Strony

sobota, 27 lipca 2013

Rozdział 48 [Chaos]

Gromy uderzały w miasto przez całą noc. Gdy tylko zapadł zmrok, zerwał się gwałtowny wiatr, który niósł spadające z nieba, coraz liczniejsze krople deszczu. Rozpętała się prawdziwa ulewa. Zapewne gdyby ktokolwiek szedł o tej porze ulicami miasta nie wytrzymałby pod naporem mroźnych, przerażająco silnych podmuchów powietrza. Wątpliwym jednak było by po tym, co rozgrywało się wcześniej, a i teraz towarzyszyło wichurze, ktokolwiek o zdrowych zmysłach się na to odważył. Ludzie pochowali się do swych domów spłoszeni, przerażeni, zdezorientowani, mając problem z oceną tego, co właśnie się działo. Jednak i domy o słabszej konstrukcji mogły ulec zniszczeniu pod wpływem wiatru. Pogoda w królestwie zawsze była łagodna, niezależnie od pory roku. Budynki użyteczności publicznej, domy arystokracji oraz bogatych mieszczan były solidnie wykonane, ale pozostała część ludności, mieszkała w innych warunkach i nigdy nie było potrzeby, aby zabezpieczyć szczególnie budowle przed tego rodzaju zjawiskami. ¬
Niebo uspokoiło się dopiero o świcie i tak pozostało, przynajmniej do tej chwili. Amir stał w gabinecie wuja, z uwagą i niepokojem spoglądając na sklepienie o fioletowej barwie, na którym wciąż pojawiały się przypominające pęknięcia błyski. A więc Fortis dał manifestację swojej obecności… Amir szczerze wątpił, by ci z arystokratów, którzy do tej pory nie dawali wiary jego istnieniu, otrzymali odpowiedni dowód, by to się zmieniło. Ale z pewnością byli dostatecznie przerażeni i zdezorientowani, by chwycić się każdej wersji która stanowiła jakieś wyjaśnienie tej sytuacji.
Rozległo się pukanie do drzwi i te otworzyły się moment później. Dwóch służących wprowadziło do jego gabinetu generała Manusa, który wszedł do środka. Towarzyszący mu mężczyźni odeszli, zamykając za sobą drzwi. Amir odwrócił się w jego stronę. Znał tego człowieka bardzo dobrze. Szkolił się pod okiem jego i jego najlepszych dowódców. Był jeszcze dzieckiem, gdy Manus został mianowany głównodowodzącym wojsk. Odbywała się wtedy wielka uroczystość na głównym placu. Amir stał u boku wuja, obserwując ją z podziwem i marząc o tym, by znaleźć się kiedyś na miejscu mężczyzny. Generał miał prawie sześćdziesiąt lat, ale choć wiek zdradzać mogły zupełnie siwe włosy, nie dało się tego poznać ani po jego wyprostowanej posturze, ani po pewnym, śmiałym kroku, ani po zawsze poważnej, pełnej skupienia twarzy. Ciało miał wyćwiczone i mocne, naznaczone śladami stoczonych walk i choć wielu znacznie młodszych i pełniejszych wigoru wzorowało się na nim, niewielu było takich, którzy mogliby stanąć z nim w szranki i zwyciężyć.
-Generale…- przywitał się z nim Amir, skinąwszy mężczyźnie głową.
-Wasza wysokość- odparł głównodowodzący, witając władcę w ten sam sposób.- Pozwolisz…?
-Mów proszę.
-Dostałem twoją informację. Nie mogłem przybyć wcześniej, ze względu na okoliczności, zapewne rozumiesz, panie. Chciałbym jednak wiedzieć, z czym przyszło się mierzyć mnie i moim żołnierzom.
Mówił szybko, stosunkowo chłodno, trochę formalnie, zupełnie tak, jak zwykle zwracał się do ludzi. I zupełnie tak, jakby ostatnie, specyficzne zdarzenia, nie zrobiły na nim tak wielkiego wrażenia jak na większości ludności. Nawet, jeśli były to tylko pozory, Amir był pełen podziwu dla spokoju, jaki potrafił zachować generał.
-Nie wyjaśniono ci tego…?- zapytał ze zdziwieniem Amir, marszcząc brwi.
-Został mi przedstawiony obiekt- odpowiedział sucho głównodowodzący.- Wybacz, wasza wysokość, ale kiedy słyszę, że za trzy dni przyjdzie mi się mierzyć z wrogiem, czuję wściekłość na nasze służby, szpiegów i dyplomatów za ich nieporadne, by nie nazwać tego gorszym słowem, działania. Kiedy słyszę, że będzie to oddział ledwie pięćdziesięcioosobowy, odczuwam niedowierzanie i lekką konsternację. A gdy dodatkowo informuje się mnie o tym, iż ten oddział jest nieśmiertelny, mam wrażenie, że ktoś pokpiwa sobie ze mnie i dworuje. Gdyby nie te wszystkie okoliczności i zdarzenia oraz fakt, iż to ty zasiadasz na tronie, prawdopodobnie sądziłbym tak dalej.
Amir skinął głową.
-Rozumiem twoje odczucia…
-Wolałbym, wasza wysokość, abyś pomógł mnie zrozumieć jedną kwestię…- odparł generał, nie spuszczając z władcy uważnego wzroku.- Jak można pokonać demona?
-Nie wiem- odpowiedział szczerze mężczyzna.- Nie sądzę, aby było to możliwe. Ale my nie mierzymy się bezpośrednio z demonem, lecz tym, który z nim współpracował, Fortisem.
-Który jednak posiada demoniczną moc, o ile dobrze zrozumiałem tę, przyznaję, dość zagmatwaną i mało wiarygodną historię?
-W rzeczy samej- potwierdził jego słowa Amir, skinąwszy głową.
-Jak więc można zwyciężyć taką moc…?- zapytał Manus.
-Odpowiedziałem ci już na to pytanie, generale- odparł mężczyzna.
-Oczekujesz więc, że wyślę swych ludzi na pewną śmierć…?- rzucił głównodowodzący głosem wciąż spokojnym, choć nasączonym nutą surowości.
-Nie możemy zabić wojowników Fortisa, ale być może istnieje sposób, by jakoś powstrzymać ich natarcie. Tak długo, jak długo będzie to możliwe- odpowiedział Amir, który od wczorajszego wieczora zastanawiał się nad tym długo. Jeśli on miał w tym czasie pojedynkować się z Fortisem i jeśli miał jakiekolwiek szanse aby go pokonać, nie mógł dopuścić, by jego armia plądrowała w tym czasie miasto i mordowała poddanych. Trzeba było jak najdłużej trzymać ją poza granicami miasta.
-Powstrzymać? W jakim celu?- dopytywał Manus, marszcząc brwi.- To, o czym mi mówiono, brzmiało jak coś absolutnie niemożliwego do opanowania, jak coś nieuniknionego… Właściwie, brzmiało jak zapowiedź końca świata.
-Zwycięstwo Fortisa będzie końcem świata- powiedział Amir z pełnym przekonaniem.- Tego świata, który wszyscy znamy. Jego armia musi zostać powstrzymana. Ja będę w tym czasie w zupełnie innym miejscu.- generał spojrzał na niego bez zrozumienia.- Wiesz dobrze, że nie wahałbym się walczyć u boku twoich żołnierzy, gdybym nie miał do wykonania innego zadania. Mógłbym ci wiele wyjaśnić, ale nie wiem, czy każde kolejne moje słowo sprawiałoby, że więcej byś rozumiał, czy wprost przeciwnie, coraz bardziej podejrzewałbyś mnie o szaleństwo. Zadaniem naszej armii będzie zatrzymanie oddziału Fortisa tak długo, jak to tylko możliwe.
-Nawet nie wiemy, gdzie zaatakuje. Gdzie mam rozstawić swoje oddziały?
-To akurat wiemy. Portal znajduje się w lesie, podejrzewam więc, że stamtąd wyjdzie jego armia. Potomkowie wilków będą pierwszymi, którzy się z nią zmierzą, ale…
-… ale masz dość oczywiste podstawy, by przypuszczać, że nie oprą się długo natarciu- dopowiedział Manus, skinąwszy ze zrozumieniem głową.
-Tak- potwierdził cicho Amir.- Ale nie będą walczyć sami. Nie mamy wiele czasu, ale do wieczora chcę znać twoją strategię, generale. Część naszych oddziałów z pewnością do nich dołączy.
Manus przez długą chwilę milczał, zastanawiając się najwyraźniej nad usłyszanymi chwilę wcześniej słowami. Wreszcie zaczął powoli:
-Przeciwko czemu właściwie walczymy…? Jaki jest cel tej wojny, poza obroną…? Jak cel ma ten, który nas atakuje? Żołnierz nie powinien pytać i wcale nie musi znać odpowiedzi, ale ja chciałbym wiedzieć. Nie chodzi przecież o zdobycie ziem czy majątek, więc o co?
-O pewną ideę.
-Ideę?- zdumiał się Manus.
Amir skinął głową.
-Najbardziej szaloną i naiwną, jaka kiedykolwiek istniała…- szepnął.
Miał czas, by rozważyć tą kwestię. Zastanowić się nad tym wszystkim, co czynił Fortis, jeszcze pod postacią przywódcy plemienia potomków wilków. Nie dążył przecież wtedy do wojny. Może właśnie dlatego, że tym razem nie obrał sobie za celu ludzi. Właściwie, choć w obliczu tego wszystkiego, co wydarzyło się później, brzmiało to zupełnie niewiarygodnie, jego działania zmieniły mentalność potomków wilków i zmniejszyły ich wrogość względem ludzi. Przyniosły coś dobrego i z pewnością czynione były z taką intencją. Paradoksalnie, Fortis realizował powoli cel, jaki przyświecał mu przez cały ten czas. Miał wpływ na tych, którzy darzyli go szacunkiem, wpływ na ich ocenę świata, ich zachowanie, na podejmowane przez nich wybory… Ale ta powolna zmiana mu nie wystarczyła. Chciał czegoś innego. Krwawej rewolucji, która miała przekształcić istniejące społeczeństwo i zaprowadzić „porządek”. I w tej idei nie tkwiło nic, poza szaleństwem i naiwnością właśnie.
-Wiemy, co zamierza…?- zapytał generał.
-Zamierza pokonać swoich przeciwników nim nadejdzie zmierzch- odparł Amir.- Jego armia zamorduje każdego, ktokolwiek stanie na jej drodze. Jeśli dobrze zrozumiałem jego słowa, nie zaatakuje tych, którzy uznają jego zwycięstwo i odstąpią od walki.
-Słyszałem, wasza wysokość, że kazałeś przygotować schrony, aby umieścić tam ludność…- odparł Manus, patrząc na władcę z uwagą.
Amir skinął głową.
-Nie mam najmniejszych podstaw by wierzyć w jego słowa. Zamierzam przygotować do tego miasto tak, jak do każdej innej wojny.
-Oczekujesz, że obywatele włączą się do walki…?- dopytał głównodowodzący.- Mam oddziały profesjonalnej armii… Mam też rekrutów… Oprócz tego wielu zgłasza się do wojska od rana, licząc, iż w ten sposób będą mieć większe szanse na obronę… Lud spodziewa się wojny totalnej, choć nie wie, skąd oczekiwać ataku, a jakby tego było mało, uważa, że ostatnie wydarzenia są znakiem, iż bogowie nam nie sprzyjają. Sądzisz, że powinienem powiedzieć tym, którzy będą stali u mojego boku, z czym dokładnie przyszło im się mierzyć…?
-To twoi wojownicy, generale- odpowiedział Amir.
-Ale twoje wojsko, wasza wysokość.
-Znasz tych ludzi znacznie lepiej ode mnie, sam wiesz jak należy postąpić. Powiedz im tyle, ile muszą wiedzieć, by stawić temu czoła i być w stanie walczyć.
Manus zbliżył się do niego o kilka kroków.
-Amirze…- zwrócił się do niego cicho. Dopiero teraz, w jego głosie dało wyczuć się nutę niepokoju.- Znam cię od lat i nie podejrzewałbym cię nigdy o narażanie królestwa na szkodę, dlatego muszę mieć pewność… Czy naprawdę wierzysz, że z tym właśnie mamy do czynienia…? Musisz zdawać sobie sprawę z tego, że brzmi to zupełnie nieprawdopodobnie… Ostatnie dni wszystkich nas napawają grozą i niepewnością, a tego rodzaju tłumaczenia tych wszystkich zjawisk nie ułatwiają zrozumienia… Jesteś królem i mam w obowiązku spełnić twój rozkaz bez względu na wszystkie okoliczności, ale muszę wiedzieć, czy masz pełne przekonanie, że to, czego się spodziewasz, rzeczywiście nastąpi.
Amir skinął głową.
-Tak. Jestem tego całkowicie pewien.
To wystarczało generałowi w zupełności.
Pożegnał się krótko z Manusem i razem z nim opuścił pomieszczenie. Rozdzielili się przy schodach. Władca skierował swojej kroki do mniejszej sali narad. Wszedł do środka. Wewnątrz czekali już na niego członkowie rady, w wyjątkowo nielicznym składzie. Oprócz Fryderyka i Golvana, stawiło się jedynie czterech arystokratów. Amir stanął na środku, wodząc wzrokiem po twarzach obecnych. Fryderyk wyglądał na znacznie mniej pewnego siebie niż zwykle, Golvan tak, jakby nie bardzo wiedział, co się wokół niego dzieje, pozostali mężczyźni sprawiali wrażenie pełnych obaw czy niepokoju, choć jeden z nich zdawał się być całą sytuacją niemal poirytowany i cały czas mamrotał pod nosem gniewne uwagi.
-Witajcie…- odezwał się Amir.- Chyba wszyscy zdajecie sobie sprawę z tego, że to nie jest najlepszy czas na dyskusje…? Choć domyślam się, że nie z tego względu jest was dziś tutaj tak wielu…- zakpił.
Fryderyk odkaszlnął kilkukrotnie.
-Wielce ubolewamy nad stratą członka rady i naszego drogiego przyjaciela, który zginął minionej nocy…- odezwał się w końcu.- Ale… Cóż, przykro mi to stwierdzić, szanowny Amirze, ale spora część rady szczerze się przeraziła słysząc te wieści, które im przekazaliśmy… Opuścili ziemie, w popłochu udali się do innych królestw. Mam nadzieję, że są świadomi tego, iż ktokolwiek opuszcza królestwo w stanie wojny, z tchórzostwa czy jakichkolwiek innych pobudek, traci cały pozostawiony tu majątek…- dodał i już ta wypowiedź nie pozostawiła cienia wątpliwości co do jego własnego „heroizmu”.
Pozostali arystokraci natychmiast pokiwali głowami, gorliwie potwierdzając słowa przewodniczącego.
-To nie jest odpowiedni czas na realizowanie swoich interesów…- mruknął niechętnie Amir.- Czy lud również ucieka?
-Lud wie niewiele- odpowiedział piskliwie Fryderyk.- Jest przerażony, bo zbliża się wojna, ale nie ma pojęcia kto jest przeciwnikiem i z której strony spodziewać się ataku… Nie wie więc, dokąd umknąć. Paru bardziej zorientowanych i bogatych mieszczan wyniosło się śladem naszych dawnych druhów, ale pozostała ludność nie ma czasu ani możliwości, by dokonać tego samego.
-Po co ta narada…?- zapytał szorstko Amir.- Doskonale wiecie, co się dzieje. Powinniście też wiedzieć, że nie mamy wiele czasu.
-Spokojnie, szanowny Amirze!- odparł natychmiast przewodniczący.- Dyskusja jest zbawienna, dyskusja może nam pomóc… A my… Cóż, nie ukrywam, że chcielibyśmy zadać ci parę pytań…
Amir również nie ukrywał, że tego się właśnie domyślał.
-Pytajcie więc.
-Powiedz nam coś więcej o tym, z którym się mierzymy…- odezwał się ten z arystokratów, który sprawiał wrażenie rozdrażnionego.
Amir odetchnął głęboko.
-To Fortis. On…
-Ten z legendy…?- przerwał mu jegomość.
Władca spojrzał na niego z irytacją.
-Tak- potwierdził chłodno.- Dokładnie ten sam. Już mówiłem.
-Zechciej nam jednak przypomnieć, szanowny Amirze…- wtrącił się Fryderyk.- Jak to się stało, że powrócił…?
-Nie sądzę, aby ta wiedza mogła wam w czymkolwiek pomóc, ale jeśli rzeczywiście chcecie wiedzieć… Nie powrócił. Był tu przez cały czas, tylko pod innymi postaciami. Ostatnim razem przejął ciało Canisa.
-Kogo…?- burknął tamten arystokrata.
-Przywódca potomków wilków- wyjaśnił szeptem Golvan.
-Ach, tak…
-Wiem, że wielu z was wciąż nie wierzy w moje słowa i jesteście tu tylko dlatego, że czujecie lęk i nie potraficie wytłumaczyć sobie tego wszystkiego w racjonalny sposób…- spojrzał na trzech spośród szlachciców, którzy nie potrafili opanować emocji i naprawdę sprawiali wrażenie, jakby byli na skraju wytrzymałości nerwowej.- Jestem jednak pewien tych słów i tego, co nas czeka.
-A więc znowu wojna…?- jęknął Golvan.
-Z tymi psami- dodał ponuro siedzący przy nim jegomość.
-Tymi, których, nie wypominając, broniłeś, wasza wysokość…- dodał pierwszy z mężczyzn.
-Potomkowie wilków nie mają z tym nic wspólnego- odparł stanowczo Amir.
-Nic!- prychnął tamten arystokrata.- Poza tym, że ich dawny przywódca zamierza stanąć na ich czele i wybić wszystkich ludzi!
Te słowa wzbudziły pełne napięcia i lęku komentarze.
-Tak się nie stanie!- przerwał je Amir, odpowiadając głośno na słowa mężczyzny.- Przed wiekami, Fortis wybrał nas na swojego głównego wroga…- wyjaśnił, siląc się na cierpliwość, której coraz bardziej mu brakowało.- Teraz jednak, sytuacja uległa zmianie. Potomkowie wilków są tak samo zagrożeni, jak i my. Będziemy walczyć wspólnie.
-Ta, ciekawe…
-Czy to już ustalone, panie?- wtrącił Golvan.
-Jestem pewien ich decyzji- odparł władca.
-Jednak, szanowny Amirze…- odezwał się Fryderyk, uciszając gestem dłoni rozmawiających za nim po cichu mężczyzn.- Chociażby zważywszy na ich powiązania, powinniśmy zachować pewnego rodzaju ostrożność, czyż nie…? Z twoich słów wszak wynika, że to nikt inny, jak sam Fortis przewodził im w ostatnim czasie… Słuchali go… Jak więc rozumieć słowa twego wuja, który twierdził, że Canis leczy swych braci z nienawiści do nas i dąży do pojednania…? Jak rozumieć ich gest podczas koronacji…? Wybacz Amirze, ale wszystko zaczyna nabierać zgoła odmiennego sensu…
-Dążysz do jakichś konkretnych wniosków, Fryderyku?- wycedził przez zęby Amir.
-Ależ skąd, szanowny Amirze, ja tylko…
-Więc przestań bredzić!- warknął niepohamowanie mężczyzna.
-Szanowny Amirze!- przewodniczący obruszył się wyraźnie.- Twierdzę jedynie, że nie należy traktować ich jako sojuszników, a przynajmniej nie darzyć ich pełnią zaufania…
-A ja twierdzę, że wojna z kimś, kto dysponuje tak potężną mocą, nie jest odpowiednim momentem do szukania sobie wrogów… Widać okoliczności dobrze na ciebie działają, Fryderyku, bo jeszcze wczorajszego dnia, gdy niebo było bardziej niespokojne, nie odstępowałeś mnie na krok i wyczekiwałeś każdego kolejnego słowa czy polecenia…- zakpił władca.
-Cóż to właściwie za potężna moc?- wtrącił tamten jegomość.
Amir spojrzał w jego kierunku.
-Wszyscy mogliście już ją odczuć i zobaczyć jej skutki- odparł.- Wystarczy wspomnieć ubiegłą noc i tamtą katastrofę.
Arystokrata parsknął śmiechem.
-I ten czub wysyła na nas pięćdziesiąt psów…?- prychnął z niedowierzaniem i pogardą.- Przecież może nas zdmuchnąć z powierzchni ziemi! Po co to robi?!
-Bo chce swojej świętej wojny.
-Idźmy na ugodę!- zawołał Golvan.
Amir skierował na niego absolutnie zdumione spojrzenie.
-Że co…?
-Zaproponujmy mu coś… Ziemie… Złoto… Daniny…- mówił takim tonem, jak gdyby wpadła mu właśnie do głowy jakaś wielce odkrywcza, przełomowa i rozwiązująca wszelkie problemy, idea.
-Słyszałeś w ogóle o czym mówiłem…?- mruknął Amir, coraz bardziej poirytowany.
-Zapytajmy go, czego chce!
-Wiemy, czego chce!- warknął Amir.
-Ja nie wiem!- wtrącił sąsiad Golvana.
-Chce rządzić zastępem prawych i szlachetnych istot…- odparł Amir, wzdychając cicho.- Ludzi czy potomków wilków, nie czyni mu to różnicy…
-Spróbujmy go więc przekonać do naszych racji!- rzucił znów Golvan, nie dając za wygraną.
-To nie negocjacje!- skarcił go gniewnie Amir.- Wypowiedziano nam wojnę! Fortis nie jest kimś racjonalnym. Jest kimś racjonalizującym swoją szaloną ideę. Z tym się właśnie mierzymy. Z czystym szaleństwem.
Na sali zapadło milczenie i trwało przez kilka minut, nim wreszcie Golvan odezwał się po raz kolejny, ze swym ostatnim przemyśleniem:
-Więc po cóż w ogóle walczyć…?
-Otóż to!- zawołał nagle jeden z tych arystokratów, którzy wcześniej byli spłoszeni i cisi.- Poddajmy się i prośmy o łaskawe traktowanie! Przykro mi, królu, ale jakie mamy szanse, by wygrać z kimś takim…?
-Marne…- odparł szorstko Amir, kierując na niego ostre spojrzenie.- Ale walka to jedyny sprzeciw, na jaki w tych okolicznościach możemy sobie pozwolić. Chyba, że macie inne plany. W takim razie, proszę bardzo!- zakpił.- Poddajcie się i starajcie z nim ugodzić, pozwólcie mu zaprowadzić „porządek” w naszej ojczyźnie bez słowa protestu, tyle że… Może źle was oceniam, ale zdaję się, że żaden z was nie cechuje się szczególną szlachetnością… Zapewniam, że nie chodzi o urodzenie… czy mężnością, więc naprawdę wątpię, byście podczas jego rządów, pożyli długo… Więc jak?
Wymowne milczenie członków rady było dla Amira znakiem, że jego ostatni argument do nich trafił. A ponadto zakończył tę i tak nazbyt jałową i długą dyskusję. Mężczyzna nie marnował więcej czasu. Ogłosił swoje postanowienia i oddelegował doradców, przypisując im konkretne zadania. Sam wraz z Fryderykiem udał się do miasta, w celu obejrzenia schronów i omówienia strategii w tym aspekcie. Niestety, wejście do największego z nich, znajdowało się w tej części królestwa, które dotknięte zostało przez poprzednie działania demona. Było więc, zawalone. Pierwszy z tuneli, mogący pomieścić około pięćset osób, znajdował się po drugiej stronie zamku, kilkadziesiąt metrów od niego. Dwa pozostałe, były znacznie mniejsze, na około dwieście osób. Amir kazał zatrzymać karocę przy tym zlokalizowanym w pobliżu lasu. Wiedział już dokładnie, co ma czynić. Nakazał dwóm z grupy strażników, którzy im towarzyszyli, pojechać do potomków wilków. Po chwili wrócił do stojącego kawałek dalej Fryderyka. Widział, jak ludzie mieszkający w pobliskich domach, wychodzą z nich i patrzą w jego stronę z niepewnością i przestrachem. Widział w ich oczach dokładnie to, co sam czuł. Panikę. Bezradność. Nadzieję. Starał się trzymać nerwy na wodzy i nie pozwolić, by choćby jedna jego myśl powędrowała do dnia, w którym miał zmierzyć się z Fortisem. Ilekroć bowiem sobie to wyobrażał, coś ściskało go boleśnie za serce i napawało potwornym przerażeniem. Nie przerażało go samo starcie, ale… Jego wynik. Śmierć. Nie chciał myśleć o swojej śmierci, choć czuł, że jest tak blisko, jak jeszcze nigdy wcześniej, że już nie będzie w stanie od niej umknąć.
-Odblokowanie wejścia do największego nie jest niemożliwe, ale zajmie dużo czasu, no i potrzeba ludzi…- mówił Fryderyk, patrząc na władcę z uwagą.
-Nie mamy ani jednego, ani drugiego- odparł cicho Amir, wyrywając się z zamyślenia.
-Rozsądziłeś już…?
Władca spojrzał na przewodniczącego rady z uwagą. Zastanawiał się jeszcze przez chwilę, po czym skinął głową.
-Tak- powiedział, odzyskując pewność w głosie.- Mój bratanek trafi do schronu najbliżej królestwa. Wraz z tą młodą dziewczyną, która się nim opiekuje. Tam też będzie dwadzieścia pięć miejsc dla członków waszych rodzin.
-Dwa…- Fryderyk niemalże się zapowietrzył. Spojrzał na władcę z niedowierzaniem.- Szanowny Amirze!- rzucił, oburzony.- To stanowczo za mało!
-Wystarczająco- uciął mężczyzna.- Niewielu was zostało.
-Ale mamy liczne rodziny!
-Do schronów wprowadzani będą jedynie ci, którzy są słabi lub niezdolni do walki. Dzieci, kobiety, starcy i kaleki…
-Ale ja mam również syna w kwiecie wieku!- wykrzyknął Fryderyk i chyba po raz pierwszy Amir słyszał w jego głosie coś podobnego – szczerą troskę.- Szanowny Amirze, przecież oddałem ci do dyspozycji swoją armię…
-Wprowadź do schronu kogo zechcesz- odparł cicho władca, doskonale rozumiejąc jego emocje. Nie mógł jednak postąpić inaczej.- Ale będziesz musiał podzielić się  miejscami z pozostałymi członkami rady…
-A my sami?!- zapytał Fryderyk, z chwili na chwilę coraz bardziej przerażony.- A co z nami, panie…?
-Co masz na myśli…?- nie rozumiał Amir.
-Czy my, twoi doradcy, nie zasługujemy na schronienie…?
Władca uśmiechnął się z nutką gorzkiego rozbawienia.
-Nie, Fryderyku- odpowiedział po chwili.- Ty będziesz walczył. Jak na mężczyznę przystało.
-A… Ale… Ale… Sza… Panie…- przewodniczący rady błąkał się wyraźnie, nie wiedząc już, co mówi.- Przecież jeśli coś ci się stanie… Jeśli coś ci się stanie, ktoś musi zająć się królestwem! Ktoś kompetentny… Ktoś, kto zna się na rzeczy, musi przeżyć…
-Jeśli ja zginę, ty również nie pozostaniesz przy życiu długo. Wydaje mi się, że już wyjaśniliśmy tę kwestię.
-Tak, ale… Ja… Ja nie umiem… Przecież oni mnie stratują!
-Więc czekaj w swojej posiadłości- odpowiedział Amir, choć miał świadomość tego, że wiele z terenów, którymi władał Fryderyk, znajdowało się właśnie w pobliżu lasu.- Albo sam ukryj się w schronie, o ile nie będzie ci wstyd siedzieć pomiędzy kobietami… I o ile będziesz w stanie odebrać miejsce komuś ze swojej rodziny…- przewodniczący pobladł wyraźnie. Przełknął ślinę. Poruszył nerwowo krótkimi nogami, zupełnie rozbity i wytrącony z równowagi. Zdawało się, że miał absolutną pewność, iż Amir zagwarantuje jemu i całej jego rodzinie schronienie.- Przykro mi, Fryderyku. Muszę podzielić dostępne miejsca najbardziej sprawiedliwie, jak to tylko możliwe, choć bardzo wątpię, by w przypadku porażki, było coś jeszcze do uratowania…- westchnął cicho, kierując wzrok ku patrzącym w jego stronę, stojącym w oddali wieśniakom.- Dwadzieścia pięć miejsc przypadnie rodzinom dowódców i generała. Wypełnicie schrony prowiantem. Tyle, by starczyło go na kilka dni, nie sądzę, by Fortis pomylił się w swojej ocenie… Wyznaczę urzędników. Ci będą odczytywać rodziny ze spisu. Przy pierwszym schronie od przodu, przy drugim od środka, tutaj, od końca… Każda rodzina wybierze jednego z jej członków. Jeśli będzie to niemowlę lub małe dziecko, może z nim wejść również jego matka lub ktokolwiek inny, wskazany przez rodzinę. Łącznie będzie to osiemset miejsc dla obywateli.
-Tak… Tak, tak…- wymamrotał jedynie Fryderyk, wciąż mocno zdezorientowany. Dopiero po chwili zreflektował się i spojrzał na Amira ze zdumieniem.- Osiemset…? Coś jest nie tak, wydaje mi się, że…
W tym momencie, wysłani przez Amira do lasu gońcy powrócili. Obaj, wraz z pasażerami. Zatrzymali konie nieopodal. Nadim zeskoczył z jednego z nich. Podszedł do Elnira, który przyjechał z drugim strażnikiem. Ten już pomagał mu stanąć na nogi. Potomek wilków nie sprawiał wrażenia zadowolonego z tego faktu. Wreszcie wyprostował się, podparł na swym kiju i dumnym, choć kulawym krokiem, ruszył w stronę Amira. Wzrok władcy machinalnie powędrował w stronę kochanka. Na wargach Nadima wymalował się łagodny, ledwie zauważalny uśmiech. Amir odpowiedział mu tym samym. Tyle im teraz pozostało. Te uśmiechy i płochliwe spojrzenia, za którymi skrywały się wszystkie obawy i świadomość zbliżającej się katastrofy.
-Czego chcesz, człowieku?- zapytał Elnir, swoim zwyczajowo przyjaznym tonem.- Może nie zdajesz sobie sprawy, ale mamy ręce pełne roboty i raczej nie próżnujemy, w przeciwieństwie do niektórych, nie mamy się kim wyręczać, więc…
-Przygotuj do jutra pięćdziesiąt swych braci lub sióstr- przerwał mu Amir. Elnir wbił w niego podejrzliwe spojrzenie.- Dzieci, kobiety i tych, którzy są zbyt ranni, by walczyć… Sprowadź ich tutaj. Zostaną w schronie.
-Co takiego…?- Elnir zdumiał się wyraźnie.
-Dziękujemy…- odparł natychmiast Nadim.- To naprawdę…
-Zaraz, zaraz, szanowny Amirze!- wykrzyknął głośno Fryderyk. Władca spojrzał w jego stronę. Przewodniczący rady podszedł do niego blisko.- Ja rozumiem, że to nasi sojusznicy, ale… Nie pomieścimy tu całej naszej ludności, a co dopiero ich… Pięćdziesiąt miejsc…?
-To niewiele w porównaniu z tym, co przypadnie mieszkańcom miasta- odparł jedynie Amir.- Starałem się rozdzielić miejsca według pewnych proporcji…
-Można by tak mówić w każdej innej sytuacji, ale teraz…? Każde jedno miejsce to potencjalnie jedno ocalone życie twojego obywatela! Nie zapomniałeś, komu przysięgałeś służyć…?
-Podjąłem decyzję, Fryderyku- stwierdził władca z chłodem i stanowczością, widząc, że Elnir zaczyna się coraz bardziej denerwować tą wymianą zdań.
-Miałeś chronić mieszkańców tych ziem!
-To właśnie czynię.
-Cóż, szanowny Amirze… Oni są tutaj raczej ledwie niechcianymi gośćmi, którzy w dodatku…
-Co takiego?!- warknął gniewnie Elnir, nie wytrzymując i podchodząc bliżej Fryderyka, który pisnął cicho, chowając się za władcą.
Amir odsunął się jednak, starając jednocześnie opanować sytuację, wyjaśniając znowu, że to jego decyzja, ale chyba zupełnie nikt go nie słuchał.
-My tu jesteśmy niechcianymi gośćmi?! Byliśmy tu znacznie przed wami! To wy okupujecie nasze ziemie od wieków!
-Cóż, szanowny panie…- odkaszlnął Fryderyk, wyraźnie odczuwając dyskomfort z powodu tak bliskiego kontaktu z przedstawicielem rasy potomków wilków i to nie nastawionym względem niego zbyt pozytywnie.- Zdobyliśmy te ziemie… Nie udało się wam ich obronić… Minęło już tyle czasu, a my zajmujemy większość kontynentu… Właściwie cały kontynent, nie licząc waszej garstki, więc…
-Została nas garstka na skutek waszych działań! Mordowaliście nas przez stulecia i najwyraźniej jesteście z tego powodu dumni! Ale nazywajcie sprawy po imieniu! Nie jesteście zdobywcami, a mordercami właśnie!
-Wy również nie macie najczystszego sumienia…
-Obrona przed zbrodnią to nie zbrodnia!
-A przyzwanie demona, szanowny panie…?
-Tego, w którego nie wierzyłeś…? Oczywiście wy, wielcy ludzie, panowie świata! Nie widzicie niczego, nawet jeśli podsunie wam się to prosto pod nos!
-Tak czy inaczej, czyż nie jest to zbrodnia…?
-Na pewno nie przeciwko wam! To nasza rasa najwięcej wycierpiała podczas rządów Fortisa! A wy przybyliście na moment i wykonaliście najmniej wymagające wysiłku zadanie, tylko po to, by następnie pysznić się tym przez wieki i traktować jako triumf na „psach”!
-Czy ten, który nam teraz zagraża, nie był waszym przywódcą…?
-Co to niby ma znaczyć?!
-Nic, szanowny panie, dziwi mnie jedynie, jak mogliście nie rozpoznać wroga we własnych szeregach…
-Masz szczęście, że nie jesteś większy od niektórych z naszych dzieci, bo już byś oberwał!
-DOŚĆ!- wrzasnął Amir, mając już dość tego zgiełku. Fryderyk i Elnir spojrzeli na niego w dokładnie tej samej chwili.- Ja jestem królem- warknął, patrząc na niższego mężczyznę.- Powinieneś o tym pamiętać. Ja podejmuję decyzje. I już zdecydowałem. Mają takie samo prawo by tu być, jak pozostali mieszkańcy. Ich życia są równie wiele warte. Zjednoczyliśmy się przed wiekami w walce z demonem, zrobimy to i teraz albo przegramy, nie chcę słuchać więcej żadnych pretensji… Wybierz kobiety i dzieci i przyprowadź je tu jutro- zwrócił się do Elnira.
-Zbytek łaski!- prychnął donośnie potomek wilków.- Nasze kobiety i dzieci mogą walczyć, w przeciwieństwie do większości waszych mężczyzn…- zakpił, uśmiechając się złośliwie i patrząc znacząco w kierunku Fryderyka.- Nie potrzebujemy cholernej pomocy…
Amir podszedł do niego.
-Przestań myśleć w taki sposób, to naprawdę nie jest najlepszy moment na obrażanie się i ograniczenia… Nie robię ci łaski, a daję szansę przeżycia przynajmniej części z twoich współbraci. Szansę, jakiej wielu z nich nie będzie miało, bo to wy spotkacie się z oddziałem Fortisa jako pierwsi… Nie zostawię was bez wsparcia, ale wiesz tak samo dobrze jak i ja, że wielu z was może tego nie przetrwać…
Jego słowa najwyraźniej dotarły do Elnira. Potomek wilków skinął głową.
-Masz rację, człowieku…- zreflektował się po chwili. Nadim szturchnął go w bok.- Dziękuję…- wymamrotał Elnir, choć zdawało się, że słowo to ledwie przeszło mu przez usta.
-Zbytek łaski- odparł uszczypliwie Amir.
Elnir parsknął cicho.
Amir nakazał strażnikom odwieźć ich z powrotem w stronę lasu. Elnir z niemałym trudem, władował się z powrotem na grzbiet jednego ze zwierząt. Amir zatrzymał się przy nim, jeszcze raz instruując go i mówiąc, co dokładnie ma uczynić, kiedy i gdzie mają stawić się potomkowie wilków. Poczuł dłoń na swoim ramieniu. Odwrócił się w stronę stojącego obok Nadima.
-Kiedy przyjedziesz…?- szepnął potomek wilków, patrząc na niego z uwagą.
-Jutro. Z samego rana- odpowiedział cicho.
Dłoń Nadima zsunęła się na jego przedramię, a następnie jeszcze niżej, by wreszcie zacisnąć się na jego dłoni. Amir doskonale znał towarzyszące mu emocje. Wyczuwał jego tęsknotę i zdenerwowanie. Chciałby być przy nim już teraz, ale było jeszcze tyle do zrobienia… Potomek wilków odsunął się od niego i wsiadł na konia. Władca uśmiechnął się do niego na pożegnanie. Kochanek odpowiedział mu tym samym, a moment później odjechali.

Amir nadzorował wszystkie przygotowania, rozdzielał zadania, wysyłał gońców w różne części miasta, starając się na bieżąco uzyskiwać wieści od urzędników, arystokratów, służących i dowódców, a także udzielać im niezbędnych informacji i rozstrzygać sporne kwestie. W międzyczasie, konsultował się w sprawie strategii, obecnych działań, ustalał z jakich magazynów przenosić zapasy, jaką dokładnie liczbę żywności lokować w schronach, musiał ustalić, co z resztą ludności, z tymi, którzy są niezdolni do walki, ale nie dostaną schronienia, utworzyć w pobliżu miejsca spodziewanego ataku kilka punktów, w których mieli znajdować się medycy i gdzie mieli trafiać ranni. Musiał wszystko kontrolować, wszystko spamiętać, nad wszystkim panować, a zwłaszcza, nad samym sobą. Momentami zmęczenie brało w nim górę i na chwilę, ledwie kilka sekund, przystawał, zdezorientowany i ledwie przytomny, ale zaraz wracał do siebie i kontynuował. Działał tak, jakby rzeczywiście przyszło im się mierzyć ze zwykłym przeciwnikiem, którego mieli szansę i możliwości pokonać. Nie miał czasu na zastanawianie się, nie dawał sobie na nie czasu. Świadomość bezsilności i zbliżającej się coraz bardziej klęski, nie mogła przynieść niczego dobrego. Jedynie zniechęciłaby go i pozostawiła zupełnie bezradnym. Nie chciał być bezradny. Nawet, jeśli jego działania były abstrakcyjne, groteskowe, nawet, jeśli nie zmierzały do niczego, jak jedynie do tej potężnej, nieuniknionej katastrofy, nie zamierzał czuć się przegranym, nawet przez sekundę. Obywatele zostali poinformowani o wprowadzonym co do miejsc w schronach podziale i o tym, gdzie mają się stawić poszczególne rodziny. Władca wiedział, że prócz tego, do ludności zaczęły coraz liczniej przedostawać się różnego rodzaju plotki i pogłoski, niektóre mniej, inne bardziej zbliżone do prawdy. Pod wieczór, grupa najbliżej zamieszkałych mieszczan, zebrała się pod bramami zamku. Amir został o tym poinformowany. Wystarczyło mu jedynie zobaczyć tych ludzi, by zdać sobie sprawę z tego, że nie był to żaden zalążek buntu czy oporu, a te osoby pod pałac przygnał strach i niepewność co do własnych losów. Inni ludzie postępowali podobnie. Gromadzili się licznie w świątyniach albo przed nimi. Jedni się modlili, inni panikowali, jeszcze inni tą panikę podsycali. Gdy zapadł zmrok, żołnierze wyszli na ulice. W tym czasie to armia wzięła na siebie zachowanie porządku w królestwie. Dopiero wtedy ci, którzy przed bramą wołali wciąż króla, z nadzieją licząc na to, że ten do nich wyjdzie, spłoszyli się i odeszli.
Amir odbył ostatnią rozmowę z Manusem. Poczynili wspólnie wszelkie, najbardziej szczegółowe ustalenia. Generał opuścił zamek niedługo po północy.
Władca nie był w stanie zasnąć. Przez kilkadziesiąt minut błądził zamkowymi korytarzami, usiłując jak najdalej umknąć myślami od zbliżającego się starcia i oceny własnych szans. Wreszcie, zatrzymał się przy komnacie, w której znajdował się jego bratanek. Wszedł po cichu do środka. Pomieszczenie było puste. Już gdy przechodził tędy wcześniej zajrzał do wnętrza i zobaczył w nim tą młodą służkę, która spała na fotelu. Zbudził ją i nakazał wrócić do swoich komnat. Od ponownego pojawienia się Hatima, dziewczyna nie odpuszczała go na krok. Amir miał pewność, że przez ten niedługi czas, zajmie się nim najlepiej, jak to tylko możliwe.
Podszedł do kołyski. Oparł dłonie na jej brzegach, spoglądając na śpiące niemowlę. Stał przez chwilę w bezruchu, by wreszcie, motywowany jakimś nagłym przypływem emocji, wziąć dziecko na ręce i podnieść je. Maluch wybudził się ze snu. Zdezorientowany i nieco przerażony, zaczął płakać. Amir przytulił go do siebie, podchodząc do pobliskiego fotela i siadając na nim. Ułożył niemowlę na ręce, patrząc na nie z uwagą. Hatim kwilił jeszcze przez chwilę cicho, po czym, kołysany przez mężczyznę, uspokoił się zupełnie. Patrzył na Amira spod wpółprzymkniętych powiek. Mała dłoń wyciągnęła się w kierunku władcy i dotknęła końcówek jego włosów. Drobne palce poruszyły się tak, jakby chciały pochwycić jeden z kosmyków. Amir musnął wargami czoło bratanka. Nie potrafił nawet opisać radości i ulgi jaka wstąpiła w niego w momencie, gdy dowiedział się, że Hatimowi nic nie grozi, że jest cały i zdrowy. Spoglądał na malca z czułością. Wzbierało się w nim na raz tyle emocji i uczuć… Wiedział, że widzi go… że może go widzieć po raz ostatni. Bratanek był mu bardzo bliski. Amirowi zależało przede wszystkim na jego bezpieczeństwie. Nie wiedział czy w tych czasach i tych okolicznościach, ktokolwiek może rzeczywiście być bezpieczny, ale…
Poczuł łzy pod powiekami. Nawet nie wiedział w której chwili, kilka z nich spłynęło po jego policzku.
-Do licha…- odkaszlnął z trudem przez zaciśnięte gardło, nie odrywając wzroku od twarzy dziecka. Myśl, że mógłby nie zobaczyć już swojego bratanka, wzbudziła w nim bardzo duże emocje.- Cóż… Zapewne nie wiesz, co się teraz wokół ciebie dzieje…- zaczął, kierując swoje słowa do Hatima.- To znaczy… Na pewno nie wiesz… Ale przyszło ci się urodzić w bardzo dziwnych czasach i… Hm… Nie wiem jeszcze, jak to wszystko się potoczy. Jeśli źle to… Właściwie to i tak nie będziesz miał za kim tęsknić. Nawet nie będziesz mnie pamiętał, ale… Jestem pewien, że jakoś sobie poradzisz. Niezależnie od wszystkiego… Na pewno będziesz silny. Jak wszyscy w naszej rodzinie. I będziesz podejmował dobre decyzje… Jak twój ojciec…- mówił wciąż, nieco zduszonym głosem.- To chyba nasza rodzinna cecha… Na litość bogów, co ja bredzę…- wymamrotał pod nosem.
Mały Hatim wciąż patrzył na niego, wydając z siebie parę dźwięków, które brzmiały niczym: „ble, ble”.
Mężczyzna uśmiechnął się przez łzy.
-Tak…- stwierdził, zaciskając lekko palce na małej piąstce.- To zdecydowanie najlepsze określenie dla wszystkich tych bredni…
Zaczął głaskać delikatnie policzek malca patrząc, jak jego powieki stają się coraz bardziej ciężkie, aż wreszcie zamykają się zupełnie. Siedział z nim jeszcze przez chwilę, po czym wstał powoli i ostrożnie odłożył go z powrotem do kołyski.
Wrócił na swoje poprzednie miejsce. Usiadł na fotelu. Pochylił głowę, zasłaniając twarz dłońmi i przymknął powieki.
Jego koniec świata był coraz bliżej.

sobota, 20 lipca 2013

21. Johnny i mordercze myśli

Johnny siedział na swoim łóżku, czując się fatalnie. I to wcale nie dlatego, że Keith, jego Keith, właśnie brał na dole prysznic i przygotowywał się do wyjazdu, co prawda jedynie dwudniowego, ale, mimo wszystko, wyjazdu, na którym nie będzie szatyna, będzie za to ktoś, kogo zdecydowanie w pobliżu Keitha nie powinno być – Eric. Ten fakt również nie podnosił go na duchu. Johnny czuł się fatalnie pod względem fizycznym, a to nie zdarzało mu się często. Wszystko go bolało. Dosłownie wszystko, miał wrażenie, że jego ciało jest strasznie ociężałe i trudno było mu się zmusić do tego, by w końcu wstać i zrobić coś konkretnego. Najbardziej bolała go jednak głowa. Nie dość, że wciąż odczuwał skutki wczorajszej bójki z Erickiem, to jeszcze potwornie pulsowało mu w skroniach, co nie pozwalało się na niczym skoncentrować, ani nawet zebrać myśli. Drapało go w gardle. Odkaszlnął kilkakrotnie, ale nie udało mu się pozbyć tego odczucia, a wprost przeciwnie, sprawił, że się nasiliło. Wszystkie te objawy doprowadziły go do pewnego dość oczywistego wniosku – był chory. Johnny chorował rzadko i naprawdę nie znosił być w takim stanie.
W pokoju pojawił się Keith.
-Jeszcze nie jesteś gotowy…?- zapytał,ciągle zachrypniętym głosem, zatrzymując się na środku pomieszczenia i spoglądając na szatyna karcąco.
-Nie czuję się zbyt dobrze…- przyznał Johnny, mówiąc dokładnie w ten sam, chrypliwy sposób.
Brunet podszedł do niego bliżej i przyjrzał mu się z uwagą. Położył dłoń na jego czole, po czym westchnął cicho, zabierając rękę.
-Pewnie zaraziłeś się ode mnie. Przecież mówiłem ci, żebyś darował sobie zbytnie czułości…- zauważył z nutką irytacji, ale spojrzenie jakim obdarzył szatyna, było raczej pełne troski, niż zdenerwowania.- Dobrze, będę się już zbierał. A ty zostań tutaj i się kuruj, nie musisz mnie przecież odwozić…
-Co? Nie!- wykrzyknął szatyn, natychmiast czując przypływ energii i dosłownie zrywając się z łóżka. Niewiele brakowało, a poobijałby się jeszcze bardziej, bo zaplątał się w kołdrę i omal nie przewrócił, ale wreszcie stanął na równych nogach.- Nie ma mowy Keith, już się ubieram…
-Przecież nie musisz mnie odwozić- powtórzył raz jeszcze ciemnowłosy, tym razem bardziej stanowczo, ale Johnny nawet nie chciał o tym słyszeć. Stanął przed swoją szafą i otworzył ją na oścież, szybko przeglądając ubrania i, z dużo mniejszą uwagą niż zwykle, zastanawiał się, co wybrać.- Jesteś chory, a ja sobie poradzę.
-Nie zostawię cię bez pożegnania- upierał się szatyn, który chyba pobił właśnie swój prywatny rekord, odnajdując w tak szybkim czasie wszystkie niezbędne części garderoby. Co prawda, gdy obejrzał je raz jeszcze, zawahał się przez moment, dochodząc do wniosku, że nie było to szczególnie stylowe połączenie, ale już mniejsza z tym!
-Więc pożegnajmy się tutaj. Johnny czy ty mnie w ogóle słuchasz…? Wyjeżdżam na weekend, a nie na rok!
-Nie pozwolę, żebyś tachał się z bagażami po całym mieście- powiedział Johnny, przechodząc szybko do łazienki.
-Po pierwsze, nie z „bagażami” tylko z jednym plecakiem! A po drugie, nie będę się „tachał” i na pewno nie „po całym mieście”, bo zwyczajnie pójdę na przystanek i pojadę do szkoły autobusem, tak jak każdego dnia! Serio, Johnny, wychodzę…
-Nie!- półnagi szatyn wyjrzał z łazienki, spoglądając na Keitha błagalnie.- Daj mi dziesięć minutek… Chociaż w sumie, dwadzieścia. Dwadzieścia minut i będę na dole, przysięgam Keith.
-Johnny!- burknął chłopak.- Nie mam na to czasu! Muszę być na miejscu pół godziny przed odjazdem, zapomniałeś?!
-Dobrze… Dobrze, kwadrans. Kwadrans może być? Błagam, Keith… Przecież i tak będziemy tam szybciej, jeśli cię podwiozę!
Brunet westchnął ciężko i potarł skronie, kręcąc jednocześnie głową.
-Za dziesięć minut wychodzę- obwieścił jedynie, po czym zszedł na dół.
Johnny potraktował tę zapowiedź jako wyzwanie. Zatrzasnął drzwi i natychmiast wziął się w garść, zaczynając przebierać w zastraszającym wprost tempie, mało uważnie i mało rozważnie, co nie zdarzało mu się często. Ba, nie zdarzało mu się niemalże nigdy. Nie zamierzał jednak tracić ani jednej chwili, którą miałby spędzić z Keithem.
Zwłaszcza, że ten mógł się bardzo szybko znaleźć w towarzystwie osoby, co do której Johnny wciąż miał jedynie same wątpliwości, a żadnych odpowiedzi.

-Wiesz, że zwracasz na siebie sporą uwagę…?- odkaszlnął cicho Keith, najwyraźniej nieco tym faktem skrępowany.- Jeszcze większą, niż gdybyś wcale ich nie zakładał…
Johnny bowiem paradował w po szkolnym parkingu, z ciemnymi, przeciwsłonecznymi okularami na nosie, czym rzeczywiście wzbudzał niemałe zaciekawienie. Zapewne między innymi dlatego, że niebo było pochmurne i zaczynało już kropić. Szatyn do zainteresowania był jednak przyzwyczajony, był nim nawet zachwycony, o ile, rzecz jasna, było to zainteresowanie pozytywne. Nie mógł się przecież pokazać w swoim obecnym, tragicznym stanie! Był zaskoczony ilością ludzi gromadzących się nieopodal autobusu. Z tego co słyszał, z ich szkoły miało jechać jedynie pięć osób. Wyglądało na to, że odjeżdżali stąd przedstawiciele z całego miasta. Johnny uśmiechał się szeroko do tych, którzy spoglądali w jego kierunku, czując się, a zapewne również wyglądając, niczym gwiazda rocka, sławny aktor albo przynajmniej powszechnie rozpoznawany celebryta.
… Albo ktoś, kto usiłował ukryć przed światem całkiem pokaźne limo, ale nie wchodźmy w szczegóły! I tak, siniak rozpościerał się aż do policzka, więc zapewne wiele osób domyśliło się w czym rzecz, ale nie zmieniało to faktu, że w okularach wyglądał znacznie lepiej niż bez nich, ze swoim opuchniętym, śmiesznie małym i nieproporcjonalnym okiem. Johnny zdecydowanie nie mógł sobie pozwalać na tego rodzaju niedoskonałości!
Keith chyba czuł się nieco przytłoczony tym, że przyciągali naprawdę masę spojrzeń. Szybko czmychnął w stronę autokaru i stojących przy nim nauczycieli. Johnny czekał na niego spory kawałek dalej, bo dostrzegł w pobliżu panią Stevens, a po tym, co wydarzyło się wczoraj, wolał nie rzucać jej się w oczy… za bardzo. Przy okazji, przyglądał się kolejnym przechodzącym obok osobom, usiłując wypatrzeć w tłumie twarz tego, którego bardzo nie chciał tutaj widzieć – Erica. Póki co, nigdzie go nie dostrzegł. Może blondyn zrezygnował…? Może poszedł po rozum do głowy i postanowił nie olewać swoich kumpli z drużyny tylko wziąć udział w ćwierćfinałach…? Albo spłoszył się po wczorajszej „rozmowie” z Johnnym, co było nieco mniej prawdopodobną, ale przecież nie niemożliwą wersją. Szatyn miał nadzieję, że tak właśnie było, ale szczerze mówiąc, z każdą kolejną minutą stresował się coraz bardziej. Zaczynał odczuwać to, co za każdym razem, gdy myślał o Keithie i Ericu razem – absolutną panikę. Nadal, co prawda, nie miał pojęcia, z jakiego powodu Eric miałby powiedzieć chłopakowi prawdę o wyzwaniu, automatycznie je przegrywając. To zdecydowanie nie było w jego stylu. Chociaż z drugiej strony to, co robił ostatnimi czasy, też takie nie było. Eric zawsze był chamski, wredny, zwłaszcza dla Johnny’ego, ale do miana totalnego dupka trochę jednak mu brakowało… Dopóki nie zaczął wtrącać się w sprawy Benny’ego i Maicy, mieszać, mącić i prowadzić jakieś dziwne gierki. To właśnie napawało szatyna największą obawą – fakt, że blondyn był zupełnie nieprzewidywalny.
Keith podszedł do niego, już bez plecaka, który pewnie umieścił wśród bagaży. Widząc go, Johnny przywołał na twarz, dość niemrawy jednak, uśmiech.
-No to… powodzenia- powiedział cicho. Chciałby powiedzieć Keithowi znacznie więcej. Chciałby mu powiedzieć, że się boi, nie, że jest diabelnie przerażony, bo wszystko może zaraz się skończyć. Przez Erica. I przez niego samego, bo był takim strasznym durniem, że dał się w to wszystko wmanewrować! Chciałby mu powiedzieć, że go okłamał, że czuje się z tym źle, że chodziło o wyzwanie, ale przecież teraz jest już inaczej… Ale wiedział, że było już za późno na podobne tłumaczenia. Bo gdyby rzeczywiście powiedział chłopakowi o tym wszystkim, Eric i jego gierki nie byłyby mu już straszne. Sam zniszczyłby to, na czym przecież tak bardzo mu zależało.
-Mam jeszcze piętnaście minut, spokojnie- zaśmiał się chrypliwie Keith.- Ale skoro już jesteśmy przy życzeniach, to baw się dobrze… Chociaż…- chłopak zawahał się przez chwilę, mierząc szatyna uważnym spojrzeniem.- Chociaż lepiej po prostu zdrowiej. I uważaj na schody- zażartował, uśmiechając się z rozbawieniem.
Johnny zamierzał coś odpowiedzieć, ale w tym momencie usłyszał znajome i bardzo ciche, właściwie ledwie słyszalne:
-Cześć.
Serce szatyna zamarło. Tuż obok nich pojawił się Eric. Jednak to słowo, z pewnością nie adresowane do Johnny’ego, było jedynym, jakie wypowiedział. Pomknął szybko dalej, w kierunku autobusu, nawet nie oglądając się na rozmawiających ze sobą chłopaków. Szatynowi wystarczyło tylko jedno spojrzenie na twarz jasnowłosego, by dostrzec na niej ślady ich wczorajszej bójki. Eric wyglądał odrobinę lepiej, może dlatego, że opuchlizna nie była tak blisko oka, za to okolice kości policzkowej miał równie mocno zasinione.
Keith obejrzał się za blondynem z wyraźnym zdumieniem. A później wbił pełne niezrozumienia spojrzenie w Johnny’ego. Milczał przez dłuższą chwilę, jakby oczekiwał, że szatyn coś powie, ale ten nie bardzo wiedział jak zareagować, za bardzo pochłonięty strachem wynikającym z pojawienia się Erica.
-Te schody w naszej szkole są strasznie niebezpieczne…- zakpił brunet.
-Mhm…- mruknął ledwie słyszalnie szatyn.
-O co do diabła chodzi?!- zirytował się Keith, wpatrując w chłopaka, wyraźnie rozgniewany.- Pobiłeś się z nim, prawda?
-Jasne, że nie…- próbował się jeszcze upierać Johnny, robiąc dobrą minę do złej gry, ale wyglądało na to, że Keith zdążył się już wszystkiego domyślić.
-Nie?! To przypadek, że obaj pojawiacie się tutaj wyglądając tak, jakby ktoś wam przyłożył?!
-No… Nie…- przyznał Johnny po chwili wahania i aż jęknął głucho w duchu.- Przepraszam, Keith… To naprawdę nic takiego, nie musisz się denerwować… Spotkałem go wczoraj jak wracałem z szlabanu, zapytałem go o sprawę z Maicy i Benny’m, powiedziałem parę słów, a on się wkurzył i mnie uderzył, więc mu oddałem… Głupia sprawa, nic, co powinno cię martwić…
-Więc dlaczego nie powiedziałeś mi od razu?- zapytał bez zrozumienia ciemnowłosy.
-Bo… Bo nie chciałem, żebyś się denerwował- przyznał Johnny, wzdychając bezradnie. Tak naprawdę nie chciał po prostu, żeby Keith miał kolejny powód by sądzić, że pomiędzy nim a Erickiem jest konflikt związany z jego osobą. Chyba jednak nie wziął pod uwagę faktu, że obaj dzisiaj się zobaczą…
-Och, dziękuję, że mi tego oszczędziłeś!- zakpił Keith, wyraźnie rozjuszony.- Aż na jeden dzień! Za to teraz denerwuję się jeszcze bardziej! Dziwnie się zachowujesz, w związku z moim wyjazdem, w związku z Erickiem… Powoli przestaję rozumieć, o co ci właściwie chodzi! Kiedy mówiłeś, że jesteś zazdrosny…- brunet odkaszlnął cicho i zawstydził się wyraźnie.- … uznałem, że to niedorzeczne, ale było to w pewien sposób miłe. Ale jeśli to naprawdę zazdrość, a wcale na to nie wygląda, to zaczyna być chorobliwa.
Johnny milczał, nie wiedząc, co na to odpowiedzieć.
-Posłuchaj…- zaczął raz jeszcze ciemnowłosy, tym razem spokojniej, odetchnąwszy wcześniej głęboko.- Jeśli to rzeczywiście jakieś sprawy między wami, to mnie do tego nie mieszaj. Ale jeśli ma to jakikolwiek związek ze mną, to lepiej powiedz mi od razu, co jest na rzeczy.
-… Po prostu nie chcę, żebyś rozmawiał z Erickiem- przyznał cicho Johnny.
-Ale dlaczego?- zapytał brunet, rozkładając bezradnie ręce i najwyraźniej wciąż nie będąc w stanie tego pojąć.
-Mówiłem ci już… On mnie nie znosi- odpowiedział nerwowo szatyn.- Wszystko, co robi, robi mi na złość. Nie wiem dlaczego, ale tak już jest. A teraz, po tej bójce… Będzie się mścił! Boję się, że nagada ci jakichś dziwnych rzeczy i kłamstw, tylko po to, żebyś przestał się ze mną zadawać.
… Albo, co znacznie bardziej prawdopodobne i jeszcze gorsze, po prostu powie prawdę.
-Powtórzę to raz jeszcze: mam gdzieś, co o tobie gadają- odparł stanowczo Keith, wzdychając ciężko.- Możesz sobie wyobrazić ile już plotek słyszałem na twój temat, ale czy z tego powodu zmieniłem o tobie zdanie…? Znam cię już jakiś czas. Wiem, jaki jesteś. Musisz mieć o mnie strasznie złe zdanie skoro sądzisz, że cudze kłamstwa mogą zmienić moją opinię na twój temat… I musisz uważać Erica za skończonego kretyna, bo chyba tylko ktoś taki podchodziłby do ledwie znanej sobie osoby i nadawał na kogoś, kto jest jej bliski… Zapewniam cię, że ani z nim, ani z nikim innym nie zamierzam dyskutować na temat twojej osoby.
Eric nie był kretynem. Był po prostu dupkiem, ale na całe nieszczęście, bardzo sprytnym dupkiem i Johnny był pewien, że jeśli ten rzeczywiście planował coś takiego, wybierze sobie odpowiednie okoliczności. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że kontynuowanie tej dyskusji zadziała tylko na jego niekorzyść, więc westchnął cicho i pokiwał głową, choć słowa Keitha nie przyniosły mu żadnej ulgi. Wiedział bowiem, że gdy ten dowie się o wyzwaniu, bardzo łatwo zorientuje się, co jest prawdą. Co było zresztą bardziej prawdopodobne…? Że Johnny, jak kompletny idiota, zgodził się na tego rodzaju zakład, czy że rzeczywiście od dawna durzył się potajemnie w kimś takim jak Keith…? Odpowiedź wydawała się boleśnie wręcz oczywista.
-Dobrze…- odetchnął głęboko Keith.- To wszystko? Czy jest coś jeszcze, o czym powinienem wiedzieć?
Szatyn zagryzł nerwowo wargę, wahając się przez dłuższą chwilę.
-… Kocham cię- wydusił z siebie wreszcie ledwie słyszalnie.
Keith zdębiał.
-C… Co…?- wydukał moment później.
-Kocham cię- powtórzył Johnny już nieco głośniej.
Brunet rozejrzał się dookoła nerwowo. Nikogo jednak przy nich nie było i nikt też nie miał szans tego usłyszeć. Keith sprawiał wrażenie zaskoczonego i trochę zdezorientowanego.
-Zdajesz sobie sprawę z tego, że to nie są… najlepsze okoliczności… na takie wyznania?- mruknął półgębkiem.
-Tak.
-Oczekujesz, że teraz ci odpowiem…?
Johnny przygasł jeszcze bardziej.
-Nie, jasne, że nie…- odpowiedział, starając się zdobyć na uśmiech.- Tak tylko… Chciałem, żebyś wiedział… Żebyś rozumiał, że naprawdę mi na tobie zależy… Gdyby… Gdyby coś się wydarzyło albo…
-To dobrze- przerwał mu stanowczo Keith. Spąsowiał wyraźnie i  nieco zawstydzony, dodał po chwili- Bo sądzę, że już znasz odpowiedź.
Szatyn zamrugał, zaskoczony. Dopiero po chwili dotarło do niego, co właściwie znaczyły słowa bruneta. Na jego wargach wymalował się szeroki uśmiech. Nie mogąc się pohamować, przyciągnął Keitha do siebie i przytulił go mocno, nie bacząc na jęk protestu, jaki wyrwał się z ust ciemnowłosego. Keith usiłował wyplątać się z objęcia, ale Johnny trzymał go naprawdę mocno i ani myślał puszczać, więc chłopak w końcu znieruchomiał, wzdychając ciężko.
-Johnny… Już dosyć, wszyscy się gapią…- szepnął, mocno zażenowany.
-Dlaczego mieliby się gapić…? Przytulam cię tylko… jak przyjaciela.
-Przytulałeś tak kiedyś Benny’ego…?- zakpił Keith.
Johnny musiał przyznać mu rację. I w kwestii przytulania i wzmożonego zainteresowania jakie budzili. Coraz więcej osób patrzyło w ich kierunku. A wśród nich, szatyn dostrzegł najpierw Erica, a później stojącą kawałek obok panią Stevens, która zerkała w ich stronę z wyraźnym zdumieniem. Wobec tego rodzaju uwagi, chłopak postanowił posłuchać bruneta i odsunął się na bezpieczniejszą odległość.
-Chyba muszę się już zbierać…- odkaszlnął cichutko ciemnowłosy, wciąż mocno zawstydzony, wsuwając dłonie do kieszeni spodni.- To…
-Gdyby coś się zdarzyło…- zaczął raz jeszcze Johnny.
Keith jęknął głucho.
-Mówiłem ci już, że…
-Wiem, ale… Gdyby jednak… Zadzwonisz tak…?
-Tak!- warknął w odpowiedzi brunet.- Cześć!- rzucił jeszcze, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę autokaru.
Johnny westchnął cichutko, wiodąc za nim uważnym spojrzeniem.
Zaczynał czuć się coraz bardziej podle.

Johnny siedział na kanapie w salonie, potwornie znudzony wszystkim, co usiłował oglądać, żeby odwrócić swoją uwagę od wyjazdu Keitha i przestać się denerwować. Od czasu gdy się pożegnali, dzwonił do niego już chyba ze dwadzieścia razy. Z samym brunetem rozmawiał tylko cztery i były to raczej krótkie, kilkuminutowe rozmowy, bo chłopak nie był zbyt wylewny i szatyn musiał wszystko z niego wyciągać. Dzięki temu dowiedział się jednak, że Keith czuje się już trochę lepiej, że nie ma choroby lokomocyjnej i siedzi z tyłu obok jakiejś dziewczyny, a Eric „chyba gdzieś z przodu”, że nie zamienili ze sobą ani słowa i że Johnny ma przestać pytać, bo coraz bardziej Keitha wkurza. No i że już przed dziesiątą dotarli na miejsce. Pozostałe połączenia Johnny wykonał wtedy, gdy około jedenastej znowu usiłował dodzwonić się do ciemnowłosego, a ten nie odbierał. Johnny troszeczkę się zdenerwował… Nie, właściwie to kompletnie mu odbiło… I wydzwaniał do chłopaka raz po raz, zostawił mu też parę sms-ów, miał ochotę nawet nagrać mu się na pocztę, ale Keith na szczęście takowej nie miał… Johnny był szczerze przerażony i zaczynając snuć swoje domysły, miał wrażenie, że zaraz dostanie ataku serca.
… A później Keith zadzwonił po trzynastej, bardzo poirytowany, powiedział, że miał jakiejś przygotowania do debaty i nie mógł odebrać i że Johnny ma w końcu przestać dzwonić jak wariat, bo on naprawdę nie ma czasu rozmawiać.
Szatyn przeprosił i zgodził się, rzecz jasna, bo nie chciał, żeby Keith się przez niego denerwował. Wtedy postanowił, że musi sobie znaleźć jakieś zajęcie, ale nie miał zbyt wielu opcji. Wziął jakieś leki na przeziębienie, jednak niewiele mu pomogły. Nie mógł więc wyjść. Chciał zadzwonić do Benny’ego i Carla, ale doszedł do wniosku, że ci w weekend będą pewnie zajęci. Naszykował więc sobie zapasy chusteczek i jedzenia, przeniósł się do salonu i włączył swój ulubiony film. Już po kilkunastu minutach zaczęło mu się nudzić, doszedł więc do wniosku, że poprzegląda różne kanały telewizyjne i może natrafi na coś interesującego. Skakał z programu na program, co jakiś czas zatrzymując się na którymś na dłużej.
Niecałą godzinę później rozdzwoniła się jego komórka. Johnny akurat przysypiał, ale gdy tylko dotarło do niego, co się dzieje, natychmiast zerwał się do pozycji siedzącej i sięgnął po telefon, będąc przekonanym, że to Keith próbuje się z nim skontaktować. Na wyświetlaczu dostrzegł jednak imię Benny’ego. Odebrał natychmiast.
-Cześć- usłyszał wesoły głos przyjaciela.
-Cześć…- odpowiedział, starając się brzmieć równie swobodnie, ale ani okoliczności w postaci choroby, ani jego coraz bardziej paniczne i mało prawdopodobne wyobrażenia co do tego, co może dziać się teraz z Keithem i co właściwie zamierza Eric, nie do końca mu na to pozwalały.
-Chciałem tylko… Rany, co to za głos…?- zdumiał się Benny.- Masz chrypę czy co?
-Chyba trochę się zaziębiłem- przyznał szatyn z lekkim przerażeniem odkrywając, że tabletki na gardło nie bardzo mu pomogły i mówi chyba jeszcze gorzej niż rano.
-O, to dobrze się składa…- rzucił blondyn dosyć entuzjastycznie. Johnny zakasłał niepohamowanie, zastanawiając się, co właściwie przyjaciel ma na myśli, bo tak się składa, że póki co, w jego małym świecie, nie składało się zupełnie nic. Zresztą, przeziębienie najlepszego kumpla chyba nie jest tym, co zwyczajowo wzbudza w ludziach radość.- Znaczy… Eee… Chodzi mi o to, że jesteś teraz w domu tak?
-No tak- potwierdził szatyn. Widać Benny chciał po prostu do niego wpaść. Całe szczęście, Johnny nie chciał siedzieć bezczynnie przez cały dzień.
-Sam…? Bez Keitha i tak dalej…?- dopytał podejrzliwie blondyn.
-Sam- potwierdził Johnny, parsknąwszy cicho.- Keith jest przecież na konkursie…
-Aaa, no tak… Na tym samym, na który pojechał Eric…
… Johnny w duchu serdecznie podziękował przyjacielowi za przypomnienie.
-Więc co? Wpadniesz?- zapytał szatyn, przekonany, że już zna odpowiedź.
-Eee…- Benny zamotał się nieco.- Niezupełnie…
Niezupełnie…? Johnny zmarszczył brwi. Co to była za odpowiedź…?
-To znaczy…?- dopytał niepewnie.
-To znaczy, że nie.
-… Ach- odparł szatyn, potrzebując dobrej chwili, żeby dotarło do niego to, co Benny właśnie powiedział. Może miał gorączkę…? Cóż, to by wyjaśniało, dlaczego rozumie jeszcze mniej niż zwykle.- Jesteś zajęty?- rzucił po chwili.
-Skąd!- zaśmiał się Benny.- Ale ty jesteś.
-Ja…? Przecież ci mówiłem, że siedzę sam w domu…- Może to jednak Benny miał gorączkę…?- Czym niby miałbym być teraz zajęty…?
-Teraz niczym, ale wkrótce będziesz. Zresztą… Sam zobaczysz. Nie wściekaj się na mnie, chociaż raczej nie masz powodu i powiedz mi co i jak, jak już dojdziesz do tego, o co mi chodziło. Cześć.
To była tak dziwaczna rozmowa, że gdy Johnny odłożył telefon, uszczypnął się parę razy w ramię, by upewnić się, że to nie był to element jego snu. Wreszcie ułożył się z powrotem na kanapie, nakrył pełnym okruszków kocem, niemalże zupełnie ściszył telewizor i po kilku chwilach bezmyślnego gapienia się w ekran, znów zaczął przysypiać. Jakieś pół godziny później, do rzeczywistości przywrócił go dźwięk pukania do drzwi, najpierw stosunkowo cichy, chwilę później znacznie głośniejszy.
-Benny, do diabła…- wymamrotał niezbyt przytomnie szatyn, wyplątując się z okrycia i wstając. Ruszył do przedpokoju. Po drodze rozdeptał kilka leżących na podłodze chipsów. Wreszcie zatrzymał się przy frontowych drzwiach i otworzył je na oścież, spodziewając się zobaczyć w progu swojego przyjaciela.
Zobaczył jednak kogoś zupełnie innego. Lindę. Dziewczyna stała tuż przed nim, ubrana, w obcisłe dżinsy, wysokie, zimowe buty i kurtkę, trochę zbyt lekką i przykrótką jak na obecną pogodę. Włosy miała spięte w wysoką kitkę, była ładnie umalowana, delikatniej niż zwykle, wyglądała bardzo dziewczęco.
-Cześć, Johnny- rzuciła natychmiast, uśmiechając się.- Rozmawiałam z Maicy i całkiem przypadkiem dowiedziałam się o tym, że jesteś chory… Pomyślałam, że może wpadnę i pomogę ci się kurować…?- zapytała cokolwiek dwuznacznie, unosząc zaraz jednak trzymaną w ręku reklamówkę, w której chyba znajdował się jakiś lek.- To najlepsze, co można znaleźć na przeziębienie, więc stwierdziłam, że… O mój Boże!- zawołała nagle, poważniejąc i spoglądając na szatyna z autentycznym przerażeniem.- Johnny, co ci się stało…?
O rany… O rany. O RANY! Johnny właśnie uświadomił sobie coś, co kompletnie go sparaliżowało. Wyglądał okropnie! Absolutnie okropnie. Tak, jak nigdy w życiu nie pokazałby się nikomu, no, może wyłączając swoich kumpli i Keitha! Włosy miał rozczochrane i nieułożone, oczy podkrążone, a ubrania, do których doboru nie przykładał dziś tak dużej wagi jak zwykle, były dodatkowo strasznie wygniecione. Zawstydził się potwornie i właściwie zaniemówił, usiłując znaleźć jakieś wytłumaczenie dla tego stanu rzeczy, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Nawet na łożu śmierci powinien wyglądać lepiej niż w tej chwili! Och, Boże, co za wstyd!
-Ktoś cię pobił…?- dopytała z niepokojem Linda, na próżno oczekując odpowiedzi na swoje wcześniejsze pytanie.
OCH! Och. Och… No tak. Johnny uspokoił się nieco, dopiero teraz uświadamiając sobie, o co chodziło dziewczynie. Najwyraźniej, mimo skandalicznie tragicznego wyglądu, wciąż miał w sobie ten niezaprzeczalny urok, który nie pozwolił Lindzie skoncentrować się na niczym innym, jak tylko efekcie bójki z Erickiem… Albo efekt ten najbardziej rzucał się w oczy, nieistotne.
-Pobiłem się z Erickiem- odpowiedział zgodnie z prawdą, odsuwając się z progu, by wpuścić dziewczynę do środka.
-Rany, co się stało?- zapytała Linda, ale gdy tylko znalazła się w mieszkaniu, a chłopak zamknął za nią drzwi, dodała natychmiast- Opowiesz mi zaraz, dobrze? Od razu podam ci ten lek, masz straszny głos, pewnie boli cię gardło… Potrzebuję przegotowanej wody…- stwierdziła, po czym szybko zdjęła buty i przeszła do kuchni.
Johnny powlókł się za nią, z niemałym zdumieniem uświadamiając sobie, że wystarczył mu kwadrans, jaki spędził tutaj na poszukiwaniu jedzenia, by zostawić za sobą straszny bałagan. Niemalże wszystkie szafki i szuflady były pootwierane. Na ladzie leżały jakieś rzeczy, które powyjmował szukając czegoś, co znajdowało się za nimi. Nawet nie kłopotał się, by je chować, nie przypuszczając, że mógłby mieć gości. Takich gości. Linda nie zwracała jednak uwagi na bałagan albo była na tyle uprzejma, by udawać, że niczego nie widzi. Gawędząc z Johnny’m, nalała wody do elektrycznego czajnika i włączyła go, po czym bez najmniejszego problemu znalazła kubek i wsypała do niego zawartość jednej z przyniesionych przez siebie saszetek. Nie dało się ukryć, że chłopak nie był w najlepszej kondycji i choć sama obecność Lindy trochę go ożywiła, wciąż poruszał się i myślał cokolwiek wolno. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że jeśli kuchnia wyglądała w ten sposób, to w salonie musiał panować jeszcze większy bałagan. Przeprosił więc Lindę i przeszedł do pomieszczenia obok. Szybko otrzepał koc z kruszyn i złożył go ładnie, wrzucił zalegające na stole chusteczki do pustego opakowania po chipsach, wziął też ze sobą niemalże zupełnie opróżnioną miskę popcornu, resztę czekolady i dwa pozostałe, puste już talerze. Z tym wszystkim wrócił do kuchni, robiąc jako taki porządek. Linda przyglądała mu się z lekkim zdumieniem.
-Wow…- rzuciła po chwili.- A sądziłam, że chorzy ludzie nie mają apetytu- zażartowała, po czym zaśmiała się lekko.- Gdybym wiedziała, może przyniosłabym ci rosół domowej roboty albo coś takiego… Chociaż… Istnieje szansa, że po tym czułbyś się jeszcze gorzej. Kompletnie nie umiem gotować.
Gawędzili ze sobą jeszcze moment, nim zagotowała się woda, a Linda zalała nią ten dziwny proszek, który uformował się w jakąś rzadką paciaję.
-Chodźmy do salonu- zaproponował Johnny.
-Idź przodem. Przyniosę- zaoferowała się Linda, chwytając za kubek i uśmiechając się do szatyna serdecznie.
Chłopak powlókł się do pomieszczenia i opadł na kanapę. Zdawał sobie sprawę z tego, że w roli gospodarza wypada beznadziejnie, ale naprawdę był w kiepskiej formie. Wszystko docierało do niego z lekkim opóźnieniem i nie bardzo potrafił się na czymkolwiek skoncentrować. Linda usiadła obok, kładąc kubek na podkładce. Spojrzała na chłopaka z uwagą i przysunęła się do niego bliżej, troskliwie dotykając jego twarzy w miejscu, w którym widniała opuchlizna.
-Boli…?- zapytała cicho.
-Nie… Już nie tak bardzo…- odparł Johnny sennym głosem.
Linda uśmiechnęła się lekko i cofnęła dłoń.
-Och. Nawet nie zdjęłam kurtki- zreflektowała się, po czym szybko zrzuciła z siebie wierzchnią część odzieży i przewiesiła ją przez oparcie kanapy.- Masz. Wypij całe- dodała, podsuwając Johnny’emu przygotowany specyfik.- Nie jest najlepsze w smaku, ale gwarantuję ci, że postawi cię na nogi…
Szatyn podniósł kubek do ust i przechylił go lekko. Gęsta ciecz była nieprzyjemna w smaku, mdława i łykowata, więc skrzywił się mimowolnie, na moment przestając pić, ale zaraz zmusił się do tego ponownie mając nadzieję, że zgodnie z zapowiedzią Lindy, szybko mu pomoże.
-Więc?- rzuciła jasnowłosa, wyraźnie zaciekawiona, spoglądając na niego z uwagą.- Opowiedz o tym pobiciu. Jak to się stało?
Johnny odłożył kubek z resztką specyfiku na stół.
-To było wczoraj, gdy Bergson kazała mi zostać po lekcjach…- zaczął Johnny. Linda skinęła głową, słuchając go w skupieniu.- Miałem już wychodzić ze szkoły, szedłem korytarzem i akurat go zobaczyłem. Trochę się posprzeczaliśmy… W sumie chyba to ja go sprowokowałem, chociaż nie sądziłem, że wyniknie z tego coś takiego… Powiedziałem mu, że kocha się w Maicy i zagroziłem, że powiem Benny’emu- przyznał chłopak. Właściwie wciąż zastanawiał się nad tym, w jaki sposób Eric zareagował na te słowa. Coś chyba musiało być na rzeczy.- Wtedy mnie uderzył, ja mu oddałem, trochę się poszarpaliśmy i przyszła pani Stevens…
-O nie…- rzuciła Linda z wyraźną obawą.- Chyba nie będziesz miał z nią teraz problemów…?
Johnny uśmiechnął się niemrawo.
-Nie większe niż zwykle- stwierdził, wzruszając ramionami. Stevens i tak już go nie lubiła albo przynajmniej, z jakichś dziwnych przyczyn, uwzięła się na niego, posądzając o każdy szept jaki usłyszała w klasie. Chłopak był szczerze zaskoczony, ale gdy ich przyłapała na bójce, nie oskarżyła o wszystko jego. Zaskoczenie było tym większe, że zwłaszcza tamtego dnia, zaczynał się już powoli przyzwyczajać do faktu, że obwinia się go o wszystko.
-Sądzisz, że on naprawdę kocha się w Maicy?- zapytała Linda takim tonem, jakby sama właśnie rozważała tą kwestię.- To znaczy… Myślałam o tym. Właściwie wydaje mi się to bardzo prawdopodobne…- przyznała, kiwając w głową w zamyśleniu.- Wiesz, to by wiele wyjaśniało. Tyle, że Eric zachowuje się trochę… chamsko wobec niej. Nie żeby to było coś dziwnego, wiesz, niektórzy faceci są zupełnie niedojrzali i nie potrafią ukazać dziewczynie swoich uczuć w normalny sposób- stwierdziła, patrząc jednocześnie na Johnny’ego tak, jakby ten był zupełnym zaprzeczeniem tych słów.- Eric jest całkiem przystojny. Podoba się niektórym dziewczynom, chociaż oczywiście totalnie nie jest w moim typie…- zastrzegła natychmiast.- To chyba dziwne, że z nikim się dłużej nie spotyka, nie…? I te kłamstwa… Totalnie bez sensu. Jakby rzeczywiście chciał w kimś wzbudzić zazdrość albo przynajmniej nie budzić podejrzeń. Hm… Ale z drugiej strony, nie widziałam, żeby kiedykolwiek ją podrywał.
-A widziałaś, żeby Eric podrywał kogokolwiek…?- zaśmiał się ochryple Johnny.
-Właściwie to tak…- odparła Linda po chwili namysłu. Szatyn zdumiał się wprost niepomiernie.- Wiesz, może „podrywa” to nieodpowiednie słowo, ale czasem potrafi się zachować naprawdę czarująco… Pamiętam dobrze, gdy kilka dni po rozpoczęciu szkoły, nie znałam jeszcze żadnego z was… Stałam pod klasą, a ty, Benny, Carl i on, staliście kawałek dalej i gadaliście. Dzisiaj nie miałabym z tym problemu, ale wtedy byłam chyba bardziej nieśmiała…- zachichotała cicho.- W każdym razie, było mi trochę głupio i tylko patrzyłam w waszą stronę…- zagryzła figlarnie wargę i spojrzała na szatyna w taki sposób, jakby chciała mu dać jednoznacznie do zrozumienia, na kim koncentrowała się jej uwaga. Johnny był jeszcze bardziej otępiały niż zwykle, więc nawet pełne aprobaty spojrzenia nie bardzo docierały do jego świadomości.- No i po chwili zorientowałam się, że Eric też na mnie zerka… Prawie cały czas. Pomyślałam sobie… No wiesz…- parsknęła śmiechem.- Dziewczyny zawsze tak myślą… Że może wpadłam mu w oko… I minęło chyba z pięć minut, a on podszedł do mnie… Pamiętam, że był strasznie miły. Wiedział już, że jestem z wami w klasie, więc musiał mnie zauważyć wcześniej. Rozmawiał ze mną przez długą chwilę, zapytał mnie o imię, o to, jak mi się podoba szkoła, gdzie chodziłam poprzednio i tak dalej… A później zaproponował, że zapozna mnie z wami… Zgodziłam się… Podeszłam z nim do was, a on powiedział: „Johnny, to jest Linda”. Tak właśnie powiedział!- rzuciła, wyraźnie rozbawiona.- Nie przedstawił mnie wszystkim, tylko konkretnie tobie, dopiero później zapoznał mnie z resztą… Sądziłam wtedy, że to ty go o to poprosiłeś, ale chyba tak nie było, bo z początku byłeś miły, ale nie zwracałeś na mnie dużej uwagi…
Johnny myślał i myślał. Myślał długo, bo przywołanie wspomnień z pierwszych dni szkoły okazało się być dla niego niezwykle trudnym zadaniem, choć mógł niemalże bez zastanowienia powiedzieć, co miał na sobie na rozpoczęciu roku. Przypomniał sobie całe zdarzenie, ale nie tak dokładnie jak Linda, rzeczywiście jednak, to Eric ich ze sobą zapoznał. Johnny wcześniej jakoś nie zwrócił uwagi na ten szczegół.
-Więc, wydaje mi się, że Eric nie jest jakimś nieogarniętym matołem i gdyby chciał poderwać dziewczynę, potrafiłby to zrobić…- kontynuowała Linda.- Zresztą, parę razy widziałam, że zachowuje się w stosunku do niektórych dziewczyn naprawdę w porządku… Przez chwilę- dodała znacząco, z kwaśną miną.- Później jest takim samym dupkiem, jak zwykle. A jeśli chodzi o niego i Maicy… Naprawdę się temu przyglądałam i nie zauważyłam, żeby zwracał na nią szczególną uwagę. Nawet żeby na nią patrzył albo coś w tym stylu… Jeśli rzeczywiście się w niej podkochuje, to naprawdę dobrze to ukrywa. Może ze względu na Benny’ego.
Może. To by wyjaśniało, dlaczego tak bardzo wściekł się na groźbę Johnny’ego, że o wszystkim mu powie.
Ich dalsze rozmowy koncentrowały się na Ericku, Ericku i jeszcze większej ilości Ericka, choć zdążyli też przy okazji przedyskutować sprawę pani Bergson i pogadać o tym, czym ostatnimi czasy żyła cała szkoła. Johnny wciąż czuł się gorzej niż beznadziejnie, ale było mu miło w towarzystwie Lindy i wreszcie mógł skoncentrować się na czymś bardziej konstruktywnym, niż myślenie o tym, co w tym momencie robi Keith. A raczej, co robi i planuje Eric. Tak więc rozmawiali, rozmawiali i rozmawiali, a potem…
… A potem Johnny się obudził, co było bardzo zaskakujące, biorąc pod uwagę fakt, że nie pamiętał, by zasypiał. Leżał na kanapie, okryty kocem. Zamrugał z niedowierzaniem, próbując się zorientować w sytuacji. Podniósł się powoli do pozycji siedzącej. Głowa bolała go już mniej, gardło prawie wcale, choć wciąż nie czuł się jeszcze zbyt żywo. Siedział tak przez chwilę, kompletnie zdezorientowany, aż nagle z kuchni wyszła Linda i pojawiła się w pomieszczeniu.
-O…- rzuciła z lekkim zdziwieniem i uśmiechnęła się na widok szatyna.- Nie wiedziałam, że już się obudziłeś.
-Zasnąłem…?- zapytał z niedowierzaniem Johnny, bo choć wszystko na to wskazywało, naprawdę nie potrafił sobie przypomnieć momentu, w którym chociażby zbierało mu się na sen.
… Może dlatego, że dziś w ogóle był niezbyt przytomny.
-Tak. Nie dziwię się, też bym zasnęła, gdybym musiała wysłuchiwać takich głupot…- rzuciła Linda.
Johnny jęknął głucho w duchu.
-Linda, przepraszam, ja…
-Żartowałam- zaśmiała się głośno, widząc minę chłopaka.- Wyszłam na chwilę do toalety, a gdy wróciłam, już spałeś, więc nakryłam cię kocem i stwierdziłam, że poczekam. Wolałam cię nie zostawiać w takim stanie.
Szatyn pokiwał głową i machinalnie rozejrzał się dookoła. Już po krótkiej chwili dotarło do niego, że w pomieszczeniu było czysto. Bardzo czysto, w porównaniu z tym, jak wyglądało wcześniej. Stół niemalże lśnił, na posadzce nie dało się znaleźć żadnej okruszyny, a już tym bardziej zalegających tam wcześniej, rozdeptanych chipsów. A to mogło oznaczać tylko jedno…
-Hm… Linda… Sprzątałaś tutaj…?- dopytał po chwili, mocno zażenowany.
-Mhm- potwierdziła wesoło dziewczyna, podchodząc bliżej, a widząc minę Johnny’ego, dodała prędko- Nie przejmuj się. Uznałam, że przyda ci się mała pomoc, no i nie bardzo miałam co robić… Zresztą, od czego są przyjaciele.
To już wiadomość oficjalna: Johnny był naprawdę beznadziejnym gospodarzem. Nie dość, że nie potrafił odpowiednio ugościć Lindy i zasnął w trakcie jej wizyty, to jeszcze sprawił, że dziewczyna wysprzątała mu pokój. Och, Boże.
-Nie sądzę, żeby Benny podzielał twój punkt widzenia…- odpowiedział jednak, uśmiechając się lekko.- Gdybym zasnął przy nim, zrobiłby tu jeszcze większy bałagan.
Linda zachichotała cicho.
-My jesteśmy innym rodzajem przyjaciół…- stwierdziła.
Chciała usiąść na brzegu kanapy, Johnny zamierzał cofnąć się, żeby zrobić jej miejsce, bo wciąż zajmował praktycznie cały mebel, ale dziewczyna poślizgnęła się i wylądowała mu na kolanach. Szatyn chwycił ją w pasie, podtrzymując.
-Ups…- rzuciła Linda z zawstydzeniem, raczej niezbyt szczerym, podobnie jak i niezbyt przypadkowy był jej nagły upadek.
Johnny zdawał sobie z tego sprawę, ale nie bardzo wiedział, jak powinien się zachować. Uśmiechnął się do dziewczyny, wciąż trzymając ją przy sobie. Linda położyła dłonie na jego ramionach.
-Straszna szkoda, że jesteś chory…- stwierdziła, wzdychając cicho.- Myślałam, że może wyjdziemy gdzieś razem dzisiaj… Może do jakiegoś klubu…
-Nic straconego- odparł chłopak, wciąż się uśmiechając, ale z chwili na chwilę będąc coraz bardziej nerwowym.
-To obietnica…?- zapytała dziewczyna.
-Czemu nie- zgodził się Johnny.
Jasnowłosa uśmiechnęła się, najwyraźniej usatysfakcjonowana tą deklaracją. Jej palce przesunęły się na szyję, a następnie kark chłopaka, muskając i drażniąc lekko jego skórę. Nim ten zdążył się zorientować, co właściwie się dzieje, Linda już go całowała. Szatyn oddał pocałunek niemalże odruchowo. Czuł, jak dziewczyna przyciska się do niego mocniej. Jej wargi były przyjemne i ciepłe, sprawiły, że zapomniał się na krótką chwilę, ale zaraz otrząsnął się i odsunął od siebie dziewczynę. Spojrzała na niego z zaskoczeniem.
-Eee… Nie powinnaś mnie całować, Linda…- rzucił Johnny.- Bo… Bo jestem chory- dodał po chwili, przypominając sobie, że tym samym argumentem posługiwał się wobec niego Keith. W tym przypadku, naprawdę była to dobra wymówka.- Nie chcę, żebyś się zaraziła.
-Czemu nie…?- zachichotała Linda.- Wtedy moglibyśmy kurować się razem…
Szatyn odpowiedział jej nerwowym śmiechem.
-Taaak… Wolałbym cię na to nie skazywać, to naprawdę paskudne chróbsko… Czuję się fatalnie.
-Właściwie i tak miałam się już zbierać- stwierdziła Linda, puszczając chłopaka i podnosząc się powoli.- Umówiłam się z Maicy. Oczywiście, jeśli chcesz, mogłabym zostać...- dodała po chwili.- Chociaż jeśli nie czujesz się na siłach, nie powinnam zawracać ci głowy. Przygotuj sobie lek i połóż się do łóżka. Zadzwonię do ciebie wieczorem.
Johnny pokiwał głową. Po chwili zwlókł się z kanapy, by odprowadzić dziewczynę do drzwi. Już w progu ucałowała go raz jeszcze, tym razem krótko, po czym uśmiechnęła się do szatyna i wyszła. Chłopak zamknął za nią drzwi, po czym oparł się o nie całym ciężarem ciała.
… A następnie odetchnął z ulgą.

Reszta dnia upłynęła Johnny’emu niezbyt interesująco. Na przemian spał, oglądał telewizję i jadł, nie czując się nawet na siłach, by szukać sobie jakiejś lepszej rozrywki. Nieustannie wracał myślami do Keitha, a ilekroć to czynił, bardzo się denerwował. Strasznie chciał do niego zadzwonić, usłyszeć jego głos i upewnić się, że wszystko w porządku, ale uznał, że dziś chyba i tak wyczerpał limit cierpliwości bruneta i lepiej zrobi, jeśli poczeka do jutra, choć jego silna wola została wystawiona na wielką próbę.
Było około dwudziestej pierwszej, gdy Johnny usłyszał dzwonek swojej komórki. Akurat wychodził z łazienki na parterze, tuż po prysznicu, susząc ręcznikiem włosy. Był przekonany, że dzwoni Linda, chcąc zgodnie z obietnicą sprawdzić, jak ten się czuje. Jednak gdy tylko udało mu się odkopać telefon, zaplątany w zmiętym kocu, czekała go niespodzianka. Na wyświetlaczu zobaczył imię Keitha. Uśmiechnął się mimowolnie, już mając odbierać i ciesząc się jak dziecko, gdy nagle uświadomił sobie pewien fakt… Powiedział Keithowi, żeby ten dzwonił, gdy coś się stanie. Dzwonił teraz. A więc coś się stało. Tak? Tak! Dobry Boże! Pewnie już wiedział! Pewnie ten drań Eric wszystko mu wygadał… Biedny Keith! Może jeszcze mu nie uwierzył! Może dzwonił do Johnny’ego, aby się upewnić! Nie, nie, na pewno nie… Na pewno już wiedział, co jest prawdą… Och, rany! Szatyn z chwili na chwilę robił się coraz bardziej nerwowy, usiłując ułożyć w swojej głowie przeprosiny albo jakieś wyjaśnienie. Odebrał.
-Cześć- usłyszał lekko zachrypnięty głos bruneta. Chłopak usiłował odczytać z jego tonu jakieś emocje, ale nie udało mu się to. Wydawało mu się jednak, że Keith nie był zdenerwowany, brzmiał raczej… swobodnie.- Jak się czujesz…?- dopytał po chwili brunet, gdy jego rozmówca długo nie odpowiadał.
-Ja… W porządku…- odpowiedział ostrożnie Johnny, wciąż mocno zaniepokojony.- Dlaczego dzwonisz?- zapytał otwarcie.
-Eee…- Keith wyraźnie nieco się spłoszył.- Sam nie wiem… Sądziłem, że będziesz chciał pogadać, zwłaszcza po tym milionie porannych połączeń… Ale jeśli jesteś zajęty…
-Nie, nie!- zaprotestował natychmiast szatyn.- Przepraszam, Keith, strasznie się cieszę, że dzwonisz- zapewnił, odetchnąwszy w duchu z ulgą. A więc to tak. Brunet niczego się nie dowiedział. Po prostu zadzwonił, żeby dowiedzieć się, jak czuje się Johnny. I pewnie się stęsknił. Ach, kochany Keith!- Jak tam? Co dziś robiłeś?
-Nic ciekawego- odparł ciemnowłosy.- Serio, Johnny, takie konkursy to nuda, więc wątpię, żebym miał o czym opowiadać… A ty? Siedzisz w domu? Kurujesz się?
-Mhm…- potwierdził szatyn, a jego myśli natychmiast powędrowały do Lindy. Miał świadomość tego, że to kolejna sprawa, którą musiał w najbliższym czasie wyjaśnić, żeby nie wpaść w tarapaty.
-To dobrze. Dopiero co wróciłem i pomyślałem, że…- Keith umilkł gwałtownie. Johnny usłyszał jakieś niewyraźne skrzypnięcie, jakby gdzieś w pobliżu bruneta otwierały się drzwi.- Poczekaj- rzucił do niego ciemnowłosy, po czym zwrócił się do kogoś innego- Przepraszam… Tak się składa, że właśnie tu rozmawiałem…- rzucił znacząco.
-Super- odparł obojętnie jakiś męski głos.- A ja właśnie będę tu palił.
-Ale… Mógłbyś chwilę poczekać…?- zasugerował cicho Keith.- Za moment skończę. Zawołam cię.
-To nie jest twój prywatny balkon- poinformował bruneta wyniośle jego rozmówca.
-Tak, ale to prywatna rozmowa. I nie potrwa już długo. Naprawdę nie mógłbyś…
Kolejne skrzypnięcie.
-Co tu się dzieje…?- Johnny usłyszał kolejny głos. Głos, który znał aż nazbyt dobrze.
Dosłownie osłupiał, mając jeszcze cień nadziei, że może się przesłyszał albo to jego wyobraźnia płata mu tak złośliwe figle.
-Kazał mi się stąd wynosić- oświadczył ten nieprzyjemny chłopak, który rozmawiał z Keithem.- Mówi, że gada przez telefon, więc nie wolno mi tu palić- zaśmiał się głośno.
-Nieprawda- zaprotestował Keith.- Ja…
-Nie będziesz tu palił- oświadczył surowo trzeci z głosów. Eric. Teraz Johnny nie miał już ani grama wątpliwości. To była jedyna osoba, która potrafiła dosłownie zmrozić go swoim głosem. I to na odległość, w dodatku wtedy, kiedy nawet bezpośrednio się do niego nie zwracała.
-Bo co?- zapytał w odpowiedzi tamten chłopak, choć nie brzmiał już równie pewnie, jak wtedy, gdy rozmawiał z Keithem.- To nie twój balkon.
-Ani nie twój. Okno jest otwarte, wszystko będzie czuć w pokoju. Nikt nie ma ochoty dusić się w twoich smrodach. Pal na zewnątrz.
-Ale…
-Na zewnątrz- wycedził przez zęby Eric.
-No… No dobra…
Drzwi po raz kolejny skrzypnęły. Wyglądało na to, że ten chłopak wyszedł. Johnny miał szczerą nadzieję, że Eric uczynił dokładnie to samo, ale zaraz usłyszał jego głos, tym razem znacznie spokojniejszy, właściwie przyjazny:
-Przepraszam. Nie chciałem ci przeszkadzać, miałem tylko zamiar zapytać, czy mógłbyś mi pożyczyć komórkę, gdy już skończysz rozmawiać…? Zapomniałem wziąć ładowarki, a muszę pilnie przedzwonić… Zamieniłbym na moment karty, gdyby to nie był problem…
-W porządku- odparł Keith.- Dam ci znać.
-Dziękuję.
I znowu skrzypnięcie. Eric sobie poszedł, ale szatyna wcale to nie uspokoiło. Dosłownie wrzał z wściekłości. Czego on właściwie chciał?! Od niego? Od Keitha?! Dlaczego nie mógł zostawić ich w spokoju? I czy Johnny dobrze zrozumiał, że oni dwaj byli ze sobą w jednym pokoju…? Co za drań! Zaczepiał Keitha, pytał go o pomoc, a przecież Johnny mógł się założyć, że był to tylko pretekst. Eric mógł bowiem zapytać każdego, a padło akurat na Keitha i to, cóż za zbieg okoliczności, w momencie, w którym ze sobą rozmawiali. Szatyn nie przypominał sobie, by kiedykolwiek wcześniej nie znosił kogoś równie mocno, jak Erica. I ten dupek w pełni na to zasłużył!
-… Tak, to był Eric- mruknął niechętnie brunet, zupełnie jakby mógł teraz zobaczyć twarz Johnny’ego. Może jego milczenie było aż nazbyt wymowne. Albo po prostu Keith zdążył się przyzwyczaić do panicznych reakcji chłopaka.- I tak, jestem z nim w jednym pokoju. Z nim i z pięcioma innymi osobami, takie wyjazdy to żadne luksusy, nie miałem na to żadnego wpływu. On też nie. A poza tym, to było może piąte zdanie, jakie z nim zamieniłem, odkąd tu jesteśmy. Naprawdę nie musisz się złościć.
-… Wiem- wydusił z siebie szatyn, siląc się na spokój, choć wypowiedzenie jednego słowa w tym tonie przyszło mu z dużym trudem.
On się nie złościł. On był przerażony. I przy tym kompletnie bezradny, bo nie miał pojęcia, co planuje Eric i nie miał pojęcia, jak mógłby temu zaradzić. Gdy był względem niego serdeczny albo przynajmniej starał się być, Eric i tak zdawał się robić mu wszystko na złość. Gdy mu groził i wyprowadzał go z równowagi, efekt był dokładnie ten sam. Wyglądało na to, że nie istniał absolutnie żaden sposób, żeby wpłynąć na jego zachowanie, a Johnny wciąż nie rozumiał, czym tak bardzo zalazł blondynowi za skórę, że ten posuwał się do takich złośliwości. Przestał już bowiem wierzyć, że działania Erica mogły być zwykłym zbiegiem okoliczności. On czegoś chciał. Jawnie dawał to szatynowi do zrozumienia. Celowo go drażnił i wychodziło mu to doskonale.
-No to…- zaczął Keith, najwyraźniej oczekując, że Johnny podrzuci jakiś temat i będzie kontynuował rozmowę, ale myśli szatyna zaprzątało zupełnie coś innego.- Hm. To co? Zadzwonisz jutro?
-Tak, tak- potwierdził niemrawo chłopak.
-Może lepiej ja zadzwonię. Nie wiem, kiedy dokładnie będę wolny.
-Okej.
-To…- rzucił nieśmiało ciemnowłosy i odkaszlnął cicho.- Ja…
-No to cześć, Keith- pożegnał się z chłopakiem Johnny.
-Cześć- odparł nieco spłoszony brunet, rozłączając się.
Johnny westchnął smętnie, siadając na kanapie i odkładając telefon na bok.
Nie mógł być pewien, co do rzeczywistych zamiarów Erica.
Ale miał pewność, że gdyby ten powiedział wszystko Keithowi, to byłby absolutny koniec.
A wtedy Johnny chyba by go zabił.

sobota, 6 lipca 2013

Informacja

Wciąż nie mam dostępu do komputera (w sensie stałym ;)), nie wiem więc, czy uda mi się dodać kolejny rozdział we właściwym czasie. Postaram się, aby tak było, ale gdyby pojawiło się jakieś opóźnienie, to będzie ono miało związek z tą sytuacją.

Rozdział 47 [Chaos]

Przedostali się przez portal, tak, jak poprzednim razem. Tak jak i wtedy, szli wzdłuż korytarza, krok w krok, tuż obok siebie, w całkowitym milczeniu. Teraz jednak wszystko wokół było zupełnie inne. Nie otaczała ich już niezwykła biel. Ściany, podłoga, sklepienie… Wszystko to było ciemne. Brudne, jak gdyby pokryte sadzą, spod której, gdzieniegdzie, przebijała się chropowata, kamienna powierzchnia. Oni również byli inni. Gdy znaleźli się tutaj poprzednio nie mieli pojęcia czego mogą się spodziewać. Czuli lęk i niepokój, jeszcze nie rozumieli, nie zdawali sobie sprawy z tego, w jakiej sytuacji zostaną postawieni i jak katastrofalne będzie to miało konsekwencje. Teraz mieli tego świadomość. Aż za dobrze. Strach nie zniknął. Strach był nie do opanowania. Nie dało się go wyzbyć gdy myślało się onadchodzącej, jakże prawdopodobnej, klęsce. O cierpieniu bliskich. Własnej śmierci. Ale strach był bez znaczenia. Amir stracił już niemal wszystkich, którzy byli mu drodzy. Nadim stracił coś, co do tej pory wydawało się być jego nieodłączną cechą: wiarę. Mierzyli się z siłą znacznie wyższą i potężniejszą niż oni sami. Trudno było mieć jeszcze choćby cień nadziei, że uda im się zwyciężyć. Ale to nie nadzieja ich tutaj przygnała. Coś zupełnie innego. Może ten właśnie rodzaj rezygnacji i poczucia bezradności, świadomość, że lada moment cały ich świat runie, a oni nie będą w stanie temu zaradzić. Ale ta bezradność rodziła wściekłość. A wściekłość – bunt. Jeśli nie mieli już nic do stracenia, gotowi byli walczyć do samego końca, choćby miała to być walka zupełnie bezsensowna i z góry skazana na porażkę. Walczyć o to, by, bez względu na koszty, powstrzymać to szaleństwo. Kryształ musiał zostać połączony. I musiał trafić w ręce Fortisa. Bo jeśli istniał choćby cień szansy na to, pokonanie demona, to tylko za sprawą jego wspólnika. Fortis był jego największą słabością.
Weszli do głównej sali, która również zmieniła się od czasu ich ostatniej wizyty. Było to okrągłe pomieszczenie, o wiele mniejsze od poprzedniego, nawet sklepienie znajdowało się znacznie niżej. Nie było też balkonu, choć Amir odruchowo szukał go wzrokiem. Zamiast tego dostrzegł coś, co zupełnie go zdumiało. Kawałek dalej, na posadzce, leżały ciała kilkudziesięciu potomków wilków. Nadim również patrzył w tamtym kierunku. Nie trzeba było zastanawiać się długo, by dojść do wniosku, że musiała to być legendarna, niepokonana armia Fortisa.
-Jak wam się podoba…?- usłyszeli głos demona. Ten pojawił się nagle kilka metrów przed nimi, razem ze swoim wspólnikiem. Rozejrzał się po pomieszczeniu z zadowoleniem.- Zmiana nastroju, zmiana wystroju! Jest trochę bardziej… ponuro, nie sądzicie…?- zagadywał ich pogodnie.- Ale bardzo się starałem, żeby pasowało do okoliczności naszego dzisiejszego spotkania…- dodał, wreszcie kierując wzrok na przybyłych.- Do finalnego pożegnania… Wiecie co to oznacza…?- uśmiechnął się szeroko.- Pewnie nie… Wkrótce się przekonacie, choć wątpię, by była to dla was szczególna niespodzianka… Tak czy inaczej, cieszy mnie wasze przybycie, oznacza ono bowiem, iż wszyscy pogodziliśmy się z naszym przeznaczeniem…
Ani Amir, ani Nadim nie odpowiedzieli na te słowa. Czekali na kolejne działania demona z napięciem i gotowością. Obaj doskonale wiedzieli po co się tu znaleźli. Chodziło jedynie o to, by połączyć wszystkie fragmenty w jedno. Człowiek dostrzegł, że jego kompan spogląda w stronę Fortisa. Wiedział aż za dobrze jak wielki jest żal potomka wilków do tego, który go wychował i ukształtował. I zarazem tego, który okazał się zdrajcą mogącym przyzwolić na śmierć swojego niedawnego podopiecznego.
-Zatem nie przeciągajmy… Nadim… Pozwolisz…?- demon uśmiechnął się, dając potomkowi wilków znak dłonią, by ten podszedł do niego. Towarzysz władcy zawahał się przez chwilę, ale zaraz, z zaciętą miną, pewnym krokiem ruszył do przodu. Amir podążył za nim, jednak zatrzymał go głos istoty- Nie, nie, Amirze… Ty lepiej zostań tam gdzie stoisz… Tobą zajmę się później… Obiecuję…- rzucił demon. Potomek wilków stanął po jego drugiej stronie, z dala od swojego opiekuna. Nie patrzył już w jego stronę, celowo odwracając wzrok. Fortis natomiastspoglądał wprost na niego.- Czyż nie jest miło…?- zapytał demon, ogarniając Nadima ramieniem i przyciskając do siebie.- Uśmiechnij się, Fortisie…- zwrócił się do stojącego przy nim wojownika. Ten, jak zwykle, nie zareagował na jego słowa.- Wszak panuje tu iście rodzinna atmosfera! Jestem ja… Jest Fortis… Jego pięćdziesięciu, co prawda martwych, ale braci krwi, jak to zwykł mawiać… Jest przysposobiony bratanek Fortisa… I kochanek tegoż bratanka… Mógłbym dorzucić jeszcze jednego bratanka do tego grona, ale i tak specyficzna byłaby z nas familia, lepiej nie komplikować sprawy…- demon uśmiechnął się okrutnie.- Jego zostawię sobie na finał…
Amir zadrżał z wściekłości. Mógł się spodziewać co go tutaj spotka, ale to wcale nie znaczy, że był na to gotów. Nie dało się przygotować na coś takiego.
-Mało w was entuzjazmu!- mruknął demon, rozglądając się po obecnych.- No dobrze… Skoro tak…- w jego dłoni pojawił się sztylet.- Czyń honory, Fortisie…- zwrócił się do zdumionego jego słowami wspólnika, podając mu narzędzie.
Fortis się nie wahał. Natychmiast wziął nóż i podszedł do drugiego potomka wilków.
-Daj mi rękę…- zwrócił się do niego cicho.
Nadim bez słowa podał mu dłoń. Fortis szybkim ruchem zrobił nacięcie na jej wewnętrznej stronie i wrócił na swoje miejsce. Ostrze skruszyło się w jego dłoni i rozsypało w pył.
-I tyle…?- zapytał demon z udawanym rozczarowaniem.- Spodziewałem się, że mnie zaskoczysz i rozpłatasz mu gardło, ale chyba powinienem się cieszyć, że jesteś tak bardzo przewidywalny… Zresztą, to nam w zupełności wystarczy. W końcu nie chcemy żeby przedwcześnie umarł nam raz jeszcze, prawda…?- istota uśmiechnęła się szeroko, patrząc wprost na Nadima.- Nawet nie masz pojęcia jak bardzo się cieszę, że widzę cię żywego!- parsknęła śmiechem.- Uwierz mi, jesteś pierwszym śmiertelnikiem, który słyszy ode mnie te słowa…- dodała, wkładając w rozciętą dłoń potomka wilków fragmenty kryształów i zaciskając ją mocno.- Myślę, że twój kochanek doskonale wytłumaczył ci na czym to wszystko polega. I chyba nie muszę udowadniać, jak bardzo tego pragniesz…?
-Nie- odpowiedział cicho Nadim.
Demon uśmiechnął się z zadowoleniem, mocniej jeszcze ściskając jego dłoń. Spomiędzy palców potomka wilków, wypłynęła szkarłatna stróżka.
-Ach, jakie piękne to czasy, gdy cały świat tonie we krwi…- szepnął demon, niemalże melancholijnie obserwując, jak kilka czerwonych kropel opada na posadzkę.- Ileż wtedy rodzi się w śmiertelnikach desperacji… Idealne czasy dla każdego demona… Wkrótce się o tym przekonasz…
Amir kątem oka dostrzegł, że z drugim potomkiem wilków dzieje się coś dziwnego. Skierował wzrok na Fortisa. Widział, jak ten drży gwałtownie. Najpierw wydawało się władcy, że ten zareagował tak na słowa demona, ale Fortis trząsł się coraz mocniej, spazmatycznie, wyraźnie tracąc kontrolę nad swoim ciałem. Demon również musiał to dostrzec. Na jego wargach wymalował się pełen satysfakcji uśmiech. Wyjął z dłoni Nadima coś, co musiało być połączonym już kryształem i puścił go wreszcie. Potomek wilków nie ruszył się jednak z miejsca, ze zdumieniem i lękiem patrząc na to, co działo się z jego niedawnym opiekunem. Na ciele Fortisa zaczęły pojawiać się jakieś linie. Amir widział wyraźnie jego twarz, szyję, dłonie… Wyglądało to tak, jakby żyły potomka wilków stawały się coraz bardziej wydatne i wyraźne, jak gdyby usiłowały wyrwać się z jego ciała. Czymkolwiek były te znaki, z każdą chwilą powiększały się, puchły i robiły coraz bardziej nabrzmiałe, zmieniając swoje zabarwienie z zieleni i stając się szkarłatne… Potomek wilków upadł na kolana, po czym przewrócił się na bok, wciąż wstrząsany gwałtownymi spazmami.
Nagle, w jednej chwili, wszystko ustało. Fortis znieruchomiał na posadzce, choć bez wątpienia był przytomny. Zmiany na jego skórze zaczęły się cofać. Wszystko wracało do normy. Demon odwrócił się w jego stronę.
-Tak, to musi być bardzo nieprzyjemne…- stwierdził z westchnieniem, nie przestając się uśmiechać.- Niemal bolesne…- szepnął, wyraźnie zafascynowany, nie odrywając wzroku od wspólnika.- Gdy taki rodzaj energii przenika przez kruche ciało śmiertelnika nie stworzone do tego, by władać podobną siłą… Ale nie martw się, Fortisie. Moc jest już pod moją kontrolą- powiedział, po czym wyciągnął dłoń w kierunku potomka wilków, chcąc pomóc mu się podnieść.
Fortis zignorował to, wstając o własnych siłach. Demon zatrzymał się przed nim i zawiesił na jego szyi kryształ.
-Nasz pakt został odnowiony- obwieścił, kładąc dłonie na ramionach wojownika. Spojrzał w źródło swojej energii.- Jest taki niepozorny…- zaczął tkliwie.- A jednak, zupełnie wyjątkowy… Tak, jestem z niego bardzo dumny… Rzecz jasna, nie mówię o tobie, Fortisie…- stwierdził z rozbawieniem, widząc widniejący na twarzy wspólnika niesmak. Odsunął się, po czym dodał- Choć ty również spisałeś się doskonale, oczywiście…
Odszedł kawałek dalej. Przeszedł obok Nadima, przyglądając mu się przez chwilę, by następnie przenieść wzrok na władcę. Zaśmiał się. Śmiał się niczym dziecko uradowane faktem, że udało się naprawić jego ulubioną zabawkę.
-Teraz rozumiesz, Amirze…?- zaczął po chwili, triumfując.- Rozumiesz dlaczego to takie ważne, dlaczego tak trudno wybrać odpowiedniego śmiertelnika do paktu…? To ogromne zaufanie dać komuś do dyspozycji swą siłę… To ja nią władam… Kryształ ją przewodzi… Ale jej wykonawcą jest Fortis…- uśmiechnął się szeroko, zerkając na swojego wspólnika niemalże z czułością.- Powiedz mi, mój drogi… Jakie to uczucie, móc sobie zażyczyć niemalże wszystkiego?
Fortis nie odezwał się ani słowem.
-Pora na twoje pierwsze życzenie, Fortisie…- powiedział demon, wyraźnie podekscytowany.- Pakt odebrał mi dostęp do tego, co bardzo mi imponowało, do twoich pragnień, ale i bez tego wiem doskonale, co postanowisz…
-Nie wiesz- odpowiedział cicho potomek wilków.
Demon zaśmiał się lekko.
-Nie…? Więc co oni tu robią…?- zapytał rozbawiony, przenosząc wzrok na martwe ciała wojowników.- Czekają na ciebie, czyż nie…? Twoja potężna armia, wkrótce przebudzi się ponownie… No… Niezupełnie ona…- stwierdził, rozbawiony.- W końcu po twojej porażce… po naszej klęsce, powinienem rzec, ich ciała spłonęły, dusze zostały więc pozbawione odpowiedniego nośnika tego, co trzymało je wciąż wśród żywych… Ciało można łatwo stworzyć… Jednak dusze… Ich dusze nie należą do mnie, nie jestem więc w stanie nimi władać, ale nie lękaj się, Fortisie… Mam pod dostatkiem wiele innych…- rzucił, a w jego dłoni pojawiła się ta sama kula, którą Amir już widział i która poprzednim razem pękła na drobne części. Teraz była cała.- Co prawda nie jest to już tak liczny zbiór jak wcześniej, po tych niespodziewanych gościach, których sprowadziłeś mi na głowę…- dodał, zwracając się nagle do władcy.- Ale nie mam do ciebie żalu, drogi królu…- uśmiechnął się ponownie.- Wiem, że wkrótce zapewnisz mi znacznie lepszą rozrywkę… Dalej, Fortisie!- ponaglił potomka wilków.- Zrób to, co planujesz zrobić i niechaj wreszcie zapanuje chaos!
-Porządek- przerwał mu chłodno wspólnik.
Demon spojrzał na niego ze zdziwieniem.
-Ach, tam!- machnął obojętnie dłonią.- Słowa, słowa, słowa! Słowa są bez znaczenia! Liczą się tylko czyny, a przecież obaj wiemy, co zamierzasz uczynić.
-Nie masz pojęcia.
-Słucham?- rzucił bez zrozumienia demon.
-Nie masz pojęcia, co zamierzam uczynić- powtórzył spokojnie Fortis.
Demon zaśmiał się znowu. Zamierzał coś powiedzieć, ale jedynie otworzył usta i nagle zamarł. Na jego twarzy pojawił się wyraz niedowierzania i czegoś, czego Amir jeszcze u niego nie widział – lęku. Istota cofnęła się o kilka kroków. Zachwiała lekko na nogach, jakby miała trudność z utrzymaniem równowagi. Uniosła ręce i przyjrzała się swoim dłoniom. Władca dopiero po chwili dostrzegł, co przeraziło demona tak bardzo. Końcówki jego palców rozmywały się dziwacznie, a zaraz po tym, zaczęły powoli znikać. Dalsze części dłoni,ręce… Również.
-Co ty robisz…? Co ty robisz, Fortis?!- wykrzyknął z przerażeniem demon. Wojownik nie ruszył się z miejsca, patrząc na swojego wspólnika z całkowitą obojętnością jakby to, co się z nim teraz działo, wcale go nie obchodziło.- Nie możesz… Nie możesz… Nie możesz mnie zniszczyć!- wydusiła z siebie istota, mając trudność z mówieniem.- Beze mnie… Pakt jest niczym! Beze mnie zginiesz, głupcze!
-Nie zamierzam cię zabić- odpowiedział jednak Fortis.- Zamierzam cię uwięzić. Dokładnie tutaj- stwierdził, wskazując na zawieszony na jego szyi kryształ.
-Nie! Nie rób tego!- wrzasnął demon.- Nie poradzisz sobie… sam… Nie poradzisz sobie… Nie dasz rady… Nie będziesz w stanie tego wszystkiego… Fortis… Fortis…!- rzucił rozpaczliwie, posyłając potomkowi wilków błagalne spojrzenie.- Nie możesz… To będzie twój największy błąd! Fortis! FORTIS!
Bolesny krzyk wyrwał się z ust istoty na moment przed tym, nim jej ciało zniknęło całkowicie. Jedynym, co po nim pozostało, była złota, ledwie zauważalna smuga, która pomknęła w stronę Fortisa i jak gdyby wniknęła w kryształ. Nadim sprawiał wrażenie zupełnie osłupiałego. Amir był równie oszołomiony. Długą chwilę nie pojmował tego, co się właśnie wydarzyło.
Przez kilka minut panowała kompletna cisza.
Aż wreszcie przemówił sprawca całego zamieszania:
-Przepraszam- szepnął Fortis, spoglądając na Nadima, który zbliżył się do niego o kilka kroków, będąc całkowicie zdezorientowanym.- Nie chciałem krzywdy twoich braci, ani tym bardziej twojej śmierci… Ale nie mogłem postąpić inaczej. Gdyby stracił do mnie zaufanie mógłby się domyślić, co zamierzam zrobić i powstrzymać mnie…- jego podopieczny skinął głową. Na jego twarzy jeszcze przez moment gościł wyraz zdumienia, ale zaraz został zastąpiony czymś zupełnie innym. Ulgą? Zrozumieniem? Amir nie był pewien, ale wcale mu się to nie podobało. On wciąż jeszcze nie dowierzał w to wszystko.- Popełniłem bardzo wiele błędów. On był największym z nich. Ale wszystko to, co zrobiłem, robiłem z konieczności. I nie żałuję żadnego swojego uczynku, nawet, jeśli przez to musiałem stać u boku takiego potwora.
Nadim podszedł do niego jeszcze bliżej. Był wyraźnie poruszony słowami niedawnego opiekuna. Wahał się przez moment, po czym nie będąc w stanie powstrzymać emocji, objął go ramieniem i wtulił się w niego.
-Wiedziałem…- odparł pełnym przekonania głosem.- Wiedziałem, że nie mógłbyś nam tego zrobić!
Fortis przesunął dłonią po głowie potomka wilków.
-Wybacz mi, proszę…
-Nie muszę- odpowiedział stanowczo Nadim, odsuwając się nieco, by spojrzeć na twarz wojownika.- Wszystko, co uczyniłeś było…
-Nie- przerwał mu spokojnie Fortis.- Jeszcze nie uczyniłem tego, czego z pewnością będę żałował…
Odsunął się od swojego podopiecznego. Nadim raczej nic nie zrozumiał z tych słów, bo wciąż sprawiał wrażenie niemalże radosnego. Patrzył na Fortisa z podziwem i z całą tą tęsknotą, jaka musiała się w nim zrodzić w momencie, gdy pomyślał, że raz na zawsze stracił swojego wuja. Amirowi wydawało się, że właśnie tak na niego patrzy. Jakby przestało mieć dla niego znaczenie to, że ten przy którym stał oszukiwał go przez tak długi czas, że nie był tym, za kogo się podawał, a i jego intencje trzeba było przecież brać pod wątpliwość.
-Gdy powrócisz do zamku, twój bratanek już w nim będzie…- tym razem, Fortis zwrócił się do Amira. Władca wbił w niego uważne spojrzenie, choć jego słowa dały mu dużo nadziei.- Nie musisz się obawiać. Nie stała mu się żadna krzywda. Bardzo mi przykro z powodu śmierci twojego brata.
-Dlaczego miałbym ufać twoim słowom?!- prychnął człowiek.
-Amir!- Nadim spojrzał na kompana tak, jakby to, co powiedział było nie na miejscu.
-Nie możesz- odparł gładko Fortis.- I nie powinieneś. To całkiem naturalne. Nie mam jednak żadnego powodu, aby cię okłamywać. Aby okłamywać kogokolwiek.
-Ja ci ufam!- zadeklarował natychmiast Nadim.- Zawsze ci ufałem! Nie rozumiałem tego, co się działo, sądziłem, że naprawdę nas zdradziłeś, ale tak wiele razy zastanawiałem się nad tym, czy nie kryje się za tym coś większego… Teraz rozumiem! Nie chciałeś naszej krzywdy! Chciałeś powstrzymać demona!
Fortis wysłuchał jego słów, ale nie potwierdził ich, a wprost przeciwnie. Pokręcił głową.
-To nie tak…- powiedział cicho.
-Owszem!- odparł jednak Nadim.- Rozumiem, dlaczego musiałeś się ukrywać i udawać… Nasi bracia tym bardziej zrozumieją! Wróć ze mną, proszę. Opowiemy im to, co się tutaj wydarzyło.
-Nie- odpowiedział jednak jego opiekun.- Nie wrócę.
Nadim był zaskoczony.
-Ale… Ale dlaczego…?- zapytał, wyraźnie skołowany.- Przecież dobrze ich znasz! Wiesz, że dotąd ci ufali i że z pewnością zrozumieją to, co tobą kierowało! Będą ci więcej niż tylko wdzięczni! Będziesz bohaterem! Już nim jesteś!
-Bohaterem…?- prychnął pobłażliwie Fortis. Nadim drgnął, patrząc na niego bez zrozumienia.- Bohaterem kogo…? Bandy kłamców, złodziei, szyderców, zbrodniarzy, głupców i tchórzy…? Miano bohatera pośród takiego grona, nie jest powodem do chluby, a zwykłą obelgą.
-Ale… O czym mówisz…?- zdumiał się jego podopieczny.
-Kiedy zawałem pakt z demonem… Kiedy moja armia narodziła się na nowo… Walczyłem z ludźmi. Wiesz dlaczego?- zapytał. Nadim skinął głową, ale Fortis uśmiechnął się tylko litościwie, najwyraźniej sądząc, że potomek wilków wcale nie zdaje sobie z tego sprawy.- Bo nim przybyli, nasz świat wyglądał zupełnie inaczej. Tak mi się wtedy wydawało. Żyłem w spokojnej osadzie… Z moimi braćmi, którzy bez względu na moją sympatię, wydawali mi się istotami godnymi najwyższego szacunku, szlachetnymi i dobrymi… Teraz wiem, że byłem zbyt młody i niezainteresowany ich rzeczywistym obliczem, by zdać sobie sprawę z tego, że było zupełnie inaczej… Nigdy nie chodziło o samą wojnę. Chodziło o to, z czym się spotkałem, gdy szukałem pomocy dla tych, którzy byli bezbronni i nie mieli szans na ratunek… Z pychą. Z pogardą. Egoizmem. Tchórzostwem… Sądziłem, że to ich wina, że to ludzie wzbudzili w nas te negatywne cechy. Wydawało mi się, że pozbycie się ich z naszych ziem to zmieni, że wyplenimy zło niczym zarazę i będziemy żyć jak dawniej. Ale się myliłem… Kiedy zasiadałem na tronie, moi bracia radowali się i krzyczeli moje imię, widząc we mnie właśnie bohatera i wybawcę… Za sprawą moich możliwości dałem im naprawdę wiele. Ale oni wciąż chcieli więcej i więcej… Nie zamierzali się poświęcać. Ani pracować. Własnymi siłami dbać o prywatny dobrobyt. Zaczęli mnie opluwać. Zarzucać mi morderstwo, którego dokonałem i o którym wiedzieli już od dawna, lecz wcześniej nie domagali się konsekwencji… Kiedy widziałem wszystko to, co się wtedy działo… Chaos, jaki zapanował w mieście… Liczne zbrodnie. Chciwość. Lenistwo. Zdradę… uświadomiłem sobie coś, na co wcześniej byłem ślepy. To nie ludzie wzbudzili w nas te cechy. Te najgorsze zwyrodnienia siedziały w nas od dawna. I tylko czekały na odpowiedni moment, by wyrwać się na powierzchnię i dać o sobie znać. Nie wszyscy tacy byli. Ale tych, którzy umieli poskromić zło, było tak niewielu… Dlatego posunąłem się do tych wszystkich okrucieństw. Mordowałem tych, którzy nie zasługiwali na to, by żyć. Chciałem stworzyć świat, w którym żyliby jedynie ci, którzy byliby wystarczająco mężni, szlachetni i sprawiedliwi… I stworzę go teraz- dokończył cicho.
-To niemożliwe!- odezwał się natychmiast Amir. Mógł się tego spodziewać… Dokładnie tego mógł się spodziewać, do diabła!- Nie rozumiesz tego?! Ludzie… i wy również… zawsze będą pragnąć więcej! To jest wpisane w naszą naturę! Nie zadowalamy się tym, co posiadamy! Gdy dostaniemy to, czego akurat pragniemy, natychmiast rodzi się w nas nowa potrzeba! Nie sposób tego powstrzymać! Wiem o tym dobrze!
Ludzie mogli być zadowoleni, ale nigdy nie byli w pełni szczęśliwi z danych rządów. Cieszyli się gdy jeden z ich problemów został zlikwidowany, ale gdy tenże problem znikał im z oczu, natychmiast dostrzegali kolejne, mniejsze od tamtego, na które wcześniej nie zwracali uwagi, a które nagle, stały się równie uciążliwe.
-Są tacy, którzy nie pasują do twojego opisu- odpowiedział Fortis.- Sam nimi dowodziłem. Pięćdziesięciu braci, którzy nie chcieli ode mnie niczego, a swoją ciężką pracą sięgali po więcej i więcej… Ruszyli ze mną do boju, choć wtedy jeszcze nie było w nas nadziei, że uda się zwyciężyć… Ty, Amirze, też taki jesteś…- człowiek parsknął jedynie, kręcąc głową.- Tacy jak ty zasługują, by istnieć, bowiem zależy im szczerze na losie wielu, a nie swoim własnym… Twój wuj również taki był… Jego historia… Historia młodości tego, którego ciało przejąłem… Przekonała mnie jedynie, iż zarówno ludzie, jak i my sami, od wieków cechujemy się tym samym okrucieństwem i podłością. Żałuję, że musiał zginąć… Żałuję, że ty również będziesz musiał. Zdaję sobie bowiem sprawę z tego, że nie przeżyłeś tego co ja i przez to nie będziesz w stanie zrozumieć moich racji…
-Nie rozumiem twoich metod!- przerwał mu gniewnie mężczyzna.- Co chcesz zrobić?! Zabić wszystkich i pozostawić tylko tych, którzy będą ci odpowiadać?! To się nie uda! Każdy w końcu zawodzi! Twoi wojownicy, których tak wychwalasz, też by to w końcu zrobili! Naprawdę nie rozumiesz?! Jeśli nie strach, to sam demon trzymał ich u twojego boku! Jeżeli będziesz tak działać, prędzej czy później, pozostaniesz tutaj zupełnie sam! Zmieniaj swoich braci! Już to czyniłeś, podczas twoich rządów… Ale nie śmiercią!
-Nie rozumiesz, Amirze…- odpowiedział spokojnie Fortis.- To jedyna metoda. Okrutna, ale skuteczna. Nie mogę postąpić inaczej. Szczytne cele wymagają mniej szczytnego postępowania. Wiem, że spotkam się z twoim oporem… Nie jesteśmy po tej samej stronie, Nadimie…- zwrócił się do swojego podopiecznego, spoglądając na niego. Potomek wilków sprawiał wrażenie, jakby już zupełnie nie rozumiał, o co w tym wszystkim chodzi.- Jesteśmy wrogami. Wiedziałem, że gdy przyjdzie co do czego zrozumiesz, czym się kieruję. I chciałem, byś stanął u mojego boku. Ale gdy wróciłeś z tej wyprawy i usłyszałem jak bardzo zbliżyłeś się do tego człowieka wiedziałem już, że nie będę w stanie cię do tego przekonać… Za bardzo się zmieniłeś… I choć jesteś mi tak bliski, jak własny syn, staniemy naprzeciw siebie w walce. I poniesiesz śmierć.
-Co chcesz zrobić?!- krzyknął Amir.
-Wskrzeszę swoją armię.
-Naprawdę nie zdajesz sobie sprawy z tego, że ci, którzy ci się podporządkują, zrobią to nie z poczucia szlachetności, ale przez swoje tchórzostwo?! Twoje metody nie pozwolą ci rządzić mężnymi i pełnymi dobra! Będziesz rządził bandą tchórzy!
-Mylisz się, Amirze- odpowiedział Fortis.- Gdy wojna się skończy, przyjdzie czas na sąd… Choć już w trakcie jej trwania wielu z tych, którzy są rozczarowani panującym dookoła zepsuciem, przejrzy na oczy…
-Ty jesteś obłąkany!- warknął gniewnie człowiek.- Ty jesteś tym szlachetnym, tak?! Tym, którego wszyscy powinni naśladować?!
-Tak- potwierdził Fortis bez chwili wahania.
Amir parsknął śmiechem.
-Doskonale! A więc szukasz tych, którzy mają być gotowi na współpracę z największym złem dla zrealizowania tych, rzekomo, szlachetnych pobudek?! Tych, którzy bez wahania zdradzą własną rasę?! Którzy będą gotowi do największych zbrodni?! I, bez słowa protestu, będą przyzwalać na śmierć najbliższych?! To jest ta twoja odwaga, Fortisie?!- wrzasnął z wściekłością.- Pogódź się z tym! Prawda jest taka, że to ty jesteś największym tchórzem ze wszystkich!
Wojownik nie sprawiał wrażenia jakkolwiek poruszonego jego słowami.
-Dam wam trzy dni- obwieścił cicho.- Licząc od jutra. Przygotujcie się. Trzeciego dnia moja armia wyjdzie na ulice miasta… I dokona się to, co miało się dokonać. Nim nastanie zmierzch, będzie już po wszystkim.
Powiedziawszy te słowa, odwrócił się i zaczął iść w przeciwnym kierunku.
-Zaczekaj!- krzyknął za nim Amir.
Zatrzymał się na moment.
-Doskonale wiem, czego ode mnie oczekujesz…- powiedział, nie odwracając się nawet w stronę tego, który go zawołał.- Chcesz wyzwać mnie na pojedynek. Zgadzam się. Trzeciego dnia, przejście się otworzy. Możesz tutaj przyjść. Obaj możecie.
-Nie stoczysz swojej wymarzonej wojny!- prychnął Amir.- Nie wystawię wojsk do walki z poplecznikiem demona! Mają mnie za szaleńca! Nikt w to nie wierzy!
-Uwierzą wszyscy- odparł Fortis.- Wkrótce się przekonasz.

Szli w otoczeniu garstki potomków wilków, którzy, jak i poprzednim razem, czekali na nich przy samym portalu. Spieszyli się. Kierowali kroki w stronę obozowiska, nie mając czasu na rozmowy czy wyjaśnienia. Raz po raz każdy z nich odchylał głowę i z niepokojem spoglądał w górę, nie mogąc się nadziwić temu, co widzi. Niebo miało fioletową barwę. Wyglądało na zupełnie bezchmurne choć dźwięki, jakie niosły się dookoła, przypominały odgłosy zbliżającej się burzy. Na gładkiej powierzchni pojawiały się pęknięcia podobne do błyskawic. Wyglądało to tak, jakby sklepienie miało zaraz zawalić im się na głowy. Amir się denerwował. Nie miał pojęcia, co mogły oznaczać słowa Fortisa, a bardzo wątpił, by cała arystokracja doznała nagle olśnienia. Spojrzał na kompana. Nadim był kompletnie przybity. Chyba naprawdę, choćby przez tę krótką chwilę, wydawało mu się, że jego opiekun miał dobre intencje. Amir nie mógł się temu dziwić. Wreszcie dotarli do namiotów. Nie było jednak przy nich wielu potomków wilków. A jedynie kilka kobiet, dzieci, paru rannych… Szli więc dalej. Dopiero kawałek za obozowiskiem, zobaczyli sporą grupę pobratymców Nadima, wśród których był również Elnir. Wszyscy oni byli do nich odwróceni plecami, z twarzami zwróconymi w stronę miasta. Amir przyspieszył kroku, ale w tym momencie zrozumiał, co tak bardzo przykuwało uwagę pobratymców kompana. Rozległ się donośny grzmot, a niebo przeszyła ogromna błyskawica. Piorun musiał uderzyć w jakieś miejsce w mieście. Amir zatrzymał się gwałtownie, zupełnie przerażony Kolejny huk… I jeszcze jeden… Odruchowo cofnął się o kilka kroków, aż potknął się o własne nogi i upadłby, gdyby nie trafił wprost w ramiona kochanka, którzy przycisnął go do siebie mocno.
-Już dobrze…- szepnął uspokajająco Nadim, po czym krzyknął w stronę przyjaciela- Elnir! Co się dzieje?!
-Chyba szykuje nam się kolejna katastrofa…- odparł z wyraźnym niepokojem potomek wilków, odwracając się w końcu w ich kierunku.- Pioruny uderzają w miasto już od dobrych kilkunastu minut. Musi być masa szkód… Ciekawe, kiedy to licho dojdzie do nas…
-Nie dojdzie…- odezwał się cicho Amir, z trudem odsuwając się od kompana. Niełatwo było okiełznać własne lęki, zwłaszcza tak irracjonalne. On sam ledwie trzymał się na nogach, widząc i słysząc kolejne gromy. Elnir spojrzał na niego pytająco.- To znak dla moich poddanych…
-Znak…?
-Nadim ci wszystko wyjaśni… Gdzie jest mój koń?- zapytał władca, rozglądając się dookoła z wyraźną paniką. Ręce mu drżały.
-Nie jedź teraz- Nadim chwycił go za ramię.- To niebezpieczne.
-Nie ma czasu- zaoponował mężczyzna. Chciał jak najszybciej znaleźć się z powrotem w zamku i upewnić czy Fortis nie kłamał. Czy Hatim jest bezpieczny.
Elnir dopytywał, ale on nie był w stanie wykrzesać z siebie żadnej konstruktywnej odpowiedzi. Moment później, któryś z potomków wilków przyprowadził jego konia. Amir wsiadł na wierzchowca, pożegnał się krótko z kochankiem deklarując, że zapewne jutro tu wróci, po czym popędził zwierzę i ruszył galopem przez las. Denerwował się. Podskakiwał przy każdym głośniejszym huku. Koń również się niepokoił. Gdy udało mu się już dostać do miasta, jedna z błyskawic uderzyła w pobliski budynek. Zwierzę spłoszyło się i stanęło dęba, zrzucając z siebie jeźdźca, po czym zawróciło w stronę lasu. Amir zebrał się z ziemi, cały obolały i jeszcze bardziej zlękniony niż chwilę temu. Na ulicach było niewielu ludzi, ale wśród tych, którzy pośpiesznie starali się dotrzeć do domu albo znaleźć sobie schronienie, panował popłoch i chaos. Amir przedarł się na główny plac i ruszył biegiem w stronę zamku.
Udało mu się dotrzeć do wrót. Nikt przy nich nie stał. Strażnicy obserwowali wejście, ale schronili się pod jednym z balkonów, przerażeni i spanikowani. Amir wszedł na teren królewskich włości. Nie bacząc już na nic, wbiegł do budynku. Ledwie znalazł się w środku, a musiał zatrzymać się na moment. Osunął się pod ścianę. Natychmiast dobiegli do niego służący, którzy stali przy oknach, obserwując to, co dzieje się na zewnątrz. Amir odrzucił ich pomoc i wstał, raz jeszcze zwalczając swój lęk. Nawet znajdując się w tym z pozoru bezpiecznym miejscu, nie mógł powstrzymać odczuć jakie wzbudzało w nim to, co działo się na zewnątrz. Ruszył wzdłuż korytarza, kierując się do komnaty, w której wcześniej znajdował się jego bratanek. Któryś ze służących musiał powiadomić wciąż znajdujących się na zamku arystokratów, bo zaraz dobiegł do niego Golvan.
-Królu… Królu, zatrzymaj się…- naciskał, a kawałek za nim biegł Fryderyk, na swych krótkich nóżkach usiłując dogonić mężczyzn.- Musimy porozmawiać…
-O bogowie! Dobrzy bogowie!- usłyszał Amir czyjeś wołanie i zaraz za rogu wyłoniła się ta sama młoda służka, która zajmowała się dzieckiem przed jego zniknięciem. Na rękach trzymała łkającego głośno Hatima. Zatrzymała się tuż przy Amirze.- Królu… Królu, jak dobrze!- zawołała, zapłakana z radości, jakby zupełnie nie miała świadomości, co się wokół niej dzieje.- Siedziałam w tamtej komnacie… W komnacie panicza… I jest…!
-To niemożliwe…- skwitował jej słowa Golvan, wyraźnie zaskoczony.
-Dziękuję- szepnął Amir, biorąc od niej swojego bratanka. Zawrócił, ruszając w przeciwnym kierunku. Golvan wciąż szedł za nim. Fryderyk, w takiej sytuacji, znalazł się kawałek przed nim.
-Szanowny Amirze!- zawołał piskliwym głosem.- Szanowny… Królu!- usiłował zwrócić uwagę mężczyzny, ale ten wcale nie zamierzał z nim rozmawiać.- AMIRZE!- wrzasnął wreszcie arystokrata, chyba po raz pierwszy zupełnie zapominając o swoim fałszu i dyplomacji.
Władca przystanął i spojrzał na niego pytająco.
-Powiesz nam, co się tu dzieje…?- zapytał Fryderyk, wyraźnie zdezorientowany.
-Powiedziałem już. To sprawka demona- odparł chłodno mężczyzna.- Chcecie dowodów? Nie mam ich. Prócz tego, co działo się do tej pory i co dzieje się teraz. Jeśli chcecie mnie zdetronizować, to proszę bardzo, choć wybraliście sobie do tego naprawdę nienajlepszy moment…
Jednak ani Fryderyk, ani Golvan, nie sprawiali już wrażenia jakby zależało im na odebraniu Amirowi władzy. Właściwie byli zwyczajnie przerażeni. Przejmowanie władzy w takim momencie było więcej niż tylko ryzykowne. Nie chcieli brać na siebie odpowiedzialności.
-Możesz nam powiedzieć… szanowny Amirze… co się teraz stanie, zakładając… zakładając, że masz rację…?- zapytał ostrożnie Fryderyk, wracając do swojego zwyczajowego tonu.
-Będzie wojna- odpowiedział szorstko Amir, kołysząc płaczącego wciąż bratanka w ramionach.
-Wojna?!- parsknął Golvan.- Z demonem?!
-Nie. Z tym, z którym, którego udało się nam raz pokonać. Z jego poplecznikiem, Fortisem.
-Ale… Ale…
Amir znów ruszył przed siebie. Zaczął wchodzić na schodach na pierwsze piętro, chcąc dotrzeć do swojego gabinetu.
-Szanowny królu!- zawołał za nim piskliwie Fryderyk.- Co mamy robić?!
Mężczyzna zatrzymał się i odwrócił w jego kierunku.
-Jeśli nadal chcecie pozostawić władzę w moich rękach… Macie poinformować lud o tym, co się dzieje i o tym, co nas czeka… Nie wiem, jak to przedstawicie- dodał surowo, widząc, że Fryderyk chce zaprotestować.- Muszą wiedzieć. Nie wiem, na ile starczy naszej armii. Może dojść do momentu, w którym walczyć będą musieli wszyscy, którzy są do tego zdolni… Potrzebuję informacji na temat schronów. I muszę spotkać się z dowódcami. Im szybciej, tym lepiej…
-To wszystko… szanowny królu…?- upewnił się Fryderyk, z nie pasującą do niego pokorą.
Amir skinął głową.
-Nie mamy wiele czasu- powiedział.