Strony

sobota, 17 sierpnia 2013

19. Randka [LPoH]

Przebudziłem się. Ziewając, zakryłem usta wierzchem dłoni i uchyliłem powieki, po czym przewróciłem się na bok. Andy’ego już przy mnie nie było. Podniosłem nieco głowę, by zerknąć na stojący przy łóżku zegarek. Było niewiele po dziewiątej. I tak dość późno, biorąc pod uwagę porę, o której zwykle wstawałem. Opadłem z powrotem na posłanie i przetarłem twarz dłońmi, ziewając po raz kolejny. Leżałem przez dłuższą chwilę w takiej pozycji, nasłuchując dźwięków dobiegających z mieszkania i zastanawiając się, gdzie jest teraz chłopak.
Po chwili moje myśli zeszły na zupełnie inny tor. Oczywiście nie mogłem nie przypomnieć sobie tego, co działo się wczorajszego wieczora. Bo po raz pierwszy rzeczywiście mogłem myśleć o czymś związanym z Andy’m, bez zwyczajowego poczucia wstydu i zażenowania. Całowałem go. Rany boskie, ale jak! W życiu nie całowałem nikogo w ten sposób. I chyba jemu również sprawiało to przyjemność. Całowałem jego usta, szyję, klatkę piersiową… I nie byłem tak niepewny czy nieśmiały jak zwykle. Właściwie wtedy poczułem się przy nim swobodniej. Lepiej. A to chyba oznaczało, że coś w naszych relacjach albo przynajmniej we mnie samym, zmienia się na lepsze. Chociażby odrobinę. I wiecie co jest w tym wszystkim najlepsze? Powstrzymałem się. Nie przekroczyłem kolejnej granicy. Nie zrobiłem zupełnie nic, czego mógłbym teraz żałować. A muszę przyznać, że biorąc pod uwagę okoliczności i samego Andy’ego, nie było to łatwe… Ale się udało. Nie zamierzałem niczego przyspieszać i teraz wszystko mogło się toczyć we względnie normalnym tempie. I byłem szczęśliwy. Nie, to zdecydowanie zbyt małe słowo. Właściwie teraz przeżywałem coś w rodzaju absolutnej euforii. Nie wiem, czy tak właśnie czuli się ludzie zakochani, szaleńczo zakochani, maniakalnie zakochani, a może najzwyczajniej w świecie – maniakalni i szaleni, ale w mojej wyobraźni, niczym ciąg zdjęć, przewijały się wczorajsze zdarzenia, a ja czułem przyjemne ciepło, łaskotanie w okolicach żołądka, a jakby tego było mało, na moich wargach widniał chyba wyjątkowo głupi uśmiech, którego za nic nie byłem w stanie się pozbyć. Zaraz jednak zniknął samoistnie, bowiem nie byłbym sobą, gdyby po tych przyjemnych rozważaniach, nie przyszła pora na wątpliwości. Wątpliwości nachodziły mnie zawsze i teraz nie mogło być inaczej. Nie byłem zresztą pewien, czy są one jedyną żywą oznaką, mojego przechodzącego do przeszłości zdrowia psychicznego, czy wprost przeciwnie, kolejnym symptomem jakiejś dziwacznej choroby umysłu, skoro nie mogłem się zgodzić sam ze sobą nawet w najprostszych kwestiach. Pozostało mi bowiem odpowiedzieć sobie na jedno pytanie, które niestety zawsze wzbudzało we mnie podobne emocje: Co dalej? Nawet, gdyby zakładać optymistycznie, że Andy mógłby coś do mnie czuć. Teraz albo w niedługiej przyszłości. Wszystko będzie szło naprzód swoim tokiem, bez zbytniego pośpiechu, ale w końcu i tak dojdzie do przekroczenia granicy. I co wtedy…? Wiedziałem, jaka jest sytuacja. On ma w końcu szesnaście lat! Podejrzewam, że za kolejne dwa, będzie już patrzył na życie w zupełnie inny sposób, nie mówiąc już o dłuższym upływie czasu. Niezależnie tego, jak strasznie dobijająco brzmiała dla mnie ta informacja – wciąż był jeszcze dzieckiem. Bardzo temperamentnym, bardzo zbuntowanym i doświadczonym w sprawach, o których ja miałem nikłe pojęcie, ale dzieckiem. Poza tym, nasze relacje… Nasz układ… To nie była normalna sytuacja. Nie chodziło już nawet o różnicę wieku. On tu mieszkał. Utrzymywałem go. Nie oczekiwałem od niego niczego w zamian! Ale on mógł patrzeć na to wszystko zupełnie inaczej. I nie bez powodu. W końcu który mężczyzna w moim wieku zaproponowałby dwa razy młodszemu od siebie chłopcu mieszkanie pod jednym dachem, po czym kupowałby mu ubrania i drogie prezenty…? Pomijając ewentualnych rodziców adopcyjnych, ale do miana rodzica Andy’ego nigdy nie aspirowałem. To dopiero byłoby chore. Tak czy inaczej, przedstawiona sytuacja była ponuro oczywista. Byłem zakochany w Andy’m, ale nic nie wskazywało na to, by on czuł coś podobnego i właściwie trudno mu się dziwić. Bałem się jednak, że w pewnym momencie mogę się co do tego pomylić, że przyjmę jego postawę i chęć odpłacenia mi się za to, że tutaj jest, jak deklarację uczuć. To nie byłoby właściwie. Nie chciałem być kolejną osobą, która, świadomie czy nie, wykorzystałaby go.
Uczucie euforii zniknęło, choć wciąż czułem się dobrze. Nie mogło być inaczej, po takim dniu jak wczoraj, nawet posępne rozważania nie pogrążyły całkowicie mojego nastroju. Wstałem z łóżka. Gdy ponosiłem kołdrę, coś zsunęło się z mebla i spadło na posadzkę. Nachyliłem się i podniosłem koszulkę Andy’ego. Tę samą, którą zdjął wczoraj. Zagryzłem wargę, uśmiechając się mimowolnie. A później, równie bezwiednie, przysunąłem materiał do twarzy. Andy nie miał jej na sobie długo, ale i tak nasiąknęła jego zapachem. Wchłaniałem go przez chwilę, nim uświadomiłem sobie, że to cokolwiek obłąkańcze zachowanie, więc złożyłem szybko ubranie i odłożyłem je na łóżko, po czym przeszedłem do przedpokoju. Widziałem, że w łazience pali się światło. Słyszałem też dźwięk suszarki do włosów, spomiędzy którego przebijało się coś w rodzaju nucenia. Ruszyłem do kuchni. Gdy znalazłem się w środku, wlałem wodę do elektrycznego czajnika, po czym uruchomiłem go, szykując jednocześnie dwa kubki i wkładając do nich woreczki z herbatą. Woda nie zdążyła się nawet zagotować nim Andy wyszedł z łazienki. Słyszałem tylko trzask drzwi i jego kroki. Najpierw zajrzał do mojej sypialni, chyba sądząc, że wciąż tam będę, a dopiero później skierował się do kuchni. Był już w pełni ubrany, w ciepły sweter i dżinsy. Chyba pierwszy raz widziałem go w tak wiele zasłaniającym stroju, ale nawet on musiał się w końcu dostosować do zimy, która zbliżała się wielkimi krokami.
-Herbaty…?- zagadnąłem go, uśmiechając się ciepło, widząc, jak zajmuje miejsce przy stole.
-Jasne- odparł, również uśmiechając się do mnie.
Gdy czajnik się wyłączył zalałem oba kubki wrzątkiem i położyłem jeden z nich na stojącej przed młodzieńcem podkładce. Podałem mu cukiernicę. Drugi kubek wziąłem chwilę później i oparłem się o blat, wpatrując w chłopaka. On również spoglądał w moim kierunku.
-Co z naszą randką…?- zapytał w pewnym momencie.
-Hm…?- rzuciłem, zdumiony.
-Powiedziałeś, że powinno się zaczynać od randek i spotkań…- wyjaśnił rudzielec, wzruszając ramionami.- I że chcesz, żeby wszystko toczyło się normalnie… Więc chyba planowałeś mnie gdzieś zaprosić…?- zapytał niemal podejrzliwie.
-A gdzie chciałbyś pójść?- zapytałem więc, bo nie zastanawiałem się nad tym. Dla mnie „randką” mogło być to, co robiliśmy zazwyczaj – wspólne spacery, oglądanie telewizji czy rozmowy. Nie byłem w tym aspekcie zbytnio pomysłowy.
-O nie!- zaprotestował Andy, podnosząc się z miejsca i ruszając w moim kierunku. Odruchowo odłożyłem kubek z herbatą na blat, czując, że zaraz znajdzie się blisko, niepokojąco blisko, a ja i bez wrzątku w rękach byłem tak nieporadny, że wystarczająco niebezpieczny dla otoczenia. Tak jak się spodziewałem, zatrzymał się tuż przy mnie i oparł dłonie na moich biodrach, wpatrując mi się prosto w oczy. Przełknąłem ślinę.- To ty masz mnie gdzieś zaprosić, nie…? O, mam pomysł!- rzucił po chwili. Jego dłonie przesunęły się nieco wyżej i chwilę później, objął mnie ciasno wokół pasa, przyciskając się do mnie.- Przypomnij sobie, jak byłeś w moim wieku…- zaczął, zagryzając figlarnie wargę.- I jak spotkałeś kogoś, kto bardzo ci się podobał…
-Nie wiem czy jest cokolwiek do przypominania…- odparłem, uśmiechając się niepewnie.
-No co ty? Musi być…- stwierdził Andy, patrząc na mnie bez zrozumienia. Pokręciłem głową.- Przecież każdemu ktoś się podoba, nie? Niekoniecznie facet, jak wtedy cię nie kręcili… Możesz myśleć też o dziewczynie… Serio? Nikt?
-Nie sądzę…- odpowiedziałem ostrożnie. W czasach mojej młodości, owszem, umawiałem się na randki i spotkania, wtedy oczywiście tylko z dziewczynami, oczywiście tylko w moim wieku, ale nie było w tym nic… szczególnego. Nic, co można by choćby porównać do odczuć, jakie wzbudzał we mnie Andy. Wtedy wszystko toczyło się jakoś inaczej. Zaczynało się od koleżeństwa, przyjaźni, wszystkie „poważniejsze” relacje, nawiązywały się same i chyba w gruncie rzeczy… nigdy zbyt poważne nie były. Nie dla mnie. Nie przeżywałem tragicznych rozstań, nie rozważałem wszystkiego po stokroć, jak zdarza mi się to czynić teraz, nigdy nie byłem zbyt pewny siebie, ale też nie wpadałem w panikę przy każdej, najdrobniejszej okazji i przede wszystkim… Na pewno nie byłem tak zakochany.
I dobrze. Najwyraźniej tego rodzaju szaleństwa przydarzają się człowiekowi raz w życiu.
-Więc wyobraź sobie, że jesteś w moim wieku…- zaczął po raz kolejny Andy, po czym dodał- Albo nie, dwa lata starszy. Lubię starszych- mruknął z zaczepnym uśmiechem i pewnie mogłoby to brzmieć nawet pocieszająco, gdyby nie fakt, że ktoś starszy o dwa lata, a ktoś starszy o lat szesnaście, to jednak kolosalna przepaść.- Wyobraź sobie, że mnie spotykasz. Wtedy. Tak po prostu. Gdzieś pod szkołą albo coś. Co byś zrobił?
-Zapewne chciałbym cię poznać…- odpowiedziałem, uśmiechając się lekko.
-Jak…?- drążył dalej Andy.
Jego dłonie wędrowały niespiesznie wzdłuż moich pleców, masując je. Drgnąłem mimowolnie.
-Podszedłbym do ciebie…- odparłem, bo sądziłem, że tego właśnie oczekiwał, choć gdyby taka sytuacja w istocie miała miejsce, bardzo wątpię, bym rzeczywiście zrobił coś podobnego. Ja i Andy spotkaliśmy się w dość… specyficznych okolicznościach. Kiedy niespodziewanie napotyka się w swojej sypialni na młodego chłopaka, trudno nie zamienić z nim choć kilku zdań, które można by uznać za „zaznajomienie się”. Nie byłem natomiast szczególnie otwartym człowiekiem. Wszyscy znajomi, jakich miałem obecnie, byli w większości także znajomymi Hugo i dlatego utrzymywałem z nimi relacje. Hugo z kolei poznałem w pracy. Tak właśnie zapoznawałem się więc z ludźmi: albo przez innych ludzi, albo z braku innych możliwości. Rzadko z własnej inicjatywy.
-I co byś powiedział…?- szepnął rudowłosy. Podniósł się nieco na palcach. Jego usta znalazły się tuż przy moich, jakby lada chwila miał mnie pocałować.
Zagryzłem wargę, czując, że robi mi się gorąco, a mój umysł zaczyna być dziwnie otępiały i nie pozwala mi się skoncentrować na niczym innym, prócz zielonych, wpatrzonych we mnie z wyczekiwaniem, oczu chłopaka i jego rozchylonych ustach.
-Eee… „Cześć”…?- rzuciłem niepewnie.
Andy wciąż mnie obejmował, ale cofnął głowę i uniósł brew w geście politowania.
-Serio, Mitch…?- parsknął pobłażliwie.- Rany, nawet w sytuacjach hipotetycznych jesteś takim sztywniakiem…
-Co innego miałbym powiedzieć…?- zapytałem odrobinę bezradnie. Nie chciałem być sztywny. Chciałem być przystojnym, wyluzowanym i pewnym siebie facetem. Takim, który nie miałby problemu z odezwaniem się do kogoś zupełnie obcego i wymyśleniem czegoś znacznie bardziej kreatywnego. Niestety jednak, poza sferą marzeń, w trakcie których, co dość żałosne, przypominałem bardziej swojego najlepszego przyjaciela niż siebie, wciąż byłem tylko i wyłącznie Mitchem.
-No nie wiem… Coś, co podkręciłoby atmosferę- odpowiedział swobodnie Andy, wzruszając ramionami.- Żebyśmy mogli pójść razem w ustronne miejsce…- dodał zaczepnie i uśmiechnął się zalotnie, ocierając się przy tym o mnie sugestywnie.
… Rany boskie. Jeszcze chwila, a dosłownie wejdę w stojący za mną blat, bo co rusz odruchowo próbowałem się cofnąć, żeby choć trochę opanować i swój skołatany umysł i bieżącą sytuację, ale niestety moje położenie było dosyć niefortunne.
-Ustronne miejsce…- powtórzyłem, odkaszlnąwszy cicho, starając się skupić na rozmowie, choć było to równie trudne jak zwykle, gdy był tak blisko.- Przecież… Przecież to byłoby nasze pierwsze spotkanie.
-No… A które niby miałoby być, żeby ci to odpowiadało?- parsknął z rozbawieniem chłopak.- Och, czekaj, nie mów. W końcu przestałeś być prawiczkiem, gdy miałeś dwadzieścia trzy lata. Serio, Mitch, nie chcę być złośliwy, ale jeśli zamierzasz tyle czekać i teraz, to możesz tego nie dożyć…
… To bardzo prawdopodobne, chociażby biorąc pod uwagę fakt, że za każdym razem, gdy znajdujemy się w takiej sytuacji jak ta, jestem bliski zawału.
-Więc…? Gdzie byś mnie zabrał?- zapytał Andy, patrząc na mnie z uwagą.
Zastanawiałem się przez chwilę nad tym, dokąd zwyczajowo ludzie wybierają się na randki i tego typu spotkania.
-Do restauracji- odpowiedziałem.
Andy spojrzał na mnie sceptycznie.
-Jasne!- parsknął z niedowierzaniem.- Wstydziłbyś się!
-Wcale nie…- zaoponowałem, kręcąc głową.- Nie mówię o jakiś nadętych miejscach, bo tam rzeczywiście wstydziłbym się wybrać, ale nie z tobą, tylko ogólnie. Wolę skromniejsze rejony.
-I tak byś się wstydził- stwierdził z pełnym przekonaniem Andy.- Sam wiesz, że jesteś ode mnie trochę starszy. Trochę bardzo. Wiesz, jak ludzie na to patrzą. Na pewno nie odważyłbyś się na nic… szczególnego...- rzucił, uśmiechając się tajemniczo, po czym wzruszył ramionami.- Przydałoby się miejsce, w którym moglibyśmy czuć się swobodnie.
-Jak na przykład…?- podchwyciłem, bo poza tym mieszkaniem, trudno było mi sobie takie wyobrazić.
-Na przykład klub- odpowiedział Andy z wyraźnym zapałem. Odchrząknąłem cicho, nieszczególnie zachwycony tą propozycją.- Serio, Mitch, znam świetne miejsce. Będziemy mogli się zachowywać tak, jak nam się żywnie podoba, potańczymy, pobawimy się…
-Nie sądzę, Andy…- odparłem ostrożnie.- Chyba jestem na to za stary.
… Przede wszystkim mentalnie, bo z wyobrażeniem sobie Hugo w takim miejscu nie miałem problemu. Ale ja…? W klubie? Pośród nastolatków w wieku Andy’ego? Tańczący…? To byłby straszny widok.
-Wcale nie!- zaprotestował chłopak, marszcząc brwi.- Mitch, tam jest masa starych ludzi! W sensie… Nie że ty jesteś stary, tylko… No… Ogólnie starych. Starych i starszych. Nawet od ciebie…- … dobór słów Andy’ego coraz bardziej mnie załamywał…- Są faceci, którzy mają na karku pięćdziesiąt lat, jak nie więcej! Spotykają się tam z chłopakami i dziewczynami, także w moim wieku i nikomu to nie wadzi!
… Nie wadzi?
Mnie właśnie zaczęło. Zwłaszcza, gdy przypomniałem sobie wieczorne wypady Andy’ego do tego miejsca, bo spodziewałem się, że właśnie w tym klubie zdarzyło mu się bywać. O mój Boże, chyba do niczego tam nie dochodziło…? Nie, oczywiście, że nie. Andy przecież mnie zapewniał, że nie robi… takich rzeczy… za pieniądze. Co prawda to nie oznaczało, że nie robi ich wcale… A poza tym… Dosyć! Dosyć tego, Mitch!
Nie miałem nawet ochoty wyobrażać sobie takich rzeczy. Andy bywał tam w końcu rzadko, a ostatnimi czasy – wcale. Nie miałem prawa niczego insynuować. Musiałem uwierzyć mu na słowo. Co nie zmienia faktu, że byłem przekonany, iż jeśli kiedykolwiek usłyszę, że zamierza się tam zabrać, dołożę wszelkich starań, żeby go od tego odciągnąć.
… Tak jakby rudzielca dało się odciągnąć od czegokolwiek.
-A może po prostu przejdziemy się po parku...?- zasugerowałem nieśmiało.
Andy wydał z siebie ciężkie, pełne dezaprobaty westchnienie.
-Już wiem!- rzucił po chwili.- Chodźmy do jakiegoś miejsca, w którym spotykają się tacy faceci jak my.
-Tacy faceci jak my…?- dopytałem niepewnie.
Rudzielec uniósł brew w pobłażliwym geście.
-No. Geje- stwierdził.- Na pewno jest takie miejsce w tym mieście, w każdym jest, trzeba by się tylko rozejrzeć albo poszukać na internecie. Nie mówię o żadnej spelunie, ale o zwykłej knajpie- wyjaśnił, widząc moją daleką od zachwytu minę.- Moglibyśmy się trochę pobawić i czulibyśmy się swobodnie…
… Taaak…
…Czuć się swobodnie, mając wokół siebie stado napalonych facetów gapiących się na Andy’ego…
Zupełnie nie wiem czemu, nie wydawało mi się to dobrym pomysłem!
-Zostańmy w domu…- rzuciłem cicho, wiedząc, że raczej mu się to nie spodoba, ale to było jedyne miejsce, w którym czułem się dobrze.
-ZAWSZE jesteśmy w domu- odmruknął rudzielec iście dramatycznym tonem.- Dobra, Mitch- dodał jednak po chwili, ku mojemu zdumieniu.- Zostaniemy tutaj. Ale wciąż chcę randki…- zaznaczył, uśmiechając się lekko.- Takiej z prawdziwego zdarzenia. Chcę… Chcę…- zawahał się i zastanowił, jakby nie do końca wiedział, jak „randki z prawdziwego zdarzenia” wyglądają. Ja też miałem o tym marne pojęcie, więc wolałem poczekać na jego sugestie.- Chcę świece. Serio. I… I coś dobrego do jedzenia. W sensie kolację. Mógłbyś ugotować to, co ostatnio. To mięso z pieczarkami. Było naprawdę pyszne!
-Zgoda- odpowiedziałem, uśmiechając się łagodnie i ciesząc, że jednak nie czekają mnie żadne przygody.- Będę musiał pójść na zakupy.
-Więc kup jeszcze wino- rzucił Andy.
Przy tej propozycji zawahałem się wyraźnie.
-Upijanie nieletnich to przestępstwo…- stwierdziłem ostrożnie.
Rudzielec wzruszył ramionami.
-Sam się upiję- odparł pogodnie i uśmiechnął się szeroko.
… Taaak…
Nie byłem pewien, czy to dobry pomysł.
I na trzeźwo trudno było mi się niekiedy hamować w towarzystwie rudowłosego, więc nawet trochę podpity, nie mówiąc już o głębszych stadiach alkoholowego upojenia, mogłem zrobić naprawdę coś głupiego. No i Andy nie powinien pić. Wiedziałem, że chłopacy w jego wieku i tak to robią, ja zresztą również w młodości próbowałem alkoholu znacznie wcześniej niż powinienem, ale mimo wszystko. Byłem od niego starszy, byłem dorosły, to na mnie spoczywała odpowiedzialność.
-Więc jak będzie z tym winem, Mitch…?- rzucił, unosząc brew.- Bo wiesz, ja chcę PRAWDZIWEJ randki…
-Abstynenci nie chodzą na randki?- zażartowałem, uśmiechając się lekko.
-Chodzą. Ale pewnie gorzej się bawią- odpowiedział rudzielec, chichocąc.- Po prostu kup jakieś dobre wino, Mitch, na pewno się na tym znasz. Nie upiję się przecież. Mam mocną głowę, a poza tym będziesz mnie pilnował. Więc jak…?

Zgodziłem się.
Nie byłem z tego szczególnie dumny, ale nie od dziś wiedziałem, że naprawdę nie jestem w stanie mu odmówić. Andy chciał swojej „prawdziwej” randki, a ja chciałem, żeby dostał to, czego oczekiwał. Świece miałem w domu – co prawda przygotowane na wypadek nagłej awarii prądu, ale na taką okazję też się nadawały. Wynalazłem nawet jakieś dziwaczne świeczniki, o których obecności zupełnie zapomniałem. Oprócz tego, poszedłem oczywiście na zakupy, by upewnić się, że mam wszystko, co potrzebne do przygotowania kolacji i wybrać wino. Później zajmowałem się gotowaniem, a Andy chyba zajmował się sobą, w każdym razie siedział na salonie w kanapie, pisząc coś na swoim telefonie. Co jakiś czas zaglądałem do niego i uśmiechałem się lekko albo zagajałem go o coś. Odpowiadał uśmiechem albo paroma zdawkowymi słówkami. Wciąż byłem ciekaw, z kim pisze. Z tego, co pamiętałem, pokłócił się ze swoimi znajomymi. Nie chciałem jednak burzyć nastroju, bo wiedziałem, że tego rodzaju pytania go irytują, a zatem nie pytałem. Umówiliśmy się na osiemnastą. Zupełnie tak, jakby to była prawdziwa randka. Z początku trochę mnie to bawiło, ale im bliżej było kulminacyjnej godziny, tym bardziej się stresowałem. Może dlatego, że to BYŁA prawdziwa randka. A przynajmniej tak to odczuwałem. Już na kwadrans przed wyznaczonym czasem, wszystko było gotowe – kuchnia oświetlona jedynie światłem świec, nakryty obrusem stół, na którym znajdowały się dwa talerze z przygotowanym przeze mnie jedzeniem, sztućce, serwetki, kieliszki i wino.
Wszystkie elementy, których oczekiwał Andy.
Wszystkie one przygotowane tak, jak należy.
Wszystkie idealnie pasujące do nastroju i sytuacji.
Prócz jednego. Mnie.
Wiedziałem, że jeśli coś pójdzie nie tak, to wyłącznie z mojej winy. Jeśli powiem o parę słów za dużo, albo o parę słów za mało, jeśli się wygłupię, albo zanudzę rudowłosego na śmierć, jeśli za bardzo się zawstydzę i umilknę zupełnie, albo wprost przeciwnie, zrobię się zbyt śmiały i posunę za daleko… Dobry Boże, tyle wątpliwości! Stresowałem się jak nastolatek przed swoim pierwszym spotkaniem. Nawet się przebrałem. Ha! Nie w zwyczajowy strój. Wybrałem znacznie lepszą, nienoszoną jeszcze koszulę i czarną marynarkę. Do tego dżinsy. Wiedziałem, że Andy lubi, gdy ubieram się trochę luźniej. Miałem nadzieję, że wyglądam właściwie, choć czułem się zupełnie nie na miejscu, jakbym nie był gotowy na tego rodzaju spotkanie. Przyłapałem się na tym, że trzęsły mi się ręce, serce biło mi jak oszalałe, w myślach starałem się ułożyć jakieś tematy do ewentualnej rozmowy albo przynajmniej sposób jej rozpoczęcia, ale wszystko mnie rozpraszało. Denerwowałem się, jakby to było jedno z moich pierwszych i najważniejszych spotkań z Andy’m, na którym koniecznie musiałem zrobić dobre wrażenie, a nie tak, jakby chłopak mieszkał ze mną już od dłuższego czasu i dobrze mnie znał.
Pięć minut przed czasem czekałem w kuchni, nerwowo krążąc dookoła i niepokojąc się, czy chłopak w ogóle się pojawi.
… Co chyba było tylko kolejnym dowodem na moją kiepską kondycję psychiczną, bo trudno było mi sobie wyobrazić, by mogło być inaczej. W końcu Andy był w mieszkaniu – teraz konkretnie w swojej sypialni, ale trudno, by zapomniał o naszej „randce”, skoro sam wszystko zaplanował i wymyślił, ja godzinami krzątałem się po całym domu, przygotowując się, a w całym mieszkaniu unosił się teraz zapach mięsa i pieczarkowego sosu. Nawet gdyby jednak zapomniał, co byłoby dość trudne, na pewno i tak wkrótce pojawiłby się w kuchni. Musiał przecież coś zjeść.
Ale rudzielec nie zapomniał.
Usłyszałem, jak otwierająsię drzwi od jego pokoju. Była dokładnie osiemnasta, gdy pojawił się w progu kuchni. On również ubrał się inaczej. W koszulę, co prawda nie białą, a ciemnoniebieską, której kilka górnych guzików pozostawił niedopiętych. Miał też na sobie czarne dżinsy. Wyglądał bardzo elegancko i znacznie… spokojniej, niż zwykle. Spojrzał na przygotowany stół, później na mnie. Uśmiechnął się tajemniczo.
Odpowiedziałem bardzo nerwowym uśmiechem i odkaszlnąłem jedynie, siadając. Zajął miejsce naprzeciwko mnie.
-Wyglądasz… bardzo pięknie- wydusiłem z siebie po chwili.
Andy uśmiechnął się szeroko.
-Cóż… Dziękuję, Mitchellu…- odparł sztucznie oficjalnym tonem.
Obaj parsknęliśmy śmiechem.
Poczułem się trochę swobodniej. Może dlatego, że wyglądało na to, iż nie tylko ja potraktowałem sprawę całkiem poważnie. A może ze względu na to, że Andy również sprawiał wrażenie nieco podenerwowanego… A to zdecydowanie nie był codzienny widok.
-O czym ludzie rozmawiają… na takich prawdziwych randkach?- zapytał niepewnie.
Nie mogłem się nie uśmiechnąć, słysząc te słowa. Sam mógłbym je wypowiedzieć.
-Nie mam pojęcia- przyznałem szczerze.- Chyba o tym, o czym chcą rozmawiać. Nie wydaje mi się, żeby musiało to być coś szczególnego…
Siedzieliśmy przez dłuższą chwilę w dość krępującym milczeniu, jakbyśmy obaj liczyli na to, że to druga osoba zacznie coś mówić. Z mojej strony był to wyraz uzasadnionych nadziei, ze strony Andy’ego – raczej bezradności, bo liczenie na moją inicjatywę było wielką naiwnością. W końcu podniosłem się nieco i sięgnąłem po butelkę wina. Otworzyłem i nalałem szkarłatnego trunku do naszykowanych wcześniej kieliszków.
Rudowłosy uśmiechnął się z rozbawieniem.
-Nic tak nie rozwiązuję języka jak alkohol…- stwierdził.
Chwilę później, życzyliśmy sobie nawzajem smacznego i zaczęliśmy jeść. Wkrótce rozmowa potoczyła się sama i to chyba nie za sprawą alkoholu, bo ja jeszcze nie zdążyłem skosztować swojego wina, a Andy wypił ledwie kilka łyków. Pochwalił moją kuchnię, dopytywał o jakieś szczegóły, następnie, nie wiedzieć kiedy, zeszliśmy na temat mojej wczesnej młodości – randek i dziewczyn, jakie mnie wtedy interesowały. Rudzielec wydawał się być tym bardzo zaciekawiony, choć ja nie miałem wiele do opowiadania. Później on sam mówił coś o swojej przeszłości, ale jak zwykle, bardzo niewiele. Niedługo później, rozmawialiśmy już o jakimś show, które widział ostatnio w telewizji, o tym, czy zauważyłem, że jedna z naszych sąsiadek jest uderzająco podobna do jakiejś sławnej celebrytki (na co oczywiście nie zwróciłem uwagi), a nawet o pani Wilcox, choć ona sama prawdopodobnie nie chciałaby słyszeć, jakie Andy miał o niej zdanie. Wszystkie te tematy były lekkie i względnie przyjemne. Rozmowa toczyła się właściwym torem, ja nie odpowiadałem półsłówkami, tylko naprawdę brałem w niej udział, a przy okazji trochę się zrelaksowałem. Co prawda wciąż byłem zdenerwowany (spójrzmy prawdzie w oczy – zawsze taki byłem), ale mniej niż z początku. Przez całą kolację skosztowałem kilku, bardzo oszczędnych łyków trunku, nie chcąc by alkohol choć trochę przyćmił mi umysł. Wystarczająco przyćmiewała go już obecność Andy’ego, poza tym zawsze miałem słabą głowę. Chłopak – wprost przeciwnie. Wypił pierwszy kieliszek i zaraz dolał sobie kolejny. Wtedy jeszcze nie oponowałem, ale gdy po raz trzeci sięgnął po butelkę, poczułem się w obowiązku, by zaprotestować.
-Daj spokój, Mitch…- parsknął Andy, słysząc moje ostrzeżenie. Był bardzo wyluzowany. Jeszcze bardziej niż zwykle, a już chyba sam ten fakt świadczył, że nie był to stan naturalny.- Wiem, jak pić. Poza tym nie chcesz chyba, żeby takie dobre wino się zmarnowało?
Pozwoliłem mu więc wypić i trzeci kieliszek, przysięgając sobie, że gdy spróbuje dolać resztkę wina, naprawdę go powstrzymam. Andy jednak stracił zainteresowanie butelką. Przesunął pusty talerz na bok i oparł łokcie na stole, podpierając głowę na dłoniach i przyglądając mi się z uwagą. Uśmiechnąłem się do niego, po czym podniosłem się i zabrałem puste naczynia, a następnie wstawiłem je do zlewu, by zaraz wrócić na swoje miejsce. Andy zagryzł wargę. Wciąż spoglądał na mnie z nieodgadnioną miną.
-Chcę cię pocałować, Mitch…- stwierdził w końcu.
Podniósł się nieco, pochylając wzdłuż stołu. Uśmiechnąłem się mimowolnie i również zbliżyłem się do niego. Szybko jednak odsunąłem się widząc, jak blisko płomienia świec znajdują się włosy chłopaka.
-Andy, uważaj!- rzuciłem ostrzegawczo.
Zorientował się w porę i usiadł z powrotem.
-Rany…- rzucił, po czym zaśmiał się cicho.- Świece chyba nie były najlepszym pomysłem, co…?
Zapadła cisza.
A moment później, Andy dosłownie zerwał się z miejsca i w mgnieniu oka, nim zdążyłem się zorientować, co właściwie się dzieje, wylądował na moich kolanach. Spojrzał na mnie z wyjątkowo zadowoloną miną i nie czekając na nic więcej, wpił się gwałtownie w moje wargi. Objąłem go wokół pasa, odruchowo opierając jedną dłoń na jego policzku. Jego skóra była lekko zaczerwieniona i gorąca. Wiedziałem, że wbrew temu, co mówił, za dużo wypił. Przycisnął się do mnie mocno, nie przestając całować mnie namiętnie, zachłannie, przejmując całą inicjatywę i pożądliwie penetrując wnętrze moich ust. Wplotłem palce w jego włosy, oddając pocałunek, choć będąc wciąż na tyle zdezorientowanym, że nie do końca byłem w stanie dostosować się do tempa, które narzucił. Po chwili oderwał się od moich warg. Zachichotał na widok mojej zaskoczonej miny. Wciąż siedząc mi na kolanach, sięgnął do tyłu po mój, do połowy pełen, kieliszek wina. O nie, nie… Chwyciłem go za nadgarstek, nim przysunął go sobie do ust. Spojrzał na mnie bez zrozumienia. Skorzystałem z chwili, i tym razem to ja go pocałowałem. Znacznie bardziej subtelnie i powoli, sprawiając, że rudzielec skoncentrował się na mnie i wykorzystując jego moment nieuwagi, by delikatnie wysunąć kieliszek z jego dłoni i odłożyć go z powrotem na stół. Andy objął mnie wokół szyi, jakby nie zorientował się, że cokolwiek zrobiłem, albo zorientował się, ale i tak niewiele go to w tej chwili interesowało. Jego język prowokował mój do tańca, z początku jeszcze bardzo łagodnego, z chwili na chwilę jednak, coraz bardziej namiętnego i pełnego pasji. Całowałem go długo, rozkoszując się każdą chwilą, każdą sekundą i czując, jak jego dłonie przesuwają się wzdłuż mojej klatki piersiowej. Jego palce zacisnęły się na materiale koszuli. Szarpały przez moment za jej materiał, po czym podążyły się w stronę guzików. Po chwili Andy rozpiął jeden, moment później drugi… Wiedziałem, do czego to zmierza. I choć, nie da się ukryć, całe moje ciało zdawało się protestować przeciwko podjętej przeze mnie decyzji, ten wieczór nie mógł skończyć się w taki sposób. Nie teraz. Nie w tych okolicznościach. Nie tak szybko. I na pewno nie z nie do końca trzeźwym Andy’m. Chwyciłem go za dłonie i ścisnąłem je lekko. Nie protestował. Właściwie po chwili zdawał się o tym zapomnieć i objął mnie ponownie, by zaraz przerwać pocałunek i rzucić:
-Chcę zatańczyć.
Uśmiechnął się przy tym z lekkim rozbawieniem i zagryzł dolną wargę, wyraźnie oczekując na moją reakcję. Zaśmiałem się cicho.
-Tutaj…?- zapytałem niepewnie.
-Może być. Ale do muzyki!- rzucił Andy.
To mógł być pewien problem. Miałem w salonie niedużą kolekcję płyt, ale wątpiłem, by muzyka, której słuchałem ja, nadawała się do tańca i odpowiadała rudzielcowi. Ale na kuchennym blacie wciąż stało radio. Zacząłem podnosić się powoli, dając szansę rudowłosemu, by ten wstał pierwszy. Gdy tak się stało, ruszyłem w stronę urządzenia. Chłopak podążył za mną. Jego krok nie był chwiejny ani niestabilny, sprawiał raczej wrażenie trochę znużonego. Włączyłem radio i przez moment szukałem stacji, na której zamiast rozmów i wiadomości, leciała jakaś piosenka. Udało mi się to, nieznacznie zwiększyłem głośność i zaraz w pomieszczeniu dało się usłyszeć jakiś taneczny, szybki utwór. Szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia, jak tańczy się do tego rodzaju muzyki. Wyciągnąłem ręce w kierunku Andy’ego. Ten chwycił mnie za dłonie i uśmiechnął się lekko. Przyciągnąłem go do siebie, licząc na to, że to on w jakiś sposób naprowadzi mnie na to, co właściwie robić. Zamiast tego, rudzielec objął mnie ciasno w pasie i przycisnął się do mnie kurczowo, opierając głowę na mojej klatce piersiowej. Byłem trochę zdezorientowany. Przytuliłem go do siebie. Powoli ruszyliśmy, choć trudno było nazwać to tańcem. Kręciliśmy się w kółko, nie przywiązując najmniejszej wagi do tego, by choćby próbować poruszać się w rytm muzyki.
-Andy… Jesteś śpiący…- zauważyłem niezbyt odkrywczo, bo od kilku dobrych minut miał przymknięte powieki i opierał się o mnie całym ciężarem ciała.
-Wcale nie- wymruczał rudzielec głosem dalekim od przytomności, mało zatem przekonującym.
Uśmiechnąłem się do siebie.
Kroki chłopaka stawały się coraz bardziej powolne, momentami zupełnie przystawał w miejscu, więc w końcu i ja się zatrzymałem. Stałem i, najzwyczajniej w świecie, kołysałem go w ramionach, ale on zdawał się nie zwracać najmniejszej uwagi na to, że coś się zmieniło. Po chwili zorientowałem się, że chyba naprawdę spał. Albo przynajmniej był w stanie bliskim snu, w każdym razie, niewiele do niego docierało.
-Obejmij mnie wokół szyi…- szepnąłem mu do ucha.
Wymamrotał coś niewyraźnie, zarzucając jedną rękę na mój kark. Chwyciłem go w ramiona i podniosłem powoli. Ruszyłem w stronę drzwi, starając się unikać ewentualnych przeszkód, co okazało się nie być takie proste. Nie wypiłem dużo, właściwie wcale, więc naprawdę nie mogłem usprawiedliwić swojej kiepskiej koordynacji ruchowej alkoholem, ale prawda była taka, że trudno było mi jednocześnie skupiać się na tym, by nie upuścić chłopaka, nie zrobić krzywdy jemu, sobie, ani nie zniszczyć niczego dookoła. W efekcie czego, przechodząc obok stołu, niechcący przewróciłem jedno z krzeseł, a moment później, omal nie uderzyłem głową Andy’ego o futrynę. Nieszczęścia udało się jednak uniknąć i ostatecznie przeniosłem rudzielca do salonu, uznając, że nie warto ryzykować dalszej przeprawy do sypialni. Wyjąłem z górnej szafki koc i nakryłem nim troskliwie chłopaka. Ten jedynie przewrócił się na drugi bok, nawet nie otwierając oczu.
Spoglądałem na niego przez chwilę, po czym wróciłem do kuchni, jedynie po to, by posprzątać po kolacji i umyć naczynia. Następnie, przeszedłem do sypialni, by wziąć piżamę i skierowałem się do łazienki. Gdy znalazłem się w środku, rozebrałem się bez zbytniego pośpiechu i otworzyłem drzwi od kabiny prysznicowej, po czym wszedłem do jej wnętrza. Odkręciłem kurek. Stanąłem tuż pod strumieniem wody i obracałem się pod nim powoli, rozkoszując się przyjemnym ciepłem. Zamiast zacząć się myć, pogrążyłem się w myślach na temat zdarzeń z tego wieczora. Wszystko działo się tak szybko… Trudno się zresztą dziwić. Andy był młody, energiczny. Miał zupełnie inne spojrzenie na świat, inne zasady. Momentami nie mogłem za nim nadążyć. Dla niego seks był… czymś oczywistym. Dobrą zabawą. Sposobem na okazanie sympatii. Odwdzięczenie się. Zajęcie wolnego czasu. Ja… nie patrzyłem na to w taki sposób. Może gdyby chodziło o kogokolwiek innego, byłoby mi łatwiej. Może gdyby to, co do niego czułem, dało się określić jedynie mianem pożądania, nie musiałbym się wahać i zastanawiać. Ale wahałem się. Bo wiedziałem, że nie tego chcę. Owszem, pragnąłem Andy’ego szaleńczo, obłąkańczo i tak, jak jeszcze nikogo innego wcześniej, ale… Zależało mi na czymś innym. Na nim. Na tym, żeby… żeby poczuł do mnie to samo, co ja czułem do niego. Choćby w maleńkiej części. Wiedziałem, że to mało prawdopodobne. Moje uczucia do niego były zupełnie nie na miejscu, ale w pewien sposób zrozumiałe – Andy był po prostu doskonały. Młody, przystojny, otwarty, kuszący, niczym zakazany owoc… A ja? Ja byłem dla niego tylko „starym” Mitchem. Dziwakiem, który zabrał go pod swój dach z niezrozumiałych pobudek, których sam nie potrafił przekonująco wyartykułować. Nudziarzem bez prawa jazdy. Sztywniakiem, nie lubiącym tłumów i nie potrafiącym się bawić. Było tysiąc powodów, bym ja zainteresował się nim. I zero, by on to zainteresowanie odwzajemnił.
Dobry Boże… Westchnąłem ciężko. Jeszcze chwilę temu miałem naprawdę świetny nastrój i znów sam go sobie popsułem. Nawet w takiej kwestii jestem najzupełniej w świecie żałosny. Nie raz słyszałem w telewizji o tym, iż nie należy samemu się dołować, a zamiast tego, powtarzać sobie, jaką to jest się świetną i wspaniałą osobą. Podobno to nie tylko podnosi na duchu, ale ma też moc sprawczą. Chciałbym umieć powiedzieć o sobie choć jedno takie zdanie. Naprawdę. Choć jedno zdanie, przy wypowiadaniu którego, nie wybuchnąłbym jednocześnie śmiechem.
Postanowiłem sobie, że gdy wyjdę, przeniosę Andy’ego do jego sypialni. Kanapa była twarda i niewygodna. Nie chciałem, żeby nazajutrz obudził się obolały. Po chwili jednak, usłyszałem jakieś dźwięki, które mogły świadczyć o tym, że chłopak już nie spał. Jakby ktoś otwierał szafki… Albo coś przesuwał… Nie byłem pewien i właściwie nie musiały one dobiegać z wnętrza mojego mieszkania, ale równie dobrze od sąsiadów, z góry albo z dołu. Moment później dotarło do mnie, że ktoś otworzył drzwi od łazienki. Chyba. Chyba otworzył drzwi od łazienki… Tak mi się zdawało, ale również nie miałem pewności. Ścianki prysznica były zaparowane, nawet gdyby zresztą było inaczej, zrobione były z takiej struktury, że zobaczyłbym wiele. Nasłuchiwałem. Akurat w chwili, gdy stwierdziłem, że zapewne była to pomyłka, usłyszałem kroki i upewniłem się, że ktoś jednak jest w pomieszczeniu.
-Andy?- zawołałem, zupełnie tak, jakby mógł to być ktokolwiek inny.
Pomyślałem, że chłopak wstał i musiał pójść do toalety. Nie chciałem wychodzić stąd i tego sprawdzać. To byłoby krępujące dla nas obu. Nie usłyszałem odpowiedzi. Zamiast tego, po krótkiej chwili, drzwiczki od kabiny otworzyły się gwałtownie.
Zaskoczyło mnie to i jednocześnie przeraziło tak bardzo, że chciałem cofnąć się gwałtownie, przez co poślizgnąłem się i tylko fakt, że zaparłem się dłońmi o ścianki prysznica, powstrzymał mnie przed twardym lądowaniem.
Andy stał u wejścia kabiny. Nagi. KOMPLETNIE NAGI.
-A… An… Andy…- wydusiłem z niemałym trudem, usiłując się zasłonić i jednocześnie kuląc w kącie, jakbym miał zaraz paść ofiarą jakiegoś strasznego przestępstwa.
Chłopak uśmiechnął się z rozbawieniem.
-Co tam, Mitch…?- zapytał tak swobodnie, jakbyśmy wciąż konwersowali sobie przy kolacji, a nie znajdowali się w tak… krępującej i zdecydowanie niecodziennej sytuacji.- To wino trochę mnie zmogło. Nie wiem czemu, alkohol zwykle tak na mnie nie działa… Chyba, że mi czegoś dosypałeś…- rzucił prowokująco, uśmiechając się złośliwie.- Jak było, Mitch…? Dotykałeś mnie, gdy spałem…?
Rzuciwszy te słowa, ruszył do przodu. Postawił stopę w kabinie.
-Andy!- krzyknąłem, mocno spanikowany tym, co właśnie się działo. Uniosłem dłoń, jednocześnie w obronnym i zatrzymującym geście. Boże, Boże, Boże… Zaraz naprawdę stanie się coś zupełnie niestosownego…- Wiesz dobrze, że nigdy bym czegoś takiego nie zrobił…- stwierdziłem, przełykając ślinę i widząc, że chłopak, nie zważając na mój protest, znalazł się już we wnętrzu kabiny i zamknął za sobą drzwi. Wiedział. Zachichotał, wyraźnie rozbawiony całą sytuacją.- I… I… I co właściwie tu robisz…?- rzuciłem w końcu, jakbym naprawdę liczył na to, że mogę jeszcze zachować choć odrobinę kontroli nad tym, co się działo.
-Jesteś taki oszczędny, Mitch…- zaczął niewinnie rudzielec.- Nie przyszło ci nigdy do głowy, że powinniśmy też oszczędzać wodę…? Wspólne prysznice i kąpiele to dobry pomysł, nie sądzisz…?
Zbliżył się do mnie. Po raz kolejny tego dnia, znalazłem się w sytuacji, w której nie miałem wielkiego pola manewru. On stał tuż przy mnie, patrząc na mnie z wyczekiwaniem. Strumień wody obmywał tył jego głowy i plecy. Nawet, gdy usiłowałem zrobić wszystko, by na niego nie spoglądać, w wyobraźni wciąż widziałem jego nagą sylwetkę… Przełknąłem ślinę, czując się coraz bardziej zdenerwowany. Objął mnie. Zachichotał raz jeszcze, po czym wpił się w moje usta. W pierwszej chwili odpowiedziałem na pocałunek, ale zaraz przerwałem go, starając się ratować sytuację resztkami rozsądku, który zdawał się opuszczać mnie w zastraszającym tempie.
-Andy…- rzuciłem, drżącym nieco głosem. Czułem, jak jego dłonie przesuwają się wzdłuż moich pleców, zatrzymując w okolicy bioder. Patrzył na mnie i wciąż uśmiechał się tak, jakby cała sytuacja wcale go nie krępowała.- Andy, nie… Nie powinniśmy…- zauważyłem nerwowo. Przechylił głowę, uśmiechając się jeszcze szerzej, z nutką politowania.- To nie jest odpowiedni czas… Ja… Ty… Wiem przecież, że ty nie… Nie musisz tego robić. Naprawdę. Nie zmuszaj się do niczego, bo…
-Och, przymknij się w końcu, Mitch- mruknął rudzielec, przewracając oczyma, na moment przed tym, nim ponownie mnie pocałował.
I to był koniec. Koniec mojego zdrowego rozsądku, koniec oporu, koniec wątpliwości… Absolutny koniec myślenia. Wydawało mi się, jakbym miał połowiczny wpływ na to, co właśnie się działo. Jego gorący język, spleciony z moim, w namiętnym tańcu. Jego dłonie wędrujące po moim ciele, które tak bardzo spragnione było jego dotyku, że odczuwało intensywnie każde, najmniejsze nawet muśnięcie. I moje ręce – chwytające chłopaka za biodra, przyciągające go do siebie blisko, ciasno, błądzące po jego plecach, a ledwie chwilę później, klatce piersiowej, obejmujące, dotykające, wplatające się w rude kosmyki, wszystko szybko, bez namysłu, bez najmniejszej choćby kontroli… Moje ciało było pobudzone. Drżące. Rozkoszne iskry rozpalały się pod powierzchnią skóry za sprawą dotyku rudzielca, krążyły pod nią, żyły własnym życiem… Przesunąłem wargi na jego szyję. Pieściłem jego skórę ustami i językiem, wędrując coraz niżej i niżej, czując, jak palce rudzielca wbijają się mocno w moje plecy, wsłuchując się w jego ciche westchnienia.
-Lubię, kiedy całujesz mnie w ten sposób…- szeptał zachęcająco, wprost do mojego ucha.
Moment później, jego dłoń zacisnęła się na jego męskości. Jęknąłem mimowolnie, przerywając na moment i spoglądając na Andy’ego mglistym wzrokiem. Uśmiechnął się do mnie lekko, po czym pocałował mnie po raz kolejny. Jego palce przemieszczały się wzdłuż całej długości mojego członka. Niespiesznie i prowokująco, sprawiając, że odruchowo poruszałem biodrami, prosząc o jeszcze. Znowu szepnął mi coś do ucha. Zaśmiał się cicho. Byłem jednak tak przytłoczony i zaabsorbowany tym, co się działo, że nie zrozumiałem ani słowa. Dłonią, którą wsparłem się chwilę wcześniej na jego ramieniu, powędrowałem niżej. Prześlizgnąłem się przez tors chłopaka, a następnie jego podbrzusze, słysząc, jak wzdycha cicho. Chwyciłem męskość rudzielca, starając się naśladować jego ruchy. Nigdy wcześniej nie byłem w sytuacji intymnej z mężczyzną. Umiałem zaspokoić samego siebie, ale to zupełnie coś innego. Kiedy uścisk Andy’ego stał się mocniejszy, a jego ruchy szybsze, również przyspieszyłem. Całowaliśmy się przez chwilę, po czym po raz kolejny zacząłem pieścić wargami jego szyję, ssąc wrażliwe miejsca. Wiedziałem, że to lubi. Słyszałem, jak mruczy i wzdycha cicho. Byłem wyczulony na każdą jego reakcję. Poruszałem dłonią wolniej, by zaraz znów przyspieszyć, raz po raz zmieniałem tempo, chcąc sprawdzić, co mu odpowiada i jak powinienem to robić, by sprawić mu największą przyjemność. Jego oddech był płytki, urywany. Rozchylone wargi ułożyły się w lekki uśmiech, gdy dostrzegł, że na niego spoglądam. Wiedziałem, że jest bliski spełnienia. Niedługo później, przymknął powieki i doszedł z głośnym jękiem, nieruchomiejąc. Chwyciłem go w ramiona nie chcąc, żeby się poślizgnął.
-Hej, Mitch…- rzucił, drżącym nieco głosem, w którym pobrzmiewała wesoła nuta.- Hej, Mitch…
Wydawało mi się, że chce dodać coś jeszcze, ale zamiast tego, wpił się w moje wargi, wznawiając pieszczoty. Jęknąłem mimowolnie wprost w jego usta. Wciąż trzymałem go przy sobie, mocno obejmując ramionami. Przerwałem pocałunek, gwałtownie łapiąc powietrze. Zagryzłem wargę, starając się powstrzymać od głośniejszej reakcji i oparłem się plecami o ścianę. Czułem, że lada chwila dojdę. Jego ruchy były szybkie, ale bardzo pewne. Moje ciało zalała fala rozkoszy. Kolejny, głośny jęk wyrwał się z moich ust, w momencie, gdy szczytowałem.
Andy przytulił się do mnie.
-Widzisz, Mitch…?- szepnął mi do ucha.- Nie było w tym za wiele filozofii, co…?
… Och, dobry Boże…
Właśnie z całą mocą dotarło do mnie, co właśnie się stało.
… Trochę późno.
Byłem pogubiony i nie do końca wiedziałem, jak się z tym wszystkim czuć. Andy zdawał się być swobodny i wesoły. Żartował, gdy myliśmy się nawzajem, dotykał mnie, pieścił, całował, rzucał sprośne uwagi i śmiał się głośno z moich reakcji i nieporadności. Zachowywał się zupełnie inaczej niż tamtego dnia, gdy… Cóż. Gdy po raz pierwszy przekroczyliśmy granicę. Wtedy wydawał się być raczej skrępowany. Przygaszony. Cichy. Może dlatego moje wyrzuty sumienia związane z tamtą sytuacją były tak ogromne. Czułem wtedy, że wszystko poszło nie tak, jak powinno. Teraz było trochę inaczej. Wciąż nie byłem do końca pewien, czy cała ta sytuacja była… właściwa. Nie przypuszczałem, że nasza kolacja może skończyć się w ten sposób. Andy dużo wypił. Ja straciłem nad wszystkim kontrolę. Ale on tego chciał. Naprawdę tego chciał, co nie mogło nie wzbudzić we mnie zdziwienia. Miałem tylko nadzieję, że nie była to próba odwdzięczenia się albo odpłacenia mi za to, że go to siebie wziąłem.
Wyszliśmy spod prysznica – Andy przodem, ja tuż za nim, nie mogąc powstrzymać się przed spoglądaniem na niego w absolutnie bezwstydny sposób, aż zapiekły mnie policzki. Nie wiem co bardziej mnie krępowało – nagość chłopaka, czy moja własna, w każdym razie, niezależnie od tego, co przed chwilą się zdarzyło, nie czułem się zbyt komfortowo. Bez względu na wszystko byłem jednak pewien jednego – nie był to z pewnością dobry sposób na oszczędzanie wody. Chyba nigdy nie spędziłem pod prysznicem tyle czasu.
Podałem rudzielcowi jeden ręcznik, sam szybko wytarłem się drugim. Gdy tylko skończyłem, zacząłem się ubierać, tyłem do chłopaka, wciąż starając się zasłaniać, co musiało wyglądać cokolwiek groteskowo. Zwłaszcza zważywszy na fakt, że ledwie chwilę temu miał okazję zobaczyć mnie w całej okazałości i dobrze mi się przyjrzeć. Teraz zresztą też na mnie patrzył, wyczuwałem na sobie jego wzrok. Zastanawiałem się, co o mnie myśli. Cóż. Nie wyglądałem jak ci niesamowici mężczyźni w średnim wieku, ludzie sukcesu, którzy trafiali na okładki różnych magazynów albo pojawiali się w telewizji.
… Ani jak Hugo.
Nie miałem ładnego ciała. Nie byłem wysportowany, ani umięśniony. Owszem, nie było ze mną tragicznie – a przynajmniej pocieszałem się tą myślą. Nie przypominałem w końcu opasłych facetów, siedzących przez cały dzień przed telewizorem z piwem w ręku. Nie miałem skłonności do tycia. Nie odżywiałem się w niezdrowy sposób. Ale miałem już swoje lata. I… Niezależnie od wszystkiego wiedziałem, że nie wyglądam zbyt imponująco. Byłem po prostu… przeciętny.
Gdy tylko się ubrałem, ruszyłem do wyjścia. Andy zresztą również – zupełnie nagi.
-Andy, Andy, Andy!- zawołałem za nim pospiesznie, szybko sięgając po długi, suchy ręcznik, doganiając go i narzucając materiał od tyłu na jego ramiona, a następnie opatulając go nim.
-Co jest, Mitch…?- zachichotał chłopak.- Chyba już mnie widziałeś, co…? Aż tak bardzo cię rozpraszam…?- zapytał prowokująco.
… Nawet nie masz pojęcia.
-W sypialni jest otwarte okno…- wyjaśniłem, uśmiechając się nerwowo.
Wciąż obejmowałem go ramionami, podtrzymując poły ręcznika. Chłopak, zamiast je przejąć, oparł dłonie na moich przedramionach, po czym ruszył do przodu. Ciągle mając go tuż przed sobą i przytulając od tyłu, szedłem krok w krok za nim. Czułem, jak przyjemne ciepło rozprzestrzenia się po całym moim ciele. Byłem przy nim szczęśliwy. Naprawdę szczęśliwy. Niezależnie od tego, że odkąd pojawił się w moim życiu, moja samoocena zmalała jeszcze bardziej. Ucałowałem lekko jego skroń, tuż przed tym, nim znaleźliśmy się w mojej sypialni. Dopiero wtedy go puściłem. Zupełnie zapomniałem o ręczniku, więc ten spadł na posadzkę. Andy zdawał się tym nie przejmować i usiadł na łóżku, uśmiechając się z wyraźnym zadowoleniem. W pierwszej chwili nie wiedziałem, gdzie podziać oczy, więc tylko odkaszlnąłem i wymamrotałem niewyraźnie coś, czego sam nie byłem w stanie zrozumieć, a następnie podszedłem szybko do okna, by je zamknąć. Chwilę później, chwyciłem za upuszczony ręcznik i przeszedłem do łazienki, by go odnieść i zgasić światło, bo wcześniej nie miałem jak tego zrobić. Zaraz po tym, skierowałem się do pokoju Andy’ego i wyjąłem z jego szafki jakiś podkoszulek i luźne, dresowe spodnie. Wróciłem do sypialni i podałem ubrania chłopakowi, który zaczął chichotać niepohamowanie, jakby cała sytuacja strasznie go bawiła. Ubrał się jednak bez słowa protestu i wsunął pod kołdrę, po czym przesunął się na drugą połowę łóżka, robiąc mi miejsce. Zgasiłem światło i położyłem się tuż obok niego. Po chwili wahania zapaliłem stojącą przy łóżku lampkę.
-Naprawdę ich nie masz, co…?- rzucił Andy, wciąż w bardzo swobodnym nastroju. Z pewnością nie był już jednak senny. Spojrzałem na niego bez zrozumienia. Ułożył się bokiem, podpierając głowę na dłoni i przyglądając mi się z wyraźnym rozbawieniem.- Gumek…- wyjaśnił, uśmiechając się wesoło.- Przeszukałem chyba wszystko!
-A… Andy… Szukałeś ich?- zapytałem ze zdumieniem.
-No- odparł chłopak.- Powinieneś mieć jakieś w domu, wiesz…? Trafiają się różne okazje… Gdybyś na przykład spotkał jakąś fajną babkę, umówilibyście się, atmosfera zrobiłaby się gorąca…- rzucił, poruszywszy sugestywnie brwiami.- Musiałbyś biec do sklepu.
Odkaszlnąłem, skrępowany.
-Mnie nie trafiają się takie okazje- odparłem jedynie.
-… A poza tym, ja jestem tu już długo…- kontynuował rudzielec, a jego uśmiech poszerzył się jeszcze.- Naprawdę ani razu nie przeszło ci przez myśl, że będziemy uprawiać seks…?
… Och, Boże. Przechodziło mi to przez myśl więcej niż raz, właściwie tak wiele razy i w tylu różnych formach, że już samo wspomnienie tego przez rudzielca spowodowało, że się zarumieniłem. Nie znaczyło to jednak, że chciałem te fantazje wprowadzać w życie.
-Moglibyśmy to zrobić i bez zabezpieczenia…- kontynuował ostrożnie rudowłosy, a ja czułem, jak moje serce gwałtownie przyspiesza, a moje myśli zaczynają odpływać w bardzo niebezpiecznym kierunku.- Wiem, że raczej na nic nie chorujesz. Nie jesteś takim typem, wiesz? Ale ty mógłbyś się nie czuć komfortowo. Poza tym… Sam rozumiesz. Lepiej nie ryzykować, nie?
-Andy, jesteś pewien, że naprawdę chcesz ze mną uprawiać seks…?- zapytałem poważnie, starając się skupić na tym temacie.
Chłopak westchnął ciężko. Przysunął się bliżej mnie, by po chwili usiąść okrakiem na moich biodrach. Wstrzymałem oddech. Nachylił się nade mną i pocałował mnie. Krótko, ale stanowczo, jakby chciał mi tym samym dać coś do zrozumienia.
-Jestem pewien- stwierdził, gdy tylko skończył, spoglądając na mnie ze zmarszczonymi brwiami, jakby moje pytanie go poirytowało.- Serio, Mitch! Wiem, co mówię! Nie jestem jakimś dzieciakiem! Mam już szesnaście lat!- … tylko szesnaście lat…- I byłem już z facetami, wiesz…?- … a to absolutnie o niczym nie świadczyło…- Więc kiedy mówię, że czegoś chcę, to tak jest. Poza tym, to moja decyzja i nie masz nic do gadania!- fuknął cicho.
Spojrzałem na niego ze zdumieniem, po czym parsknąłem, rozbawiony.
-A więc moja decyzja się nie liczy…?- zapytałem, uśmiechając się.
-No… Liczy się- zgodził się Andy, wzruszając ramionami.- Ale ty tego chcesz.
-Nie zawsze należy robić rzeczy, których się pragnie…- odparłem cicho, poważnie zastanawiając się, czy to nie jest właśnie taka sytuacja.- Dlaczego chcesz to ze mną robić, Andy?- rzuciłem po chwili.
Uniósł brew i spojrzał na mnie krzywo, jakby uznał to pytanie za co najmniej dziwaczne. Zsunął się z moich bioder i usiadł obok, wciąż spoglądając na mnie pobłażliwie.
-A dlaczego niby nie?- zapytał.
… Właśnie tego rodzaju odpowiedzi się obawiałem.
-Andy…- rzuciłem, dając mu do zrozumienia, że to, co usłyszałem, nie było satysfakcjonującym wytłumaczeniem.
-Boże, Mitch, z wszystkiego musisz robić takie wielkie zamieszanie…- wymamrotał rudzielec z irytacją.- Podobam ci się, nie? Ty jesteś spoko. Kręcą cię faceci i mnie też. To nie są wystarczające powody…? Poza tym, mieszkamy razem i byłoby dziwnie, gdyby do czegoś między nami nie doszło…
Nie do końca wiedziałem, jak rozumieć te słowa.
-Jest wielu ludzi, którzy mieszkają razem i nie utrzymują takich relacji…- zauważyłem.
-Och…- Andy uśmiechnął się złośliwie.- Więc teraz jesteś moim dobrym tatusiem, co, Mitch…? Takim, który odwiedza swojego syna pod prysznicem…?- zakpił.
… W tym przypadku nie byłem odwiedzającym, a raczej odwiedzanym, ale i tak moje wyrzuty sumienia powróciły ze zdwojoną siłą.
-Nie mówię tylko o rodzinie…- dodałem jednak.- O znajomych. Przyjaciołach. Współlokatorach. Wspólne mieszkanie nie musi oznaczać seksu.
-Ale oznacza- parsknął Andy.- W zdecydowanej większości przypadków.
-Nie musi oznaczać w naszym przypadku- doprecyzowałem więc.
Spojrzał na mnie pobłażliwie.
-Serio, Mitch…?- rzucił, unosząc brew w geście politowania.- Totalnie na mnie lecisz. Myślisz, że tego nie widzę…? Naprawdę nie musisz zgrywać świętego. Nie przy mnie. Wiem, że nie jesteś jakimś napalonym zboczkiem, chociaż z początku tak o tobie myślałem. Wiem, że nie zrobisz mi krzywdy, ani nic w tym stylu. Poza tym, troszczysz się o mnie i lubisz mnie. Ja też cię lubię. Więc na pewno zadbasz o to, żeby było nam miło.
… Taaak…
Niestety jednak czułem się „napalonym zboczkiem”. Andy miał tylko szesnaście lat. Pocieszające, że nie dwanaście (wtedy naprawdę byłoby ze mną tragicznie…), ale prawda jest taka, że nawet gdybyśmy spotkali się dwa lata później i byłby już dorosły, nasze relacje… wciąż byłyby cokolwiek niewłaściwe. Dzieliła nas spora różnica wieku. Zdawałem sobie sprawę, że istnieją związki, w których ta różnica jest jeszcze większa, ale to nie stanowiło żadnego usprawiedliwienia. Poza tym to nie był „normalny związek”. Związek między kobietą, a mężczyzną, gdzie młodsza strona i tak zazwyczaj postrzegana była jako łasa na pieniądze, naiwna albo jak typowa „utrzymanka”. Tylko związek między mężczyzną, a… chłopakiem. Ludzka mentalność i realia się zmieniały, owszem, ale może w pewnych aspektach nie powinny. Andy wiele przeszedł, miał swoje doświadczenia, nie był łatwowierny, wiedział, jak funkcjonuje świat, ale w wielu sytuacjach wciąż był bardzo niedojrzały i nieświadomy. Za każdym razem, gdy zdawałem sobie z tego sprawę, docierało do mnie, że jeśli postąpię niewłaściwie, mogę go poważnie skrzywdzić.
-Nie chcę żebyś czegokolwiek żałował…- szepnąłem ledwie słyszalnie.
-Więc postaraj się, żebym nie musiał- odpowiedział Andy, uśmiechając się pogodnie.
-Nie to mam na myśli. Jestem od ciebie starszy. W twoim wieku nie oglądałem się za dużo starszymi kobietami czy mężczyznami. Wiem, że ty też wolałbyś być z kimś młodszym. To naturalne.
Andy prychnął głośno.
-Dobra, Mitch, przestań się zachowywać, jak jakiś targany wyrzutami sumienia pedofil…- burknął.- Mam szesnaście lat, okej? Sam o sobie decyduję! Decydowałem już od dłuższego czasu. I gdybym był na twoim miejscu, to naprawdę nie wahałbym się ani chwili. Serio. Żaden facet by się nie wahał. Zresztą, choćmy już spać- mruknął, po czym przesunął się na bok i wychylił, by wyłączyć lampę, a następnie wrócił pod kołdrę, odwracając się do mnie plecami.
Westchnąłem cicho, wpatrując się w niego.
-Przytul mnie, Mitch- rzucił po chwili.
Uśmiechnąłem się mimowolnie, przysuwając się do niego i obejmując go od tyłu. Ucałowałem krótko jego szyję, przymykając powieki.
… Wciąż nie byłem pewien, co z tego wszystkiego wyniknie.

11 komentarzy:

  1. Anonimowy12:43 PM

    Uwielbiam to opowiadanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy12:59 PM

    Kocham, strasznie kocham!
    Szkoda, że na dwa ostatnie rozdziały trochę się czekało :)
    Życzę Ci wena Silencio :)

    OdpowiedzUsuń
  3. "Zresztą, choćby już spać" -- zamiana słowa; nie lubię wytykać, zwłaszcza takich zupełnie bez znaczenia, mikropomyłek DX: ale z drugiej strony to świadczy o tym jak dokładnie to czytam. let me tell you, niczego innego nie czytam tak dokładnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy12:24 AM

      i przez ten rozdział przeczytałam całość jeszcze raz, hahaaha *maniakalny śmiech* jestem tak szalona jak Mitch na tym punkcie.

      indy

      **czy szykuje się kiedyś jakieś breakthrough na tle tajemniczych rozmów telefonicznych Andy'ego, i czy w miarę bezboleśnie przejdzie rejezstracyja w szkole, i czy Hugh kiedyś uwierzy w jego Istnienie i Zamieszkanie? chociaż na to ostatnie i am not waiting with anticipation. więcej możliwych zasugerowanych tylko jak dotąd wątków do rozwinięcia nie znajduję, w sensie ja jako niewyrobiona piśmienniczo czytelniczka, ale wydaje mi się, że to opowiadanie może mieć przed sobą praktycznie dowolnie długą Przyszłość...

      Usuń
    2. Anonimowy12:29 AM

      no bo chciałam dodać, że ono jest jak dla mnie jednak najbardziej podobne Temu Pierwszemu, które zawsze wyszukuję wpisując w google "desmoond ! tak, paniczu?"...

      ma się sentyment do Pierwszych

      Usuń
    3. Anonimowy12:31 AM

      osz kurde a czemu go nie ma na onecie a na bloggerze widać tylko trzydzieści rozdziałów ? DX

      Usuń
    4. Uwielbiam to opowiadanie. *.* Zgadzam się z tym, że ma się sentyment. W sumie to jedno z pierwszych opek yaoi jakie czytałam. Przez tą historię pokochałam twórczość Silencio. <3

      Usuń
  4. Anonimowy12:34 PM

    Kocham to opowiadanie. Mitch ma wątpliwości co jest zrozumiałe w takiej sytuacji do tego kocha Andyego dla którego to może być tylko zabawa.

    OdpowiedzUsuń
  5. Czytałam to opko, mając na twarzy cały czas głupkowaty uśmieszek. xD Strasznie się wczułam i przeżywałam wszystko razem z Mitchem, może dlatego, że stęskniłam się za tym opowiadaniem. To co się działo, było takie słodkie i urocze. Ta nieporadność Mitcha i ta nachalność Andiego. Co mnie najbardziej rozwaliło -> "targany wyrzutami sumienia pedofil" i "napałony zboczek". Padałam... xD W sumie taka prawda. Bolesna, ale prawda. Wiem, że nie zawsze jest pięknie i kolorowo, ale ich życie mogło by właśnie tak wygłądać na zawsze. ;3 WENY życzę. =^.^=

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy12:05 PM

    O Boże, nawet nie wiedziałam jak bardzo mi brak było tych postaci ;D
    Ale Andy... niepokojąca jest ta niepewność co do szczerości jego intencji... W końcu sam twierdzi, ze jest świetny w kłamstwie, a i sam Mitch się o tym przekonał kilkakrotnie... Ciężko stwierdzić, naprawdę, ale jak na razie jest słodko i cudnie:)
    Oby tak dalej ;)

    Pozdrawiam,
    J.

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy9:35 PM

    Andy in Drag, Andy in Drag! chociaż oficjalny tytuł brzmi chyba Andrew...., a Magnetic Fields muzycznie nie lubię DX:

    co.ja.pisze.
    ~indy

    OdpowiedzUsuń