Strony

piątek, 2 sierpnia 2013

§ 17 § [YFM]

Był ranek. Absalom leżał u boku swojego opiekuna, czując, jak ramię mężczyzny obejmuje go mocno i nie mając ochoty ruszyć się ani na krok. Żaden z nich już nie spał. Młodzieniec wtulił się mocniej w Mortalisa, kładąc głowę na jego piersi i zaczął wędrować dłonią po nagiej klatce piersiowej opiekuna. Wodził opuszkami palców wzdłuż odznaczających się na skórze mężczyzny blizn, przyglądając się każdej po kolei i zastanawiając się, po jakim konkretnym zdarzeniu pozostała mu ta pamiątka. I ta… I kolejna… I jeszcze jedna… Chciałby zapytać, ale wiedział, że nie uzyska od Mortalisa nic, prócz wymijających albo bardzo lakonicznych odpowiedzi. On chciał czegoś więcej. Chciał opowieści. Historii. Łaknął wiedzy o swym opiekunie, pragnął informacji, którymi ten zazwyczaj nie chciał się z nim dzielić. Wiedział o nim tak niewiele, że było to aż zawstydzające, biorąc pod uwagę fakt, jak doskonale Mortalis znał jego. Zawsze, gdy Absalom starał się dowiedzieć czegoś o przeszłości mężczyzny albo o tym, czym się trudnił, słyszał te same odpowiedzi, które znał niemalże na pamięć. Wiedział, że Mortalis jest mordercą. Wiedział, że zabija ludzi, że robi to za pieniądze, na czyjeś zlecenie. Wiedział o tym doskonale, a jednak trudno było mu uwierzyć, że ten człowiek, którego darzył tak wielkimi uczuciami, takim szacunkiem, uwielbieniem niemalże, mógł rzeczywiście być… zły. Nie, Mortalis nie był zły. Mortalis był dobrym człowiekiem. I był mordercą. Czy morderca może być dobry…? Absalom chciał wierzyć, że z ręki jego opiekuna giną wyłącznie źli ludzie, ci, którzy nie zasługują na litość i krzywdzą innych. Sam Mortalis często mówił, że nikt nie zleca zabójstw tych, którzy nie mają nic na sumieniu. Ale mówił też, że motywy i przyczyny go nie interesują. Że zabija, bo taki jest jego cel. Takie jest jego zadanie. A tego młodzieniec nie mógł pojąć, niezależnie od tego, jak bardzo się starał. Czytał różne opowieści, ale zarysowany w nich świat był boleśnie oczywisty. Zabójcy są źli, krzywdzą innych i spotyka ich za to kara. Bohaterowie są dobrzy, ratują ludzi i dbają o innych bardziej niż o siebie. Nie słyszał nigdy o zabójcy, który ocaliłby z płonącej wioski dziecko, zabrał je ze sobą, wychowywał i opiekował się nim przez lata. Jego baśnie o tym milczały. A może to Mortalis miał rację…? I w rzeczywistości, nie było miejsca dla oczywistych podziałów na to, co dobre i złe? Nie było bohaterów…?
Chciał dotknąć twarzy mężczyzny, ale dłoń Mortalisa zacisnęła się na jego nadgarstku, jak gdyby odruchowo, powstrzymując go przed tym. Absalom spojrzał na swojego opiekuna. Uśmiechnął się do niego radośnie. Miał wrażenie, że i przez twarz mężczyzny przemknął ledwie zauważalny uśmiech. Może tylko mu się wydawało…? Podniósł się na przedramieniu i nachylił nad mężczyzną, by musnąć jego wargi. Po chwili poczuł, jak Mortalis odpowiada na to muśnięcie. Odsunął się na moment od mężczyzny i zagryzł wargi w figlarnym uśmiechu, po czym ponownie powrócił do jego ust, tym razem po to, by móc smakować je dłużej. Mortalis pozwolił mu na to, reagując na pocałunek młodzieńca niezbyt aktywnie i pozwalając mu całkowicie przejąć nad nim kontrolę. Gdy Absalom oderwał się od jego ust po raz kolejny, rzucił ciche:
-Ubieraj się, Absa.
-Już…?- wyrwało się z ust młodzieńca pełne rezygnacji westchnienie. W duchu liczył chyba, że może ten dzień zacznie się równie przyjemnie jak wczorajszy skończył.
Mortalis puścił go i zsunął się z łóżka, wstając. Szybko naciągnął na siebie noszone wczoraj spodnie i zerknął ukradkiem w stronę chłopaka.
-Zjedz coś. Posprzątam.
-Nie ma po co…- rzucił młodzieniec, patrząc na opiekuna bez zrozumienia.- Sprzątałem regularnie. Jest czysto.
-Nie na łóżku- uściślił Mortalis.
Absalom odkaszlnął dyskretnie czując, że pieką go policzki. Szybko podniósł się z miejsca. Mortalis spoglądał przez moment w stronę chłopaka, po czym odwrócił wzrok i przemknął szybko do bocznego pomieszczenia. Młodzieniec w pierwszej chwili poczuł się skrępowany, ale zaraz uśmiechnął się pod nosem. Narzucił na siebie to, co nosił wczoraj, przekąsił coś szybko, po czym naszykował świeże ubrania i bieliznę, a następnie wyszedł z domu i skierował się w stronę jeziora, zamierzając umyć się szybko i wrócić, by naszykować mężczyźnie śniadanie z tego, co im pozostało. Musiał wkrótce udać się do miasta, choć w obecnych okolicznościach, nie miał na to najmniejszej ochoty.
Niedługo później, wrócił do domu. Mortalisa nie było w środku. Drzwi od bocznego pomieszczenia były lekko uchylone. Chłopaka to zdziwiło. Otworzył je szerzej i zajrzał do środka, przez moment niepokojąc się, że może jego opiekunowi stało się coś złego, że może zasłabł albo gorzej się poczuł. Mężczyzny jednak tam nie było. Wtedy młodzieniec przeraził się nie na żarty. Wyszedł na moment na zewnątrz, rozglądając się dookoła, po czym wrócił do izby, cały w nerwach. Może Mortalis poszedł się gdzieś przejść… Może zaraz wróci… A jeśli…? A jeśli odszedł? O, Stwórco… Absalom zaczynał wpadać w panikę. Zaraz jednak usłyszał kroki i wyjrzał przez okienko, dostrzegając zmierzającego w stronę domu opiekuna. Odetchnął z ulgą, uspokajając się nieco. Mortalis przeszedł przez izbę, wszedł do swojej pracowni, tkwił tam przez moment, po czym wyszedł z niej z kołczanem strzał przewieszonym przez ramię, łukiem i przypiętą do pasa bronią.
-Mortalis…?- rzucił ze zdumieniem Absalom.
Mężczyzna wyminął go i jak gdyby nigdy nic, wyszedł z domu. Młodzieniec przez moment zamarł w bezruchu, kompletnie osłupiały.
-Mo… Mortalis!- zawołał w końcu z niepokojem, ruszając przed siebie.- Nie możesz…
Omal nie zderzył się z opiekunem, który zatrzymał się i zajrzał z powrotem do izby.
-Chodź- rzucił krótko do swojego podopiecznego, po czym poszedł dalej, skręcając w prawo.
Absalom szedł tuż za nim, nie bardzo wiedząc dokąd. Na pewno nie zmierzali w stronę jeziora. Kilka minut później, znaleźli się na okolonej drzewami polanie. Młodzieniec znał to miejsce. Przychodził tutaj czasem spacerując, ale jeszcze jako dziecko, bywał tu często z Mortalisem, gdy opiekun uczył go, ćwiczył z nim albo obserwował z nim żyjące w lesie stworzenia.
Mężczyzna zsunął kołczan z ramienia, odłożył go wraz z łukiem na ziemię, po czym odpiął miecz od pasa i uczynił z nim to samo. Chłopak ze zdumieniem dostrzegł, że tuż obok ułożonych było już było kilkanaście innych rodzajów broni. Widział różnej długości sztylety, dziwne kształtem ostrza, rozmaite strzały i wiele innych rzeczy, których nie potrafił nawet nazwać, choć ich przeznaczenie było najzupełniej jasne. Przeniósł na opiekuna pytające spojrzenie.
-Będę cię trenował- wyjaśnił lakonicznie Mortalis.- Skoro i tak obecnie nie mam nic innego do zrobienia…
-Trenował…?- powtórzył ze zdumieniem Absalom. Raz jeszcze spojrzał na ułożone w rzędzie przedmioty. Oczy zabłyszczały mu z uciechy i ekscytacji. Mężczyzna, co prawda, uczył go już walczyć, ale sam zawsze powtarzał, że umiejętności młodzieńca są dość ograniczone i nie pozwolą mu na wiele, choć ten oburzał się na te słowa i zazwyczaj z nim nie zgadzał. W końcu poradził sobie sam z zagrożeniami, z którymi inni nie mieliby szans się zmierzyć.
-Tak- potwierdził cicho Mortalis.- Czym umiesz się już posługiwać?
Chłopak zerknął na opiekuna po raz kolejny, zastanawiając się, czy to pytanie nie jest odrobinę podchwytliwe. Kto jak kto, ale mężczyzna wiedział najlepiej, jaką bronią uczył władać podopiecznego.
-Cóż…- zaczął jednak Absalom, zastanawiając się przez chwilę.- Uczyłeś mnie jak posługiwać się mieczem. I jak strzelać z łuku. Umiem też używać noża… Choć głównie do patroszenia ryb- przyznał z nutką rozbawienia. I obrabiania innych zwierząt, choć tym się raczej nie zajmował. Nie czuł się dobrze z myślą, że zabija i spożywa coś, co żyje obok niego.- Ach, no i włócznia…- rzucił niemal z sentymentem, mimo iż tego przedmiotu tu nie było.- Choć posługiwania się nią mnie nie uczyłeś, ale mimo wszystko, zabiłem tego wilkołaka- stwierdził z dumą.
-Miałeś szczęście- podsumował krótko Mortalis.
-Wcale nie!- zaperzył się młodzieniec. Dlaczego jego opiekun zawsze tak mówił, gdy o tym wspominał?- Zostałem zaskoczony, a mimo to udało mi się go pokonać! To nie kwestia szczęścia, tylko umiejętności!
… Choć, rzeczywiście, na dobrą sprawę, było w tym więcej przypadku niż celowego działania. Ale mniejsza z tym, przecież liczył się efekt!
-Niezbyt, ale to nieistotne. Wilkołak nie jest przeciwnikiem, który sprawi ci najwięcej problemu.
-Mówiłeś, że pokonanie wilkołaka jest bardzo trudne…- zauważył niepewnie młodzieniec.
Mężczyzna skinął głową.
-Dla kogoś niedoświadczonego i nie mającego świadomości czym jest, głównie. Poza tym, wilkołaki są bardzo silne i bardzo niebezpieczne, jedno ich ugryzienie wystarczy, by ostatecznie zakończyć swój żywot, przynajmniej w takiej postaci, w jakiej prowadziło się go do tej pory… Wilkołaki kierują się jednak instynktem. Chcą zabić wszystko, co napotkają na swojej drodze i dążą do tego bez względu na wszystko. Ten instynkt czyni ich bezwzględnymi, ale ta bezwzględność nie równa się bezwzględności ludzkiej. One nie obmyślą taktyki. Nie zastawią pułapki. Nie przechytrzą cię. Nie zastanowią. Czynią to, do czego skłania ich własna natura.
Absalom milczał przez dłuższą chwilę, zastanawiając się nad tymi słowami.
-Naprawdę sądzisz, że oni tu przyjdą…?- zapytał wreszcie.- Ci ludzie, których się obawiasz…?
Mortalis sposępniał wyraźnie.
-Może. Może nie. Nieważne, nie przygotowuję cię do spotkania z nimi, tylko z kimkolwiek, kto będzie miał na celu odebranie ci życia i będzie potrafił to zrobić. To, czego nauczyłem cię do tej pory… Ograniczało się do przystosowania cię do życia w tym miejscu i przygotowanie na związane z tym zagrożenia. Nie na spotkanie z mordercami.
-Już się z nimi spotkałem- przypomniał Absalom.- Zapomniałeś o tych bandytach…?
-To nie byli mordercy tylko zwykli rabusie- odparł spokojnie mężczyzna.- Szukali łatwego łupu. Przeszkodziłeś im, więc uznali, że samotny chłopiec jest równie łatwą ofiarą… Niezależnie od tego, że dobrze się wtedy spisałeś, nie byli zbyt mądrzy i sprawni, skoro dali się zabić przerażonemu dziecku, które miało spore opory przed rozlewem krwi…
-Nie byłem dzieckiem…- mruknął jedynie chłopak.
Mortalis uśmiechnął się lekko pod nosem.
-A nóż, Absa…- kontynuował po chwili.- Nie nadaje się wyłącznie do patroszenia ryb. Ale do zabijania.
-Jak wszystko, co jest wystarczająco ostre- zaśmiał się młodzieniec, wzruszając ramionami.- Wiem o tym. Czasem noszę ze sobą sztylet, gdy wyprawiam się do miasta.
Mortalis schylił się i podniósł dwa sztylety. Jeden z nich przypiął sobie do pasa. Drugi obracał przez moment w dłoniach, po czym wysunął ostrze z pochwy i uniósł je lekko, przyglądając mu się dokładnie.
-To doskonała broń- stwierdził moment później. Absalom przyglądał mu się z uwagą.- Sprawia odmienne wrażenie, ale tak jest. Nie pozwala na zachowanie dystansu, owszem. Ale jeśli jesteś wystarczająco szybki, sprawny i masz pewną rękę, możesz zabić kogoś na środku zatłoczonej ulicy i czmychnąć, nim ktokolwiek zdąży się zorientować, co właściwie się stało…
-Nie sądzę, żebym musiał kogoś zabijać na środku ulicy…- rzucił niepewnie młodzieniec.
Mortalis spojrzał na niego.
-Pewnie nie- zgodził się cicho, wsuwając ostrze z powrotem do pochwy.- Sztylet przydaje się też przy innych okazjach. Gdy ktoś jest blisko. Bardzo blisko. Gdy nie spodziewa się ataku albo nie spodziewa się go z tej strony… Nawet przy starciach. Gdy walczysz z kimś na miecze, gdy ostrza krzyżują się ze sobą i na krótką chwilę, ledwie kilka sekund, jesteś tuż przy nim… Jeden ruch, który przesądza pojedynek.
-… To nie jest szczególnie honorowe- zauważył Absalom.
-Wcale.
-Więc… Więc po co to robić?
Mężczyzna westchnął cicho.
-Żeby kogoś zabić. Albo przeżyć. Zależnie od okoliczności.
Młodzieniec nie do końca odnajdywał się w tej argumentacji. Był ciekaw tego, czego chciał go nauczyć Mortalis, choć z drugiej strony, wciąż trudno było mu sobie wyobrazić, by miał realną szansę na użycie i wykorzystanie tych umiejętności. Owszem, dwie już mu się zdarzyły, ale wtedy był sam i wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Teraz zamierzał zrobić wszystko, by opiekun został z nim na dłużej, na zawsze. Zagrożenie zatem wydawało się znacznie mniejsze, mimo obaw samego Mortalisa o przybycie jego wrogów.
-Podnieś miecz, Absa…- rzucił mężczyzna, dopinając do pasa drugi sztylet i samemu sięgając po wspomnianą broń.
Absalom spełnił jego polecenie, choć wciąż czuł się nieco zdezorientowany. Dawno już nie trzymał miecza. Ostrze ciążyło mu tak bardzo, że z początku odruchowo chwycił je w obie dłonie, ale widząc spojrzenie Mortalisa, szybko się poprawił. Mężczyzna odszedł w dalsze miejsce polany, chcąc najwyraźniej mieć więcej miejsca. Chłopak podążył za nim.
-Nie sądzę, żebym mógł cię pokonać…- zauważył.
-Nie w tym rzecz- odparł Mortalis.
Zaczęli walczyć. Mężczyzna wyraźnie traktował swojego podopiecznego łagodnie i rzeczywiście, wyglądało na to, że wygrana w tym dość powolnym z początku i niezbyt interesującym pojedynku, nie była jego celem. Mimo to, Absalom miał problem z dzierżeniem miecza, więc już po krótkiej chwili, ten został mu wytrącony z dłoni. Mortalis odsunął się nieco. Młodzieniec schylił po niego, dostrzegając w tym momencie, że jego opiekun odrzuca ostrze. Nie zdążył nawet zapytać, co się dzieje, w ułamku sekundy mężczyzna znalazł się tuż za nim, przycisnął go do siebie, jeden ze sztyletów przytknął mu do szyi, drugi do brzucha. Absalom wierzgnął gwałtownie, co nie było najrozsądniejszym posunięciem biorąc pod uwagę obecną konfigurację, ale ostrza były osłonięte, więc nie stała mu się żadna krzywda.
-Tylko mały pokaz tego, co można zrobić, gdy jest się wystarczająco szybkim…- mruknął Mortalis, odsuwając się i z powrotem przypinając sztylety.- Jak już mówiłem, nie masz mnie pokonać. Masz po prostu uniknąć śmierci. A raczej jej możliwości. Podnieś miecz.
Moment później znowu obaj stali naprzeciwko siebie. Zaczęli. Absalom przyłapał się na tym, że władał bronią bardzo niepewnie, a jego kroki były strasznie pokraczne, parę razy potykał się o własne nogi. Musiał na nowo przyzwyczaić się do oręża i przypomnieć sobie chwilę, w której dzierżył go po raz ostatni. Mortalis wyraźnie dawał mu czas na rozgrzanie się i dostosowanie do tempa pojedynku. W pewnym momencie jednak, ich ostrza skrzyżowały się ze sobą, a mężczyzna rzucił:
-Jeszcze raz.
-Co…?- zdumiał się Absa.- Dlaczego…?- rzucił bez zrozumienia, dopiero po chwili schodząc wzrokiem niżej i dostrzegając przytknięty do jego brzucha sztylet. Westchnął cicho. Nawet się nie zorientował.
Zaczęli więc znowu. Absalom stawiał kroki nieco pewniej, stawiał bardziej na obronę niż atak i starał się zachowywać możliwie duży dystans, tak, by mężczyzna nie miał szans niepostrzeżenie go zaatakować. Jednak im walka stawała się szybsza, tym mniejsze miał szanse na jej kontrolowanie. Już po kilku minutach, nie wiedzieć kiedy, znowu znalazł się w podobnym położeniu i musieli zaczynać ponownie. Tym razem Absalom koncentrował się na sztyletach mężczyzny, doczepionych do jego pasa, nie chcąc dać się zaskoczyć. Zamiast tego jednak, Mortalis bez najmniejszego problemu wytrącił mu miecz i zdzielił go ostrzem po dłoni.
-Auć…- syknął młodzieniec, cofając się o kilka kroków i spoglądając na opiekuna pytająco.
-Jeśli nie będziesz się koncentrował na bieżącej walce, zginiesz nim jeszcze zdążę sięgnąć po nóż…- mruknął mężczyzna.
Absalom robił więc wszystko, by odparowywać ciosy i jednocześnie nie dać się zaskoczyć. Niestety – bezskutecznie. Wystarczyła chwila, a wszystko kończyło się tak jak zawsze – szybko i niespodziewanie, z pouczającym młodzieńca Mortalisem i coraz bardziej sfrustrowanym Absalomem, który dosłownie wychodził ze skóry, by udowodnić opiekunowi, że jest w stanie sprostać jego oczekiwaniom. Pojedynek za pojedynkiem, cios za ciosem, wszystko zmierzało ostatecznie do jednego rozwiązania i napawało chłopaka coraz większym rozczarowaniem i irytacją. Wreszcie, za którymś razem, gdy mężczyzna po raz kolejny zwyciężył i dał znak do wznowienia walki, młodzieniec nie wytrzymał. Cofnął się o kilka kroków i rozłożył bezradnie ręce.
-To niemożliwe!- rzucił z nutką pretensji w głosie, wzdychając ciężko.- To niemożliwe, żebym cię pokonał!
-Owszem- zgodził się ze swoim podopiecznym Mortalis, ku jego szczeremu zdziwieniu. Absalom sądził, że mężczyzna będzie go raczej zachęcał do dalszych ćwiczeń, ale zamiast tego ciemnowłosy odłożył na moment miecz i odpiął sztylety od pasa, jak gdyby już udowodnił to, co zamierzał. Jeden z nich podał młodzieńcowi.- Jeśli jesteś wystarczająco szybki i wiesz kiedy uderzyć, a twój przeciwnik niczego się nie spodziewa, to niemożliwe, aby uniknął tego rodzaju ciosu.- Cóż, chłopak się spodziewał, ale niewiele mu to pomogło.- Przypnij go. Zaczniemy jeszcze raz, ale teraz to ty masz za zadanie zaskoczyć mnie.
Absalom spełnił polecenie opiekuna, po czym podniósł na niego niepewne spojrzenie, zagryzając wargę. Nie brzmiało to ani trochę prościej, wprost przeciwnie, ale młodzieniec liczył, że może, mimo wszystko, poradzi sobie lepiej. Moment później znowu stali naprzeciw siebie z wyciągniętymi mieczami. Mortalis skinął głową, dając podopiecznemu znak do rozpoczęcia pojedynku. Tak też się stało. Walczyli ze sobą i walczyli, ale zdezorientowany chłopak, nie bardzo wiedział, kiedy w ogóle sięgnąć po nóż. Właściwie kiedy uświadamiał sobie, że oto nadarzyła się dobra okazja, było już po wszystkim. To były sekundy. Sekundy, w których jego opiekun był wystarczająco blisko, by móc go w ten sposób zaatakować. Po jakimś czasie, młodzieniec nauczył się reagować i myśleć znacznie szybciej, niemal instynktownie wyczuwając nadchodzącą okazję, ale nie był to koniec jego problemów. Gdy pierwszy raz chwycił za sztylet… Ten wymsknął mu się z dłoni i upadł na ziemię. Później, w trakcie kolejnych walk, zdarzyło mu się to jeszcze parę razy. Nawet jednak, gdy udało mu się dobyć ostrza i miał szansę, by je wykorzystać, nie udawało mu się to. Mortalis chwytał go za nadgarstek w mgnieniu oka albo w inny sposób uniemożliwiał atak, jakby doskonale wiedział, co Absalom robi i gdzie zamierza uderzyć. Młodzieniec nie potrafił robić tego równie niepostrzeżenie jak jego opiekun. Mężczyzna kontrolował właściwie cały pojedynek, nie dając chłopakowi wielkich szans na zwycięstwo w tym starciu. Wreszcie, cokolwiek poirytowany i złakniony najmniejszego nawet sukcesu Absalom, wyjął sztylet i bez czekania aż mężczyzna się zbliży, zamachnął się, usiłując wymierzyć w jego serce.
Mortalis chwycił go za nadgarstek, zatrzymując dosłownie o centymetr od celu.
-Nie tutaj, Absa- rzucił, wzdychając ciężko.- W brzuch.
-Dlaczego?- nie rozumiał młodzieniec.- Jeśli przebijesz serce, to człowiek umrze natychmiast, prawda…?
-Umrze tak czy inaczej. W ten sposób wydłużasz czas ataku, a zatem i czas reakcji, a poza tym odsłaniasz się. Nie jesteś wystarczająco szybki. Jeszcze raz.
Ćwiczyli około pięciu godzin, wliczając w ten czas rzadkie, niedługie przerwy podczas których Absalom ledwie zdążał złapać oddech i napić się czegoś oraz jedną dłuższą, by obaj mieli szansę się posilić. Nic więc dziwnego, że gdy wreszcie skończyli, odnieśli przygotowaną przez Mortalisa broń i wreszcie, o łaskawy Stwórco, znaleźli się z powrotem w domu, młodzieniec ledwie trzymał się na nogach. Niemalże od razu rzucił się na łoże, niedbałym gestem zsuwając ze stóp buty, a następnie, po krótkiej chwili błogiej bierności, podniósł się na moment, by zdjąć górną część garderoby tylko po to, by zaraz znowu rozłożyć się na pościeli. Och, jakże marzył o chłodnym wietrze albo nawet deszczu, podczas którego mógłby wyjść na zewnątrz i ochłodzić się nieco… Niestety, w chatce było gorąco, a na zewnątrz wręcz parnie. Okropnie chciało mu się pić, ale pragnienie przegrało w starciu ze zmęczeniem i ostatecznie chłopak nie dał rady zmusić samego siebie, by się podnieść. Leżał na brzuchu, z przymkniętymi powiekami, oddychając głęboko i próbując się zrelaksować. Jego ciało było wyczerpane po pojedynku, poza tym, chyba nadwyrężył sobie rękę, ale poza tym, nie czuł bólu. Jeszcze nie. Miał poważne wątpliwości czy nazajutrz w ogóle wstanie z łóżka.
-Napij się- usłyszał głos opiekuna i uchylił powieki.
Mężczyzna stał tuż przy łóżku, trzymając w dłoniach czarkę z wodą. Absalom podskoczyłby z radości, gdyby miał na to siły. Zamiast tego, z mieszaniną strudzonego jęku i pełnego wdzięczności westchnienia, podniósł się do pozycji siedzącej, by móc się napić. Opróżnił czarkę w ułamku sekundy, więc Mortalis uzupełnił ją znowu, ale nie zaspokoiło to pragnienia młodzieńca. Dopiero po wypiciu trzeciej porcji, oblizał wilgotne od płynu wargi i rzucił:
-Nie mam siły. W życiu nie byłem tak zmęczony!
-Przyzwyczaisz się- odpowiedział spokojnie jego opiekun.- Po tygodniu nie będziesz już odczuwał większych nieprzyjemności. Choć przyznaję, dziś straciłem nieco poczucie czasu i wszystko trwało dłużej niż powinno.
-Zamierzasz ze mną trenować codziennie…?- zapytał ostrożnie chłopak.
Mężczyzna skinął głową.
Absalom tego się spodziewał. To nie był zły pomysł. Młodzieniec lubił takie zajęcia, choć musiał przyznać, że te dzisiejsze z początku nieco go rozczarowały. Nie tak wyobrażał sobie walkę. A poza tym, jego własne umiejętności… Cóż, okazały się być niewystarczające. Dopiero pod koniec, gdy mimo wyczerpania, zaczynał już dostrzegać efekty ćwiczeń i uwag opiekuna, zdał sobie sprawę, że nie było to niemożliwe do wykonania. Tak czy inaczej, wolał by się uczyć czegoś innego. Na przykład walki na miecze… Jak bohaterowie. Bohaterowie zawsze walczą mieczem! Albo strzelają z łuku. Absalom nie czytał jeszcze o żadnym, który za pomocą podstępu zasztyletowałby swojego przeciwnika... Ale to było raczej zrozumiałe.
-Jutro znowu każesz mi walczyć nożem?- zapytał.
-Tak.
-A później…?
-To nie wszystko, do czego przyda ci się sztylet. Potem pokażę ci, w jaki sposób użyć go w innych okolicznościach. Albo połączyć z trucizną.
-A później?- dopytywał wciąż młodzieniec, chcąc się dowiedzieć, czy będzie miał szanse na użycie innych rodzajów oręża. Nie bez powodu przecież Mortalis przyniósł go dziś aż tyle. Absalom nawet miał do siebie trochę pretensji, bo miał wrażenie, że wybór sztyletu jako pierwszej broni był spowodowany jego własnymi słowami.
-Później zajmiemy się czymś innym- odpowiedział mężczyzna.
Jego podopieczny uśmiechnął się z zadowoleniem. Ta odpowiedź mu wystarczyła.
-Wciąż wydaje mi się to mało honorowe…- rzucił na wspomnienie ich pojedynków, a następnie oddał Mortalisowi czarkę i położył się na plecach, spoglądając na niego z uwagą.
Mężczyzna odszedł kawałek i odwrócił się do młodzieńca plecami, odkładając naczynie.
-Chcesz żyć czy być honorowym…?- zapytał.
-Chcę żyć honorowo- odpowiedział zdecydowanie Absalom. Opiekun zerknął na niego przez ramię. Na jego wargach wymalował się ledwie zauważalny uśmiech.- To niemożliwe…?
-Nie- odparł mężczyzna.
Chłopak westchnął cicho. Mortalis zostawił uchylone drzwi. Ruszył w ich kierunku, chyba zamierzając je zamknąć. W momencie, w którym przechodził obok łóżka, Absalom otarł się zaczepnie stopą o jego nogę, uśmiechając się lekko. Opiekun obejrzał się na niego ukradkiem, nie mówiąc ani słowa. Przymknął drzwi. Gdy wracał, młodzieniec uczynił dokładnie to samo. Wtedy Mortalis zatrzymał się przy nim i przyglądał się mu przez chwilę, po czym chwycił go za kostki i pociągnął w swoim kierunku. Absalom krzyknął z zaskoczeniem, w pierwszej chwili sądząc, że mężczyzna ściągnie go z łóżka, ale biodra młodzieńca zatrzymały się akurat na brzegu mebla. Chłopak zachichotał, patrząc na mężczyznę z nieśmiałym wyczekiwaniem.
-Pocałujesz mnie…?- zapytał, nie mogąc się powstrzymać.
-Sądziłem, że nie masz sił…- odmruknął Mortalis, w wyjątkowo złośliwy sposób.
-Na to mam!- zapewnił go gorliwie Absalom, podnosząc się na przedramionach i nie odrywając od opiekuna błagalnego niemalże spojrzenia.- Naprawdę! Tylko pocałunek!
Mężczyzna wyraźnie się z nim drażnił. Słysząc słowa podopiecznego uśmiechnął się lekko i pokręcił głową. Młodzieniec nie dał jednak za wygraną. Zsunął się z łóżka jeszcze trochę, w taki sposób, by móc objąć opiekuna nogami i to właśnie zrobił. Mortalis zbliżył się chłopaka i nachylił nad nim powoli. Absalom odruchowo zagryzł wargę, wyczekując upragnionego momentu. Przyszło mu go zresztą wyczekiwać stosunkowo długo, bo mężczyzna jedynie spoglądał na podopiecznego w milczeniu. Dla chłopaka każda sekunda dłużyła się w nieskończoność i nie zamierzał się już dłużej niecierpliwić. Sam poderwał się do góry i wpił w wargi kochanka nieco gwałtowniej niż zamierzał. Jego opiekun oddał pocałunek, pozwalając jednak zachować inicjatywę młodzieńcowi. Absalom całował go więc powoli, bez wcześniejszej porywczości, chcąc czerpać z tej chwili jak najwięcej. Moment później, polizał wargi mężczyzny. Poczuł, jak te rozchylają się w niemym zaproszeniu. Młodzieniec wsunął pomiędzy nie język i zaczął badać wnętrze ust kochanka, czując narastające podniecenie. Po chwili Mortalis objął podopiecznego w pasie i podniósł go bez trudu. Absalom oderwał się od jego warg, zaskoczony. Wciąż obejmował ciemnowłosego nogami, teraz wczepił się w niego również rękoma, mocno zdezorientowany. Zajrzał w ciemne oczy mężczyzny i dopiero po chwili sobie coś uświadomił.
-Mortalis, jesteś ranny!- rzucił, zaniepokojony i jednocześnie skruszony faktem, że momentami zupełnie o tym zapominał.- Nie możesz się tak wysilać!
-Nie wysilam się- odpowiedział spokojnie ciemnowłosy.- Jesteś lekki jak piórko.
-Nieprawda!- zaoponował młodzieniec.- Nigdy taki nie byłem, a poza tym, Edalis powiedział, że w ciągu ostatniego roku nabrałem ciała…- dodał z nutką dumy.
-Edalis nazywa cię „chuchrem”.
-Co?! Ed… On… Naprawdę tak powiedział?!- zapytał Absalom, na wpół autentycznie wzburzony, na wpół zasmucony. Nie żeby chciał być postury właściciela gospody, nie w tym rzecz, tylko… Młodzieniec wiedział, jak wyglądają silni mężczyźni. Wojownicy. A on… Cóż. Ciało miał typowo chłopięce. Trochę mu to przeszkadzało.- To nieprawda!- rzucił z przejęciem.
-Nie martw się. Edalis nazywa „chuchrem” wszystko, co waży mniej od niego- uspokoił go mężczyzna.- Choć ty naprawdę jesteś bardzo szczupły.
-Nie jestem!- zaprotestował z nieskrywaną irytacją i odrobiną desperacji chłopak.- Jestem już mężczyzną i…- westchnął smętnie, widząc uśmiech Mortalisa, który wymalował się na wargach opiekuna w reakcji na jego słowa.- Nie jestem „bardzo szczupły”- mruknął jeszcze niemrawo.
-Nie przeszkadza mi to.
Absalom spojrzał na swojego opiekuna ze zdziwieniem. Po chwili uśmiechnął się mimowolnie, zagryzając wargę i czując, że policzki pieką go lekko. Cóż, właściwie… Właściwie mógł być szczupły. Nawet bardzo szczupły. Choć bardzo szczupły nie był, bo naprawdę w ciągu ostatniego roku, jego ciało się zmieniło! Ale jeśli Mortalis się tym nie przejmował, to on też chyba nie musiał… A zresztą… Dobry Stwórco! O czym on właściwie myślał?!
-Tak czy inaczej, jesteś ranny… Te ćwiczenia mogą ci zaszkodzić. Na pewno cię boli.
-Z czasem nauczysz się, że ból można tłumić jak wszystkie inne odczucia. I należy to robić, bowiem może przyjść ci walczyć w bardzo różnych okolicznościach. Jeśli przeciwnik będzie miał nad tobą przewagę, z pewnością ją wykorzysta.
-Ale ja nie jestem twoim przeciwnikiem…- zauważył Absalom. Opiekun opuścił go powoli i usadził z powrotem na łóżku. Młodzieniec wpatrywał się w niego z uwagą.- To tylko ćwiczenia. Rozumiem, że ich potrzebuję, ale ty naprawdę nie powinieneś się przemęczać.
-Twoja troska o moją aktywność jest poruszająca…- odparł z politowaniem Mortalis.- … choć wczorajszego wieczora nie wydawałeś być się nią tak bardzo zafrapowany…
Absalom zaczerwienił się.
-Nic mi nie jest- zapewnił go raz jeszcze mężczyzna, po czym przeszedł do pomieszczenia obok.
Młodzieniec położył się na posłaniu.
Nie był pewien słów mężczyzny.
Nie wiedział czy wierzyć w słowa mężczyzny.
Był jednak pewien jednego.
On sam nigdy wcześniej nie czuł się tak dobrze jak teraz, przy nim.
I nie zamierzał już tego zmieniać.

7 komentarzy:

  1. To było cudowne. *w* Uwielbiam postać Mortalisa. Jest niesamowity. Nie wierzę w jego zło. Gdyby nie było w nim dobra, nie zająłby się Absalomem.
    YFM jest jednym z moich ulubionych opowiadań. Rozdział pozostawił pewien niedosyt, jak zawsze, aczkolwiek chyba nie mogę narzekać na jego długość. No cóż, pozdrawiam i życzę weny. <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy7:52 PM

    Uwielbiam Twoje opowiadania, a YFM jest moim faworytem od bardzo dawna. Zazwyczaj nie komentuję, ale stwierdziłam, że czas najwyższy dać znać o moim uwielbieniu dla Twojej twórczości. Fabuła rozwija się w odpowiednim tempie, historia staje coraz bardziej wciągająca, a bohaterowie są wręcz idealnie przedstawieni. Nie mogę się doczekać rozwinięcia sytuacji.
    Z niecierpliwością czekam na kolejne rozdziały tego oraz reszty Twych opowiadań.
    Pozdrawiam, Luthien

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy11:18 PM

    Cudowne *-*.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mortalis wypowiada coraz dłuższe zdania z rozdziału na rozdział xD Swoją drogą bardzo na korzyść. Lubię, gdy tak dogryza Absie xD To na prawdę urocze *^*
    Nawet nie zauważyła, kiedy skończył się ten rozdział... Jakiś taki krótszy niż zwykle chyba był ;.;
    Z niecierpliwością wyczekuję kolejnego rozdziału ♥

    OdpowiedzUsuń
  5. Zaglądam tutaj i coś zjadło mój komentarz, ewentualnie go napisałam i zapomniałam wysłać. :/
    Cieszę się, że między Mortalisem i Absą się układa. Dzięki za rozdział. :D

    OdpowiedzUsuń
  6. W końcu Absalom dostał to czego tak naprawdę pragnął, jednak ten chce jeszcze więcej. Bałam się, że Mortalisowi mogło się odwidzieć i nie będzie chciał pielęgnować tej bliskości między nimi. Moje obawy jednak się na szczęście nie sprawdziły. Dalej ciekawi mnie przed kim Mortalis ucieka. Oby ci ludzie nie zaburzyli ich szczęścia. Jedyne co mi zostało to życzyć Ci weny. ;3

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy12:10 PM

    Przeczytałam całe opowiadanie od nowa i nadal kurcze jestem pod takim wrażeniem... jak Ty wspaniale opisałaś przeżycia wewnętrzne Absaloma, kiedy nie był pewien co tak własciwie czuje, co się z nim dzieje, skąd te odczucia. A ten sen, kiedy Mortalis usiadł obok niego i pocałował... Jak ja Ci zazdroszczę talentu. :)
    Czekam na kolejne rozdziały :)

    Pozdrawiam,
    J.

    OdpowiedzUsuń