Strony

piątek, 23 sierpnia 2013

Informacja

Na dole czeka na was przedostatni rozdział "Chaosu".
Za dwa tygodnie, gdy pojawi się ostatni odcinek, napiszę podziękowania i dłuższe ogłoszenie.

Za tydzień pojawi się "You Found Me", a przy kolejnej nie-chaosowej okazji, prawdopodobnie "Sunrise".

Pozdrawiam serdecznie.

Rozdział 50 [Chaos]

Było późne popołudnie. Błyskające się niebo o barwie fioletu wciąż zwracało uwagę i przyciągało spojrzenia, choć już nie tak pełne przerażenia i niepewności jak wcześniej. Zarówno oddział potomków wilków, jak i ludzi, od samego rana przygotowany był do ewentualnego starcia. Pierwsze minuty i godziny pełne były wyczekiwania, strachu i łatwo wyczuwalnego napięcia, ale im więcej czasu mijało, tym mniej zmobilizowani byli wszyscy wojownicy. Najpierw pojawiało się niezrozumienie, później zdumienie, następnie frustracja, aż wreszcie otwarte pytania o to, czy w ogóle przyjdzie im się z czymkolwiek mierzyć. Portal zniknął już kilka dni temu. Właściwie niedługo po tym, jak Amir i Nadim się z niego wydostali. Mieli jednak podstawy, by sądzić, że wkrótce pojawi się znowu. Grupka zwiadowców czekała w miejscu, w którym znajdował się wcześniej, ale póki co, nie było śladu. Ani po nim, ani po armii Fortisa, ani po nim samym. Nie działo się nic. Zupełnie nic.
Amir siedział na jednym z pni, tuż obok Nadima. Elnir kręcił się w kółko, wyraźnie zniecierpliwiony i poirytowany oczekiwaniem. Potomkowie wilków wrócili do szeregu po krótkiej przerwie, jaką dano wszystkim na posilenie się. Sprawiali wrażenie trochę zdezorientowanych i niepewnych, ale z pewnością przejawiali większą gotowość niż ludzie . Może dlatego, że wiedzieli, czy raczej wierzyli w to, z czym przyjdzie im się mierzyć. Tymczasem oddział królewski rozproszył się po całym obozowisku i pozwalał sobie na znacznie więcej niż ogoniaści wojownicy.
Władca przywołał do siebie dowódcę.
-Panie…?- mężczyzna zatrzymał się tuż przy nim, wpatrując w niego pytająco.
-Każ wszystkim wracać na pozycje- nakazał surowo Amir.- Nie mogą się zachowywać w ten sposób, w każdej chwili możemy spodziewać się ataku. Jeśli dostaniemy informację, że portal się pojawił, musimy być już gotowi, a nie dopiero zbierać się do kupy.
-Tak jest.
Dowódca odszedł i zadął w róg, przywołując wszystkich żołnierzy i rozkazując im ustawienie się w szeregu. Uczynili to, choć nadal widać było, że wielu z nich pozwoliło sobie na niestosowne do okoliczności rozluźnienie i brak skupienia. Sam dowódca wyglądał na znużonego tym wszystkim. Amir nie mógł się temu dziwić, choć on, zupełnie inaczej niż wszyscy, był z każdą minutą coraz bardziej zaniepokojony i skoncentrowany. Podejrzewał, że Fortis mógł chcieć wyprowadzić ich z równowagi czy zaskoczyć, chociaż z drugiej strony, nie widział w tym wielkiego sensu.
-Gdzie on jest, do diabła…?- burknął Elnir, pojawiając się przy swoim przyjacielu i jego kochanku.- Kpi sobie z nas?! Chce zakończyć wszystko do zmierzchu…? Chyba naprawdę ma o nas marne zdanie! Żeby się nie zdziwił! A może zwyczajnie stchórzył…?
-A ty byś stchórzył, mając nieśmiertelną armię i demoniczną moc?- zakpił Amir.
Elnir westchnął jedynie, mocno sfrustrowany całą sytuacją. Oczekiwanie było strasznie drażniące.
-A może się wycofał…?- zapytał cicho Nadim.
Amir spojrzał na potomka wilków z uwagą. Czuł, że Nadim wciąż żywi nadzieję, iż cały ten konflikt da się rozwiązać w zupełnie inny sposób. Była to jednak złudna nadzieja i Amir aż za dobrze zdawał sobie z tego sprawę.
-I gdzie niby teraz jest…?- rzucił bez zrozumienia.- Postanowił sprawić nam wszystkim przyjemność i po prostu zniknął z powierzchni ziemi…? Byłoby bardzo miło z jego strony, ale nic na to nie wskazuje…- mruknął, spoglądając w górę, na iskrzące się sklepienie.- Wszystko za to wskazuje na to, że to część jego planu. Nie dajmy się rozproszyć.
Powiedziawszy te słowa chciał podejść do dowódcy wojsk i poinstruować go jeszcze, ale to, co moment później usłyszał, omal nie zwaliło go z nóg. Rozległ się donośny, budzący grozę dźwięk, przywodzący na myśl potężnych huk, ryk tysiąca trąb, ogłuszający i wprawiający w przerażenie. Trwało to nie więcej niż kilka sekund, ale wzbudziło u wszystkich ogromne emocje. Zewsząd padały okrzyki zdziwienia i pełne lęku pytania, słychać było nawoływania do bóstw i urywane słowa wypowiadanych w pośpiechu modlitw. Amir stał w bezruchu mając wrażenie, że jego serce zamarło na tę krótką chwilę. Nadim zerwał się i spojrzał w niebo, jakby licząc, że coś na nim dostrzeże. Elnir w pośpiechu pobiegł do znajdującego się nieopodal konia, który szarpał się mocno i panicznie. Uspokoił zwierzę. To samo udało się dowódcy, który wsiadł na swojego wierzchowca i od razu spojrzał w stronę Amira, gotów zareagować na każde polecenie czy samemu wydać rozkaz ataku.
Na tym się jednak nie skończyło. Ledwie moment później, rozbrzmiał potężny głos:
-MAM NA IMIĘ FORTIS. MOJA ARMIA POJAWI SIĘ W KRÓLESTWIE NIE PO TO, BY WPROWADZIĆ CHAOS, A WPROST PRZECIWNIE – BY USTANOWIĆ PORZĄDEK. ŚMIERTELNIKÓW OD TYSIĄCLECI TRAWIĄ ICH WŁASNE BŁĘDY, PRZYWARY I GRZECHY…TCHÓRZOSTWO. GNIEW. ZAZDROŚĆ. KŁAMSTWA. OKRUCIEŃSTWO. ABSOLUTNY BRAK MORALNOŚCI. DZIŚ TO WSZYSTKO SIĘ SKOŃCZY. MOI WOJOWNICY ZABIJĄ TYCH, KTÓRZY RZUCĄ IM WYZWANIE I BĘDĄ STAWIAĆ OPÓR. CI, KTÓRZY PODDADZĄ SIĘ, BĘDĄ MIELI SZANSĘ OCALEĆ. NIE BĘDZIE JEDNAK W NOWYM ŚWIECIE MIEJSCA DLA TCHÓRZY, EGOISTÓW I TYCH, KTÓRZY KIERUJ Ą SIĘ CHCIWOŚCIĄ. JEŚLI JEDNAK WŚRÓD TEGO UPADKU I ZGLISZCZY, UCHOWALI SIĘ CI, KTÓRZY ZAWSZE PRAGNĘLI JEDYNIE DOBRA I W GŁĘBI SERCA TĘSKNILI ZA SPRAWIEDLIWOŚCIĄ… JA JESTEM SPRAWIEDLIWOŚCIĄ NA KTÓRĄ CZEKALI.
Wszystko w jednej chwili ucichło. I głos Fortisa, i głosy wszystkich pozostałych, obecnych na terenie obozowiska. Z twarzy ludzi i potomków wilków, dało się odczytać tylko jedno uczucie: strach. Raz po raz, pełne lęku spojrzenia, wznosiły się ku sklepieniu. Ten stan, przypominający swoiste zawieszenie, trwał kilkanaście minut. Amir miał wrażenie, jakby czas się zatrzymał. Aż wreszcie, pojawił się pierwszy, który odważył się cokolwiek zrobić. Z grupki potomków wilków wyłonił się ten młody mężczyzna, który wczoraj z takim przekonaniem przemawiał do swych braci, broniąc jednocześnie Fortisa. Władca przymknął na moment powieki. Już czuł, że to nie skończy się dobrze. Obawiał się, że w ślad za nim, lada chwila, podążą inni.
-Synu…- rzucił ze zdumieniem starszy potomek wilków, patrząc za odchodzącym.
-Wybacz mi ojcze…- szepnął ze skruchą młodzieniec, stając pomiędzy dwoma oddziałami i patrząc w kierunku swych braci, wyraźnie rozdarty.- I wy również, bracia… Sądzę jednak, że popełniacie poważny błąd. Ja nie chcę z wami walczyć. I nie chcę walczyć z Fortisem. Wszyscy wszak słyszeliście jego słowa… On nie chce naszego zła! Chce dać nam możliwość nowego życia! W innym świecie! W którym nie będziemy musieli się wstydzić, nie będziemy musieli ubiegać się o godność czy szacunek…
-Nie rób tego, Tahir…- rzucił ostrzegawczo Elnir, wpatrując się w mężczyznę z uwagą.
-Muszę- odparł młodzieniec z pełną stanowczością.- Liczyłem na to, że się opamiętacie, ale widzę, że nie znajdę wśród was zrozumienia…- stwierdził, bo rzeczywiście, choć część jego braci patrzyła na niego z wyraźną troską, żaden nie wystąpił z szeregu i nie zdecydował się poprzeć jego słów.- Nie mam do was żalu. Czuję jedynie smutek, bo wiem, że jeśli wkrótce nie zdacie sobie sprawy z własnych błędów, będę musiał was opłakiwać…
-Jeśli nas teraz pozostawisz, będziesz musiał odejść…- powiedział surowo Elnir, jednak jego spojrzenie, które koncentrowało się na młodzieńcu, było raczej przepełnione niepokojem.- Będziesz skazany na banicję. Wykluczony ze wspólnoty, do której nigdy nie będziesz miał prawa powrócić.
Tahir uśmiechnął się gorzko.
-Wkrótce nie będzie już żadnej wspólnoty- odparł cicho, wywołując poruszenie wśród swoich braci.
-To twoja ostateczna decyzja…?- dopytał Elnir.
-Tak- potwierdził młodzieniec, głosem drżącym od emocji, ale tak pełnym przekonania, jak gdyby rzeczywiście, nie miał już żadnych wątpliwości.- Podążę za tym, który już raz nas wybawił i odejdę. Do ostatniej chwili jednak, będę się za was modlił, bracia, licząc na to, że się opamiętacie i uczynicie to, co słuszne… Przepraszam…- powiedział raz jeszcze, przymykając na moment powieki. Cofnął się o kilka kroków.- Ja nigdy nie…
Amir usłyszał świst strzały. Strzały, która ledwie sekundę później, wbiła się głęboko w pierś młodzieńca. Tahir wydał z siebie zduszony, pełen zdumienia jęk. Zachwiał się na nogach, kierując swoje ostatnie spojrzenie na ojca, po czym padł bezwładnie na ziemię. Starszy potomek wilków krzyknął z rozpaczy, podbiegając do syna, klękając przy nim i chwytając jego nieruchome ciało w ramiona. Na próżno jednak szarpał syna, na próżno wołał go i próbował cucić. Tahir był martwy. Jego ojciec zawył rozpaczliwie, tuląc go do siebie. Wokół panowało zdumienie i konsternacja. Zdawało się, że zupełnie nikt nie wiedział, co właściwie się zdarzyło. I ludzie, i potomkowie wilków patrzyli po sobie zbłąkani i niepewni, szukając winnego. Amir odruchowo zerknął na Elnira, w pierwszej chwili sądząc, iż to on był tym, który strzelił. Ale ten był tak samo zdumiony i przerażony jak reszta. Dopiero po chwili, władca zdał sobie sprawę z tego, na kim koncentruje się większość oczu. Dowódca oddziału ludzi, siedział na swoim wierzchowcu, trzymając jeszcze w dłoniach łuk, z miną pełną zacięcia i dumy.
Amir spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Dlaczego to zrobiłeś…?- zapytał cicho.
-Panie…?- dowódca zdawał się być zdumiony tą reakcją.
-Dlaczego to zrobiłeś?- powtórzył Amir, znacznie bardziej surowo.
-Wykonałem jedynie rozkaz.
-Jaki znów rozkaz?!
-Generał Manus nakazał, by każdego dezertera karać śmiercią…- odparł dowódca, wyraźnie zagubiony.- A ty, panie, mówiłeś, bym traktował ich jak swych własnych wojowników…
Amir zakrył usta dłonią. Słyszał, jak stojący obok niego Nadim oddycha coraz płycej i szybciej, najwyraźniej z trudem panując nad emocjami. Część potomków wilków wciąż jeszcze zdawała się nie rozumieć, co się wydarzyło, ale pozostali, patrzyli w stronę oddziału ludzi z odrazą i nienawiścią. Kilku z nich zgromadziło się wokół zmarłego i jego ojca. Starszy potomek wilków dźwignął się na nogi, wciąż trzymając w ramionach ciało syna. Podał je stojące mu przy nim bratu. Podszedł kilka kroków do przodu, stając niemalże naprzeciw dowódcy.
-Nie miałeś żadnego prawa…- wydusił z siebie, zapłakany i drżący.- Żadnego prawa! Potworze! Jak śmiałeś?!
-Przykro mi, że tak się stało…- odpowiedział dowódca, nieco nerwowo. Widać było, że jest mocno zdezorientowany całą sytuacją.- Nie godzi się jednak, by żołnierz kierowany jakimikolwiek pobudkami, porzucał swych druhów w obliczu wojny…
-To nie był twój żołnierz!- wykrzyknął gniewnie potomek wilków.- To był mój syn! Mój syn, przebrzydła kreaturo!- wycedził przez zęby z bólem.- Jak śmiałeś…? Jak śmiałeś?!- wyrzucił z siebie, po czym , w jednej sekundzie, sięgnął po łuk i chwycił za strzałę.
-Nie!- krzyknął Amir.
Starszy potomek wilków naciągał cięciwę, gdy jeden z ludzkich żołnierzy rzucił się w jego kierunku, wytrącając mu łuk z dłoni. Ci, którzy byli najbliżej starca, pozostawili ciało jego syna i natychmiast rzucili mu się do pomocy. Jeden z potomków wilków wyciągnął sztylet. Człowiek uczynił to samo, ale nim zdążył cokolwiek zrobić, wystrzelona z tłumu strzała, utkwiła w jego krtani. Natychmiast padł na ziemię, dławiąc się krwią. Jego towarzysze z rykiem wściekłości, ruszyli w stronę potomków wilków. Druga grupa uczyniła dokładnie to samo.
-Przestańcie! Przestańcie!- wrzeszczał Amir do tłumu, ale nie wdarł się do niego, bo wiedział, czym mogłoby to skutkować. Strzały raz po raz przecinały powietrze. Ostrza krzyżowały się ze sobą ze szczękiem.- DOŚĆ!
Elnir nie zwlekał. Odwiązał konia i wsiadł na niego, po czym wjechał pomiędzy walczących, usiłując odciągnąć i uspokoić swych współbraci. Amir podbiegł do dowódcy.
-Opanuj ich!- zażądał.
Ten sięgnął po róg i zadął w niego, najpierw raz, później drugi. Jednak dopiero za trzecim razem, grupy przerwały walkę i zaczęły oddalać się od siebie stopniowo. Niektórzy odzyskiwali rozsądek sami, inni odciągani byli przez współtowarzyszy. Pomiędzy dwoma stronami konfliktu, raz po raz przejeżdżał Elnir pilnując, by nikt już więcej nie przystąpił do ataku. Wielu z wojowników odniosło obrażenia, większość na szczęście lżejsze. Oprócz ciała tego młodego potomka wilków i postrzelonego z łuku człowieka, na ziemi zalegały jeszcze dwa inne, oba należące do ludzi. Jeden z współbraci Nadima siedział na ziemi, otoczony opieką braci, dociskając kawałek materiału do mocno krwawiącego boku. Wśród ludzi również znalazło się kilku, którzy sprawiali wrażenie niezdolnych do walki. A to wszystko nie wyglądało na koniec konfliktu, a wprost przeciwnie. Amir nie mógł uwierzyć w to, co widział. Lada chwila mieli walczyć u swojego boku, a tymczasem, walczyli przeciw sobie. Ludzie patrzyli z nienawiścią na drugi oddział i tylko ostre ostrzeżenie dowódcy i groźba, jaka padła z jego ust, odwiodła ich od kolejnego ataku i powstrzymała od komentarzy. Potomkowie wilków byli wzburzeni. Obrzucali żołnierzy i samego dowódcę najgorszymi obelgami. Elnir dyskutował z nimi, starając się opanować sytuację.
-Wystarczy… Wystarczy!- rzucił w końcu surowo zatrzymując się, zwrócony w stronę Amira i pozostałych ludzi.- Rozumiem wasze emocje! Są w pełni słuszne, ale nie postępujcie lekkomyślnie! Przed nami wojna!
-Lekkomyślnie…?- szepnął z bólem starszy z potomków wilków, patrząc na Elnira.- On zabił jednego z nas! Zabił mojego syna! Sądzisz, że nie należy mu się za to kara?!
-Należy się- odparł Elnir z pełną stanowczością.- Nie ukażecie go jednak, zabijając innych ludzi. On jest jedynym, który ponosi odpowiedzialność. A tym, który wymierzy karę, jest jego zwierzchnik…- dodał, przenosząc wzrok na Amira.- Ich król.
Władca poruszył się niespokojnie.
-To nie jest najlepszy moment…- zaczął.
-Lepszego nie będzie- przerwał mu ostro Elnir.- To nie jest zbrodnia, która mogłaby zostać usprawiedliwiona okolicznościami… Ten, który zginął, w żadnym razie nie zasłużył na śmierć. Nie zgodził się z nami, ale i nie wystąpił przeciwko nam. Nie stanowił żadnego zagrożenia. Nie dano mu nawet możliwości obrony. To haniebne morderstwo i ten, który je popełnił, winien zostać natychmiast ukarany, w sposób adekwatny i oczywisty.
Amir milczał długo, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Widział podenerwowanie dowódcy, który raz po raz posyłał mu pełne niepewności i obawy spojrzenia. Widział też napięcie wśród żołnierzy. I pełne gniewu wyczekiwanie potomków wilków. Czuł na sobie wzrok Nadima. Dobrze wiedział, jaką ten podjąłby na jego miejscu decyzję. Prawda była jednak taka, że cokolwiek by teraz postanowił, tak czy inaczej, wywołałby ogromny spór. To było nie do uniknięcia. Poza tym, nie mógł spełnić oczekiwań pobratymców Nadima. Wiedział, czego chcieli. Chcieli śmierci dowódcy. Amir był w stanie to zrozumieć. To, co ten uczynił, było z pewnością lekkomyślne, okrutne, a przede wszystkim, zupełnie niepotrzebne, ale znajdowali się w specyficznym stanie – stanie wojny. A wtedy w ich królestwie obowiązywały inne prawa i najwyższym wyznacznikiem były rozkazy zwierzchników. I to właśnie uczynił dowódca – zastosował się do rozkazów. Zupełnie ślepo i bez odrobiny rozsądku, jednak nie można było karać go za to, iż zrobił to, czego, jak sądził, od niego oczekiwano.
-W tej sprawie nic nie jest tak oczywiste, jak sądzisz…- odezwał się w końcu, starając się jakoś załagodzić sytuację.- I jak już mówiłem, moment naprawdę nie jest adekwatny do tego typu spraw… Gdy wojna się zakończy, obiecuję, że powołam sąd i konsekwencje zostaną wyciągnięte…
Resztę jego słów zagłuszyły pełne wściekłości i oburzenia okrzyki potomków wilków.
-A mój syn?!- wrzasnął ojciec zabitego.- Czy on został wcześniej osądzony?!
-Bracia, proszę!- zawołał Elnir, uspokajając ich na moment. Podjechał nieco bliżej, patrząc na Amira surowo.- Nie obchodzą nas wasze obyczaje. My wyznajemy bardzo proste zasady. Nie zabijamy naszych pobratymców. Nie zabijamy nikogo, o ile nie jesteśmy do tego zmuszeni. Uznajemy, że oprawców należy karać w sposób odpowiadający ich winie. A on…- prychnął pogardliwie, spoglądając na dowódcę.- On sam wydał na siebie wyrok. Zrób to, co do ciebie należy- zażądał stanowczo.- Zawierzyliśmy ci. Jeśli teraz odmówisz, to będzie oznaczało jedynie to, że gardzisz nami i uważasz nas za gorszych. Że zezwalasz na to, by synowie ginęli na oczach swych ojców. Winny musi zostać ukarany.
Amir wiedział, że jego opór spotka się z taką właśnie reakcją, ale nie mógł ustąpić.
-Sądzicie, że to, w jaki sposób postąpił było złe…- zaczął powoli.- I macie pełną rację- stwierdził dobitnie.- Postąpił źle. Dlatego my nie powinniśmy działać w ten sam sposób! Wiem, jak to brzmi, ale nie chciał uczynić wam krzywdy, wypełniał rozkaz…
Rozległ się kolejny ryk pełen oburzenia i bólu. Potomkowie wilków nie byli w stanie zrozumieć tej argumentacji. Czuli się skrzywdzeni i oszukani.
-Nie ma żadnej sprawiedliwości…- stwierdził z rozgoryczeniem ojciec zamordowanego.- Żadnej sprawiedliwości… Mogą nas zabijać… Tłumaczyć to wszystko rozkazami…
-Gdyby to człowiek zginął, ukarano by nie jednego z nas, a wszystkich!- wykrzyknął gniewnie inny z potomków wilków.- Tak właśnie traktują nas ludzie! Nie jak sojuszników! Jak zwierzęta!
-To nieprawda…- usiłował wtrącić Amir.- Gdyby zdarzyła się odwrotna sytuacja, postąpiłbym dokładnie tak samo…
-Nie tłumacz się!- rzucił inny z wilczych wojowników.- To nic więcej, jak tylko słowa! To o nim mówiłeś, Elnirze…?- zapytał bez zrozumienia, patrząc na tymczasowego przywódcę plemienia.- To on ma być tym „prawym”…? Tym, który nie patrzy na nas jak na gorszych od ludzi…? Tym, który pomoże nam w końcu dojść do porozumienia…? Bohaterem…? To kpina! Mamił nas tym wszystkim, tylko dlatego, że jesteśmy mu potrzebni!
-Czyńcie cokolwiek chcecie…- szepnął ojciec poległego.- Ale ja nie będę walczył w służbie tego człowieka.
Natychmiast rozległ się chór głosów należących do jego współbraci, którzy poparli go bez wahania.
-Widzisz, jakie efekty przynoszą podejmowane przez ciebie decyzje…?- skarcił władcę Elnir, wyraźnie nie będąc w stanie zrozumieć jego motywów i wyjaśnień.- Zrób coś!- zażądał stanowczo.
Amir pokręcił jedynie głową.
-Nie mogę- odparł.
Szczęka Elnira zadrżała z wściekłości.
-Żaden z nas… Żaden z nas nie poprze cię ani nie stanie u twojego boku w boju, jeśli nie jesteś w stanie zdobyć się na sprawiedliwość i ukarać zbrodniarza znajdującego się w twoich szeregach!- wycedził przez zęby.- Nadim!- zawołał swojego przyjaciela, który wciąż stał przy kochanku.
Ten spojrzał na Amira, ale nie wahał się ani chwili. Ruszył w kierunku swych braci i zatrzymał się przy nich. On również nie był w stanie przyjąć podjętej przez władcę decyzji. Patrzył na niego z żalem i niezrozumieniem.
-Przepraszam…- powiedział Amir.- Wiem, że moje słowa wydają się wam teraz bez znaczenia, ale jest mi przykro, że doszło do tego wszystkiego. Jestem gotów zadośćuczynić wam za to w każdej postaci, ale nie kolejnym zabójstwem.
-Jeśli to wszystko, co miałeś do powiedzenia, to zabierz swoich ludzi i odejdź- odparł Elnir, lodowatym tonem.
Amir spojrzał na niego ze zdumieniem.
-Nie działaj pod wpływem emocji…- poprosił.
-Nie działam. To, co robię, jest jak najbardziej zdroworozsądkowe… Jeśli tego nie zrobisz, nie będziesz musiał czekać na początek wojny. Wojna rozpocznie się tu- stwierdził, aż nazbyt znacząco.
Amir doskonale zdawał sobie sprawę jak bardzo wściekli, rozgoryczeni i żądni kary za to, co się wydarzyło, są pozostali potomkowie wilków. Wiedział, że nawet jeśli Elnir sam nie zarządzi ataku, prędzej czy później, ktoś wyłamie się z szeregu i tak ponownie rozpocznie się starcie. Nie chciał zostawiać potomków wilków samych. Była ich ledwie grupka. Nie mieli najmniejszych szans podczas ataku, ale z drugiej strony, sytuacja była tak napięta, że zaraz rzeczywiście oba oddziały mogły wykończyć się wzajemnie, jeszcze nim pojawi się armia Fortisa.
-Masz rację, Elnirze…- szepnął ten starzec. W towarzystwie dwóch innych potomków wilków, wyszedł na środek polany, stając naprzeciwko Amira.- Wojna rozpocznie się tutaj…
Jeden z mężczyzn sięgnął po łuk i wycelował we władcę.
Amir natychmiast uniósł broń, chcąc dać znak dowódcy, by ten nic nie robił, a on w ten sam sposób nakazał spokój żołnierzom.
-Co ty wyrabiasz?!- krzyknął przywódca potomków wilków.
-Jesteś bardzo mężny i szlachetny Elnirze, ale wciąż bardzo młody…- szepnął drżącym głosem starzec.- Nadal wierzysz w bajki i sądzisz, że jesteś w stanie zmienić świat. Idealista z ciebie… Prawda jest jednak taka, że oni nigdy się nie zmienią. Nigdy nie przestaną być naszymi wrogami… Teraz dopiero widzę, że mój syn ma rację… Fortis nie jest naszym przeciwnikiem… Wprost przeciwnie… On dobrze wie, że trzeba zniszczyć ich królestwo, byśmy mogli uzyskać spokój…
-Fortis wcale nie ma tego na celu!- zawołał natychmiast Elnir.- Fortis…
-Fortis mówił o sprawiedliwości!- przerwał mu gwałtownie starzec.- I tego właśnie pragnę! Niczego więcej! Tylko sprawiedliwości…- załkał boleśnie.- Mój syn zginął na moich oczach! A oprawca, zamiast ponieść karę, gdy to wszystko się skończy, zostanie uznany za bohatera!
-Nie rób tego!- zaprotestował natychmiast Nadim, w mgnieniu oka pojawiając się z powrotem przy władcy i zasłaniając go własnym ciałem.- Rozumiem twój ból, ale w ten sposób niczego nie uzyskasz. On nie jest winny! Ukaranie go będzie taką samą zbrodnią jak ta, która została popełniona na twoim synu.
-Ten, który jest winny, podlega bezpośrednio jemu- odparł ojciec zmarłego.- I on też miał prawo, a wręcz obowiązek, by ukarać go w odpowiedni sposób. Nie uczynił tego, a więc sam za to zapłaci…
-Nie zamierzam stąd odejść- odparł twardo Nadim.- Jeśli chcesz zabić jego, najpierw będziesz musiał zabić mnie. Wiem, że tego nie zrobisz…
Amir wcale nie był tego pewien. Nie wątpił, że żaden z pobratymców Nadima, nie skrzywdziłby go celowo, ale cała ta atmosfera, to napięcie, nie sprzyjało racjonalnemu myśleniu. Wystarczył jakiś zapalnik, ledwie iskra, emocje, czy choćby zwykły przypadek, by cała ta sytuacja skończyła się tragicznie. Próbował odsunąć od siebie potomka wilków, ale ten trwał uparcie na swoim miejscu, nie oddalając się od kochanka ani na chwilę.
-Nasir!- warknął Elnir w kierunku tego, który trzymał łuk.- Odłóż broń. Natychmiast!
Potomek wilków nie zareagował na jego żądanie.
-NASIR!- krzyknął raz jeszcze ich przywódca.- Nie rozumiesz, co robisz…? Jeśli zamordujesz ich króla, rozpętasz prawdziwe piekło… Ich oddział natychmiast przystąpi do ataku. Jest liczniejszy, nawet, gdybyśmy zdołali mu się oprzeć, prędzej czy później, pojawiłby się kolejny. Zostalibyśmy zabici, a oni wreszcie mieliby powód, by to uczynić i odebrać nam ziemie… Naprawdę chcesz wkładać im w ręce ten argument…?
-Nie udawaj, że nie wiesz, co się dzieje, Elnirze…- odparł mu ten potomek wilków, do którego się zwracał.- Ich siła jest bez znaczenia. Fortis powrócił.
-Powrócił nie po to, by nas bronić, a po to, by nas zniszczyć!
-Nieprawda. Na własne uszy słyszeliśmy coś innego. Ty i Nadim… Okłamywaliście nas od samego początku.
-Jak śmiesz!- zagrzmiał Elnir.- Fortis nie przybywa, by walczyć z ludźmi, ale by walczyć ze wszystkim, co żyje na tych ziemiach, a to dopiero początek! Gdy przełamie opór i zakończy krwawą wojnę, rozpocznie sąd! Przeżyją tylko ci, którzy będą pasować do jego szaleńczego wyobrażenia, a , wierzcie mi, żaden z was nie może być pewien tego, czy zostanie ocalony. Poddanie się jego woli oznacza nic innego, jak tylko naszą klęskę!
-Gdyby chciał naszej klęski, doprowadziłby do niej już dawno…- odparł ojciec zamordowanego.- Stał na czele nas wszystkich… Był naszym najlepszym przywódcą…- dodał znacząco, zerkając gniewnie na Elnira.- Najlepszym!
-Jak możecie mieć w sobie tyle hipokryzji?! Żądacie, by osądzić nawet nie samego mordercę, a tego, który odmówił wam sprawiedliwości, a sami chcecie wznieść do władzy i uhonorować tego, który zamordował nie jednego, a wielu z nas! Nasirze…- zwrócił się znowu do trzymającego łuk potomka wilków.- Powiedziałem ci, co się stanie, gdy zabijesz ich władcę… Ale jeśli zabijesz Nadima… Osobiście ci za to odpłacę, taką sprawiedliwością, jakiej sam żądasz… Od czasu rozłamu, nigdy nie było pomiędzy nami wojny, bracia… Jesteście pewni, że chcecie ją wszcząć…?
Na pierwszy rzut oka widać było, że wśród potomków wilków panuje wyraźny podział. Część z nich zdawała się popierać słowa starca, inni, a jak się zdawało, było ich więcej, choć rozumieli jego cierpienie, cały czas starali się go przekonywać do ustąpienia albo jedynie spoglądali na niego z wyraźnym zdumieniem. Pozostali najwyraźniej jeszcze nie wiedzieli, jakie stanowisko zająć w tym konflikcie. Tak czy inaczej, nie ulegało wątpliwości, że jeśli Nasir nie ustąpi, lada chwila dojdzie do tragedii.
Jednak słowa Elnira dotarły do potomka wilków. Opuścił łuk i schował strzałę. Położył dłoń na ramieniu starca, wraz ze swym drugim towarzyszem, wracając z nim z powrotem do oddziału. Ledwie moment później, rozległ się tętent kopyt i zaraz na terenie obozowiska pojawiło się dwóch ludzi.
-Panie!- zawołał jeden z nich, dostrzegając Amira.- Coś dziwnego pojawiło się przy samym wejściu do miasta… Nikt z nas nie wie, co to takiego… Jakby światło uformowane w podłużny kształt…
Amir nie zwlekał ani chwili.
-Daj mi konia…- zwrócił się do tego z przybyłych, który był najbliżej niego. Ten zsiadł ze zwierzęcia, ustępując miejsca władcy, który wspiął się na wierzchowca.- Doprowadź oddział z powrotem do miasta!- krzyknął w kierunku dowódcy.- Jeśli zdołasz znaleźć generała nim rozpocznie się starcie, dołącz do niego, jeśli nie, uformuj szyk i bądź gotów do obrony... A ty…- przeniósł wzrok na Elnira widząc, że i ten spogląda na niego z uwagą.- Ty czyń cokolwiek uznasz za stosowne- stwierdził jedynie.
-Czekaj. Jadę z tobą- rzucił bez wahania Nadim.
Wsiadł na wierzchowca, zajmując miejsce za mężczyzną i objął go ramieniem. Amir popędził konia i ruszył w stronę miasta, nie oglądając się już za siebie. Po kilkunastu minutach, wjecha li do miasta. Znajdujący się najbliżej lasu żołnierze, pokierowali ich dalej. Przejecha li wzdłuż ulicy, by wreszcie zatrzymać się nieopodal trzeciego schronu, gdzie dostrzegli oddział wojowników, który otaczał coś, dystansując się od tego jednocześnie. Żołnierze byli wyraźnie zdumieni.
-Generale!- zawołał Amir, dostrzegając dowodzącego nimi Manusa.
-Rozstąpić się!- nakazał natychmiast tamten, gdy tylko dostrzegł króla.
Znajdujący się najbliżej nich wojownicy, odsunęli się, pozwalając władcy dojrzeć, co takiego napawało ich lękiem i niepewnością. Przypuszczenia Amira się potwierdziły. To był portal. Ten sam, który wcześniej znajdował się w lesie.
-Nie wydajesz się być zaskoczony, wasza wysokość…- odezwał się Manus, nie odrywając od króla uważnego spojrzenia.
-To przejście- wyjaśnił mężczyzna.- Sądziłem, że, podobnie jak wcześniej, pojawi się w lesie, ale myliłem się. Podejrzewam, że tędy wyjdą wojownicy Fortisa.
-A więc to prawda…- szepnął generał, marszcząc brwi.- Najpierw te głosy, a teraz to… Twoje rozkazy, wasza wysokość?- dopytał po chwili.
-Takie, jak i wcześniej. Brońcie miasta najdłużej, jak to tylko możliwe i starajcie się nie dopuścić, by poszli dalej i poczynili większe zniszczenia.
-Tak jest.
-Oddział z lasu dołączy do was lada chwila.
-Z potomkami wilków?- zapytał Manus.
Amir zawahał się.
-Tak- odparł z pełnym przekonaniem Nadim. Władca spojrzał na niego z zaskoczeniem.- Elnir zobowiązał się walczyć i nie zrezygnuje, choćby miał przyjechać tutaj sam… A moi bracia na pewno go nie pozostawią.
Amir skinął głową, wierząc potomkowi wilków na słowo. Zsiedli z konia i ruszyli w stronę portalu, obserwowani przez żołnierzy. Zatrzymali się nieopodal przejścia.
-Nie musisz iść ze mną…- odezwał się cicho władca, czując, jak w jego ruchy i ton wkrada się nieuniknione zdenerwowanie.- To ja będę z nim walczył.
-Nie zostawię cię samego- odparł stanowczo Nadim.
Człowiek spoglądał na niego przez dłuższą chwilę. Mimowolnie sięgnął dłonią do twarzy kochanka, opierając ją na jego policzku. Moment później, wiedziony nagłym pragnieniem przyciągnął go do pocałunku. Czuł jego wargi na swoich ledwie przez kilka sekund, ale to wystarczyło mu w zupełności, by poczuć jego bliskość i choć na chwilę ugasić ten paniczny lęk, który rodził się w nim za każdym razem, gdy myślał o utracie Nadima. Wiedział, że nie ma już dla nich odwrotu. Spojrzeli na siebie i obaj zbliżyli się do przejścia.
Wszystko zaczęło się od nowa. Szaleńcze uczucie, jak gdyby spadał w dół z niewiarygodną siłą, nie mając nad swoim ciałem żadnej kontroli. Różnorodne barwy wirowały mu przed oczyma, w uszach słyszał dźwięki, nieprzyjemne, nieznośne, hałaśliwie… Wszystko stało się szarością, a szarość przerodziła się w czerń. I nagle wylądował na zimnej posadzce, tuż obok Nadima. Obaj podnieśli się prędko na nogi. Znów znajdowali się w białym pałacu, dokładnie na jego balkonie. Na dole, w holu, stał oddział potomków wilków tak nieliczny, że gdyby nie ich predyspozycje, w porównaniu z tymi, którzy na nich czekali, mogliby budzić pełen politowania śmiech. Ich głowy natychmiast, niemalże mechanicznie, odwróciły się w kierunku przybyłych. Zdawało się, że na to czekali, bo zaraz ruszyli równo, pewnym krokiem, w kierunku znajdujących się po ich prawej stronie schodów. Weszli na nie tak, jakby kierowali się w stronę Amira i Nadima, jednakowoż na ich drodze stał portal, w którym znikali, jeden za drugim.
Amir czuł ucisk na klatce piersiowej. Oddychał płytko, mając świadomość tego, że właśnie rozpoczęła się wojna. Wojna, w której nie brał bezpośrednio udziału i już teraz, nie miał na nią najmniejszego wpływu. Spostrzegł, że Nadim zmierza w jakimś kierunku. Potomek wilków dostrzegł znajdujące się nieopodal drzwi. Otworzył je na oścież. Amir natychmiast podążył za nim. Znaleźli się w kolejnej sali, białej, pustej, o wysokim sklepieniu. Tam właśnie czekał na nich ten, z którym mieli się mierzyć. Fortis stał w bezruchu, odwrócony do nich tyłem, patrząc w ogromne okno, za którym rozpościerała się zupełna ciemność. On jednak musiał dostrzegać tam coś innego. Był bardzo skoncentrowany i zamyślony.
-Widzieliście na własne oczy…- zaczął spokojnie, nawet nie odwracając się w ich stronę.- Tak niewiele trzeba do rozlewu krwi… Brak rozsądku. Brak empatii. Jedna niepotrzebna śmierć pociąga za sobą kila następnych i rodzi tyle niepotrzebnych emocji…- szepnął pogardliwie.- Na tych ziemiach nie ma już nic poza uśpioną nienawiścią. A wystarczy ledwie słowo, aby ją rozbudzić i rozpętać wojnę.
-A jakie ty masz prawo do wypowiadania się na ten temat, co?- warknął Amir, podchodząc kilka kroków bliżej.
Nadim szybko chwycił go za ramię, zatrzymując. Fortis odwrócił się w ich kierunku.
-Wciąż nie rozumiesz…?- zapytał.- Chcę uwolnić te ziemie od nienawiści i jej konsekwencji…
-A więc chcesz uchronić nas przed wojnami, wywołując najbardziej krwawą i bezsensowną z nich wszystkich…?- prychnął litościwie władca. Wojownik spoglądał na niego z uwagą.- Może się zdziwisz, ale nie jest to szczególnie oryginalny pomysł…- zironizował.- Ten świat zna już wielu, który chcąc zaprowadzić „ład”, czynili to takimi samymi metodami, jakie, podobno, chcieli wyplenić… Naprawdę uważasz, że czymkolwiek się od nich różnisz…?
-Tak- odpowiedział spokojnie Fortis.- Różnię się możliwościami, których oni nie posiadali.
-To akurat jedynie oznaka twojego tchórzostwa!- skwitował jego słowa Amir.- Ale dość gadania!- warknął, sięgając po broń.- Nie przyszedłem dyskutować z szaleńcem! Obiecałeś mi pojedynek, więc stań do walki!
Fortis nawet nie drgnął.
-Spełnię swoją obietnicę. Choć ty, wciąż masz możliwość się wycofać…- zaznaczył. Jego spojrzenie powędrowało na moment do potomka wilków, by zaraz znów powrócić na twarz mężczyzny.- Obaj dobrze wiemy, że nie masz szans zwyciężyć.
-Mam takie same szanse, jak i ty! O ile będziesz walczył uczciwie.
Fortis westchnął głęboko.
-W moim ciele płynie moc kryształów i nie jest już ono podobne do ciała żadnego ze śmiertelników…- wyjaśnił cicho.- Ty wciąż jesteś tylko człowiekiem. Czujesz przemęczenie. Ból. Strach wynikający z nieuniknionej klęski. Mnie, wszystkie te odczucia, są obce. Walka mnie nie znuży. Nie będziesz w stanie mnie zranić. I przede wszystkim wiem, że zwycięstwo należy do mnie.
-Więc wyzwałeś mnie na pojedynek, w którym nie mogę zwyciężyć…?- rzucił ze zdumieniem Amir.
-Ty byłeś tym, który rzucił mi wyzwanie. Możemy uznać, że jeśli wytrącisz mi broń, zwyciężysz.
-A wtedy…?- dopytał z uwagą mężczyzna.
Wojownik wzruszył ramionami.
-Cokolwiek zechcesz. Tak się po prostu nie stanie.
-Niech będzie!- zgodził się Amir bez chwili zwłoki, choć w jego sercu narodziły się wątpliwości. Był jednak tutaj i nie mógł już się wycofać ani poddać. Jeśli Fortis miał rację, dla żadnego z nich nie było już nadziei. W takim jednak wypadku, wybór i tak byłby oczywisty.
Umrzeć czy ulec wpływom szaleńca?
Amir nie miał problemu z decyzją.
-Walcz!- warknął w kierunku Fortisa.
Ten sięgnął po miecz.
-Nie rób tego!- wykrzyknął nagle Nadim, stając pomiędzy dwoma mężczyznami.- Nie rób tego, Fortis…- rzucił błagalnie.
Amir westchnął cicho w duchu. Był pewien, że niezależnie od wszystkiego, Nadim i tak będzie starał się przekonać dawnego opiekuna do zmiany zdania. I równie pewien, że nie przyniesie to żadnego rezultatu.
-Wiem dobrze, co miałeś na myśli mówiąc o tym wszystkim…- kontynuował nerwowo potomek wilków, patrząc na Fortisa.- Zdaję sobie sprawę z tego, jak wiele zła tkwi w tym świecie, ale… To, co chcesz zrobić, to żadne rozwiązanie! Zabijesz tych, których chcesz chronić! Twoja armia zgładzi moich braci! Naszych braci! Przecież znałeś dobrze każdego z nich! Wiesz, jacy są! Elnir nimi dowodzi! Zawsze powtarzałeś, że cenisz jego odwagę! Nie możesz przecież pozwolić na śmierć takich jak on!
-Myślisz, że mnie to nie boli…?- szepnął Fortis.- Nie tak to sobie zaplanowałem. Ty miałeś dołączyć do mnie. Razem mieliśmy wybrać spośród naszego narodu tych, którzy byliby godni ocalenia… Gwarantuję ci jednak, że nie znalazłbyś tam takich wielu… Mówiłeś, że was zmieniłem, ale myliłeś się. Zmieniłem pewne zachowania. Pewien sposób postrzegania. Otwartą wrogość w nastawieniu do ludzi. Ale wasze myślenie… Myślenie większości z was wciąż było takie samo, jak wcześniej. Nie raz słyszałem, że jestem zbyt łagodny. Że prędzej czy później, przyjdzie nam walczyć z ludźmi. Że ludzie są przyczyną naszej tragedii i panującego wokół zła. Wyłączną przyczyną. Nie słyszałem, by choćby jeden z was oceniał naszą sytuację przez pryzmat wyborów, które sami podejmowaliśmy w przeszłości…- syknął cicho.- Byliśmy niegdyś silnym plemieniem, ale starcie z ludźmi ujawniło wszystkie nasze słabości. Z istot, które mogły rządzić całym kontynentem, staliśmy się przegranymi, którzy zachowywali się tak, jak gdyby oczekiwali , iż ich właśni wrogowie, jak zawsze ich postrzegali, zwrócą nam to, co „nasze” za nic. Ludzie dbali o swoje interesy. My, jako wspólnota, powinniśmy dbać o własne, ale zamiast tego, wciąż tkwiliśmy mentalnie w przeszłości, zachowując się jak ofiary. Jeśli więc pytasz mnie, czy jestem w stanie patrzeć, jak umierają ci, którzy byli mi najbardziej drodzy… Tak- stwierdził z pełnym przekonaniem.- Tak, jestem w stanie. Nie sądzę, by cokolwiek sprawiło mi więcej bólu niż świadomość twojej śmierci, ale czekałem zbyt długo, by się zatrzymać. Jeśli będę musiał, nie zawaham się ciebie zgładzić. Tak, jak i ty, nie wahałbyś się zabić mnie w jego obronie.
-Twoje działania doprowadzą jedynie do niepotrzebnych śmierci…- rzucił natychmiast Nadim.- To będzie zwykłe okrucieństwo.
-Owszem- potwierdził Fortis, najwyraźniej doskonale zdając sobie z tego sprawę.- Nie ma okrucieństwa, którego nie dałoby się usprawiedliwić okolicznościami. Prawda jest taka, że aby narodził się nowy świat, ten poprzedni musi upaść. Jeśli jednak nie wypleni się zła, każdy świat, prędzej czy później, stanie się tak samo zepsuty i skażony. Dlatego jestem zmuszony to uczynić. Nowy świat będzie ostatnim i wiecznym. Ta wojna będzie ostatnim przejawem okrucieństwa, jaki się w nim pojawi.
-Mylisz się!- warknął Amir, stając na równi z Nadimem.- Nie rozumiesz, że nie uda ci się osiągnąć tego celu?! Myślisz, że ten sąd wystarczy, by pozbyć się wszystkich „niegodnych”?! Nawet, jeśli masz rację… Będą rodzić się nowi ludzie! I nowi potomkowie wilków! Część z nich nie będzie „idealna”, nie będzie ci przychylna! Będziesz zmuszony zabijać bez końca, a na to nikt „szlachetny” nie będzie mógł się zgodzić!
-Nie- odparł Fortis.- Ci, którzy się narodzą, dorastać będą bez wpływu zła.
-Ależ skąd! Będą dorastać pod wpływem nieskończonego dobra, które wymordowało ich przodków!- zironizował mężczyzna.- To bzdura! Mrzonka! Prawda jest taka, że przyjdzie kolejne pokolenie, a później jeszcze jedno i następne… A wśród nich, będą ci, którzy znajdą sposób, by cię obalić… I umrzesz! Umrzesz już nie jako bohater, ale jako największy zbrodniarz i szaleniec, którym zresztą jesteś!
-Fortis…- odezwał się znowu Nadim, patrząc na dawnego przywódcę błagalnie.- Przecież możesz się wycofać…
-Mylisz się. Nie mogę.
-Ale…
-Żałuję, że nie będziesz mógł świętować ze mną zwycięstwa…- odpowiedział cicho wojownik.- Ale bądź pewien, że gdy to wszystko się skończy, uczynię świat lepszym miejscem.
-Owszem!- prychnął z irytacją Amir.- Dla siebie samego! Dość już tych bredni! Nadim…- zwrócił się do kochanka, spoglądając na niego.- Odsuń się.
Fortis sięgnął do szyi i jednym ruchem, zerwał z niej kryształ. Człowiek wbił w niego pełne zdumienia spojrzenie. Wojownik trzymał źródło swojej mocy w otwartej dłoni. Po chwili, fragment zaczął unosić się w gorę, by wreszcie zatrzymać się na wysokości kilku metrów.
-Chyba nie spodziewałeś się, że popełnię ten sam błąd po raz drugi…- stwierdził potomek wilków.
-Po takim tchórzu jak ty, spodziewałem się wszystkiego- odparł ostro Amir.
Nie zwlekał już ani chwili dłużej. Natychmiast natarł na Fortisa. Ich ostrza skrzyżowały się ze sobą po raz pierwszy, wyznaczając początek walki. Amir odskoczył, by zaraz przystąpić do kolejnego uderzenia. To on był tym, który atakował, potomek wilków, przez większość starcia, odparowywał jedynie jego ciosy. Bez wątpienia, pod względem siły i sprawności, stanowił godnego przeciwnika. Amir uderzał raz po raz, z całej mocy, koncentrując się na celu, jaki stanowiło pozbawienie oponenta broni. Pierwsze kilkanaście, kilkadziesiąt minut starcia, ktoś, kto nie miał rozeznania w zaistniałej sytuacji, mógłby jeszcze uznać ją za wyrównany pojedynek. Ale później, przypuszczenia Fortisa, okazały się być prawdą. Podczas gdy potomek wilków, wciąż był opanowany i spokojny, Amir zaczynał odczuwać zmęczenie, będące skutkiem nie tyle nawet walki, co tych kilku dni, w trakcie których niewiele miał czasu na odpoczynek. Jego ciało zaczynało się robić sztywne, mniej sprawne, ociężałe i obolałe. Mimo , iż nie odpuszczał przeciwnikowi ani przez chwilę, jego ciosy stawały się znacznie łatwiejsze do opanowania niż wcześniej. To rodziło frustrację mężczyzny. Starał się uderzać z całych sił, ale brak efektów i zupełna obojętność Fortisa sprawiały, że zupełnie tracił kontrolę nad swoimi emocjami. Nie ulegało wątpliwości, że gdyby oponent chciał go zabić, udałoby mu się to uczynić bez większej trudności, bo władca kilkukrotnie odsłonił się nieświadomie, dając Fortisowi możliwość zadania ostatecznego ciosu. Ten jednak wciąż bronił się jedynie, patrząc na swojego przeciwnika z rosnącym politowaniem, co jeszcze bardziej rozjuszało Amira. Obaj walczący zamarli, gdy rozległ się świst strzały. Mimowolny uśmiech wkradł się na moment na usta człowieka. Podniósł głowę do góry, widząc lecącą w kierunku kryształu strzałę. Wiedział dobrze, że Nadim wyczekiwał odpowiedniego momentu, by to zrobić. Fortis był skoncentrowany na czymś zupełnie innym, podobnie jak poprzednim razem, nie spodziewał się ataku. Ale choć Amir miał nadzieję, że to starcie skończy się w tym momencie – srodze się pomylił. Gdy tylko strzała znalazła się w pobliżu kryształu, w sposób zupełnie nienaturalny i dziwaczny, zmieniła kierunek lotu, upadając na posadzkę. Nadim spoglądał w tamtym kierunku z niedowierzaniem. Przeniósł pełne bezradności spojrzenie na Amira. Ten z kolei, wracając do przytomności, chciał znów zaatakować Fortisa, ale jego przeciwnik przewidział to. Odparował cios i szybko odskoczył, znajdując się nagle za plecami człowieka. Uderzył w nie rękojeścią miecza z taką siłą, że Amir upadł na kolana, upuszczając miecz.
-Powiedziałem ci przecież, że nie popełnię drugi raz tego samego błędu…- powiedział wojownik, stając nad mężczyzną.- Wciąż możesz się wycofać. Niezależnie od tego, co o mnie sądzisz, nie chcę cię zabić.
-Cóż…- Amir odetchnął płytko, zbierając się w sobie.- Chyba będziesz musiał!- warknął, przetaczając się do przodu i chwytając za swoją broń. Podniósł się z kolan i znów wycelował ostrzem w Fortisa.
Ten pokręcił głową, jakby raz jeszcze chciał dać swojemu oponentowi do zrozumienia, że walka jest pozbawiona sensu. Amir jednak ani myślał się poddawać. Zaatakował raz jeszcze, jednak tym razem, Fortis odpowiedział mu dokładnie tym samym. Wystarczyła mu jedynie chwila, by zdezorientować mężczyznę i wyprowadzić go z równowagi. Później padł pierwszy cios – Amir zachwiał się na nogach, starając utrzymać równowagę, gdy ostrze przeciwnika, rozcięło jego klatkę piersiową. Nie była to głęboka rana, zdawało się wręcz, że stanowiła rodzaj ostrzeżenia. Mężczyzna syknął cicho i zaraz znów przystąpił do ataku. Fortis nie pozwolił mu na choćby złudne poczucie kontroli. Odparowywał każdy cios człowieka, wykorzystując jednocześnie wszystkie jego słabości. Moment później, zamachnął się, znów uderzając mężczyznę rękojeścią miecza, tym razem w twarz. Powtórzył ten cios, gdy Amir usiłował się podnieść. Władca jednak nie zamierzał się wycofać. Gdy Fortis usiłował uderzyć go po raz kolejny, zablokował cios, wykorzystując tę chwilę, by podnieść się na nogi, na których zresztą z trudem stał. Kręciło mu się w głowie. Splunął na posadzkę, zbierającą się w nabrzmiałych wargach, krwią. Od jego lewej skroni do policzka, rozpościerało się głębokie rozcięcie. Oddychał płytko, patrząc na Fortisa, który spoglądał na niego z zupełnym spokojem i może jedynie litością, jakby ta walka nie wzbudzała w nim żadnych innych emocji. Znów ruszył na niego. Kolejne ciosy potomka wilków, zapędziły go pod ścianę. Miał coraz mniejsze możliwości ruchu. Był wyczerpany. Fortis zatrzymał się na moment. Kopnął Amira w brzuch. Władca uderzył plecami o płaszczyznę. Osunął się na posadzkę, podczas gdy wojownik znalazł się tuż przy nim, celując ostrzem w jego gardło.
-NIE!- zaprotestował gwałtownie Nadim, dobiegając do kochanka i klękając przy nim.- Nie rób tego!
Fortis spojrzał na swojego niedawnego podopiecznego. Zdawało się, że tylko jego prośba powstrzymała go przed uśmierceniem oponenta, bowiem schował broń i odszedł, odwracając się do mężczyzn plecami.
-Pogódź się z tym…- szepnął.- Ponieśliście klęskę.
-Jeszcze się nie poddałem!- wycedził przez zęby Amir, próbując się podnieść, ale, nawet gdyby jego kochanek go przed tym nie powstrzymywał, miałby problem z podniesieniem się.
-Ja będę walczył za niego!- krzyknął Nadim.
-Po co…?- rzucił bez zrozumienia Fortis.- Wciąż nie rozumiesz…? Nie ma sensu walczyć…
-To samo mówili tobie, prawda?- wypalił Amir. Wojownik spojrzał na niego przez ramię, wyraźnie zdumiony.- Wtedy, kiedy na kontynencie pojawili się ludzie… A ty błagałeś o pomoc dla swoich braci… Widzisz, jak bardzo upodobniłeś się do tych, których uważasz za winnych twojego cierpienia…?
-To dwie zupełne różne sytuacje- stwierdził stanowczo Fortis.
-Owszem… Wiesz dlaczego?- Amir uśmiechnął się pobłażliwie.- Bo oni byli śmiertelnikami… I walczyli przeciwko śmiertelnikom… A ty… Ty jesteś czymś zupełnie innym…- rzucił pogardliwie.- Jesteś tchórzem! I nie licz na to, że ktokolwiek prócz tchórzy zechce ci służyć! Bo jest już w tobie więcej demona niż śmiertelnika!
-Zrobiłem wszystko, co mogłem, by ocalić moich braci!- odparł natychmiast Fortis, odwracając się w kierunku człowieka, najwyraźniej wytrącony z równowagi tym, co usłyszał.- Wszystko! Byłem gotów oddać za nich życie! Walczyłem do końca, choć było nas tak niewielu, że nie mieliśmy szans w otwartym starciu! Choć wszyscy powtarzali, że sytuacja jest beznadziejna i nie mamy żadnych szans…
-Co za ironia losu, że teraz walczysz z tymi, którzy znajdują się dokładnie w miejscu, w którym sam niegdyś stałeś…
-Nie rozumiesz!- syknął gniewnie.- Właśnie w tym rzecz! Nawet, gdybyś zwyciężył… Sądzisz, że ci, za których gotów byłeś oddać życie, podziękowaliby ci za to poświęcenie…?- prychnął.- Owszem. Na początku. Czciliby cię jak bohatera i byliby ci wdzięczni. Ale nie łudź się, to nie trwałoby długo. Potraktowaliby cię tak samo, jak mnie. Szybko zapomnieliby o tym, co uczyniłeś w ich sprawie, zaczęliby ci wytykać twoje błędy i przewinienia, te prawdziwe i zupełnie wydumane…- szepnął z rozżaleniem i wściekłością.- Zniszczyliby wszystko. Ciebie i pamięć, jaka po tobie pozostanie. Dlatego, że świat, w którym żyjesz, jest przesiąknięty złem. A śmiertelnicy dbają jedynie o swój własny los. Gotowi są nie tylko kłamać, ale nawet zabijać w imię zawiści, której nie są w stanie się wyzbyć... To właśnie chcę wyeliminować! Zło!
-Nie uda ci się to!- odparł z pełnym przekonaniem Amir.- Dlatego, że nie ma istot, które są go pozbawione. Ty na pewno nią nie jesteś. A ja nie rozczaruję się, bowiem nie oczekuję ani wdzięczności, ani uznawania mnie za bohatera… Ty mogłeś zasługiwać na to miano. Ale tylko do momentu, w którym zbratałeś się z demonem.
Fortis znowu odwrócił się do nich plecami.
-Zrobiłem to, co należało zrobić…- odpowiedział. Sprawiał wrażenie poirytowanego i zmęczonego rozmową.- Każdy postąpiłby na moim miejscu tak samo.
-Może…- rzucił Amir.- Ale klęską tego świata nie jest to, że istnieją w nim ludzie, którzy mają swoje słabości i wady… Ani nawet istnienie zła… Ale to, że dawni bohaterowie sprzeniewierzają się swoim własnym zasadom i stają się zaprzeczeniem tego, o co sami walczyli…
Fortis nie odpowiedział. Władca wykorzystał moment, w którym Nadim odsunął się lekko i zebrał w sobie resztki sił, by podnieść się na nogi. Chwycił za miecz i po raz ostatni już, ruszył w stronę przeciwnika, próbując go ugodzić. Potomek wilków odwrócił się gwałtownie. Chwycił człowieka za rękę i wykręcił ją jednym, silnym ruchem. Amir wrzasnął z bólu, padając na posadzkę i słysząc jednocześnie chrzęst łamanej kości. Zawył głucho, zaciskając powieki , kuląc się na podłodze. Nadim moment później był już przy nim.
-Wystarczy!- rzucił, biorąc kochanka w ramiona.- Nie walcz już więcej…
-Dobrze wiesz, że nie możemy mu na to pozwolić!- wycedził przez zęby Amir, drżąc.
Fortis stał pobliżu okna, zwrócony do niego twarzą. Najpierw, tak jak i wcześniej, widniał na niej zupełny spokój, ale już po chwili, coś zaczęło się zmieniać. Spokój został zastąpiony niepewnością. Później zupełnym zdumieniem, przerażeniem niemalże. Potomek wilków oddychał płytko, pełnym paniki wzrokiem patrząc w jakiś punkt przed siebie.
-Co się stało?!- zawołał w jego kierunku Amir.- Co widzisz, Fortis?!
-To niemożliwe…- szepnął wojownik.
W władcy na nowo odżyła nadzieja. Wydawało mu się, że może jego żołnierze albo bracia Nadima odkryli jakiś sposób i niepokonana armia, została powstrzymana.
-Co widzisz?!- powtórzył.
-Moi wojownicy…- rzucił Fortis, z niedowierzaniem i rozżaleniem.- Co oni robią…?- zapytał bezradnie.- Rozdzielili się… Mordują wszystkich… Nawet tych, którzy wcale nie stawiają im oporu, tych zupełnie bezbronnych… Okradają majątki… Zabierają bogactwa… Popełniają tak ohydne czyny… Jak mogą…?- zapytał bez zrozumienia.
-Dziwisz się…?- zapytał Amir.- To nie jest twoja armia, Fortis! To zaledwie jej marne wspomnienie! To tylko ciała twoich wojowników! I potępieńcze dusze, skażone tym, czego tak bardzo nienawidzisz!
-Nie… Nie… Niemożliwe…- szepnął potomek wilków, kręcąc głową.- Ja… Wybrałem najlepszych… Tych godnych ocalenia…- mówił cicho, wciąż patrząc w jeden punkt, jak w amoku.- Przysięgali mi wierność i posłuszeństwo… Jak…?
-Powiedziałem ci już!- krzyknął władca.- Twój idealny świat to nic innego, jak pobożne życzenia! Twoje kryteria nie pomogą ci w wyłonieniu tych najbardziej wartościowych… Każdy prędzej czy później zawodzi!
Fortis stał przez moment zupełnie nieruchomo. Oddychał płytko. Wciąż sprawiał wrażenie, jakby nie był w stanie uwierzyć w to, co widzi. W pewnym momencie, zaczął trząść się z bezsilnej wściekłości. Znajdujący się nad ziemią kryształ, również drżał, migocząc i zmieniając barwę z fioletu na coraz bliższą czerwieni.
-Fortis…?- rzucił z niepokojem Nadim.
Ten odwrócił się gwałtownie w ich stronę.
-NIE BĘDZIE NICZEGO!- warknął nienaturalnie niskim głosem. W jego oczach było takie szaleństwo i gniew, jakiego Amir nigdy wcześniej nie widział. Na skórze potomka wilków, jego rękach, szyi, twarzy, zaczęły pojawiać się charakterystyczne wybroczyny. Zupełnie tak jak wtedy, gdy kryształ został połączony, na skórze mężczyzny pojawiały się krwawe linie, coraz bardziej wyraźne i bardziej obfite.- JEŚLI W TYM ŚWIECIE NIE MA JUŻ NIC DO OCALENIA, NIC DO POŚWIĘCENIA, TO ŚWIAT TAKI NIE ZASŁUGUJE NA ISTNIENIE! ZAMIAST NOWEGO ŚWIATA, NASTĄPI JEGO KONIEC! A JA NIE POTRZEBUJĘ NIKOGO!- wrzasnął, odrzucając miecz na bok. Kryształ zapłonął żywym szkarłatem. Nadim wstał i próbował podnieść kochanka. Amir z jego pomocą stanął na nogi, choć jego ruchy były mocno ograniczone. Złamana lewa ręka, wisiała bezwładnie u jego boku. W prawej wciąż dzierżył broń.- SAM MOGĘ ZADAĆ ŚWIATU SPRAWIEDLIWOŚĆ! WŁASNYMI RĘKAMI MOGĘ ZGŁADZIĆ TYCH, KTÓRZY WYPACZYLI WSZYSTKO TO, O CO WALCZYŁEM!
Ruszył szybkim krokiem w kierunku Amira.
-Nie rób tego!- zaprotestował gwałtownie Nadim, podbiegając do niedawnego opiekuna i starając się go powstrzymać. Sam wyjął miecz.- Fortis! Nie panujesz nad sobą! Straciłeś kontrolę, nie zdajesz sobie sprawy z tego, co się dzieje…
Wojownik uderzył potomka wilków z taką mocą, że ten przeleciał na drugi koniec pomieszczenia i uderzył z impetem w ścianę. Osunął się bezwładnie na posadzkę.
Amir cofnął się o kilka kroków, choć wiedział, że nie uniknie starcia.
-Nie widzisz, do czego się doprowadziłeś…?- zapytał.- Mówiłeś o zabiciu zła, by ocalić dobro! Spójrz na siebie! Nie pozostało w tobie już nic dobrego.
Fortis chwycił go za szyję. Gwałtownym ruchem, uderzył nim o posadzkę, by zaraz podnieść go bez najmniejszego problemu. Amir gwałtownie łapał powietrze, ale zaraz tracił oddech. Szarpał się, jednak zupełnie bezskutecznie.
-ŚMIERTELNICY CIERPIĄ!- syknął Fortis. Znaki na jego skórze robiły się coraz bardziej widoczne.- OD WIEKÓW Z ROZPACZĄ PATRZĄ W NIEBO, MODLĄC SIĘ DO BOGÓW I WŁADCÓW, BY WRESZCIE ZESŁALI IM TO, O CZYM MARZĄ… SPRAWIEDLIWOŚĆ! JA JESTEM SPRAWIEDLIWOŚCIĄ NA KTÓRĄ CZEKALI! I DZIŚ DOSTANĄ ODE MNIE TO, NA CO WSZYSCY SOBIE ZASŁUŻYLI!
Nagle, na krysztale zaczęły pojawiać się drobne pęknięcia. Uścisk Fortisa osłabł. Amir wykorzystał tę chwilę i odsunął się prędko. Na twarzy potomka wilków malowało się zdumienie, lęk i świadomość – jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, co uczynił i co gotów był uczynić i przeraził się samego siebie. Z pokrywających całą powierzchnię kamienia szczelin, zaczęła wydobywać się szkarłatna substancja. Fortis upadł nagle na kolana, jakby nie miał już sił by ustać na nogach.
-Fortis…- wydusił z trudem Amir, patrząc w jego kierunku.
Potomek wilków siedział nieruchomo, z wzrokiem wbitym w jakiś punkt przed sobą. Teraz jednak nie sprawiał już wrażenia przytomnego, a wprost przeciwnie. Wydawało się, że nie ma pojęcia, co się wokół niego dzieje. Nie reagował ani na swoje imię, ani na nic, co działo się dookoła. Oczy miał szeroko otwarte, ale puste i pozbawione wyrazu. Usta rozchylone.
Amir nie miał pojęcia, co się właściwie stało. Kryształ krwawił coraz mocniej. Znaki znikały ze skóry potomka wilków. Rozległ się głuchy trzask. Człowiek spojrzał w kierunku sklepienia i dostrzegł, jak wzdłuż całej jego długości, rozciąga się ogromne pęknięcie. Kolejne rozchodziły się od niego w zastraszającym tempie. Pękał sufit, ściany, nawet posadzka… Mężczyzna ledwie był w stanie iść, ale przezwyciężył ból i zmęczenie. Dotarł do kompana. Przez chwilę próbował go cucić, ale miał świadomość tego, że nie ma już na to czasu. Rzucił miecz na bok. Sprawną ręką, podniósł Nadima, starając się go ustawić do pionu i podeprzeć o własne ciało. Ruszył do przodu, wciąż podtrzymując kochanka. Ledwie udało mu się opuścić pomieszczenie, a tuż za nim, runął z hukiem fragment sklepienia. Amir dostrzegł znajdujące się po drugiej stronie balkonu przejście. Portal z chwili na chwilę robił się coraz mniejszy. Władca starał się iść szybko, ale sam nie był w stanie poruszać się zbyt sprawnie, a , dodatkowo, cały czas trzymał towarzysza. Udało mu się wreszcie zbliżyć do portalu.
Poczuł szarpnięcie i w jednej chwili, stracił nad wszystkim kontrolę. Leciał w górę. Wszystko dookoła wirowało w szaleńczym tempie. Ciemność zmieniała się w szarość, szarości stawały się kolorami, coraz bardziej wyrazistymi i jaskrawymi…
Wylądował na ziemi. Zamroczyło go na dłuższą chwilę. Nie był w stanie się ruszyć. Słyszał trzask ognia i dobiegające z oddali krzyki. Wreszcie uchylił powieki. Leżał na ulicy. Okoliczne domy i budynki płonęły. Przetoczył się na bok, w stronę leżącego przy nim, nieprzytomnego kochanka.
-Nadim…- szepnął, usiłując go dobudzić.- Nadim!
Potomek wilków nie odpowiadał. Na jego skroni znajdowało się sporej wielkości rozcięcie, które krwawiło obficie. Amir nie bez trudu stanął na nogi, resztkami energii, podnosząc raz jeszcze potomka wilków, opierając go o siebie i starając się dotrzeć gdzieś, gdzie mógłby znajdować się ktoś, będący w stanie udzielić im pomocy. Drogę ścieliły martwe ciała. Wiele z nich należało do potomków wilków, choć zdecydowana większość do ludzi. Zakrwawione, poranione okrutnie, poparzone, leżały jedno przy drugim, wyznaczając ślad, jakim podążała armia Fortisa. Amr nie patrzył na zmarłych. Starał się omijać ich i powstrzymywał się przed szukaniem wśród nich znajomych twarzy i sylwetek. Przeszedł kilkanaście metrów. Coraz wyraźniej słyszał dobiegające z niedalekiej odległości krzyki. Teraz mógł je już rozpoznać. To były okrzyki triumfu. Znalazł się w pobliżu ostatniego schronu. Chciał iść dalej, ale nie miał sił. Nadim wysunął się z jego ramion. On sam również upadł, tracąc równowagę. Nie był już w stanie się podnieść, nie był w stanie nawet się ruszyć. Ale wciąż był przytomny. Widział, jak kilkanaście metrów przed nim, na ulicy, staje dziecko potomków wilków. Jak płacze rozpaczliwie i histerycznie, zlęknione, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu kogoś, u kogo mogłoby się schronić, a zamiast tego, odnajdując jedynie tabuny zmarłych. Moment później, pojawiła się przy nim jakaś kobieta. Ludzka kobieta. Chwyciła malca w ramiona i przycisnęła go do siebie mocno, również płacząc głośno. Z jednej z posiadłości, wyrzucono ciało potomka wilków. Widać było, iż ta istota nie padła ofiarą wojny, na jej ciele próżno było szukać znaków walki i ran, które mogłyby przynieść jej śmierć. Nietrudno było się domyślić, kim była. Ledwie moment później, pojawił się przy zwłokach inny potomek wilków, którzy z gniewem i wściekłością, kopał je i okładał. Najpierw próbował go odciągnąć jeden z jego współbraci, później, jeszcze dwóch ludzi. Wreszcie opanował się. Chwilę później, wyraźna ulga wstąpiła na jego oblicze. Najpierw uściskał swojego brata, potem, po chwili stosownego wahania, również dwóch pozostałych mężczyzn. Grupa ludzi i potomków wilków pojawiła się przy schronie. Wejście do niego było otwarte już wcześniej. Wśród tych, którzy tam przybyli, Amir bez problemu rozpoznał najlepszego przyjaciela Nadima. Elnir pomagał wydostać się ze schronu części znajdujących się tam osób. Wyciągnął kilkoro dzieci, a później, pomógł jednej ze swych sióstr, a wreszcie – ludzkiej kobiecie. Ta potknęła się i omsknęła w jego ramionach. Spojrzał na nią, wyraźnie zdumiony. Uśmiechnęła się niepewnie. Powiedział kilka słów.
-Zwyciężyliśmy! Zwyciężyliśmy!- wołał czyjś uradowany głos.
Moment później, rozległ się tętent kopyt i na plac wjechał konny oddział.
Amir słyszał coraz słabiej i widział znacznie mniej. Przesunął się bliżej Nadima i przymknął powieki.

Zwyciężyli.

sobota, 17 sierpnia 2013

19. Randka [LPoH]

Przebudziłem się. Ziewając, zakryłem usta wierzchem dłoni i uchyliłem powieki, po czym przewróciłem się na bok. Andy’ego już przy mnie nie było. Podniosłem nieco głowę, by zerknąć na stojący przy łóżku zegarek. Było niewiele po dziewiątej. I tak dość późno, biorąc pod uwagę porę, o której zwykle wstawałem. Opadłem z powrotem na posłanie i przetarłem twarz dłońmi, ziewając po raz kolejny. Leżałem przez dłuższą chwilę w takiej pozycji, nasłuchując dźwięków dobiegających z mieszkania i zastanawiając się, gdzie jest teraz chłopak.
Po chwili moje myśli zeszły na zupełnie inny tor. Oczywiście nie mogłem nie przypomnieć sobie tego, co działo się wczorajszego wieczora. Bo po raz pierwszy rzeczywiście mogłem myśleć o czymś związanym z Andy’m, bez zwyczajowego poczucia wstydu i zażenowania. Całowałem go. Rany boskie, ale jak! W życiu nie całowałem nikogo w ten sposób. I chyba jemu również sprawiało to przyjemność. Całowałem jego usta, szyję, klatkę piersiową… I nie byłem tak niepewny czy nieśmiały jak zwykle. Właściwie wtedy poczułem się przy nim swobodniej. Lepiej. A to chyba oznaczało, że coś w naszych relacjach albo przynajmniej we mnie samym, zmienia się na lepsze. Chociażby odrobinę. I wiecie co jest w tym wszystkim najlepsze? Powstrzymałem się. Nie przekroczyłem kolejnej granicy. Nie zrobiłem zupełnie nic, czego mógłbym teraz żałować. A muszę przyznać, że biorąc pod uwagę okoliczności i samego Andy’ego, nie było to łatwe… Ale się udało. Nie zamierzałem niczego przyspieszać i teraz wszystko mogło się toczyć we względnie normalnym tempie. I byłem szczęśliwy. Nie, to zdecydowanie zbyt małe słowo. Właściwie teraz przeżywałem coś w rodzaju absolutnej euforii. Nie wiem, czy tak właśnie czuli się ludzie zakochani, szaleńczo zakochani, maniakalnie zakochani, a może najzwyczajniej w świecie – maniakalni i szaleni, ale w mojej wyobraźni, niczym ciąg zdjęć, przewijały się wczorajsze zdarzenia, a ja czułem przyjemne ciepło, łaskotanie w okolicach żołądka, a jakby tego było mało, na moich wargach widniał chyba wyjątkowo głupi uśmiech, którego za nic nie byłem w stanie się pozbyć. Zaraz jednak zniknął samoistnie, bowiem nie byłbym sobą, gdyby po tych przyjemnych rozważaniach, nie przyszła pora na wątpliwości. Wątpliwości nachodziły mnie zawsze i teraz nie mogło być inaczej. Nie byłem zresztą pewien, czy są one jedyną żywą oznaką, mojego przechodzącego do przeszłości zdrowia psychicznego, czy wprost przeciwnie, kolejnym symptomem jakiejś dziwacznej choroby umysłu, skoro nie mogłem się zgodzić sam ze sobą nawet w najprostszych kwestiach. Pozostało mi bowiem odpowiedzieć sobie na jedno pytanie, które niestety zawsze wzbudzało we mnie podobne emocje: Co dalej? Nawet, gdyby zakładać optymistycznie, że Andy mógłby coś do mnie czuć. Teraz albo w niedługiej przyszłości. Wszystko będzie szło naprzód swoim tokiem, bez zbytniego pośpiechu, ale w końcu i tak dojdzie do przekroczenia granicy. I co wtedy…? Wiedziałem, jaka jest sytuacja. On ma w końcu szesnaście lat! Podejrzewam, że za kolejne dwa, będzie już patrzył na życie w zupełnie inny sposób, nie mówiąc już o dłuższym upływie czasu. Niezależnie tego, jak strasznie dobijająco brzmiała dla mnie ta informacja – wciąż był jeszcze dzieckiem. Bardzo temperamentnym, bardzo zbuntowanym i doświadczonym w sprawach, o których ja miałem nikłe pojęcie, ale dzieckiem. Poza tym, nasze relacje… Nasz układ… To nie była normalna sytuacja. Nie chodziło już nawet o różnicę wieku. On tu mieszkał. Utrzymywałem go. Nie oczekiwałem od niego niczego w zamian! Ale on mógł patrzeć na to wszystko zupełnie inaczej. I nie bez powodu. W końcu który mężczyzna w moim wieku zaproponowałby dwa razy młodszemu od siebie chłopcu mieszkanie pod jednym dachem, po czym kupowałby mu ubrania i drogie prezenty…? Pomijając ewentualnych rodziców adopcyjnych, ale do miana rodzica Andy’ego nigdy nie aspirowałem. To dopiero byłoby chore. Tak czy inaczej, przedstawiona sytuacja była ponuro oczywista. Byłem zakochany w Andy’m, ale nic nie wskazywało na to, by on czuł coś podobnego i właściwie trudno mu się dziwić. Bałem się jednak, że w pewnym momencie mogę się co do tego pomylić, że przyjmę jego postawę i chęć odpłacenia mi się za to, że tutaj jest, jak deklarację uczuć. To nie byłoby właściwie. Nie chciałem być kolejną osobą, która, świadomie czy nie, wykorzystałaby go.
Uczucie euforii zniknęło, choć wciąż czułem się dobrze. Nie mogło być inaczej, po takim dniu jak wczoraj, nawet posępne rozważania nie pogrążyły całkowicie mojego nastroju. Wstałem z łóżka. Gdy ponosiłem kołdrę, coś zsunęło się z mebla i spadło na posadzkę. Nachyliłem się i podniosłem koszulkę Andy’ego. Tę samą, którą zdjął wczoraj. Zagryzłem wargę, uśmiechając się mimowolnie. A później, równie bezwiednie, przysunąłem materiał do twarzy. Andy nie miał jej na sobie długo, ale i tak nasiąknęła jego zapachem. Wchłaniałem go przez chwilę, nim uświadomiłem sobie, że to cokolwiek obłąkańcze zachowanie, więc złożyłem szybko ubranie i odłożyłem je na łóżko, po czym przeszedłem do przedpokoju. Widziałem, że w łazience pali się światło. Słyszałem też dźwięk suszarki do włosów, spomiędzy którego przebijało się coś w rodzaju nucenia. Ruszyłem do kuchni. Gdy znalazłem się w środku, wlałem wodę do elektrycznego czajnika, po czym uruchomiłem go, szykując jednocześnie dwa kubki i wkładając do nich woreczki z herbatą. Woda nie zdążyła się nawet zagotować nim Andy wyszedł z łazienki. Słyszałem tylko trzask drzwi i jego kroki. Najpierw zajrzał do mojej sypialni, chyba sądząc, że wciąż tam będę, a dopiero później skierował się do kuchni. Był już w pełni ubrany, w ciepły sweter i dżinsy. Chyba pierwszy raz widziałem go w tak wiele zasłaniającym stroju, ale nawet on musiał się w końcu dostosować do zimy, która zbliżała się wielkimi krokami.
-Herbaty…?- zagadnąłem go, uśmiechając się ciepło, widząc, jak zajmuje miejsce przy stole.
-Jasne- odparł, również uśmiechając się do mnie.
Gdy czajnik się wyłączył zalałem oba kubki wrzątkiem i położyłem jeden z nich na stojącej przed młodzieńcem podkładce. Podałem mu cukiernicę. Drugi kubek wziąłem chwilę później i oparłem się o blat, wpatrując w chłopaka. On również spoglądał w moim kierunku.
-Co z naszą randką…?- zapytał w pewnym momencie.
-Hm…?- rzuciłem, zdumiony.
-Powiedziałeś, że powinno się zaczynać od randek i spotkań…- wyjaśnił rudzielec, wzruszając ramionami.- I że chcesz, żeby wszystko toczyło się normalnie… Więc chyba planowałeś mnie gdzieś zaprosić…?- zapytał niemal podejrzliwie.
-A gdzie chciałbyś pójść?- zapytałem więc, bo nie zastanawiałem się nad tym. Dla mnie „randką” mogło być to, co robiliśmy zazwyczaj – wspólne spacery, oglądanie telewizji czy rozmowy. Nie byłem w tym aspekcie zbytnio pomysłowy.
-O nie!- zaprotestował Andy, podnosząc się z miejsca i ruszając w moim kierunku. Odruchowo odłożyłem kubek z herbatą na blat, czując, że zaraz znajdzie się blisko, niepokojąco blisko, a ja i bez wrzątku w rękach byłem tak nieporadny, że wystarczająco niebezpieczny dla otoczenia. Tak jak się spodziewałem, zatrzymał się tuż przy mnie i oparł dłonie na moich biodrach, wpatrując mi się prosto w oczy. Przełknąłem ślinę.- To ty masz mnie gdzieś zaprosić, nie…? O, mam pomysł!- rzucił po chwili. Jego dłonie przesunęły się nieco wyżej i chwilę później, objął mnie ciasno wokół pasa, przyciskając się do mnie.- Przypomnij sobie, jak byłeś w moim wieku…- zaczął, zagryzając figlarnie wargę.- I jak spotkałeś kogoś, kto bardzo ci się podobał…
-Nie wiem czy jest cokolwiek do przypominania…- odparłem, uśmiechając się niepewnie.
-No co ty? Musi być…- stwierdził Andy, patrząc na mnie bez zrozumienia. Pokręciłem głową.- Przecież każdemu ktoś się podoba, nie? Niekoniecznie facet, jak wtedy cię nie kręcili… Możesz myśleć też o dziewczynie… Serio? Nikt?
-Nie sądzę…- odpowiedziałem ostrożnie. W czasach mojej młodości, owszem, umawiałem się na randki i spotkania, wtedy oczywiście tylko z dziewczynami, oczywiście tylko w moim wieku, ale nie było w tym nic… szczególnego. Nic, co można by choćby porównać do odczuć, jakie wzbudzał we mnie Andy. Wtedy wszystko toczyło się jakoś inaczej. Zaczynało się od koleżeństwa, przyjaźni, wszystkie „poważniejsze” relacje, nawiązywały się same i chyba w gruncie rzeczy… nigdy zbyt poważne nie były. Nie dla mnie. Nie przeżywałem tragicznych rozstań, nie rozważałem wszystkiego po stokroć, jak zdarza mi się to czynić teraz, nigdy nie byłem zbyt pewny siebie, ale też nie wpadałem w panikę przy każdej, najdrobniejszej okazji i przede wszystkim… Na pewno nie byłem tak zakochany.
I dobrze. Najwyraźniej tego rodzaju szaleństwa przydarzają się człowiekowi raz w życiu.
-Więc wyobraź sobie, że jesteś w moim wieku…- zaczął po raz kolejny Andy, po czym dodał- Albo nie, dwa lata starszy. Lubię starszych- mruknął z zaczepnym uśmiechem i pewnie mogłoby to brzmieć nawet pocieszająco, gdyby nie fakt, że ktoś starszy o dwa lata, a ktoś starszy o lat szesnaście, to jednak kolosalna przepaść.- Wyobraź sobie, że mnie spotykasz. Wtedy. Tak po prostu. Gdzieś pod szkołą albo coś. Co byś zrobił?
-Zapewne chciałbym cię poznać…- odpowiedziałem, uśmiechając się lekko.
-Jak…?- drążył dalej Andy.
Jego dłonie wędrowały niespiesznie wzdłuż moich pleców, masując je. Drgnąłem mimowolnie.
-Podszedłbym do ciebie…- odparłem, bo sądziłem, że tego właśnie oczekiwał, choć gdyby taka sytuacja w istocie miała miejsce, bardzo wątpię, bym rzeczywiście zrobił coś podobnego. Ja i Andy spotkaliśmy się w dość… specyficznych okolicznościach. Kiedy niespodziewanie napotyka się w swojej sypialni na młodego chłopaka, trudno nie zamienić z nim choć kilku zdań, które można by uznać za „zaznajomienie się”. Nie byłem natomiast szczególnie otwartym człowiekiem. Wszyscy znajomi, jakich miałem obecnie, byli w większości także znajomymi Hugo i dlatego utrzymywałem z nimi relacje. Hugo z kolei poznałem w pracy. Tak właśnie zapoznawałem się więc z ludźmi: albo przez innych ludzi, albo z braku innych możliwości. Rzadko z własnej inicjatywy.
-I co byś powiedział…?- szepnął rudowłosy. Podniósł się nieco na palcach. Jego usta znalazły się tuż przy moich, jakby lada chwila miał mnie pocałować.
Zagryzłem wargę, czując, że robi mi się gorąco, a mój umysł zaczyna być dziwnie otępiały i nie pozwala mi się skoncentrować na niczym innym, prócz zielonych, wpatrzonych we mnie z wyczekiwaniem, oczu chłopaka i jego rozchylonych ustach.
-Eee… „Cześć”…?- rzuciłem niepewnie.
Andy wciąż mnie obejmował, ale cofnął głowę i uniósł brew w geście politowania.
-Serio, Mitch…?- parsknął pobłażliwie.- Rany, nawet w sytuacjach hipotetycznych jesteś takim sztywniakiem…
-Co innego miałbym powiedzieć…?- zapytałem odrobinę bezradnie. Nie chciałem być sztywny. Chciałem być przystojnym, wyluzowanym i pewnym siebie facetem. Takim, który nie miałby problemu z odezwaniem się do kogoś zupełnie obcego i wymyśleniem czegoś znacznie bardziej kreatywnego. Niestety jednak, poza sferą marzeń, w trakcie których, co dość żałosne, przypominałem bardziej swojego najlepszego przyjaciela niż siebie, wciąż byłem tylko i wyłącznie Mitchem.
-No nie wiem… Coś, co podkręciłoby atmosferę- odpowiedział swobodnie Andy, wzruszając ramionami.- Żebyśmy mogli pójść razem w ustronne miejsce…- dodał zaczepnie i uśmiechnął się zalotnie, ocierając się przy tym o mnie sugestywnie.
… Rany boskie. Jeszcze chwila, a dosłownie wejdę w stojący za mną blat, bo co rusz odruchowo próbowałem się cofnąć, żeby choć trochę opanować i swój skołatany umysł i bieżącą sytuację, ale niestety moje położenie było dosyć niefortunne.
-Ustronne miejsce…- powtórzyłem, odkaszlnąwszy cicho, starając się skupić na rozmowie, choć było to równie trudne jak zwykle, gdy był tak blisko.- Przecież… Przecież to byłoby nasze pierwsze spotkanie.
-No… A które niby miałoby być, żeby ci to odpowiadało?- parsknął z rozbawieniem chłopak.- Och, czekaj, nie mów. W końcu przestałeś być prawiczkiem, gdy miałeś dwadzieścia trzy lata. Serio, Mitch, nie chcę być złośliwy, ale jeśli zamierzasz tyle czekać i teraz, to możesz tego nie dożyć…
… To bardzo prawdopodobne, chociażby biorąc pod uwagę fakt, że za każdym razem, gdy znajdujemy się w takiej sytuacji jak ta, jestem bliski zawału.
-Więc…? Gdzie byś mnie zabrał?- zapytał Andy, patrząc na mnie z uwagą.
Zastanawiałem się przez chwilę nad tym, dokąd zwyczajowo ludzie wybierają się na randki i tego typu spotkania.
-Do restauracji- odpowiedziałem.
Andy spojrzał na mnie sceptycznie.
-Jasne!- parsknął z niedowierzaniem.- Wstydziłbyś się!
-Wcale nie…- zaoponowałem, kręcąc głową.- Nie mówię o jakiś nadętych miejscach, bo tam rzeczywiście wstydziłbym się wybrać, ale nie z tobą, tylko ogólnie. Wolę skromniejsze rejony.
-I tak byś się wstydził- stwierdził z pełnym przekonaniem Andy.- Sam wiesz, że jesteś ode mnie trochę starszy. Trochę bardzo. Wiesz, jak ludzie na to patrzą. Na pewno nie odważyłbyś się na nic… szczególnego...- rzucił, uśmiechając się tajemniczo, po czym wzruszył ramionami.- Przydałoby się miejsce, w którym moglibyśmy czuć się swobodnie.
-Jak na przykład…?- podchwyciłem, bo poza tym mieszkaniem, trudno było mi sobie takie wyobrazić.
-Na przykład klub- odpowiedział Andy z wyraźnym zapałem. Odchrząknąłem cicho, nieszczególnie zachwycony tą propozycją.- Serio, Mitch, znam świetne miejsce. Będziemy mogli się zachowywać tak, jak nam się żywnie podoba, potańczymy, pobawimy się…
-Nie sądzę, Andy…- odparłem ostrożnie.- Chyba jestem na to za stary.
… Przede wszystkim mentalnie, bo z wyobrażeniem sobie Hugo w takim miejscu nie miałem problemu. Ale ja…? W klubie? Pośród nastolatków w wieku Andy’ego? Tańczący…? To byłby straszny widok.
-Wcale nie!- zaprotestował chłopak, marszcząc brwi.- Mitch, tam jest masa starych ludzi! W sensie… Nie że ty jesteś stary, tylko… No… Ogólnie starych. Starych i starszych. Nawet od ciebie…- … dobór słów Andy’ego coraz bardziej mnie załamywał…- Są faceci, którzy mają na karku pięćdziesiąt lat, jak nie więcej! Spotykają się tam z chłopakami i dziewczynami, także w moim wieku i nikomu to nie wadzi!
… Nie wadzi?
Mnie właśnie zaczęło. Zwłaszcza, gdy przypomniałem sobie wieczorne wypady Andy’ego do tego miejsca, bo spodziewałem się, że właśnie w tym klubie zdarzyło mu się bywać. O mój Boże, chyba do niczego tam nie dochodziło…? Nie, oczywiście, że nie. Andy przecież mnie zapewniał, że nie robi… takich rzeczy… za pieniądze. Co prawda to nie oznaczało, że nie robi ich wcale… A poza tym… Dosyć! Dosyć tego, Mitch!
Nie miałem nawet ochoty wyobrażać sobie takich rzeczy. Andy bywał tam w końcu rzadko, a ostatnimi czasy – wcale. Nie miałem prawa niczego insynuować. Musiałem uwierzyć mu na słowo. Co nie zmienia faktu, że byłem przekonany, iż jeśli kiedykolwiek usłyszę, że zamierza się tam zabrać, dołożę wszelkich starań, żeby go od tego odciągnąć.
… Tak jakby rudzielca dało się odciągnąć od czegokolwiek.
-A może po prostu przejdziemy się po parku...?- zasugerowałem nieśmiało.
Andy wydał z siebie ciężkie, pełne dezaprobaty westchnienie.
-Już wiem!- rzucił po chwili.- Chodźmy do jakiegoś miejsca, w którym spotykają się tacy faceci jak my.
-Tacy faceci jak my…?- dopytałem niepewnie.
Rudzielec uniósł brew w pobłażliwym geście.
-No. Geje- stwierdził.- Na pewno jest takie miejsce w tym mieście, w każdym jest, trzeba by się tylko rozejrzeć albo poszukać na internecie. Nie mówię o żadnej spelunie, ale o zwykłej knajpie- wyjaśnił, widząc moją daleką od zachwytu minę.- Moglibyśmy się trochę pobawić i czulibyśmy się swobodnie…
… Taaak…
…Czuć się swobodnie, mając wokół siebie stado napalonych facetów gapiących się na Andy’ego…
Zupełnie nie wiem czemu, nie wydawało mi się to dobrym pomysłem!
-Zostańmy w domu…- rzuciłem cicho, wiedząc, że raczej mu się to nie spodoba, ale to było jedyne miejsce, w którym czułem się dobrze.
-ZAWSZE jesteśmy w domu- odmruknął rudzielec iście dramatycznym tonem.- Dobra, Mitch- dodał jednak po chwili, ku mojemu zdumieniu.- Zostaniemy tutaj. Ale wciąż chcę randki…- zaznaczył, uśmiechając się lekko.- Takiej z prawdziwego zdarzenia. Chcę… Chcę…- zawahał się i zastanowił, jakby nie do końca wiedział, jak „randki z prawdziwego zdarzenia” wyglądają. Ja też miałem o tym marne pojęcie, więc wolałem poczekać na jego sugestie.- Chcę świece. Serio. I… I coś dobrego do jedzenia. W sensie kolację. Mógłbyś ugotować to, co ostatnio. To mięso z pieczarkami. Było naprawdę pyszne!
-Zgoda- odpowiedziałem, uśmiechając się łagodnie i ciesząc, że jednak nie czekają mnie żadne przygody.- Będę musiał pójść na zakupy.
-Więc kup jeszcze wino- rzucił Andy.
Przy tej propozycji zawahałem się wyraźnie.
-Upijanie nieletnich to przestępstwo…- stwierdziłem ostrożnie.
Rudzielec wzruszył ramionami.
-Sam się upiję- odparł pogodnie i uśmiechnął się szeroko.
… Taaak…
Nie byłem pewien, czy to dobry pomysł.
I na trzeźwo trudno było mi się niekiedy hamować w towarzystwie rudowłosego, więc nawet trochę podpity, nie mówiąc już o głębszych stadiach alkoholowego upojenia, mogłem zrobić naprawdę coś głupiego. No i Andy nie powinien pić. Wiedziałem, że chłopacy w jego wieku i tak to robią, ja zresztą również w młodości próbowałem alkoholu znacznie wcześniej niż powinienem, ale mimo wszystko. Byłem od niego starszy, byłem dorosły, to na mnie spoczywała odpowiedzialność.
-Więc jak będzie z tym winem, Mitch…?- rzucił, unosząc brew.- Bo wiesz, ja chcę PRAWDZIWEJ randki…
-Abstynenci nie chodzą na randki?- zażartowałem, uśmiechając się lekko.
-Chodzą. Ale pewnie gorzej się bawią- odpowiedział rudzielec, chichocąc.- Po prostu kup jakieś dobre wino, Mitch, na pewno się na tym znasz. Nie upiję się przecież. Mam mocną głowę, a poza tym będziesz mnie pilnował. Więc jak…?

Zgodziłem się.
Nie byłem z tego szczególnie dumny, ale nie od dziś wiedziałem, że naprawdę nie jestem w stanie mu odmówić. Andy chciał swojej „prawdziwej” randki, a ja chciałem, żeby dostał to, czego oczekiwał. Świece miałem w domu – co prawda przygotowane na wypadek nagłej awarii prądu, ale na taką okazję też się nadawały. Wynalazłem nawet jakieś dziwaczne świeczniki, o których obecności zupełnie zapomniałem. Oprócz tego, poszedłem oczywiście na zakupy, by upewnić się, że mam wszystko, co potrzebne do przygotowania kolacji i wybrać wino. Później zajmowałem się gotowaniem, a Andy chyba zajmował się sobą, w każdym razie siedział na salonie w kanapie, pisząc coś na swoim telefonie. Co jakiś czas zaglądałem do niego i uśmiechałem się lekko albo zagajałem go o coś. Odpowiadał uśmiechem albo paroma zdawkowymi słówkami. Wciąż byłem ciekaw, z kim pisze. Z tego, co pamiętałem, pokłócił się ze swoimi znajomymi. Nie chciałem jednak burzyć nastroju, bo wiedziałem, że tego rodzaju pytania go irytują, a zatem nie pytałem. Umówiliśmy się na osiemnastą. Zupełnie tak, jakby to była prawdziwa randka. Z początku trochę mnie to bawiło, ale im bliżej było kulminacyjnej godziny, tym bardziej się stresowałem. Może dlatego, że to BYŁA prawdziwa randka. A przynajmniej tak to odczuwałem. Już na kwadrans przed wyznaczonym czasem, wszystko było gotowe – kuchnia oświetlona jedynie światłem świec, nakryty obrusem stół, na którym znajdowały się dwa talerze z przygotowanym przeze mnie jedzeniem, sztućce, serwetki, kieliszki i wino.
Wszystkie elementy, których oczekiwał Andy.
Wszystkie one przygotowane tak, jak należy.
Wszystkie idealnie pasujące do nastroju i sytuacji.
Prócz jednego. Mnie.
Wiedziałem, że jeśli coś pójdzie nie tak, to wyłącznie z mojej winy. Jeśli powiem o parę słów za dużo, albo o parę słów za mało, jeśli się wygłupię, albo zanudzę rudowłosego na śmierć, jeśli za bardzo się zawstydzę i umilknę zupełnie, albo wprost przeciwnie, zrobię się zbyt śmiały i posunę za daleko… Dobry Boże, tyle wątpliwości! Stresowałem się jak nastolatek przed swoim pierwszym spotkaniem. Nawet się przebrałem. Ha! Nie w zwyczajowy strój. Wybrałem znacznie lepszą, nienoszoną jeszcze koszulę i czarną marynarkę. Do tego dżinsy. Wiedziałem, że Andy lubi, gdy ubieram się trochę luźniej. Miałem nadzieję, że wyglądam właściwie, choć czułem się zupełnie nie na miejscu, jakbym nie był gotowy na tego rodzaju spotkanie. Przyłapałem się na tym, że trzęsły mi się ręce, serce biło mi jak oszalałe, w myślach starałem się ułożyć jakieś tematy do ewentualnej rozmowy albo przynajmniej sposób jej rozpoczęcia, ale wszystko mnie rozpraszało. Denerwowałem się, jakby to było jedno z moich pierwszych i najważniejszych spotkań z Andy’m, na którym koniecznie musiałem zrobić dobre wrażenie, a nie tak, jakby chłopak mieszkał ze mną już od dłuższego czasu i dobrze mnie znał.
Pięć minut przed czasem czekałem w kuchni, nerwowo krążąc dookoła i niepokojąc się, czy chłopak w ogóle się pojawi.
… Co chyba było tylko kolejnym dowodem na moją kiepską kondycję psychiczną, bo trudno było mi sobie wyobrazić, by mogło być inaczej. W końcu Andy był w mieszkaniu – teraz konkretnie w swojej sypialni, ale trudno, by zapomniał o naszej „randce”, skoro sam wszystko zaplanował i wymyślił, ja godzinami krzątałem się po całym domu, przygotowując się, a w całym mieszkaniu unosił się teraz zapach mięsa i pieczarkowego sosu. Nawet gdyby jednak zapomniał, co byłoby dość trudne, na pewno i tak wkrótce pojawiłby się w kuchni. Musiał przecież coś zjeść.
Ale rudzielec nie zapomniał.
Usłyszałem, jak otwierająsię drzwi od jego pokoju. Była dokładnie osiemnasta, gdy pojawił się w progu kuchni. On również ubrał się inaczej. W koszulę, co prawda nie białą, a ciemnoniebieską, której kilka górnych guzików pozostawił niedopiętych. Miał też na sobie czarne dżinsy. Wyglądał bardzo elegancko i znacznie… spokojniej, niż zwykle. Spojrzał na przygotowany stół, później na mnie. Uśmiechnął się tajemniczo.
Odpowiedziałem bardzo nerwowym uśmiechem i odkaszlnąłem jedynie, siadając. Zajął miejsce naprzeciwko mnie.
-Wyglądasz… bardzo pięknie- wydusiłem z siebie po chwili.
Andy uśmiechnął się szeroko.
-Cóż… Dziękuję, Mitchellu…- odparł sztucznie oficjalnym tonem.
Obaj parsknęliśmy śmiechem.
Poczułem się trochę swobodniej. Może dlatego, że wyglądało na to, iż nie tylko ja potraktowałem sprawę całkiem poważnie. A może ze względu na to, że Andy również sprawiał wrażenie nieco podenerwowanego… A to zdecydowanie nie był codzienny widok.
-O czym ludzie rozmawiają… na takich prawdziwych randkach?- zapytał niepewnie.
Nie mogłem się nie uśmiechnąć, słysząc te słowa. Sam mógłbym je wypowiedzieć.
-Nie mam pojęcia- przyznałem szczerze.- Chyba o tym, o czym chcą rozmawiać. Nie wydaje mi się, żeby musiało to być coś szczególnego…
Siedzieliśmy przez dłuższą chwilę w dość krępującym milczeniu, jakbyśmy obaj liczyli na to, że to druga osoba zacznie coś mówić. Z mojej strony był to wyraz uzasadnionych nadziei, ze strony Andy’ego – raczej bezradności, bo liczenie na moją inicjatywę było wielką naiwnością. W końcu podniosłem się nieco i sięgnąłem po butelkę wina. Otworzyłem i nalałem szkarłatnego trunku do naszykowanych wcześniej kieliszków.
Rudowłosy uśmiechnął się z rozbawieniem.
-Nic tak nie rozwiązuję języka jak alkohol…- stwierdził.
Chwilę później, życzyliśmy sobie nawzajem smacznego i zaczęliśmy jeść. Wkrótce rozmowa potoczyła się sama i to chyba nie za sprawą alkoholu, bo ja jeszcze nie zdążyłem skosztować swojego wina, a Andy wypił ledwie kilka łyków. Pochwalił moją kuchnię, dopytywał o jakieś szczegóły, następnie, nie wiedzieć kiedy, zeszliśmy na temat mojej wczesnej młodości – randek i dziewczyn, jakie mnie wtedy interesowały. Rudzielec wydawał się być tym bardzo zaciekawiony, choć ja nie miałem wiele do opowiadania. Później on sam mówił coś o swojej przeszłości, ale jak zwykle, bardzo niewiele. Niedługo później, rozmawialiśmy już o jakimś show, które widział ostatnio w telewizji, o tym, czy zauważyłem, że jedna z naszych sąsiadek jest uderzająco podobna do jakiejś sławnej celebrytki (na co oczywiście nie zwróciłem uwagi), a nawet o pani Wilcox, choć ona sama prawdopodobnie nie chciałaby słyszeć, jakie Andy miał o niej zdanie. Wszystkie te tematy były lekkie i względnie przyjemne. Rozmowa toczyła się właściwym torem, ja nie odpowiadałem półsłówkami, tylko naprawdę brałem w niej udział, a przy okazji trochę się zrelaksowałem. Co prawda wciąż byłem zdenerwowany (spójrzmy prawdzie w oczy – zawsze taki byłem), ale mniej niż z początku. Przez całą kolację skosztowałem kilku, bardzo oszczędnych łyków trunku, nie chcąc by alkohol choć trochę przyćmił mi umysł. Wystarczająco przyćmiewała go już obecność Andy’ego, poza tym zawsze miałem słabą głowę. Chłopak – wprost przeciwnie. Wypił pierwszy kieliszek i zaraz dolał sobie kolejny. Wtedy jeszcze nie oponowałem, ale gdy po raz trzeci sięgnął po butelkę, poczułem się w obowiązku, by zaprotestować.
-Daj spokój, Mitch…- parsknął Andy, słysząc moje ostrzeżenie. Był bardzo wyluzowany. Jeszcze bardziej niż zwykle, a już chyba sam ten fakt świadczył, że nie był to stan naturalny.- Wiem, jak pić. Poza tym nie chcesz chyba, żeby takie dobre wino się zmarnowało?
Pozwoliłem mu więc wypić i trzeci kieliszek, przysięgając sobie, że gdy spróbuje dolać resztkę wina, naprawdę go powstrzymam. Andy jednak stracił zainteresowanie butelką. Przesunął pusty talerz na bok i oparł łokcie na stole, podpierając głowę na dłoniach i przyglądając mi się z uwagą. Uśmiechnąłem się do niego, po czym podniosłem się i zabrałem puste naczynia, a następnie wstawiłem je do zlewu, by zaraz wrócić na swoje miejsce. Andy zagryzł wargę. Wciąż spoglądał na mnie z nieodgadnioną miną.
-Chcę cię pocałować, Mitch…- stwierdził w końcu.
Podniósł się nieco, pochylając wzdłuż stołu. Uśmiechnąłem się mimowolnie i również zbliżyłem się do niego. Szybko jednak odsunąłem się widząc, jak blisko płomienia świec znajdują się włosy chłopaka.
-Andy, uważaj!- rzuciłem ostrzegawczo.
Zorientował się w porę i usiadł z powrotem.
-Rany…- rzucił, po czym zaśmiał się cicho.- Świece chyba nie były najlepszym pomysłem, co…?
Zapadła cisza.
A moment później, Andy dosłownie zerwał się z miejsca i w mgnieniu oka, nim zdążyłem się zorientować, co właściwie się dzieje, wylądował na moich kolanach. Spojrzał na mnie z wyjątkowo zadowoloną miną i nie czekając na nic więcej, wpił się gwałtownie w moje wargi. Objąłem go wokół pasa, odruchowo opierając jedną dłoń na jego policzku. Jego skóra była lekko zaczerwieniona i gorąca. Wiedziałem, że wbrew temu, co mówił, za dużo wypił. Przycisnął się do mnie mocno, nie przestając całować mnie namiętnie, zachłannie, przejmując całą inicjatywę i pożądliwie penetrując wnętrze moich ust. Wplotłem palce w jego włosy, oddając pocałunek, choć będąc wciąż na tyle zdezorientowanym, że nie do końca byłem w stanie dostosować się do tempa, które narzucił. Po chwili oderwał się od moich warg. Zachichotał na widok mojej zaskoczonej miny. Wciąż siedząc mi na kolanach, sięgnął do tyłu po mój, do połowy pełen, kieliszek wina. O nie, nie… Chwyciłem go za nadgarstek, nim przysunął go sobie do ust. Spojrzał na mnie bez zrozumienia. Skorzystałem z chwili, i tym razem to ja go pocałowałem. Znacznie bardziej subtelnie i powoli, sprawiając, że rudzielec skoncentrował się na mnie i wykorzystując jego moment nieuwagi, by delikatnie wysunąć kieliszek z jego dłoni i odłożyć go z powrotem na stół. Andy objął mnie wokół szyi, jakby nie zorientował się, że cokolwiek zrobiłem, albo zorientował się, ale i tak niewiele go to w tej chwili interesowało. Jego język prowokował mój do tańca, z początku jeszcze bardzo łagodnego, z chwili na chwilę jednak, coraz bardziej namiętnego i pełnego pasji. Całowałem go długo, rozkoszując się każdą chwilą, każdą sekundą i czując, jak jego dłonie przesuwają się wzdłuż mojej klatki piersiowej. Jego palce zacisnęły się na materiale koszuli. Szarpały przez moment za jej materiał, po czym podążyły się w stronę guzików. Po chwili Andy rozpiął jeden, moment później drugi… Wiedziałem, do czego to zmierza. I choć, nie da się ukryć, całe moje ciało zdawało się protestować przeciwko podjętej przeze mnie decyzji, ten wieczór nie mógł skończyć się w taki sposób. Nie teraz. Nie w tych okolicznościach. Nie tak szybko. I na pewno nie z nie do końca trzeźwym Andy’m. Chwyciłem go za dłonie i ścisnąłem je lekko. Nie protestował. Właściwie po chwili zdawał się o tym zapomnieć i objął mnie ponownie, by zaraz przerwać pocałunek i rzucić:
-Chcę zatańczyć.
Uśmiechnął się przy tym z lekkim rozbawieniem i zagryzł dolną wargę, wyraźnie oczekując na moją reakcję. Zaśmiałem się cicho.
-Tutaj…?- zapytałem niepewnie.
-Może być. Ale do muzyki!- rzucił Andy.
To mógł być pewien problem. Miałem w salonie niedużą kolekcję płyt, ale wątpiłem, by muzyka, której słuchałem ja, nadawała się do tańca i odpowiadała rudzielcowi. Ale na kuchennym blacie wciąż stało radio. Zacząłem podnosić się powoli, dając szansę rudowłosemu, by ten wstał pierwszy. Gdy tak się stało, ruszyłem w stronę urządzenia. Chłopak podążył za mną. Jego krok nie był chwiejny ani niestabilny, sprawiał raczej wrażenie trochę znużonego. Włączyłem radio i przez moment szukałem stacji, na której zamiast rozmów i wiadomości, leciała jakaś piosenka. Udało mi się to, nieznacznie zwiększyłem głośność i zaraz w pomieszczeniu dało się usłyszeć jakiś taneczny, szybki utwór. Szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia, jak tańczy się do tego rodzaju muzyki. Wyciągnąłem ręce w kierunku Andy’ego. Ten chwycił mnie za dłonie i uśmiechnął się lekko. Przyciągnąłem go do siebie, licząc na to, że to on w jakiś sposób naprowadzi mnie na to, co właściwie robić. Zamiast tego, rudzielec objął mnie ciasno w pasie i przycisnął się do mnie kurczowo, opierając głowę na mojej klatce piersiowej. Byłem trochę zdezorientowany. Przytuliłem go do siebie. Powoli ruszyliśmy, choć trudno było nazwać to tańcem. Kręciliśmy się w kółko, nie przywiązując najmniejszej wagi do tego, by choćby próbować poruszać się w rytm muzyki.
-Andy… Jesteś śpiący…- zauważyłem niezbyt odkrywczo, bo od kilku dobrych minut miał przymknięte powieki i opierał się o mnie całym ciężarem ciała.
-Wcale nie- wymruczał rudzielec głosem dalekim od przytomności, mało zatem przekonującym.
Uśmiechnąłem się do siebie.
Kroki chłopaka stawały się coraz bardziej powolne, momentami zupełnie przystawał w miejscu, więc w końcu i ja się zatrzymałem. Stałem i, najzwyczajniej w świecie, kołysałem go w ramionach, ale on zdawał się nie zwracać najmniejszej uwagi na to, że coś się zmieniło. Po chwili zorientowałem się, że chyba naprawdę spał. Albo przynajmniej był w stanie bliskim snu, w każdym razie, niewiele do niego docierało.
-Obejmij mnie wokół szyi…- szepnąłem mu do ucha.
Wymamrotał coś niewyraźnie, zarzucając jedną rękę na mój kark. Chwyciłem go w ramiona i podniosłem powoli. Ruszyłem w stronę drzwi, starając się unikać ewentualnych przeszkód, co okazało się nie być takie proste. Nie wypiłem dużo, właściwie wcale, więc naprawdę nie mogłem usprawiedliwić swojej kiepskiej koordynacji ruchowej alkoholem, ale prawda była taka, że trudno było mi jednocześnie skupiać się na tym, by nie upuścić chłopaka, nie zrobić krzywdy jemu, sobie, ani nie zniszczyć niczego dookoła. W efekcie czego, przechodząc obok stołu, niechcący przewróciłem jedno z krzeseł, a moment później, omal nie uderzyłem głową Andy’ego o futrynę. Nieszczęścia udało się jednak uniknąć i ostatecznie przeniosłem rudzielca do salonu, uznając, że nie warto ryzykować dalszej przeprawy do sypialni. Wyjąłem z górnej szafki koc i nakryłem nim troskliwie chłopaka. Ten jedynie przewrócił się na drugi bok, nawet nie otwierając oczu.
Spoglądałem na niego przez chwilę, po czym wróciłem do kuchni, jedynie po to, by posprzątać po kolacji i umyć naczynia. Następnie, przeszedłem do sypialni, by wziąć piżamę i skierowałem się do łazienki. Gdy znalazłem się w środku, rozebrałem się bez zbytniego pośpiechu i otworzyłem drzwi od kabiny prysznicowej, po czym wszedłem do jej wnętrza. Odkręciłem kurek. Stanąłem tuż pod strumieniem wody i obracałem się pod nim powoli, rozkoszując się przyjemnym ciepłem. Zamiast zacząć się myć, pogrążyłem się w myślach na temat zdarzeń z tego wieczora. Wszystko działo się tak szybko… Trudno się zresztą dziwić. Andy był młody, energiczny. Miał zupełnie inne spojrzenie na świat, inne zasady. Momentami nie mogłem za nim nadążyć. Dla niego seks był… czymś oczywistym. Dobrą zabawą. Sposobem na okazanie sympatii. Odwdzięczenie się. Zajęcie wolnego czasu. Ja… nie patrzyłem na to w taki sposób. Może gdyby chodziło o kogokolwiek innego, byłoby mi łatwiej. Może gdyby to, co do niego czułem, dało się określić jedynie mianem pożądania, nie musiałbym się wahać i zastanawiać. Ale wahałem się. Bo wiedziałem, że nie tego chcę. Owszem, pragnąłem Andy’ego szaleńczo, obłąkańczo i tak, jak jeszcze nikogo innego wcześniej, ale… Zależało mi na czymś innym. Na nim. Na tym, żeby… żeby poczuł do mnie to samo, co ja czułem do niego. Choćby w maleńkiej części. Wiedziałem, że to mało prawdopodobne. Moje uczucia do niego były zupełnie nie na miejscu, ale w pewien sposób zrozumiałe – Andy był po prostu doskonały. Młody, przystojny, otwarty, kuszący, niczym zakazany owoc… A ja? Ja byłem dla niego tylko „starym” Mitchem. Dziwakiem, który zabrał go pod swój dach z niezrozumiałych pobudek, których sam nie potrafił przekonująco wyartykułować. Nudziarzem bez prawa jazdy. Sztywniakiem, nie lubiącym tłumów i nie potrafiącym się bawić. Było tysiąc powodów, bym ja zainteresował się nim. I zero, by on to zainteresowanie odwzajemnił.
Dobry Boże… Westchnąłem ciężko. Jeszcze chwilę temu miałem naprawdę świetny nastrój i znów sam go sobie popsułem. Nawet w takiej kwestii jestem najzupełniej w świecie żałosny. Nie raz słyszałem w telewizji o tym, iż nie należy samemu się dołować, a zamiast tego, powtarzać sobie, jaką to jest się świetną i wspaniałą osobą. Podobno to nie tylko podnosi na duchu, ale ma też moc sprawczą. Chciałbym umieć powiedzieć o sobie choć jedno takie zdanie. Naprawdę. Choć jedno zdanie, przy wypowiadaniu którego, nie wybuchnąłbym jednocześnie śmiechem.
Postanowiłem sobie, że gdy wyjdę, przeniosę Andy’ego do jego sypialni. Kanapa była twarda i niewygodna. Nie chciałem, żeby nazajutrz obudził się obolały. Po chwili jednak, usłyszałem jakieś dźwięki, które mogły świadczyć o tym, że chłopak już nie spał. Jakby ktoś otwierał szafki… Albo coś przesuwał… Nie byłem pewien i właściwie nie musiały one dobiegać z wnętrza mojego mieszkania, ale równie dobrze od sąsiadów, z góry albo z dołu. Moment później dotarło do mnie, że ktoś otworzył drzwi od łazienki. Chyba. Chyba otworzył drzwi od łazienki… Tak mi się zdawało, ale również nie miałem pewności. Ścianki prysznica były zaparowane, nawet gdyby zresztą było inaczej, zrobione były z takiej struktury, że zobaczyłbym wiele. Nasłuchiwałem. Akurat w chwili, gdy stwierdziłem, że zapewne była to pomyłka, usłyszałem kroki i upewniłem się, że ktoś jednak jest w pomieszczeniu.
-Andy?- zawołałem, zupełnie tak, jakby mógł to być ktokolwiek inny.
Pomyślałem, że chłopak wstał i musiał pójść do toalety. Nie chciałem wychodzić stąd i tego sprawdzać. To byłoby krępujące dla nas obu. Nie usłyszałem odpowiedzi. Zamiast tego, po krótkiej chwili, drzwiczki od kabiny otworzyły się gwałtownie.
Zaskoczyło mnie to i jednocześnie przeraziło tak bardzo, że chciałem cofnąć się gwałtownie, przez co poślizgnąłem się i tylko fakt, że zaparłem się dłońmi o ścianki prysznica, powstrzymał mnie przed twardym lądowaniem.
Andy stał u wejścia kabiny. Nagi. KOMPLETNIE NAGI.
-A… An… Andy…- wydusiłem z niemałym trudem, usiłując się zasłonić i jednocześnie kuląc w kącie, jakbym miał zaraz paść ofiarą jakiegoś strasznego przestępstwa.
Chłopak uśmiechnął się z rozbawieniem.
-Co tam, Mitch…?- zapytał tak swobodnie, jakbyśmy wciąż konwersowali sobie przy kolacji, a nie znajdowali się w tak… krępującej i zdecydowanie niecodziennej sytuacji.- To wino trochę mnie zmogło. Nie wiem czemu, alkohol zwykle tak na mnie nie działa… Chyba, że mi czegoś dosypałeś…- rzucił prowokująco, uśmiechając się złośliwie.- Jak było, Mitch…? Dotykałeś mnie, gdy spałem…?
Rzuciwszy te słowa, ruszył do przodu. Postawił stopę w kabinie.
-Andy!- krzyknąłem, mocno spanikowany tym, co właśnie się działo. Uniosłem dłoń, jednocześnie w obronnym i zatrzymującym geście. Boże, Boże, Boże… Zaraz naprawdę stanie się coś zupełnie niestosownego…- Wiesz dobrze, że nigdy bym czegoś takiego nie zrobił…- stwierdziłem, przełykając ślinę i widząc, że chłopak, nie zważając na mój protest, znalazł się już we wnętrzu kabiny i zamknął za sobą drzwi. Wiedział. Zachichotał, wyraźnie rozbawiony całą sytuacją.- I… I… I co właściwie tu robisz…?- rzuciłem w końcu, jakbym naprawdę liczył na to, że mogę jeszcze zachować choć odrobinę kontroli nad tym, co się działo.
-Jesteś taki oszczędny, Mitch…- zaczął niewinnie rudzielec.- Nie przyszło ci nigdy do głowy, że powinniśmy też oszczędzać wodę…? Wspólne prysznice i kąpiele to dobry pomysł, nie sądzisz…?
Zbliżył się do mnie. Po raz kolejny tego dnia, znalazłem się w sytuacji, w której nie miałem wielkiego pola manewru. On stał tuż przy mnie, patrząc na mnie z wyczekiwaniem. Strumień wody obmywał tył jego głowy i plecy. Nawet, gdy usiłowałem zrobić wszystko, by na niego nie spoglądać, w wyobraźni wciąż widziałem jego nagą sylwetkę… Przełknąłem ślinę, czując się coraz bardziej zdenerwowany. Objął mnie. Zachichotał raz jeszcze, po czym wpił się w moje usta. W pierwszej chwili odpowiedziałem na pocałunek, ale zaraz przerwałem go, starając się ratować sytuację resztkami rozsądku, który zdawał się opuszczać mnie w zastraszającym tempie.
-Andy…- rzuciłem, drżącym nieco głosem. Czułem, jak jego dłonie przesuwają się wzdłuż moich pleców, zatrzymując w okolicy bioder. Patrzył na mnie i wciąż uśmiechał się tak, jakby cała sytuacja wcale go nie krępowała.- Andy, nie… Nie powinniśmy…- zauważyłem nerwowo. Przechylił głowę, uśmiechając się jeszcze szerzej, z nutką politowania.- To nie jest odpowiedni czas… Ja… Ty… Wiem przecież, że ty nie… Nie musisz tego robić. Naprawdę. Nie zmuszaj się do niczego, bo…
-Och, przymknij się w końcu, Mitch- mruknął rudzielec, przewracając oczyma, na moment przed tym, nim ponownie mnie pocałował.
I to był koniec. Koniec mojego zdrowego rozsądku, koniec oporu, koniec wątpliwości… Absolutny koniec myślenia. Wydawało mi się, jakbym miał połowiczny wpływ na to, co właśnie się działo. Jego gorący język, spleciony z moim, w namiętnym tańcu. Jego dłonie wędrujące po moim ciele, które tak bardzo spragnione było jego dotyku, że odczuwało intensywnie każde, najmniejsze nawet muśnięcie. I moje ręce – chwytające chłopaka za biodra, przyciągające go do siebie blisko, ciasno, błądzące po jego plecach, a ledwie chwilę później, klatce piersiowej, obejmujące, dotykające, wplatające się w rude kosmyki, wszystko szybko, bez namysłu, bez najmniejszej choćby kontroli… Moje ciało było pobudzone. Drżące. Rozkoszne iskry rozpalały się pod powierzchnią skóry za sprawą dotyku rudzielca, krążyły pod nią, żyły własnym życiem… Przesunąłem wargi na jego szyję. Pieściłem jego skórę ustami i językiem, wędrując coraz niżej i niżej, czując, jak palce rudzielca wbijają się mocno w moje plecy, wsłuchując się w jego ciche westchnienia.
-Lubię, kiedy całujesz mnie w ten sposób…- szeptał zachęcająco, wprost do mojego ucha.
Moment później, jego dłoń zacisnęła się na jego męskości. Jęknąłem mimowolnie, przerywając na moment i spoglądając na Andy’ego mglistym wzrokiem. Uśmiechnął się do mnie lekko, po czym pocałował mnie po raz kolejny. Jego palce przemieszczały się wzdłuż całej długości mojego członka. Niespiesznie i prowokująco, sprawiając, że odruchowo poruszałem biodrami, prosząc o jeszcze. Znowu szepnął mi coś do ucha. Zaśmiał się cicho. Byłem jednak tak przytłoczony i zaabsorbowany tym, co się działo, że nie zrozumiałem ani słowa. Dłonią, którą wsparłem się chwilę wcześniej na jego ramieniu, powędrowałem niżej. Prześlizgnąłem się przez tors chłopaka, a następnie jego podbrzusze, słysząc, jak wzdycha cicho. Chwyciłem męskość rudzielca, starając się naśladować jego ruchy. Nigdy wcześniej nie byłem w sytuacji intymnej z mężczyzną. Umiałem zaspokoić samego siebie, ale to zupełnie coś innego. Kiedy uścisk Andy’ego stał się mocniejszy, a jego ruchy szybsze, również przyspieszyłem. Całowaliśmy się przez chwilę, po czym po raz kolejny zacząłem pieścić wargami jego szyję, ssąc wrażliwe miejsca. Wiedziałem, że to lubi. Słyszałem, jak mruczy i wzdycha cicho. Byłem wyczulony na każdą jego reakcję. Poruszałem dłonią wolniej, by zaraz znów przyspieszyć, raz po raz zmieniałem tempo, chcąc sprawdzić, co mu odpowiada i jak powinienem to robić, by sprawić mu największą przyjemność. Jego oddech był płytki, urywany. Rozchylone wargi ułożyły się w lekki uśmiech, gdy dostrzegł, że na niego spoglądam. Wiedziałem, że jest bliski spełnienia. Niedługo później, przymknął powieki i doszedł z głośnym jękiem, nieruchomiejąc. Chwyciłem go w ramiona nie chcąc, żeby się poślizgnął.
-Hej, Mitch…- rzucił, drżącym nieco głosem, w którym pobrzmiewała wesoła nuta.- Hej, Mitch…
Wydawało mi się, że chce dodać coś jeszcze, ale zamiast tego, wpił się w moje wargi, wznawiając pieszczoty. Jęknąłem mimowolnie wprost w jego usta. Wciąż trzymałem go przy sobie, mocno obejmując ramionami. Przerwałem pocałunek, gwałtownie łapiąc powietrze. Zagryzłem wargę, starając się powstrzymać od głośniejszej reakcji i oparłem się plecami o ścianę. Czułem, że lada chwila dojdę. Jego ruchy były szybkie, ale bardzo pewne. Moje ciało zalała fala rozkoszy. Kolejny, głośny jęk wyrwał się z moich ust, w momencie, gdy szczytowałem.
Andy przytulił się do mnie.
-Widzisz, Mitch…?- szepnął mi do ucha.- Nie było w tym za wiele filozofii, co…?
… Och, dobry Boże…
Właśnie z całą mocą dotarło do mnie, co właśnie się stało.
… Trochę późno.
Byłem pogubiony i nie do końca wiedziałem, jak się z tym wszystkim czuć. Andy zdawał się być swobodny i wesoły. Żartował, gdy myliśmy się nawzajem, dotykał mnie, pieścił, całował, rzucał sprośne uwagi i śmiał się głośno z moich reakcji i nieporadności. Zachowywał się zupełnie inaczej niż tamtego dnia, gdy… Cóż. Gdy po raz pierwszy przekroczyliśmy granicę. Wtedy wydawał się być raczej skrępowany. Przygaszony. Cichy. Może dlatego moje wyrzuty sumienia związane z tamtą sytuacją były tak ogromne. Czułem wtedy, że wszystko poszło nie tak, jak powinno. Teraz było trochę inaczej. Wciąż nie byłem do końca pewien, czy cała ta sytuacja była… właściwa. Nie przypuszczałem, że nasza kolacja może skończyć się w ten sposób. Andy dużo wypił. Ja straciłem nad wszystkim kontrolę. Ale on tego chciał. Naprawdę tego chciał, co nie mogło nie wzbudzić we mnie zdziwienia. Miałem tylko nadzieję, że nie była to próba odwdzięczenia się albo odpłacenia mi za to, że go to siebie wziąłem.
Wyszliśmy spod prysznica – Andy przodem, ja tuż za nim, nie mogąc powstrzymać się przed spoglądaniem na niego w absolutnie bezwstydny sposób, aż zapiekły mnie policzki. Nie wiem co bardziej mnie krępowało – nagość chłopaka, czy moja własna, w każdym razie, niezależnie od tego, co przed chwilą się zdarzyło, nie czułem się zbyt komfortowo. Bez względu na wszystko byłem jednak pewien jednego – nie był to z pewnością dobry sposób na oszczędzanie wody. Chyba nigdy nie spędziłem pod prysznicem tyle czasu.
Podałem rudzielcowi jeden ręcznik, sam szybko wytarłem się drugim. Gdy tylko skończyłem, zacząłem się ubierać, tyłem do chłopaka, wciąż starając się zasłaniać, co musiało wyglądać cokolwiek groteskowo. Zwłaszcza zważywszy na fakt, że ledwie chwilę temu miał okazję zobaczyć mnie w całej okazałości i dobrze mi się przyjrzeć. Teraz zresztą też na mnie patrzył, wyczuwałem na sobie jego wzrok. Zastanawiałem się, co o mnie myśli. Cóż. Nie wyglądałem jak ci niesamowici mężczyźni w średnim wieku, ludzie sukcesu, którzy trafiali na okładki różnych magazynów albo pojawiali się w telewizji.
… Ani jak Hugo.
Nie miałem ładnego ciała. Nie byłem wysportowany, ani umięśniony. Owszem, nie było ze mną tragicznie – a przynajmniej pocieszałem się tą myślą. Nie przypominałem w końcu opasłych facetów, siedzących przez cały dzień przed telewizorem z piwem w ręku. Nie miałem skłonności do tycia. Nie odżywiałem się w niezdrowy sposób. Ale miałem już swoje lata. I… Niezależnie od wszystkiego wiedziałem, że nie wyglądam zbyt imponująco. Byłem po prostu… przeciętny.
Gdy tylko się ubrałem, ruszyłem do wyjścia. Andy zresztą również – zupełnie nagi.
-Andy, Andy, Andy!- zawołałem za nim pospiesznie, szybko sięgając po długi, suchy ręcznik, doganiając go i narzucając materiał od tyłu na jego ramiona, a następnie opatulając go nim.
-Co jest, Mitch…?- zachichotał chłopak.- Chyba już mnie widziałeś, co…? Aż tak bardzo cię rozpraszam…?- zapytał prowokująco.
… Nawet nie masz pojęcia.
-W sypialni jest otwarte okno…- wyjaśniłem, uśmiechając się nerwowo.
Wciąż obejmowałem go ramionami, podtrzymując poły ręcznika. Chłopak, zamiast je przejąć, oparł dłonie na moich przedramionach, po czym ruszył do przodu. Ciągle mając go tuż przed sobą i przytulając od tyłu, szedłem krok w krok za nim. Czułem, jak przyjemne ciepło rozprzestrzenia się po całym moim ciele. Byłem przy nim szczęśliwy. Naprawdę szczęśliwy. Niezależnie od tego, że odkąd pojawił się w moim życiu, moja samoocena zmalała jeszcze bardziej. Ucałowałem lekko jego skroń, tuż przed tym, nim znaleźliśmy się w mojej sypialni. Dopiero wtedy go puściłem. Zupełnie zapomniałem o ręczniku, więc ten spadł na posadzkę. Andy zdawał się tym nie przejmować i usiadł na łóżku, uśmiechając się z wyraźnym zadowoleniem. W pierwszej chwili nie wiedziałem, gdzie podziać oczy, więc tylko odkaszlnąłem i wymamrotałem niewyraźnie coś, czego sam nie byłem w stanie zrozumieć, a następnie podszedłem szybko do okna, by je zamknąć. Chwilę później, chwyciłem za upuszczony ręcznik i przeszedłem do łazienki, by go odnieść i zgasić światło, bo wcześniej nie miałem jak tego zrobić. Zaraz po tym, skierowałem się do pokoju Andy’ego i wyjąłem z jego szafki jakiś podkoszulek i luźne, dresowe spodnie. Wróciłem do sypialni i podałem ubrania chłopakowi, który zaczął chichotać niepohamowanie, jakby cała sytuacja strasznie go bawiła. Ubrał się jednak bez słowa protestu i wsunął pod kołdrę, po czym przesunął się na drugą połowę łóżka, robiąc mi miejsce. Zgasiłem światło i położyłem się tuż obok niego. Po chwili wahania zapaliłem stojącą przy łóżku lampkę.
-Naprawdę ich nie masz, co…?- rzucił Andy, wciąż w bardzo swobodnym nastroju. Z pewnością nie był już jednak senny. Spojrzałem na niego bez zrozumienia. Ułożył się bokiem, podpierając głowę na dłoni i przyglądając mi się z wyraźnym rozbawieniem.- Gumek…- wyjaśnił, uśmiechając się wesoło.- Przeszukałem chyba wszystko!
-A… Andy… Szukałeś ich?- zapytałem ze zdumieniem.
-No- odparł chłopak.- Powinieneś mieć jakieś w domu, wiesz…? Trafiają się różne okazje… Gdybyś na przykład spotkał jakąś fajną babkę, umówilibyście się, atmosfera zrobiłaby się gorąca…- rzucił, poruszywszy sugestywnie brwiami.- Musiałbyś biec do sklepu.
Odkaszlnąłem, skrępowany.
-Mnie nie trafiają się takie okazje- odparłem jedynie.
-… A poza tym, ja jestem tu już długo…- kontynuował rudzielec, a jego uśmiech poszerzył się jeszcze.- Naprawdę ani razu nie przeszło ci przez myśl, że będziemy uprawiać seks…?
… Och, Boże. Przechodziło mi to przez myśl więcej niż raz, właściwie tak wiele razy i w tylu różnych formach, że już samo wspomnienie tego przez rudzielca spowodowało, że się zarumieniłem. Nie znaczyło to jednak, że chciałem te fantazje wprowadzać w życie.
-Moglibyśmy to zrobić i bez zabezpieczenia…- kontynuował ostrożnie rudowłosy, a ja czułem, jak moje serce gwałtownie przyspiesza, a moje myśli zaczynają odpływać w bardzo niebezpiecznym kierunku.- Wiem, że raczej na nic nie chorujesz. Nie jesteś takim typem, wiesz? Ale ty mógłbyś się nie czuć komfortowo. Poza tym… Sam rozumiesz. Lepiej nie ryzykować, nie?
-Andy, jesteś pewien, że naprawdę chcesz ze mną uprawiać seks…?- zapytałem poważnie, starając się skupić na tym temacie.
Chłopak westchnął ciężko. Przysunął się bliżej mnie, by po chwili usiąść okrakiem na moich biodrach. Wstrzymałem oddech. Nachylił się nade mną i pocałował mnie. Krótko, ale stanowczo, jakby chciał mi tym samym dać coś do zrozumienia.
-Jestem pewien- stwierdził, gdy tylko skończył, spoglądając na mnie ze zmarszczonymi brwiami, jakby moje pytanie go poirytowało.- Serio, Mitch! Wiem, co mówię! Nie jestem jakimś dzieciakiem! Mam już szesnaście lat!- … tylko szesnaście lat…- I byłem już z facetami, wiesz…?- … a to absolutnie o niczym nie świadczyło…- Więc kiedy mówię, że czegoś chcę, to tak jest. Poza tym, to moja decyzja i nie masz nic do gadania!- fuknął cicho.
Spojrzałem na niego ze zdumieniem, po czym parsknąłem, rozbawiony.
-A więc moja decyzja się nie liczy…?- zapytałem, uśmiechając się.
-No… Liczy się- zgodził się Andy, wzruszając ramionami.- Ale ty tego chcesz.
-Nie zawsze należy robić rzeczy, których się pragnie…- odparłem cicho, poważnie zastanawiając się, czy to nie jest właśnie taka sytuacja.- Dlaczego chcesz to ze mną robić, Andy?- rzuciłem po chwili.
Uniósł brew i spojrzał na mnie krzywo, jakby uznał to pytanie za co najmniej dziwaczne. Zsunął się z moich bioder i usiadł obok, wciąż spoglądając na mnie pobłażliwie.
-A dlaczego niby nie?- zapytał.
… Właśnie tego rodzaju odpowiedzi się obawiałem.
-Andy…- rzuciłem, dając mu do zrozumienia, że to, co usłyszałem, nie było satysfakcjonującym wytłumaczeniem.
-Boże, Mitch, z wszystkiego musisz robić takie wielkie zamieszanie…- wymamrotał rudzielec z irytacją.- Podobam ci się, nie? Ty jesteś spoko. Kręcą cię faceci i mnie też. To nie są wystarczające powody…? Poza tym, mieszkamy razem i byłoby dziwnie, gdyby do czegoś między nami nie doszło…
Nie do końca wiedziałem, jak rozumieć te słowa.
-Jest wielu ludzi, którzy mieszkają razem i nie utrzymują takich relacji…- zauważyłem.
-Och…- Andy uśmiechnął się złośliwie.- Więc teraz jesteś moim dobrym tatusiem, co, Mitch…? Takim, który odwiedza swojego syna pod prysznicem…?- zakpił.
… W tym przypadku nie byłem odwiedzającym, a raczej odwiedzanym, ale i tak moje wyrzuty sumienia powróciły ze zdwojoną siłą.
-Nie mówię tylko o rodzinie…- dodałem jednak.- O znajomych. Przyjaciołach. Współlokatorach. Wspólne mieszkanie nie musi oznaczać seksu.
-Ale oznacza- parsknął Andy.- W zdecydowanej większości przypadków.
-Nie musi oznaczać w naszym przypadku- doprecyzowałem więc.
Spojrzał na mnie pobłażliwie.
-Serio, Mitch…?- rzucił, unosząc brew w geście politowania.- Totalnie na mnie lecisz. Myślisz, że tego nie widzę…? Naprawdę nie musisz zgrywać świętego. Nie przy mnie. Wiem, że nie jesteś jakimś napalonym zboczkiem, chociaż z początku tak o tobie myślałem. Wiem, że nie zrobisz mi krzywdy, ani nic w tym stylu. Poza tym, troszczysz się o mnie i lubisz mnie. Ja też cię lubię. Więc na pewno zadbasz o to, żeby było nam miło.
… Taaak…
Niestety jednak czułem się „napalonym zboczkiem”. Andy miał tylko szesnaście lat. Pocieszające, że nie dwanaście (wtedy naprawdę byłoby ze mną tragicznie…), ale prawda jest taka, że nawet gdybyśmy spotkali się dwa lata później i byłby już dorosły, nasze relacje… wciąż byłyby cokolwiek niewłaściwe. Dzieliła nas spora różnica wieku. Zdawałem sobie sprawę, że istnieją związki, w których ta różnica jest jeszcze większa, ale to nie stanowiło żadnego usprawiedliwienia. Poza tym to nie był „normalny związek”. Związek między kobietą, a mężczyzną, gdzie młodsza strona i tak zazwyczaj postrzegana była jako łasa na pieniądze, naiwna albo jak typowa „utrzymanka”. Tylko związek między mężczyzną, a… chłopakiem. Ludzka mentalność i realia się zmieniały, owszem, ale może w pewnych aspektach nie powinny. Andy wiele przeszedł, miał swoje doświadczenia, nie był łatwowierny, wiedział, jak funkcjonuje świat, ale w wielu sytuacjach wciąż był bardzo niedojrzały i nieświadomy. Za każdym razem, gdy zdawałem sobie z tego sprawę, docierało do mnie, że jeśli postąpię niewłaściwie, mogę go poważnie skrzywdzić.
-Nie chcę żebyś czegokolwiek żałował…- szepnąłem ledwie słyszalnie.
-Więc postaraj się, żebym nie musiał- odpowiedział Andy, uśmiechając się pogodnie.
-Nie to mam na myśli. Jestem od ciebie starszy. W twoim wieku nie oglądałem się za dużo starszymi kobietami czy mężczyznami. Wiem, że ty też wolałbyś być z kimś młodszym. To naturalne.
Andy prychnął głośno.
-Dobra, Mitch, przestań się zachowywać, jak jakiś targany wyrzutami sumienia pedofil…- burknął.- Mam szesnaście lat, okej? Sam o sobie decyduję! Decydowałem już od dłuższego czasu. I gdybym był na twoim miejscu, to naprawdę nie wahałbym się ani chwili. Serio. Żaden facet by się nie wahał. Zresztą, choćmy już spać- mruknął, po czym przesunął się na bok i wychylił, by wyłączyć lampę, a następnie wrócił pod kołdrę, odwracając się do mnie plecami.
Westchnąłem cicho, wpatrując się w niego.
-Przytul mnie, Mitch- rzucił po chwili.
Uśmiechnąłem się mimowolnie, przysuwając się do niego i obejmując go od tyłu. Ucałowałem krótko jego szyję, przymykając powieki.
… Wciąż nie byłem pewien, co z tego wszystkiego wyniknie.