Strony

sobota, 6 lipca 2013

Rozdział 47 [Chaos]

Przedostali się przez portal, tak, jak poprzednim razem. Tak jak i wtedy, szli wzdłuż korytarza, krok w krok, tuż obok siebie, w całkowitym milczeniu. Teraz jednak wszystko wokół było zupełnie inne. Nie otaczała ich już niezwykła biel. Ściany, podłoga, sklepienie… Wszystko to było ciemne. Brudne, jak gdyby pokryte sadzą, spod której, gdzieniegdzie, przebijała się chropowata, kamienna powierzchnia. Oni również byli inni. Gdy znaleźli się tutaj poprzednio nie mieli pojęcia czego mogą się spodziewać. Czuli lęk i niepokój, jeszcze nie rozumieli, nie zdawali sobie sprawy z tego, w jakiej sytuacji zostaną postawieni i jak katastrofalne będzie to miało konsekwencje. Teraz mieli tego świadomość. Aż za dobrze. Strach nie zniknął. Strach był nie do opanowania. Nie dało się go wyzbyć gdy myślało się onadchodzącej, jakże prawdopodobnej, klęsce. O cierpieniu bliskich. Własnej śmierci. Ale strach był bez znaczenia. Amir stracił już niemal wszystkich, którzy byli mu drodzy. Nadim stracił coś, co do tej pory wydawało się być jego nieodłączną cechą: wiarę. Mierzyli się z siłą znacznie wyższą i potężniejszą niż oni sami. Trudno było mieć jeszcze choćby cień nadziei, że uda im się zwyciężyć. Ale to nie nadzieja ich tutaj przygnała. Coś zupełnie innego. Może ten właśnie rodzaj rezygnacji i poczucia bezradności, świadomość, że lada moment cały ich świat runie, a oni nie będą w stanie temu zaradzić. Ale ta bezradność rodziła wściekłość. A wściekłość – bunt. Jeśli nie mieli już nic do stracenia, gotowi byli walczyć do samego końca, choćby miała to być walka zupełnie bezsensowna i z góry skazana na porażkę. Walczyć o to, by, bez względu na koszty, powstrzymać to szaleństwo. Kryształ musiał zostać połączony. I musiał trafić w ręce Fortisa. Bo jeśli istniał choćby cień szansy na to, pokonanie demona, to tylko za sprawą jego wspólnika. Fortis był jego największą słabością.
Weszli do głównej sali, która również zmieniła się od czasu ich ostatniej wizyty. Było to okrągłe pomieszczenie, o wiele mniejsze od poprzedniego, nawet sklepienie znajdowało się znacznie niżej. Nie było też balkonu, choć Amir odruchowo szukał go wzrokiem. Zamiast tego dostrzegł coś, co zupełnie go zdumiało. Kawałek dalej, na posadzce, leżały ciała kilkudziesięciu potomków wilków. Nadim również patrzył w tamtym kierunku. Nie trzeba było zastanawiać się długo, by dojść do wniosku, że musiała to być legendarna, niepokonana armia Fortisa.
-Jak wam się podoba…?- usłyszeli głos demona. Ten pojawił się nagle kilka metrów przed nimi, razem ze swoim wspólnikiem. Rozejrzał się po pomieszczeniu z zadowoleniem.- Zmiana nastroju, zmiana wystroju! Jest trochę bardziej… ponuro, nie sądzicie…?- zagadywał ich pogodnie.- Ale bardzo się starałem, żeby pasowało do okoliczności naszego dzisiejszego spotkania…- dodał, wreszcie kierując wzrok na przybyłych.- Do finalnego pożegnania… Wiecie co to oznacza…?- uśmiechnął się szeroko.- Pewnie nie… Wkrótce się przekonacie, choć wątpię, by była to dla was szczególna niespodzianka… Tak czy inaczej, cieszy mnie wasze przybycie, oznacza ono bowiem, iż wszyscy pogodziliśmy się z naszym przeznaczeniem…
Ani Amir, ani Nadim nie odpowiedzieli na te słowa. Czekali na kolejne działania demona z napięciem i gotowością. Obaj doskonale wiedzieli po co się tu znaleźli. Chodziło jedynie o to, by połączyć wszystkie fragmenty w jedno. Człowiek dostrzegł, że jego kompan spogląda w stronę Fortisa. Wiedział aż za dobrze jak wielki jest żal potomka wilków do tego, który go wychował i ukształtował. I zarazem tego, który okazał się zdrajcą mogącym przyzwolić na śmierć swojego niedawnego podopiecznego.
-Zatem nie przeciągajmy… Nadim… Pozwolisz…?- demon uśmiechnął się, dając potomkowi wilków znak dłonią, by ten podszedł do niego. Towarzysz władcy zawahał się przez chwilę, ale zaraz, z zaciętą miną, pewnym krokiem ruszył do przodu. Amir podążył za nim, jednak zatrzymał go głos istoty- Nie, nie, Amirze… Ty lepiej zostań tam gdzie stoisz… Tobą zajmę się później… Obiecuję…- rzucił demon. Potomek wilków stanął po jego drugiej stronie, z dala od swojego opiekuna. Nie patrzył już w jego stronę, celowo odwracając wzrok. Fortis natomiastspoglądał wprost na niego.- Czyż nie jest miło…?- zapytał demon, ogarniając Nadima ramieniem i przyciskając do siebie.- Uśmiechnij się, Fortisie…- zwrócił się do stojącego przy nim wojownika. Ten, jak zwykle, nie zareagował na jego słowa.- Wszak panuje tu iście rodzinna atmosfera! Jestem ja… Jest Fortis… Jego pięćdziesięciu, co prawda martwych, ale braci krwi, jak to zwykł mawiać… Jest przysposobiony bratanek Fortisa… I kochanek tegoż bratanka… Mógłbym dorzucić jeszcze jednego bratanka do tego grona, ale i tak specyficzna byłaby z nas familia, lepiej nie komplikować sprawy…- demon uśmiechnął się okrutnie.- Jego zostawię sobie na finał…
Amir zadrżał z wściekłości. Mógł się spodziewać co go tutaj spotka, ale to wcale nie znaczy, że był na to gotów. Nie dało się przygotować na coś takiego.
-Mało w was entuzjazmu!- mruknął demon, rozglądając się po obecnych.- No dobrze… Skoro tak…- w jego dłoni pojawił się sztylet.- Czyń honory, Fortisie…- zwrócił się do zdumionego jego słowami wspólnika, podając mu narzędzie.
Fortis się nie wahał. Natychmiast wziął nóż i podszedł do drugiego potomka wilków.
-Daj mi rękę…- zwrócił się do niego cicho.
Nadim bez słowa podał mu dłoń. Fortis szybkim ruchem zrobił nacięcie na jej wewnętrznej stronie i wrócił na swoje miejsce. Ostrze skruszyło się w jego dłoni i rozsypało w pył.
-I tyle…?- zapytał demon z udawanym rozczarowaniem.- Spodziewałem się, że mnie zaskoczysz i rozpłatasz mu gardło, ale chyba powinienem się cieszyć, że jesteś tak bardzo przewidywalny… Zresztą, to nam w zupełności wystarczy. W końcu nie chcemy żeby przedwcześnie umarł nam raz jeszcze, prawda…?- istota uśmiechnęła się szeroko, patrząc wprost na Nadima.- Nawet nie masz pojęcia jak bardzo się cieszę, że widzę cię żywego!- parsknęła śmiechem.- Uwierz mi, jesteś pierwszym śmiertelnikiem, który słyszy ode mnie te słowa…- dodała, wkładając w rozciętą dłoń potomka wilków fragmenty kryształów i zaciskając ją mocno.- Myślę, że twój kochanek doskonale wytłumaczył ci na czym to wszystko polega. I chyba nie muszę udowadniać, jak bardzo tego pragniesz…?
-Nie- odpowiedział cicho Nadim.
Demon uśmiechnął się z zadowoleniem, mocniej jeszcze ściskając jego dłoń. Spomiędzy palców potomka wilków, wypłynęła szkarłatna stróżka.
-Ach, jakie piękne to czasy, gdy cały świat tonie we krwi…- szepnął demon, niemalże melancholijnie obserwując, jak kilka czerwonych kropel opada na posadzkę.- Ileż wtedy rodzi się w śmiertelnikach desperacji… Idealne czasy dla każdego demona… Wkrótce się o tym przekonasz…
Amir kątem oka dostrzegł, że z drugim potomkiem wilków dzieje się coś dziwnego. Skierował wzrok na Fortisa. Widział, jak ten drży gwałtownie. Najpierw wydawało się władcy, że ten zareagował tak na słowa demona, ale Fortis trząsł się coraz mocniej, spazmatycznie, wyraźnie tracąc kontrolę nad swoim ciałem. Demon również musiał to dostrzec. Na jego wargach wymalował się pełen satysfakcji uśmiech. Wyjął z dłoni Nadima coś, co musiało być połączonym już kryształem i puścił go wreszcie. Potomek wilków nie ruszył się jednak z miejsca, ze zdumieniem i lękiem patrząc na to, co działo się z jego niedawnym opiekunem. Na ciele Fortisa zaczęły pojawiać się jakieś linie. Amir widział wyraźnie jego twarz, szyję, dłonie… Wyglądało to tak, jakby żyły potomka wilków stawały się coraz bardziej wydatne i wyraźne, jak gdyby usiłowały wyrwać się z jego ciała. Czymkolwiek były te znaki, z każdą chwilą powiększały się, puchły i robiły coraz bardziej nabrzmiałe, zmieniając swoje zabarwienie z zieleni i stając się szkarłatne… Potomek wilków upadł na kolana, po czym przewrócił się na bok, wciąż wstrząsany gwałtownymi spazmami.
Nagle, w jednej chwili, wszystko ustało. Fortis znieruchomiał na posadzce, choć bez wątpienia był przytomny. Zmiany na jego skórze zaczęły się cofać. Wszystko wracało do normy. Demon odwrócił się w jego stronę.
-Tak, to musi być bardzo nieprzyjemne…- stwierdził z westchnieniem, nie przestając się uśmiechać.- Niemal bolesne…- szepnął, wyraźnie zafascynowany, nie odrywając wzroku od wspólnika.- Gdy taki rodzaj energii przenika przez kruche ciało śmiertelnika nie stworzone do tego, by władać podobną siłą… Ale nie martw się, Fortisie. Moc jest już pod moją kontrolą- powiedział, po czym wyciągnął dłoń w kierunku potomka wilków, chcąc pomóc mu się podnieść.
Fortis zignorował to, wstając o własnych siłach. Demon zatrzymał się przed nim i zawiesił na jego szyi kryształ.
-Nasz pakt został odnowiony- obwieścił, kładąc dłonie na ramionach wojownika. Spojrzał w źródło swojej energii.- Jest taki niepozorny…- zaczął tkliwie.- A jednak, zupełnie wyjątkowy… Tak, jestem z niego bardzo dumny… Rzecz jasna, nie mówię o tobie, Fortisie…- stwierdził z rozbawieniem, widząc widniejący na twarzy wspólnika niesmak. Odsunął się, po czym dodał- Choć ty również spisałeś się doskonale, oczywiście…
Odszedł kawałek dalej. Przeszedł obok Nadima, przyglądając mu się przez chwilę, by następnie przenieść wzrok na władcę. Zaśmiał się. Śmiał się niczym dziecko uradowane faktem, że udało się naprawić jego ulubioną zabawkę.
-Teraz rozumiesz, Amirze…?- zaczął po chwili, triumfując.- Rozumiesz dlaczego to takie ważne, dlaczego tak trudno wybrać odpowiedniego śmiertelnika do paktu…? To ogromne zaufanie dać komuś do dyspozycji swą siłę… To ja nią władam… Kryształ ją przewodzi… Ale jej wykonawcą jest Fortis…- uśmiechnął się szeroko, zerkając na swojego wspólnika niemalże z czułością.- Powiedz mi, mój drogi… Jakie to uczucie, móc sobie zażyczyć niemalże wszystkiego?
Fortis nie odezwał się ani słowem.
-Pora na twoje pierwsze życzenie, Fortisie…- powiedział demon, wyraźnie podekscytowany.- Pakt odebrał mi dostęp do tego, co bardzo mi imponowało, do twoich pragnień, ale i bez tego wiem doskonale, co postanowisz…
-Nie wiesz- odpowiedział cicho potomek wilków.
Demon zaśmiał się lekko.
-Nie…? Więc co oni tu robią…?- zapytał rozbawiony, przenosząc wzrok na martwe ciała wojowników.- Czekają na ciebie, czyż nie…? Twoja potężna armia, wkrótce przebudzi się ponownie… No… Niezupełnie ona…- stwierdził, rozbawiony.- W końcu po twojej porażce… po naszej klęsce, powinienem rzec, ich ciała spłonęły, dusze zostały więc pozbawione odpowiedniego nośnika tego, co trzymało je wciąż wśród żywych… Ciało można łatwo stworzyć… Jednak dusze… Ich dusze nie należą do mnie, nie jestem więc w stanie nimi władać, ale nie lękaj się, Fortisie… Mam pod dostatkiem wiele innych…- rzucił, a w jego dłoni pojawiła się ta sama kula, którą Amir już widział i która poprzednim razem pękła na drobne części. Teraz była cała.- Co prawda nie jest to już tak liczny zbiór jak wcześniej, po tych niespodziewanych gościach, których sprowadziłeś mi na głowę…- dodał, zwracając się nagle do władcy.- Ale nie mam do ciebie żalu, drogi królu…- uśmiechnął się ponownie.- Wiem, że wkrótce zapewnisz mi znacznie lepszą rozrywkę… Dalej, Fortisie!- ponaglił potomka wilków.- Zrób to, co planujesz zrobić i niechaj wreszcie zapanuje chaos!
-Porządek- przerwał mu chłodno wspólnik.
Demon spojrzał na niego ze zdziwieniem.
-Ach, tam!- machnął obojętnie dłonią.- Słowa, słowa, słowa! Słowa są bez znaczenia! Liczą się tylko czyny, a przecież obaj wiemy, co zamierzasz uczynić.
-Nie masz pojęcia.
-Słucham?- rzucił bez zrozumienia demon.
-Nie masz pojęcia, co zamierzam uczynić- powtórzył spokojnie Fortis.
Demon zaśmiał się znowu. Zamierzał coś powiedzieć, ale jedynie otworzył usta i nagle zamarł. Na jego twarzy pojawił się wyraz niedowierzania i czegoś, czego Amir jeszcze u niego nie widział – lęku. Istota cofnęła się o kilka kroków. Zachwiała lekko na nogach, jakby miała trudność z utrzymaniem równowagi. Uniosła ręce i przyjrzała się swoim dłoniom. Władca dopiero po chwili dostrzegł, co przeraziło demona tak bardzo. Końcówki jego palców rozmywały się dziwacznie, a zaraz po tym, zaczęły powoli znikać. Dalsze części dłoni,ręce… Również.
-Co ty robisz…? Co ty robisz, Fortis?!- wykrzyknął z przerażeniem demon. Wojownik nie ruszył się z miejsca, patrząc na swojego wspólnika z całkowitą obojętnością jakby to, co się z nim teraz działo, wcale go nie obchodziło.- Nie możesz… Nie możesz… Nie możesz mnie zniszczyć!- wydusiła z siebie istota, mając trudność z mówieniem.- Beze mnie… Pakt jest niczym! Beze mnie zginiesz, głupcze!
-Nie zamierzam cię zabić- odpowiedział jednak Fortis.- Zamierzam cię uwięzić. Dokładnie tutaj- stwierdził, wskazując na zawieszony na jego szyi kryształ.
-Nie! Nie rób tego!- wrzasnął demon.- Nie poradzisz sobie… sam… Nie poradzisz sobie… Nie dasz rady… Nie będziesz w stanie tego wszystkiego… Fortis… Fortis…!- rzucił rozpaczliwie, posyłając potomkowi wilków błagalne spojrzenie.- Nie możesz… To będzie twój największy błąd! Fortis! FORTIS!
Bolesny krzyk wyrwał się z ust istoty na moment przed tym, nim jej ciało zniknęło całkowicie. Jedynym, co po nim pozostało, była złota, ledwie zauważalna smuga, która pomknęła w stronę Fortisa i jak gdyby wniknęła w kryształ. Nadim sprawiał wrażenie zupełnie osłupiałego. Amir był równie oszołomiony. Długą chwilę nie pojmował tego, co się właśnie wydarzyło.
Przez kilka minut panowała kompletna cisza.
Aż wreszcie przemówił sprawca całego zamieszania:
-Przepraszam- szepnął Fortis, spoglądając na Nadima, który zbliżył się do niego o kilka kroków, będąc całkowicie zdezorientowanym.- Nie chciałem krzywdy twoich braci, ani tym bardziej twojej śmierci… Ale nie mogłem postąpić inaczej. Gdyby stracił do mnie zaufanie mógłby się domyślić, co zamierzam zrobić i powstrzymać mnie…- jego podopieczny skinął głową. Na jego twarzy jeszcze przez moment gościł wyraz zdumienia, ale zaraz został zastąpiony czymś zupełnie innym. Ulgą? Zrozumieniem? Amir nie był pewien, ale wcale mu się to nie podobało. On wciąż jeszcze nie dowierzał w to wszystko.- Popełniłem bardzo wiele błędów. On był największym z nich. Ale wszystko to, co zrobiłem, robiłem z konieczności. I nie żałuję żadnego swojego uczynku, nawet, jeśli przez to musiałem stać u boku takiego potwora.
Nadim podszedł do niego jeszcze bliżej. Był wyraźnie poruszony słowami niedawnego opiekuna. Wahał się przez moment, po czym nie będąc w stanie powstrzymać emocji, objął go ramieniem i wtulił się w niego.
-Wiedziałem…- odparł pełnym przekonania głosem.- Wiedziałem, że nie mógłbyś nam tego zrobić!
Fortis przesunął dłonią po głowie potomka wilków.
-Wybacz mi, proszę…
-Nie muszę- odpowiedział stanowczo Nadim, odsuwając się nieco, by spojrzeć na twarz wojownika.- Wszystko, co uczyniłeś było…
-Nie- przerwał mu spokojnie Fortis.- Jeszcze nie uczyniłem tego, czego z pewnością będę żałował…
Odsunął się od swojego podopiecznego. Nadim raczej nic nie zrozumiał z tych słów, bo wciąż sprawiał wrażenie niemalże radosnego. Patrzył na Fortisa z podziwem i z całą tą tęsknotą, jaka musiała się w nim zrodzić w momencie, gdy pomyślał, że raz na zawsze stracił swojego wuja. Amirowi wydawało się, że właśnie tak na niego patrzy. Jakby przestało mieć dla niego znaczenie to, że ten przy którym stał oszukiwał go przez tak długi czas, że nie był tym, za kogo się podawał, a i jego intencje trzeba było przecież brać pod wątpliwość.
-Gdy powrócisz do zamku, twój bratanek już w nim będzie…- tym razem, Fortis zwrócił się do Amira. Władca wbił w niego uważne spojrzenie, choć jego słowa dały mu dużo nadziei.- Nie musisz się obawiać. Nie stała mu się żadna krzywda. Bardzo mi przykro z powodu śmierci twojego brata.
-Dlaczego miałbym ufać twoim słowom?!- prychnął człowiek.
-Amir!- Nadim spojrzał na kompana tak, jakby to, co powiedział było nie na miejscu.
-Nie możesz- odparł gładko Fortis.- I nie powinieneś. To całkiem naturalne. Nie mam jednak żadnego powodu, aby cię okłamywać. Aby okłamywać kogokolwiek.
-Ja ci ufam!- zadeklarował natychmiast Nadim.- Zawsze ci ufałem! Nie rozumiałem tego, co się działo, sądziłem, że naprawdę nas zdradziłeś, ale tak wiele razy zastanawiałem się nad tym, czy nie kryje się za tym coś większego… Teraz rozumiem! Nie chciałeś naszej krzywdy! Chciałeś powstrzymać demona!
Fortis wysłuchał jego słów, ale nie potwierdził ich, a wprost przeciwnie. Pokręcił głową.
-To nie tak…- powiedział cicho.
-Owszem!- odparł jednak Nadim.- Rozumiem, dlaczego musiałeś się ukrywać i udawać… Nasi bracia tym bardziej zrozumieją! Wróć ze mną, proszę. Opowiemy im to, co się tutaj wydarzyło.
-Nie- odpowiedział jednak jego opiekun.- Nie wrócę.
Nadim był zaskoczony.
-Ale… Ale dlaczego…?- zapytał, wyraźnie skołowany.- Przecież dobrze ich znasz! Wiesz, że dotąd ci ufali i że z pewnością zrozumieją to, co tobą kierowało! Będą ci więcej niż tylko wdzięczni! Będziesz bohaterem! Już nim jesteś!
-Bohaterem…?- prychnął pobłażliwie Fortis. Nadim drgnął, patrząc na niego bez zrozumienia.- Bohaterem kogo…? Bandy kłamców, złodziei, szyderców, zbrodniarzy, głupców i tchórzy…? Miano bohatera pośród takiego grona, nie jest powodem do chluby, a zwykłą obelgą.
-Ale… O czym mówisz…?- zdumiał się jego podopieczny.
-Kiedy zawałem pakt z demonem… Kiedy moja armia narodziła się na nowo… Walczyłem z ludźmi. Wiesz dlaczego?- zapytał. Nadim skinął głową, ale Fortis uśmiechnął się tylko litościwie, najwyraźniej sądząc, że potomek wilków wcale nie zdaje sobie z tego sprawy.- Bo nim przybyli, nasz świat wyglądał zupełnie inaczej. Tak mi się wtedy wydawało. Żyłem w spokojnej osadzie… Z moimi braćmi, którzy bez względu na moją sympatię, wydawali mi się istotami godnymi najwyższego szacunku, szlachetnymi i dobrymi… Teraz wiem, że byłem zbyt młody i niezainteresowany ich rzeczywistym obliczem, by zdać sobie sprawę z tego, że było zupełnie inaczej… Nigdy nie chodziło o samą wojnę. Chodziło o to, z czym się spotkałem, gdy szukałem pomocy dla tych, którzy byli bezbronni i nie mieli szans na ratunek… Z pychą. Z pogardą. Egoizmem. Tchórzostwem… Sądziłem, że to ich wina, że to ludzie wzbudzili w nas te negatywne cechy. Wydawało mi się, że pozbycie się ich z naszych ziem to zmieni, że wyplenimy zło niczym zarazę i będziemy żyć jak dawniej. Ale się myliłem… Kiedy zasiadałem na tronie, moi bracia radowali się i krzyczeli moje imię, widząc we mnie właśnie bohatera i wybawcę… Za sprawą moich możliwości dałem im naprawdę wiele. Ale oni wciąż chcieli więcej i więcej… Nie zamierzali się poświęcać. Ani pracować. Własnymi siłami dbać o prywatny dobrobyt. Zaczęli mnie opluwać. Zarzucać mi morderstwo, którego dokonałem i o którym wiedzieli już od dawna, lecz wcześniej nie domagali się konsekwencji… Kiedy widziałem wszystko to, co się wtedy działo… Chaos, jaki zapanował w mieście… Liczne zbrodnie. Chciwość. Lenistwo. Zdradę… uświadomiłem sobie coś, na co wcześniej byłem ślepy. To nie ludzie wzbudzili w nas te cechy. Te najgorsze zwyrodnienia siedziały w nas od dawna. I tylko czekały na odpowiedni moment, by wyrwać się na powierzchnię i dać o sobie znać. Nie wszyscy tacy byli. Ale tych, którzy umieli poskromić zło, było tak niewielu… Dlatego posunąłem się do tych wszystkich okrucieństw. Mordowałem tych, którzy nie zasługiwali na to, by żyć. Chciałem stworzyć świat, w którym żyliby jedynie ci, którzy byliby wystarczająco mężni, szlachetni i sprawiedliwi… I stworzę go teraz- dokończył cicho.
-To niemożliwe!- odezwał się natychmiast Amir. Mógł się tego spodziewać… Dokładnie tego mógł się spodziewać, do diabła!- Nie rozumiesz tego?! Ludzie… i wy również… zawsze będą pragnąć więcej! To jest wpisane w naszą naturę! Nie zadowalamy się tym, co posiadamy! Gdy dostaniemy to, czego akurat pragniemy, natychmiast rodzi się w nas nowa potrzeba! Nie sposób tego powstrzymać! Wiem o tym dobrze!
Ludzie mogli być zadowoleni, ale nigdy nie byli w pełni szczęśliwi z danych rządów. Cieszyli się gdy jeden z ich problemów został zlikwidowany, ale gdy tenże problem znikał im z oczu, natychmiast dostrzegali kolejne, mniejsze od tamtego, na które wcześniej nie zwracali uwagi, a które nagle, stały się równie uciążliwe.
-Są tacy, którzy nie pasują do twojego opisu- odpowiedział Fortis.- Sam nimi dowodziłem. Pięćdziesięciu braci, którzy nie chcieli ode mnie niczego, a swoją ciężką pracą sięgali po więcej i więcej… Ruszyli ze mną do boju, choć wtedy jeszcze nie było w nas nadziei, że uda się zwyciężyć… Ty, Amirze, też taki jesteś…- człowiek parsknął jedynie, kręcąc głową.- Tacy jak ty zasługują, by istnieć, bowiem zależy im szczerze na losie wielu, a nie swoim własnym… Twój wuj również taki był… Jego historia… Historia młodości tego, którego ciało przejąłem… Przekonała mnie jedynie, iż zarówno ludzie, jak i my sami, od wieków cechujemy się tym samym okrucieństwem i podłością. Żałuję, że musiał zginąć… Żałuję, że ty również będziesz musiał. Zdaję sobie bowiem sprawę z tego, że nie przeżyłeś tego co ja i przez to nie będziesz w stanie zrozumieć moich racji…
-Nie rozumiem twoich metod!- przerwał mu gniewnie mężczyzna.- Co chcesz zrobić?! Zabić wszystkich i pozostawić tylko tych, którzy będą ci odpowiadać?! To się nie uda! Każdy w końcu zawodzi! Twoi wojownicy, których tak wychwalasz, też by to w końcu zrobili! Naprawdę nie rozumiesz?! Jeśli nie strach, to sam demon trzymał ich u twojego boku! Jeżeli będziesz tak działać, prędzej czy później, pozostaniesz tutaj zupełnie sam! Zmieniaj swoich braci! Już to czyniłeś, podczas twoich rządów… Ale nie śmiercią!
-Nie rozumiesz, Amirze…- odpowiedział spokojnie Fortis.- To jedyna metoda. Okrutna, ale skuteczna. Nie mogę postąpić inaczej. Szczytne cele wymagają mniej szczytnego postępowania. Wiem, że spotkam się z twoim oporem… Nie jesteśmy po tej samej stronie, Nadimie…- zwrócił się do swojego podopiecznego, spoglądając na niego. Potomek wilków sprawiał wrażenie, jakby już zupełnie nie rozumiał, o co w tym wszystkim chodzi.- Jesteśmy wrogami. Wiedziałem, że gdy przyjdzie co do czego zrozumiesz, czym się kieruję. I chciałem, byś stanął u mojego boku. Ale gdy wróciłeś z tej wyprawy i usłyszałem jak bardzo zbliżyłeś się do tego człowieka wiedziałem już, że nie będę w stanie cię do tego przekonać… Za bardzo się zmieniłeś… I choć jesteś mi tak bliski, jak własny syn, staniemy naprzeciw siebie w walce. I poniesiesz śmierć.
-Co chcesz zrobić?!- krzyknął Amir.
-Wskrzeszę swoją armię.
-Naprawdę nie zdajesz sobie sprawy z tego, że ci, którzy ci się podporządkują, zrobią to nie z poczucia szlachetności, ale przez swoje tchórzostwo?! Twoje metody nie pozwolą ci rządzić mężnymi i pełnymi dobra! Będziesz rządził bandą tchórzy!
-Mylisz się, Amirze- odpowiedział Fortis.- Gdy wojna się skończy, przyjdzie czas na sąd… Choć już w trakcie jej trwania wielu z tych, którzy są rozczarowani panującym dookoła zepsuciem, przejrzy na oczy…
-Ty jesteś obłąkany!- warknął gniewnie człowiek.- Ty jesteś tym szlachetnym, tak?! Tym, którego wszyscy powinni naśladować?!
-Tak- potwierdził Fortis bez chwili wahania.
Amir parsknął śmiechem.
-Doskonale! A więc szukasz tych, którzy mają być gotowi na współpracę z największym złem dla zrealizowania tych, rzekomo, szlachetnych pobudek?! Tych, którzy bez wahania zdradzą własną rasę?! Którzy będą gotowi do największych zbrodni?! I, bez słowa protestu, będą przyzwalać na śmierć najbliższych?! To jest ta twoja odwaga, Fortisie?!- wrzasnął z wściekłością.- Pogódź się z tym! Prawda jest taka, że to ty jesteś największym tchórzem ze wszystkich!
Wojownik nie sprawiał wrażenia jakkolwiek poruszonego jego słowami.
-Dam wam trzy dni- obwieścił cicho.- Licząc od jutra. Przygotujcie się. Trzeciego dnia moja armia wyjdzie na ulice miasta… I dokona się to, co miało się dokonać. Nim nastanie zmierzch, będzie już po wszystkim.
Powiedziawszy te słowa, odwrócił się i zaczął iść w przeciwnym kierunku.
-Zaczekaj!- krzyknął za nim Amir.
Zatrzymał się na moment.
-Doskonale wiem, czego ode mnie oczekujesz…- powiedział, nie odwracając się nawet w stronę tego, który go zawołał.- Chcesz wyzwać mnie na pojedynek. Zgadzam się. Trzeciego dnia, przejście się otworzy. Możesz tutaj przyjść. Obaj możecie.
-Nie stoczysz swojej wymarzonej wojny!- prychnął Amir.- Nie wystawię wojsk do walki z poplecznikiem demona! Mają mnie za szaleńca! Nikt w to nie wierzy!
-Uwierzą wszyscy- odparł Fortis.- Wkrótce się przekonasz.

Szli w otoczeniu garstki potomków wilków, którzy, jak i poprzednim razem, czekali na nich przy samym portalu. Spieszyli się. Kierowali kroki w stronę obozowiska, nie mając czasu na rozmowy czy wyjaśnienia. Raz po raz każdy z nich odchylał głowę i z niepokojem spoglądał w górę, nie mogąc się nadziwić temu, co widzi. Niebo miało fioletową barwę. Wyglądało na zupełnie bezchmurne choć dźwięki, jakie niosły się dookoła, przypominały odgłosy zbliżającej się burzy. Na gładkiej powierzchni pojawiały się pęknięcia podobne do błyskawic. Wyglądało to tak, jakby sklepienie miało zaraz zawalić im się na głowy. Amir się denerwował. Nie miał pojęcia, co mogły oznaczać słowa Fortisa, a bardzo wątpił, by cała arystokracja doznała nagle olśnienia. Spojrzał na kompana. Nadim był kompletnie przybity. Chyba naprawdę, choćby przez tę krótką chwilę, wydawało mu się, że jego opiekun miał dobre intencje. Amir nie mógł się temu dziwić. Wreszcie dotarli do namiotów. Nie było jednak przy nich wielu potomków wilków. A jedynie kilka kobiet, dzieci, paru rannych… Szli więc dalej. Dopiero kawałek za obozowiskiem, zobaczyli sporą grupę pobratymców Nadima, wśród których był również Elnir. Wszyscy oni byli do nich odwróceni plecami, z twarzami zwróconymi w stronę miasta. Amir przyspieszył kroku, ale w tym momencie zrozumiał, co tak bardzo przykuwało uwagę pobratymców kompana. Rozległ się donośny grzmot, a niebo przeszyła ogromna błyskawica. Piorun musiał uderzyć w jakieś miejsce w mieście. Amir zatrzymał się gwałtownie, zupełnie przerażony Kolejny huk… I jeszcze jeden… Odruchowo cofnął się o kilka kroków, aż potknął się o własne nogi i upadłby, gdyby nie trafił wprost w ramiona kochanka, którzy przycisnął go do siebie mocno.
-Już dobrze…- szepnął uspokajająco Nadim, po czym krzyknął w stronę przyjaciela- Elnir! Co się dzieje?!
-Chyba szykuje nam się kolejna katastrofa…- odparł z wyraźnym niepokojem potomek wilków, odwracając się w końcu w ich kierunku.- Pioruny uderzają w miasto już od dobrych kilkunastu minut. Musi być masa szkód… Ciekawe, kiedy to licho dojdzie do nas…
-Nie dojdzie…- odezwał się cicho Amir, z trudem odsuwając się od kompana. Niełatwo było okiełznać własne lęki, zwłaszcza tak irracjonalne. On sam ledwie trzymał się na nogach, widząc i słysząc kolejne gromy. Elnir spojrzał na niego pytająco.- To znak dla moich poddanych…
-Znak…?
-Nadim ci wszystko wyjaśni… Gdzie jest mój koń?- zapytał władca, rozglądając się dookoła z wyraźną paniką. Ręce mu drżały.
-Nie jedź teraz- Nadim chwycił go za ramię.- To niebezpieczne.
-Nie ma czasu- zaoponował mężczyzna. Chciał jak najszybciej znaleźć się z powrotem w zamku i upewnić czy Fortis nie kłamał. Czy Hatim jest bezpieczny.
Elnir dopytywał, ale on nie był w stanie wykrzesać z siebie żadnej konstruktywnej odpowiedzi. Moment później, któryś z potomków wilków przyprowadził jego konia. Amir wsiadł na wierzchowca, pożegnał się krótko z kochankiem deklarując, że zapewne jutro tu wróci, po czym popędził zwierzę i ruszył galopem przez las. Denerwował się. Podskakiwał przy każdym głośniejszym huku. Koń również się niepokoił. Gdy udało mu się już dostać do miasta, jedna z błyskawic uderzyła w pobliski budynek. Zwierzę spłoszyło się i stanęło dęba, zrzucając z siebie jeźdźca, po czym zawróciło w stronę lasu. Amir zebrał się z ziemi, cały obolały i jeszcze bardziej zlękniony niż chwilę temu. Na ulicach było niewielu ludzi, ale wśród tych, którzy pośpiesznie starali się dotrzeć do domu albo znaleźć sobie schronienie, panował popłoch i chaos. Amir przedarł się na główny plac i ruszył biegiem w stronę zamku.
Udało mu się dotrzeć do wrót. Nikt przy nich nie stał. Strażnicy obserwowali wejście, ale schronili się pod jednym z balkonów, przerażeni i spanikowani. Amir wszedł na teren królewskich włości. Nie bacząc już na nic, wbiegł do budynku. Ledwie znalazł się w środku, a musiał zatrzymać się na moment. Osunął się pod ścianę. Natychmiast dobiegli do niego służący, którzy stali przy oknach, obserwując to, co dzieje się na zewnątrz. Amir odrzucił ich pomoc i wstał, raz jeszcze zwalczając swój lęk. Nawet znajdując się w tym z pozoru bezpiecznym miejscu, nie mógł powstrzymać odczuć jakie wzbudzało w nim to, co działo się na zewnątrz. Ruszył wzdłuż korytarza, kierując się do komnaty, w której wcześniej znajdował się jego bratanek. Któryś ze służących musiał powiadomić wciąż znajdujących się na zamku arystokratów, bo zaraz dobiegł do niego Golvan.
-Królu… Królu, zatrzymaj się…- naciskał, a kawałek za nim biegł Fryderyk, na swych krótkich nóżkach usiłując dogonić mężczyzn.- Musimy porozmawiać…
-O bogowie! Dobrzy bogowie!- usłyszał Amir czyjeś wołanie i zaraz za rogu wyłoniła się ta sama młoda służka, która zajmowała się dzieckiem przed jego zniknięciem. Na rękach trzymała łkającego głośno Hatima. Zatrzymała się tuż przy Amirze.- Królu… Królu, jak dobrze!- zawołała, zapłakana z radości, jakby zupełnie nie miała świadomości, co się wokół niej dzieje.- Siedziałam w tamtej komnacie… W komnacie panicza… I jest…!
-To niemożliwe…- skwitował jej słowa Golvan, wyraźnie zaskoczony.
-Dziękuję- szepnął Amir, biorąc od niej swojego bratanka. Zawrócił, ruszając w przeciwnym kierunku. Golvan wciąż szedł za nim. Fryderyk, w takiej sytuacji, znalazł się kawałek przed nim.
-Szanowny Amirze!- zawołał piskliwym głosem.- Szanowny… Królu!- usiłował zwrócić uwagę mężczyzny, ale ten wcale nie zamierzał z nim rozmawiać.- AMIRZE!- wrzasnął wreszcie arystokrata, chyba po raz pierwszy zupełnie zapominając o swoim fałszu i dyplomacji.
Władca przystanął i spojrzał na niego pytająco.
-Powiesz nam, co się tu dzieje…?- zapytał Fryderyk, wyraźnie zdezorientowany.
-Powiedziałem już. To sprawka demona- odparł chłodno mężczyzna.- Chcecie dowodów? Nie mam ich. Prócz tego, co działo się do tej pory i co dzieje się teraz. Jeśli chcecie mnie zdetronizować, to proszę bardzo, choć wybraliście sobie do tego naprawdę nienajlepszy moment…
Jednak ani Fryderyk, ani Golvan, nie sprawiali już wrażenia jakby zależało im na odebraniu Amirowi władzy. Właściwie byli zwyczajnie przerażeni. Przejmowanie władzy w takim momencie było więcej niż tylko ryzykowne. Nie chcieli brać na siebie odpowiedzialności.
-Możesz nam powiedzieć… szanowny Amirze… co się teraz stanie, zakładając… zakładając, że masz rację…?- zapytał ostrożnie Fryderyk, wracając do swojego zwyczajowego tonu.
-Będzie wojna- odpowiedział szorstko Amir, kołysząc płaczącego wciąż bratanka w ramionach.
-Wojna?!- parsknął Golvan.- Z demonem?!
-Nie. Z tym, z którym, którego udało się nam raz pokonać. Z jego poplecznikiem, Fortisem.
-Ale… Ale…
Amir znów ruszył przed siebie. Zaczął wchodzić na schodach na pierwsze piętro, chcąc dotrzeć do swojego gabinetu.
-Szanowny królu!- zawołał za nim piskliwie Fryderyk.- Co mamy robić?!
Mężczyzna zatrzymał się i odwrócił w jego kierunku.
-Jeśli nadal chcecie pozostawić władzę w moich rękach… Macie poinformować lud o tym, co się dzieje i o tym, co nas czeka… Nie wiem, jak to przedstawicie- dodał surowo, widząc, że Fryderyk chce zaprotestować.- Muszą wiedzieć. Nie wiem, na ile starczy naszej armii. Może dojść do momentu, w którym walczyć będą musieli wszyscy, którzy są do tego zdolni… Potrzebuję informacji na temat schronów. I muszę spotkać się z dowódcami. Im szybciej, tym lepiej…
-To wszystko… szanowny królu…?- upewnił się Fryderyk, z nie pasującą do niego pokorą.
Amir skinął głową.
-Nie mamy wiele czasu- powiedział.

5 komentarzy:

  1. Męczysz, bardzo męczysz, droga Silencio. Po raz kolejny uzyskaliśmy jedynie odpowiedzi wywołujące falę kolejnych pytań. Znikający z nierealną łatwością demon, Nadim, który znów zaufał i się zawiódł, Fortis ponownie jako władca i Amir, nasz wielki, szacowny król Alitis. Zachował zimną krew, licząc się jedynie z tym, co podpowiada mu intuicja i własne doświadczenia. Cieszę się, że udało ci się utrzymać zeń tego samego osobnika, którego kształtowałaś tyle czasu.
    Cóż, nie mam, po co się rozpisywać. Szczerze, jeśli zyskasz stały dostęp do komputera, mam ogromną nadzieję (a raczej błagam na kolanach), że za tydzień pojawi się właśnie "Chaos". Tak bardzo chciałabym dowiedzieć się, jak planujesz zakończyć owo opowiadanie.
    Weny, czasu i komputera życzy Miraculi.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudny rozdział, oj cudny, tylko o wiele za krótkie ;c
    Cieszę się, że arystokracja (a właściwie to "szanowny" przewodniczący Fryderyk) uwierzyli w demona. Teraz będzie wojna... Ciekawe jak to się potoczy..

    Biedny Nadim. On miał taką nadzieję, że Fortis jest inny.. A tutaj, co? Będą walczyć przeciwko sobie. Często się powtarzam, ale i tym razem muszę to powiedzieć. Cieszę się, że główni bohaterowie mają w sobie wsparcie. To takie miłe <33

    Dwa tygodnie mam czekać na Chaos? Serio? Przyłączam się do błagań Miraculi i proszę o Chaos w następnej notce. Proooooszę *robi maślane oczka jak kot ze Shreka*.
    Teraz zapewne będę myślała, co wydarzy się później... Będę "trawiła" rozdział i tworzyła nowe teorie, które pewnie się nie spełnią...
    Bardzo zastanawiam się jak zakończysz Chaos...
    Swoją drogą, Silencio ile planujesz jeszcze rozdziałów? Bo bym chciała wiedzieć, jak długo będę mogła cieszyć się Chaosem.. (chociaż już wiem, że jak skończysz to opowiadanie to ja za niedługo wrócę i przeczytał całość. Bo kocham je)


    Pozdrawiam i życzę dużo weny! ♥

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy11:19 PM

    Cholera, myslalam ze wiecej zaskakujących sytuacji i zwrotów akcji juz nie wymyslisz, a jednak sie pomyliłam :D Opowiadanie podoba mi się jeszcze bardziej niż wcześniej, nawet mimo braku wątków erotycznych miedzy Amirem i Nadimem, no ale wiadomo - wojna... Nie ma czasu na seks :/ Poza tym, jestem zaniepokojona, bo nie wiem jak potoczą się losy dwójki moich ulubionych bohaterów ever, ale mam nadzieje ze szybko nie zakonczysz tego opowiadania i bede mogła się nim cieszyc przez wiele rozdziałów!
    Obyś szybko odzyskała dostęp do komputera :*
    zander.

    OdpowiedzUsuń
  4. To jest najlepsze twoje opowiadanie, właściwie taka książka. Masa emocji, zagadek, wszelkich tajemnic, które poznajemy, a na ich miejscu pojawiają się nowe. W tym wszystkim wielkie uczucie. :D Oby twoja wyobraźnia i chęć pisania nigdy się nie skończyły. ^^

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy5:00 PM

    Wiecie, wbrew temu co myśli sam Amir, to uważam, że jest dobrym królem. Wcale nie przedkłada swojego dobra nad dobro ludu, jest odważny (ha! Już w pierwszych rozdziałach, gdy było o tym, jak bardzo Amir boi się burzy, coś czułam, że i z tym lękiem przyjdzie mu się zmierzyć i go przezwyciężyć!). Poza tym ukazujesz go, Sil, jako mężczyznę bardzo zdecydowanego i stanowczego w swoich osądach i opiniach. Podoba mi się to ;) A tu na końcu był taki władczy.. ach... Mam nadzieję, że zyska sobie szacunek arystokracji.
    No bo.. no bo przecież to musi się dobrze skończyć. Choć po takiej ilości zwrotów akcji, jakie nam zaserwowałaś, to ja już kompletnie nue wiem, czego się spodziewać.
    Biedny Nadim.. On, który zawsze wierzył, zawsze ufał, teraz tak boleśnie się zawiódł i to po raz kolejny :( Chyba po czymś takim nie umiałabym znowu zacząć wierzyć.. bo w kogo? W co? Świat, jaki znał, runął.
    Przed nimi (nami..) wielka bitwa, od której wszystko zależy. Stresuję się O.o
    Alys

    OdpowiedzUsuń