Strony

sobota, 10 sierpnia 2013

Rozdział 49 [Chaos]

Amir wyruszył z zamku bladym świtem. Konno, bez żadnej obstawy, nie zabierając ze sobą choćby jednego strażnika czy sługi, przemierzał miasto, gnając w kierunku lasu. Widział gromadzące się na ulicach tłumy, które dzieliły się na grupy i rozchodziły w stronę poszczególnych schronów. Idący przystawali, robiąc mu miejsce, by mógł przejechać. Nie było szans, by ktokolwiek go rozpoznał. Specjalnie narzucił na siebie płaszcz, by uniknąć niepotrzebnej uwagi i zamieszania. Został po prostu uznany za jednego z urzędników lub wojskowych, bo tylko ci, w tego rodzaju okolicznościach, mogli poruszać się po mieście konno. Na twarzach ludzi widniało wyraźne napięcie i strach. Raz po raz, czyjeś zlęknione oczy wznosiły się ku górze i patrzyły na sklepienie. Słychać było różnego rodzaju komentarze, teorie i wyjaśnienia obecnego stanu rzeczy. Mało kto mówił już o wojnie z którymś ze znajdujących się najbliżej państw. Obywatele, słysząc różne plotki i pogłoski, mniej lub bardziej prawdziwe, wyczuwali już, że nie wszystko zostało im powiedziane. Mówiono o braku bożej łaski, o tym, że mieszkańcy tych ziem swoimi bluźnierstwami i czynami narazili się bóstwom, które teraz miały wszystkich ukarać, mówiono o zbliżającym się końcu świata, o ogólnej zagładzie, nieczystych siłach, działaniach jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego wroga, którym musiało być jednak coś potężnego, o magii, rzekomo rzuconej na królestwo klątwie, karze za sprzymierzenie się z potomkami wilków albo o ich podstępnym działaniu i szamańskich praktykach, odprawianych czarach, których skutkiem było to, co działo się teraz. Mówiono wreszcie o siłach nieczystych, diabłach, złych duchach i demonach… Ale nic, co Amir usłyszał, nie było bliskie prawdy, wszystko podszyte było fałszem i paniką. Ludzie zupełnie tracili głowę.
Gdy Amir przejeżdżał obok znajdującego się najbliżej lasu schronu, zwolnił nieco. Widział, że grupa potomków wilków już zgromadziła się nieopodal. Wśród nich było raptem kilka kobiet i dwóch kalekich mężczyzn, całą resztę stanowiły dzieci – czyli to, co było dla potomków wilków najcenniejsze. Ci z mieszkańców, którzy również przybyli już na miejsce, wygłaszali różne opinie. Władca już wczoraj kazał ogłosić, iż potomkowie wilków są ich sojusznikami w czasie wojny i nie mogą być traktowani jako nieprzyjaciele. Chciał w ten sposób zapobiec zamieszkom i konfliktom, chociaż i tak przy tym schronie, zgromadziło się najwięcej pilnujących porządku żołnierzy. Wydawało się, że do części obywateli to dotarło, bo nie spoglądali na potomków wilków z wrogością, a wprost przeciwnie, choć próżno było doszukiwać się w nich aprobaty dla decyzji władcy. Amira to nie dziwiło. W tych okolicznościach każdy dbał o siebie, o swoją rodzinę i bliskich. Dla większości poddanych, potomkowie wilków wciąż byli obcymi. Oczywiście dominowała jednak ta grupa, która nie wahała się wygłosić obraźliwego komentarza na temat miejsca „psów” czy wszcząć awantury. To również nie było dziwne, biorąc pod uwagę pojawiające się wśród obywateli teorie oraz ich zwyczajowe nastawienie do mieszkańców lasu.
-… A ty komu służysz, co?!- wrzeszczał głośno jeden z ludźmi w kierunku żołnierza, który siłą odciągnął go od zdezorientowanych i przerażonych potomków wilków. Amir dostrzegł, że ten mężczyzna już od dobrej chwili, krzyczał coś wulgarnego w ich kierunku.- Komu służysz, pytam?! Ludziom czy psom?!
Amir zatrzymał się na moment, przyglądając się całej scenie.
-Królowi- odpowiedział jedynie wojownik, popchnąwszy awanturnika w stronę oczekującego tłumu.
-Po jakiego diabła nam taki król?!- warknął gniewnie mężczyzna.- Król powinien bronić obywateli, a nie pchlarzy! To nie król, to najgorsze ścierwo!- krzyknął, po czym splunął pogardliwie.- Jakbyś miał trochę rozumu, to już byś wiedział, co z nimi zrobić!- zawołał znów do żołnierza, który odszedł na kilka kroków, ale wciąż spoglądał na awanturującego się mieszczanina z uwagą i irytacją, wyraźnie gotów na to, by w każdej chwili interweniować.- To my budowaliśmy te schrony! My! Oni niech chowają się w swoim lesie!
-Niech pan przestanie krzyczeć!- rzuciła jakaś kobieta z obruszeniem, przyciskając do piersi płaczącego głośno niemowlaka.- Straszy pan dzieci!
-Otóż to!- dodała natychmiast inna, patrząc na niego z wyraźną niechęcią.- Tam też są dzieci!- dodała, wskazując na grupę potomków wilków.- Nie są niczemu winne!
-Niewinne!- prychnął gniewnie awanturnik.- Zobaczymy za kilka lat, co też z nich wyrośnie! Dwulicowe, parszywe psy! Tkwią całymi dniami w tym lesie, niczego nie osiągnęli, niczego nie zbudowali, tylko od nas wiecznie czegoś chcą! Ma być koniec świata?! A niech i będzie koniec świata! I niech ich piekło pochłonie, a jak nie, to jak bogów miłuję, gdy to wszystko się skończy, sam ich wszystkich powyrzynam!
-Jak pan śmie?!- oburzyła się pierwsza z kobiet.- Mówili wczoraj, że to nasi sojusznicy! Będą walczyć z nami ramię w ramię przeciw wrogowi!
-Wierz sobie pani w takie brednie!- odkrzyknęła jej jakaś mieszczanka.
-Otóż to!- huknął mężczyzna.- To oni są wrogami! Myśli pani, że nie wiemy, co tu się wokół nas wyrabia…? Że ten cały król, który zresztą, jak już wszyscy gadają, jest zboczeńcem i mordercą swojego własnego brata, mówi nam prawdę? To łgarz! Kłamca! Mówi to wszystko, bo jest mu wstyd! Choć nie, tacy jak on nie mają wstydu! Prawda jest taka, że nie będziemy walczyć z nimi lecz przeciwko nim! To z nimi ta wojna! Wszystko to ich wina! A ten gnój ich bronił, więc się przecież nie przyzna…
-Puknij się pan w ten durny łeb!- zawołał jakiś inny mieszczanin.
-Bo cóż?!- odkrzyknął awanturnik.
-Bo sam to zrobię!
-Ha! Bardzo proszę! Chodź i spróbuj no tylko!
-Zamknij się już w końcu…- wycedził przez zęby jeden z żołnierzy.- Bo zaraz wyczerpiesz naszą cierpliwość…
-O, śmiało!- zawołał w odpowiedzi tamten.- Zaatakujcie mnie! Nawet i zabijcie na oczach innych! Proszę bardzo! Pokażcie, jak się w tych czasach traktuje prawdziwego, przyzwoitego obywatela! I gdzie na „ty” do mnie, chłystku?! Sam w armii służyłem za młodu, ale pod takim królem, jak ten zmarły staruch, to wstyd, więc odszedłem! Choć wtedy nikt mnie słuchać nie chciał! Mówiłem, że gorszy nam się już nie trafi, a jednak się myliłem! Przekleństwo i zaraza! Nic dziwnego, że bogowie się od nas odwrócili…
-Nie denerwujmy się nawzajem…- powiedział jakiś wieśniak z zadziwiającym wprost spokojem, zważywszy na okoliczności. Naiwnym był jednak, jeśli sądził, że spokój ten przejdzie na jego rozmówcę.- To nie jest dobry moment na to. No i w ogóle… Tego, panie… Psy, czy nie… Panienka ma rację, popatrz pan, prawie same niewiasty i dzieci… Widać, że się boją…
-I słusznie się boją!- wycedził przez zęby awanturujący się jegomość.- Dziećmi mnie pan przekabacasz?! Ja też mam dzieci, panie! Siódemkę! Większość już dorosłych, ale mam dwóch synów, obaj w tym samym wieku, dziesięć lat ledwie mają, obaj jak dwie krople wody…- rzucił, ciszej nieco, wilgotnym głosem, wyraźnie poruszony.- I mam wybrać jednego! Jednego! Potrafiłbyś pan wybrać?! Bo ja nie umiem! Serce mi pęka na samą myśl… Oni sprowadzają tu wszystkie swoje dzieci, podczas gdy my, nie jesteśmy w stanie ocalić wszystkich naszych?! To ma być sprawiedliwość, panie?! To jest hańba!
Po kilku minutach, na miejsce dotarli urzędnicy i rozpoczęło się odczytywanie rodzin, więc ludzie się uciszyli, a sytuacja nieco uspokoiła. Choć gdy w międzyczasie otworzono schron i wpuszczono wszystkich potomków wilków, rozległy się gwizdy i pełne gniewu okrzyki części mieszkańców. Amir popędził konia i ruszył dalej.
Zatrzymał się w środku lasu, przy obozowisku. Potomkowie wilków, zarówno kobiety, jak i mężczyźni, krzątali się dookoła, pochłonięci swoimi zajęciami i nie zwracali na niego zbytniej uwagi. Amir ze zdumieniem obserwował, jak kilku pobratymców Nadima przepiłowywało obalone pnie na mniejsze części. Inni przeciągali je gdzieś na bok. Po drugiej stronie, liczna grupa wiązała ze sobą coś na kształt wysokich, ciosanych pali, co mogło przywodzić na myśl część obwarowania, choć chyba miało spełniać inną rolę. Część kobiet pomagała pracującym, inne nosiły im strawę. Kilka metrów przed władcą znajdowała się pokaźna, głęboka dziura. Amir zdjął z głowy kaptur i zszedł z konia. Ruszył powoli przed siebie, prowadząc konia za uzdę. Po chwili, z otworu wyłonił się Nadim, cały umorusany, podsadzony przez swych braci. Musiał usłyszeć tętent kopyt i zwrócić na niego uwagę. Uśmiechnął się z ulgą, widząc Amira i podszedł do niego prędko.
-Najpóźniej o zmroku przybędzie tu oddział wojsk…- poinformował kochanka Amir, wciąż rozglądając się dookoła z uwagą.- Co tu się dzieje…?
-Robimy pułapki- odpowiedział potomek wilków.
-Pułapki…?
-Podobne do tych, jakie wcześniej robiliśmy na zwierzęta…- usłyszał znajomy głos i odwrócił się, widząc wyłaniającego się z pobliskiego namiotu Elnira.- Z tym, że większe i nieco bardziej wymyślne.
Nadim spojrzał na swojego przyjaciela z niedowierzaniem.
-Co ty tu robisz…?- zapytał oburzony.
Amir nie bardzo rozumiał, co właściwie się dzieje.
-Pracuję- odpowiedział, jak gdyby nigdy nic Elnir.- Chyba cię to nie dziwi…?
-Ale…- zająknął się Nadim, po czym pokręcił głową.- Przecież widziałem jak szedłeś z nimi do miasta! Sądziłem, że…
-… że postanowiłem zająć miejsce kobiet i dzieci?- zakpił Elnir.- Po prostu odprowadzałem ich kawałek wraz z innymi, ale ciężko było mi iść dalej, więc zawróciłem.
Teraz władca już doskonale wiedział, o co spierają się potomkowie wilków.
-Nie było mowy o zajmowaniu czyichkolwiek miejsc!- prychnął Nadim.- Wysłaliśmy tam czterdzieści parę osób! Mogłeś iść z nimi!
-Powiedziałem ci, ze nie mam zamiaru.
-Wydawało mi się, że po naszej wczorajszej rozmowie zmieniłeś zdanie.
-Wydawało ci się- potwierdził Elnir.- Naprawdę sądziłeś, że stchórzyłem?
-Że nabrałeś rozsądku! Nie możesz walczyć!
Nadim wydawał się być mocno zdesperowany. Amir wiedział, że zależało mu na przyjacielu, choć postawę Elnira również rozumiał. Drugi z potomków wilków parsknął cicho, jakby słowa przyjaciela nie wywarły na nim żadnego wrażenia.
-Mogę- obwieścił dumnie.- I zamierzam. Powiem więcej, będę stał w pierwszym szeregu, gotów do walki!
-I co? Jakie twoim zdaniem masz szanse?- nie rozumiał Nadim.
-W starciu z nieśmiertelną armią? Hm… No nie wiem. Zdaje się, że takie jak wszyscy.
-Nie będziesz w stanie nawet uciec!
-Nie zamierzam uciekać.
-Elnir, na boga!- rzucił potomek wilków, wyraźnie przerażony postanowieniem swojego przyjaciela.
-To ja wszystko przygotowywałem! Ja zająłem miejsce Canisa po tym, jak pojechał do ludzi. I później, gdy… Później, gdy zniknął na dobre- wymamrotał z wyraźną irytacją.- Zająłem miejsce Fortisa i choć taki poprzednik nie jest żadnym powodem do chluby, podejmowałem decyzje. Czego oczekujesz…? Że najpierw nakazałem przygotowania do wojny, że mówiłem o poświęceniu, a teraz pozostawię ich samymi sobie…? Chyba jednak nie znasz mnie tak dobrze, jak sądziłem.
-Jesteśmy wspólnotą, ale wspólnotą, która zawsze potrafiła bronić jednostek- odparł stanowczo Nadim.- Jesteś zbyt dumny, żeby to przyznać, ale prawda jest taka, że nie będziesz w stanie walczyć!
-Będę- upierał się Elnir.- Nie oczekuj, że zajmę miejsce pośród dzieci, kobiet i kalek…
-Jesteś kaleką- wtrącił Amir.
Potomek wilków spojrzał na niego z autentycznym oburzeniem.
-Odezwał się!- burknął, obruszony.- Sam jesteś nieźle poturbowany!
-Ale mogę się poruszać bez najmniejszego problemu.
-Ja również.
Amir uniósł brew. Zamierzał potrącić kij, na którym podpierał się Elnir, by udowodnić mu, jak bardzo się myli, ale potomek wilków spostrzegł jego ruch i uniósł badyl, celując nim w Amira.
-Może i nie jestem szczególnie sprawny, ale wiem co robię- odpowiedział stanowczo, opuszczając powoli kij na ziemię.- I umiem walczyć. Co byś zrobił na moim miejscu, człowieku…?- zapytał, patrząc na Amira z uwagą.- Moje zdanie o tobie jest jasne, ale nie uważam cię za tchórza, wprost przeciwnie… Nie chce mi się wierzyć, że gdybyś miał taki… defekt… jak ja, schowałbyś się do schronu albo zabarykadował w swoim zamku…
Amir nawet nie musiał się zastanawiać.
-Nie zrobiłbym tego…- potwierdził. Znał siebie i wiedział, jak zachowałby się w takiej sytuacji. Rozumiał decyzję Elnira, ale i lęk Nadima wydawał mu się w pełni uprawniony.
-Widzisz…?- Elnir uśmiechnął się triumfalnie, spoglądając na przyjaciela znacząco.- Chyba nie oczekujesz, że będę miał mniej honoru niż człowiek…?- dodał absolutnie w swoim stylu. Amir spojrzał na niego z politowaniem.- Będę walczył- powtórzył raz jeszcze. Nadim pokręcił głową, najwyraźniej wciąż chcąc odwieść go od tego pomysłu, choć zdawało się, iż sam wiedział doskonale, że mu się to nie uda.- Jeśli mam zginąć w takich okolicznościach, to wcale nie żałuję. Żałowałbym, gdybym miał patrzeć bezczynnie na śmierć swych braci albo wyobrażał ją sobie, zamknięty i pozornie bezpieczny… Przecież dobrze wiesz, że ani nas, ani ludzi, nie uchroni żaden schron. Nie przed tym, co ma się wydarzyć. Ty się nie wycofałeś. Będziesz walczył z Fortisem, a ja będę tutaj. Obaj znajdziemy się więc na odpowiednich miejscach.
-Zginiesz- powiedział Nadim.- Nie widzisz, że jesteś zupełnie bez szans?
Elnir parsknął śmiechem.
-Jeśli zwyciężymy, a nie dopuszczam innej możliwości, moja śmierć będzie wartym osiągnięcia celu poświęceniem…- odpowiedział spokojnie.- A jeśli poniesiemy klęskę, nic nie znaczącym epizodem. Tak czy siak, nie masz się o co martwić.
Powiedziawszy te słowa, pokuśtykał przed siebie, najwyraźniej nie zamierzając kontynuować tej rozmowy. Nadim wziął głęboki oddech, starając się uspokoić.
-Jest bardziej uparty od ciebie…- stwierdził cicho, spoglądając na człowieka.
Amir uśmiechnął się tylko, patrząc w kierunku odchodzącego mężczyzny. Moment później, odprowadził zwierzę w bezpieczne miejsce, w którym nie było tyle zamieszania i przywiązał je, a następnie dołączył do potomków wilków, pomagając im w pracy. Strategia Elnira była dobra. W mieście ustawienie tego rodzaju pułapek byłoby właściwie niemożliwe, ale tutaj… Istniała szansa by powstrzymać w ten sposób wojowników Fortisa. Choćby przez chwilę, bo Amir wątpił, by dysponujący demoniczną mocą szaleniec pozwolił sobie na tak groteskową klęskę.
Władca już wcześniej dostrzegł, że jeden z potomków wilków, który kręcił się w pobliżu, nie robił właściwie nic konkretnego, prócz tego kręcenia się właśnie. Któryś z jego współbraci wołał go do pomocy, ale on najwyraźniej nieszczególnie się do tego kwapił, bo udał, że tego nie słyszy, odwrócił się i zniknął na jakiś czas. Po kilkudziesięciu minutach wrócił i znów snuł się dookoła, raczej patrząc na pracę niż pracując. Amir miał nawet ochotę zapytać go, co on właściwie robi, a konkretnie, dlaczego nie robi nic, ale darował sobie uznając, że jako człowiek tylko narobi niepotrzebnego zamieszania, czepiając się potomka wilków. Nagle, tenże mężczyzna stanął na jednym z obalonych pni.
-Bracia!- zawołał głośno, zwracając uwagę wszystkich, którzy znajdowali się w pobliżu. Amir spojrzał w jego stronę z uwagą.- Posłuchajcie mnie!- zażądał niemalże, wodząc wzrokiem po twarzach współbraci.- Czy to, co robicie ma jakikolwiek sens…? Czy w ogóle wiecie, co robicie?! Chcecie walczyć, ale przeciwko komu?! Przeciwko Fortisowi?- zapytał, jak gdyby nie był w stanie tego zrozumieć. Potomkowie wilków wciąż spoglądali w jego stronę, choć trudno było odczytać z ich twarzy jakieś konkretne emocje. Do przemawiającego zbliżyło się jedynie trzech mężczyzn i jakaś kobieta, najwyraźniej ciekawi jego dalszych słów.- Nazywacie go zbrodniarzem, a przecież jeszcze niedawno, wszyscy uznawaliśmy go za bohatera! Rozumieliśmy jego intencje i motywy, bowiem niezależnie od wszystkiego, w przeszłości stanął w naszej obronie!- dwóch kolejnych słuchaczy zbliżyło się do stojącego na podwyższeniu potomka wilków.- To nie jest ktoś obcy i wrogi! To ktoś, kogo doskonale znamy! Wszyscy, bez wyjątku! Kto rządził nami przez te wszystkie lata! Może pod inną postacią, ale to wciąż był on…- z jednego z namiotów wydostał się Elnir, poinformowany przez kogoś o całym zajściu. Zmarszczył brwi, podchodząc bliżej i słuchając mówiącego.- Przypomnijcie sobie Canisa! Czy nasz przywódca mógłby chcieć naszej krzywdy…? Oczywiście, że nie! Obrusza was to, co niedawno usłyszeliście, ale przecież żaden z was, prócz Nadima i tego człowieka, nie słyszał tego na własne uszy! Nawet jednak, gdyby wszystko to było prawdą i intencje Fortisa zostały nam przedstawione szczerze… Czy jest w nich coś złego…? Cóż jest złego w pragnieniu sprawiedliwości i dobra…? Czyż nie pragniemy tego wszyscy…? Jestem pewien, że tak!- następne osoby podeszły nieco bliżej.- Powiedział, że ześle swoją armię, a jego armia zaprowadzi porządek… Porządek!- powtórzył znacząco, szukając wśród słuchających go zrozumienia. Wydawało się, że wśród niektórych je znalazł.- Morderstwo jest złym czynem, ale czy morderstwo w obronie swojego plemienia, w obronie swoich przyjaciół, dzieci, czy samego siebie, nie jest koniecznością…? Fortis ma rację sądząc, że nie da się zaprowadzić porządku inaczej niż poprzez wojnę. Trzeba wyplenić zło! Jak inaczej należy to uczynić?! Nie każdy czyn jest oczywisty w moralnej ocenie! Liczą się intencje! A on nie chce naszej krzywdy, a wprost przeciwnie! Chce zwrócić nam nasze ziemie! Dać nam szczęście! Nie walczmy z nim! Nie buntujmy się przeciw niemu niczym zagubione dzieci! Pozwólmy mu działać! Przyłączmy się do niego, a przynajmniej wysłuchajmy, co ma do powiedzenia… Należy mu się to po tych wszystkich latach! Czy gdyby to Canis, Canis którego wszyscy znaliśmy, oznajmił nam, iż wojna jest konieczna, którykolwiek z nas by się zawahał…? Nie, gdyż nigdy nie dał nam powodów do braku zaufania… Fortis to dokładnie ta sama osoba…
Elnir nie czekał już ani sekundy dłużej. Pokuśtykał w stronę mężczyzny, wyraźnie wytrącony z równowagi. Krąg, który oczekiwał na słowa przemawiającego odsunął się nieco.
-Złaź!- warknął gniewnie Elnir.
-Chcę ci tylko udowodnić, jak bardzo błądzisz, bracie…- odparł tamten ze szczerą troską.- Fortis jest…
Elnir bez chwili wahania, zdzielił go kijem w brzuch. Potomek wilków jęknął z bólu, tracąc równowagę i zwalając się z pieńka. Zwinął się na ziemi, chwytając za miejsce, w które został uderzony.
-Dość tych bredni!- syknął donośnie tymczasowy przywódca obozowiska. Wszyscy słuchali go w milczeniu i wyraźnym napięciu. Amir czuł niepokój. Nie miał pojęcia, co może wyniknąć z tej sytuacji, ale widział, że wielu potomków wilków miało problem z oceną sytuacji.- Nigdy nie wątpiliśmy w Canisa, bo on nigdy nie mówił o wojnie! Mówił o zgodzie! O pokoju! Jednoczeniu się z ludźmi! Może i Fortis jest dokładnie tą samą osobą, ale na pewno jego cele nie są już tożsame z tym, czego sam nas nauczał!- stwierdził kategorycznie.- Chcecie go słuchać…?- zapytał, wskazując na leżącego na ziemi mężczyznę.- A może chcecie słuchać Fortisa…? Bardzo proszę! Raczcie sobie jednak przypomnieć, że Fortis jest kłamcą! Kłamał od samego początku! Zabił ojca Nadima, aby dojść do władzy! Uważasz, że cel uświęca środki…?- zakpił, spoglądając na uderzonego potomka wilków.- Fortis tak właśnie uważa! Nie zaprotestował, gdy ten demon zesłał na nas kataklizm! Gdyby nie nasz własny instynkt, nie mielibyśmy najmniejszych szans, by przeżyć! A ilu z nas nie zdążyło się uchronić na czas i zginęło…? Czy ten Canis, którego znaliście, pozwoliłby na śmierć choćby jednego z nas? Nie, a przynajmniej tak twierdził. To jego kolejne kłamstwo. Mógłby bez mrugnięcia okiem patrzeć na śmierć Nadima, a ten był mu najbliższy z nas wszystkich! Nie okazał łaski jemu, więc czemu miałby litować się nad którymkolwiek z nas?! Mnie nie musicie wierzyć na słowo, ale Nadim traktował go jak wuja. Więcej. Jak ojca! Sądzicie, że gdyby Fortis kierował się szlachetnymi pobudkami i rzeczywiście chciał wszystkiego, co dla nas najlepsze, Nadim okłamywałby nas, zamiast powiedzieć nam prawdę…?- zapytał. Widać było, że jego słowa przekonywały nawet tych, którzy z takim zaciekawieniem słuchali jego przedmówcy. Ten zdołał się już zresztą podnieść. Wycofał się płochliwie, patrząc na Elnira z wyraźną niechęcią, ale i lękiem.- Przemyślcie sobie raz jeszcze, po czyjej jesteście stronie i czego oczekujecie. Jeśli świętej wojny i tak zwanej „sprawiedliwości”, to droga wolna! Możecie iść, bo tutaj nie macie czego szukać! Nie zmuszę nikogo do walki, a tym bardziej nie pozwolę, by u mojego boku walczyli ci, którzy gotowi będą pod wpływem nagłej emocji odwrócić się i wbić mi sztylet w plecy. Więc jak?!- rzucił wyzywająco, rozglądając się dookoła.- Kto zamierza stanąć przeciw nam…?
Nikt się nie odezwał. Nawet ten, który chwilę temu tak zażarcie bronił Fortisa, teraz, choć trudno było liczyć na to, by zmienił zdanie, milczał spłoszony i zażenowany. Elnir posłał mu surowe spojrzenie, po czym odszedł. Wszyscy wrócili do pracy. Poza tym jednym incydentem, nic podobnego już się nie wydarzyło. Amir był zaskoczony tym, z jaką sprawnością pracują potomkowie wilków, właściwie bez żadnego nadzoru i wydawanych odgórnie poleceń. Gdy kończyli to, czym zajmowali się aktualnie, natychmiast chwytali się za coś innego. Nikt nie narzekał na zmęczenie, ani nie mówił o odpoczynku. Zdawało się, że niemalże każdy miał świadomość tego, z czym przyjdzie im się zmierzyć.
Nim zapadł zmrok, prace zostały zakończone. Amir nie do końca orientował się w działaniu i celu poszczególnych pułapek, ale zdał się na wiedzę potomków wilków w tym temacie. Niedługo później, przybył wysłany przez Manusa oddział z dowódcą niższej rangi na czele. Władca odszedł z nim kawałek dalej, by ustalić szczegóły i dopytać o różne rzeczy. Z tej odległości obserwował jednocześnie żołnierzy. Nie był specjalnie zdumiony faktem, że próżno było szukać wśród nich mobilizacji równej lub choćby zbliżonej do tej, jaką cechowali się potomkowie wilków. Owszem, wielu wojowników było poważnych i skupionych, inni sprawiali wrażenie przemęczonych, co nie mogło dziwić, zważywszy fakt, że nie mieli wiele czasu na odpoczynek, jeszcze inni lękali się wyraźnie. Ale wśród oddziału byli i tacy, którzy pogardliwie spoglądali na krzątających się po obozowisku potomków wilków, wymieniając między sobą złośliwe uśmiechy i karygodne uwagi. Gdy jedna z potomkiń przemknęła nieopodal żołnierzy, któryś z nich zagwizdał głośno, a paru innych wykrzyknęło w jej kierunku bardzo niewybredne słowa. Amir przerwał na moment rozmowę z dowódcą i wrócił do oddziału, stając tuż przed nim.
-Jesteście na terenie naszych sojuszników, a nie „psów”…- zaczął chłodno, patrząc w kierunku tych, którym jeszcze przed chwilą wydawało być się bardzo do śmiechu. Już choćby po ich postawie i braku obycia poznał, że musieli być to rekruci. Manus nie pozwalał swym żołnierzom na podobny brak dyscypliny.- I macie się zachowywać jak na żołnierzy królestwa przystało. Nie obchodzą mnie wasze poglądy czy uprzedzenia, bo w tej chwili, nie ma na to miejsca. Jutro będziecie wspólnie walczyć, a to nie oznacza jedynie maszerowania u boku potomka wilków, ale prawdziwą współpracę. Trudno o takową, gdy obraża się drugą stronę, nieprawdaż…? Dlatego nie chcę już słyszeć choćby jednego obraźliwego słowa pod ich adresem. Macie na nich patrzeć tak, jak na ludzi, zachowywać się względem nich w ten sam sposób, w jaki zachowujecie się względem swoich towarzyszy broni, macie ich słuchać i nie buntować się dla własnego dobra, bo znają te tereny znacznie lepiej od was i wiedzą, co czynić… Czy wyraziłem się jasno…?
-Tak jest!- odpowiedzieli chórem żołnierze.
Niedługo później, większość ludzi i potomków wilków schowała się do namiotów, usiłując zasnąć i choć trochę przygotować się psychicznie do kolejnego dnia.
Amir stał pośrodku obozowiska. Elnir dokuśtykał do niego, zatrzymując się tuż obok.
-Słyszałem, że utemperowałeś swoich ludzi…- zaczął, spoglądając na człowieka przenikliwie.
Władca skinął głową.
-Nie będą sprawiać problemów. Mam nadzieję, że to samo ustaliłeś ze swoimi współbraćmi- dodał.
Elnir parsknął śmiechem.
-Tak się składa, że my nie jesteśmy wobec was agresywni, o ile sami się tego nie domagacie…
Amir uśmiechnął się litościwie. Jasne…
-Co z tym podziałem?- zapytał.
-Hm?- Elnir spojrzał na niego pytająco.
-Chodzi mi o stosunek części z was do konfliktu z Fortisem. To poważny problem?
-Nie ma żadnego podziału- odparł stanowczo tymczasowy przywódca plemienia.- Owszem, na pewno paru z nas ma na ten temat inne zdanie, wielu pewnie się zastanawia… Nie dziw się jednak mym braciom. Mieli naprawdę mało czasu, by dostosować się do sytuacji. Ja sam jedynie udaję, że jestem wszystkiego w stu procentach pewien… Tak naprawdę, wielu rzeczy do końca nie rozumiem- przyznał, wzdychając cicho.- Trudno jest uwierzyć, że ktoś taki jak Canis… Ech, tam!- prychnął po chwili, nie wiadomo, czy bardziej rozdrażniony wspomnieniem Fortisa, czy faktem, że zwierza się z tego człowiekowi.- Czego właściwie chciałeś, co?- dopytał Elnir, przypominając sobie, po co się tu znalazł.
-Chodź- rzucił jedynie Amir, idąc powoli przed siebie.
Potomek wilków uniósł brwi. Patrzył w stronę mężczyzny nieco podejrzliwie, ale pokuśtykał za nim. Amir zaprowadził go do miejsca, w którym pozostawił swojego konia.
-Jest twój- rzucił krótko władca.
-Nie. Nie jest- odpowiedział Elnir, kręcąc głową.- Może się nie zorientowałeś, ale my nie jeździmy konno… To nic trudnego, sam próbowałem… Ale nie mamy potrzeby męczyć tak zwierząt, a gdy ten las wyglądał jeszcze jak las, nie było to szczególnie praktyczne…
-Szczególne okoliczności wymagają szczególnych rozwiązań…- Amir uśmiechnął się lekko.- Nie upieraj się. Z dwojga złego, lepiej być kulawym kaleką na koniu niż kulawym kaleką pieszo, czyż nie…?
Elnir zaśmiał się na te słowa.
-Cóż…- mruknął, zbliżając się do zwierzęcia. Niespiesznym ruchem dłoni, pogłaskał je po szyi.- Właściwie…- zawahał się wyraźnie.- Tak, to chyba całkiem dobry pomysł…- zgodził się po chwili ostrożnie.- Dziękuję, człowieku. To miły gest z twojej strony. Postaram ci się odwdzięczyć… o ile przeżyjesz- dodał zwyczajowo.
Amir uśmiechnął się lekko.
-Jakoś w to wątpię.
-W twoje przeżycie? Bądź dobrej myśli.
-W twoje odwdzięczanie się- sprostował Amir.
-Bo…?- Elnir wbił w niego podejrzliwe spojrzenie, jak gdyby dopatrzył się w tych słowach zapowiedzi podstępnego ataku na jego rasę.
-A jakie są szanse, że przeżyjemy obaj?
-Fakt…- odmruknął potomek wilków, zastanawiając się nad tym wyraźnie.
Spojrzeli na siebie i niemal jednocześnie, parsknęli niepohamowanym śmiechem. Amir nie miał bladego pojęcia co rozbawiło potomka wilków, ani nawet jego samego, ale obaj nie mogli się opanować przez dłuższą chwilę.
Wreszcie uspokoili się.
Elnir cofnął się o kilka kroków.
-Mam nadzieję, że niezależnie od tego, co wydarzy się jutro, uda nam się po tym wszystkim spotkać- powiedział z uśmiechem.- Po tej albo tamtej stronie.

Amir siedział na ziemi, kilkadziesiąt metrów od obozowiska. Patrzył w niebo. Do świtu pozostało już ledwie kilka godzin. Lada chwila miał zmierzyć się z nieuniknionym. Zrozumienie swoich własnych emocji przychodziło mu z pewnym trudem. W jednej chwili czuł wszystko to, co mogło napawać paniką i paraliżować: strach, niepewność, niepokój, obawy, tak liczne, że nie byłby nawet w stanie ich wyliczyć, ale zaraz… Zaraz był już zupełnie spokojny. Skoncentrowany. Może wręcz zniecierpliwiony. Chyba wynikało to z niczego innego, jak poczucia swoistej bezradności i braku wyboru. Amir wiedział już, że w tym momencie, nie ma na nic wpływu. Że od dawna już jedynym, który miał nad wszystkim kontrolę, był sam Fortis. Władca mógł jedynie stanąć z nim do walki i liczyć na zwycięstwo, które wydawało się przecież tak odległe, tak nieprawdopodobne… Jak wszystko, co ich dotyczyło.
Usłyszał czyjeś kroki. Odwrócił się i zobaczył zmierzającego w jego stronę Nadima. Potomek wilków przysiadł obok niego.
-Cześć…- odezwał się cicho, ostrożnie.- Szukałem cię. Dlaczego nie śpisz?
-Nie byłbym w stanie zasnąć- odparł zgodnie z prawdą Amir.
Siedzieli przez długą chwilę w ciszy. Wreszcie, Nadim przysunął się do niego bliżej, jakby trochę onieśmielony. Oparł głowę na ramieniu mężczyzny. Człowiek objął go jedną ręką, przyciskając do siebie.
-Boisz się…?- zapytał potomek wilków.
-Nie boję się ani Fortisa, ani walki z nim…- szepnął w zamyśleniu mężczyzna.- Tylko tego, co będzie później.
-Z nami?
-Ze wszystkim.
Nigdy wcześniej nie czuł takiej odpowiedzialności. Los całego królestwa, los tych wszystkich ludzi i potomków wilków, losy tych ziem, które Fortis przejmie później, gdy skończy z tym miejscem… Miał wrażenie, że wszystko to spoczywało na jego barkach. Amir nie wiedział czy to, co mu towarzyszyło, można było nazwać nadzieją. Wciąż jeszcze nie odpowiedział sobie na pytanie, czy jest możliwe, by śmiertelnik mógł pokonać tego rodzaju siłę.
-Wiesz…- zaczął po chwili Nadim. Mężczyzna spojrzał na niego z uwagą.- Nawet, jeśli nam się nie uda, to jeszcze nic nie znaczy…- powiedział potomek wilków.
-Jak to…?- Amir spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Nasza klęska nie będzie oznaczała klęski wszystkich…- stwierdził potomek wilków.- Być może okaże się, że nie nam przeznaczone jest pokonanie Fortisa, ale jest jeszcze tylu ludzi i moich braci… Prędzej czy później, pojawi się ktoś, kto go powstrzyma.
Amir spojrzał na kompana z uwagą. Uśmiechnął się mimowolnie, przypominając sobie wiele z rozmów, jakie odbyli w trakcie wyprawy. Lubił ten ton Nadima. Swobodny, trochę marzycielski, trochę naiwny, ale zawsze, gdy mówił w ten sposób, słychać było przede wszystkim jedno – przekonanie. Z tą samą pewnością mówił wcześniej o wielu innych sprawach. Często miał rację. Często też się mylił. Człowiek cieszył się jednak, że potomek wilków nie stracił nadziei i nie wyzbył się wiary. To, o czym mówił, w istocie oznaczało, że sam dopuszcza do siebie możliwość, a może nawet wysokie prawdopodobieństwo, że zginą. Ale nie widać było po nim strachu.
-Skąd możesz to wiedzieć…?- zapytał Amir tak samo, jak już pytał go wielokrotnie o wiele spraw. O jego boga, o dziwaczne przekonania, tradycje, wierzenia, zwyczaje, Fortisa… Nigdy zresztą nie przypuszczał, że zatęskni za tym brakiem rozsądku, jak zwykł określać postawę potomka wilków. A jednak wtedy, gdy widział go rozbitego i zupełnie pozbawionego wiary w cokolwiek, chciał jedynie, by Nadim był w stanie przezwyciężyć to wszystko i być taki, jak dawniej.
-Bo to naturalna kolej rzeczy- odpowiedział spokojnie potomek wilków, wzruszając ramionami.- Zawsze pojawia się ktoś silniejszy.
-Ktoś silniejszy od demona…? Mam wrażenie, że miałby wtedy podobne cele, jeśli nie gorsze…
-Nie o ten rodzaj siły mi chodzi- sprostował Nadim.- Wcześniej Fortisa pokonał człowiek, który zapewne nawet nie miał świadomości tego, że jest to możliwe. Teraz może być podobnie. Nic nie trwa wiecznie. Jestem spokojny o moich braci bo wiem, że niezależnie od wszystkiego, choć wiele wycierpią, z pewnością dadzą sobie radę.
-Nie jesteś spokojny o Elnira…- zauważył Amir.
Nadim westchnął cicho.
-Jest moim najlepszym przyjacielem…- stwierdził. -Bardzo się o niego boję, ale… Wiem, że ma rację. Jeśli mamy zginąć, to jedynie taka śmierć przyniesie nam chlubę.
-Jeśli on zwycięży i zabije wszystkich, którzy gotowi będą stawić mu opór, nikt nie będzie o tym pamiętał…- szepnął Amir. Aż za dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że historię piszą ci, którzy triumfują. Tak jak potomkowie wilków uznali Fortisa za bohatera, tak teraz tym mianem mogliby określić go wszyscy ci, którzy przeżyją.
Nadim zawahał się wyraźnie.
-To naiwne…- zastrzegł.- Ale… Wydaje mi się… Sam nie wiem… Sądzisz, że jest jeszcze sposób, żeby przekonać go, by nie czynił tego wszystkiego…?- zapytał cicho Nadim, wpatrując się w towarzysza z uwagą.
Tak. To było naiwne.
-Nie- odparł szczerze Amir.- Fortis miał bardzo dużo czasu i możliwości, by przemyśleć całą sprawę i wycofać się albo zmienić zdanie. Nie uczynił tego wcześniej, nie uczyni więc tego i tym razem… Masz do niego żal…?- dopytał, nie będąc w stanie odczytać, jakimi uczuciami Nadim darzy swojego niedawnego opiekuna, przywódcę i autorytet.
-Nie wiem…- potomek wilków sprawiał wrażenie zdezorientowanego.- Ja… Zdaję sobie sprawę z tego, że on uczynił wiele zła, ale…
-Zabił twojego ojca- przypomniał Amir.
-Wiem. Ale ja nie pamiętam swojego ojca. A jego tak.
Amir był w stanie to zrozumieć. On sam żywił do Fortisa niechęć i uczucie to towarzyszyło mu właściwie nim jeszcze w ogóle go spotkał. Ale wydawało mu się, że do kogoś, kto przyczynił się do śmierci jego wuja, jego brata i wielu innych, potwornych rzeczy, będzie żywił znacznie gorsze uczucia. Nienawiść. Forits chyba zasłużył na to, żeby go nienawidzić, ale Amir nie mógł tym słowem określić swoich odczuć względem jego osoby. Nawet przez chwilę nie usiłował tłumaczyć sobie jego szaleńczych planów, ale musiał przyznać, że bez względu na swoją wolę, żywił do niego coś na kształt litości.
-Czy on miał rację…? Gdyby nie ja, dołączyłbyś się do niego…?- zapytał Amir, spoglądając na kompana uważnie.
Nadim zawahał się.
-Jest mi wstyd, ale naprawdę nie wiem…- odparł cicho.- Wydaje mi się… Wydaje mi się, że mógłby mnie do tego przekonać. Boję się tej świadomości. Nie jestem tak bezkompromisowy jak ty. A przynajmniej nie w tych kwestiach, w których powinienem być. Ale wiem, że nigdy nie byłbym w stanie walczyć przeciwko tobie. I wiem, że w takiej sprawie, nie podjąłbyś złej decyzji. Dlatego przy tobie, nie mam żadnych wątpliwości.
Siedzieli przez dłuższą chwilę w milczeniu. Nadim odsunął się nieco i spojrzał w górę. Westchnął głęboko.
-Nadal nie wiem, jak to wszystko mogło się wydarzyć…- przyznał, wyraźnie zagubiony.- Canis nauczał nas o tylu sprawach, tak bardzo nas zmienił, tak wiele nam pokazał… A teraz… Naprawdę ciężko jest zrozumieć to, co się dzieje. Znam siebie i wiem, że… Bez ciebie wszystko wyglądałoby inaczej- powiedział szczerze, patrząc na Amira. Człowiek również nie odrywał od niego spojrzenia.- Jutro mogę zginąć, ale jednocześnie czuję się tak, jakby to wcale nie miało nadejść. Nie tak wyobrażałem sobie swój ostatni dzień…- zaśmiał się cicho.- Może to dlatego, że wciąż myślę, iż tego wszystkiego da się uniknąć. Naprawdę sądzisz, że jest już za późno…?
-Sądzę, że zawsze było- odpowiedział Amir.- Fortis nigdy nie był bohaterem i nawet, gdyby się teraz wycofał, nigdy nim nie będzie.- Nadim wbił w niego pełne niezrozumienia spojrzenie.- Zresztą nie sądzę, by tego właśnie chciał.
-Jak to…?- zdumiał się potomek wilków.
-Ktoś, kto rezygnuje ze zbrodni zasługuje na takie miano…?- parsknął cicho mężczyzna.- Dysponuje potężną mocą. Nie wiem, czy ktokolwiek z nas oparłby się możliwości użycia jej. A on sądzi, że działa w imię dobra. Nie chce być bohaterem. Chce stać na czele istot, które uzna za „godne”.
-Dużo wycierpiał.
-To cokolwiek tłumaczy?
-Nie umiem się postawić na jego miejscu- stwierdził Nadim, wzruszając bezradnie ramionami.- I nie wiem, czy chciałbym na nim być. On stracił wszystkich, którzy byli mu bliscy. Widział, jak inni potomkowie wilków odwracają się od swoich braci i nie chcą udzielić im pomocy, choć mają taką możliwość. Był na skraju desperacji. Patrzył jak to, co budowali jego przodkowie, upada. Był zupełnie bezradny do czasu pojawienia się tego demona. Mało kto w takich okolicznościach miałby siłę, aby odmówić.
-Nie da się wyplenić zła ani z ludzi, ani z was- odparł z pełnym przekonaniem człowiek.- To niewykonalne. Wszyscy się zmieniają. On jest tego najlepszym przykładem. Może kiedyś rzeczywiście był szlachetny i miał dobre intencje, ale teraz jest kimś obłąkanym niedorzeczną ideą i gotowym zabijać w jej imieniu.
Nadim skinął głową, choć nie sprawiał wrażenia pewnego tych słów. Patrzył w jakiś punkt przed sobą, wyraźnie zamyślony. Amir dobrze wiedział, że to wszystko dzieje się zbyt szybko, by potomek wilków był w stanie się z tym pogodzić. Nie chodziło w końcu o odległego bohatera, powracającego nagle z zaświatów, a o kogoś, kto był mu bardzo bliski, o jego wuja, jego opiekuna, mentora… .
-Dlaczego odszedłeś…?- zadał nagle pytanie, które chodziło mu po głowie. Właściwie znał odpowiedź. Spodziewał się tego, co zaraz usłyszy. Że tak musiało być, że tak było łatwiej, lepiej, dla niego, dla nich, dla wszystkich dookoła… Ale i tak czekał na słowa potomka wilków.
Nadim westchnął głęboko, wciąż na niego nie patrząc.
-Masz do mnie żal- stwierdził z wyraźnym smutkiem.
-To nie jest odpowiedni moment na żywienie żalu- odparł zgodnie z prawdą Amir.- Po prostu chciałbym wiedzieć.
-Musiałem to zrobić.
-Wcale nie…- zaprotestował cicho Amir.- Sądzisz, że po tym, co zrobiłeś, było mi łatwiej…? W jakimkolwiek sensie i jakimkolwiek wymiarze…? Mylisz się. Było wręcz przeciwnie. Twoje odejście niczego nie ułatwiło. Wszyscy i tak już wiedzieli, jakie relacje nas łączyły. Arystokraci nieustannie operowali tym argumentem. Myślisz, że się tego wyparłem…? Nie zrobiłem tego. Nie zamierzałem. Mogłeś być przy mnie. Wiesz dobrze, że nigdy bym cię nie odtrącił.
-Potomek wilków na królewskim zamku…?- Nadim uśmiechnął się niepewnie.- Nie sądzę, by ludzie to zrozumieli.
-Nigdy nie mówiłem, że szukam czyjegokolwiek zrozumienia- odpowiedział mężczyzna.- Wcześniej na zamku gościł Canis… Fortis… Nie dlatego, że zgodzili się na to arystokraci czy poddani, ale dlatego, że postanowił tak mój wuj. I pozostał tam nawet wtedy, gdy Ludwik nie był już w stanie o tym decydować, ponieważ mój brat uszanował jego decyzję.
-Tak, ale…- Nadim zawahał się wyraźnie.- Wtedy jeszcze nie wiedziałem… Ja… Tyle rzeczy było niejasnych- stwierdził w końcu, wzdychając cicho.- Nie miałem pojęcia, jak ustosunkować się do tego wszystkiego… I… Nie wiedziałem, że sprawy nabiorą takiego obrotu…
-A gdybyś wiedział, podjąłbyś inną decyzję?
Potomek wilków milczał długo, rozważając odpowiedź na to pytanie. Wreszcie zaczął:
-Posłuchaj… Ty jesteś człowiekiem… Królem… A ja… Jest nam przeznaczone zupełnie inne życie.
Amir prychnął głośno.
-Tak się składa, że po tym, czym okazało się być nasze ostatnie „przeznaczenie”, mam już serdecznie dość słuchania o nim- mruknął z irytacją.
-Chodziło mi o to, że twoje miejsce jest w królestwie, w zamku. A moje tutaj.
Władca patrzył na niego przenikliwie przez dłuższą chwilę.
-Nie wierzę, żebyś sądził tak od samego początku…- stwierdził w końcu.- Gdyby tak było, od razu powiedziałbyś mi, że nie zamierzasz być ze mną gdy wrócimy. Ale wahałeś się. Mówiłeś, że wszystko zależy od okoliczności.
-… I w tamtych okolicznościach podjąłem taką decyzję…- odparł Nadim.- Jest mi z tym źle, ale nie wiem, czy była niesłuszna.
-A jeśli przeżyjemy… Gdzie będzie wtedy twoje miejsce?
Potomek wilków zaśmiał się cicho na te słowa.
-Wtedy…- zastanowił się przez chwilę.- Wtedy zastanowię się raz jeszcze. Uznam, że to wola boska.
-Boska…?- Amir parsknął cicho.- Wierzysz jeszcze w tego twojego boga…?
Nadim uśmiechnął się lekko.
-Jeśli przeżyjemy jutrzejszy dzień, to będę wierzył.
Człowiek wybuchnął śmiechem.
-Warunkujesz istnienie boga naszym przeżyciem…?- zapytał, rozbawiony.- A może twój bóg sprzyja Fortisowi…?
-Nieee… Jest tylu różnych bogów, któryś musi nas wspierać…- odparł Nadim. Człowiek spojrzał na niego jedynie i pokręcił głową, uśmiechając się lekko. Potomek wilków dźwignął się na nogi i wyciągnął dłoń w kierunku mężczyzny.- Chodź. Nie będziemy tak siedzieć. Inaczej wyobrażałem sobie swoją ostatnią noc…
Amir spojrzał na niego podejrzliwie, ale wsparł się o jego dłoń, wstając.
-A jak ją sobie wyobrażałeś…?
-Cóż…- Nadim nie puścił jego dłoni. Szedł przed siebie, prowadząc mężczyznę.- Miało być dużo zabawy… Muzyki… Wina i…
-… kobiet- dokończył złośliwie Amir.
Nadim zachichotał.
-To było zanim cię poznałem.
Szli przez dłuższą chwilę w milczeniu.
-Straszna szkoda, że las jest tak bardzo zniszczony…- westchnął cicho Nadim, przystając na moment.- Było tu wiele miejsc, które chciałem ci pokazać.
-Wybacz, ale ostatnie czym mam ochotę się teraz zajmować to drzewa, krzaki i kamienie…- przyznał Amir.
Potomek wilków uśmiechnął się lekko na te słowa.
-Więc zajmijmy się czymś innym…- szepnął.
Mężczyzna skierował na niego uważne spojrzenie.
Ich palce splotły się ze sobą ciasno.
Ruszyli przed siebie.

8 komentarzy:

  1. Rozdział o wiele za krótki ^^
    Ale był bardzo ciekawy.. Był luźniejszy od innych jednak.. był takim przedsmakiem. Aż strach pomyśleć co będzie w następnym, jak walka się potoczy? W sumie dobrze, że ten rozdział był taki, budził napięcie...

    Jak widać nie wszyscy ludzie żywią nienawiść do potomków wilków... Chociaż są tacy co.. za nimi nie przepadają. Delikatnie mówią. Jednak podoba mis ie to, że wielu stara się ich przyjąć dobrze w schronach.
    Nie dziwę się zwątpieniu potomków wilka.. Mam nadzieję, że w trakcie walki żadnemu nie przyjdzie na myśl by stanąć jednak po stronie Fortisa.
    Cieszę się również, że Amir i Elnir nawiązali ze sobą nawet przyjacielski kontakt..

    No i bardzo mi się podobała rozmowa Amira z Nadimem. Zawsze lubiłam je czytać.
    No i ta końcówka <3 Już się mogę domyślić co takiego kompani wolą robić w prawdopodobnie ostatnią noc..
    Mam nadzieję, że w następnym rozdziale nie zabijesz Amira! Ani Nadima! W ostateczności możesz Elnira.. Za nim też będę tęsknić. I również będzie mi przykro...

    Mam pytanko. Ile rozdziałów będzie miał jeszcze Chaos? Jak już skończysz to opowiadanie to się chyba popłaczę.. Zawsze czekam dwa tygodnie i z utęsknieniem "wyglądam" tego opowiadania..
    Tak zawczasu zapytam. Czy jak skończysz Chaos będę mogła wydrukować sobie to opowiadanie i pobawić się z okładką? Bo mam wielką ochotę aby to opowiadanie wylądowało w moim pokoju w wersji "książkowej". Taka.. Ręcznie robiona książka..

    Wrócę za dwa tygodnie, na Twojego bloga, bo za LPoH nie przepadam.. Ale każdy ma swój gust, nieprawdaż? xD
    A kiedy pojawi się Sunrise lub Książe?


    Pozdrawiam i życzę dużo weny! ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma problemu :). I nie przejmuj się. Po "Chaosie" pojawi się kolejne opowiadanie, które będę publikować regularnie, co dwa tygodnie, w bardzo podobnych klimatach ;). Ale o tym napiszę w najbliższym czasie.

      Usuń
    2. Super^^ Jeśli okładkami wyjdzie to może się nią pochwalę xP Jakbyś chciała to mogłabym nawet podziękowania Twe dać (pod warunkiem, że takie napiszesz ;3)
      Nowe opowiadanie "przewodnie"? Cieszę się, ale i tak będę tęsknić za Amirem i Nadimem.. Uwielbiam ich xD
      No ale skoro w podobnych klimatach i w dodatku Ty to napiszesz, więc prawdopodobnie będzie mi się podobał C;

      Usuń
  2. Anonimowy12:18 AM

    Amir wygra. Na bank, w końcu te dziwne głowy z któregoś tam odcinka nie wypowiedziały jego imienia dla zabawy. Po prostu jego chwała jeszcze nie nadeszła i tyle.

    OdpowiedzUsuń
  3. Na Bogów. To niesamowite w jak cudowny sposób umiesz budować napięcie, by w chwilę później rozładować je luźną rozmową pogodzonych z fatalnym losem postaci. Mówiłam, mówię i raczej mówić będę, że uwielbiam twój styl. Dynamika wychodzi ci doskonale. Chciałabym kiedyś ci dorównać.
    Nie będę dziś opisywać postaci czy też akcji. Wszystko wyszło ci bardzo ładnie, podobało mi się uspokojenie potomków wilków i późniejsze "drobne" uspokojenie ludzi. Miłe przytoczenie tego, że z obu stron mamy jakieś wątpliwości. W końcu, jakby nie było, bracia Nadima i ludzie mają wiele wspólnego.
    Życzę ci weny. Ai~chan - zazdroszczę umiejętności "książkowania", bo własną wersję "Chaosu" chciałabym posiąść. Miłej pogody i spokoju, droga autorko.
    Miraculi

    OdpowiedzUsuń
  4. Dlaczego skończyłaś w takim fajnym momencie? Mam nadzieję, że będziesz go kontynuować. :DD A poważnie obu panom należy się kilka chwil sam na sam. Szczególnie kiedy nie wiedzą co będzie dalej. Czy przeżyją? Czy uda się pokonać Fortisa? Wierzę, że tak. Trudno mi cokolwiek przewidzieć w tym opowiadaniu, bo na każdym kroku zaskakujesz, ale to dobrze, jest naprawdę ciekawie. ^^ Jak zaczęłam czytać Chaos, a poczekałam, żeby mieć do czytania kilka rozdziałów na raz, to czułam jakbym oglądała dobry serial. Każdy odcinek oznaczał inną przygodę, teraz jest ciągłość tego i również bardzo mi się to podoba. :D
    Wytrwałości w pisaniu kolejnych rozdziałów.

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy10:32 PM

    Orany.
    Mimo ogólnie ponurej atmosfery, ten rozdział jakoś podniósł mnie na duchu. Nie wierzę, że to mówię, ale chyba naprawdę stęskniłam się za "naiwnymi gadkami" w wykonaniu Nadima :D Stary Nadim wrócił, dzięki bogu :D
    Strasznie w tym rozdziale uderzyło mnie jak bardzo zmienił się Amir. W scenie, gdy Amir siedzi na koniu (XDD") a zaraz obok niego stoją mieszkańcy i nadają na króla, na potomków wilków, na Ludwika (!) - kiedyś Amir zareagowałby wścieklicą, a teraz ... no nie zrobił kompletnie nic. Uwielbiałam Amira za jego wybuchowy charakterek, ale teraz uwielbiam go chyba jeszcze bardziej, takiego, no nie wiem, bardziej dojrzałego.
    Choć przyznam, że ma swoje momenty : D - uwielbiam jego wymianę złośliwości z Elnirem (jak Amir chciał mu zabrać laskę, to oczami wyobraźni zobaczyłam dwójkę dokuczających sobie nawzajem dzieci XD)
    Też trzymam kciuki za ich ponowne spotkanie! Nie wyobrażam sobie, że jeszcze ktoś może zginąć : ( Limit osiągnęłam przy Hadrinie i błagam nie rób tego więcej! :D
    Bardzo mi się podobało to na końcu "Ich palce splotły się ze sobą ciasno. Ruszyli przed siebie." <3 o rany, to było takie ... chaosowe XD Jak dla mnie całe opowiadanie takim zdaniem mogłoby się skończyć :D
    W ogóle czytam sobie, ponownie, cały Chaos, tak, żeby skończył, akurat jak wyjdą ostatnie rozdziały - i boże XD tyle rzeczy było oczywistych, i w ogóle zupełnie inaczej się czyta, gdy się już WIE :D
    Wszystko mi się w tym rozdziale podobało, od żołnierzy (ta lojalność do króla <3) i cały wątek namirowy, po jakieś zalążki współpracy między potomkami wilków a ludźmi.
    Czekam niecierpliwie na kolejny rozdział
    Virus

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy2:40 PM

    Nawet nie wiecie jaka jestem strasznie zdenerwowana/zestresowana tym, co będzie się działo w następnym rozdziale! A może i wiecie..? Ale aż mi się ręce trzęsą O.o
    Zgadzam się z komentarzem Virus - limit zabitych postaci się wyczerpał, mam nadzieję, że wszyscy przeżyją! A także co do tego, że wrócił naiwny i marzycielski Nadim, a Amir bardzo dojrzał w trakcie Chaosu :)
    I ta ich rozmowa na koniec.. piękna.. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo za tym tęskniłam, a przecież już dawno obaj nie mieli okazji ani możliwości porozmawiać!
    I tak, zgadzam się, wymyślili najlepszy sposób na spędzenie ostatniej (oby nie.) nocy w ich życiu :D
    Alys

    OdpowiedzUsuń