturze pojawiło się kilka kolejnych. Atakował niemalże na oślep, a te stworzenia, które znajdowały się dookoła niego, śmiały się głośno, nie pozwalając mu umknąć. Demon miał jednak większy problem. Otoczony był kilkudziesięcioma takimi kreaturami, stając się przez to właściwie niemożliwym do dostrzeżenia. Amir nie był więc w stanie określić, co się z nim dzieje. Słyszał tylko jego pełne wściekłości wrzaski. Widział błyski światła, dochodzące z tamtej strony. Po każdym z nich, docierało do niego bolesne wycie którejś z otaczających demona istot i jednocześnie niezmienny śmiech pozostałych, które wciąż lgnęły do niego, coraz bardziej i bardziej.
-Idźcie precz!- wrzeszczał demon.- Pożałujecie… Pożałujecie!
Amir zsunął się z krzesła na zimną posadzkę, usiłując skorzystać z tej chwili i uciec, ale w całym pomieszczeniu wciąż roiło się od tych stworzeń.
-Daj nam to, co nam zabrałeś…- wysyczał jakiś głos.
-Oddaj, zdrajco…
-Myślałeś, że cię nie znajdziemy…? Że się nie odważymy…?
-Nasze dusze! Nasza potęgą!
-Zniszczę was wszystkich!- do Amira dotarł po raz kolejny pełen wściekłości głos demona.- Mieliście szczęście, że udało wam się przede mną schronić przed wiekami… Nie powtarzam swoich błędów…
-Uważaj, o wielki… Zastanów się dobrze…
-Nic nam nie uczynisz, póki on tu jest… Narazisz sam siebie na tak wielką stratę…?
-Ha! To ci nieszczęście! Gdy istnienie demona zależy od śmiertelnika…
-Nie jesteś w stanie zaatakować wszystkich, nie uśmiercając jego…
-… Czyż nie to nazywałeś, w swej naiwności, doskonałym planem?
-Ucz się od nas…
-Więc zniszczę was jednego po drugim!- wrzasnął demon i w pomieszczeniu znów rozbłysło jasne światło.
Rozpoznawalne słowa, zmieniły się w język, który człowiek już słyszał. Niezrozumiałe zupełnie szepty i syki, coraz bardziej donośne.
Amir podskoczył, gdy któraś z tych kreatur pojawiła się nagle tuż przed nim. W pierwszym odruchu zamierzał sięgnąć po broń, nim zdał sobie sprawę z tego, że nie ma nic do obrony. Dopiero po chwili dostrzegł, że i ta postać jest mu dobrze znana… Pamiętał ją nawet lepiej ze swoich snów niż z rzeczywistości, choć tamto zdarzenie wstrząsało nim jeszcze długi czas… To była ta przerażająca, szkaradna istota. Ten demon, który pożerał niemowlęta. Uśmiechnął się szeroko, ukazując rząd spiczastych zębów. Chwycił mocno za okaleczoną dłoń człowieka. Amir krzyknął z bólu, usiłując wyrwać ją z uścisku wychudłej dłoni.
-Dziękuję, że nas tutaj sprowadziłeś, Amirze…- rzucił demon, przyglądając mu się z uwagą.- To była niezwykła przygoda…
Puścił jego rękę i pomknął w kierunku leżącej na posadzce kuli. Amir podążył za nim pełnym niezrozumienia spojrzeniem, po czym przeniósł wzrok na swoją dłoń. Wciąż odczuwał ból, który zdawał mu się jednak mniej uciążliwy i paraliżujący niż ledwie chwilę temu. Otarł skórę z krwi i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że po ranie nie było ani śladu. Ból zaczynał łagodnieć i ustępować.
Kula pękała coraz bardziej, aż wreszcie roztrzaskała się zupełnie. Dopiero wtedy, z jej wnętrza zaczęła wydobywać się substancja, która unosiła się w powietrzu niczym częsty, nieprzenikniony dym, formując się w różne kształty i zmieniając z każdą chwilą.
-Teraz!- wykrzyknęła radośnie cząstka demona w kierunku pozostałych kreatur.
Wiele z nich zareagowało na wezwanie. Zgromadziły się wokół kuli, jak gdyby wchłaniając ulatniającą się z niej energię.
-Nie! NIE!- wrzeszczał demon, wciąż otoczony, choć już mniej licznym gronem. Kolejny błysk i jedna ze stojących przy nim kreatur, zawyła donośnie, odrzucona jakąś niewidzialną siłą. Druga, pod wpływem takiego samego ataku, zniknęła, nim jeszcze spoczęła na posadzce.- One są moje! MOJE!- warknął.
Kolejne błyski, niemal oślepiły Amira. Przymknął powieki i odwrócił głowę, ruszając na czworaka w kierunku drzwi. Nie miał pojęcia, dokąd mogłyby go wyprowadzić. Po prostu starał się uciec z tego pomieszczenia, póki jeszcze miał okazję.
Demon zwalczył tych, którzy stawiali mu opór.
-Gorzko pożałujecie tego, co uczyniliście!- wycedził, z trudem nad sobą panując.- Powinniście byli zostać w ukryciu, skoro dostaliście szansę przetrwania! Na nic wam się to nie zda! Podążę za wami i odbiorę to, co należy do mnie!
-Rzecz jasna…- cząstka demona, która rozmawiała z Amirem, wystąpiła do przodu.- Ale za którym z nas…?- zapytał i w tym momencie on, jak i ci, którzy z nim przybyli, zmienili się na powrót w czarne smugi, które w jednej chwili wystrzeliły ku sklepieniu, rozpraszając się w różnych kierunkach.
Demon wrzasnął z wściekłości.
-Fortis!- zawołał potomka wilków, który dobiegł do niego prędko.
Chwycił go za przedramię i sekundę później, zmienili się obaj w srebrzysty błysk, który z niezwykłą szybkością poszybował ku górze i, jak tamte smugi, przeniknął przez sufit. Amir podniósł się powoli na nogi, wspierając o klamkę. Na stole nie było już odłamków kryształu. Kula również zniknęła. Odetchnął płytko, otwierając drzwi. Opuścił pomieszczenie, nie mając pojęcia, czego jeszcze może się spodziewać. Znalazł się na powrót w białej sali. Szedł przed siebie chwiejnym, powolnym krokiem, czując potworne znużenie. Dostrzegł korytarz, którym tutaj przyszli. Na jego końcu musiało znajdować się przejście. Wiedział, że tam powinien się skierować, ale nie uczynił tego. Kawałek przed nim, na posadzce, znajdował się krwawy ślad. Dokładnie w miejscu, gdzie leżało wcześniej ciało jego kompana. Amir podszedł bliżej. Upadł na kolana, nie mając już sił stać, nie mając sił nawet myśleć racjonalnie, nawet nie próbując zrozumieć tego wszystkiego, co wydarzyło się przed chwilą. Jego pamięć wracała nieustannie tylko do jednego wydarzenia. Przymknął powieki, raz jeszcze widząc w swym umyśle, jak bierze zamach, jak Nadim odrzuca swój miecz, jak ostrze rozcina jego klatkę piersiową, a ten pada bezwładnie na podłogę, ledwie chwilę później… Zapłakał gorzko, czując zupełną bezradność. Położył się powoli na zimnej posadzce. Oddychał płytko, z wyraźnym trudem. Spoglądał na znajdujące się obok ślady krwi. Dotknął ich opuszkami palców.
-Nadim… Nadim…- szepnął jak w malignie, na powrót zamykając oczy.
Było mu potwornie zimno. Trząsł się, jak gdyby miał gorączkę. Dziwna mgła przysłaniała mu umysł. Różne myśli przepływały przez jego głowę szybko, jak gdyby zupełnie niekontrolowane. Widział Fortisa, wtedy, gdy ukazał im się w swoim prawdziwym ciele po raz pierwszy. Słyszał znów opowieść demona, przerywaną odgłosami tego, co działo się przed chwilą, głośnymi sykami, pogardliwym śmiechem, wrzaskami… Słyszał potworny huk, dźwięk wybijanego szkła. Płacz niemowlęcia. Chwilę później, wydawało mu się, że znowu trzyma w ramionach nieruchome ciało kompana. Płacz wstrząsnął jego ciałem. Nie mógł otworzyć oczu. Nie, wcale nie chciał ich otwierać. Wszystko, co widział, rozgrywało się teraz pod jego zamkniętymi powiekami. Stawało się coraz bardziej zamazane i niewyraźne… Nadim. Demon. Fortis. Hatim. Nadim. Fortis. Hadrin. Demon. Elnir. Potomkowie wilków… Nadim… Dobrzy bogowie… Uderzyła go nagle tak potworna fala bólu i żalu, że krzyknąłby, gdyby miał jeszcze siły… Zamiast tego zwinął się w kłębek, zagryzając mocno wargi.
-Amir!
Usłyszał wołanie, ale nie zwrócił na nie uwagi. Wydawało mu się, że zasypia. Zasypia, a ten głos był jedynie częścią jego złudzenia, nadchodzącego snu.
-Amir!- usłyszał znów swoje własne imię, tym razem bardziej wyraźne.
Uchylił powieki. Ledwie był w stanie zmusić się do tego, by odwrócić głowę. Za nim, niedaleko wejścia do korytarza, stał Elnir, wsparty o kiju. Był to widok tak abstrakcyjny, że niemal utwierdził człowieka w jego wcześniejszym przypuszczeniu.
-Musisz ze mną iść- powiedział potomek wilków.- Prędko.
Amir podniósł się powoli do pozycji siedzącej. Spoglądał w jego kierunku, jakby sam nie był pewien, czy to mara, czy rzeczywistość.
-Jesteś ranny…?- zapytał Elnir, patrząc na jego klatkę piersiową.
Amir również spuścił na nią wzrok. Zobaczył splamioną krwią koszulę. Przymknął na moment powieki czując, jak coś chwyta go za gardło.
-Nie…- wydusił z siebie wreszcie.- To nie moja krew…
-A czyja?
-Nadima- odparł.
Elnir skinął głową ze zrozumieniem. To musiało być złudzenie. Amir był tego niemalże pewien. Wiedział, że potomek wilków nie zareagowałby w taki sposób.
-Musisz ze mną iść- powtórzył Elnir.
-Zabiłem go…- szepnął Amir, ledwie słyszalnie.- Zabiłem go!- powtórzył głośniej, patrząc na mężczyznę tak, jakby chciał go zmusić do jakiejś stanowczej reakcji.- Tak bardzo mi przykro…- rzucił, rozedrganym głosem.- Nie chciałem, przysięgam… Nie chciałem go zabić…
-Nadim żyje- przerwał mu potomek wilków.- Jest z nami. Chodź ze mną.
Amir wbił w niego pełne zdumienia spojrzenie. Przez chwilę poczuł nutkę nadziei, ale zaraz zwalczył to w sobie. Pokręcił gwałtownie głową. Nie. Nie, to nie było możliwe.
-Kłamiesz…- stwierdził z pełnym przekonaniem.
-Nie. Nie ma na to czasu…- Elnir zbliżył się do niego z wyraźnym trudem.- Proszę. Musimy stąd iść.
-Widziałem go!- odparł gwałtownie Amir.- Widziałem! To ja go zabiłem, rozumiesz?! Było tu tak dużo krwi…
-Nie zabiłeś go- stwierdził z pełną stanowczością potomek wilków.- Wraz z moimi braćmi, przybyliśmy tutaj niedługo po tym wszystkim. Znaleźliśmy go nieprzytomnego i rannego, zabraliśmy stąd szybko, zanieśliśmy do obozowiska. Stracił dużo krwi, bo rana była rozległa, ale powierzchowna. Wyjdzie z tego. Rozmawiałem z nim przez chwilę. Powiedział mi o wszystkim. Musimy się stąd wydostać. Chodź.
-Okłamujesz mnie…- szepnął Amir. Chciał w to wierzyć, ale nie był w stanie. Przecież widział na własne oczy…- Chcesz, żebym z tobą poszedł… Dlatego mi to wmawiasz…
-Amir!- warknął Elnir.- Czy sądzisz, że gdybyś zabił mojego przyjaciela, bez względu na okoliczności, byłbym tutaj i ryzykował własnym życiem, chcąc ocalić twoje?!
Władca spoglądał na niego przez dłuższą chwilę. Wreszcie, podniósł się powoli na nogi.
-Przysięgnij…- zażądał jednak.
-Przysięgam!- odpowiedział Elnir.- Proszę! Chodźmy już!
Potomek wilków odczekał, aż człowiek znajdzie się tuż przy nim i dopiero wtedy obaj skierowali się w stronę korytarza. Weszli w niego i szli przed siebie, prosto w stronę przejścia. Elnir spojrzał na niego z wyraźną obawą. Amir wciąż jeszcze był w stanie dalekim od przytomności. Tylko jedna myśl krążyła mu w głowie, tylko jedno pragnienie – musiał zobaczyć Nadima. Upewnić się. Przekonać, że to, o czym mówił mu przyjaciel kochanka, było prawdą. Chciał tego, jak niczego innego.
-Uwaga…- rzucił Elnir, na moment przed tym, nim obaj zbliżyli się do wrót.
Amir stracił równowagę. Oderwał się od ziemi. Wznosił ku górze, przez nieprzeniknione ciemności, które zaczęły przeobrażać się najpierw w szarości, a później w coraz bardziej barwne i intensywne kolory. Zakręciło mu się w głowie. Nim zdążył się zorientować, wylądował. Upadł na trawę, w zniszczonym lesie. Elnir znalazł się tuż obok niego. Jęknął głucho z bólu, chwytając się za ranną kończynę. Obok stali jego bracia, którzy natychmiast pomogli mu wstać i wesprzeć się z powrotem na kiju. Udzielili pomocy również człowiekowi. Z dużym niepokojem zaczęli dopytywać o coś Elnira, ale ten rzucił stanowczo:
-Jeszcze nie teraz… Nic nie wiem. Jorel, niech wasza czwórka pilnuje wrót…- zarządził, spoglądając na jednego ze swych braci.- Reszta wraca z nami do obozowiska…
Elnir i Amir szli przodem. Kawałek za nimi, ciągnęło się powoli kilku innych potomków wilków.
-Posłuchaj mnie uważnie…- zaczął ten, który nimi dowodził. Amir spojrzał na niego.- Ktoś musi sprawdzić, czy na pewno nie jesteś ranny… Wciąż jest tu wasz medyk. I twoi ludzie także. Dopytywali o ciebie. Przyjechał goniec, a później kolejny. Żądają, żebyś wrócił do królestwa. Nie wiedziałem, co mam im odpowiedzieć. Sytuacja robi się coraz bardziej napięta. Ale zanim się tym wszystkim zajmiesz, musisz mi opowiedzieć wszystko, co się wydarzyło… Rozumiesz, człowieku?- zapytał z powagą.- Muszę wiedzieć, co tam się stało.
-Chcę go zobaczyć…- szepnął Amir.
Elnir spojrzał na niego ze zrozumieniem i skinął głową.
-Zobaczysz. Ale zaraz później, będziesz musiał mi powiedzieć.
Dotarli wreszcie do obozowiska. Zatrzymali się na moment. Elnir nakazał podejść bliżej tym potomkom wilków, którzy z nim przybyli. Nakazał im być w gotowości i czekać. Później wrócił do władcy, przy którym już zdążyło zgromadzić się kilku służących, którzy z nim przybyli. Jego pojawienie się wzbudziło niemałe emocje, zwłaszcza ze względu na stan, w jakim się zajmował.
-Zdradzieckie psy…!- szepnął jeden z żołnierzy, wyraźnie zbulwersowany, gdy tylko go zobaczył. Kilku potomków wilków znajdujących się w pobliżu, wbiło w niego ostre spojrzenia.- Mój panie! Przybyłem niedawno, z rozkazem, by sprowadzić cię do zamku! Nasze najgorsze obawy się potwierdziły! Odejdź!- warknął w kierunku kulejącego, gotów dobyć miecza.
-Przestań…- rzucił Amir.- Nic mi nie jest. I nic nie jest ich winą. Wracaj do mojego brata i powiedz mu, że będę musiał zostać tutaj dłużej. Dowiedz się, ilu ludzi jest tutaj potrzebnych i zostaw ich, reszta niech wraca z tobą…
-Ależ panie… Mam rozkazy…
-To ja jestem królem. Moje rozkazy mają najwyższą wartość. Wracaj do zamku.
Żołnierz skłonił się przed nim.
-Chodź…- Elnir spojrzał na towarzyszącego mu mężczyznę.- Musimy porozmawiać w bezpiecznym miejscu…
-Najpierw mnie do niego zaprowadź.
Potomek wilków skinął głową. Poprowadził człowieka w kierunku jednego z namiotów. Zatrzymał go na moment, nim ten zdążył zajrzeć do środka.
-Tylko na chwilę…- zastrzegł.- Niech wypoczywa. Potrzebuję cię, dopóki jeszcze coś kojarzysz i jesteś w stanie ustać na nogach, a mam nieodparte wrażenie, że nie potrwa to długo…
Amir zignorował jego słowa i wszedł do namiotu.
Spoczywający na posłaniu Nadim, akurat podnosił się do pozycji siedzącej, z grymasem bólu i uporu malującym się na twarzy. Był półnagi. Jego klatka piersiowa była obandażowana. Amir wstrzymał na moment oddech. Na widok kochanka, emocje po raz kolejny wzięły nad nim górę. Podbiegł do niego prędko i klęknął u jego boku. Potomek wilków zobaczył go w tej właśnie chwili.
-Amir…- szepnął.
Człowiek natychmiast wziął go w ramiona, wtulając się w niego z całych sił. Usłyszał cichy jęk bólu i rozluźnił uścisk, opierając dłonie na szyi kompana, całując jego czoło, policzki, wargi, chaotycznie i bez opamiętania. Czuł, jak Nadim drży od płaczu. On sam również płakał. Nic nie było w stanie oddać ulgi i nadziei jakie wstąpiły w niego w momencie, gdy go zobaczył. Wtedy, gdy wydawało mu się, że stracił go na zawsze, miał wrażenie, jakby cały świat zatrzymał się i przestał istnieć. Teraz odżył na nowo. Wpił się w wargi kochanka, spragniony jego bliskości jak nigdy wcześniej.
-Przepraszam…- wtrącił ostrożnie Elnir, ale żaden z mężczyzn na to nie zareagował, możliwe, że nawet wcale go nie słyszeli. Potomek wilków westchnął głęboko, rzucając jedynie ciche- No dobrze…- po czym wyszedł z namiotu.
-Jesteś cały…?- zapytał cicho Nadim. Jego dłonie błądziły po plecach kochanka, jakby badając je, przesunęły się na ramiona. Potomek wilków dostrzegł znajdujące się na jednym z nich rozcięcie, które wykonał on sam.- Przepraszam… Przepraszam…- szepnął w panice, przymykając powieki i zaciskając mocno palce na materiale koszuli mężczyzny.- Powiedz, że nic ci nie jest…
-Nic mi nie jest…- uspokoił go Amir, wciąż w niego wtulony. Potrzebował tej chwili, potrzebował go teraz, żeby upewnić się, że to wszystko nie było ledwie jego złudzeniem, że Nadim żyje i jest tutaj naprawdę. Nigdy nie wybaczyłby sobie, gdyby go skrzywdził. I nie byłby w stanie żyć ze świadomością, że odebrał życie jemu. Czuł się tak potwornie zagubiony, a mimo to, w tym momencie, w jego ramionach, odzyskiwał na nowo siły. Wciąż miał poczucie bezsilności, ale nie przejmowało już ono nad nim całkowitej kontroli. Chciał jeszcze wierzyć, że rzeczywiście może cokolwiek zrobić. I chciał rozumieć. Tak, chciał zrozumieć to wszystko. Dlatego chwycił Nadima za ramiona, odsuwając się od niego odrobinę i spojrzał na niego z uwagą.- Dlaczego to zrobiłeś…?- zapytał, wciąż wstrząśnięty tamtą sytuacją.- Dlaczego…?
Wargi Nadima zadrżały lekko.
-Bo…- zawahał się.- Bo musiałem- powiedział w końcu.
-Musiałeś?
-I tak jeden z nas musiałby zginąć!- odparł nerwowo.- I tak któregoś z nas by zabił! Zmusiłby nas do tego! Nie chciałem, żeby moim braciom stała się krzywda! Nie mogłem na to pozwolić! A ty… Inaczej byś tego nie zrobił…- stwierdził, spuszczając wzrok.- Wiem, że nie… Ale to ty musiałeś przeżyć. To ty na to zasługiwałeś. Gdyby ktokolwiek był w stanie go powstrzymać…
-Ale nikt nie jest w stanie!- odpowiedział z pełną stanowczością Amir.- Wciąż nie rozumiesz…?- zapytał z niedowierzaniem.- Jest potężny! O wiele potężniejszy od nas wszystkich! I o wiele potężniejszy od tych wszystkich istot, które spotkaliśmy na naszej drodze podczas podróży… Radziliśmy sobie z każdą z nich. Mówiliśmy o szczęściu albo błogosławieństwie bogów. Ale to nie było to. To był on. Kryształ. Energia demona. To on ich pokonywał, nie my… Gdyby nie to, zginęlibyśmy już dawno… Prowadził nas przez cały ten czas. Chciałbym wierzyć, że jest inaczej, ale prawda jest taka, że wobec jego potęgi, jesteśmy zupełnie bezradni…
Nadim skinął głową.
-Wiem…- powiedział cicho.- Ale gdyby jednak istniał jakiś sposób… Gdyby ktoś mógł go powstrzymać, to potrafiłbyś to zrobić jedynie ty…
-O czym ty mówisz?- nie rozumiał Amir.
-Myliłem się!- rzucił potomek wilków, kompletnie rozbity.- Myliłem się, co do wszystkiego. Co do tego, co uznawałem za słuszne, co do tego, w co wierzyłem, co do tego, komu należy ufać… Wszystko, co czyniłem, czyniłem dlatego, że on mi to nakazał…- Amir nie miał wątpliwości, o kim mówi jego towarzysz. Wiedział, że ta zmiana… Prawdziwa tożsamość Canisa… To musiało doprowadzić go do rozpaczy.- Wierzyłem mu! Byłem pewien, że ma rację we wszystkim! Wyruszyłem w podróż! Szukałem kryształów! Powtarzałem te kłamstwa, które on mi wmówił! Byłem gotowy oddać za niego życie! Oddać życie choćby i za jego słowa! Jesteś mi w stanie zaufać, skoro wiesz, jak bardzo się myliłem…?
-Oczywiście- odparł bez wahania Amir.
Potomek wilków uśmiechnął się gorzko.
-Ale ja nie ufam już samemu sobie…- powiedział z bólem.- Nigdy w niego nie wątpiłem, rozumiesz? Nigdy… Miałem wrażenie, że jest ze mną zupełnie szczery. Że mówi mi o wszystkim, w końcu powiedział nawet o nim samym i twoim wuju… Skąd mogłem wiedzieć, że mówi o kimś zupełnie innym…? Kiedy opowiadał nam te wszystkie historie… Kiedy, jak się okazało, mówił o samym sobie… Uwielbiałem go wtedy słuchać. Zadawałem mu pytania. Odpowiadał. Tak spokojnie… Nawet nie przyszło mi do głowy, że w ten sposób tak przebiegle rehabilitował się w naszych oczach… Tak szybko udało mu się wszystko zmienić! Naszą mentalność! Nasze spojrzenie na przeszłość! Nasz stosunek do niego! Zawsze powtarzał mi, że powinienem postarać się go zrozumieć… Postarać się zrozumieć Fortisa…- dodał z pełnym politowania parsknięciem.- I rzeczywiście go rozumiałem. Niemalże wszystkie jego czyny. Sądziłem, że to, co robił było dobre dla ogółu… Ale teraz… Teraz już go nie rozumiem…- pokręcił głową. Podniósł wzrok na Amira, patrząc na niego w taki sposób, jakby to u niego szukał odpowiedzi na swoje wątpliwości.- I nie wiem już, co mam dalej robić…
Amir zacisnął palce na dłoni towarzysza. Musnął wargami czoło kochanka, przyciskając się do niego na powrót. Nie mógł mu w tym pomóc. Nie mógł zrobić nic, by choćby złagodzić odczucie tego potężnego rozczarowania i żalu. Nie potrafiłby sobie nawet wyobrazić podobnej sytuacji w odniesieniu do jego wuja. Był całkowicie pewien jego intencji i uzyskał ich potwierdzenie. Tyle, że Nadim też musiał być całkowicie pewien. On nawet nie poddawał pod wątpliwość słów swojego opiekuna.
-Co teraz będzie…?- zapytał cicho Nadim, spoglądając na kochanka z wyczekiwaniem.- Co zrobi, skoro ma już kryształ…?
-Nie ma go- odpowiedział Amir. Potomek wilków spojrzał na niego ze zdumieniem.- Nie byłem mu potrzebny. Nie mogłem go połączyć. On potrzebuje ciebie. Stało się coś dziwnego. Coś, co go spłoszyło, ale na pewno wróci…
-… po mnie- dopowiedział Nadim.
Amir skinął głową.
-To nieuniknione…- stwierdził z pełnym przekonaniem widząc, że jego kompan się nad tym zastanawia. Nadim spojrzał na niego bez zrozumienia.- Nie da się tego powstrzymać w żaden sposób. On osiągnie swój cel bez względu na wszystko. Możemy go powstrzymać, ale na pewno nie walcząc z nim samym.
-Mówiłeś, że nie ma takiej możliwości…- zauważył Nadim, marszcząc brwi.
-Nie ma- potwierdził Amir.- Nie pokonamy go. Nasi przodkowie też tego nie uczynili. Pokonali Fortisa i zniszczyli kryształ. To stało się przyczyną porażki demona. W bezpośrednim starciu z czymś tak potężnym, nie mamy szans. Ale Fortis już raz okazał się jego słabością. Może uda się go unicestwić po raz drugi.
Potomek wilków skinął niemrawo głową, wyraźnie zamyślony. Amir nie wiedział, co jeszcze może powiedzieć. Sam raczej starał się wierzyć niż wierzył w ten plan. Demon nie był głupcem. Fortis również. Nie popełniliby przecież dwa razy tego samego błędu… Ale gdyby wykluczyć tę możliwość okazałoby się, że nie została im już żadna nadzieja. Lepiej było więc trzymać się jej kurczowo, chociażby dla tego złudzenia, chociażby dla wiary, że jest jeszcze sens walczyć.
-Powiedziałeś im…?- zapytał w końcu Amir. Kochanek spojrzał na niego nieprzytomnie.- Twoim braciom… O twoim… O waszym przywódcy…- dokończył, uznając, że ani słowo „wuj” ani tym bardziej imię „Canis”, nie jest tutaj odpowiednie.
Nadim zawahał się.
-Powiedziałem im, że… Że Fortis powrócił. A Canis nie żyje.
-To wszystko?- Amir spojrzał na niego ze zdumieniem.
Skinął głową.
-To nie wystarczy…- stwierdził stanowczo mężczyzna.- Musisz powiedzieć im wszystko. Muszą zdawać sobie sprawę, w jakiej sytuacji się znajdują, niezależnie od tego, jak bardzo będzie to bolesne…
-Bolesne?- powtórzył Nadim, parsknąwszy cicho. Pokręcił głową, jakby słowa człowieka zdawały mu się być dużym eufemizmem.- Wiesz w ogóle, co to spowoduje? Co mam im powiedzieć? Że Canis, ten Canis, którego wszyscy cenili, którego uważali za niewiarygodnie mądrego i rozsądnego, pełnego dobra i działającego na rzecz wspólnoty, w istocie przez cały ten czas był naszym ukrytym wrogiem…? Mam powiedzieć, że to Canis ściągnął na nas demona? Że to przez niego ledwie uszliśmy z życiem? Naprawdę nie rozumiesz, że wszystkie te zasady jakie przyjęliśmy, wszystko to, w co wierzyliśmy, nasze ideały, nasze działania, opierały się na jego osobie…? To on nami kierował! Nie tylko zmienił stosunek moich braci do Fortisa, ale i do wielu innych rzeczy! Między innymi do ludzi! To on mówił o zjednoczeniu! To on robił wszystko, by do tego dążyć! Powtarzał, byśmy nie kierowali się gniewem ani egoizmem! Żebyśmy nie rozpamiętywali przeszłości, a starali się zbudować porozumienie z naszymi dawnymi wrogami! Jak zareagują teraz ci wszyscy potomkowie wilków…? Skąd będą wiedzieli, w co wierzyć, co uznawać za słuszne, skoro ten, który do tej pory nimi kierował, okazał się być zły…? Ja sam nie wiem, w co mam wierzyć…- stwierdził w desperacji.- Nie wiem! Nie rozumiem już dłużej tego wszystkiego! Nie umiałem rozróżnić prawdy od kłamstwa! Może nie umiałem więc też rozróżnić dobra od zła! Nie mam pojęcia, co mam teraz zrobić… Nie wiem, czym się kierować… Nie wiem nawet, czy…
Amir przyciągnął go do gwałtownego pocałunku. Dłonie Nadima zacisnęły się na jego ramionach. Potomek wilków nie opierał się. Oddał pocałunek bez chwili wahania. Gdy człowiek oderwał się od jego warg, przycisnął czoło do czoła kompana.
-Wiesz, w co wierzyć- powiedział.
-Nie, nie wiem- zaprotestował raz jeszcze Nadim.
Amir nie pozwolił mu się odsunąć.
-Wiesz. Zawsze wiedziałeś. Odróżniasz dobro od zła bez najmniejszego problemu. Robiłeś to nawet wtedy, gdy spotykałeś się z nową sytuacją. Nawet wtedy, gdy ja miałem jakieś wątpliwości. Nie potrzebujesz do tego Canisa ani nikogo innego. Sam dobrze rozumiesz, co jest właściwe… Masz tą umiejętność tutaj…- szepnął, dotykając klatki piersiowej potomka wilków w miejscu, w którym znajdowało się serce.- Twoi bracia również to potrafią. Zaufaj im. Będą rozczarowani, będą cierpieć i będą mieć wątpliwości, dokładnie tak jak ty… Ale przetrwają to. Ty również. Nie musisz zmagać się z tym sam. Oni muszą wiedzieć.
Był z nim jeszcze przez chwilę. Rozmawiali. Amir bardziej szczegółowo opowiedział mu o tym, co się wydarzyło. Znowu naszło go to samo odczucie. Z każdym słowem czuł coraz większe znużenie. Był zmęczony i senny. Kilkanaście minut później, opuścił namiot. Tuż przy wyjściu czekał na niego Elnir.
-Możemy już porozmawiać?- zapytał.
-Lepiej porozmawiaj z nim. Powiedziałem mu wszystko, co ważne…- odparł Amir, pocierając skronie. Trudno było mu się skoncentrować na rozmówcy z powodu uciążliwego bólu głowy. Poza tym, uważał, że to Nadim powinien wyjaśnić wszystko współbraciom. Nie chciał wchodzić w sprawy ich plemienia.
Elnir skinął głową. Wciąż przyglądał się człowiekowi z uwagą.
-Więc… Demon połączył kryształ…?- zapytał.
-Nie- odpowiedział mężczyzna.- Nie mógł tego zrobić. Ja nie mogłem. Potrzebuje do tego Nadima. Na razie zniknął, ale z pewnością po niego wróci.
-Będziemy go pilnować- stwierdził stanowczo Elnir, wyraźnie zaniepokojony.- Bronić, do ostatniej kropli krwi, jeśli będzie trzeba…
-Nie- zaprotestował cicho Amir.- To mu w niczym nie pomoże.
Potomek wilków sprawiał wrażenie, jakby domyślał się takiej odpowiedzi, a jednocześnie zupełnie nie wiedział, jak inaczej mógłby postąpić w takiej sytuacji.
-I tak nakażę komuś, by przy nim siedział… Nie jest w zbyt dobrym stanie, nie chcę, żeby zrobił jakieś głupstwo…- mruknął potomek wilków.- Co planuje Fortis?- zapytał otwarcie i wyglądało na to, że to pytanie chodziło mu po głowie od samego początku.
Amir poczuł się zakłopotany.
-Zapytaj Nadima- odpowiedział wymijająco.
-Pytam ciebie, bo ty byłeś z nim dłużej- rzucił Elnir.- Nadim niewiele o nim wspominał. To on zabił Canisa, prawda?
Mężczyzna milczał, zupełnie nie wiedząc, jak odpowiedzieć na to pytanie.
-On to zrobił?- powtórzył ostro Elnir.
Amir zawahał się przez chwilę, po czym pokręcił głową.
-Nie- odpowiedział.
Potomek wilków spojrzał na niego ze zdumieniem.
-Więc kto? Demon?
-… Lepiej zapytaj Nadima.
-Nie wie. Pytałem go.
-Myślę, że wie bardzo dobrze…
-Co to niby ma znaczyć…?- Elnir wbił w niego pełne niezrozumienia spojrzenie.- Zabito naszego przywódcę. To ważna kwestia dla nas wszystkich. Kwestia honoru. Muszę wiedzieć, kto to zrobił.
Amir odetchnął głęboko.
-… Canis popełnił samobójstwo- rzucił.
Potomek wilków zmarszczył brwi.
-Tak…- potwierdził, najwyraźniej nadal nie zdając sobie sprawy z tego, do czego to zmierza.- To znaczy próbował… Wiele lat temu… Przeżył.
-Nie. Umarł właśnie wtedy.
Elnir parsknął głośno.
-Co ty bredzisz?
-Zapytaj Nadima- powtórzył raz jeszcze człowiek, chcąc odejść, ale potomek wilków chwycił go za ramię, zatrzymując.
-Postradałeś zmysły?- zapytał.- Przecież sam widziałeś Canisa! Rozmawiałeś z nim! Jak ktoś, kto nami kierował, mógł zginąć lata temu?
-To nie on wami kierował. Tylko Fortis. Przejął jego ciało.
Elnir spoglądał na niego jak na kompletnego szaleńca i właściwie Amir wcale nie mógł mu się dziwić. On sam nie przypuszczał nawet, by ta sprawa mogła mieć podobne rozwiązanie, a przecież Canis nie był mu w żaden sposób bliski. Fortis tym bardziej.
-Co to wszystko ma znaczyć…?- zapytał Elnir, jakby oczekiwał, że jego rozmówca jakoś to wytłumaczy czy zaprzeczy swoim poprzednim słowom. Z chwili na chwilę stawał się coraz bardziej zaniepokojony i niepewny.
-Musisz porozmawiać o tym z Nadimem- powiedział cicho Amir.
-Dlaczego z nim?!
-Bo mi i tak nie uwierzysz!- wybuchnął mężczyzna. Potomek wilków wbił w niego pełne zdumienia spojrzenie.- To, co ci powiedziałem, to prawda. Ale jeśli oczekujesz szczegółów, idź do niego. Był ze mną, kiedy się tego dowiedziałem.
-Żebyś wiedział, że do niego pójdę…- wycedził przez zęby Elnir, wyraźnie poirytowany.- Brednie, same brednie! NADIM!- warknął gniewnie, wchodząc do namiotu.
Amir został sam. Odetchnął głęboko, gdy w pewnym momencie, zakręciło mu się w głowie. Utrzymał równowagę, przymykając na moment powieki. Czuł, że musi się położyć, chociażby na chwilę. Ale było jeszcze tyle rzeczy do zrobienia… Zastanawiał się, czy żołnierz, którego odesłał do królestwa zdążył już zebrać ludzi i wyjechać. Wydawało mu się, że nie. Chciał go znaleźć. Przekazać Hadrinowi więcej wiadomości, chociaż wiedział, że suche słowa nie wystarczą bratu, a informowanie byle wojaka o tym, że miał do czynienia z demonem, mogą bardzo szybko przedrzeć się do szerszej części społeczeństwa i wywołać różne reakcje, począwszy od zwątpienia w stan umysłu władcy, po panikę. Musiał skontaktować się z bratem, ale z drugiej strony, nie wiedział, jak sytuacja będzie się dalej rozwijać. Nie powinien był wracać teraz do królestwa.
Kawałek dalej, przy ognisku, siedziało kilku rannych podczas tamtego ataku potomków wilków. Spoglądali w jego stronę z uwagą, nieco podejrzliwie, musieli mu się przyglądać już od dłuższego czasu, zapewne jeszcze wtedy, gdy rozmawiał z Elnirem. Nie wymienili ze sobą ani słowa. Amir miał wrażenie, że dopiero, gdy odwrócił się i ruszył w inną stronę, zaczęli rozmawiać. Szedł przed siebie, czując się dziwnie osłabiony. Kątem oka dostrzegł wreszcie jakiegoś człowieka. To był jeden ze służących, którzy tu z nim przybyli. Ten, dostrzegłszy króla, ruszył w jego kierunku prędko, ale władca uniósł dłoń, dając mu znak, by ten się nie zbliżał. Zdjął z siebie splamioną krwią koszulę, która musiała na niego zwracać wiele uwagi i wszedł do jednego z namiotów, który wcześniej, a przynajmniej tak mu się zdawało, należał do niego. Teraz drzemało tu kilka wilczych dzieci. Amir nie przejął się tym zbytnio. Usiadł na ziemi, przy samym wejściu, przymykając na moment powieki i starając się zapanować nad tym specyficznym stanem, który nim zawładnął.
Nie minęła jednak chwila, nim wszystko zaczęło robić się mgliste. Jego powieki były tak ciężkie, że nie był w stanie otworzyć oczu.
Głowa opadła mu na bok.
Zasnął.

10 komentarzy:

  1. Anonimowy10:50 AM

    O Boże, o Boże. "Chaos" naprawdę przysparza bardzo chaotyczne myśli.
    Przez pewien moment... Naprawdę myślałam, że TO się stało. Dziękuję, że tak szybko rozwiałaś wątpliwości co do stanu Nadima, bo mogło się to bardzo źle skończyć dla czytelników, a już na pewno dla mnie. Dziękuję, że ten rozdział pojawił się tak szybko. Jest cudny, cudowny. Jak całe opowiadanie. I dzięki Twojemu pozwoleniu mam każdy rozdział pięknie wydrukowany i położony na specjalnej półce. Żebyś wiedziała (choć może wiesz?;))jaki to jest wielki stos kartek! Z wielką przyjemnością się na niego patrzy a z jeszcze większą wraca się do czytania losowych rozdziałów :)
    Czekam niecierpliwie na kolejny!

    Pozdrawiam,
    J.

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy11:30 AM

    Znowu chaos...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak... Znowu "Chaos"... Jak przed dwoma tygodniami i za kolejne dwa tygodnie również... Ponieważ jak już wspomniałam, to opowiadanie jest dodawane regularnie, więc za cztery, sześć i osiem tygodni, jeśli nie będzie żadnych opóźnień, też możesz się spodziewać tej przykrej "niespodzianki".

      Usuń
    2. Anonimowy4:06 PM

      Przykrej? Dla mnie to jest niespodzianka na którą czekam dwa tygodnie z rosnącą niecierpliwością ^^ To opowiadanie jest moim ulubionym <3
      Rozdział zajebisty. Bardzo mi się podoba, że wszystko co oni robią ma sens, to opowiadanie jest logiczne (na tyle, na ile może być logiczne opowiadanie fantasy xD). Pozdrawiam i życzę weny ;]
      Gollum
      P.S. Nadim żyje!

      Usuń
    3. Anonimowy11:38 PM

      Jeśli nie lubisz "Chaosu", to spójrz na to inaczej. Każdy kolejny odcinek to bliżej końca tego opowiadania, a im szybciej się skończy, tym szybciej będziesz się mogła cieszyć tekstami, które Ci się podobają.

      Usuń
  3. Nadim żyje, Nadim żyje! Wiedziałam, że go nie uśmiercisz! ♥♥

    To tak.. Nie wiem czemu ale bardzo podobały mi się rozmowy demona i Fortisa.. Ogólnie ta dwójka jest świetnie wykreowana. Są bardzo ciekawi, jak na czarne charaktery tego opowiadania. I polubiłam ich. Oczywiście i tak życzę im śmierci ^^

    Coś czułam, że potomkowie wilków uratują Nadima. Tak bardzo się cieszę. Jak jeszcze nie wiedziałam, czy on przeżył czy nie ciągle się nad tym zastanawiałam. Czytając początek prawie uwierzyłam, że umarł! Ale ciągle miałam nadzieję, że jednak nie.. I okazało się, że został uratowany! Jej. Rozmowa Nadima i Amira była boska ♥ Teraz człowiek musi wesprzeć kochanka. Ciekawe jak potomkowie zareagują na wieść o Canisie...

    Jak to się dalej potoczy? Co się wydarzy? Coś czuję że podwładnym nie spodoba się to, iż król ciągle jest w lesie. Oni tego nie zrozumieją. Ale Amir naprawdę nadaje się na króla! W końcu ich też ratuje przed demonem..
    No cóż pozostaje mi czekać na następny rozdzialik. Jak ja chciałabym, aby jak najszybciej się pojawił..


    Pozdrawiam i życzę dużo weny! ♥

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam sposób, w jaki opisujesz dynamiczne sytuacje i wydarzenia. Są tak plastyczne, że bez trudu udało mi się wyobrazić kulę dusz, ból Amira, gdy demon wbił mu sztylet w dłoń czy atak "fragmentów" innych demonów. W tej kwestii nie pozostaje mi nic innego, jak tylko podziwiać i kochać.
    Co do postaci głównych, wciąż są swoiście bliscy mi. Nadim, który dowiedział się prawdy i wreszcie zdał sobie sprawę, że jego kochanek był o wiele rozsądniejszy w kwestii Fortisa.
    Wybacz, nie umiem dziś logiczniej skomentować kolejnego rozdziału, bowiem myśli troszeczkę mi się rozjeżdżają. Mimo to mogę cię zapewnić, że 45 część "Chaosu" okazała się jedną z najlepszych, które dotąd się pojawiły. Oby tak dalej.
    Weny i spokoju ^w^

    OdpowiedzUsuń
  5. Wierzyłam, że nie uśmiercisz Nadima, ale nie powiem bo łza popłynęła, jak Amir sądził, że jego kochanek umiera. Wspaniale to opisałaś i cudownie się czytało. Podziwiam cię za to, że masz tyle pomysłów i to związanych z jednym opowiadaniem. Kocham Chaos i faktycznie widziałabym go jako książkę. ^^
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy10:49 PM

    Jezu kamień z serca! Nie napisze chyba nic konstruktywnego tym razem, bo czytam wszystkie Twoje opowiadania po kolei i każde teraz siedzi gdzieś w mojej pamieci, a mój umysł próbuje analizować i zrozumieć wszystkie zachowania postaci, które opisujesz. Nie wiem teraz sama na ciąg dalszy, którego opowiadania czekam najbardziej, ale wydaje mi się z Chaos i tak przebija wszystkie inne pod względem fabuły. Do następnej notki :D Zander.

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy7:35 PM

    Co Ty ze mną robisz, Silencio?? Żebym tak przeżywała i była tak rozedrgana pod wpływem rozdziału..? O.o
    Nadim żyje. Żyje! Chwała Ci za to! A tak się bałam.. A to jak opisałaś rozpacz Amira - łapiący za serce czysty geniusz w Twoim wykonaniu!
    Scenę od momentu wejścia Amira do namiotu rannego Nadima przeczytałam trzy razy. Trzy razy! To chyba mówi samo za siebie, prawda? Była po prostu cudna :)
    Alys

    OdpowiedzUsuń