Strony

piątek, 23 sierpnia 2013

Rozdział 50 [Chaos]

Było późne popołudnie. Błyskające się niebo o barwie fioletu wciąż zwracało uwagę i przyciągało spojrzenia, choć już nie tak pełne przerażenia i niepewności jak wcześniej. Zarówno oddział potomków wilków, jak i ludzi, od samego rana przygotowany był do ewentualnego starcia. Pierwsze minuty i godziny pełne były wyczekiwania, strachu i łatwo wyczuwalnego napięcia, ale im więcej czasu mijało, tym mniej zmobilizowani byli wszyscy wojownicy. Najpierw pojawiało się niezrozumienie, później zdumienie, następnie frustracja, aż wreszcie otwarte pytania o to, czy w ogóle przyjdzie im się z czymkolwiek mierzyć. Portal zniknął już kilka dni temu. Właściwie niedługo po tym, jak Amir i Nadim się z niego wydostali. Mieli jednak podstawy, by sądzić, że wkrótce pojawi się znowu. Grupka zwiadowców czekała w miejscu, w którym znajdował się wcześniej, ale póki co, nie było śladu. Ani po nim, ani po armii Fortisa, ani po nim samym. Nie działo się nic. Zupełnie nic.
Amir siedział na jednym z pni, tuż obok Nadima. Elnir kręcił się w kółko, wyraźnie zniecierpliwiony i poirytowany oczekiwaniem. Potomkowie wilków wrócili do szeregu po krótkiej przerwie, jaką dano wszystkim na posilenie się. Sprawiali wrażenie trochę zdezorientowanych i niepewnych, ale z pewnością przejawiali większą gotowość niż ludzie . Może dlatego, że wiedzieli, czy raczej wierzyli w to, z czym przyjdzie im się mierzyć. Tymczasem oddział królewski rozproszył się po całym obozowisku i pozwalał sobie na znacznie więcej niż ogoniaści wojownicy.
Władca przywołał do siebie dowódcę.
-Panie…?- mężczyzna zatrzymał się tuż przy nim, wpatrując w niego pytająco.
-Każ wszystkim wracać na pozycje- nakazał surowo Amir.- Nie mogą się zachowywać w ten sposób, w każdej chwili możemy spodziewać się ataku. Jeśli dostaniemy informację, że portal się pojawił, musimy być już gotowi, a nie dopiero zbierać się do kupy.
-Tak jest.
Dowódca odszedł i zadął w róg, przywołując wszystkich żołnierzy i rozkazując im ustawienie się w szeregu. Uczynili to, choć nadal widać było, że wielu z nich pozwoliło sobie na niestosowne do okoliczności rozluźnienie i brak skupienia. Sam dowódca wyglądał na znużonego tym wszystkim. Amir nie mógł się temu dziwić, choć on, zupełnie inaczej niż wszyscy, był z każdą minutą coraz bardziej zaniepokojony i skoncentrowany. Podejrzewał, że Fortis mógł chcieć wyprowadzić ich z równowagi czy zaskoczyć, chociaż z drugiej strony, nie widział w tym wielkiego sensu.
-Gdzie on jest, do diabła…?- burknął Elnir, pojawiając się przy swoim przyjacielu i jego kochanku.- Kpi sobie z nas?! Chce zakończyć wszystko do zmierzchu…? Chyba naprawdę ma o nas marne zdanie! Żeby się nie zdziwił! A może zwyczajnie stchórzył…?
-A ty byś stchórzył, mając nieśmiertelną armię i demoniczną moc?- zakpił Amir.
Elnir westchnął jedynie, mocno sfrustrowany całą sytuacją. Oczekiwanie było strasznie drażniące.
-A może się wycofał…?- zapytał cicho Nadim.
Amir spojrzał na potomka wilków z uwagą. Czuł, że Nadim wciąż żywi nadzieję, iż cały ten konflikt da się rozwiązać w zupełnie inny sposób. Była to jednak złudna nadzieja i Amir aż za dobrze zdawał sobie z tego sprawę.
-I gdzie niby teraz jest…?- rzucił bez zrozumienia.- Postanowił sprawić nam wszystkim przyjemność i po prostu zniknął z powierzchni ziemi…? Byłoby bardzo miło z jego strony, ale nic na to nie wskazuje…- mruknął, spoglądając w górę, na iskrzące się sklepienie.- Wszystko za to wskazuje na to, że to część jego planu. Nie dajmy się rozproszyć.
Powiedziawszy te słowa chciał podejść do dowódcy wojsk i poinstruować go jeszcze, ale to, co moment później usłyszał, omal nie zwaliło go z nóg. Rozległ się donośny, budzący grozę dźwięk, przywodzący na myśl potężnych huk, ryk tysiąca trąb, ogłuszający i wprawiający w przerażenie. Trwało to nie więcej niż kilka sekund, ale wzbudziło u wszystkich ogromne emocje. Zewsząd padały okrzyki zdziwienia i pełne lęku pytania, słychać było nawoływania do bóstw i urywane słowa wypowiadanych w pośpiechu modlitw. Amir stał w bezruchu mając wrażenie, że jego serce zamarło na tę krótką chwilę. Nadim zerwał się i spojrzał w niebo, jakby licząc, że coś na nim dostrzeże. Elnir w pośpiechu pobiegł do znajdującego się nieopodal konia, który szarpał się mocno i panicznie. Uspokoił zwierzę. To samo udało się dowódcy, który wsiadł na swojego wierzchowca i od razu spojrzał w stronę Amira, gotów zareagować na każde polecenie czy samemu wydać rozkaz ataku.
Na tym się jednak nie skończyło. Ledwie moment później, rozbrzmiał potężny głos:
-MAM NA IMIĘ FORTIS. MOJA ARMIA POJAWI SIĘ W KRÓLESTWIE NIE PO TO, BY WPROWADZIĆ CHAOS, A WPROST PRZECIWNIE – BY USTANOWIĆ PORZĄDEK. ŚMIERTELNIKÓW OD TYSIĄCLECI TRAWIĄ ICH WŁASNE BŁĘDY, PRZYWARY I GRZECHY…TCHÓRZOSTWO. GNIEW. ZAZDROŚĆ. KŁAMSTWA. OKRUCIEŃSTWO. ABSOLUTNY BRAK MORALNOŚCI. DZIŚ TO WSZYSTKO SIĘ SKOŃCZY. MOI WOJOWNICY ZABIJĄ TYCH, KTÓRZY RZUCĄ IM WYZWANIE I BĘDĄ STAWIAĆ OPÓR. CI, KTÓRZY PODDADZĄ SIĘ, BĘDĄ MIELI SZANSĘ OCALEĆ. NIE BĘDZIE JEDNAK W NOWYM ŚWIECIE MIEJSCA DLA TCHÓRZY, EGOISTÓW I TYCH, KTÓRZY KIERUJ Ą SIĘ CHCIWOŚCIĄ. JEŚLI JEDNAK WŚRÓD TEGO UPADKU I ZGLISZCZY, UCHOWALI SIĘ CI, KTÓRZY ZAWSZE PRAGNĘLI JEDYNIE DOBRA I W GŁĘBI SERCA TĘSKNILI ZA SPRAWIEDLIWOŚCIĄ… JA JESTEM SPRAWIEDLIWOŚCIĄ NA KTÓRĄ CZEKALI.
Wszystko w jednej chwili ucichło. I głos Fortisa, i głosy wszystkich pozostałych, obecnych na terenie obozowiska. Z twarzy ludzi i potomków wilków, dało się odczytać tylko jedno uczucie: strach. Raz po raz, pełne lęku spojrzenia, wznosiły się ku sklepieniu. Ten stan, przypominający swoiste zawieszenie, trwał kilkanaście minut. Amir miał wrażenie, jakby czas się zatrzymał. Aż wreszcie, pojawił się pierwszy, który odważył się cokolwiek zrobić. Z grupki potomków wilków wyłonił się ten młody mężczyzna, który wczoraj z takim przekonaniem przemawiał do swych braci, broniąc jednocześnie Fortisa. Władca przymknął na moment powieki. Już czuł, że to nie skończy się dobrze. Obawiał się, że w ślad za nim, lada chwila, podążą inni.
-Synu…- rzucił ze zdumieniem starszy potomek wilków, patrząc za odchodzącym.
-Wybacz mi ojcze…- szepnął ze skruchą młodzieniec, stając pomiędzy dwoma oddziałami i patrząc w kierunku swych braci, wyraźnie rozdarty.- I wy również, bracia… Sądzę jednak, że popełniacie poważny błąd. Ja nie chcę z wami walczyć. I nie chcę walczyć z Fortisem. Wszyscy wszak słyszeliście jego słowa… On nie chce naszego zła! Chce dać nam możliwość nowego życia! W innym świecie! W którym nie będziemy musieli się wstydzić, nie będziemy musieli ubiegać się o godność czy szacunek…
-Nie rób tego, Tahir…- rzucił ostrzegawczo Elnir, wpatrując się w mężczyznę z uwagą.
-Muszę- odparł młodzieniec z pełną stanowczością.- Liczyłem na to, że się opamiętacie, ale widzę, że nie znajdę wśród was zrozumienia…- stwierdził, bo rzeczywiście, choć część jego braci patrzyła na niego z wyraźną troską, żaden nie wystąpił z szeregu i nie zdecydował się poprzeć jego słów.- Nie mam do was żalu. Czuję jedynie smutek, bo wiem, że jeśli wkrótce nie zdacie sobie sprawy z własnych błędów, będę musiał was opłakiwać…
-Jeśli nas teraz pozostawisz, będziesz musiał odejść…- powiedział surowo Elnir, jednak jego spojrzenie, które koncentrowało się na młodzieńcu, było raczej przepełnione niepokojem.- Będziesz skazany na banicję. Wykluczony ze wspólnoty, do której nigdy nie będziesz miał prawa powrócić.
Tahir uśmiechnął się gorzko.
-Wkrótce nie będzie już żadnej wspólnoty- odparł cicho, wywołując poruszenie wśród swoich braci.
-To twoja ostateczna decyzja…?- dopytał Elnir.
-Tak- potwierdził młodzieniec, głosem drżącym od emocji, ale tak pełnym przekonania, jak gdyby rzeczywiście, nie miał już żadnych wątpliwości.- Podążę za tym, który już raz nas wybawił i odejdę. Do ostatniej chwili jednak, będę się za was modlił, bracia, licząc na to, że się opamiętacie i uczynicie to, co słuszne… Przepraszam…- powiedział raz jeszcze, przymykając na moment powieki. Cofnął się o kilka kroków.- Ja nigdy nie…
Amir usłyszał świst strzały. Strzały, która ledwie sekundę później, wbiła się głęboko w pierś młodzieńca. Tahir wydał z siebie zduszony, pełen zdumienia jęk. Zachwiał się na nogach, kierując swoje ostatnie spojrzenie na ojca, po czym padł bezwładnie na ziemię. Starszy potomek wilków krzyknął z rozpaczy, podbiegając do syna, klękając przy nim i chwytając jego nieruchome ciało w ramiona. Na próżno jednak szarpał syna, na próżno wołał go i próbował cucić. Tahir był martwy. Jego ojciec zawył rozpaczliwie, tuląc go do siebie. Wokół panowało zdumienie i konsternacja. Zdawało się, że zupełnie nikt nie wiedział, co właściwie się zdarzyło. I ludzie, i potomkowie wilków patrzyli po sobie zbłąkani i niepewni, szukając winnego. Amir odruchowo zerknął na Elnira, w pierwszej chwili sądząc, iż to on był tym, który strzelił. Ale ten był tak samo zdumiony i przerażony jak reszta. Dopiero po chwili, władca zdał sobie sprawę z tego, na kim koncentruje się większość oczu. Dowódca oddziału ludzi, siedział na swoim wierzchowcu, trzymając jeszcze w dłoniach łuk, z miną pełną zacięcia i dumy.
Amir spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Dlaczego to zrobiłeś…?- zapytał cicho.
-Panie…?- dowódca zdawał się być zdumiony tą reakcją.
-Dlaczego to zrobiłeś?- powtórzył Amir, znacznie bardziej surowo.
-Wykonałem jedynie rozkaz.
-Jaki znów rozkaz?!
-Generał Manus nakazał, by każdego dezertera karać śmiercią…- odparł dowódca, wyraźnie zagubiony.- A ty, panie, mówiłeś, bym traktował ich jak swych własnych wojowników…
Amir zakrył usta dłonią. Słyszał, jak stojący obok niego Nadim oddycha coraz płycej i szybciej, najwyraźniej z trudem panując nad emocjami. Część potomków wilków wciąż jeszcze zdawała się nie rozumieć, co się wydarzyło, ale pozostali, patrzyli w stronę oddziału ludzi z odrazą i nienawiścią. Kilku z nich zgromadziło się wokół zmarłego i jego ojca. Starszy potomek wilków dźwignął się na nogi, wciąż trzymając w ramionach ciało syna. Podał je stojące mu przy nim bratu. Podszedł kilka kroków do przodu, stając niemalże naprzeciw dowódcy.
-Nie miałeś żadnego prawa…- wydusił z siebie, zapłakany i drżący.- Żadnego prawa! Potworze! Jak śmiałeś?!
-Przykro mi, że tak się stało…- odpowiedział dowódca, nieco nerwowo. Widać było, że jest mocno zdezorientowany całą sytuacją.- Nie godzi się jednak, by żołnierz kierowany jakimikolwiek pobudkami, porzucał swych druhów w obliczu wojny…
-To nie był twój żołnierz!- wykrzyknął gniewnie potomek wilków.- To był mój syn! Mój syn, przebrzydła kreaturo!- wycedził przez zęby z bólem.- Jak śmiałeś…? Jak śmiałeś?!- wyrzucił z siebie, po czym , w jednej sekundzie, sięgnął po łuk i chwycił za strzałę.
-Nie!- krzyknął Amir.
Starszy potomek wilków naciągał cięciwę, gdy jeden z ludzkich żołnierzy rzucił się w jego kierunku, wytrącając mu łuk z dłoni. Ci, którzy byli najbliżej starca, pozostawili ciało jego syna i natychmiast rzucili mu się do pomocy. Jeden z potomków wilków wyciągnął sztylet. Człowiek uczynił to samo, ale nim zdążył cokolwiek zrobić, wystrzelona z tłumu strzała, utkwiła w jego krtani. Natychmiast padł na ziemię, dławiąc się krwią. Jego towarzysze z rykiem wściekłości, ruszyli w stronę potomków wilków. Druga grupa uczyniła dokładnie to samo.
-Przestańcie! Przestańcie!- wrzeszczał Amir do tłumu, ale nie wdarł się do niego, bo wiedział, czym mogłoby to skutkować. Strzały raz po raz przecinały powietrze. Ostrza krzyżowały się ze sobą ze szczękiem.- DOŚĆ!
Elnir nie zwlekał. Odwiązał konia i wsiadł na niego, po czym wjechał pomiędzy walczących, usiłując odciągnąć i uspokoić swych współbraci. Amir podbiegł do dowódcy.
-Opanuj ich!- zażądał.
Ten sięgnął po róg i zadął w niego, najpierw raz, później drugi. Jednak dopiero za trzecim razem, grupy przerwały walkę i zaczęły oddalać się od siebie stopniowo. Niektórzy odzyskiwali rozsądek sami, inni odciągani byli przez współtowarzyszy. Pomiędzy dwoma stronami konfliktu, raz po raz przejeżdżał Elnir pilnując, by nikt już więcej nie przystąpił do ataku. Wielu z wojowników odniosło obrażenia, większość na szczęście lżejsze. Oprócz ciała tego młodego potomka wilków i postrzelonego z łuku człowieka, na ziemi zalegały jeszcze dwa inne, oba należące do ludzi. Jeden z współbraci Nadima siedział na ziemi, otoczony opieką braci, dociskając kawałek materiału do mocno krwawiącego boku. Wśród ludzi również znalazło się kilku, którzy sprawiali wrażenie niezdolnych do walki. A to wszystko nie wyglądało na koniec konfliktu, a wprost przeciwnie. Amir nie mógł uwierzyć w to, co widział. Lada chwila mieli walczyć u swojego boku, a tymczasem, walczyli przeciw sobie. Ludzie patrzyli z nienawiścią na drugi oddział i tylko ostre ostrzeżenie dowódcy i groźba, jaka padła z jego ust, odwiodła ich od kolejnego ataku i powstrzymała od komentarzy. Potomkowie wilków byli wzburzeni. Obrzucali żołnierzy i samego dowódcę najgorszymi obelgami. Elnir dyskutował z nimi, starając się opanować sytuację.
-Wystarczy… Wystarczy!- rzucił w końcu surowo zatrzymując się, zwrócony w stronę Amira i pozostałych ludzi.- Rozumiem wasze emocje! Są w pełni słuszne, ale nie postępujcie lekkomyślnie! Przed nami wojna!
-Lekkomyślnie…?- szepnął z bólem starszy z potomków wilków, patrząc na Elnira.- On zabił jednego z nas! Zabił mojego syna! Sądzisz, że nie należy mu się za to kara?!
-Należy się- odparł Elnir z pełną stanowczością.- Nie ukażecie go jednak, zabijając innych ludzi. On jest jedynym, który ponosi odpowiedzialność. A tym, który wymierzy karę, jest jego zwierzchnik…- dodał, przenosząc wzrok na Amira.- Ich król.
Władca poruszył się niespokojnie.
-To nie jest najlepszy moment…- zaczął.
-Lepszego nie będzie- przerwał mu ostro Elnir.- To nie jest zbrodnia, która mogłaby zostać usprawiedliwiona okolicznościami… Ten, który zginął, w żadnym razie nie zasłużył na śmierć. Nie zgodził się z nami, ale i nie wystąpił przeciwko nam. Nie stanowił żadnego zagrożenia. Nie dano mu nawet możliwości obrony. To haniebne morderstwo i ten, który je popełnił, winien zostać natychmiast ukarany, w sposób adekwatny i oczywisty.
Amir milczał długo, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Widział podenerwowanie dowódcy, który raz po raz posyłał mu pełne niepewności i obawy spojrzenia. Widział też napięcie wśród żołnierzy. I pełne gniewu wyczekiwanie potomków wilków. Czuł na sobie wzrok Nadima. Dobrze wiedział, jaką ten podjąłby na jego miejscu decyzję. Prawda była jednak taka, że cokolwiek by teraz postanowił, tak czy inaczej, wywołałby ogromny spór. To było nie do uniknięcia. Poza tym, nie mógł spełnić oczekiwań pobratymców Nadima. Wiedział, czego chcieli. Chcieli śmierci dowódcy. Amir był w stanie to zrozumieć. To, co ten uczynił, było z pewnością lekkomyślne, okrutne, a przede wszystkim, zupełnie niepotrzebne, ale znajdowali się w specyficznym stanie – stanie wojny. A wtedy w ich królestwie obowiązywały inne prawa i najwyższym wyznacznikiem były rozkazy zwierzchników. I to właśnie uczynił dowódca – zastosował się do rozkazów. Zupełnie ślepo i bez odrobiny rozsądku, jednak nie można było karać go za to, iż zrobił to, czego, jak sądził, od niego oczekiwano.
-W tej sprawie nic nie jest tak oczywiste, jak sądzisz…- odezwał się w końcu, starając się jakoś załagodzić sytuację.- I jak już mówiłem, moment naprawdę nie jest adekwatny do tego typu spraw… Gdy wojna się zakończy, obiecuję, że powołam sąd i konsekwencje zostaną wyciągnięte…
Resztę jego słów zagłuszyły pełne wściekłości i oburzenia okrzyki potomków wilków.
-A mój syn?!- wrzasnął ojciec zabitego.- Czy on został wcześniej osądzony?!
-Bracia, proszę!- zawołał Elnir, uspokajając ich na moment. Podjechał nieco bliżej, patrząc na Amira surowo.- Nie obchodzą nas wasze obyczaje. My wyznajemy bardzo proste zasady. Nie zabijamy naszych pobratymców. Nie zabijamy nikogo, o ile nie jesteśmy do tego zmuszeni. Uznajemy, że oprawców należy karać w sposób odpowiadający ich winie. A on…- prychnął pogardliwie, spoglądając na dowódcę.- On sam wydał na siebie wyrok. Zrób to, co do ciebie należy- zażądał stanowczo.- Zawierzyliśmy ci. Jeśli teraz odmówisz, to będzie oznaczało jedynie to, że gardzisz nami i uważasz nas za gorszych. Że zezwalasz na to, by synowie ginęli na oczach swych ojców. Winny musi zostać ukarany.
Amir wiedział, że jego opór spotka się z taką właśnie reakcją, ale nie mógł ustąpić.
-Sądzicie, że to, w jaki sposób postąpił było złe…- zaczął powoli.- I macie pełną rację- stwierdził dobitnie.- Postąpił źle. Dlatego my nie powinniśmy działać w ten sam sposób! Wiem, jak to brzmi, ale nie chciał uczynić wam krzywdy, wypełniał rozkaz…
Rozległ się kolejny ryk pełen oburzenia i bólu. Potomkowie wilków nie byli w stanie zrozumieć tej argumentacji. Czuli się skrzywdzeni i oszukani.
-Nie ma żadnej sprawiedliwości…- stwierdził z rozgoryczeniem ojciec zamordowanego.- Żadnej sprawiedliwości… Mogą nas zabijać… Tłumaczyć to wszystko rozkazami…
-Gdyby to człowiek zginął, ukarano by nie jednego z nas, a wszystkich!- wykrzyknął gniewnie inny z potomków wilków.- Tak właśnie traktują nas ludzie! Nie jak sojuszników! Jak zwierzęta!
-To nieprawda…- usiłował wtrącić Amir.- Gdyby zdarzyła się odwrotna sytuacja, postąpiłbym dokładnie tak samo…
-Nie tłumacz się!- rzucił inny z wilczych wojowników.- To nic więcej, jak tylko słowa! To o nim mówiłeś, Elnirze…?- zapytał bez zrozumienia, patrząc na tymczasowego przywódcę plemienia.- To on ma być tym „prawym”…? Tym, który nie patrzy na nas jak na gorszych od ludzi…? Tym, który pomoże nam w końcu dojść do porozumienia…? Bohaterem…? To kpina! Mamił nas tym wszystkim, tylko dlatego, że jesteśmy mu potrzebni!
-Czyńcie cokolwiek chcecie…- szepnął ojciec poległego.- Ale ja nie będę walczył w służbie tego człowieka.
Natychmiast rozległ się chór głosów należących do jego współbraci, którzy poparli go bez wahania.
-Widzisz, jakie efekty przynoszą podejmowane przez ciebie decyzje…?- skarcił władcę Elnir, wyraźnie nie będąc w stanie zrozumieć jego motywów i wyjaśnień.- Zrób coś!- zażądał stanowczo.
Amir pokręcił jedynie głową.
-Nie mogę- odparł.
Szczęka Elnira zadrżała z wściekłości.
-Żaden z nas… Żaden z nas nie poprze cię ani nie stanie u twojego boku w boju, jeśli nie jesteś w stanie zdobyć się na sprawiedliwość i ukarać zbrodniarza znajdującego się w twoich szeregach!- wycedził przez zęby.- Nadim!- zawołał swojego przyjaciela, który wciąż stał przy kochanku.
Ten spojrzał na Amira, ale nie wahał się ani chwili. Ruszył w kierunku swych braci i zatrzymał się przy nich. On również nie był w stanie przyjąć podjętej przez władcę decyzji. Patrzył na niego z żalem i niezrozumieniem.
-Przepraszam…- powiedział Amir.- Wiem, że moje słowa wydają się wam teraz bez znaczenia, ale jest mi przykro, że doszło do tego wszystkiego. Jestem gotów zadośćuczynić wam za to w każdej postaci, ale nie kolejnym zabójstwem.
-Jeśli to wszystko, co miałeś do powiedzenia, to zabierz swoich ludzi i odejdź- odparł Elnir, lodowatym tonem.
Amir spojrzał na niego ze zdumieniem.
-Nie działaj pod wpływem emocji…- poprosił.
-Nie działam. To, co robię, jest jak najbardziej zdroworozsądkowe… Jeśli tego nie zrobisz, nie będziesz musiał czekać na początek wojny. Wojna rozpocznie się tu- stwierdził, aż nazbyt znacząco.
Amir doskonale zdawał sobie sprawę jak bardzo wściekli, rozgoryczeni i żądni kary za to, co się wydarzyło, są pozostali potomkowie wilków. Wiedział, że nawet jeśli Elnir sam nie zarządzi ataku, prędzej czy później, ktoś wyłamie się z szeregu i tak ponownie rozpocznie się starcie. Nie chciał zostawiać potomków wilków samych. Była ich ledwie grupka. Nie mieli najmniejszych szans podczas ataku, ale z drugiej strony, sytuacja była tak napięta, że zaraz rzeczywiście oba oddziały mogły wykończyć się wzajemnie, jeszcze nim pojawi się armia Fortisa.
-Masz rację, Elnirze…- szepnął ten starzec. W towarzystwie dwóch innych potomków wilków, wyszedł na środek polany, stając naprzeciwko Amira.- Wojna rozpocznie się tutaj…
Jeden z mężczyzn sięgnął po łuk i wycelował we władcę.
Amir natychmiast uniósł broń, chcąc dać znak dowódcy, by ten nic nie robił, a on w ten sam sposób nakazał spokój żołnierzom.
-Co ty wyrabiasz?!- krzyknął przywódca potomków wilków.
-Jesteś bardzo mężny i szlachetny Elnirze, ale wciąż bardzo młody…- szepnął drżącym głosem starzec.- Nadal wierzysz w bajki i sądzisz, że jesteś w stanie zmienić świat. Idealista z ciebie… Prawda jest jednak taka, że oni nigdy się nie zmienią. Nigdy nie przestaną być naszymi wrogami… Teraz dopiero widzę, że mój syn ma rację… Fortis nie jest naszym przeciwnikiem… Wprost przeciwnie… On dobrze wie, że trzeba zniszczyć ich królestwo, byśmy mogli uzyskać spokój…
-Fortis wcale nie ma tego na celu!- zawołał natychmiast Elnir.- Fortis…
-Fortis mówił o sprawiedliwości!- przerwał mu gwałtownie starzec.- I tego właśnie pragnę! Niczego więcej! Tylko sprawiedliwości…- załkał boleśnie.- Mój syn zginął na moich oczach! A oprawca, zamiast ponieść karę, gdy to wszystko się skończy, zostanie uznany za bohatera!
-Nie rób tego!- zaprotestował natychmiast Nadim, w mgnieniu oka pojawiając się z powrotem przy władcy i zasłaniając go własnym ciałem.- Rozumiem twój ból, ale w ten sposób niczego nie uzyskasz. On nie jest winny! Ukaranie go będzie taką samą zbrodnią jak ta, która została popełniona na twoim synu.
-Ten, który jest winny, podlega bezpośrednio jemu- odparł ojciec zmarłego.- I on też miał prawo, a wręcz obowiązek, by ukarać go w odpowiedni sposób. Nie uczynił tego, a więc sam za to zapłaci…
-Nie zamierzam stąd odejść- odparł twardo Nadim.- Jeśli chcesz zabić jego, najpierw będziesz musiał zabić mnie. Wiem, że tego nie zrobisz…
Amir wcale nie był tego pewien. Nie wątpił, że żaden z pobratymców Nadima, nie skrzywdziłby go celowo, ale cała ta atmosfera, to napięcie, nie sprzyjało racjonalnemu myśleniu. Wystarczył jakiś zapalnik, ledwie iskra, emocje, czy choćby zwykły przypadek, by cała ta sytuacja skończyła się tragicznie. Próbował odsunąć od siebie potomka wilków, ale ten trwał uparcie na swoim miejscu, nie oddalając się od kochanka ani na chwilę.
-Nasir!- warknął Elnir w kierunku tego, który trzymał łuk.- Odłóż broń. Natychmiast!
Potomek wilków nie zareagował na jego żądanie.
-NASIR!- krzyknął raz jeszcze ich przywódca.- Nie rozumiesz, co robisz…? Jeśli zamordujesz ich króla, rozpętasz prawdziwe piekło… Ich oddział natychmiast przystąpi do ataku. Jest liczniejszy, nawet, gdybyśmy zdołali mu się oprzeć, prędzej czy później, pojawiłby się kolejny. Zostalibyśmy zabici, a oni wreszcie mieliby powód, by to uczynić i odebrać nam ziemie… Naprawdę chcesz wkładać im w ręce ten argument…?
-Nie udawaj, że nie wiesz, co się dzieje, Elnirze…- odparł mu ten potomek wilków, do którego się zwracał.- Ich siła jest bez znaczenia. Fortis powrócił.
-Powrócił nie po to, by nas bronić, a po to, by nas zniszczyć!
-Nieprawda. Na własne uszy słyszeliśmy coś innego. Ty i Nadim… Okłamywaliście nas od samego początku.
-Jak śmiesz!- zagrzmiał Elnir.- Fortis nie przybywa, by walczyć z ludźmi, ale by walczyć ze wszystkim, co żyje na tych ziemiach, a to dopiero początek! Gdy przełamie opór i zakończy krwawą wojnę, rozpocznie sąd! Przeżyją tylko ci, którzy będą pasować do jego szaleńczego wyobrażenia, a , wierzcie mi, żaden z was nie może być pewien tego, czy zostanie ocalony. Poddanie się jego woli oznacza nic innego, jak tylko naszą klęskę!
-Gdyby chciał naszej klęski, doprowadziłby do niej już dawno…- odparł ojciec zamordowanego.- Stał na czele nas wszystkich… Był naszym najlepszym przywódcą…- dodał znacząco, zerkając gniewnie na Elnira.- Najlepszym!
-Jak możecie mieć w sobie tyle hipokryzji?! Żądacie, by osądzić nawet nie samego mordercę, a tego, który odmówił wam sprawiedliwości, a sami chcecie wznieść do władzy i uhonorować tego, który zamordował nie jednego, a wielu z nas! Nasirze…- zwrócił się znowu do trzymającego łuk potomka wilków.- Powiedziałem ci, co się stanie, gdy zabijesz ich władcę… Ale jeśli zabijesz Nadima… Osobiście ci za to odpłacę, taką sprawiedliwością, jakiej sam żądasz… Od czasu rozłamu, nigdy nie było pomiędzy nami wojny, bracia… Jesteście pewni, że chcecie ją wszcząć…?
Na pierwszy rzut oka widać było, że wśród potomków wilków panuje wyraźny podział. Część z nich zdawała się popierać słowa starca, inni, a jak się zdawało, było ich więcej, choć rozumieli jego cierpienie, cały czas starali się go przekonywać do ustąpienia albo jedynie spoglądali na niego z wyraźnym zdumieniem. Pozostali najwyraźniej jeszcze nie wiedzieli, jakie stanowisko zająć w tym konflikcie. Tak czy inaczej, nie ulegało wątpliwości, że jeśli Nasir nie ustąpi, lada chwila dojdzie do tragedii.
Jednak słowa Elnira dotarły do potomka wilków. Opuścił łuk i schował strzałę. Położył dłoń na ramieniu starca, wraz ze swym drugim towarzyszem, wracając z nim z powrotem do oddziału. Ledwie moment później, rozległ się tętent kopyt i zaraz na terenie obozowiska pojawiło się dwóch ludzi.
-Panie!- zawołał jeden z nich, dostrzegając Amira.- Coś dziwnego pojawiło się przy samym wejściu do miasta… Nikt z nas nie wie, co to takiego… Jakby światło uformowane w podłużny kształt…
Amir nie zwlekał ani chwili.
-Daj mi konia…- zwrócił się do tego z przybyłych, który był najbliżej niego. Ten zsiadł ze zwierzęcia, ustępując miejsca władcy, który wspiął się na wierzchowca.- Doprowadź oddział z powrotem do miasta!- krzyknął w kierunku dowódcy.- Jeśli zdołasz znaleźć generała nim rozpocznie się starcie, dołącz do niego, jeśli nie, uformuj szyk i bądź gotów do obrony... A ty…- przeniósł wzrok na Elnira widząc, że i ten spogląda na niego z uwagą.- Ty czyń cokolwiek uznasz za stosowne- stwierdził jedynie.
-Czekaj. Jadę z tobą- rzucił bez wahania Nadim.
Wsiadł na wierzchowca, zajmując miejsce za mężczyzną i objął go ramieniem. Amir popędził konia i ruszył w stronę miasta, nie oglądając się już za siebie. Po kilkunastu minutach, wjecha li do miasta. Znajdujący się najbliżej lasu żołnierze, pokierowali ich dalej. Przejecha li wzdłuż ulicy, by wreszcie zatrzymać się nieopodal trzeciego schronu, gdzie dostrzegli oddział wojowników, który otaczał coś, dystansując się od tego jednocześnie. Żołnierze byli wyraźnie zdumieni.
-Generale!- zawołał Amir, dostrzegając dowodzącego nimi Manusa.
-Rozstąpić się!- nakazał natychmiast tamten, gdy tylko dostrzegł króla.
Znajdujący się najbliżej nich wojownicy, odsunęli się, pozwalając władcy dojrzeć, co takiego napawało ich lękiem i niepewnością. Przypuszczenia Amira się potwierdziły. To był portal. Ten sam, który wcześniej znajdował się w lesie.
-Nie wydajesz się być zaskoczony, wasza wysokość…- odezwał się Manus, nie odrywając od króla uważnego spojrzenia.
-To przejście- wyjaśnił mężczyzna.- Sądziłem, że, podobnie jak wcześniej, pojawi się w lesie, ale myliłem się. Podejrzewam, że tędy wyjdą wojownicy Fortisa.
-A więc to prawda…- szepnął generał, marszcząc brwi.- Najpierw te głosy, a teraz to… Twoje rozkazy, wasza wysokość?- dopytał po chwili.
-Takie, jak i wcześniej. Brońcie miasta najdłużej, jak to tylko możliwe i starajcie się nie dopuścić, by poszli dalej i poczynili większe zniszczenia.
-Tak jest.
-Oddział z lasu dołączy do was lada chwila.
-Z potomkami wilków?- zapytał Manus.
Amir zawahał się.
-Tak- odparł z pełnym przekonaniem Nadim. Władca spojrzał na niego z zaskoczeniem.- Elnir zobowiązał się walczyć i nie zrezygnuje, choćby miał przyjechać tutaj sam… A moi bracia na pewno go nie pozostawią.
Amir skinął głową, wierząc potomkowi wilków na słowo. Zsiedli z konia i ruszyli w stronę portalu, obserwowani przez żołnierzy. Zatrzymali się nieopodal przejścia.
-Nie musisz iść ze mną…- odezwał się cicho władca, czując, jak w jego ruchy i ton wkrada się nieuniknione zdenerwowanie.- To ja będę z nim walczył.
-Nie zostawię cię samego- odparł stanowczo Nadim.
Człowiek spoglądał na niego przez dłuższą chwilę. Mimowolnie sięgnął dłonią do twarzy kochanka, opierając ją na jego policzku. Moment później, wiedziony nagłym pragnieniem przyciągnął go do pocałunku. Czuł jego wargi na swoich ledwie przez kilka sekund, ale to wystarczyło mu w zupełności, by poczuć jego bliskość i choć na chwilę ugasić ten paniczny lęk, który rodził się w nim za każdym razem, gdy myślał o utracie Nadima. Wiedział, że nie ma już dla nich odwrotu. Spojrzeli na siebie i obaj zbliżyli się do przejścia.
Wszystko zaczęło się od nowa. Szaleńcze uczucie, jak gdyby spadał w dół z niewiarygodną siłą, nie mając nad swoim ciałem żadnej kontroli. Różnorodne barwy wirowały mu przed oczyma, w uszach słyszał dźwięki, nieprzyjemne, nieznośne, hałaśliwie… Wszystko stało się szarością, a szarość przerodziła się w czerń. I nagle wylądował na zimnej posadzce, tuż obok Nadima. Obaj podnieśli się prędko na nogi. Znów znajdowali się w białym pałacu, dokładnie na jego balkonie. Na dole, w holu, stał oddział potomków wilków tak nieliczny, że gdyby nie ich predyspozycje, w porównaniu z tymi, którzy na nich czekali, mogliby budzić pełen politowania śmiech. Ich głowy natychmiast, niemalże mechanicznie, odwróciły się w kierunku przybyłych. Zdawało się, że na to czekali, bo zaraz ruszyli równo, pewnym krokiem, w kierunku znajdujących się po ich prawej stronie schodów. Weszli na nie tak, jakby kierowali się w stronę Amira i Nadima, jednakowoż na ich drodze stał portal, w którym znikali, jeden za drugim.
Amir czuł ucisk na klatce piersiowej. Oddychał płytko, mając świadomość tego, że właśnie rozpoczęła się wojna. Wojna, w której nie brał bezpośrednio udziału i już teraz, nie miał na nią najmniejszego wpływu. Spostrzegł, że Nadim zmierza w jakimś kierunku. Potomek wilków dostrzegł znajdujące się nieopodal drzwi. Otworzył je na oścież. Amir natychmiast podążył za nim. Znaleźli się w kolejnej sali, białej, pustej, o wysokim sklepieniu. Tam właśnie czekał na nich ten, z którym mieli się mierzyć. Fortis stał w bezruchu, odwrócony do nich tyłem, patrząc w ogromne okno, za którym rozpościerała się zupełna ciemność. On jednak musiał dostrzegać tam coś innego. Był bardzo skoncentrowany i zamyślony.
-Widzieliście na własne oczy…- zaczął spokojnie, nawet nie odwracając się w ich stronę.- Tak niewiele trzeba do rozlewu krwi… Brak rozsądku. Brak empatii. Jedna niepotrzebna śmierć pociąga za sobą kila następnych i rodzi tyle niepotrzebnych emocji…- szepnął pogardliwie.- Na tych ziemiach nie ma już nic poza uśpioną nienawiścią. A wystarczy ledwie słowo, aby ją rozbudzić i rozpętać wojnę.
-A jakie ty masz prawo do wypowiadania się na ten temat, co?- warknął Amir, podchodząc kilka kroków bliżej.
Nadim szybko chwycił go za ramię, zatrzymując. Fortis odwrócił się w ich kierunku.
-Wciąż nie rozumiesz…?- zapytał.- Chcę uwolnić te ziemie od nienawiści i jej konsekwencji…
-A więc chcesz uchronić nas przed wojnami, wywołując najbardziej krwawą i bezsensowną z nich wszystkich…?- prychnął litościwie władca. Wojownik spoglądał na niego z uwagą.- Może się zdziwisz, ale nie jest to szczególnie oryginalny pomysł…- zironizował.- Ten świat zna już wielu, który chcąc zaprowadzić „ład”, czynili to takimi samymi metodami, jakie, podobno, chcieli wyplenić… Naprawdę uważasz, że czymkolwiek się od nich różnisz…?
-Tak- odpowiedział spokojnie Fortis.- Różnię się możliwościami, których oni nie posiadali.
-To akurat jedynie oznaka twojego tchórzostwa!- skwitował jego słowa Amir.- Ale dość gadania!- warknął, sięgając po broń.- Nie przyszedłem dyskutować z szaleńcem! Obiecałeś mi pojedynek, więc stań do walki!
Fortis nawet nie drgnął.
-Spełnię swoją obietnicę. Choć ty, wciąż masz możliwość się wycofać…- zaznaczył. Jego spojrzenie powędrowało na moment do potomka wilków, by zaraz znów powrócić na twarz mężczyzny.- Obaj dobrze wiemy, że nie masz szans zwyciężyć.
-Mam takie same szanse, jak i ty! O ile będziesz walczył uczciwie.
Fortis westchnął głęboko.
-W moim ciele płynie moc kryształów i nie jest już ono podobne do ciała żadnego ze śmiertelników…- wyjaśnił cicho.- Ty wciąż jesteś tylko człowiekiem. Czujesz przemęczenie. Ból. Strach wynikający z nieuniknionej klęski. Mnie, wszystkie te odczucia, są obce. Walka mnie nie znuży. Nie będziesz w stanie mnie zranić. I przede wszystkim wiem, że zwycięstwo należy do mnie.
-Więc wyzwałeś mnie na pojedynek, w którym nie mogę zwyciężyć…?- rzucił ze zdumieniem Amir.
-Ty byłeś tym, który rzucił mi wyzwanie. Możemy uznać, że jeśli wytrącisz mi broń, zwyciężysz.
-A wtedy…?- dopytał z uwagą mężczyzna.
Wojownik wzruszył ramionami.
-Cokolwiek zechcesz. Tak się po prostu nie stanie.
-Niech będzie!- zgodził się Amir bez chwili zwłoki, choć w jego sercu narodziły się wątpliwości. Był jednak tutaj i nie mógł już się wycofać ani poddać. Jeśli Fortis miał rację, dla żadnego z nich nie było już nadziei. W takim jednak wypadku, wybór i tak byłby oczywisty.
Umrzeć czy ulec wpływom szaleńca?
Amir nie miał problemu z decyzją.
-Walcz!- warknął w kierunku Fortisa.
Ten sięgnął po miecz.
-Nie rób tego!- wykrzyknął nagle Nadim, stając pomiędzy dwoma mężczyznami.- Nie rób tego, Fortis…- rzucił błagalnie.
Amir westchnął cicho w duchu. Był pewien, że niezależnie od wszystkiego, Nadim i tak będzie starał się przekonać dawnego opiekuna do zmiany zdania. I równie pewien, że nie przyniesie to żadnego rezultatu.
-Wiem dobrze, co miałeś na myśli mówiąc o tym wszystkim…- kontynuował nerwowo potomek wilków, patrząc na Fortisa.- Zdaję sobie sprawę z tego, jak wiele zła tkwi w tym świecie, ale… To, co chcesz zrobić, to żadne rozwiązanie! Zabijesz tych, których chcesz chronić! Twoja armia zgładzi moich braci! Naszych braci! Przecież znałeś dobrze każdego z nich! Wiesz, jacy są! Elnir nimi dowodzi! Zawsze powtarzałeś, że cenisz jego odwagę! Nie możesz przecież pozwolić na śmierć takich jak on!
-Myślisz, że mnie to nie boli…?- szepnął Fortis.- Nie tak to sobie zaplanowałem. Ty miałeś dołączyć do mnie. Razem mieliśmy wybrać spośród naszego narodu tych, którzy byliby godni ocalenia… Gwarantuję ci jednak, że nie znalazłbyś tam takich wielu… Mówiłeś, że was zmieniłem, ale myliłeś się. Zmieniłem pewne zachowania. Pewien sposób postrzegania. Otwartą wrogość w nastawieniu do ludzi. Ale wasze myślenie… Myślenie większości z was wciąż było takie samo, jak wcześniej. Nie raz słyszałem, że jestem zbyt łagodny. Że prędzej czy później, przyjdzie nam walczyć z ludźmi. Że ludzie są przyczyną naszej tragedii i panującego wokół zła. Wyłączną przyczyną. Nie słyszałem, by choćby jeden z was oceniał naszą sytuację przez pryzmat wyborów, które sami podejmowaliśmy w przeszłości…- syknął cicho.- Byliśmy niegdyś silnym plemieniem, ale starcie z ludźmi ujawniło wszystkie nasze słabości. Z istot, które mogły rządzić całym kontynentem, staliśmy się przegranymi, którzy zachowywali się tak, jak gdyby oczekiwali , iż ich właśni wrogowie, jak zawsze ich postrzegali, zwrócą nam to, co „nasze” za nic. Ludzie dbali o swoje interesy. My, jako wspólnota, powinniśmy dbać o własne, ale zamiast tego, wciąż tkwiliśmy mentalnie w przeszłości, zachowując się jak ofiary. Jeśli więc pytasz mnie, czy jestem w stanie patrzeć, jak umierają ci, którzy byli mi najbardziej drodzy… Tak- stwierdził z pełnym przekonaniem.- Tak, jestem w stanie. Nie sądzę, by cokolwiek sprawiło mi więcej bólu niż świadomość twojej śmierci, ale czekałem zbyt długo, by się zatrzymać. Jeśli będę musiał, nie zawaham się ciebie zgładzić. Tak, jak i ty, nie wahałbyś się zabić mnie w jego obronie.
-Twoje działania doprowadzą jedynie do niepotrzebnych śmierci…- rzucił natychmiast Nadim.- To będzie zwykłe okrucieństwo.
-Owszem- potwierdził Fortis, najwyraźniej doskonale zdając sobie z tego sprawę.- Nie ma okrucieństwa, którego nie dałoby się usprawiedliwić okolicznościami. Prawda jest taka, że aby narodził się nowy świat, ten poprzedni musi upaść. Jeśli jednak nie wypleni się zła, każdy świat, prędzej czy później, stanie się tak samo zepsuty i skażony. Dlatego jestem zmuszony to uczynić. Nowy świat będzie ostatnim i wiecznym. Ta wojna będzie ostatnim przejawem okrucieństwa, jaki się w nim pojawi.
-Mylisz się!- warknął Amir, stając na równi z Nadimem.- Nie rozumiesz, że nie uda ci się osiągnąć tego celu?! Myślisz, że ten sąd wystarczy, by pozbyć się wszystkich „niegodnych”?! Nawet, jeśli masz rację… Będą rodzić się nowi ludzie! I nowi potomkowie wilków! Część z nich nie będzie „idealna”, nie będzie ci przychylna! Będziesz zmuszony zabijać bez końca, a na to nikt „szlachetny” nie będzie mógł się zgodzić!
-Nie- odparł Fortis.- Ci, którzy się narodzą, dorastać będą bez wpływu zła.
-Ależ skąd! Będą dorastać pod wpływem nieskończonego dobra, które wymordowało ich przodków!- zironizował mężczyzna.- To bzdura! Mrzonka! Prawda jest taka, że przyjdzie kolejne pokolenie, a później jeszcze jedno i następne… A wśród nich, będą ci, którzy znajdą sposób, by cię obalić… I umrzesz! Umrzesz już nie jako bohater, ale jako największy zbrodniarz i szaleniec, którym zresztą jesteś!
-Fortis…- odezwał się znowu Nadim, patrząc na dawnego przywódcę błagalnie.- Przecież możesz się wycofać…
-Mylisz się. Nie mogę.
-Ale…
-Żałuję, że nie będziesz mógł świętować ze mną zwycięstwa…- odpowiedział cicho wojownik.- Ale bądź pewien, że gdy to wszystko się skończy, uczynię świat lepszym miejscem.
-Owszem!- prychnął z irytacją Amir.- Dla siebie samego! Dość już tych bredni! Nadim…- zwrócił się do kochanka, spoglądając na niego.- Odsuń się.
Fortis sięgnął do szyi i jednym ruchem, zerwał z niej kryształ. Człowiek wbił w niego pełne zdumienia spojrzenie. Wojownik trzymał źródło swojej mocy w otwartej dłoni. Po chwili, fragment zaczął unosić się w gorę, by wreszcie zatrzymać się na wysokości kilku metrów.
-Chyba nie spodziewałeś się, że popełnię ten sam błąd po raz drugi…- stwierdził potomek wilków.
-Po takim tchórzu jak ty, spodziewałem się wszystkiego- odparł ostro Amir.
Nie zwlekał już ani chwili dłużej. Natychmiast natarł na Fortisa. Ich ostrza skrzyżowały się ze sobą po raz pierwszy, wyznaczając początek walki. Amir odskoczył, by zaraz przystąpić do kolejnego uderzenia. To on był tym, który atakował, potomek wilków, przez większość starcia, odparowywał jedynie jego ciosy. Bez wątpienia, pod względem siły i sprawności, stanowił godnego przeciwnika. Amir uderzał raz po raz, z całej mocy, koncentrując się na celu, jaki stanowiło pozbawienie oponenta broni. Pierwsze kilkanaście, kilkadziesiąt minut starcia, ktoś, kto nie miał rozeznania w zaistniałej sytuacji, mógłby jeszcze uznać ją za wyrównany pojedynek. Ale później, przypuszczenia Fortisa, okazały się być prawdą. Podczas gdy potomek wilków, wciąż był opanowany i spokojny, Amir zaczynał odczuwać zmęczenie, będące skutkiem nie tyle nawet walki, co tych kilku dni, w trakcie których niewiele miał czasu na odpoczynek. Jego ciało zaczynało się robić sztywne, mniej sprawne, ociężałe i obolałe. Mimo , iż nie odpuszczał przeciwnikowi ani przez chwilę, jego ciosy stawały się znacznie łatwiejsze do opanowania niż wcześniej. To rodziło frustrację mężczyzny. Starał się uderzać z całych sił, ale brak efektów i zupełna obojętność Fortisa sprawiały, że zupełnie tracił kontrolę nad swoimi emocjami. Nie ulegało wątpliwości, że gdyby oponent chciał go zabić, udałoby mu się to uczynić bez większej trudności, bo władca kilkukrotnie odsłonił się nieświadomie, dając Fortisowi możliwość zadania ostatecznego ciosu. Ten jednak wciąż bronił się jedynie, patrząc na swojego przeciwnika z rosnącym politowaniem, co jeszcze bardziej rozjuszało Amira. Obaj walczący zamarli, gdy rozległ się świst strzały. Mimowolny uśmiech wkradł się na moment na usta człowieka. Podniósł głowę do góry, widząc lecącą w kierunku kryształu strzałę. Wiedział dobrze, że Nadim wyczekiwał odpowiedniego momentu, by to zrobić. Fortis był skoncentrowany na czymś zupełnie innym, podobnie jak poprzednim razem, nie spodziewał się ataku. Ale choć Amir miał nadzieję, że to starcie skończy się w tym momencie – srodze się pomylił. Gdy tylko strzała znalazła się w pobliżu kryształu, w sposób zupełnie nienaturalny i dziwaczny, zmieniła kierunek lotu, upadając na posadzkę. Nadim spoglądał w tamtym kierunku z niedowierzaniem. Przeniósł pełne bezradności spojrzenie na Amira. Ten z kolei, wracając do przytomności, chciał znów zaatakować Fortisa, ale jego przeciwnik przewidział to. Odparował cios i szybko odskoczył, znajdując się nagle za plecami człowieka. Uderzył w nie rękojeścią miecza z taką siłą, że Amir upadł na kolana, upuszczając miecz.
-Powiedziałem ci przecież, że nie popełnię drugi raz tego samego błędu…- powiedział wojownik, stając nad mężczyzną.- Wciąż możesz się wycofać. Niezależnie od tego, co o mnie sądzisz, nie chcę cię zabić.
-Cóż…- Amir odetchnął płytko, zbierając się w sobie.- Chyba będziesz musiał!- warknął, przetaczając się do przodu i chwytając za swoją broń. Podniósł się z kolan i znów wycelował ostrzem w Fortisa.
Ten pokręcił głową, jakby raz jeszcze chciał dać swojemu oponentowi do zrozumienia, że walka jest pozbawiona sensu. Amir jednak ani myślał się poddawać. Zaatakował raz jeszcze, jednak tym razem, Fortis odpowiedział mu dokładnie tym samym. Wystarczyła mu jedynie chwila, by zdezorientować mężczyznę i wyprowadzić go z równowagi. Później padł pierwszy cios – Amir zachwiał się na nogach, starając utrzymać równowagę, gdy ostrze przeciwnika, rozcięło jego klatkę piersiową. Nie była to głęboka rana, zdawało się wręcz, że stanowiła rodzaj ostrzeżenia. Mężczyzna syknął cicho i zaraz znów przystąpił do ataku. Fortis nie pozwolił mu na choćby złudne poczucie kontroli. Odparowywał każdy cios człowieka, wykorzystując jednocześnie wszystkie jego słabości. Moment później, zamachnął się, znów uderzając mężczyznę rękojeścią miecza, tym razem w twarz. Powtórzył ten cios, gdy Amir usiłował się podnieść. Władca jednak nie zamierzał się wycofać. Gdy Fortis usiłował uderzyć go po raz kolejny, zablokował cios, wykorzystując tę chwilę, by podnieść się na nogi, na których zresztą z trudem stał. Kręciło mu się w głowie. Splunął na posadzkę, zbierającą się w nabrzmiałych wargach, krwią. Od jego lewej skroni do policzka, rozpościerało się głębokie rozcięcie. Oddychał płytko, patrząc na Fortisa, który spoglądał na niego z zupełnym spokojem i może jedynie litością, jakby ta walka nie wzbudzała w nim żadnych innych emocji. Znów ruszył na niego. Kolejne ciosy potomka wilków, zapędziły go pod ścianę. Miał coraz mniejsze możliwości ruchu. Był wyczerpany. Fortis zatrzymał się na moment. Kopnął Amira w brzuch. Władca uderzył plecami o płaszczyznę. Osunął się na posadzkę, podczas gdy wojownik znalazł się tuż przy nim, celując ostrzem w jego gardło.
-NIE!- zaprotestował gwałtownie Nadim, dobiegając do kochanka i klękając przy nim.- Nie rób tego!
Fortis spojrzał na swojego niedawnego podopiecznego. Zdawało się, że tylko jego prośba powstrzymała go przed uśmierceniem oponenta, bowiem schował broń i odszedł, odwracając się do mężczyzn plecami.
-Pogódź się z tym…- szepnął.- Ponieśliście klęskę.
-Jeszcze się nie poddałem!- wycedził przez zęby Amir, próbując się podnieść, ale, nawet gdyby jego kochanek go przed tym nie powstrzymywał, miałby problem z podniesieniem się.
-Ja będę walczył za niego!- krzyknął Nadim.
-Po co…?- rzucił bez zrozumienia Fortis.- Wciąż nie rozumiesz…? Nie ma sensu walczyć…
-To samo mówili tobie, prawda?- wypalił Amir. Wojownik spojrzał na niego przez ramię, wyraźnie zdumiony.- Wtedy, kiedy na kontynencie pojawili się ludzie… A ty błagałeś o pomoc dla swoich braci… Widzisz, jak bardzo upodobniłeś się do tych, których uważasz za winnych twojego cierpienia…?
-To dwie zupełne różne sytuacje- stwierdził stanowczo Fortis.
-Owszem… Wiesz dlaczego?- Amir uśmiechnął się pobłażliwie.- Bo oni byli śmiertelnikami… I walczyli przeciwko śmiertelnikom… A ty… Ty jesteś czymś zupełnie innym…- rzucił pogardliwie.- Jesteś tchórzem! I nie licz na to, że ktokolwiek prócz tchórzy zechce ci służyć! Bo jest już w tobie więcej demona niż śmiertelnika!
-Zrobiłem wszystko, co mogłem, by ocalić moich braci!- odparł natychmiast Fortis, odwracając się w kierunku człowieka, najwyraźniej wytrącony z równowagi tym, co usłyszał.- Wszystko! Byłem gotów oddać za nich życie! Walczyłem do końca, choć było nas tak niewielu, że nie mieliśmy szans w otwartym starciu! Choć wszyscy powtarzali, że sytuacja jest beznadziejna i nie mamy żadnych szans…
-Co za ironia losu, że teraz walczysz z tymi, którzy znajdują się dokładnie w miejscu, w którym sam niegdyś stałeś…
-Nie rozumiesz!- syknął gniewnie.- Właśnie w tym rzecz! Nawet, gdybyś zwyciężył… Sądzisz, że ci, za których gotów byłeś oddać życie, podziękowaliby ci za to poświęcenie…?- prychnął.- Owszem. Na początku. Czciliby cię jak bohatera i byliby ci wdzięczni. Ale nie łudź się, to nie trwałoby długo. Potraktowaliby cię tak samo, jak mnie. Szybko zapomnieliby o tym, co uczyniłeś w ich sprawie, zaczęliby ci wytykać twoje błędy i przewinienia, te prawdziwe i zupełnie wydumane…- szepnął z rozżaleniem i wściekłością.- Zniszczyliby wszystko. Ciebie i pamięć, jaka po tobie pozostanie. Dlatego, że świat, w którym żyjesz, jest przesiąknięty złem. A śmiertelnicy dbają jedynie o swój własny los. Gotowi są nie tylko kłamać, ale nawet zabijać w imię zawiści, której nie są w stanie się wyzbyć... To właśnie chcę wyeliminować! Zło!
-Nie uda ci się to!- odparł z pełnym przekonaniem Amir.- Dlatego, że nie ma istot, które są go pozbawione. Ty na pewno nią nie jesteś. A ja nie rozczaruję się, bowiem nie oczekuję ani wdzięczności, ani uznawania mnie za bohatera… Ty mogłeś zasługiwać na to miano. Ale tylko do momentu, w którym zbratałeś się z demonem.
Fortis znowu odwrócił się do nich plecami.
-Zrobiłem to, co należało zrobić…- odpowiedział. Sprawiał wrażenie poirytowanego i zmęczonego rozmową.- Każdy postąpiłby na moim miejscu tak samo.
-Może…- rzucił Amir.- Ale klęską tego świata nie jest to, że istnieją w nim ludzie, którzy mają swoje słabości i wady… Ani nawet istnienie zła… Ale to, że dawni bohaterowie sprzeniewierzają się swoim własnym zasadom i stają się zaprzeczeniem tego, o co sami walczyli…
Fortis nie odpowiedział. Władca wykorzystał moment, w którym Nadim odsunął się lekko i zebrał w sobie resztki sił, by podnieść się na nogi. Chwycił za miecz i po raz ostatni już, ruszył w stronę przeciwnika, próbując go ugodzić. Potomek wilków odwrócił się gwałtownie. Chwycił człowieka za rękę i wykręcił ją jednym, silnym ruchem. Amir wrzasnął z bólu, padając na posadzkę i słysząc jednocześnie chrzęst łamanej kości. Zawył głucho, zaciskając powieki , kuląc się na podłodze. Nadim moment później był już przy nim.
-Wystarczy!- rzucił, biorąc kochanka w ramiona.- Nie walcz już więcej…
-Dobrze wiesz, że nie możemy mu na to pozwolić!- wycedził przez zęby Amir, drżąc.
Fortis stał pobliżu okna, zwrócony do niego twarzą. Najpierw, tak jak i wcześniej, widniał na niej zupełny spokój, ale już po chwili, coś zaczęło się zmieniać. Spokój został zastąpiony niepewnością. Później zupełnym zdumieniem, przerażeniem niemalże. Potomek wilków oddychał płytko, pełnym paniki wzrokiem patrząc w jakiś punkt przed siebie.
-Co się stało?!- zawołał w jego kierunku Amir.- Co widzisz, Fortis?!
-To niemożliwe…- szepnął wojownik.
W władcy na nowo odżyła nadzieja. Wydawało mu się, że może jego żołnierze albo bracia Nadima odkryli jakiś sposób i niepokonana armia, została powstrzymana.
-Co widzisz?!- powtórzył.
-Moi wojownicy…- rzucił Fortis, z niedowierzaniem i rozżaleniem.- Co oni robią…?- zapytał bezradnie.- Rozdzielili się… Mordują wszystkich… Nawet tych, którzy wcale nie stawiają im oporu, tych zupełnie bezbronnych… Okradają majątki… Zabierają bogactwa… Popełniają tak ohydne czyny… Jak mogą…?- zapytał bez zrozumienia.
-Dziwisz się…?- zapytał Amir.- To nie jest twoja armia, Fortis! To zaledwie jej marne wspomnienie! To tylko ciała twoich wojowników! I potępieńcze dusze, skażone tym, czego tak bardzo nienawidzisz!
-Nie… Nie… Niemożliwe…- szepnął potomek wilków, kręcąc głową.- Ja… Wybrałem najlepszych… Tych godnych ocalenia…- mówił cicho, wciąż patrząc w jeden punkt, jak w amoku.- Przysięgali mi wierność i posłuszeństwo… Jak…?
-Powiedziałem ci już!- krzyknął władca.- Twój idealny świat to nic innego, jak pobożne życzenia! Twoje kryteria nie pomogą ci w wyłonieniu tych najbardziej wartościowych… Każdy prędzej czy później zawodzi!
Fortis stał przez moment zupełnie nieruchomo. Oddychał płytko. Wciąż sprawiał wrażenie, jakby nie był w stanie uwierzyć w to, co widzi. W pewnym momencie, zaczął trząść się z bezsilnej wściekłości. Znajdujący się nad ziemią kryształ, również drżał, migocząc i zmieniając barwę z fioletu na coraz bliższą czerwieni.
-Fortis…?- rzucił z niepokojem Nadim.
Ten odwrócił się gwałtownie w ich stronę.
-NIE BĘDZIE NICZEGO!- warknął nienaturalnie niskim głosem. W jego oczach było takie szaleństwo i gniew, jakiego Amir nigdy wcześniej nie widział. Na skórze potomka wilków, jego rękach, szyi, twarzy, zaczęły pojawiać się charakterystyczne wybroczyny. Zupełnie tak jak wtedy, gdy kryształ został połączony, na skórze mężczyzny pojawiały się krwawe linie, coraz bardziej wyraźne i bardziej obfite.- JEŚLI W TYM ŚWIECIE NIE MA JUŻ NIC DO OCALENIA, NIC DO POŚWIĘCENIA, TO ŚWIAT TAKI NIE ZASŁUGUJE NA ISTNIENIE! ZAMIAST NOWEGO ŚWIATA, NASTĄPI JEGO KONIEC! A JA NIE POTRZEBUJĘ NIKOGO!- wrzasnął, odrzucając miecz na bok. Kryształ zapłonął żywym szkarłatem. Nadim wstał i próbował podnieść kochanka. Amir z jego pomocą stanął na nogi, choć jego ruchy były mocno ograniczone. Złamana lewa ręka, wisiała bezwładnie u jego boku. W prawej wciąż dzierżył broń.- SAM MOGĘ ZADAĆ ŚWIATU SPRAWIEDLIWOŚĆ! WŁASNYMI RĘKAMI MOGĘ ZGŁADZIĆ TYCH, KTÓRZY WYPACZYLI WSZYSTKO TO, O CO WALCZYŁEM!
Ruszył szybkim krokiem w kierunku Amira.
-Nie rób tego!- zaprotestował gwałtownie Nadim, podbiegając do niedawnego opiekuna i starając się go powstrzymać. Sam wyjął miecz.- Fortis! Nie panujesz nad sobą! Straciłeś kontrolę, nie zdajesz sobie sprawy z tego, co się dzieje…
Wojownik uderzył potomka wilków z taką mocą, że ten przeleciał na drugi koniec pomieszczenia i uderzył z impetem w ścianę. Osunął się bezwładnie na posadzkę.
Amir cofnął się o kilka kroków, choć wiedział, że nie uniknie starcia.
-Nie widzisz, do czego się doprowadziłeś…?- zapytał.- Mówiłeś o zabiciu zła, by ocalić dobro! Spójrz na siebie! Nie pozostało w tobie już nic dobrego.
Fortis chwycił go za szyję. Gwałtownym ruchem, uderzył nim o posadzkę, by zaraz podnieść go bez najmniejszego problemu. Amir gwałtownie łapał powietrze, ale zaraz tracił oddech. Szarpał się, jednak zupełnie bezskutecznie.
-ŚMIERTELNICY CIERPIĄ!- syknął Fortis. Znaki na jego skórze robiły się coraz bardziej widoczne.- OD WIEKÓW Z ROZPACZĄ PATRZĄ W NIEBO, MODLĄC SIĘ DO BOGÓW I WŁADCÓW, BY WRESZCIE ZESŁALI IM TO, O CZYM MARZĄ… SPRAWIEDLIWOŚĆ! JA JESTEM SPRAWIEDLIWOŚCIĄ NA KTÓRĄ CZEKALI! I DZIŚ DOSTANĄ ODE MNIE TO, NA CO WSZYSCY SOBIE ZASŁUŻYLI!
Nagle, na krysztale zaczęły pojawiać się drobne pęknięcia. Uścisk Fortisa osłabł. Amir wykorzystał tę chwilę i odsunął się prędko. Na twarzy potomka wilków malowało się zdumienie, lęk i świadomość – jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, co uczynił i co gotów był uczynić i przeraził się samego siebie. Z pokrywających całą powierzchnię kamienia szczelin, zaczęła wydobywać się szkarłatna substancja. Fortis upadł nagle na kolana, jakby nie miał już sił by ustać na nogach.
-Fortis…- wydusił z trudem Amir, patrząc w jego kierunku.
Potomek wilków siedział nieruchomo, z wzrokiem wbitym w jakiś punkt przed sobą. Teraz jednak nie sprawiał już wrażenia przytomnego, a wprost przeciwnie. Wydawało się, że nie ma pojęcia, co się wokół niego dzieje. Nie reagował ani na swoje imię, ani na nic, co działo się dookoła. Oczy miał szeroko otwarte, ale puste i pozbawione wyrazu. Usta rozchylone.
Amir nie miał pojęcia, co się właściwie stało. Kryształ krwawił coraz mocniej. Znaki znikały ze skóry potomka wilków. Rozległ się głuchy trzask. Człowiek spojrzał w kierunku sklepienia i dostrzegł, jak wzdłuż całej jego długości, rozciąga się ogromne pęknięcie. Kolejne rozchodziły się od niego w zastraszającym tempie. Pękał sufit, ściany, nawet posadzka… Mężczyzna ledwie był w stanie iść, ale przezwyciężył ból i zmęczenie. Dotarł do kompana. Przez chwilę próbował go cucić, ale miał świadomość tego, że nie ma już na to czasu. Rzucił miecz na bok. Sprawną ręką, podniósł Nadima, starając się go ustawić do pionu i podeprzeć o własne ciało. Ruszył do przodu, wciąż podtrzymując kochanka. Ledwie udało mu się opuścić pomieszczenie, a tuż za nim, runął z hukiem fragment sklepienia. Amir dostrzegł znajdujące się po drugiej stronie balkonu przejście. Portal z chwili na chwilę robił się coraz mniejszy. Władca starał się iść szybko, ale sam nie był w stanie poruszać się zbyt sprawnie, a , dodatkowo, cały czas trzymał towarzysza. Udało mu się wreszcie zbliżyć do portalu.
Poczuł szarpnięcie i w jednej chwili, stracił nad wszystkim kontrolę. Leciał w górę. Wszystko dookoła wirowało w szaleńczym tempie. Ciemność zmieniała się w szarość, szarości stawały się kolorami, coraz bardziej wyrazistymi i jaskrawymi…
Wylądował na ziemi. Zamroczyło go na dłuższą chwilę. Nie był w stanie się ruszyć. Słyszał trzask ognia i dobiegające z oddali krzyki. Wreszcie uchylił powieki. Leżał na ulicy. Okoliczne domy i budynki płonęły. Przetoczył się na bok, w stronę leżącego przy nim, nieprzytomnego kochanka.
-Nadim…- szepnął, usiłując go dobudzić.- Nadim!
Potomek wilków nie odpowiadał. Na jego skroni znajdowało się sporej wielkości rozcięcie, które krwawiło obficie. Amir nie bez trudu stanął na nogi, resztkami energii, podnosząc raz jeszcze potomka wilków, opierając go o siebie i starając się dotrzeć gdzieś, gdzie mógłby znajdować się ktoś, będący w stanie udzielić im pomocy. Drogę ścieliły martwe ciała. Wiele z nich należało do potomków wilków, choć zdecydowana większość do ludzi. Zakrwawione, poranione okrutnie, poparzone, leżały jedno przy drugim, wyznaczając ślad, jakim podążała armia Fortisa. Amr nie patrzył na zmarłych. Starał się omijać ich i powstrzymywał się przed szukaniem wśród nich znajomych twarzy i sylwetek. Przeszedł kilkanaście metrów. Coraz wyraźniej słyszał dobiegające z niedalekiej odległości krzyki. Teraz mógł je już rozpoznać. To były okrzyki triumfu. Znalazł się w pobliżu ostatniego schronu. Chciał iść dalej, ale nie miał sił. Nadim wysunął się z jego ramion. On sam również upadł, tracąc równowagę. Nie był już w stanie się podnieść, nie był w stanie nawet się ruszyć. Ale wciąż był przytomny. Widział, jak kilkanaście metrów przed nim, na ulicy, staje dziecko potomków wilków. Jak płacze rozpaczliwie i histerycznie, zlęknione, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu kogoś, u kogo mogłoby się schronić, a zamiast tego, odnajdując jedynie tabuny zmarłych. Moment później, pojawiła się przy nim jakaś kobieta. Ludzka kobieta. Chwyciła malca w ramiona i przycisnęła go do siebie mocno, również płacząc głośno. Z jednej z posiadłości, wyrzucono ciało potomka wilków. Widać było, iż ta istota nie padła ofiarą wojny, na jej ciele próżno było szukać znaków walki i ran, które mogłyby przynieść jej śmierć. Nietrudno było się domyślić, kim była. Ledwie moment później, pojawił się przy zwłokach inny potomek wilków, którzy z gniewem i wściekłością, kopał je i okładał. Najpierw próbował go odciągnąć jeden z jego współbraci, później, jeszcze dwóch ludzi. Wreszcie opanował się. Chwilę później, wyraźna ulga wstąpiła na jego oblicze. Najpierw uściskał swojego brata, potem, po chwili stosownego wahania, również dwóch pozostałych mężczyzn. Grupa ludzi i potomków wilków pojawiła się przy schronie. Wejście do niego było otwarte już wcześniej. Wśród tych, którzy tam przybyli, Amir bez problemu rozpoznał najlepszego przyjaciela Nadima. Elnir pomagał wydostać się ze schronu części znajdujących się tam osób. Wyciągnął kilkoro dzieci, a później, pomógł jednej ze swych sióstr, a wreszcie – ludzkiej kobiecie. Ta potknęła się i omsknęła w jego ramionach. Spojrzał na nią, wyraźnie zdumiony. Uśmiechnęła się niepewnie. Powiedział kilka słów.
-Zwyciężyliśmy! Zwyciężyliśmy!- wołał czyjś uradowany głos.
Moment później, rozległ się tętent kopyt i na plac wjechał konny oddział.
Amir słyszał coraz słabiej i widział znacznie mniej. Przesunął się bliżej Nadima i przymknął powieki.

Zwyciężyli.

5 komentarzy:

  1. Jestem smutna, chce mi się płakać i w ogóle...
    Przedostatni rozdział.. To tak smutno brzmi.Z jednej strony chciałabym przeczytać już ten ostatni, a z drugiej nie... Kurczę to naprawdę koniec? Jak to będzie bez Amira i Nadima? ;c

    Ten rozdział byś świetny. Przywiązanie Amira do Nadima i Nadima do Amira było piękne.. Jakoś nie zdziwiła mnie ta "walka" między potomkami wilków, a ludźmi. Szkoda że tak się stało.
    Fortis zauważył, że jego armia dobra nie jest.. Ciekawe jaki będzie jego następny ruch.. Aż strach pomyśleć.

    Zastanawiają mnie też te okrzyki "Zwyciężyliśmy".. Jakoś nie widzę aby pokonali od tak nieśmiertelne wojska. No ale wszystko jest możliwe, może jakoś Fortis ich zabił? Tylko ciekawe jak. To teraz będzie walka między nim a ludźmi i potomkami wilków?
    Aż się boję co wymyślisz. Jednak czuję, że Amir, Nadim i Elnir przeżyją. NIE ZROBIŁABYŚ NAM TEGO, PRAWDA!?
    Mam nadzieję, że razem stworzą "nowy" świat. Zrobią to inaczej niż Fortis no i myślę, że będą starać się aby między potomkami wilków i ludźmi zapanował spokój..
    No i oczywiście Amir i Nadim będą razem ♥

    Cieszę się, że za tydzień YFM. Mam wielką prośbę. Aby Chaos pojawił się w piątek, a jeszcze lepiej w czwartek. Bo w sobotę wyjeżdżam i obawiam się że czasu mi zabraknie ;c No i oczywiście wyczekuję Sunrise <3


    Pozdrawiam i życzę dużo weny! ♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy7:39 PM

    Nie wierzę, że to tak szybko minęło i właśnie przeczytałam przedostatni rozdział Chaosu : ). Podobnie jak Ai, chciałabym znać już zakończenie, ale z drugiej strony, Chaos, jak dla mnie mógłby się ciągnąć jeszcze raz tyle : ).
    Co do samego rozdziału – był po prostu mocny: od pierwszej sceny, aż do ostatniego zdania „zwyciężyli” – nie wiem jakim innym słowem mogłabym opisać dzisiejszą część :D. Szczególnie dobry był początkowy fragment. Szczerze, myślałam, że skoro już potomkowie wilków i ludzkie wojsko doszli jako tako do porozumienia (a przynajmniej zjednoczyli się chwilowo w obliczu wspólnego wroga) to nie będzie już żadnych problemów – a tu jednak. Kompletnie nie mogłam uwierzyć w tą scenę, jak żołnierz zabił jednego z potomków wilków. Zakładałam, że to pewnie jeden z fortisowych przydupasów czai się po krzakach i po cichu eliminuje wrogów XD No i wtedy to już się na całego zaczęło, ale kolejny plus dla Elnira, że jakoś swoich okiełznał. W ogóle Elnir jest czadowy, okropnie się cieszę, że przeżył (no chyba, że będzie jeszcze jakaś mega niemiła niespodzianka w ostatnim rozdziale, ale nie-ee, mam nadzieję, że wszystko zmierza w kierunku happy endu :D) Z drugiej strony zupełnie się nie dziwię tym potomkom wilków, którzy mieli wątpliwości – Fortis zawczasu zrobił im niezłe pranie mózgu.
    Wiem, że komentuję trochę nie po kolei, ale kompletnie rozczuliły mnie ostatnie sceny, jak faktycznie ludzie i potomkowie wilków zaczęli się jednoczyć, że tak powiem sami z siebie, nie przymuszani przez nikogo :D No ten moment z ludzką kobietą, która wzięła małego potomka wilków był cudowny. Taki no rozczulający <3.
    Jak nigdy nie lubiłam Canisa, tak teraz nie lubię Fortisa :D Szkoda, że Amir nie mógł mu nakopać, bo porządny wpiernicz naprawdę by mu się przydał. Uhuhu, i jest krwawiący kryształ, spełniły się ostatnie słowa z przepowiedni :D Chociaż tak właściwie, jeśli mam być szczera, to nie do końca wiem co się stało. W sensie, dlaczego kryształ, um, przestał działać? Z woli Fortisa? Nie, nie wiem, chyba to muszę jeszcze raz przeczytać, bo teraz jestem zbyt „aaaa!” XD i pewnie sporo oczywistych rzeczy mi umknęło :D
    Wątek namirowy również świetny, brakowało mi ich tak razem-razem ostatnio :D Nie mam pojęcia czemu, ale poczułam w tym rozdziale klimat „starych” rozdziałów Chaosu, kiedy razem podróżowali i przeżywali przygody :D Dobra, tyle chciałam powiedzieć, teraz idę się smucić do kąta, że lada chwila moje ulubione opowiadanie dobiegnie końca : (.
    Czekam niecierpliwie na ostatni rozdział :).
    Virus

    OdpowiedzUsuń
  3. Znowu. Jesteś niesamowita. Chociaż nie - "Chaos" jest niesamowity. Cudowny. Jedno z najlepszych opowiadań, jakie czytałam. Gdybyś pisała książki, naprawdę wiele byś nań zarobiła. Chociaż niezwykle cieszę się, że publikujesz swoje twory tutaj, w internecie, gdzie - choć każdy może cię skrytykować i dobijać bezsensownymi uwagami - mam szansę przeczytać coś tak cudnego bez żadnego płacenia. Och, internecie, wspaniałym tworem jesteś.
    Ale wracając. Niesamowite jest napięcie, które utrzymywałaś przez cały ten rozdział. Przebija on wszystko, co napisałaś do tej pory, a co miałam szansę przeczytać. Na początku, kiedy rozgorzała bitwa między ludźmi a potomkami wilków, miałam wrażenie, że właśnie o to chodzi Fortisowi, że właśnie wtedy zaatakuje, gdy nikt nie będzie gotowy. Jednak, myśląc o tym teraz, ta postać nie tego chciała. W końcu nasz szaleniec dążył do sprawiedliwości, miał swoją ideę. Jego duma nie pozwoliłaby zaatakować wroga w tak niestabilnej sytuacji, kiedy miał pewność, iż wygra. Bez względu na mój brak sympatii do niego, chyba zaczęłam lubić cholernego idealistę. Tak jak głównym postaciom, stworzyłaś mu głębię, dzięki czemu mogę go sobie zwizualizować w 3D, jeśli nie za bardzo pod względem wyglądu, to naprawdę dobrze pod względem charakteru. Zaczęłam go nawet rozumieć, a to uwielbiam w kreowanych przez ciebie osobistościach.
    Nadima, niestety, było niewiele. Właściwie w pewnym momencie, choć był, zniknął. Mimo to przywiązanie, które nie pozwoliło mu patrzeć na walkę kochanka i dawnego przywódcy, rozczuliło mnie. Tak bardzo Nadim, że aż człowiek chce go przytulić (nie myśląc o tym, iż, jako postać, niespecjalnie do mnie przemawia).
    Amir był cudowny. Spokój i opanowanie, a jednak wewnętrzna bitwa z samym sobą. Strasznie spodobał mi się moment, gdy powiedział Fortisowi, że kiedyś w końcu znajdzie się ktoś, kto odkryje sposób na obalenie go. Dojrzałe podejście osoby przypartej do muru. Nie zatracił siebie w strachu. Kocham to.
    Ja również pokochałam moment kobiety, która przytuliła do siebie małego potomka wilków. Sama też bym tak zrobiła, jak bardzo dzieci nie lubię. Opis leżących wszędzie ciał przypomniał mi moją ulubioną, postapokaliptyczną wizję miasta, wszędzie dym, popiół i obleczona smutną szarością krew, która spływa wzdłuż ulic. Bez problemu wyobraziłam sobie tę scenę. A Elnir... Genialna postać. Chociaż nie polubiłabym go, gdybym go spotkała, czasem zbyt zaprzecza swoim uczuciom.
    "Zwyciężyliśmy." Ciężko mi uwierzyć, że pokonali nieśmiertelną bandę wrogo nastawionych zombie (jakby nie było, zombie to chyba dobre określenie). Pewnie ma to coś wspólnego z kryształem, który pęka i krwawi. Niesamowicie interesuje mnie, co to ma oznaczać. Przecież tak ciężko było zrobić Fortisowi cokolwiek. Jak to rozwiążesz? Jak potoczysz to dalej?
    Ja również smutam ze względu na przedostatni rozdział. Lecz, szczerze powiedziawszy, nie mam wątpliwości przed przeczytaniem ostatniego. Wręcz nie mogę się doczekać. Owszem, to koniec, absolutny i zupełny, niemniej wszystko się kończy. A że ty zrobiłaś z "Chaosu" coś tak wykwintnego (nie wliczając przecinków, z którymi nie zgadzam się do dzisiaj), muszę go skończyć. Nie wiem, jak to określić. Po prostu pragnę dokończyć to opowiadanie tak jak chce się kończyć galaretkę z czerwonego wina. Pyszne. Cudne. Pierwsza klasa.
    Teraz ci posłodzę i nie obchodzi mnie czy to lubisz, czy się brzydzisz. Odkąd znalazłam "Every Me", uważam cię za moją ulubioną pisarkę. Stawiam cię nawet ponad autorami rzeczywistych książek. Jesteś do tej pory jedyną osobą, do której talentu pisarskiego nie mam wątpliwości. Osobiście dążę do tego, by ci dorównać i zdaję sobie sprawę, że poprzeczka stoi wysoko. I to zapewne trzyma mnie tak bardzo przy pisaniu. Moja droga idolko, bogini publikująca, cudna Silencio, której palce i wyobraźnia umieją zgrać się tak doskonale. Życzę ci weny i spokoju. Do zobaczenia przy ostatnim rozdziale.
    Miraculi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybacz za tak długi komentarz, po prostu tak bardzo chciałam opisać wrażenia dotyczące wszystkiego ; ; I jakoś tak wyszło...

      Usuń
  4. Anonimowy4:25 PM

    Boże. Boże. To już. Już wygrali! Nadal nie wierzę! Jeszcze wiele zostało do wyjaśnienia.. No bo nieśmiertelna armia Fortisa została pokonana, bo chyba sam Fortis już przepadł. Ale jak?? Kryształ krwawil.. Ale to świetnie wymyśliłaś.
    Amir i Nadim żyją! Dzięki Ci! :D co za ulga..
    Ale co dalej..? Co z nimi? Co z królestwem? Może te oznaki współpracy między ludźmi a potomkami wilków zaowocują? Może wszystko zmierza ku lepszemu..
    Rany, ale mi smutno ;( To już niemal koniec jednego z moich ulubionych opowiadań ever!
    Coś czuję, że pod ostatnim rozdziałem zostawię komentarz-rzekę.
    Alys

    OdpowiedzUsuń