Strony

sobota, 20 lipca 2013

21. Johnny i mordercze myśli

Johnny siedział na swoim łóżku, czując się fatalnie. I to wcale nie dlatego, że Keith, jego Keith, właśnie brał na dole prysznic i przygotowywał się do wyjazdu, co prawda jedynie dwudniowego, ale, mimo wszystko, wyjazdu, na którym nie będzie szatyna, będzie za to ktoś, kogo zdecydowanie w pobliżu Keitha nie powinno być – Eric. Ten fakt również nie podnosił go na duchu. Johnny czuł się fatalnie pod względem fizycznym, a to nie zdarzało mu się często. Wszystko go bolało. Dosłownie wszystko, miał wrażenie, że jego ciało jest strasznie ociężałe i trudno było mu się zmusić do tego, by w końcu wstać i zrobić coś konkretnego. Najbardziej bolała go jednak głowa. Nie dość, że wciąż odczuwał skutki wczorajszej bójki z Erickiem, to jeszcze potwornie pulsowało mu w skroniach, co nie pozwalało się na niczym skoncentrować, ani nawet zebrać myśli. Drapało go w gardle. Odkaszlnął kilkakrotnie, ale nie udało mu się pozbyć tego odczucia, a wprost przeciwnie, sprawił, że się nasiliło. Wszystkie te objawy doprowadziły go do pewnego dość oczywistego wniosku – był chory. Johnny chorował rzadko i naprawdę nie znosił być w takim stanie.
W pokoju pojawił się Keith.
-Jeszcze nie jesteś gotowy…?- zapytał,ciągle zachrypniętym głosem, zatrzymując się na środku pomieszczenia i spoglądając na szatyna karcąco.
-Nie czuję się zbyt dobrze…- przyznał Johnny, mówiąc dokładnie w ten sam, chrypliwy sposób.
Brunet podszedł do niego bliżej i przyjrzał mu się z uwagą. Położył dłoń na jego czole, po czym westchnął cicho, zabierając rękę.
-Pewnie zaraziłeś się ode mnie. Przecież mówiłem ci, żebyś darował sobie zbytnie czułości…- zauważył z nutką irytacji, ale spojrzenie jakim obdarzył szatyna, było raczej pełne troski, niż zdenerwowania.- Dobrze, będę się już zbierał. A ty zostań tutaj i się kuruj, nie musisz mnie przecież odwozić…
-Co? Nie!- wykrzyknął szatyn, natychmiast czując przypływ energii i dosłownie zrywając się z łóżka. Niewiele brakowało, a poobijałby się jeszcze bardziej, bo zaplątał się w kołdrę i omal nie przewrócił, ale wreszcie stanął na równych nogach.- Nie ma mowy Keith, już się ubieram…
-Przecież nie musisz mnie odwozić- powtórzył raz jeszcze ciemnowłosy, tym razem bardziej stanowczo, ale Johnny nawet nie chciał o tym słyszeć. Stanął przed swoją szafą i otworzył ją na oścież, szybko przeglądając ubrania i, z dużo mniejszą uwagą niż zwykle, zastanawiał się, co wybrać.- Jesteś chory, a ja sobie poradzę.
-Nie zostawię cię bez pożegnania- upierał się szatyn, który chyba pobił właśnie swój prywatny rekord, odnajdując w tak szybkim czasie wszystkie niezbędne części garderoby. Co prawda, gdy obejrzał je raz jeszcze, zawahał się przez moment, dochodząc do wniosku, że nie było to szczególnie stylowe połączenie, ale już mniejsza z tym!
-Więc pożegnajmy się tutaj. Johnny czy ty mnie w ogóle słuchasz…? Wyjeżdżam na weekend, a nie na rok!
-Nie pozwolę, żebyś tachał się z bagażami po całym mieście- powiedział Johnny, przechodząc szybko do łazienki.
-Po pierwsze, nie z „bagażami” tylko z jednym plecakiem! A po drugie, nie będę się „tachał” i na pewno nie „po całym mieście”, bo zwyczajnie pójdę na przystanek i pojadę do szkoły autobusem, tak jak każdego dnia! Serio, Johnny, wychodzę…
-Nie!- półnagi szatyn wyjrzał z łazienki, spoglądając na Keitha błagalnie.- Daj mi dziesięć minutek… Chociaż w sumie, dwadzieścia. Dwadzieścia minut i będę na dole, przysięgam Keith.
-Johnny!- burknął chłopak.- Nie mam na to czasu! Muszę być na miejscu pół godziny przed odjazdem, zapomniałeś?!
-Dobrze… Dobrze, kwadrans. Kwadrans może być? Błagam, Keith… Przecież i tak będziemy tam szybciej, jeśli cię podwiozę!
Brunet westchnął ciężko i potarł skronie, kręcąc jednocześnie głową.
-Za dziesięć minut wychodzę- obwieścił jedynie, po czym zszedł na dół.
Johnny potraktował tę zapowiedź jako wyzwanie. Zatrzasnął drzwi i natychmiast wziął się w garść, zaczynając przebierać w zastraszającym wprost tempie, mało uważnie i mało rozważnie, co nie zdarzało mu się często. Ba, nie zdarzało mu się niemalże nigdy. Nie zamierzał jednak tracić ani jednej chwili, którą miałby spędzić z Keithem.
Zwłaszcza, że ten mógł się bardzo szybko znaleźć w towarzystwie osoby, co do której Johnny wciąż miał jedynie same wątpliwości, a żadnych odpowiedzi.

-Wiesz, że zwracasz na siebie sporą uwagę…?- odkaszlnął cicho Keith, najwyraźniej nieco tym faktem skrępowany.- Jeszcze większą, niż gdybyś wcale ich nie zakładał…
Johnny bowiem paradował w po szkolnym parkingu, z ciemnymi, przeciwsłonecznymi okularami na nosie, czym rzeczywiście wzbudzał niemałe zaciekawienie. Zapewne między innymi dlatego, że niebo było pochmurne i zaczynało już kropić. Szatyn do zainteresowania był jednak przyzwyczajony, był nim nawet zachwycony, o ile, rzecz jasna, było to zainteresowanie pozytywne. Nie mógł się przecież pokazać w swoim obecnym, tragicznym stanie! Był zaskoczony ilością ludzi gromadzących się nieopodal autobusu. Z tego co słyszał, z ich szkoły miało jechać jedynie pięć osób. Wyglądało na to, że odjeżdżali stąd przedstawiciele z całego miasta. Johnny uśmiechał się szeroko do tych, którzy spoglądali w jego kierunku, czując się, a zapewne również wyglądając, niczym gwiazda rocka, sławny aktor albo przynajmniej powszechnie rozpoznawany celebryta.
… Albo ktoś, kto usiłował ukryć przed światem całkiem pokaźne limo, ale nie wchodźmy w szczegóły! I tak, siniak rozpościerał się aż do policzka, więc zapewne wiele osób domyśliło się w czym rzecz, ale nie zmieniało to faktu, że w okularach wyglądał znacznie lepiej niż bez nich, ze swoim opuchniętym, śmiesznie małym i nieproporcjonalnym okiem. Johnny zdecydowanie nie mógł sobie pozwalać na tego rodzaju niedoskonałości!
Keith chyba czuł się nieco przytłoczony tym, że przyciągali naprawdę masę spojrzeń. Szybko czmychnął w stronę autokaru i stojących przy nim nauczycieli. Johnny czekał na niego spory kawałek dalej, bo dostrzegł w pobliżu panią Stevens, a po tym, co wydarzyło się wczoraj, wolał nie rzucać jej się w oczy… za bardzo. Przy okazji, przyglądał się kolejnym przechodzącym obok osobom, usiłując wypatrzeć w tłumie twarz tego, którego bardzo nie chciał tutaj widzieć – Erica. Póki co, nigdzie go nie dostrzegł. Może blondyn zrezygnował…? Może poszedł po rozum do głowy i postanowił nie olewać swoich kumpli z drużyny tylko wziąć udział w ćwierćfinałach…? Albo spłoszył się po wczorajszej „rozmowie” z Johnnym, co było nieco mniej prawdopodobną, ale przecież nie niemożliwą wersją. Szatyn miał nadzieję, że tak właśnie było, ale szczerze mówiąc, z każdą kolejną minutą stresował się coraz bardziej. Zaczynał odczuwać to, co za każdym razem, gdy myślał o Keithie i Ericu razem – absolutną panikę. Nadal, co prawda, nie miał pojęcia, z jakiego powodu Eric miałby powiedzieć chłopakowi prawdę o wyzwaniu, automatycznie je przegrywając. To zdecydowanie nie było w jego stylu. Chociaż z drugiej strony to, co robił ostatnimi czasy, też takie nie było. Eric zawsze był chamski, wredny, zwłaszcza dla Johnny’ego, ale do miana totalnego dupka trochę jednak mu brakowało… Dopóki nie zaczął wtrącać się w sprawy Benny’ego i Maicy, mieszać, mącić i prowadzić jakieś dziwne gierki. To właśnie napawało szatyna największą obawą – fakt, że blondyn był zupełnie nieprzewidywalny.
Keith podszedł do niego, już bez plecaka, który pewnie umieścił wśród bagaży. Widząc go, Johnny przywołał na twarz, dość niemrawy jednak, uśmiech.
-No to… powodzenia- powiedział cicho. Chciałby powiedzieć Keithowi znacznie więcej. Chciałby mu powiedzieć, że się boi, nie, że jest diabelnie przerażony, bo wszystko może zaraz się skończyć. Przez Erica. I przez niego samego, bo był takim strasznym durniem, że dał się w to wszystko wmanewrować! Chciałby mu powiedzieć, że go okłamał, że czuje się z tym źle, że chodziło o wyzwanie, ale przecież teraz jest już inaczej… Ale wiedział, że było już za późno na podobne tłumaczenia. Bo gdyby rzeczywiście powiedział chłopakowi o tym wszystkim, Eric i jego gierki nie byłyby mu już straszne. Sam zniszczyłby to, na czym przecież tak bardzo mu zależało.
-Mam jeszcze piętnaście minut, spokojnie- zaśmiał się chrypliwie Keith.- Ale skoro już jesteśmy przy życzeniach, to baw się dobrze… Chociaż…- chłopak zawahał się przez chwilę, mierząc szatyna uważnym spojrzeniem.- Chociaż lepiej po prostu zdrowiej. I uważaj na schody- zażartował, uśmiechając się z rozbawieniem.
Johnny zamierzał coś odpowiedzieć, ale w tym momencie usłyszał znajome i bardzo ciche, właściwie ledwie słyszalne:
-Cześć.
Serce szatyna zamarło. Tuż obok nich pojawił się Eric. Jednak to słowo, z pewnością nie adresowane do Johnny’ego, było jedynym, jakie wypowiedział. Pomknął szybko dalej, w kierunku autobusu, nawet nie oglądając się na rozmawiających ze sobą chłopaków. Szatynowi wystarczyło tylko jedno spojrzenie na twarz jasnowłosego, by dostrzec na niej ślady ich wczorajszej bójki. Eric wyglądał odrobinę lepiej, może dlatego, że opuchlizna nie była tak blisko oka, za to okolice kości policzkowej miał równie mocno zasinione.
Keith obejrzał się za blondynem z wyraźnym zdumieniem. A później wbił pełne niezrozumienia spojrzenie w Johnny’ego. Milczał przez dłuższą chwilę, jakby oczekiwał, że szatyn coś powie, ale ten nie bardzo wiedział jak zareagować, za bardzo pochłonięty strachem wynikającym z pojawienia się Erica.
-Te schody w naszej szkole są strasznie niebezpieczne…- zakpił brunet.
-Mhm…- mruknął ledwie słyszalnie szatyn.
-O co do diabła chodzi?!- zirytował się Keith, wpatrując w chłopaka, wyraźnie rozgniewany.- Pobiłeś się z nim, prawda?
-Jasne, że nie…- próbował się jeszcze upierać Johnny, robiąc dobrą minę do złej gry, ale wyglądało na to, że Keith zdążył się już wszystkiego domyślić.
-Nie?! To przypadek, że obaj pojawiacie się tutaj wyglądając tak, jakby ktoś wam przyłożył?!
-No… Nie…- przyznał Johnny po chwili wahania i aż jęknął głucho w duchu.- Przepraszam, Keith… To naprawdę nic takiego, nie musisz się denerwować… Spotkałem go wczoraj jak wracałem z szlabanu, zapytałem go o sprawę z Maicy i Benny’m, powiedziałem parę słów, a on się wkurzył i mnie uderzył, więc mu oddałem… Głupia sprawa, nic, co powinno cię martwić…
-Więc dlaczego nie powiedziałeś mi od razu?- zapytał bez zrozumienia ciemnowłosy.
-Bo… Bo nie chciałem, żebyś się denerwował- przyznał Johnny, wzdychając bezradnie. Tak naprawdę nie chciał po prostu, żeby Keith miał kolejny powód by sądzić, że pomiędzy nim a Erickiem jest konflikt związany z jego osobą. Chyba jednak nie wziął pod uwagę faktu, że obaj dzisiaj się zobaczą…
-Och, dziękuję, że mi tego oszczędziłeś!- zakpił Keith, wyraźnie rozjuszony.- Aż na jeden dzień! Za to teraz denerwuję się jeszcze bardziej! Dziwnie się zachowujesz, w związku z moim wyjazdem, w związku z Erickiem… Powoli przestaję rozumieć, o co ci właściwie chodzi! Kiedy mówiłeś, że jesteś zazdrosny…- brunet odkaszlnął cicho i zawstydził się wyraźnie.- … uznałem, że to niedorzeczne, ale było to w pewien sposób miłe. Ale jeśli to naprawdę zazdrość, a wcale na to nie wygląda, to zaczyna być chorobliwa.
Johnny milczał, nie wiedząc, co na to odpowiedzieć.
-Posłuchaj…- zaczął raz jeszcze ciemnowłosy, tym razem spokojniej, odetchnąwszy wcześniej głęboko.- Jeśli to rzeczywiście jakieś sprawy między wami, to mnie do tego nie mieszaj. Ale jeśli ma to jakikolwiek związek ze mną, to lepiej powiedz mi od razu, co jest na rzeczy.
-… Po prostu nie chcę, żebyś rozmawiał z Erickiem- przyznał cicho Johnny.
-Ale dlaczego?- zapytał brunet, rozkładając bezradnie ręce i najwyraźniej wciąż nie będąc w stanie tego pojąć.
-Mówiłem ci już… On mnie nie znosi- odpowiedział nerwowo szatyn.- Wszystko, co robi, robi mi na złość. Nie wiem dlaczego, ale tak już jest. A teraz, po tej bójce… Będzie się mścił! Boję się, że nagada ci jakichś dziwnych rzeczy i kłamstw, tylko po to, żebyś przestał się ze mną zadawać.
… Albo, co znacznie bardziej prawdopodobne i jeszcze gorsze, po prostu powie prawdę.
-Powtórzę to raz jeszcze: mam gdzieś, co o tobie gadają- odparł stanowczo Keith, wzdychając ciężko.- Możesz sobie wyobrazić ile już plotek słyszałem na twój temat, ale czy z tego powodu zmieniłem o tobie zdanie…? Znam cię już jakiś czas. Wiem, jaki jesteś. Musisz mieć o mnie strasznie złe zdanie skoro sądzisz, że cudze kłamstwa mogą zmienić moją opinię na twój temat… I musisz uważać Erica za skończonego kretyna, bo chyba tylko ktoś taki podchodziłby do ledwie znanej sobie osoby i nadawał na kogoś, kto jest jej bliski… Zapewniam cię, że ani z nim, ani z nikim innym nie zamierzam dyskutować na temat twojej osoby.
Eric nie był kretynem. Był po prostu dupkiem, ale na całe nieszczęście, bardzo sprytnym dupkiem i Johnny był pewien, że jeśli ten rzeczywiście planował coś takiego, wybierze sobie odpowiednie okoliczności. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że kontynuowanie tej dyskusji zadziała tylko na jego niekorzyść, więc westchnął cicho i pokiwał głową, choć słowa Keitha nie przyniosły mu żadnej ulgi. Wiedział bowiem, że gdy ten dowie się o wyzwaniu, bardzo łatwo zorientuje się, co jest prawdą. Co było zresztą bardziej prawdopodobne…? Że Johnny, jak kompletny idiota, zgodził się na tego rodzaju zakład, czy że rzeczywiście od dawna durzył się potajemnie w kimś takim jak Keith…? Odpowiedź wydawała się boleśnie wręcz oczywista.
-Dobrze…- odetchnął głęboko Keith.- To wszystko? Czy jest coś jeszcze, o czym powinienem wiedzieć?
Szatyn zagryzł nerwowo wargę, wahając się przez dłuższą chwilę.
-… Kocham cię- wydusił z siebie wreszcie ledwie słyszalnie.
Keith zdębiał.
-C… Co…?- wydukał moment później.
-Kocham cię- powtórzył Johnny już nieco głośniej.
Brunet rozejrzał się dookoła nerwowo. Nikogo jednak przy nich nie było i nikt też nie miał szans tego usłyszeć. Keith sprawiał wrażenie zaskoczonego i trochę zdezorientowanego.
-Zdajesz sobie sprawę z tego, że to nie są… najlepsze okoliczności… na takie wyznania?- mruknął półgębkiem.
-Tak.
-Oczekujesz, że teraz ci odpowiem…?
Johnny przygasł jeszcze bardziej.
-Nie, jasne, że nie…- odpowiedział, starając się zdobyć na uśmiech.- Tak tylko… Chciałem, żebyś wiedział… Żebyś rozumiał, że naprawdę mi na tobie zależy… Gdyby… Gdyby coś się wydarzyło albo…
-To dobrze- przerwał mu stanowczo Keith. Spąsowiał wyraźnie i  nieco zawstydzony, dodał po chwili- Bo sądzę, że już znasz odpowiedź.
Szatyn zamrugał, zaskoczony. Dopiero po chwili dotarło do niego, co właściwie znaczyły słowa bruneta. Na jego wargach wymalował się szeroki uśmiech. Nie mogąc się pohamować, przyciągnął Keitha do siebie i przytulił go mocno, nie bacząc na jęk protestu, jaki wyrwał się z ust ciemnowłosego. Keith usiłował wyplątać się z objęcia, ale Johnny trzymał go naprawdę mocno i ani myślał puszczać, więc chłopak w końcu znieruchomiał, wzdychając ciężko.
-Johnny… Już dosyć, wszyscy się gapią…- szepnął, mocno zażenowany.
-Dlaczego mieliby się gapić…? Przytulam cię tylko… jak przyjaciela.
-Przytulałeś tak kiedyś Benny’ego…?- zakpił Keith.
Johnny musiał przyznać mu rację. I w kwestii przytulania i wzmożonego zainteresowania jakie budzili. Coraz więcej osób patrzyło w ich kierunku. A wśród nich, szatyn dostrzegł najpierw Erica, a później stojącą kawałek obok panią Stevens, która zerkała w ich stronę z wyraźnym zdumieniem. Wobec tego rodzaju uwagi, chłopak postanowił posłuchać bruneta i odsunął się na bezpieczniejszą odległość.
-Chyba muszę się już zbierać…- odkaszlnął cichutko ciemnowłosy, wciąż mocno zawstydzony, wsuwając dłonie do kieszeni spodni.- To…
-Gdyby coś się zdarzyło…- zaczął raz jeszcze Johnny.
Keith jęknął głucho.
-Mówiłem ci już, że…
-Wiem, ale… Gdyby jednak… Zadzwonisz tak…?
-Tak!- warknął w odpowiedzi brunet.- Cześć!- rzucił jeszcze, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę autokaru.
Johnny westchnął cichutko, wiodąc za nim uważnym spojrzeniem.
Zaczynał czuć się coraz bardziej podle.

Johnny siedział na kanapie w salonie, potwornie znudzony wszystkim, co usiłował oglądać, żeby odwrócić swoją uwagę od wyjazdu Keitha i przestać się denerwować. Od czasu gdy się pożegnali, dzwonił do niego już chyba ze dwadzieścia razy. Z samym brunetem rozmawiał tylko cztery i były to raczej krótkie, kilkuminutowe rozmowy, bo chłopak nie był zbyt wylewny i szatyn musiał wszystko z niego wyciągać. Dzięki temu dowiedział się jednak, że Keith czuje się już trochę lepiej, że nie ma choroby lokomocyjnej i siedzi z tyłu obok jakiejś dziewczyny, a Eric „chyba gdzieś z przodu”, że nie zamienili ze sobą ani słowa i że Johnny ma przestać pytać, bo coraz bardziej Keitha wkurza. No i że już przed dziesiątą dotarli na miejsce. Pozostałe połączenia Johnny wykonał wtedy, gdy około jedenastej znowu usiłował dodzwonić się do ciemnowłosego, a ten nie odbierał. Johnny troszeczkę się zdenerwował… Nie, właściwie to kompletnie mu odbiło… I wydzwaniał do chłopaka raz po raz, zostawił mu też parę sms-ów, miał ochotę nawet nagrać mu się na pocztę, ale Keith na szczęście takowej nie miał… Johnny był szczerze przerażony i zaczynając snuć swoje domysły, miał wrażenie, że zaraz dostanie ataku serca.
… A później Keith zadzwonił po trzynastej, bardzo poirytowany, powiedział, że miał jakiejś przygotowania do debaty i nie mógł odebrać i że Johnny ma w końcu przestać dzwonić jak wariat, bo on naprawdę nie ma czasu rozmawiać.
Szatyn przeprosił i zgodził się, rzecz jasna, bo nie chciał, żeby Keith się przez niego denerwował. Wtedy postanowił, że musi sobie znaleźć jakieś zajęcie, ale nie miał zbyt wielu opcji. Wziął jakieś leki na przeziębienie, jednak niewiele mu pomogły. Nie mógł więc wyjść. Chciał zadzwonić do Benny’ego i Carla, ale doszedł do wniosku, że ci w weekend będą pewnie zajęci. Naszykował więc sobie zapasy chusteczek i jedzenia, przeniósł się do salonu i włączył swój ulubiony film. Już po kilkunastu minutach zaczęło mu się nudzić, doszedł więc do wniosku, że poprzegląda różne kanały telewizyjne i może natrafi na coś interesującego. Skakał z programu na program, co jakiś czas zatrzymując się na którymś na dłużej.
Niecałą godzinę później rozdzwoniła się jego komórka. Johnny akurat przysypiał, ale gdy tylko dotarło do niego, co się dzieje, natychmiast zerwał się do pozycji siedzącej i sięgnął po telefon, będąc przekonanym, że to Keith próbuje się z nim skontaktować. Na wyświetlaczu dostrzegł jednak imię Benny’ego. Odebrał natychmiast.
-Cześć- usłyszał wesoły głos przyjaciela.
-Cześć…- odpowiedział, starając się brzmieć równie swobodnie, ale ani okoliczności w postaci choroby, ani jego coraz bardziej paniczne i mało prawdopodobne wyobrażenia co do tego, co może dziać się teraz z Keithem i co właściwie zamierza Eric, nie do końca mu na to pozwalały.
-Chciałem tylko… Rany, co to za głos…?- zdumiał się Benny.- Masz chrypę czy co?
-Chyba trochę się zaziębiłem- przyznał szatyn z lekkim przerażeniem odkrywając, że tabletki na gardło nie bardzo mu pomogły i mówi chyba jeszcze gorzej niż rano.
-O, to dobrze się składa…- rzucił blondyn dosyć entuzjastycznie. Johnny zakasłał niepohamowanie, zastanawiając się, co właściwie przyjaciel ma na myśli, bo tak się składa, że póki co, w jego małym świecie, nie składało się zupełnie nic. Zresztą, przeziębienie najlepszego kumpla chyba nie jest tym, co zwyczajowo wzbudza w ludziach radość.- Znaczy… Eee… Chodzi mi o to, że jesteś teraz w domu tak?
-No tak- potwierdził szatyn. Widać Benny chciał po prostu do niego wpaść. Całe szczęście, Johnny nie chciał siedzieć bezczynnie przez cały dzień.
-Sam…? Bez Keitha i tak dalej…?- dopytał podejrzliwie blondyn.
-Sam- potwierdził Johnny, parsknąwszy cicho.- Keith jest przecież na konkursie…
-Aaa, no tak… Na tym samym, na który pojechał Eric…
… Johnny w duchu serdecznie podziękował przyjacielowi za przypomnienie.
-Więc co? Wpadniesz?- zapytał szatyn, przekonany, że już zna odpowiedź.
-Eee…- Benny zamotał się nieco.- Niezupełnie…
Niezupełnie…? Johnny zmarszczył brwi. Co to była za odpowiedź…?
-To znaczy…?- dopytał niepewnie.
-To znaczy, że nie.
-… Ach- odparł szatyn, potrzebując dobrej chwili, żeby dotarło do niego to, co Benny właśnie powiedział. Może miał gorączkę…? Cóż, to by wyjaśniało, dlaczego rozumie jeszcze mniej niż zwykle.- Jesteś zajęty?- rzucił po chwili.
-Skąd!- zaśmiał się Benny.- Ale ty jesteś.
-Ja…? Przecież ci mówiłem, że siedzę sam w domu…- Może to jednak Benny miał gorączkę…?- Czym niby miałbym być teraz zajęty…?
-Teraz niczym, ale wkrótce będziesz. Zresztą… Sam zobaczysz. Nie wściekaj się na mnie, chociaż raczej nie masz powodu i powiedz mi co i jak, jak już dojdziesz do tego, o co mi chodziło. Cześć.
To była tak dziwaczna rozmowa, że gdy Johnny odłożył telefon, uszczypnął się parę razy w ramię, by upewnić się, że to nie był to element jego snu. Wreszcie ułożył się z powrotem na kanapie, nakrył pełnym okruszków kocem, niemalże zupełnie ściszył telewizor i po kilku chwilach bezmyślnego gapienia się w ekran, znów zaczął przysypiać. Jakieś pół godziny później, do rzeczywistości przywrócił go dźwięk pukania do drzwi, najpierw stosunkowo cichy, chwilę później znacznie głośniejszy.
-Benny, do diabła…- wymamrotał niezbyt przytomnie szatyn, wyplątując się z okrycia i wstając. Ruszył do przedpokoju. Po drodze rozdeptał kilka leżących na podłodze chipsów. Wreszcie zatrzymał się przy frontowych drzwiach i otworzył je na oścież, spodziewając się zobaczyć w progu swojego przyjaciela.
Zobaczył jednak kogoś zupełnie innego. Lindę. Dziewczyna stała tuż przed nim, ubrana, w obcisłe dżinsy, wysokie, zimowe buty i kurtkę, trochę zbyt lekką i przykrótką jak na obecną pogodę. Włosy miała spięte w wysoką kitkę, była ładnie umalowana, delikatniej niż zwykle, wyglądała bardzo dziewczęco.
-Cześć, Johnny- rzuciła natychmiast, uśmiechając się.- Rozmawiałam z Maicy i całkiem przypadkiem dowiedziałam się o tym, że jesteś chory… Pomyślałam, że może wpadnę i pomogę ci się kurować…?- zapytała cokolwiek dwuznacznie, unosząc zaraz jednak trzymaną w ręku reklamówkę, w której chyba znajdował się jakiś lek.- To najlepsze, co można znaleźć na przeziębienie, więc stwierdziłam, że… O mój Boże!- zawołała nagle, poważniejąc i spoglądając na szatyna z autentycznym przerażeniem.- Johnny, co ci się stało…?
O rany… O rany. O RANY! Johnny właśnie uświadomił sobie coś, co kompletnie go sparaliżowało. Wyglądał okropnie! Absolutnie okropnie. Tak, jak nigdy w życiu nie pokazałby się nikomu, no, może wyłączając swoich kumpli i Keitha! Włosy miał rozczochrane i nieułożone, oczy podkrążone, a ubrania, do których doboru nie przykładał dziś tak dużej wagi jak zwykle, były dodatkowo strasznie wygniecione. Zawstydził się potwornie i właściwie zaniemówił, usiłując znaleźć jakieś wytłumaczenie dla tego stanu rzeczy, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Nawet na łożu śmierci powinien wyglądać lepiej niż w tej chwili! Och, Boże, co za wstyd!
-Ktoś cię pobił…?- dopytała z niepokojem Linda, na próżno oczekując odpowiedzi na swoje wcześniejsze pytanie.
OCH! Och. Och… No tak. Johnny uspokoił się nieco, dopiero teraz uświadamiając sobie, o co chodziło dziewczynie. Najwyraźniej, mimo skandalicznie tragicznego wyglądu, wciąż miał w sobie ten niezaprzeczalny urok, który nie pozwolił Lindzie skoncentrować się na niczym innym, jak tylko efekcie bójki z Erickiem… Albo efekt ten najbardziej rzucał się w oczy, nieistotne.
-Pobiłem się z Erickiem- odpowiedział zgodnie z prawdą, odsuwając się z progu, by wpuścić dziewczynę do środka.
-Rany, co się stało?- zapytała Linda, ale gdy tylko znalazła się w mieszkaniu, a chłopak zamknął za nią drzwi, dodała natychmiast- Opowiesz mi zaraz, dobrze? Od razu podam ci ten lek, masz straszny głos, pewnie boli cię gardło… Potrzebuję przegotowanej wody…- stwierdziła, po czym szybko zdjęła buty i przeszła do kuchni.
Johnny powlókł się za nią, z niemałym zdumieniem uświadamiając sobie, że wystarczył mu kwadrans, jaki spędził tutaj na poszukiwaniu jedzenia, by zostawić za sobą straszny bałagan. Niemalże wszystkie szafki i szuflady były pootwierane. Na ladzie leżały jakieś rzeczy, które powyjmował szukając czegoś, co znajdowało się za nimi. Nawet nie kłopotał się, by je chować, nie przypuszczając, że mógłby mieć gości. Takich gości. Linda nie zwracała jednak uwagi na bałagan albo była na tyle uprzejma, by udawać, że niczego nie widzi. Gawędząc z Johnny’m, nalała wody do elektrycznego czajnika i włączyła go, po czym bez najmniejszego problemu znalazła kubek i wsypała do niego zawartość jednej z przyniesionych przez siebie saszetek. Nie dało się ukryć, że chłopak nie był w najlepszej kondycji i choć sama obecność Lindy trochę go ożywiła, wciąż poruszał się i myślał cokolwiek wolno. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że jeśli kuchnia wyglądała w ten sposób, to w salonie musiał panować jeszcze większy bałagan. Przeprosił więc Lindę i przeszedł do pomieszczenia obok. Szybko otrzepał koc z kruszyn i złożył go ładnie, wrzucił zalegające na stole chusteczki do pustego opakowania po chipsach, wziął też ze sobą niemalże zupełnie opróżnioną miskę popcornu, resztę czekolady i dwa pozostałe, puste już talerze. Z tym wszystkim wrócił do kuchni, robiąc jako taki porządek. Linda przyglądała mu się z lekkim zdumieniem.
-Wow…- rzuciła po chwili.- A sądziłam, że chorzy ludzie nie mają apetytu- zażartowała, po czym zaśmiała się lekko.- Gdybym wiedziała, może przyniosłabym ci rosół domowej roboty albo coś takiego… Chociaż… Istnieje szansa, że po tym czułbyś się jeszcze gorzej. Kompletnie nie umiem gotować.
Gawędzili ze sobą jeszcze moment, nim zagotowała się woda, a Linda zalała nią ten dziwny proszek, który uformował się w jakąś rzadką paciaję.
-Chodźmy do salonu- zaproponował Johnny.
-Idź przodem. Przyniosę- zaoferowała się Linda, chwytając za kubek i uśmiechając się do szatyna serdecznie.
Chłopak powlókł się do pomieszczenia i opadł na kanapę. Zdawał sobie sprawę z tego, że w roli gospodarza wypada beznadziejnie, ale naprawdę był w kiepskiej formie. Wszystko docierało do niego z lekkim opóźnieniem i nie bardzo potrafił się na czymkolwiek skoncentrować. Linda usiadła obok, kładąc kubek na podkładce. Spojrzała na chłopaka z uwagą i przysunęła się do niego bliżej, troskliwie dotykając jego twarzy w miejscu, w którym widniała opuchlizna.
-Boli…?- zapytała cicho.
-Nie… Już nie tak bardzo…- odparł Johnny sennym głosem.
Linda uśmiechnęła się lekko i cofnęła dłoń.
-Och. Nawet nie zdjęłam kurtki- zreflektowała się, po czym szybko zrzuciła z siebie wierzchnią część odzieży i przewiesiła ją przez oparcie kanapy.- Masz. Wypij całe- dodała, podsuwając Johnny’emu przygotowany specyfik.- Nie jest najlepsze w smaku, ale gwarantuję ci, że postawi cię na nogi…
Szatyn podniósł kubek do ust i przechylił go lekko. Gęsta ciecz była nieprzyjemna w smaku, mdława i łykowata, więc skrzywił się mimowolnie, na moment przestając pić, ale zaraz zmusił się do tego ponownie mając nadzieję, że zgodnie z zapowiedzią Lindy, szybko mu pomoże.
-Więc?- rzuciła jasnowłosa, wyraźnie zaciekawiona, spoglądając na niego z uwagą.- Opowiedz o tym pobiciu. Jak to się stało?
Johnny odłożył kubek z resztką specyfiku na stół.
-To było wczoraj, gdy Bergson kazała mi zostać po lekcjach…- zaczął Johnny. Linda skinęła głową, słuchając go w skupieniu.- Miałem już wychodzić ze szkoły, szedłem korytarzem i akurat go zobaczyłem. Trochę się posprzeczaliśmy… W sumie chyba to ja go sprowokowałem, chociaż nie sądziłem, że wyniknie z tego coś takiego… Powiedziałem mu, że kocha się w Maicy i zagroziłem, że powiem Benny’emu- przyznał chłopak. Właściwie wciąż zastanawiał się nad tym, w jaki sposób Eric zareagował na te słowa. Coś chyba musiało być na rzeczy.- Wtedy mnie uderzył, ja mu oddałem, trochę się poszarpaliśmy i przyszła pani Stevens…
-O nie…- rzuciła Linda z wyraźną obawą.- Chyba nie będziesz miał z nią teraz problemów…?
Johnny uśmiechnął się niemrawo.
-Nie większe niż zwykle- stwierdził, wzruszając ramionami. Stevens i tak już go nie lubiła albo przynajmniej, z jakichś dziwnych przyczyn, uwzięła się na niego, posądzając o każdy szept jaki usłyszała w klasie. Chłopak był szczerze zaskoczony, ale gdy ich przyłapała na bójce, nie oskarżyła o wszystko jego. Zaskoczenie było tym większe, że zwłaszcza tamtego dnia, zaczynał się już powoli przyzwyczajać do faktu, że obwinia się go o wszystko.
-Sądzisz, że on naprawdę kocha się w Maicy?- zapytała Linda takim tonem, jakby sama właśnie rozważała tą kwestię.- To znaczy… Myślałam o tym. Właściwie wydaje mi się to bardzo prawdopodobne…- przyznała, kiwając w głową w zamyśleniu.- Wiesz, to by wiele wyjaśniało. Tyle, że Eric zachowuje się trochę… chamsko wobec niej. Nie żeby to było coś dziwnego, wiesz, niektórzy faceci są zupełnie niedojrzali i nie potrafią ukazać dziewczynie swoich uczuć w normalny sposób- stwierdziła, patrząc jednocześnie na Johnny’ego tak, jakby ten był zupełnym zaprzeczeniem tych słów.- Eric jest całkiem przystojny. Podoba się niektórym dziewczynom, chociaż oczywiście totalnie nie jest w moim typie…- zastrzegła natychmiast.- To chyba dziwne, że z nikim się dłużej nie spotyka, nie…? I te kłamstwa… Totalnie bez sensu. Jakby rzeczywiście chciał w kimś wzbudzić zazdrość albo przynajmniej nie budzić podejrzeń. Hm… Ale z drugiej strony, nie widziałam, żeby kiedykolwiek ją podrywał.
-A widziałaś, żeby Eric podrywał kogokolwiek…?- zaśmiał się ochryple Johnny.
-Właściwie to tak…- odparła Linda po chwili namysłu. Szatyn zdumiał się wprost niepomiernie.- Wiesz, może „podrywa” to nieodpowiednie słowo, ale czasem potrafi się zachować naprawdę czarująco… Pamiętam dobrze, gdy kilka dni po rozpoczęciu szkoły, nie znałam jeszcze żadnego z was… Stałam pod klasą, a ty, Benny, Carl i on, staliście kawałek dalej i gadaliście. Dzisiaj nie miałabym z tym problemu, ale wtedy byłam chyba bardziej nieśmiała…- zachichotała cicho.- W każdym razie, było mi trochę głupio i tylko patrzyłam w waszą stronę…- zagryzła figlarnie wargę i spojrzała na szatyna w taki sposób, jakby chciała mu dać jednoznacznie do zrozumienia, na kim koncentrowała się jej uwaga. Johnny był jeszcze bardziej otępiały niż zwykle, więc nawet pełne aprobaty spojrzenia nie bardzo docierały do jego świadomości.- No i po chwili zorientowałam się, że Eric też na mnie zerka… Prawie cały czas. Pomyślałam sobie… No wiesz…- parsknęła śmiechem.- Dziewczyny zawsze tak myślą… Że może wpadłam mu w oko… I minęło chyba z pięć minut, a on podszedł do mnie… Pamiętam, że był strasznie miły. Wiedział już, że jestem z wami w klasie, więc musiał mnie zauważyć wcześniej. Rozmawiał ze mną przez długą chwilę, zapytał mnie o imię, o to, jak mi się podoba szkoła, gdzie chodziłam poprzednio i tak dalej… A później zaproponował, że zapozna mnie z wami… Zgodziłam się… Podeszłam z nim do was, a on powiedział: „Johnny, to jest Linda”. Tak właśnie powiedział!- rzuciła, wyraźnie rozbawiona.- Nie przedstawił mnie wszystkim, tylko konkretnie tobie, dopiero później zapoznał mnie z resztą… Sądziłam wtedy, że to ty go o to poprosiłeś, ale chyba tak nie było, bo z początku byłeś miły, ale nie zwracałeś na mnie dużej uwagi…
Johnny myślał i myślał. Myślał długo, bo przywołanie wspomnień z pierwszych dni szkoły okazało się być dla niego niezwykle trudnym zadaniem, choć mógł niemalże bez zastanowienia powiedzieć, co miał na sobie na rozpoczęciu roku. Przypomniał sobie całe zdarzenie, ale nie tak dokładnie jak Linda, rzeczywiście jednak, to Eric ich ze sobą zapoznał. Johnny wcześniej jakoś nie zwrócił uwagi na ten szczegół.
-Więc, wydaje mi się, że Eric nie jest jakimś nieogarniętym matołem i gdyby chciał poderwać dziewczynę, potrafiłby to zrobić…- kontynuowała Linda.- Zresztą, parę razy widziałam, że zachowuje się w stosunku do niektórych dziewczyn naprawdę w porządku… Przez chwilę- dodała znacząco, z kwaśną miną.- Później jest takim samym dupkiem, jak zwykle. A jeśli chodzi o niego i Maicy… Naprawdę się temu przyglądałam i nie zauważyłam, żeby zwracał na nią szczególną uwagę. Nawet żeby na nią patrzył albo coś w tym stylu… Jeśli rzeczywiście się w niej podkochuje, to naprawdę dobrze to ukrywa. Może ze względu na Benny’ego.
Może. To by wyjaśniało, dlaczego tak bardzo wściekł się na groźbę Johnny’ego, że o wszystkim mu powie.
Ich dalsze rozmowy koncentrowały się na Ericku, Ericku i jeszcze większej ilości Ericka, choć zdążyli też przy okazji przedyskutować sprawę pani Bergson i pogadać o tym, czym ostatnimi czasy żyła cała szkoła. Johnny wciąż czuł się gorzej niż beznadziejnie, ale było mu miło w towarzystwie Lindy i wreszcie mógł skoncentrować się na czymś bardziej konstruktywnym, niż myślenie o tym, co w tym momencie robi Keith. A raczej, co robi i planuje Eric. Tak więc rozmawiali, rozmawiali i rozmawiali, a potem…
… A potem Johnny się obudził, co było bardzo zaskakujące, biorąc pod uwagę fakt, że nie pamiętał, by zasypiał. Leżał na kanapie, okryty kocem. Zamrugał z niedowierzaniem, próbując się zorientować w sytuacji. Podniósł się powoli do pozycji siedzącej. Głowa bolała go już mniej, gardło prawie wcale, choć wciąż nie czuł się jeszcze zbyt żywo. Siedział tak przez chwilę, kompletnie zdezorientowany, aż nagle z kuchni wyszła Linda i pojawiła się w pomieszczeniu.
-O…- rzuciła z lekkim zdziwieniem i uśmiechnęła się na widok szatyna.- Nie wiedziałam, że już się obudziłeś.
-Zasnąłem…?- zapytał z niedowierzaniem Johnny, bo choć wszystko na to wskazywało, naprawdę nie potrafił sobie przypomnieć momentu, w którym chociażby zbierało mu się na sen.
… Może dlatego, że dziś w ogóle był niezbyt przytomny.
-Tak. Nie dziwię się, też bym zasnęła, gdybym musiała wysłuchiwać takich głupot…- rzuciła Linda.
Johnny jęknął głucho w duchu.
-Linda, przepraszam, ja…
-Żartowałam- zaśmiała się głośno, widząc minę chłopaka.- Wyszłam na chwilę do toalety, a gdy wróciłam, już spałeś, więc nakryłam cię kocem i stwierdziłam, że poczekam. Wolałam cię nie zostawiać w takim stanie.
Szatyn pokiwał głową i machinalnie rozejrzał się dookoła. Już po krótkiej chwili dotarło do niego, że w pomieszczeniu było czysto. Bardzo czysto, w porównaniu z tym, jak wyglądało wcześniej. Stół niemalże lśnił, na posadzce nie dało się znaleźć żadnej okruszyny, a już tym bardziej zalegających tam wcześniej, rozdeptanych chipsów. A to mogło oznaczać tylko jedno…
-Hm… Linda… Sprzątałaś tutaj…?- dopytał po chwili, mocno zażenowany.
-Mhm- potwierdziła wesoło dziewczyna, podchodząc bliżej, a widząc minę Johnny’ego, dodała prędko- Nie przejmuj się. Uznałam, że przyda ci się mała pomoc, no i nie bardzo miałam co robić… Zresztą, od czego są przyjaciele.
To już wiadomość oficjalna: Johnny był naprawdę beznadziejnym gospodarzem. Nie dość, że nie potrafił odpowiednio ugościć Lindy i zasnął w trakcie jej wizyty, to jeszcze sprawił, że dziewczyna wysprzątała mu pokój. Och, Boże.
-Nie sądzę, żeby Benny podzielał twój punkt widzenia…- odpowiedział jednak, uśmiechając się lekko.- Gdybym zasnął przy nim, zrobiłby tu jeszcze większy bałagan.
Linda zachichotała cicho.
-My jesteśmy innym rodzajem przyjaciół…- stwierdziła.
Chciała usiąść na brzegu kanapy, Johnny zamierzał cofnąć się, żeby zrobić jej miejsce, bo wciąż zajmował praktycznie cały mebel, ale dziewczyna poślizgnęła się i wylądowała mu na kolanach. Szatyn chwycił ją w pasie, podtrzymując.
-Ups…- rzuciła Linda z zawstydzeniem, raczej niezbyt szczerym, podobnie jak i niezbyt przypadkowy był jej nagły upadek.
Johnny zdawał sobie z tego sprawę, ale nie bardzo wiedział, jak powinien się zachować. Uśmiechnął się do dziewczyny, wciąż trzymając ją przy sobie. Linda położyła dłonie na jego ramionach.
-Straszna szkoda, że jesteś chory…- stwierdziła, wzdychając cicho.- Myślałam, że może wyjdziemy gdzieś razem dzisiaj… Może do jakiegoś klubu…
-Nic straconego- odparł chłopak, wciąż się uśmiechając, ale z chwili na chwilę będąc coraz bardziej nerwowym.
-To obietnica…?- zapytała dziewczyna.
-Czemu nie- zgodził się Johnny.
Jasnowłosa uśmiechnęła się, najwyraźniej usatysfakcjonowana tą deklaracją. Jej palce przesunęły się na szyję, a następnie kark chłopaka, muskając i drażniąc lekko jego skórę. Nim ten zdążył się zorientować, co właściwie się dzieje, Linda już go całowała. Szatyn oddał pocałunek niemalże odruchowo. Czuł, jak dziewczyna przyciska się do niego mocniej. Jej wargi były przyjemne i ciepłe, sprawiły, że zapomniał się na krótką chwilę, ale zaraz otrząsnął się i odsunął od siebie dziewczynę. Spojrzała na niego z zaskoczeniem.
-Eee… Nie powinnaś mnie całować, Linda…- rzucił Johnny.- Bo… Bo jestem chory- dodał po chwili, przypominając sobie, że tym samym argumentem posługiwał się wobec niego Keith. W tym przypadku, naprawdę była to dobra wymówka.- Nie chcę, żebyś się zaraziła.
-Czemu nie…?- zachichotała Linda.- Wtedy moglibyśmy kurować się razem…
Szatyn odpowiedział jej nerwowym śmiechem.
-Taaak… Wolałbym cię na to nie skazywać, to naprawdę paskudne chróbsko… Czuję się fatalnie.
-Właściwie i tak miałam się już zbierać- stwierdziła Linda, puszczając chłopaka i podnosząc się powoli.- Umówiłam się z Maicy. Oczywiście, jeśli chcesz, mogłabym zostać...- dodała po chwili.- Chociaż jeśli nie czujesz się na siłach, nie powinnam zawracać ci głowy. Przygotuj sobie lek i połóż się do łóżka. Zadzwonię do ciebie wieczorem.
Johnny pokiwał głową. Po chwili zwlókł się z kanapy, by odprowadzić dziewczynę do drzwi. Już w progu ucałowała go raz jeszcze, tym razem krótko, po czym uśmiechnęła się do szatyna i wyszła. Chłopak zamknął za nią drzwi, po czym oparł się o nie całym ciężarem ciała.
… A następnie odetchnął z ulgą.

Reszta dnia upłynęła Johnny’emu niezbyt interesująco. Na przemian spał, oglądał telewizję i jadł, nie czując się nawet na siłach, by szukać sobie jakiejś lepszej rozrywki. Nieustannie wracał myślami do Keitha, a ilekroć to czynił, bardzo się denerwował. Strasznie chciał do niego zadzwonić, usłyszeć jego głos i upewnić się, że wszystko w porządku, ale uznał, że dziś chyba i tak wyczerpał limit cierpliwości bruneta i lepiej zrobi, jeśli poczeka do jutra, choć jego silna wola została wystawiona na wielką próbę.
Było około dwudziestej pierwszej, gdy Johnny usłyszał dzwonek swojej komórki. Akurat wychodził z łazienki na parterze, tuż po prysznicu, susząc ręcznikiem włosy. Był przekonany, że dzwoni Linda, chcąc zgodnie z obietnicą sprawdzić, jak ten się czuje. Jednak gdy tylko udało mu się odkopać telefon, zaplątany w zmiętym kocu, czekała go niespodzianka. Na wyświetlaczu zobaczył imię Keitha. Uśmiechnął się mimowolnie, już mając odbierać i ciesząc się jak dziecko, gdy nagle uświadomił sobie pewien fakt… Powiedział Keithowi, żeby ten dzwonił, gdy coś się stanie. Dzwonił teraz. A więc coś się stało. Tak? Tak! Dobry Boże! Pewnie już wiedział! Pewnie ten drań Eric wszystko mu wygadał… Biedny Keith! Może jeszcze mu nie uwierzył! Może dzwonił do Johnny’ego, aby się upewnić! Nie, nie, na pewno nie… Na pewno już wiedział, co jest prawdą… Och, rany! Szatyn z chwili na chwilę robił się coraz bardziej nerwowy, usiłując ułożyć w swojej głowie przeprosiny albo jakieś wyjaśnienie. Odebrał.
-Cześć- usłyszał lekko zachrypnięty głos bruneta. Chłopak usiłował odczytać z jego tonu jakieś emocje, ale nie udało mu się to. Wydawało mu się jednak, że Keith nie był zdenerwowany, brzmiał raczej… swobodnie.- Jak się czujesz…?- dopytał po chwili brunet, gdy jego rozmówca długo nie odpowiadał.
-Ja… W porządku…- odpowiedział ostrożnie Johnny, wciąż mocno zaniepokojony.- Dlaczego dzwonisz?- zapytał otwarcie.
-Eee…- Keith wyraźnie nieco się spłoszył.- Sam nie wiem… Sądziłem, że będziesz chciał pogadać, zwłaszcza po tym milionie porannych połączeń… Ale jeśli jesteś zajęty…
-Nie, nie!- zaprotestował natychmiast szatyn.- Przepraszam, Keith, strasznie się cieszę, że dzwonisz- zapewnił, odetchnąwszy w duchu z ulgą. A więc to tak. Brunet niczego się nie dowiedział. Po prostu zadzwonił, żeby dowiedzieć się, jak czuje się Johnny. I pewnie się stęsknił. Ach, kochany Keith!- Jak tam? Co dziś robiłeś?
-Nic ciekawego- odparł ciemnowłosy.- Serio, Johnny, takie konkursy to nuda, więc wątpię, żebym miał o czym opowiadać… A ty? Siedzisz w domu? Kurujesz się?
-Mhm…- potwierdził szatyn, a jego myśli natychmiast powędrowały do Lindy. Miał świadomość tego, że to kolejna sprawa, którą musiał w najbliższym czasie wyjaśnić, żeby nie wpaść w tarapaty.
-To dobrze. Dopiero co wróciłem i pomyślałem, że…- Keith umilkł gwałtownie. Johnny usłyszał jakieś niewyraźne skrzypnięcie, jakby gdzieś w pobliżu bruneta otwierały się drzwi.- Poczekaj- rzucił do niego ciemnowłosy, po czym zwrócił się do kogoś innego- Przepraszam… Tak się składa, że właśnie tu rozmawiałem…- rzucił znacząco.
-Super- odparł obojętnie jakiś męski głos.- A ja właśnie będę tu palił.
-Ale… Mógłbyś chwilę poczekać…?- zasugerował cicho Keith.- Za moment skończę. Zawołam cię.
-To nie jest twój prywatny balkon- poinformował bruneta wyniośle jego rozmówca.
-Tak, ale to prywatna rozmowa. I nie potrwa już długo. Naprawdę nie mógłbyś…
Kolejne skrzypnięcie.
-Co tu się dzieje…?- Johnny usłyszał kolejny głos. Głos, który znał aż nazbyt dobrze.
Dosłownie osłupiał, mając jeszcze cień nadziei, że może się przesłyszał albo to jego wyobraźnia płata mu tak złośliwe figle.
-Kazał mi się stąd wynosić- oświadczył ten nieprzyjemny chłopak, który rozmawiał z Keithem.- Mówi, że gada przez telefon, więc nie wolno mi tu palić- zaśmiał się głośno.
-Nieprawda- zaprotestował Keith.- Ja…
-Nie będziesz tu palił- oświadczył surowo trzeci z głosów. Eric. Teraz Johnny nie miał już ani grama wątpliwości. To była jedyna osoba, która potrafiła dosłownie zmrozić go swoim głosem. I to na odległość, w dodatku wtedy, kiedy nawet bezpośrednio się do niego nie zwracała.
-Bo co?- zapytał w odpowiedzi tamten chłopak, choć nie brzmiał już równie pewnie, jak wtedy, gdy rozmawiał z Keithem.- To nie twój balkon.
-Ani nie twój. Okno jest otwarte, wszystko będzie czuć w pokoju. Nikt nie ma ochoty dusić się w twoich smrodach. Pal na zewnątrz.
-Ale…
-Na zewnątrz- wycedził przez zęby Eric.
-No… No dobra…
Drzwi po raz kolejny skrzypnęły. Wyglądało na to, że ten chłopak wyszedł. Johnny miał szczerą nadzieję, że Eric uczynił dokładnie to samo, ale zaraz usłyszał jego głos, tym razem znacznie spokojniejszy, właściwie przyjazny:
-Przepraszam. Nie chciałem ci przeszkadzać, miałem tylko zamiar zapytać, czy mógłbyś mi pożyczyć komórkę, gdy już skończysz rozmawiać…? Zapomniałem wziąć ładowarki, a muszę pilnie przedzwonić… Zamieniłbym na moment karty, gdyby to nie był problem…
-W porządku- odparł Keith.- Dam ci znać.
-Dziękuję.
I znowu skrzypnięcie. Eric sobie poszedł, ale szatyna wcale to nie uspokoiło. Dosłownie wrzał z wściekłości. Czego on właściwie chciał?! Od niego? Od Keitha?! Dlaczego nie mógł zostawić ich w spokoju? I czy Johnny dobrze zrozumiał, że oni dwaj byli ze sobą w jednym pokoju…? Co za drań! Zaczepiał Keitha, pytał go o pomoc, a przecież Johnny mógł się założyć, że był to tylko pretekst. Eric mógł bowiem zapytać każdego, a padło akurat na Keitha i to, cóż za zbieg okoliczności, w momencie, w którym ze sobą rozmawiali. Szatyn nie przypominał sobie, by kiedykolwiek wcześniej nie znosił kogoś równie mocno, jak Erica. I ten dupek w pełni na to zasłużył!
-… Tak, to był Eric- mruknął niechętnie brunet, zupełnie jakby mógł teraz zobaczyć twarz Johnny’ego. Może jego milczenie było aż nazbyt wymowne. Albo po prostu Keith zdążył się przyzwyczaić do panicznych reakcji chłopaka.- I tak, jestem z nim w jednym pokoju. Z nim i z pięcioma innymi osobami, takie wyjazdy to żadne luksusy, nie miałem na to żadnego wpływu. On też nie. A poza tym, to było może piąte zdanie, jakie z nim zamieniłem, odkąd tu jesteśmy. Naprawdę nie musisz się złościć.
-… Wiem- wydusił z siebie szatyn, siląc się na spokój, choć wypowiedzenie jednego słowa w tym tonie przyszło mu z dużym trudem.
On się nie złościł. On był przerażony. I przy tym kompletnie bezradny, bo nie miał pojęcia, co planuje Eric i nie miał pojęcia, jak mógłby temu zaradzić. Gdy był względem niego serdeczny albo przynajmniej starał się być, Eric i tak zdawał się robić mu wszystko na złość. Gdy mu groził i wyprowadzał go z równowagi, efekt był dokładnie ten sam. Wyglądało na to, że nie istniał absolutnie żaden sposób, żeby wpłynąć na jego zachowanie, a Johnny wciąż nie rozumiał, czym tak bardzo zalazł blondynowi za skórę, że ten posuwał się do takich złośliwości. Przestał już bowiem wierzyć, że działania Erica mogły być zwykłym zbiegiem okoliczności. On czegoś chciał. Jawnie dawał to szatynowi do zrozumienia. Celowo go drażnił i wychodziło mu to doskonale.
-No to…- zaczął Keith, najwyraźniej oczekując, że Johnny podrzuci jakiś temat i będzie kontynuował rozmowę, ale myśli szatyna zaprzątało zupełnie coś innego.- Hm. To co? Zadzwonisz jutro?
-Tak, tak- potwierdził niemrawo chłopak.
-Może lepiej ja zadzwonię. Nie wiem, kiedy dokładnie będę wolny.
-Okej.
-To…- rzucił nieśmiało ciemnowłosy i odkaszlnął cicho.- Ja…
-No to cześć, Keith- pożegnał się z chłopakiem Johnny.
-Cześć- odparł nieco spłoszony brunet, rozłączając się.
Johnny westchnął smętnie, siadając na kanapie i odkładając telefon na bok.
Nie mógł być pewien, co do rzeczywistych zamiarów Erica.
Ale miał pewność, że gdyby ten powiedział wszystko Keithowi, to byłby absolutny koniec.
A wtedy Johnny chyba by go zabił.

17 komentarzy:

  1. Anonimowy11:30 AM

    A Ty pisałaś, że nie warto czekać na ten rozdział... Bardzo fajnie napisane, Silencio! Ciekawi mnie tak bardzo, jakie Eric ma zamiary, nie mogę się doczekać następnego rozdziału. A i jeszcze :

    "-… Kocham cię- wydusił z siebie wreszcie ledwie słyszalnie.
    Keith zdębiał.
    -C… Co…?- wydukał moment później.
    -Kocham cię- powtórzył Johnny już nieco głośniej."

    Za to masz +100 do opowiadania, takie słodkie! <3 Mam nadzieję, że szybko doczekamy się ich przygód ;)

    PS. Ile mniej więcej zamierzasz jeszcze pisać Wyzwanie? To będzie takie dłuższe opowiadanie jak Chaos, czy krótsze?

    Pozdrawiam i życzę weny! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Z każdym kolejnym rozdziałem coraz bardziej się denerwuję, jak to wszystko zakończysz ;.;

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy2:19 PM

    Równie cudowne jak inne i jeszcze wyznanie Johnnego *-* Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału, ciekawią mnie zamiary Erica i to jak Johnny wyjaśni sytuację. Życzę weny ~~
    -Miramiey

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy2:40 PM

    Uwielbiam to opowiadanie, Chaos mnie już niestety znudził. Dziwie się, że to jeszcze nie, ale może to z powodu tego, że do końca się jeszcze ze sobą nie kochali (zazwyczaj po tym zaczyna mi się nudzić).
    Arek
    http://yaoi-erral.bloog.pl

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy3:53 PM

    Matko, jak dawno nie dodawałaś Wyzwania! Ale opłacało się czekać. Bardzo fajny rozdział... Może oprócz tego pocałunku Lindy, ale da się znieść.
    "-To…- rzucił nieśmiało ciemnowłosy i odkaszlnął cicho.- Ja…" - Mam takie wrażenie, że Keith chciał tu wyznać coś ważnego :)
    Miło, miło. Nie mogę doczekać się następnego rozdziału.
    I dołączam się do pytania. Ile jeszcze chcesz pisać to opowiadanie?

    ~Tess

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy6:39 PM

    Mam nadzieję, że nie będziemy musieli czekać na następny rozdział tak długo jak na ten. ^^

    OdpowiedzUsuń
  7. Taaaaak! Nowy rodział!! Ale warto było czekać. Jak zawsze bardzo dobrze napisany i już nie mogę się doczekać następnego. Boję się Erica i tego co zamierza...
    Życzę dużo weny ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy9:52 AM

    Wreszcie "Wyzwanie" :)
    Ale naprawdę, jak zwykle, czuję spory niedosyt - te rozdziały powinny być przynajmniej dwa razy dłuższe ;)
    Nie mogę się doczekać następnego, jakby się pojawił zaraz po następnym "Chaosie" to myślę, że wiele osób byłoby bardzo z tego powodu zadowolonych :) Ale cóż można zrobić prócz czekania? No właśnie.
    Czekam niecierpliwie jak cholera.
    Pozdrawiam,
    J.
    ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Z Johnny'ego to panikara. On myśli, że Eric zaraz wyjawi tajemnicę, a sam może się wydać. Sądzi, że Keith nigdy nie dowie się od czego to się zaczęło? Poza tym Johnny tak rozmyśla, że nawet rozmowę z Keithem przez telefon zepsuł. Na miejscu bruneta czułabym się dziwnie. Tym bardziej, że chciał coś powiedzieć, a ten "cześć".
    Rozdział bardzo dobry, podobał mi się. Cieszę się, że było Wyzwanie, bo się strasznie za nim stęskniłam. :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy3:38 PM

    Rany, ale mi radoche sprawiłaś - wchodzę tu, patrzę: Johnny! :D hurra! Tak strasznie się stęskniłam za Johnnym i Keithem.
    Nie wiem, co planuje Eric, ale chyba to nasza panikara Johnny pierwszy się wyda..
    Zstanawia mnie tylko czy... Eric faktycznie podkochuje się w Bennym? I dlaczego w przeciągu czasu zmienił swój stosunek do J.? Czyżby był zazdrosny?
    Eric jest zagadką. Keith jest jak zawsze słodki:*
    Obyśmy nie musieli umierać z niecierpliwości i następny rozdział pokaże się niedługo :) Nieee, ja nic nie sugeruję...
    Alys

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy9:16 PM

    A może Eric podkochuje się w Johnnym, a całe to wyzwanie to taki test sprawdzający czy ma szanse...? Hmmm....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy12:11 AM

      O kurczątko... To też jest myśl! A teraz Eric jeszcze się wścieka, bo teoretycznie Johnny spotyka się z Lindą.
      Chcę już wiedzieć!;)

      Usuń
  12. Za każdym razem podczas czytania "Wyzwania" mam uśmiech jak stąd do Ameryki. *w* Wiele razy wracałam do tego opowiadania i delektowałam się nim po raz wtóry od pierwszego rozdziału.
    Po prostu ubóstwiam Keitha, jest taki słodki, że chciałoby się go schrupać. *w* Linda mnie irytuje, jak chyba każda kobieca postać wpierdzielająca się z lubością pomiędzy yaoistyczną parkę.
    Rozdział cud, miód i orzeszki.
    Weny. :3

    OdpowiedzUsuń
  13. Rozdział super! i jaki wytęskniony i wyczekiwany:)
    uwielbiam ich, ale trochę za dużo przezywania Ericka (wiem, ze jest ważny, ale nieustannie się przewija). Jestem szalenie ciekawa co dalej:D i jaka jest przyczyna zachowania Ericka (obstawiam, że on sie kocha, ale w Bennym).. i generalnie po prostu życzę weny i wyglądam kolejnego rozdziału:D

    OdpowiedzUsuń
  14. Anonimowy10:02 PM

    Ostatnio szukałam jakiegoś ciekawego yaoi i trafiłam tutaj. Strasznie mi się podoba to opowiadanie i jestem ciekawa co będzie dalej. A w związku z tym, że jestem tu nowa to mam jedno pytanie: co ile dodajesz rozdziały wyzwania? I kiedy pojawi się następny?

    OdpowiedzUsuń
  15. Anonimowy5:16 PM

    uwielbiam <3

    OdpowiedzUsuń
  16. Anonimowy10:23 AM

    Niech Johny trzyma się z dala od tej suki i niech się z nią nawet nie ślini... ma przecież swojego keitha?! A może nie chce być z nim??

    OdpowiedzUsuń