Strony

sobota, 27 lipca 2013

Rozdział 48 [Chaos]

Gromy uderzały w miasto przez całą noc. Gdy tylko zapadł zmrok, zerwał się gwałtowny wiatr, który niósł spadające z nieba, coraz liczniejsze krople deszczu. Rozpętała się prawdziwa ulewa. Zapewne gdyby ktokolwiek szedł o tej porze ulicami miasta nie wytrzymałby pod naporem mroźnych, przerażająco silnych podmuchów powietrza. Wątpliwym jednak było by po tym, co rozgrywało się wcześniej, a i teraz towarzyszyło wichurze, ktokolwiek o zdrowych zmysłach się na to odważył. Ludzie pochowali się do swych domów spłoszeni, przerażeni, zdezorientowani, mając problem z oceną tego, co właśnie się działo. Jednak i domy o słabszej konstrukcji mogły ulec zniszczeniu pod wpływem wiatru. Pogoda w królestwie zawsze była łagodna, niezależnie od pory roku. Budynki użyteczności publicznej, domy arystokracji oraz bogatych mieszczan były solidnie wykonane, ale pozostała część ludności, mieszkała w innych warunkach i nigdy nie było potrzeby, aby zabezpieczyć szczególnie budowle przed tego rodzaju zjawiskami. ¬
Niebo uspokoiło się dopiero o świcie i tak pozostało, przynajmniej do tej chwili. Amir stał w gabinecie wuja, z uwagą i niepokojem spoglądając na sklepienie o fioletowej barwie, na którym wciąż pojawiały się przypominające pęknięcia błyski. A więc Fortis dał manifestację swojej obecności… Amir szczerze wątpił, by ci z arystokratów, którzy do tej pory nie dawali wiary jego istnieniu, otrzymali odpowiedni dowód, by to się zmieniło. Ale z pewnością byli dostatecznie przerażeni i zdezorientowani, by chwycić się każdej wersji która stanowiła jakieś wyjaśnienie tej sytuacji.
Rozległo się pukanie do drzwi i te otworzyły się moment później. Dwóch służących wprowadziło do jego gabinetu generała Manusa, który wszedł do środka. Towarzyszący mu mężczyźni odeszli, zamykając za sobą drzwi. Amir odwrócił się w jego stronę. Znał tego człowieka bardzo dobrze. Szkolił się pod okiem jego i jego najlepszych dowódców. Był jeszcze dzieckiem, gdy Manus został mianowany głównodowodzącym wojsk. Odbywała się wtedy wielka uroczystość na głównym placu. Amir stał u boku wuja, obserwując ją z podziwem i marząc o tym, by znaleźć się kiedyś na miejscu mężczyzny. Generał miał prawie sześćdziesiąt lat, ale choć wiek zdradzać mogły zupełnie siwe włosy, nie dało się tego poznać ani po jego wyprostowanej posturze, ani po pewnym, śmiałym kroku, ani po zawsze poważnej, pełnej skupienia twarzy. Ciało miał wyćwiczone i mocne, naznaczone śladami stoczonych walk i choć wielu znacznie młodszych i pełniejszych wigoru wzorowało się na nim, niewielu było takich, którzy mogliby stanąć z nim w szranki i zwyciężyć.
-Generale…- przywitał się z nim Amir, skinąwszy mężczyźnie głową.
-Wasza wysokość- odparł głównodowodzący, witając władcę w ten sam sposób.- Pozwolisz…?
-Mów proszę.
-Dostałem twoją informację. Nie mogłem przybyć wcześniej, ze względu na okoliczności, zapewne rozumiesz, panie. Chciałbym jednak wiedzieć, z czym przyszło się mierzyć mnie i moim żołnierzom.
Mówił szybko, stosunkowo chłodno, trochę formalnie, zupełnie tak, jak zwykle zwracał się do ludzi. I zupełnie tak, jakby ostatnie, specyficzne zdarzenia, nie zrobiły na nim tak wielkiego wrażenia jak na większości ludności. Nawet, jeśli były to tylko pozory, Amir był pełen podziwu dla spokoju, jaki potrafił zachować generał.
-Nie wyjaśniono ci tego…?- zapytał ze zdziwieniem Amir, marszcząc brwi.
-Został mi przedstawiony obiekt- odpowiedział sucho głównodowodzący.- Wybacz, wasza wysokość, ale kiedy słyszę, że za trzy dni przyjdzie mi się mierzyć z wrogiem, czuję wściekłość na nasze służby, szpiegów i dyplomatów za ich nieporadne, by nie nazwać tego gorszym słowem, działania. Kiedy słyszę, że będzie to oddział ledwie pięćdziesięcioosobowy, odczuwam niedowierzanie i lekką konsternację. A gdy dodatkowo informuje się mnie o tym, iż ten oddział jest nieśmiertelny, mam wrażenie, że ktoś pokpiwa sobie ze mnie i dworuje. Gdyby nie te wszystkie okoliczności i zdarzenia oraz fakt, iż to ty zasiadasz na tronie, prawdopodobnie sądziłbym tak dalej.
Amir skinął głową.
-Rozumiem twoje odczucia…
-Wolałbym, wasza wysokość, abyś pomógł mnie zrozumieć jedną kwestię…- odparł generał, nie spuszczając z władcy uważnego wzroku.- Jak można pokonać demona?
-Nie wiem- odpowiedział szczerze mężczyzna.- Nie sądzę, aby było to możliwe. Ale my nie mierzymy się bezpośrednio z demonem, lecz tym, który z nim współpracował, Fortisem.
-Który jednak posiada demoniczną moc, o ile dobrze zrozumiałem tę, przyznaję, dość zagmatwaną i mało wiarygodną historię?
-W rzeczy samej- potwierdził jego słowa Amir, skinąwszy głową.
-Jak więc można zwyciężyć taką moc…?- zapytał Manus.
-Odpowiedziałem ci już na to pytanie, generale- odparł mężczyzna.
-Oczekujesz więc, że wyślę swych ludzi na pewną śmierć…?- rzucił głównodowodzący głosem wciąż spokojnym, choć nasączonym nutą surowości.
-Nie możemy zabić wojowników Fortisa, ale być może istnieje sposób, by jakoś powstrzymać ich natarcie. Tak długo, jak długo będzie to możliwe- odpowiedział Amir, który od wczorajszego wieczora zastanawiał się nad tym długo. Jeśli on miał w tym czasie pojedynkować się z Fortisem i jeśli miał jakiekolwiek szanse aby go pokonać, nie mógł dopuścić, by jego armia plądrowała w tym czasie miasto i mordowała poddanych. Trzeba było jak najdłużej trzymać ją poza granicami miasta.
-Powstrzymać? W jakim celu?- dopytywał Manus, marszcząc brwi.- To, o czym mi mówiono, brzmiało jak coś absolutnie niemożliwego do opanowania, jak coś nieuniknionego… Właściwie, brzmiało jak zapowiedź końca świata.
-Zwycięstwo Fortisa będzie końcem świata- powiedział Amir z pełnym przekonaniem.- Tego świata, który wszyscy znamy. Jego armia musi zostać powstrzymana. Ja będę w tym czasie w zupełnie innym miejscu.- generał spojrzał na niego bez zrozumienia.- Wiesz dobrze, że nie wahałbym się walczyć u boku twoich żołnierzy, gdybym nie miał do wykonania innego zadania. Mógłbym ci wiele wyjaśnić, ale nie wiem, czy każde kolejne moje słowo sprawiałoby, że więcej byś rozumiał, czy wprost przeciwnie, coraz bardziej podejrzewałbyś mnie o szaleństwo. Zadaniem naszej armii będzie zatrzymanie oddziału Fortisa tak długo, jak to tylko możliwe.
-Nawet nie wiemy, gdzie zaatakuje. Gdzie mam rozstawić swoje oddziały?
-To akurat wiemy. Portal znajduje się w lesie, podejrzewam więc, że stamtąd wyjdzie jego armia. Potomkowie wilków będą pierwszymi, którzy się z nią zmierzą, ale…
-… ale masz dość oczywiste podstawy, by przypuszczać, że nie oprą się długo natarciu- dopowiedział Manus, skinąwszy ze zrozumieniem głową.
-Tak- potwierdził cicho Amir.- Ale nie będą walczyć sami. Nie mamy wiele czasu, ale do wieczora chcę znać twoją strategię, generale. Część naszych oddziałów z pewnością do nich dołączy.
Manus przez długą chwilę milczał, zastanawiając się najwyraźniej nad usłyszanymi chwilę wcześniej słowami. Wreszcie zaczął powoli:
-Przeciwko czemu właściwie walczymy…? Jaki jest cel tej wojny, poza obroną…? Jak cel ma ten, który nas atakuje? Żołnierz nie powinien pytać i wcale nie musi znać odpowiedzi, ale ja chciałbym wiedzieć. Nie chodzi przecież o zdobycie ziem czy majątek, więc o co?
-O pewną ideę.
-Ideę?- zdumiał się Manus.
Amir skinął głową.
-Najbardziej szaloną i naiwną, jaka kiedykolwiek istniała…- szepnął.
Miał czas, by rozważyć tą kwestię. Zastanowić się nad tym wszystkim, co czynił Fortis, jeszcze pod postacią przywódcy plemienia potomków wilków. Nie dążył przecież wtedy do wojny. Może właśnie dlatego, że tym razem nie obrał sobie za celu ludzi. Właściwie, choć w obliczu tego wszystkiego, co wydarzyło się później, brzmiało to zupełnie niewiarygodnie, jego działania zmieniły mentalność potomków wilków i zmniejszyły ich wrogość względem ludzi. Przyniosły coś dobrego i z pewnością czynione były z taką intencją. Paradoksalnie, Fortis realizował powoli cel, jaki przyświecał mu przez cały ten czas. Miał wpływ na tych, którzy darzyli go szacunkiem, wpływ na ich ocenę świata, ich zachowanie, na podejmowane przez nich wybory… Ale ta powolna zmiana mu nie wystarczyła. Chciał czegoś innego. Krwawej rewolucji, która miała przekształcić istniejące społeczeństwo i zaprowadzić „porządek”. I w tej idei nie tkwiło nic, poza szaleństwem i naiwnością właśnie.
-Wiemy, co zamierza…?- zapytał generał.
-Zamierza pokonać swoich przeciwników nim nadejdzie zmierzch- odparł Amir.- Jego armia zamorduje każdego, ktokolwiek stanie na jej drodze. Jeśli dobrze zrozumiałem jego słowa, nie zaatakuje tych, którzy uznają jego zwycięstwo i odstąpią od walki.
-Słyszałem, wasza wysokość, że kazałeś przygotować schrony, aby umieścić tam ludność…- odparł Manus, patrząc na władcę z uwagą.
Amir skinął głową.
-Nie mam najmniejszych podstaw by wierzyć w jego słowa. Zamierzam przygotować do tego miasto tak, jak do każdej innej wojny.
-Oczekujesz, że obywatele włączą się do walki…?- dopytał głównodowodzący.- Mam oddziały profesjonalnej armii… Mam też rekrutów… Oprócz tego wielu zgłasza się do wojska od rana, licząc, iż w ten sposób będą mieć większe szanse na obronę… Lud spodziewa się wojny totalnej, choć nie wie, skąd oczekiwać ataku, a jakby tego było mało, uważa, że ostatnie wydarzenia są znakiem, iż bogowie nam nie sprzyjają. Sądzisz, że powinienem powiedzieć tym, którzy będą stali u mojego boku, z czym dokładnie przyszło im się mierzyć…?
-To twoi wojownicy, generale- odpowiedział Amir.
-Ale twoje wojsko, wasza wysokość.
-Znasz tych ludzi znacznie lepiej ode mnie, sam wiesz jak należy postąpić. Powiedz im tyle, ile muszą wiedzieć, by stawić temu czoła i być w stanie walczyć.
Manus zbliżył się do niego o kilka kroków.
-Amirze…- zwrócił się do niego cicho. Dopiero teraz, w jego głosie dało wyczuć się nutę niepokoju.- Znam cię od lat i nie podejrzewałbym cię nigdy o narażanie królestwa na szkodę, dlatego muszę mieć pewność… Czy naprawdę wierzysz, że z tym właśnie mamy do czynienia…? Musisz zdawać sobie sprawę z tego, że brzmi to zupełnie nieprawdopodobnie… Ostatnie dni wszystkich nas napawają grozą i niepewnością, a tego rodzaju tłumaczenia tych wszystkich zjawisk nie ułatwiają zrozumienia… Jesteś królem i mam w obowiązku spełnić twój rozkaz bez względu na wszystkie okoliczności, ale muszę wiedzieć, czy masz pełne przekonanie, że to, czego się spodziewasz, rzeczywiście nastąpi.
Amir skinął głową.
-Tak. Jestem tego całkowicie pewien.
To wystarczało generałowi w zupełności.
Pożegnał się krótko z Manusem i razem z nim opuścił pomieszczenie. Rozdzielili się przy schodach. Władca skierował swojej kroki do mniejszej sali narad. Wszedł do środka. Wewnątrz czekali już na niego członkowie rady, w wyjątkowo nielicznym składzie. Oprócz Fryderyka i Golvana, stawiło się jedynie czterech arystokratów. Amir stanął na środku, wodząc wzrokiem po twarzach obecnych. Fryderyk wyglądał na znacznie mniej pewnego siebie niż zwykle, Golvan tak, jakby nie bardzo wiedział, co się wokół niego dzieje, pozostali mężczyźni sprawiali wrażenie pełnych obaw czy niepokoju, choć jeden z nich zdawał się być całą sytuacją niemal poirytowany i cały czas mamrotał pod nosem gniewne uwagi.
-Witajcie…- odezwał się Amir.- Chyba wszyscy zdajecie sobie sprawę z tego, że to nie jest najlepszy czas na dyskusje…? Choć domyślam się, że nie z tego względu jest was dziś tutaj tak wielu…- zakpił.
Fryderyk odkaszlnął kilkukrotnie.
-Wielce ubolewamy nad stratą członka rady i naszego drogiego przyjaciela, który zginął minionej nocy…- odezwał się w końcu.- Ale… Cóż, przykro mi to stwierdzić, szanowny Amirze, ale spora część rady szczerze się przeraziła słysząc te wieści, które im przekazaliśmy… Opuścili ziemie, w popłochu udali się do innych królestw. Mam nadzieję, że są świadomi tego, iż ktokolwiek opuszcza królestwo w stanie wojny, z tchórzostwa czy jakichkolwiek innych pobudek, traci cały pozostawiony tu majątek…- dodał i już ta wypowiedź nie pozostawiła cienia wątpliwości co do jego własnego „heroizmu”.
Pozostali arystokraci natychmiast pokiwali głowami, gorliwie potwierdzając słowa przewodniczącego.
-To nie jest odpowiedni czas na realizowanie swoich interesów…- mruknął niechętnie Amir.- Czy lud również ucieka?
-Lud wie niewiele- odpowiedział piskliwie Fryderyk.- Jest przerażony, bo zbliża się wojna, ale nie ma pojęcia kto jest przeciwnikiem i z której strony spodziewać się ataku… Nie wie więc, dokąd umknąć. Paru bardziej zorientowanych i bogatych mieszczan wyniosło się śladem naszych dawnych druhów, ale pozostała ludność nie ma czasu ani możliwości, by dokonać tego samego.
-Po co ta narada…?- zapytał szorstko Amir.- Doskonale wiecie, co się dzieje. Powinniście też wiedzieć, że nie mamy wiele czasu.
-Spokojnie, szanowny Amirze!- odparł natychmiast przewodniczący.- Dyskusja jest zbawienna, dyskusja może nam pomóc… A my… Cóż, nie ukrywam, że chcielibyśmy zadać ci parę pytań…
Amir również nie ukrywał, że tego się właśnie domyślał.
-Pytajcie więc.
-Powiedz nam coś więcej o tym, z którym się mierzymy…- odezwał się ten z arystokratów, który sprawiał wrażenie rozdrażnionego.
Amir odetchnął głęboko.
-To Fortis. On…
-Ten z legendy…?- przerwał mu jegomość.
Władca spojrzał na niego z irytacją.
-Tak- potwierdził chłodno.- Dokładnie ten sam. Już mówiłem.
-Zechciej nam jednak przypomnieć, szanowny Amirze…- wtrącił się Fryderyk.- Jak to się stało, że powrócił…?
-Nie sądzę, aby ta wiedza mogła wam w czymkolwiek pomóc, ale jeśli rzeczywiście chcecie wiedzieć… Nie powrócił. Był tu przez cały czas, tylko pod innymi postaciami. Ostatnim razem przejął ciało Canisa.
-Kogo…?- burknął tamten arystokrata.
-Przywódca potomków wilków- wyjaśnił szeptem Golvan.
-Ach, tak…
-Wiem, że wielu z was wciąż nie wierzy w moje słowa i jesteście tu tylko dlatego, że czujecie lęk i nie potraficie wytłumaczyć sobie tego wszystkiego w racjonalny sposób…- spojrzał na trzech spośród szlachciców, którzy nie potrafili opanować emocji i naprawdę sprawiali wrażenie, jakby byli na skraju wytrzymałości nerwowej.- Jestem jednak pewien tych słów i tego, co nas czeka.
-A więc znowu wojna…?- jęknął Golvan.
-Z tymi psami- dodał ponuro siedzący przy nim jegomość.
-Tymi, których, nie wypominając, broniłeś, wasza wysokość…- dodał pierwszy z mężczyzn.
-Potomkowie wilków nie mają z tym nic wspólnego- odparł stanowczo Amir.
-Nic!- prychnął tamten arystokrata.- Poza tym, że ich dawny przywódca zamierza stanąć na ich czele i wybić wszystkich ludzi!
Te słowa wzbudziły pełne napięcia i lęku komentarze.
-Tak się nie stanie!- przerwał je Amir, odpowiadając głośno na słowa mężczyzny.- Przed wiekami, Fortis wybrał nas na swojego głównego wroga…- wyjaśnił, siląc się na cierpliwość, której coraz bardziej mu brakowało.- Teraz jednak, sytuacja uległa zmianie. Potomkowie wilków są tak samo zagrożeni, jak i my. Będziemy walczyć wspólnie.
-Ta, ciekawe…
-Czy to już ustalone, panie?- wtrącił Golvan.
-Jestem pewien ich decyzji- odparł władca.
-Jednak, szanowny Amirze…- odezwał się Fryderyk, uciszając gestem dłoni rozmawiających za nim po cichu mężczyzn.- Chociażby zważywszy na ich powiązania, powinniśmy zachować pewnego rodzaju ostrożność, czyż nie…? Z twoich słów wszak wynika, że to nikt inny, jak sam Fortis przewodził im w ostatnim czasie… Słuchali go… Jak więc rozumieć słowa twego wuja, który twierdził, że Canis leczy swych braci z nienawiści do nas i dąży do pojednania…? Jak rozumieć ich gest podczas koronacji…? Wybacz Amirze, ale wszystko zaczyna nabierać zgoła odmiennego sensu…
-Dążysz do jakichś konkretnych wniosków, Fryderyku?- wycedził przez zęby Amir.
-Ależ skąd, szanowny Amirze, ja tylko…
-Więc przestań bredzić!- warknął niepohamowanie mężczyzna.
-Szanowny Amirze!- przewodniczący obruszył się wyraźnie.- Twierdzę jedynie, że nie należy traktować ich jako sojuszników, a przynajmniej nie darzyć ich pełnią zaufania…
-A ja twierdzę, że wojna z kimś, kto dysponuje tak potężną mocą, nie jest odpowiednim momentem do szukania sobie wrogów… Widać okoliczności dobrze na ciebie działają, Fryderyku, bo jeszcze wczorajszego dnia, gdy niebo było bardziej niespokojne, nie odstępowałeś mnie na krok i wyczekiwałeś każdego kolejnego słowa czy polecenia…- zakpił władca.
-Cóż to właściwie za potężna moc?- wtrącił tamten jegomość.
Amir spojrzał w jego kierunku.
-Wszyscy mogliście już ją odczuć i zobaczyć jej skutki- odparł.- Wystarczy wspomnieć ubiegłą noc i tamtą katastrofę.
Arystokrata parsknął śmiechem.
-I ten czub wysyła na nas pięćdziesiąt psów…?- prychnął z niedowierzaniem i pogardą.- Przecież może nas zdmuchnąć z powierzchni ziemi! Po co to robi?!
-Bo chce swojej świętej wojny.
-Idźmy na ugodę!- zawołał Golvan.
Amir skierował na niego absolutnie zdumione spojrzenie.
-Że co…?
-Zaproponujmy mu coś… Ziemie… Złoto… Daniny…- mówił takim tonem, jak gdyby wpadła mu właśnie do głowy jakaś wielce odkrywcza, przełomowa i rozwiązująca wszelkie problemy, idea.
-Słyszałeś w ogóle o czym mówiłem…?- mruknął Amir, coraz bardziej poirytowany.
-Zapytajmy go, czego chce!
-Wiemy, czego chce!- warknął Amir.
-Ja nie wiem!- wtrącił sąsiad Golvana.
-Chce rządzić zastępem prawych i szlachetnych istot…- odparł Amir, wzdychając cicho.- Ludzi czy potomków wilków, nie czyni mu to różnicy…
-Spróbujmy go więc przekonać do naszych racji!- rzucił znów Golvan, nie dając za wygraną.
-To nie negocjacje!- skarcił go gniewnie Amir.- Wypowiedziano nam wojnę! Fortis nie jest kimś racjonalnym. Jest kimś racjonalizującym swoją szaloną ideę. Z tym się właśnie mierzymy. Z czystym szaleństwem.
Na sali zapadło milczenie i trwało przez kilka minut, nim wreszcie Golvan odezwał się po raz kolejny, ze swym ostatnim przemyśleniem:
-Więc po cóż w ogóle walczyć…?
-Otóż to!- zawołał nagle jeden z tych arystokratów, którzy wcześniej byli spłoszeni i cisi.- Poddajmy się i prośmy o łaskawe traktowanie! Przykro mi, królu, ale jakie mamy szanse, by wygrać z kimś takim…?
-Marne…- odparł szorstko Amir, kierując na niego ostre spojrzenie.- Ale walka to jedyny sprzeciw, na jaki w tych okolicznościach możemy sobie pozwolić. Chyba, że macie inne plany. W takim razie, proszę bardzo!- zakpił.- Poddajcie się i starajcie z nim ugodzić, pozwólcie mu zaprowadzić „porządek” w naszej ojczyźnie bez słowa protestu, tyle że… Może źle was oceniam, ale zdaję się, że żaden z was nie cechuje się szczególną szlachetnością… Zapewniam, że nie chodzi o urodzenie… czy mężnością, więc naprawdę wątpię, byście podczas jego rządów, pożyli długo… Więc jak?
Wymowne milczenie członków rady było dla Amira znakiem, że jego ostatni argument do nich trafił. A ponadto zakończył tę i tak nazbyt jałową i długą dyskusję. Mężczyzna nie marnował więcej czasu. Ogłosił swoje postanowienia i oddelegował doradców, przypisując im konkretne zadania. Sam wraz z Fryderykiem udał się do miasta, w celu obejrzenia schronów i omówienia strategii w tym aspekcie. Niestety, wejście do największego z nich, znajdowało się w tej części królestwa, które dotknięte zostało przez poprzednie działania demona. Było więc, zawalone. Pierwszy z tuneli, mogący pomieścić około pięćset osób, znajdował się po drugiej stronie zamku, kilkadziesiąt metrów od niego. Dwa pozostałe, były znacznie mniejsze, na około dwieście osób. Amir kazał zatrzymać karocę przy tym zlokalizowanym w pobliżu lasu. Wiedział już dokładnie, co ma czynić. Nakazał dwóm z grupy strażników, którzy im towarzyszyli, pojechać do potomków wilków. Po chwili wrócił do stojącego kawałek dalej Fryderyka. Widział, jak ludzie mieszkający w pobliskich domach, wychodzą z nich i patrzą w jego stronę z niepewnością i przestrachem. Widział w ich oczach dokładnie to, co sam czuł. Panikę. Bezradność. Nadzieję. Starał się trzymać nerwy na wodzy i nie pozwolić, by choćby jedna jego myśl powędrowała do dnia, w którym miał zmierzyć się z Fortisem. Ilekroć bowiem sobie to wyobrażał, coś ściskało go boleśnie za serce i napawało potwornym przerażeniem. Nie przerażało go samo starcie, ale… Jego wynik. Śmierć. Nie chciał myśleć o swojej śmierci, choć czuł, że jest tak blisko, jak jeszcze nigdy wcześniej, że już nie będzie w stanie od niej umknąć.
-Odblokowanie wejścia do największego nie jest niemożliwe, ale zajmie dużo czasu, no i potrzeba ludzi…- mówił Fryderyk, patrząc na władcę z uwagą.
-Nie mamy ani jednego, ani drugiego- odparł cicho Amir, wyrywając się z zamyślenia.
-Rozsądziłeś już…?
Władca spojrzał na przewodniczącego rady z uwagą. Zastanawiał się jeszcze przez chwilę, po czym skinął głową.
-Tak- powiedział, odzyskując pewność w głosie.- Mój bratanek trafi do schronu najbliżej królestwa. Wraz z tą młodą dziewczyną, która się nim opiekuje. Tam też będzie dwadzieścia pięć miejsc dla członków waszych rodzin.
-Dwa…- Fryderyk niemalże się zapowietrzył. Spojrzał na władcę z niedowierzaniem.- Szanowny Amirze!- rzucił, oburzony.- To stanowczo za mało!
-Wystarczająco- uciął mężczyzna.- Niewielu was zostało.
-Ale mamy liczne rodziny!
-Do schronów wprowadzani będą jedynie ci, którzy są słabi lub niezdolni do walki. Dzieci, kobiety, starcy i kaleki…
-Ale ja mam również syna w kwiecie wieku!- wykrzyknął Fryderyk i chyba po raz pierwszy Amir słyszał w jego głosie coś podobnego – szczerą troskę.- Szanowny Amirze, przecież oddałem ci do dyspozycji swoją armię…
-Wprowadź do schronu kogo zechcesz- odparł cicho władca, doskonale rozumiejąc jego emocje. Nie mógł jednak postąpić inaczej.- Ale będziesz musiał podzielić się  miejscami z pozostałymi członkami rady…
-A my sami?!- zapytał Fryderyk, z chwili na chwilę coraz bardziej przerażony.- A co z nami, panie…?
-Co masz na myśli…?- nie rozumiał Amir.
-Czy my, twoi doradcy, nie zasługujemy na schronienie…?
Władca uśmiechnął się z nutką gorzkiego rozbawienia.
-Nie, Fryderyku- odpowiedział po chwili.- Ty będziesz walczył. Jak na mężczyznę przystało.
-A… Ale… Ale… Sza… Panie…- przewodniczący rady błąkał się wyraźnie, nie wiedząc już, co mówi.- Przecież jeśli coś ci się stanie… Jeśli coś ci się stanie, ktoś musi zająć się królestwem! Ktoś kompetentny… Ktoś, kto zna się na rzeczy, musi przeżyć…
-Jeśli ja zginę, ty również nie pozostaniesz przy życiu długo. Wydaje mi się, że już wyjaśniliśmy tę kwestię.
-Tak, ale… Ja… Ja nie umiem… Przecież oni mnie stratują!
-Więc czekaj w swojej posiadłości- odpowiedział Amir, choć miał świadomość tego, że wiele z terenów, którymi władał Fryderyk, znajdowało się właśnie w pobliżu lasu.- Albo sam ukryj się w schronie, o ile nie będzie ci wstyd siedzieć pomiędzy kobietami… I o ile będziesz w stanie odebrać miejsce komuś ze swojej rodziny…- przewodniczący pobladł wyraźnie. Przełknął ślinę. Poruszył nerwowo krótkimi nogami, zupełnie rozbity i wytrącony z równowagi. Zdawało się, że miał absolutną pewność, iż Amir zagwarantuje jemu i całej jego rodzinie schronienie.- Przykro mi, Fryderyku. Muszę podzielić dostępne miejsca najbardziej sprawiedliwie, jak to tylko możliwe, choć bardzo wątpię, by w przypadku porażki, było coś jeszcze do uratowania…- westchnął cicho, kierując wzrok ku patrzącym w jego stronę, stojącym w oddali wieśniakom.- Dwadzieścia pięć miejsc przypadnie rodzinom dowódców i generała. Wypełnicie schrony prowiantem. Tyle, by starczyło go na kilka dni, nie sądzę, by Fortis pomylił się w swojej ocenie… Wyznaczę urzędników. Ci będą odczytywać rodziny ze spisu. Przy pierwszym schronie od przodu, przy drugim od środka, tutaj, od końca… Każda rodzina wybierze jednego z jej członków. Jeśli będzie to niemowlę lub małe dziecko, może z nim wejść również jego matka lub ktokolwiek inny, wskazany przez rodzinę. Łącznie będzie to osiemset miejsc dla obywateli.
-Tak… Tak, tak…- wymamrotał jedynie Fryderyk, wciąż mocno zdezorientowany. Dopiero po chwili zreflektował się i spojrzał na Amira ze zdumieniem.- Osiemset…? Coś jest nie tak, wydaje mi się, że…
W tym momencie, wysłani przez Amira do lasu gońcy powrócili. Obaj, wraz z pasażerami. Zatrzymali konie nieopodal. Nadim zeskoczył z jednego z nich. Podszedł do Elnira, który przyjechał z drugim strażnikiem. Ten już pomagał mu stanąć na nogi. Potomek wilków nie sprawiał wrażenia zadowolonego z tego faktu. Wreszcie wyprostował się, podparł na swym kiju i dumnym, choć kulawym krokiem, ruszył w stronę Amira. Wzrok władcy machinalnie powędrował w stronę kochanka. Na wargach Nadima wymalował się łagodny, ledwie zauważalny uśmiech. Amir odpowiedział mu tym samym. Tyle im teraz pozostało. Te uśmiechy i płochliwe spojrzenia, za którymi skrywały się wszystkie obawy i świadomość zbliżającej się katastrofy.
-Czego chcesz, człowieku?- zapytał Elnir, swoim zwyczajowo przyjaznym tonem.- Może nie zdajesz sobie sprawy, ale mamy ręce pełne roboty i raczej nie próżnujemy, w przeciwieństwie do niektórych, nie mamy się kim wyręczać, więc…
-Przygotuj do jutra pięćdziesiąt swych braci lub sióstr- przerwał mu Amir. Elnir wbił w niego podejrzliwe spojrzenie.- Dzieci, kobiety i tych, którzy są zbyt ranni, by walczyć… Sprowadź ich tutaj. Zostaną w schronie.
-Co takiego…?- Elnir zdumiał się wyraźnie.
-Dziękujemy…- odparł natychmiast Nadim.- To naprawdę…
-Zaraz, zaraz, szanowny Amirze!- wykrzyknął głośno Fryderyk. Władca spojrzał w jego stronę. Przewodniczący rady podszedł do niego blisko.- Ja rozumiem, że to nasi sojusznicy, ale… Nie pomieścimy tu całej naszej ludności, a co dopiero ich… Pięćdziesiąt miejsc…?
-To niewiele w porównaniu z tym, co przypadnie mieszkańcom miasta- odparł jedynie Amir.- Starałem się rozdzielić miejsca według pewnych proporcji…
-Można by tak mówić w każdej innej sytuacji, ale teraz…? Każde jedno miejsce to potencjalnie jedno ocalone życie twojego obywatela! Nie zapomniałeś, komu przysięgałeś służyć…?
-Podjąłem decyzję, Fryderyku- stwierdził władca z chłodem i stanowczością, widząc, że Elnir zaczyna się coraz bardziej denerwować tą wymianą zdań.
-Miałeś chronić mieszkańców tych ziem!
-To właśnie czynię.
-Cóż, szanowny Amirze… Oni są tutaj raczej ledwie niechcianymi gośćmi, którzy w dodatku…
-Co takiego?!- warknął gniewnie Elnir, nie wytrzymując i podchodząc bliżej Fryderyka, który pisnął cicho, chowając się za władcą.
Amir odsunął się jednak, starając jednocześnie opanować sytuację, wyjaśniając znowu, że to jego decyzja, ale chyba zupełnie nikt go nie słuchał.
-My tu jesteśmy niechcianymi gośćmi?! Byliśmy tu znacznie przed wami! To wy okupujecie nasze ziemie od wieków!
-Cóż, szanowny panie…- odkaszlnął Fryderyk, wyraźnie odczuwając dyskomfort z powodu tak bliskiego kontaktu z przedstawicielem rasy potomków wilków i to nie nastawionym względem niego zbyt pozytywnie.- Zdobyliśmy te ziemie… Nie udało się wam ich obronić… Minęło już tyle czasu, a my zajmujemy większość kontynentu… Właściwie cały kontynent, nie licząc waszej garstki, więc…
-Została nas garstka na skutek waszych działań! Mordowaliście nas przez stulecia i najwyraźniej jesteście z tego powodu dumni! Ale nazywajcie sprawy po imieniu! Nie jesteście zdobywcami, a mordercami właśnie!
-Wy również nie macie najczystszego sumienia…
-Obrona przed zbrodnią to nie zbrodnia!
-A przyzwanie demona, szanowny panie…?
-Tego, w którego nie wierzyłeś…? Oczywiście wy, wielcy ludzie, panowie świata! Nie widzicie niczego, nawet jeśli podsunie wam się to prosto pod nos!
-Tak czy inaczej, czyż nie jest to zbrodnia…?
-Na pewno nie przeciwko wam! To nasza rasa najwięcej wycierpiała podczas rządów Fortisa! A wy przybyliście na moment i wykonaliście najmniej wymagające wysiłku zadanie, tylko po to, by następnie pysznić się tym przez wieki i traktować jako triumf na „psach”!
-Czy ten, który nam teraz zagraża, nie był waszym przywódcą…?
-Co to niby ma znaczyć?!
-Nic, szanowny panie, dziwi mnie jedynie, jak mogliście nie rozpoznać wroga we własnych szeregach…
-Masz szczęście, że nie jesteś większy od niektórych z naszych dzieci, bo już byś oberwał!
-DOŚĆ!- wrzasnął Amir, mając już dość tego zgiełku. Fryderyk i Elnir spojrzeli na niego w dokładnie tej samej chwili.- Ja jestem królem- warknął, patrząc na niższego mężczyznę.- Powinieneś o tym pamiętać. Ja podejmuję decyzje. I już zdecydowałem. Mają takie samo prawo by tu być, jak pozostali mieszkańcy. Ich życia są równie wiele warte. Zjednoczyliśmy się przed wiekami w walce z demonem, zrobimy to i teraz albo przegramy, nie chcę słuchać więcej żadnych pretensji… Wybierz kobiety i dzieci i przyprowadź je tu jutro- zwrócił się do Elnira.
-Zbytek łaski!- prychnął donośnie potomek wilków.- Nasze kobiety i dzieci mogą walczyć, w przeciwieństwie do większości waszych mężczyzn…- zakpił, uśmiechając się złośliwie i patrząc znacząco w kierunku Fryderyka.- Nie potrzebujemy cholernej pomocy…
Amir podszedł do niego.
-Przestań myśleć w taki sposób, to naprawdę nie jest najlepszy moment na obrażanie się i ograniczenia… Nie robię ci łaski, a daję szansę przeżycia przynajmniej części z twoich współbraci. Szansę, jakiej wielu z nich nie będzie miało, bo to wy spotkacie się z oddziałem Fortisa jako pierwsi… Nie zostawię was bez wsparcia, ale wiesz tak samo dobrze jak i ja, że wielu z was może tego nie przetrwać…
Jego słowa najwyraźniej dotarły do Elnira. Potomek wilków skinął głową.
-Masz rację, człowieku…- zreflektował się po chwili. Nadim szturchnął go w bok.- Dziękuję…- wymamrotał Elnir, choć zdawało się, że słowo to ledwie przeszło mu przez usta.
-Zbytek łaski- odparł uszczypliwie Amir.
Elnir parsknął cicho.
Amir nakazał strażnikom odwieźć ich z powrotem w stronę lasu. Elnir z niemałym trudem, władował się z powrotem na grzbiet jednego ze zwierząt. Amir zatrzymał się przy nim, jeszcze raz instruując go i mówiąc, co dokładnie ma uczynić, kiedy i gdzie mają stawić się potomkowie wilków. Poczuł dłoń na swoim ramieniu. Odwrócił się w stronę stojącego obok Nadima.
-Kiedy przyjedziesz…?- szepnął potomek wilków, patrząc na niego z uwagą.
-Jutro. Z samego rana- odpowiedział cicho.
Dłoń Nadima zsunęła się na jego przedramię, a następnie jeszcze niżej, by wreszcie zacisnąć się na jego dłoni. Amir doskonale znał towarzyszące mu emocje. Wyczuwał jego tęsknotę i zdenerwowanie. Chciałby być przy nim już teraz, ale było jeszcze tyle do zrobienia… Potomek wilków odsunął się od niego i wsiadł na konia. Władca uśmiechnął się do niego na pożegnanie. Kochanek odpowiedział mu tym samym, a moment później odjechali.

Amir nadzorował wszystkie przygotowania, rozdzielał zadania, wysyłał gońców w różne części miasta, starając się na bieżąco uzyskiwać wieści od urzędników, arystokratów, służących i dowódców, a także udzielać im niezbędnych informacji i rozstrzygać sporne kwestie. W międzyczasie, konsultował się w sprawie strategii, obecnych działań, ustalał z jakich magazynów przenosić zapasy, jaką dokładnie liczbę żywności lokować w schronach, musiał ustalić, co z resztą ludności, z tymi, którzy są niezdolni do walki, ale nie dostaną schronienia, utworzyć w pobliżu miejsca spodziewanego ataku kilka punktów, w których mieli znajdować się medycy i gdzie mieli trafiać ranni. Musiał wszystko kontrolować, wszystko spamiętać, nad wszystkim panować, a zwłaszcza, nad samym sobą. Momentami zmęczenie brało w nim górę i na chwilę, ledwie kilka sekund, przystawał, zdezorientowany i ledwie przytomny, ale zaraz wracał do siebie i kontynuował. Działał tak, jakby rzeczywiście przyszło im się mierzyć ze zwykłym przeciwnikiem, którego mieli szansę i możliwości pokonać. Nie miał czasu na zastanawianie się, nie dawał sobie na nie czasu. Świadomość bezsilności i zbliżającej się coraz bardziej klęski, nie mogła przynieść niczego dobrego. Jedynie zniechęciłaby go i pozostawiła zupełnie bezradnym. Nie chciał być bezradny. Nawet, jeśli jego działania były abstrakcyjne, groteskowe, nawet, jeśli nie zmierzały do niczego, jak jedynie do tej potężnej, nieuniknionej katastrofy, nie zamierzał czuć się przegranym, nawet przez sekundę. Obywatele zostali poinformowani o wprowadzonym co do miejsc w schronach podziale i o tym, gdzie mają się stawić poszczególne rodziny. Władca wiedział, że prócz tego, do ludności zaczęły coraz liczniej przedostawać się różnego rodzaju plotki i pogłoski, niektóre mniej, inne bardziej zbliżone do prawdy. Pod wieczór, grupa najbliżej zamieszkałych mieszczan, zebrała się pod bramami zamku. Amir został o tym poinformowany. Wystarczyło mu jedynie zobaczyć tych ludzi, by zdać sobie sprawę z tego, że nie był to żaden zalążek buntu czy oporu, a te osoby pod pałac przygnał strach i niepewność co do własnych losów. Inni ludzie postępowali podobnie. Gromadzili się licznie w świątyniach albo przed nimi. Jedni się modlili, inni panikowali, jeszcze inni tą panikę podsycali. Gdy zapadł zmrok, żołnierze wyszli na ulice. W tym czasie to armia wzięła na siebie zachowanie porządku w królestwie. Dopiero wtedy ci, którzy przed bramą wołali wciąż króla, z nadzieją licząc na to, że ten do nich wyjdzie, spłoszyli się i odeszli.
Amir odbył ostatnią rozmowę z Manusem. Poczynili wspólnie wszelkie, najbardziej szczegółowe ustalenia. Generał opuścił zamek niedługo po północy.
Władca nie był w stanie zasnąć. Przez kilkadziesiąt minut błądził zamkowymi korytarzami, usiłując jak najdalej umknąć myślami od zbliżającego się starcia i oceny własnych szans. Wreszcie, zatrzymał się przy komnacie, w której znajdował się jego bratanek. Wszedł po cichu do środka. Pomieszczenie było puste. Już gdy przechodził tędy wcześniej zajrzał do wnętrza i zobaczył w nim tą młodą służkę, która spała na fotelu. Zbudził ją i nakazał wrócić do swoich komnat. Od ponownego pojawienia się Hatima, dziewczyna nie odpuszczała go na krok. Amir miał pewność, że przez ten niedługi czas, zajmie się nim najlepiej, jak to tylko możliwe.
Podszedł do kołyski. Oparł dłonie na jej brzegach, spoglądając na śpiące niemowlę. Stał przez chwilę w bezruchu, by wreszcie, motywowany jakimś nagłym przypływem emocji, wziąć dziecko na ręce i podnieść je. Maluch wybudził się ze snu. Zdezorientowany i nieco przerażony, zaczął płakać. Amir przytulił go do siebie, podchodząc do pobliskiego fotela i siadając na nim. Ułożył niemowlę na ręce, patrząc na nie z uwagą. Hatim kwilił jeszcze przez chwilę cicho, po czym, kołysany przez mężczyznę, uspokoił się zupełnie. Patrzył na Amira spod wpółprzymkniętych powiek. Mała dłoń wyciągnęła się w kierunku władcy i dotknęła końcówek jego włosów. Drobne palce poruszyły się tak, jakby chciały pochwycić jeden z kosmyków. Amir musnął wargami czoło bratanka. Nie potrafił nawet opisać radości i ulgi jaka wstąpiła w niego w momencie, gdy dowiedział się, że Hatimowi nic nie grozi, że jest cały i zdrowy. Spoglądał na malca z czułością. Wzbierało się w nim na raz tyle emocji i uczuć… Wiedział, że widzi go… że może go widzieć po raz ostatni. Bratanek był mu bardzo bliski. Amirowi zależało przede wszystkim na jego bezpieczeństwie. Nie wiedział czy w tych czasach i tych okolicznościach, ktokolwiek może rzeczywiście być bezpieczny, ale…
Poczuł łzy pod powiekami. Nawet nie wiedział w której chwili, kilka z nich spłynęło po jego policzku.
-Do licha…- odkaszlnął z trudem przez zaciśnięte gardło, nie odrywając wzroku od twarzy dziecka. Myśl, że mógłby nie zobaczyć już swojego bratanka, wzbudziła w nim bardzo duże emocje.- Cóż… Zapewne nie wiesz, co się teraz wokół ciebie dzieje…- zaczął, kierując swoje słowa do Hatima.- To znaczy… Na pewno nie wiesz… Ale przyszło ci się urodzić w bardzo dziwnych czasach i… Hm… Nie wiem jeszcze, jak to wszystko się potoczy. Jeśli źle to… Właściwie to i tak nie będziesz miał za kim tęsknić. Nawet nie będziesz mnie pamiętał, ale… Jestem pewien, że jakoś sobie poradzisz. Niezależnie od wszystkiego… Na pewno będziesz silny. Jak wszyscy w naszej rodzinie. I będziesz podejmował dobre decyzje… Jak twój ojciec…- mówił wciąż, nieco zduszonym głosem.- To chyba nasza rodzinna cecha… Na litość bogów, co ja bredzę…- wymamrotał pod nosem.
Mały Hatim wciąż patrzył na niego, wydając z siebie parę dźwięków, które brzmiały niczym: „ble, ble”.
Mężczyzna uśmiechnął się przez łzy.
-Tak…- stwierdził, zaciskając lekko palce na małej piąstce.- To zdecydowanie najlepsze określenie dla wszystkich tych bredni…
Zaczął głaskać delikatnie policzek malca patrząc, jak jego powieki stają się coraz bardziej ciężkie, aż wreszcie zamykają się zupełnie. Siedział z nim jeszcze przez chwilę, po czym wstał powoli i ostrożnie odłożył go z powrotem do kołyski.
Wrócił na swoje poprzednie miejsce. Usiadł na fotelu. Pochylił głowę, zasłaniając twarz dłońmi i przymknął powieki.
Jego koniec świata był coraz bliżej.

6 komentarzy:

  1. Okej, wyruszyłam się...

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział cudny, jak zawsze. Już nie mogę się doczekać jak potoczą się dalsze losy... Oby Amir wygrał to starcie z Fortisem! Mam przeczucie, że Nadim pójdzie razem z nim...

    Komentarz króciutki ale to tylko dlatego, że teraz idę spać. Wiedz, że Chaos jest wspaniały i z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy xP


    Pozdrawiam i życzę dużo weny!

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj, droga Silencio. Po raz kolejny przedstawiłaś nam jeden z ostatnich, jak mniemam, rozdziałów "Chaosu". Bardzo się cieszę, że w owym przerywniku utrzymałaś niepokój i emocje związane z czekającą Alitis wojną, jednocześnie pokazując, że nawet w tak rozedrganej zewsząd atmosferze nasz główny bohater potrafi zachować się jak na króla przystało. Wiem, że teraz bardzo nadużywam personifikacji, lecz jest mi niezmiernie miło, iż to właśnie z nim, jako postacią główną, przyszło mi się spotkać w twoim opowiadaniu. Od jakiegoś czasu właśnie on zdaje mi się jedną z najlepiej wykreowanych osobowości. Jest naturalny i realistyczny, choć możliwe, że tak bardzo go lubię ze względu na to, iż Amira jako człowieka polubiłabym.
    Dobrze, skończę pisać te idiotyzmy. "Chaos" nadal pozostaje jednym z moich ulubionych opowiadań. Życzę zatem weny, spokoju i stałego już dostępu do komputera.
    Miraculi

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy9:26 AM

    wspanialy rozdzial jak zwykle , nie moge sie doczekac nastepnego :D duzo weny zycze xd

    OdpowiedzUsuń
  5. Pod koniec się wzruszyłam.
    Widać, że ten rozdział to zapowiedź końca opowiadania, ale mam nadzieję, że nie końca ich świata. Fortis nie może wygrać. Tym rozdziałem utrzymałaś takie napięcie, że nie jestem niczego pewna i trudno stwierdzić jak się potoczą losy wszystkich, co zaplanowałaś dalej. Jak potoczą się losy Nadima i Amira. Może ranek będzie ich ostatnią chwilą razem, a może początkiem czegoś wielkiego i dobrego. Pozostaje czekać na następny rozdział. :D
    Masz talent do pisania, a ta opowieść jest kwintesencją tego i pokazuje, że zostałaś stworzona do pisania. :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy12:31 AM

    To był rozdział pełen emocji: od tych strasznych, pełnych napięcia ,strachu, bezsilności po te skrajnie inne - pełne czułości uśmiechy Amira i Nadima, wzruszenie przy małym Hatimie. Jak Ty to tak pięknie potrafisz opisać, że ja wszystko to odczuwam :) Amir jest świetnym królem, zwłaszcza na takie trudne czasy.
    Uwielbiam jak Amir i Elnir sobie dogryzają :D
    Uwielbiam Chaos!
    Alys

    OdpowiedzUsuń