Strony

sobota, 28 września 2013

22. Johnny spotyka się z kimś innym [Wyzwanie]

Uciążliwe łomotanie wdarło się do świadomości Johnny’ego, wybudzając go z przyjemnego snu, z nim i Keithem w roli głównej. Wyjątkowo przyjemnego, bo Johnny z wrażenia oślinił poduszkę. Jęknął głucho i przewrócił się na plecy, zasłaniając twarz dłońmi. Miał zasłonięte żaluzje, więc nawet nie wiedział, która może być godzina. Szczerze mówiąc, czuł się tak, jakby ktoś wyrwał go ze snu w środku nocy, choć raczej nie przypuszczał, by ktokolwiek mógł go w ten sposób nękać o takiej porze. Znowu dotarło do niego donośne pukanie do frontowych drzwi, a właściwie łupanie w nie. Nie zamierzał się jednak ruszać. Nie obchodziło go kto to taki. Pewnie poczta. Choć właściwie… Czy dziś nie była niedziela…? Więc może akwizytorzy-pracoholicy. Albo świadkowie Jehowy. Naprawdę miał to gdzieś. Marzył tylko, by ten ktoś już sobie poszedł, bo głowa mu pękała, a ten potworny hałas tylko pogarszał sprawę. Cudowny specyfik Lindy raczej niewiele mu pomógł. Czuł się chyba równie fatalnie, co wczoraj. Miał zapchany nos i zdarte gardło. Znowu pukanie. A zaraz moment dzwonek. I znów pukanie. Dobry Boże! Czy ten ktoś nie miał litości dla biednej, skołatanej głowy szatyna…?
Johnny, chcąc nie chcąc, odsunął ręce od twarzy i podniósł się powoli do pozycji siedzącej, by następnie, w tempie, które trudno było porównać nawet do ślimaczego, zsunąć się z łóżka. Doszedł do wniosku, że tą upierdliwą osobą, która wciąż na przemian pukała i wydzwaniała do jego drzwi musiał być rzeczywiście jakiś nadgorliwy akwizytor-pracoholik albo, co bardziej prawdopodobne, ktoś, kto go znał i z kim prawdopodobnie się umówił. Ale przecież wczoraj… Linda! No tak, Linda u niego była, a wieczorem dzwoniła i mówiła, że dziś wpadnie, ale… Johnny zerknął w końcu na zegarek, wstając. Była dziesiąta rano. Z jednej strony nie tak późno, gdyby nie jego samopoczucie, mógłby być już na nogach, ale z drugiej, w końcu był weekend, mógł przecież spać. Zresztą, ktokolwiek czekał za drzwiami, wciąż walił w nie jak najęty, nie pozostawiając szatynowi wielkiego wyboru.
-Idę, idę…- mruknął Johnny, jakby ten ktoś rzeczywiście mógł go usłyszeć i wyszedł z pokoju, a następnie zwlókł się po schodach na parter i podszedł ostrożnie do drzwi, chcąc sprawdzić, kto się za nimi znajduje.
Gdy zerknął przez judasza, zobaczył twarz Benny’ego, który znowu zaczął łomotać głośno. Johnny westchnął ciężko, przekręcając zamek i otwierając drzwi. Właściwie mógł się domyślić, że Linda mimo swojej determinacji, by się z nim spotkać, byłaby bardziej subtelna i nie waliłaby w drzwi z głośnością, która mogłaby obudzić zmarłego, a na pewno wszystkich sąsiadów Johnny’ego, mieszkających w obrębie osiedla.
-Cześć- rzucił blondyn, natychmiast przepychając się obok Johnny’ego i wchodząc do wnętrza mieszania.
Szatyn zamknął drzwi na klucz i odwrócił się w stronę przyjaciela, spoglądając na niego niemal z rozżaleniem.
-Nie mogłeś zadzwonić…?- zapytał, przecierając twarz dłonią i czując jak jego skronie pulsują nieznośnym bólem.
-Dzwoniłem- odparł Benny, wzruszając ramionami.- To ty nie odbierałeś.
Blondyn zdjął buty, a następnie wszedł do salonu, nie zwracając uwagi ani na bałagan, który w magiczny sposób odrodził się na nowo tuż po wizycie Lindy, ani na panujące tam ciemności. Rzucił się na kanapę, zerkając na wchodzącego do pomieszczenia przyjaciela z uwagą.
-Kiepsko wyglądasz- stwierdził niezbyt odkrywczo.
Johnny westchnął cicho i pokiwał głową. Podszedł do okna i odsłonił rolety, wpuszczając wreszcie do pomieszczenia odpowiednią ilość dziennego światła i mrużąc przy tym przyzwyczajone do ciemności oczy. Moment później, zauważył, że jego komórka leżała na stoliku. To wyjaśniało, dlaczego nie słyszał telefonów kumpla.
-Nie mogłeś przyjść o jakiejś… bardziej ludzkiej porze…?- zapytał jednak, siadając obok niego.
-Chciałem sprawdzić czy żyjesz- zaśmiał się Benny.- A poza tym, nie mogłem. Maicy mi zakazała.
-Zakazała?- zdumiał się Johnny.- Dlaczego?
-Bo się z nią wtedy umówiłem. A ty umówiłeś się z kimś innym- dodał znacząco, uśmiechając się szeroko. Szatyn zmarszczył brwi, w pierwszej chwili nie bardzo rozumiejąc do czego zmierza jego przyjaciel.- Linda…?- przypomniał blondyn, po czym parsknął śmiechem.- Rany, jesteś kompletnie nieprzytomny…
-Naprawdę kiepsko się czuję- stwierdził Johnny w formie usprawiedliwienia.- Poza tym, skąd wiesz, że jestem z nią umówiony…?
Benny przewrócił oczyma i westchnął głęboko, jakby chciał dać chłopakowi do zrozumienia, że odpowiedź jest bardziej niż oczywista.
-Od Maicy- odparł.- A ona wie od Lindy, co zresztą oczywiste… Przecież wiesz, jakie są baby, gadają ze sobą o wszystkim. O WSZYSTKIM- powtórzył niemal dramatycznym tonem.- Ciągle nie rozumiem po co, to przecież zupełnie niedorzeczne. Czy ja ci opowiadam o całym swoim życiu z najmniejszymi szczegółami…?- zapytał, parsknąwszy śmiechem, ale zaraz spoważniał, jakby zaczął się zastanawiać nad tą kwestią.- Znaczy… Trochę ci mówię, nie…? Ale nie WSZYSTKO. No i to co innego. Wiesz, jakie są dziewczyny. One po prostu plotkują. A my… My prowadzimy głębokie, męskie konwersacje- stwierdził dumnie.
Johnny zaczął się śmiać, ale szybko przestał, gdy tylko przypomniał mu o sobie ból gardła.
-Sorry za tę całą wczorajszą akcję…- dodał jeszcze Benny.- No wiesz. Tą z Lindą. Chciałem ci od razu powiedzieć w czym rzecz, ale Maicy nade mną siedziała, a wcześniej suszyła mi głowę, żebym się upewnił, kiedy będziesz w domu, sam… Linda chyba jej się żaliła. Podobno nigdzie jej nie zaprosiłeś. Ale wczoraj chyba było fajnie, nie…?- zagadnął po chwili milczącego przyjaciela.- Sprawdziła się w roli pielęgniarki…?- zapytał z lekkim uśmieszkiem.
Johnny odkaszlnął cicho.
-Wiesz, Benny…- zaczął wreszcie. Jasnowłosy spojrzał na niego z uwagą.- Lubię Lindę. Jest fajna i… W ogóle, ale… Tak szczerze to… Nie jest w moim typie- wypalił w końcu.
Chciał jakoś uporządkować całą tą sytuację. Zaczął kręcić z dziewczyną jeszcze przed tym całym zakładem i jeszcze nim zakochał się w Keithie, a później nie potrafił się z tego za nic wyplątać. Właściwie to szło mu to tak beznadziejnie, że wczoraj obiecał jej randkę i jeszcze się całowali. Johnny nie był może najbardziej domyślnym człowiekiem świata, ale przecież dobrze wiedział, że Linda w każdej chwili może się w to wszystko bardziej zaangażować, o ile już tego nie zrobiła. A później zrobi się trudniej, nie tylko ze względu na ich relacje, ale też Keitha. Co będzie, jeśli Linda poczuje się oficjalnie jego dziewczyną i zacznie go traktować w bardzo… swobodny sposób, również publicznie?
-… Lubisz ją i jest fajna, ale nie jest w twoim typie…?- Benny uniósł brew, jakby zupełnie tego nie rozumiał.- Serio…? Zawsze wydawało mi się, że ci się podoba. Zresztą, ona jest w typie każdego faceta!- dodał z pełnym przekonaniem.- Jest śliczna, niegłupia, sam mówiłeś, że dobrze wam się ze sobą gada, no i zawsze trzyma się z nami.
-Tak, ale… Nie sądzę, żeby mogło z tego wyjść coś poważnego- stwierdził wymijająco Johnny, uśmiechając się nerwowo.
-Podoba ci się ktoś inny…?- zapytał podejrzliwie blondyn z taką miną, jakby zastanawiał się, czy coś mu umknęło.
Obawiając się, że Benny może sobie uświadomić, o kogo chodzi, Johnny odparł prędko:
-Nie! Jasne, że nie!
-Więc w czym rzecz?- nie rozumiał jasnowłosy.- Przecież nie musisz być w niej śmiertelnie zakochany, żebyście mogli się spotykać. Ani oświadczać się jej na kolejnej randce. Spotykałeś się z dziewczynami, za którymi nawet nie przepadałeś, a ona jest super. Spróbuj. Może coś z tego będzie, a jak nie, to się rozejdziecie.
-Nie chcę, żeby się za bardzo zaangażowała- wyjaśnił Johnny.- Nie czuję do niej nic szczególnego, a ona się we mnie podkochuje, no i…
Szatyn wzruszył ramionami, nie bardzo wiedząc, jak właściwie dokończyć swoją myśl. Benny uniósł brew, po czym pokręcił głową, jakby absolutnie nie rozumiał dylematów przyjaciela.
-Wydaje mi się, że trochę przesadzasz. Jasne, Linda się w tobie buja i to wie każdy, ale przecież jak po jakimś czasie zerwiecie to nie dostanie na twoim punkcie obsesji ani nie będzie cię nękać dniami i nocami… Serio, to nie ten typ. Jest fajna, ładna, chce się z tobą spotykać, więc skorzystaj z okazji. Może też się zakochasz. A jak nie, to nie. Pójdziecie każde swoją drogą. Nie sądzę, żeby ona miała problemy ze znalezieniem sobie kogoś innego. Ty zresztą też nie. A tak w ogóle… właściwie odkąd to przestałeś się nią interesować?- nie rozumiał Benny.
… Odkąd pojawił się Keith, a może i wcześniej. Bo szczerze mówiąc, nim to wszystko się wydarzyło, Johnny był całkiem przekonany, że nie raz i nie dwa „kochał się” w tej czy innej dziewczynie. Może nie były to zbyt głębokie zakochania… i niezbyt długie, bo jego zauroczenia trwały może parę tygodni, nim zainteresował się kimś innym albo zwyczajnie rzeczone zainteresowanie stracił… Ale i tak był przekonany, że tak to właśnie wygląda, dlatego też nie bardzo widział siebie w dłuższym związku. Teraz patrzył na te kwestie z zupełnie innej perspektywy i szczerze mówiąc… Nie był pewien, czy kiedykolwiek w ogóle jakaś dziewczyna spodobała mu się tak mocno, jak Keith.
-Nie w tym rzecz…- Johnny trochę się plątał, nie bardzo wiedząc, jak przekazać przyjacielowi wszystko to, co go gnębiło, bez jednoczesnego pognębienia samego siebie, czyli przyznania się do swoich specyficznych, wcale nie-wyzwaniowych relacji z Keithem.- Sam mówisz, że trzymamy się razem... Jest dobrą przyjaciółką i nie chciałbym, żeby coś się między nami popsuło, a dobrze wiesz, że po zerwaniu trudno się nadal kolegować…
-Rób jak uważasz- Benny wzruszył ramionami, wyraźnie nie mając zbytnich powodów, by się w tej sprawie z Johnny’m spierać.- Nie wiem odkąd to zacząłeś się tak bardzo interesować tym, czy ktoś się angażuje i co będzie później, ale pewnie sam wiesz najlepiej. Tylko przekaż to, że nie chcesz się z nią widywać jakoś… subtelnie- zasugerował blondyn.- No wiesz…- zaczął po chwili i urwał, marszcząc brwi, jakby właściwie sam nie wiedział, w jaki sposób miałoby się to odbyć.- Rany, sam nie wiem- przyznał bezradnie.- Ale nie mów jej, że nie jest w twoim typie. To brzmi jakoś nieprzyjemnie. Tak czy inaczej rozumiem, że mam cię nie wkręcać w żadne potajemne spotkania i randki…?
Johnny skinął głową.
-Spoko- skwitował krótko Benny.- Choć Maicy pewnie zabije mnie pytaniami…

Benny nie siedział u niego zbyt długo. Przed dwunastą zadzwoniła jego mama z prośbą, by kupił coś na obiad, chłopak przez kwadrans marudził do telefonu, po czym zwyczajowo się zgodził, a chwilę później wyszedł. Nie dało się ukryć, że Johnny’emu było to na rękę. Nie żeby obecność przyjaciela mu przeszkadzała – przeciwnie, chciałby, żeby blondyn wpadł też później, ale przecież obaj byli umówieni – po prostu musiał zadzwonić do Keitha, a wiedział, że Benny zareagowałby na tą wieść co najmniej histerycznie. Zresztą on też wolał być sam podczas takiej rozmowy.
Wybrał numer bruneta, zastanawiając się, czy ten będzie miał możliwość odebrać. Po dwóch sygnałach, odezwał się Keith:
-Cześć.
-Cześć- odparł Johnny, świadom tego, że wciąż brzmi okropnie.- Masz czas rozmawiać…?
-Mam chwilę przerwy, ale zaraz muszę wracać…- odpowiedział ciemnowłosy.- Jak się czujesz?
-Dobrze…- rzucił szatyn, choć nie miało to wiele wspólnego z rzeczywistością.- Wiesz już, o której będziesz z powrotem? Podjadę po ciebie.
-Mówiłem ci już, że nie musisz- westchnął cicho Keith, a Johnny miał wrażenie, że toczą podobną konwersację już po raz któryś tego tygodnia.- Jesteś zachrypnięty i pewnie ciągle kiepsko się czujesz. Szkoła nie jest na drugim końcu miasta, poradzę sobie.
-No co ty, Keith!- zaprotestował natychmiast szatyn, tonem, który jednoznacznie wskazywał, iż nie zaakceptuje żadnej formy sprzeciwu.- Przecież na pewno wrócicie późnym wieczorem, a nawet nocą! Jest niedziela, nie wiadomo, czy będzie o tej porze jakikolwiek autobus w naszą stronę, a nawet jeśli, pewnie będziesz długo czekał. Poza tym, tłuc się autobusem z bagażami…
-… jednym plecakiem…- przypomniał raz jeszcze Keith.
-… to niepotrzebne!- dokończył Johnny, nie zważając na wtrącenie ciemnowłosego.- Mam samochód, więc dla mnie to żaden problem, a poza tym… Stęskniłem się za tobą- przyznał, uśmiechając się mimowolnie.- Chcę się z tobą zobaczyć…
-Zobaczysz się ze mną jutro w szkole- zauważył ciemnowłosy.- O ile nie zostanę w domu, bo teoretycznie jesteśmy zwolnieni, ale nie sądzę. I o ile ty się poważnie nie rozchorujesz, a tak pewnie będzie, jeśli nie zaczniesz na siebie lepiej uważać.
-Keith, jeśli nie powiesz mi, o której wrócicie, pojadę zaraz pod szkołę i będę tam czekał do samego wieczora- zagroził Johnny, choć nie posunąłby się rzecz jasna do tak radykalnych i cokolwiek głupich działań.
… Chyba.
-Nie wiem, o której będę- odpowiedział Keith.- Nie wiem nawet, o której dokładnie będziemy stąd wyjeżdżać. Przedzwonię do ciebie, gdy będziemy już blisko, dobrze? Tylko obiecaj mi, że jeśli nie będziesz czuł się na siłach, nie przyjedziesz. Nie chcę, żebyś coś sobie zrobił.
-Jasne- odparł Johnny, uśmiechając się szeroko, choć oczywiście żadnego nie-przyjeżdżania sobie nie wyobrażał. Pewnie powlókłby się pod szkołę nawet będąc na wpół martwym, żeby tylko zobaczyć Keitha, upewnić się, że wszystko jest w porządku i z nim, i z nimi w ogóle, a przede wszystkim, żeby się upewnić, że Eric… Ach, zresztą, nie chciał już myśleć o Ericku, bo od razu przewracało mu się w żołądku. Wypije specyfik, który dostał od Lindy, może trochę postawi go na nogi, a przynajmniej nieco rozjaśni mu umysł.- Keith…- zaczął po chwili, bo wcześniejsza myśl przywiodła kolejną i Johnny uświadomił sobie, że jest chyba coś, o czym powinien wspomnieć.- Muszę ci coś powiedzieć…
-T… Tak?- Keith z nieznanych Johnny’emu przyczyn brzmiał nieco nerwowo.
-Była u mnie Linda. Wczoraj.
-Och…- wyglądało na to, że brunet spodziewał się raczej innego rodzaju informacji. Przez moment milczał, jakby zastanawiał się, po co właściwie szatyn mu o tym powiedział.- I…?- dopytał w końcu, najwyraźniej nie będąc w stanie znaleźć logicznej przyczyny.
-I… Ona mnie… pocałowała- przyznał Johnny, skrzętnie pomijając swój, mimo wszystko aktywny, udział, w całym tym zdarzeniu.
Johnny nie był kłamcą. Naprawdę! Nie znosił kłamać i nie potrafił tego robić, dlatego też ta cała sprawa z wyzwaniem i piętrząca się piramida różnego rodzaju oszustw i przekłamań, tak bardzo mu doskwierała i ciążyła na sumieniu. Chłopak nie był święty – to na pewno. Czasem unikał kłopotliwych pytań czy tematów, czasem udzielał wymijających odpowiedzi, jak to uczynił przed chwilą, ale nigdy nie kłamał – nie perfidnie, przemyślanie i z premedytacją. A przynajmniej, aż do niedawna. Tak czy inaczej, uznał, że Keith powinien wiedzieć.
-… I co zrobiłeś?- dopytał po chwili Keith.
-Eee…- „ja też ją całowałem”…? Nie, to nie brzmiało dobrze!- Nic. To znaczy, nic konkretnego. Nie mogłem zrobić zbyt wiele- zaśmiał się nerwowo.
-Chyba powinieneś jej powiedzieć… no wiesz… że nie jesteś zainteresowany…- zauważył ostrożnie Keith, choć sam sprawiał wrażenie, jakby nie do końca wiedział, w jakiej formie miałoby się to odbyć.- Mówiłem ci, że jej się podobasz. Nie powinieneś dawać jej nadziei ani z nią igrać.
-Taaak…- Johnny jakoś nie przepadał za chwilami, gdy ich temat schodził na igranie z czyimiś uczuciami. Miał świadomość, że przyjmując wyzwanie Erica zgodził się na coś podobnego, choć wtedy w ogóle nie myślał o tym w taki sposób.- Hm… Więc?
-Więc…?
-Do zobaczenia, wieczorem?- szatyn wyszczerzył się wesoło.
-Ach, tak. Zadzwonię. Cześć.
-Cześć, Keith.
Johnny rozłączył się, a następnie zabrał za uporządkowywanie salonu i kuchni. Zażywszy specyfik, który dostał od Lindy, poszedł wziąć prysznic, przebrać się i naszykować do przyjścia dziewczyny, mając zamiar wyglądać dziś znacznie bardziej olśniewająco niż wczoraj. Co prawda nie był pewien, czy tak właśnie powinni wyglądać ludzie zrywający z innymi ludźmi, ale właściwie co za różnica. Lekarstwo chyba rzeczywiście mu pomogło, bo ból głowy ustąpił, gardło już tak nie piekło, a Johnny zaczynał myśleć bardziej trzeźwo. To znaczy, tak jak przystało na jego możliwości. Niedługo później dostał sms-a od Lindy, w którym przypomniała, że niedługo wpadnie i pytała, czy czegoś Johnny’emu po drodze nie kupić. Niecałą godzinę później, rozległo się pukanie do drzwi.
Szatyn szybko przeszedł do przedpokoju i otworzył Lindzie.
-Cześć- przywitała się z nim, uśmiechając się uroczo. Ucałowała go krótko w policzek i dopiero wtedy przeszła przez próg. Zdjęła z siebie kurtkę i odwiesiła ją na wieszak, podobnie jak niedużą torebkę. Miała na sobie czarny golf, który bardzo ładnie dopasowywał się do jej figury oraz szare, materiałowe spodnie z szerokimi nogawkami.
-Ładnie wyglądasz- rzucił Johnny, również się uśmiechając i dając jasnowłosej znak dłonią, by nie ściągała butów. Zaprosił ją do salonu.
-Dziękuję- Linda zachichotała, przechodząc do pomieszczenia. Johnny szedł w ślad za nią.- Wyglądasz dziś znacznie lepiej niż wczoraj- stwierdziła, odwracając się w stronę chłopaka i zatrzymując.- Dobrze się czujesz?
-Trochę się poprawiło.
-Widzisz…?- uśmiechnęła się.- Mówiłam, że to lekarstwo działa cuda. Przy okazji, byłam wczoraj w tym centrum handlowym, które otworzyli w mojej dzielnicy i nie uwierzysz, jakie świetne miejsce znalazłam! Pomijając sklepy z ubraniami, bo to rozumie się samo przez się… Jest tam kawiarnia. Bardzo malutka, ale stylowa, naprawdę przepięknie urządzona. Wygląda trochę jak te francuskie knajpki z romantycznych filmów… Chętnie cię tam zaproszę, gdy tylko się wykurujesz- rzuciła wesoło.- Choć oczywiście musisz mi obiecać, że później to ty zaplanujesz coś równie ciekawego…- dodała figlarnie.
Johnny odkaszlnął cicho. Właściwie zamierzał z tym trochę poczekać i znaleźć odpowiedni moment, ale chyba przyszedł najwyższy czas, by przedstawić swoje stanowisko.
-Linda… Muszę ci coś powiedzieć…- zaczął poważnie.
Dziewczyna zdumiała się nieco, ale skinęła głową.
-Śmiało.
-Wiesz, że… Wiesz, że bardzo cię lubię…- Johnny uśmiechnął się czarująco, zamierzając wykorzystać w tej rozmowie wszystkie swoje atuty. Nie był to chyba najlepszy pomysł, Linda bowiem zagryzła wargę, wyglądając tak, jakby powstrzymywała się przed radosnym uśmiechem.- Jesteś naprawdę świetną dziewczyną. Piękną i mądrą…- wymieniał szatyn, korzystając z rady Benny’ego, by nie skrzywdzić Lindy i w jakiś sposób jej nie obrazić.- Uwielbiam z tobą rozmawiać i dobrze spędza mi się z tobą czas, dlatego…- Linda wstrzymała oddech.- … sądzę, że powinniśmy zostać przyjaciółmi.
Blondynka uśmiechnęła się i otworzyła usta, jak gdyby miała zamiar radośnie potwierdzić słowa Johnny’ego. Jednak po chwili jej mina wyraźnie zrzedła, jakby uświadomiła sobie, co właśnie powiedział chłopak.
-Co…?- rzuciła bez zrozumienia, wyraźnie zdezorientowana.- D… Dlaczego? To znaczy…- odetchnęła cicho, reflektując się i już pewniejszym głosem zapytała- Dlaczego? Co takiego się wydarzyło? Przecież… spotykaliśmy się ze sobą, tak? Chyba ci się podobałam, a wczoraj… Co takiego zrobiłam, że spławiasz mnie z dnia na dzień?- zapytała otwarcie.
Johnny jęknął głucho w duchu, starając się ułożyć jakąś odpowiedź, która brzmiałaby racjonalnie i jednocześnie nie pozwoliła myśleć Lindzie, że to ona w jakiś sposób zawiniła.
-Nic, tylko… Spotykam się z kimś innym- wypalił.
Jeśli sądził, że ta informacja pocieszy Lindę albo chociaż ją uspokoi, to grubo się mylił.
-Co takiego?!- fuknęła dziewczyna.- Chcesz powiedzieć, że spotykałeś się ze mną i inną dziewczyną w tym samym czasie?! Słyszałam o tobie różne rzeczy, ale nie spodziewałam się, że możesz zrobić coś takiego! Nie mnie! Przecież dobrze się znamy! Jak mogłeś, Johnny?!
-To nie tak!- zaprotestował natychmiast szatyn.- To znaczy… To świeża sprawa…- wyjaśnił niepewnie.
-Świeża…?- Linda prychnęła, wyraźnie rozjuszona.- Więc, krótko mówiąc, spotykałeś się ze mną tylko po to, by wypełnić wolny czas…? Ot, rozrywka, zanim trafi ci się ktoś inny…?
-Wcale nie, ja po prostu…
-Jak mogłeś tak ze mną postąpić?!- zapytała, nie kryjąc rozżalenia.- Sam mówiłeś, że się przyjaźnimy! Sądziłam, że skoro zacząłeś zwracać na mnie uwagę, to wiesz co robisz! Że to będzie z twojej strony coś poważnego! Jak możesz mnie traktować w ten sposób…? Och, do licha, czemu ja z tobą w ogóle rozmawiam!- warknęła z irytacją i nie dając Johnny’emu dojść do słowa, przeszła szybko z powrotem do przedpokoju. Szatyn ruszył za nią, ale zobaczył tylko, jak dziewczyna zabiera swoją torebkę i kurtkę. Na odchodnym rzuciła jeszcze- Ciekawe, czy twojej nowej dziewczynie będzie się podobało to, że kręcisz z facetem dla durnego wyzwania!- a następnie, nie ubierając się nawet, wyszła na zewnątrz, trzaskając głośno drzwiami.
Johnny przystanął, wzdychając głęboko.
Czuł, że ta rozmowa mogła pójść znacznie lepiej…

Johnny był w podłym nastroju. Leżał przed telewizorem, oglądając odcinek jakiegoś marnego serialu i zastanawiając się, w jaki sposób mógłby się pogodzić z Lindą albo przynajmniej utrzymywać z nią względnie serdeczne relacje, o ile to było jeszcze możliwe. Te rozważania, nie wiedzieć w którym momencie, doprowadziły go do Keitha. Znowu zaczął rozmyślać, jak zachowałby się chłopak, gdyby dowiedział się o wyzwaniu. Podobnie jak Linda? Nie chciałby słuchać marnych wyjaśnień, odszedł i nie odzywał się do Johnny’ego już więcej? Linda wyglądała na naprawdę zranioną, choć przecież nawet oficjalnie ze sobą nie chodzili i to, co ich łączyło, nie było szczególnie poważne. Umówili się parę razy, parę razy całowali, nie doszło jednak do niczego więcej. Między nim a Keithem sytuacja wyglądała przecież zupełnie inaczej. Johnny naprawdę był w nim zakochany. Chyba z wzajemnością. To, co ich łączyło, można było nazwać związkiem. Nie do końca oficjalnym i wciąż ukrywanym, ale jednak. No i Keith nie miał takiego charakteru jak Linda. Na pewno przyjąłby taką informację zupełnie inaczej. Może znacznie gorzej.
Szatyn usłyszał dźwięk komórki i podniósł się do pozycji siedzącej, by sięgnąć po leżący na stoliku telefon. Zobaczywszy na wyświetlaczu imię bruneta, uśmiechnął się do siebie i odebrał.
-Cześć, Keith- rzucił pogodnie.- Wiesz już o której będziesz z powrotem?
-Około dwudziestej…- odpowiedział ciemnowłosy.- Właśnie wyjechaliśmy, ale… Nie naładowałem komórki…- przyznał, wzdychając cicho.- Jakoś o tym nie pomyślałem, a bateria pada. Nie będę mógł do ciebie zadzwonić, gdy w końcu dojedziemy… Nie wiem, czy jest więc sens, żebyś przyjeżdżał.
-Będę punktualnie o dwudziestej- odpowiedział spokojnie Johnny.- Poczekam w samochodzie, pod bramą. Gdybyście przyjechali trochę wcześniej, zaczekaj na mnie, dobrze…?
-Nie sądzę, żebyśmy przyjechali wcześniej, raczej odwrotnie- parsknął chłopak.- Ale dobrze, jak chcesz. Może pożyczę od kogoś komórkę i dam ci znać…
-Nie, nie!- zaprotestował natychmiast szatyn, mając aż nazbyt jasne przekonanie, kim byłby ów pomocny „ktoś”.- Nie ma problemu, Keith, serio, zaczekam.
-Jak wolisz. To do zobaczenia.
-Cześć.
Johnny uśmiechnął się do siebie i ułożył wygodnie.
Ten dzień mógł być już tylko lepszy.

Johnny uchylił powieki i ziewnął szeroko. Odruchowo podniósł się do pozycji siedzącej i rozejrzał dookoła, odrobinę zdezorientowany, jakby nie był świadom, co się właściwie działo. Wokół niego było niemal zupełnie ciemno. Jedynym źródłem światła był ekran włączonego telewizora i znajdujące się na ulicy latarnie. Niemożliwe… Przecież to niemożliwe... Czyżby zasnął…? Ale jak to możliwe…? Jak to możliwe, że spał?! Johnny zerwał się gwałtownie na nogi i chwycił komórkę, aby sprawdzić godzinę. Za dziesięć dziewiąta… Złapał się za głowę. Nie mógł w to uwierzyć, po prostu nie mógł w to uwierzyć! Jakim cudem zasnął?! Przecież spał wczoraj niemal cały dzień, dziś wstał dopiero o dziesiątej i nie czuł się już tak fatalnie jak tego ranka, nawet nie pamiętał, by był śpiący, więc jak?!
Nie bacząc na to, że jest cały wygnieciony i potargany, pognał prosto do przedpokoju, narzucił na siebie kurtkę, założył buty i wyszedł z domu. Zbiegł po schodach i dopiero gdy znalazł się na dworze, przypomniał sobie o tym, że wypadałoby zamknąć mieszkanie. Wrócił więc, by to uczynić, a gdy znowu pojawił się na zewnątrz i zatrzymał przy samochodzie, uświadomił sobie coś jeszcze… Nie wziął ze sobą kluczyków. Mając serdeczną ochotę popełnić samobójstwo, po raz ostatni desperacko przeszukał wszystkie kieszenie, po czym wrócił do mieszkania. Gdy wreszcie udało mu się wyjechać spod bloku, czuł się sfrustrowany i wściekły.
Tyle rzeczy mu dziś nie wyszło… Nie, poprawka… Tyle rzeczy nie wychodziło mu ostatnimi czasy, że naprawdę zaczynał się czuć tak, jakby ciążyła na nim jakaś klątwa. I gdyby faktycznie tak było, Johnny już dobrze wiedział, kto ją na niego rzucił. Niezależnie od tego, jak bardzo nieprawdopodobna była to wizja, szatyn nie mógł się powstrzymać i przez całą drogę do szkoły, przeklinał w duchu Erica i wszystko, co z nim związane. Zaparkował przed zamkniętą bramą i wysiadł z samochodu. Niestety, na szkolnym parkingu nie było ani śladu po autobusie. Nie było też żadnych uczniów. Johnny wrócił do samochodu i chwycił za komórkę, by zadzwonić do Keitha, ale włączyła się poczta głosowa. Telefon bruneta rzeczywiście musiał się rozładować. Nie czekając, szatyn ruszył spod szkoły i najpierw przejechał obok przystanku autobusowego, na którym Keith mógłby czekać, ale tam go nie było, a wreszcie podjechał aż pod jego dom, starając się po drodze wypatrzeć, czy ciemnowłosego gdzieś nie ma. Niestety, nigdzie go nie dostrzegł. Było też zdecydowanie za późno, by składać chłopakowi wizytę.
Załamany Johnny, z poczuciem dziejowej niesprawiedliwości spoczywającej na jego barkach, westchnął  głęboko i nie mając wiele do roboty, wrócił do siebie.
Miał nadzieję, że Keith bezpiecznie dotarł do domu.

niedziela, 15 września 2013

28. Zmiany [Sunrise]

Od mojego wyjścia ze szpitala, minęło już trochę ponad dwa tygodnie. Klatka piersiowa prawie mnie nie bolała, poza nielicznymi przypadkami, gdy rzeczywiście poruszyłem się nadto gwałtownie albo ułożyłem w niewygodnej pozycji, zapominając o tym, że jeszcze nie jestem w najlepszej formie. Przyzwyczaiłem się nawet do posługiwania się wyłącznie lewą ręką. Pierwsze kilka dni było okropne, ale później szybko nabrałem wprawy. Oczywiście była cała masa czynności, które trudniej było mi wykonywać, ale w tym pomagał mi Amadeusz, który, przez większość dnia, nie odstępował mnie na krok. Czasem znikał, głównie wieczorami i, co zauważyłem ostatnio, również nocami. Właściwie nie wiem czemu mnie to zaskoczyło. Gdybym był nim, też raczej nie siedziałbym tutaj. Nie ma tu nic ciekawego do roboty dla demona. Zapewne robił to także wcześniej, po prostu nie zwróciłem na to aż takiej uwagi, bo rzadko budziłem się w podobnych porach. Teraz jednak spałem nieco gorzej. Sam nie wiem czy to kwestia bólu, czy raczej snów… Często śniły mi się różne rzeczy. Dziwne rzeczy. Takie, które napawały mnie lękiem, nie ustępującym łatwo nawet wtedy, gdy już się przebudziłem i uświadomiłem sobie, że jestem w swoim mieszkaniu. To chyba miało związek z tym pobiciem. Ono samo nigdy nie wróciło do mnie w snach, ale niekiedy szedłem w nich ulicą i nagle paraliżowało mnie uczucie potwornego strachu – wydawało mi się, że ktoś mnie obserwuje. Że jest tuż za mną. Zaczynałem biec, ale to wcale nie znikało. Często nie mogłem dotrzeć do swojego domu. Albo, gdy znajdowałem się już na klatce, biegłem do góry niekończącymi się schodami, nie będąc w stanie dotrzeć do celu. Nie wiem, czy to była oznaka jakiejś traumy. Szczerze mówiąc, nie sądzę, abym rzeczywiście mocno przeżywał i rozpamiętywał tamto zdarzenie. Siedziałem w domu. Drzwi zawsze zamykałem na dwa zamki, nie wychodziłem i byłem pewien, że gdyby Ricky’emu zebrało się na odwiedziny, nie wpuściłbym go, za to od razu zadzwoniłbym na policję. Jenna przynosiła mi zakupy i odwiedzała mnie przynajmniej co drugi dzień, usiłując przekonać do uczenia się, na co zupełnie nie miałem ochoty i w czym nie widziałem celu i nie rzucania szkoły. Dla mnie jednak sprawa była przesądzona. Nie byłem mimo to do końca pewien, jak wrócę do normalnego życia. Gdy już wyzdrowieję i będę musiał zająć się sobą, znaleźć jakąś pracę, wyjść stąd w końcu… Ta myśl rzeczywiście napawała mnie lękiem. Być może więc, nie zniosłem tego wszystkiego tak dobrze, jak sądziłem.
Co do Amadeusza – wciąż zachowywał się… niecodziennie. Był miły, uczynny, nie nachalny i niezwykle wprost cierpliwy, co wciąż mnie zaskakiwało, mimo, iż miałem trochę czasu, na pogodzenie się z takim stanem rzeczy. Gdyby nie fakt, że demonowi od czasu do czasu wymykały się, bardzo charakterystyczne dla niego, egoistyczne teksty i że niekiedy zachowywał się jak obrażona królowa, naprawdę pomyślałbym, że ktoś zamienił się z nim miejscami. Różnica była jednak taka, że nawet, gdy tego rodzaju zachowania mu się zdarzały, reflektował się szybko, przepraszał i był jeszcze milszy niż zwykle, co było cokolwiek dezorientujące. Nie przytrafiały nam się więc żadne kłótnie, ba, nawet najmniejsze spory, aż czasem trochę mnie nużyło to, że zdaje się ze mną ze wszystkim zgadzać. Nie przeszkadzało mu za to, że spędzam dużo czasu z Jenną i Jackiem, który wpadał tu od czasu do czasu. Znikał wtedy z domu i wracał po wszystkim, bez cienia pretensji, pytając mnie o to, jak było. Namawiał mnie, bym pogodził się z Katy. Namawiał mnie zresztą do wielu dziwacznych rzeczy. Ostatnio zaczął coś napomykać o tym, że powinienem skontaktować się ze swoimi rodzicami, ale szybo uciąłem temat, bojąc się, że wpadnie na coś głupiego. Nie żeby nie cieszyło mnie jego zainteresowanie moimi sprawami… W ogóle cała jego przemiana była raczej przemianą na plus. Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie funkcjonowania w taki sposób z marudzącym wiecznie Amadeuszem u boku. Wydaje mi się, że demon bardzo przejął się tym, co mi się stało, a później jeszcze nasza rozmowa w szpitalu, w nocy… To wszystko musiało nim wstrząsnąć. Pewnie zdawał sobie sprawę, że nie potraktował mnie dobrze i teraz starał mi się to wynagrodzić, będąc naprawdę ogromnym wsparciem.
Siedziałem na łóżku, przed telewizorem. To był prezent od Jenny. Choć nie jestem pewien, czy „prezent” to właściwe słowo… Zamierzałem go jej oddać albo przynajmniej spłacić, zresztą, szczerze mówiąc, w ogóle nie chciałem go przyjąć, ale ona strasznie się upierała. Mówiła, że jej i tak się nie przyda, bo rodzice kupili go do kuchni, ale był problem z doprowadzeniem kabli i nie mogli go podłączyć tam, gdzie chcieli, więc nikt go nie używał. Stwierdziła też, że skoro siedzę całymi dniami w domu, to muszę się strasznie nudzić, a ona nie chce, żebym był zupełnie odcięty od świata. Nie miałem wielkiego wyboru. Jennie można albo ustąpić od razu albo za jej tysięczną prośbą, a ja nie chciałem o tym dyskutować przez kolejną godzinę. Jednak nawet teraz, siedząc przed ekranem, nie byłem pewien, czy to dobry pomysł. Telewizor był mniejszy od mojego zepsutego modelu, ale o wiele nowszy i z pewnością droższy. Kazałem Amadeuszowi obchodzić go dookoła szerokim łukiem i nie robić żadnych gwałtownych ruchów. Nie chciałem zatrzymywać cudzego przedmiotu na długo, zwłaszcza takiego, zresztą trudno byłoby mi wytłumaczyć dziewczynie, z jakiego to niespodziewanego powodu, jej telewizor podzielił los swojego poprzednika.
Demon pojawił się w pomieszczeniu.
-Jadłeś coś dzisiaj, Josh?- zapytał, lądując na miejscu obok mnie.
Zerknąłem na niego z nieskrywanym rozbawieniem.
-Tak. I mimo, iż doceniam matczyną troskę – naprawdę nie musisz się tym przejmować…
Zaraz pożałowałem swojego doboru słów, bowiem najwyraźniej przypomniałem Amadeuszowi temat, którym ostatnio mnie katował.
-Dlaczego nie zadzwonisz do swoich rodziców, Josh?- rzucił poważnie, spoglądając na mnie z uwagą.
Westchnąłem ciężko, nie kryjąc irytacji.
-A dlaczego miałbym do nich zadzwonić…? I przestań mnie w końcu o to pytać, wyjaśniałem ci to setki razy!
-Żeby porozmawiać- odparł demon, zupełnie ignorując drugą część mojej wypowiedzi.
-Nie chcę z nimi rozmawiać- odpowiedziałem z pełną stanowczością.
-Ale dlaczego?- nie rozumiał Amadeusz, choć naprawdę przerabialiśmy to już nie raz i nie dwa. Po kilkunastu, góra kilkudziesięciu minutach argumentacji z jego i mojej strony, zwykle dawał mi spokój, by jednak wrócić z tym samym, drażniącym pytaniem jeszcze tego samego dnia, ewentualnie dnia następnego, gdy zajmowaliśmy się ciekawszymi kwestiami. Za każdym razem odbywaliśmy dokładnie taką samą dyskusję i powoli zaczynało mnie to nużyć.- Jesteście rodziną, bliską rodziną, to aż niewiarygodne, że prawie nie utrzymujecie kontaktu. No i miałeś im powiedzieć o swoich ocenach. A poza tym, jestem pewien, że za nimi tęsknisz.
Wziąłem głęboki oddech, próbując odgonić od siebie nerwy i nie warczeć w kierunku demona.
-Po pierwsze… nie tęsknię- odpowiedziałem po dłuższej chwili, prezentując poziom względnego, choć bardzo kruchego, spokoju.- Po drugie, nie zamierzam zawczasu mówić im o tym, że nie zdam. I tak dostaną moje oceny pod koniec roku, więc nie ma sensu niczego udawać na dłuższą metę, ale wolę odczekać ten miesiąc czy dwa, żyjąc w spokoju i mając pieniądze. Zwłaszcza, że raczej nie przyjmą mnie do żadnej pracy w takim stanie…- mruknąłem, unosząc lekko zagipsowaną rękę.- A po trzecie, brak kontaktu to nie moja wina. Mówiłem ci już, że ojciec mnie nie akceptuje. Z matką dogadywałem się lepiej, ale ona zawsze w ostateczności trzymała jego stronę. Tak się składa, że nie mam najlepszych wspomnień z mojego ostatniego pobytu w domu, a i telefoniczna wymiana uprzejmości na święta, w rzeczywistości zbyt uprzejma nie była, więc naprawdę nie mam ochoty przechodzić tego samego raz jeszcze.
Demon skinął głową i przez moment, przez te ledwie kilka sekund, naprawdę sądziłem, ze w końcu dotarło do niego to, co usiłowałem mu przekazać. Niestety, była to z mojej strony czysta naiwność.
-Ale powinieneś do nich zadzwonić…- rzucił po chwili, a z moich warg wydobyło się mimowolne jęknięcie.- To w końcu twoi rodzice. No i nawet nie wiedzą o tym, że byłeś w szpitalu i stało ci się coś takiego.
-I bardzo dobrze, że nie wiedzą- odparłem z pełnym przekonaniem.- Co miałbym im zresztą powiedzieć? „Cześć mamo, cześć tato, byłem w szpitalu. Mam złamaną rękę i parę żeber, bo ktoś mnie pobił, och, warto wspomnieć, że mógł mieć z tym coś wspólnego mój były chłopak… Który zresztą od jakiegoś czasu szantażował mnie i próbował wyłudzić ode mnie pieniądze”… To twoim zdaniem brzmi dobrze?- zakpiłem, ale Amadeusz wzruszył ramionami, jakby uważał, że całkiem nieźle.- To by tylko dało im pretekst do powtarzania, że od początku mieli rację, z moim przyjazdem tutaj, z moimi… ekhem… stosunkami i całą masą innych spraw. Serio, Amadeusz, doceniam twoją troskę i nagłe zainteresowanie moimi prywatnymi sprawami, którymi, co warto zauważyć, nie interesowałeś się nigdy wcześniej, ale…
Umilkłem, dostrzegając, że demon od dłuższej chwili wpatruje się w ekran, jakby coś przykuło jego uwagę. Najwyraźniej wcale mnie nie słuchał, skoro nawet nie zorientował się, że przestałem do niego mówić. Zerknąłem w tamtym kierunku. Leciał akurat jakiś program informacyjny, pewnie włączyłem go skacząc po kanałach. Chwyciłem za pilot, by trochę pogłośnić.
-… To będzie wyjątkowe widowisko, Janis…- powiedział mężczyzna, do siedzącej naprzeciw niego współprowadzącej, prezentując w szerokim uśmiechu rząd idealnie białych zębów.- Każdy, kto będzie miał taką możliwość, powinien to zobaczyć…
-Zdecydowanie, George- odparła powściągliwie kobieta, wpatrując się wprost w kamerę.- Warto więc raz jeszcze przypomnieć: dokładnie za tydzień od dzisiejszego dnia, będziemy mogli na własne oczy podziwiać zaćmienie słońca… Co ciekawsze, będzie ono miało miejsce niedługo po jego wschodzie. A teraz przeniesiemy się do Jima Martinsa, który z pewnością opowie nam coś więcej o okolicznościach tego zdarzenia…
-Zaćmienie słońca…?- rzuciłem, a Amadeusz oderwał się od telewizora i spojrzał na mnie z uwagą.- Brzmi ciekawie- stwierdziłem, uśmiechając się lekko i wzruszyłem ramionami.- Chcesz je ze mną obejrzeć…? Nie jestem pewien, kiedy ostatni raz widziałem coś takiego…- dodałem po chwili zamyślenia.- A ty i tak patrzysz na wschody słońca, więc chyba nie będzie ci to robić różnicy…
-Tak… Tak, Josh- odpowiedział demon, wyraźnie zamyślony.- Powinniśmy to razem obejrzeć.
Uśmiechnąłem się raz jeszcze, zastanawiając się nad tym, co tak bardzo pochłania jego myśli. Choć właściwie, chyba wiedziałem. Amadeusz wcześniej nie widział kolorów, a więc i zaćmienie słońca pewnie nie zwróciło jego większej uwagi. Teraz będzie mógł je oglądać i doświadczyć tego wszystkiego we właściwy sposób. To go cieszyło. Chyba, bo choć sprawiał wrażenie zadowolonego, jednocześnie wydawał się być czymś zaniepokojony. Może więc myślał o zupełnie innej kwestii…?
-O czym myślisz?- zdecydowałem się zapytać otwarcie.
-Hm…?- demon przeniósł na mnie nieco zdezorientowane spojrzenie, by po chwili odpowiedzieć- O tobie i twoich rodzicach, rzecz jasna.
Sapnąłem głośno, przewracając oczyma.
-Temat skończony- oznajmiłem tonem nie znoszącym sprzeciwu, po czym sięgnąłem po pilot i wyłączyłem telewizor.
Amadeusz spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
-Nudzę się- oznajmiłem, wzruszając ramionami.- Chcę się zająć czymś bardziej interesującym.
-Och…?- na wargach demona wymalował się lekki uśmiech. Najwyraźniej w przeciągu sekundy zapomniał o tym, że zamierzał dalej dręczyć mnie pytaniami o kwestie rodzinne, bo przysunął się do mnie blisko i objął ciasno ramieniem.- Ambitne plany…- szepnął, wyraźnie zadowolony.- Czy jestem w nie włączony…?- rzucił z wargami tuż przy moich ustach, by zaraz pocałować mnie namiętnie.
Oddałem pocałunek, choć mój pomysł na spędzenie czasu był zgoła odmienny od idei, jaka przyświecała demonowi… Nie żeby mnie to szczególnie dziwiło. Pod tym względem Amadeusz nie zmienił się wcale i nadal większość z tego, co mówiłem, kojarzyła mu się wyłącznie z seksem. Nie żeby seks był złym pomysłem, ale po wczorajszym dniu spędzonym w sporej mierze na takich rozrywkach, byłem bardziej obolały niż zwykle i czułem, że jeśli nie zrobię sobie stosownej przerwy, oprócz problemów ze złamaną ręką i klatką piersiową, będę miał też niewątpliwe problemy z chodzeniem lub choćby siedzeniem. Demon oczywiście żadnych przerw nie potrzebował, co zresztą zachęciło mnie do pewnego rodzaju kreatywności w szukaniu nam wspólnego zajęcia i przypomniało mi o tym, czym w wolnych chwilach zajmowałem się jeszcze przed kilkoma laty.
Wyswobodziłem się z uścisku Amadeusza i podszedłem do swojej szafy. Wisiały tam głównie moje ubrania, ale na dole leżały spakowane przedmioty, których nie używałem. Kucnąłem przy meblu, szukając w jego wnętrzu tego, co ostatnimi czasy chodziło mi po głowie.
-Josh, szukasz jakichś gadżetów…?- zapytał demon, w pierwszej chwili z rozbawieniem, ale zaraz najwyraźniej spodobał mu się ten pomysł bo dodał z nutką ekscytacji- Jeszcze nigdy nie próbowaliśmy czegoś takiego, nie…?
Wyprostowałem się powoli, trzymając w ręce niewielkie pudełko, po czym zwróciłem się w stronę demona.
-Umiesz grać w szachy…?- zapytałem, uśmiechając się lekko.
Demon patrzył na mnie tak, jakby uznał, że to kolejna, tym razem bardzo zawoalowana propozycja seksualna. Musiał jednak dostrzec to, co trzymam w rękach, bo mina nieco mu zrzedła.
-… Żartujesz…?- zapytał z resztką nadziei.- Nie żartujesz…- uświadomił sobie zaraz, wzdychając ciężko.- Josh, serio?- rzucił, nie kryjąc oburzenia.- Chcesz grać w szachy? W szachy?! Zostawiasz MNIE, żeby grać w szachy?!
-Zapraszam CIEBIE żebyś zagrał ze mną- sprostowałem, kładąc równy nacisk na jego osobę, jak on sam to uczynił.
-Niewiarygodne!- skwitował, z głośnym prychnięciem.
-Więc jak? Umiesz czy nie?
-Wyobraź sobie, że my, demony, mamy znacznie lepsze rzeczy do roboty niż grę w szachy…- odparł wyniośle, wciąż głęboko urażony faktem, że śmiałem przez moment uznać cokolwiek za bardziej interesujące od niego samego.
Zaśmiałem się lekko.
-Okej…- zgodziłem się, odkładając grę z powrotem i szukając czegoś innego.- Więc co powiesz na Monopol…?- zapytałem, wyjmując kolejne pudełko, to było jednak na tyle duże i ciężkie, że stosunkowo ciężko było mi je utrzymać lewą ręką, więc szybko położyłem je na stole.
-Co to jest „Monopol”?- nie rozumiał demon.
-Taka gra. Kupuje się miasta. Zbija majątek. To naprawdę fajne. Chcesz zagrać?
-Brzmi jak totalna nuda- burknął demon.
-Kilka okrążeń planszy- zaproponowałem, już zaczynając wypakowywać grę, choć przez ograniczone możliwości ruchu, szło mi to dość mozolnie.- No chodź. Gwarantuje ci, że to polubisz.
Mój stary, dobry Amadeusz westchnął ciężko, krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej i nie kryjąc swojej głębokiej irytacji.
… Ale oczywiście mój nowy, zupełnie odmieniony demon, nie mógł mi odmówić.

-Josh, natychmiast oddaj mi mój Londyn!- zażądał stanowczo Amadeusz, jednocześnie przesuwając się pionkiem o kilka pól do przodu i stając na tym, które należało do mnie. Jęknął głucho, wypłacając mi należną kwotę, mimo, iż nie była to suma, która mogłaby uszczuplić jego majątek.
Graliśmy już dobre półtorej godziny. Demon bardzo szybko zapomniał o tym, że jest na mnie śmiertelnie obrażony i muszę przyznać, że grał z niemałym zapałem, co trochę mnie bawiło, ale jednocześnie sprawiało, że cała gra była bardzo interesująca.
-TWÓJ Londyn…?- parsknąłem cicho.- Kupiłem go. To było wolne miasto.
-Ale to ja miałem je kupić!- sapnął głośno.- Brakowało mi już tylko jego, mogłem stawiać domy! To naprawdę okropne z twojej strony, wiesz…?
-Hej, hej, nie próbuj mnie brać na litość! Kupiłem je właśnie dlatego, żebyś nie mógł tego zrobić. To się nazywa zablokowanie. Poza tym, sam też tak robiłeś, hipokryto! Gdybyś kupił go pierwszy, zastawiłbyś większość pól w tym rzędzie…
-Ty zastawiłeś prawie wszystkie w tamtym i nie masz z tym problemu! Mówię serio, Josh, dawaj mój Londyn!
Zaśmiałem się tylko, rzucając kostkami. Przeszedłem kilka pól, stając na tym, które należało do Amadeusza i było pełne jego posiadłości. Demon uśmiechnął się złośliwie, jakby chciał mi dać do zrozumienia, iż była to kara od losu za moje niecne postępowanie. Podałem mu pieniądze, wzdychając cicho.
-… Dobra- zgodziłem się po chwili wahania.- Sprzedam ci Londyn. Ale musisz za niego zapłacić dwa razy tyle, ile kosztował!- zastrzegłem natychmiast, chyba dla samej świadomości, że coś zyskałem z tej osobliwej wymiany. Biorąc pod uwagę etap gry, na jakim się znaleźliśmy, były to doprawdy niewielkie kwoty.
Demon jednak nie wydawał się być szczególnie zadowolony.
-Dwa razy tyle…? Nie wydaje mi się. Czy to w ogóle jest zgodne z regułami …?
Parsknąłem niepohamowanym śmiechem.
-Nie wiem- odparłem szczerze, wzruszając ramionami.- Nie wiem, czy samo odsprzedawanie miast jest zgodne z regułami. I pożyczanie pieniędzy- dodałem znacząco, bo na początku rozgrywki Amadeusz dość szybko roztrwonił większość z tego, co miał i zdarzyło mu się to parę razy.- Nie mam zresztą instrukcji, żeby to sprawdzić. Więc jak…?
Demon zrezygnował, ale jakiś czas później, gdy wzbogacił się po moich odwiedzinach na należących do niego polach, zmienił zdanie i w końcu dostał swoje upragnione miasto. Szczerze mówiąc, nie przyniosło mu ono wiele pożytku, bo jakieś pół godziny później, po serii bardzo pechowych dla siebie rzutów i inwestycji, ostatecznie zbankrutował, choć muszę przyznać, że porażkę zniósł bardzo dobrze, a tego się po nim nie spodziewałem.
-Zagrajmy jeszcze raz, Josh!- zawołał z niewiarygodnym wprost entuzjazmem jak na kogoś, kto w przeciągu kilku rund stracił kilkaset milionów.- Albo nie… Zagrajmy w coś innego- zadecydował po chwili, podchodząc do mojej szafy i szukając kolejnych pudełek.
-Amadeusz!- rzuciłem, śmiejąc się lekko i porządkując wszystko, choć z oczywistych względów, trwało to dość długo.
Po kilku minutach demon wyprostował się. W ręku trzymał pudełko kart. Ze zmarszczonymi brwiami czytał umieszczony na nim opis. Bardzo szybko rozpoznałem talię, która wpadła mu w ręce.
-O… Och…- mruknął demon, uśmiechając się w sposób absolutnie niecny i przebiegły.- To brzmi jak interesująca gra, Josh… Baaaardzo interesująca gra…
Parsknąłem śmiechem.
-To gra towarzyska.
-Więc w nią zagrajmy.
Pokręciłem głową.
-To kiepski pomysł- stwierdziłem z pełnym przekonaniem. Demon spojrzał na mnie bez zrozumienia.- Gra się w nią przyjemnie w większym gronie, ale we dwoje jest nudno. Wierz mi, wiem coś o tym.
Demon nachmurzył się nieco. Widać tematyka kart bardzo mu się podobała, ale po chwili wahania, odłożył opakowanie do szafy i wyjął kolejne pudełko.
-A to…?- zapytał.
Przyjrzałem się bardzo zniszczonemu pojemnikowi. Na moich wargach wymalował się mimowolny uśmiech.
-Nie mogę uwierzyć, że jeszcze mam tą grę!- rzuciłem z nieskrywanym sentymentem. Stare, dobre czasy! Byłem pewien, że już ją wyrzuciłem.
-Jak się w to gra?- zapytał Amadeusz, wyraźnie zaintrygowany.
-Eee… Całkiem normalnie- odpowiedziałem, wzruszając ramionami.- Rzucasz kostką i ruszasz pionkami. Kto pierwszy jest na mecie, ten wygrywa…- demonowi wyraźnie zrzedła mina. Zapewne spodziewał się czegoś bardziej emocjonującego.- Są tam też czerwone i niebieskie pola. Te pierwsze oznaczają stratę kolejki, a drugie dodatkowe rzuty. Choć ja grałem w nieco inne wersje…- zachichotałem, zagryzając dolną wargę w pełnym rozbawienia uśmiechu.- Wersja alkoholowa była chyba najlepsza…
-Wersja alkoholowa…?- zdumiał się demon.
Machnąłem dłonią.
-Ach, mniejsza z tym… Choć ciekawie było też z wyzwaniami i pytaniami. Wiesz, to raczej klasyczna zabawa na różnych imprezach, ale z tą grą było ciekawiej… Niebieskie pole oznaczało pytanie, a czerwone wyzwanie… Kiedyś, jeszcze na początku szkoły, Jenna, Jack i Katy często do mnie przychodzili… Zresztą nie tylko oni, wtedy wpadało tu całkiem dużo osób…- stwierdziłem, przypominając sobie tamte chwile.- Wypróbowywaliśmy wiele kombinacji tej gry. Sam nie wiem, czemu przestaliśmy grać…- dodałem po chwili, zastanawiając się nad tym wszystkim.- I czemu przestałem się obracać w większym towarzystwie… Hm…
Próbowałem ustalić, kiedy to wszystko się zmieniło, ale nie byłem w stanie określić konkretnego momentu. Dopiero po chwili zauważyłem, że Amadeusz jest jakiś nieswój. Stał przy szafie, trzymając w dłoniach grę i z niemrawą miną patrząc na wieko opakowania.
-Co się stało?- zapytałem zdziwiony.
-Hm…?- wyrwał się z zamyślenia, podnosząc na mnie wzrok.- Nic, Josh, nic, tylko… Dużo rzeczy możesz robić tylko z innymi ludźmi?
-Co?- parsknąłem śmiechem, w pierwszej chwili nie rozumiejąc pytania. Dopiero moment później zdałem sobie sprawę z tego, o co może chodzić Amadeuszowi. W końcu on był demonem. Nikt prócz mnie go nie widział. Trudno było sobie wyobrazić, by mógł robić cokolwiek w większym, niż nas dwóch, gronie. Może dopiero teraz uświadomił sobie, że jednak ma pewne ograniczenia. I że wbrew swojemu ogólnemu zdaniu na temat kondycji ludzi, nasze różnice względem demonów, nie zawsze wychodzą na plus dla tych drugich.- Nie, to znaczy… Tak… To znaczy… Właściwie tak, ale… Nie tak znowu dużo…- odparłem nieco zakłopotany, widząc, że Amadeusz sprawiał wrażenie wyraźnie przejętego i przygaszonego.- Wiesz co…? Mam lepszy pomysł. Pogramy w Chińczyka. Powinienem mieć gdzieś Chińczyka… Chyba… Jeśli nie, zostaną nam szachy.
-Och. W Chińczyka możemy grać we dwóch…?- mruknął, wciąż nieco mało entuzjastycznie.
-Jasne- odpowiedziałem, uśmiechając się do niego.
Również odpowiedział uśmiechem, choć bardzo wymuszonym.
Postanowiłem nie roztrząsać tematu i szybko zająć go czymś innym.
W końcu nie mieliśmy wpływu na to, kim byliśmy.

Obudziłem się w środku nocy, zlany potem. Nie przypominałem sobie, by śniło mi się coś złego. Po prostu było mi gorąco. Potwornie gorąco. Prawa ręka mocno mnie bolała. Skrzywiłem się mimowolnie i podniosłem do pozycji siedzącej, by po chwili wreszcie wstać. Ruszyłem w kierunku okna, chcąc upewnić się, że jest otwarte. W pokoju było ciemno, a mój wzrok nie zdążył się jeszcze odpowiednio przyzwyczaić. Wydawało mi się, że wystarczająco znam rozkład pokoju, ale najpierw omal nie poślizgnąłem się na czymś, co było chyba leżącą na posadzce gazetą, a później z impetem uderzyłem w stolik nocny. Ostatecznie jednak doczłapałem do parapetu, by przekonać się, że zgodnie ze swoimi przypuszczeniami, otworzyłem okno nim poszedłem spać, co zresztą robiłem zawsze. Westchnąłem cicho, wracając do łóżka i siadając na jego brzegu. Nie wydawało mi się, bym miał gorączkę. Ostatnimi czasy po prostu było mi strasznie duszno. Pewnie miało to związek z nadchodzącym latem i wzrostem temperatur. Nie byłem osobą, która szczególnie dobrze znosiła ciepłą część roku. Sięgnąłem w kierunku stojącej obok łóżka butelki. Otworzyłem ją i przechyliłem do ust, chcąc się napić, ale szybko okazało się, że nie było w niej wystarczająco dużo wody, by zaspokoić moje pragnienie. Przez chwilę siedziałem jeszcze w miejscu, nie będąc pewien, czy powinienem iść spać i zignorować suchość w gardle, czy może pójść do kuchni. Prawda była taka, że nie miałem najmniejszej ochoty się ruszać, wciąż byłem zaspany, ale z drugiej strony, wątpiłem, bym mógł prędko zasnąć, jeśli tego nie zrobię. Chcąc nie chcąc, podniosłem się więc i opuściłem pomieszczenie. Przeszedłem przez ciemny przedpokój i wszedłem do kuchni, dopiero tam zapalając światło. Ziewnąłem szeroko, wyrzucając pustą butelkę, po czym sięgnąłem po nową. Odwróciłem się, zamierzając wrócić do pokoju, po czym…
-Amadeusznalitośćboską!- wyrzuciłem z siebie na jednym oddechu, gdy nagle zobaczyłem przed sobą demona. Częściowo już się przyzwyczaiłem do jego nagłego pojawiania się i znikania, ale takie sytuacje chyba nigdy nie przestaną mnie przerażać.
-Przepraszam, Josh- rzucił ze skruchą stojący przede mną Amadeusz.- Nie chciałem cię przestraszyć.
-Tak… Tak, wiem, że nie chciałeś…- odpowiedziałem, starając się uspokoić oddech i kołaczące jak szalone serce.
Amadeusz nie odrywał ode mnie przenikliwego wzroku.
-Co jest dobrego w byciu człowiekiem?- zapytał nagle.
Wbiłem w niego pełne zdumienia spojrzenie.
-Wiesz… To dość niecodzienny temat rozmów jak na…- zerknąłem na wiszący na ścianie zegarek.- …drugą w nocy- dopowiedziałem, uświadomiwszy sobie, która godzina.- Właściwie to w ogóle dość dziwaczne pytanie- rzuciłem z nutką rozbawienia, ale demon był całkowicie poważny, więc i mnie przestało być do śmiechu, choć naprawdę nie rozumiałem, dlaczego pytał mnie o takie rzeczy i to w środku nocy. Do rana zostało kilka godzin, na pewno mógł sobie wybrać bardziej dogodny moment. A przynajmniej taki, w którym moje szare komórki byłyby w lepszej formie niż teraz. Wciąż jeszcze czułem się na wpół śpiący.
-Gdybym był demonem, który chciałby być człowiekiem, co byś mi powiedział?- rzucił znowu Amadeusz, wyraźnie wyczekując mojej odpowiedzi.- Co jest lepszego od bycia demonem w byciu kimś takim jak ty…?
Może to przez specyficzne pytanie, może przez atmosferę, a może przez to, że byłem zaspany, ale wydawało mi się, że ostatnia część jego zdania pobrzmiała bardzo szorstko i nieprzyjemnie – wręcz pogardliwie. Nie chciałem się jednak do tego czepiać, zwłaszcza, że nie byłem pewien swojej oceny. Zastanowiłem się przez chwilę nad tym, co mu powiedzieć.
-Nie sądzę, żeby można było jednoznacznie powiedzieć czy bycie człowiekiem jest lepsze czy gorsze…- odparłem w końcu ostrożnie.- Myślę, że jest po prostu… inne. Są sprawy, w których macie lepiej od nas i takie, w których macie gorzej.
-Jak na przykład?- zapytał demon, marszcząc brwi.
-Hm… Na przykład nie chorujecie, nie starzejecie się i nie umieracie. Mało kto nie chciałby się z wami pod tym względem zamienić. Ale z drugiej strony… Wybacz, pewnie zabrzmi to dla ciebie dziwnie, ale ciężko jest mi sobie wyobrazić, co mógłbym zrobić z tym całym wolnym czasem…- przyznałem, zaśmiawszy się lekko. Amadeusz spojrzał na mnie bez zrozumienia.- Wydaje mi się, że przede wszystkim byłbym strasznie samotny. Bez przyjaciół. I nie tylko bez nich, bez ludzi w ogóle. To naturalne, że wychodzisz na ulicę i mijasz przechodniów. Masz znajomych i kolegów. Swoją grupę. Czasem jest dzięki temu świetnie. Czasem ktoś cię denerwuje i smuci, ale to też całkiem normalne. Nie mógłbym chyba funkcjonować bez kontaktowania się z innymi… To znaczy wiem, że wy macie świadomość swojej obecności. Ale to też jest na swój sposób przykre. Wiecie, że gdzieś tam jest ktoś taki jak wy, ale nie tolerujecie się wzajemnie i unikacie. Nawet nie z waszej woli, a swoistej natury. A poza tym… Kiedy pierwszy raz wyobraziłem sobie, jak to jest być kimś takim jak ty, uznałem, że to wspaniałe- przyznałem szczerze.- Móc pojawić się w każdym, dowolnym miejscu, zobaczyć te wszystkie niezwykłe rzeczy, obserwować zachowania ludzi… Tylko, że… To jest wyjątkowe dla mnie. Myślę, że dla ciebie nie jest. Wiesz, dlaczego ludzie podróżują do innych krajów, organizują wyprawy, chcą poznać świat…? Niektórym pewnie zależy tylko na wypoczynku, ale dla wielu to przede wszystkim niesamowite emocje. Chęć poznania czegoś nowego, świadomość, że doświadcza się czegoś niesamowitego, że może jest się w tym miejscu po raz pierwszy i ostatni w życiu, adrenalina… Wszystko to na raz. Gdybym teraz przeniósł się do jakiegoś miejsca, które zawsze chciałem zobaczyć na własne oczy, pewnie to właśnie bym czuł. Ale gdybym mógł się tam przenosić raz po raz, nie byłoby to już w żaden sposób wyjątkowe. No i kwestia celu… Nie zrozum mnie źle, nie znam was na tyle, by to zrozumieć, ale wydaje mi się… Wydaje mi się, że ty nie masz żadnego konkretnego celu- przyznałem, wzruszając niepewnie ramionami.- Może wcale go nie potrzebujesz!- dodałem natychmiast, nie chcąc zabrzmieć niewłaściwie.- Ja zresztą nie jestem odpowiednią osobą, by ci o tym mówić, bo sam nie mam żadnego, ale… Ale ludzie zazwyczaj mają cele. Jenna chce zostać dziennikarką. A raczej chciała, jakieś dwa tygodnie temu- uśmiechnąłem się lekko.- Teraz może chce robić coś innego. Ale w tym właśnie sęk. Ludzie mają jakieś plany. I ambicje. Cały czas do czegoś dążą. Czasem im się udaje, czasem nie, ale trudno mi sobie wyobrazić funkcjonowanie bez marzeń, bez spraw, którymi musiałbym się zająć, którym musiałbym się poświęcić… Zresztą, nie słuchaj mnie…- rzuciłem, uśmiechając się niepewnie, bo dostrzegłem, że Amadeusz z każdym moim słowem sprawia wrażenie coraz bardziej poirytowanego.- Jest strasznie późno, pewnie gadam same bzdury… Mówię serio, zapytaj mnie jutro, może wymyślę coś bardziej konstruktywnego.
Wyminąłem demona i już miałem wyjść z kuchni, gdy usłyszałem jego odpowiedź.
-Masz mnie- rzucił Amadeusz. Odwróciłem się w jego stronę, spoglądając na niego ze zdziwieniem.- To ci nie wystarcza…?- zapytał niemalże z urazą.
Parsknąłem cicho.
-Jak zwykle jesteś ponadprzeciętnie skromny, co…?- zażartowałem, chcąc nieco rozluźnić atmosferę.- Uważasz, że wystarczy twoje towarzystwo, żeby zapomnieć o ludziach, marzeniach, planach, ambicjach…? Chyba masz rację- przyznałem po chwili zastanowienia, choć nie było to zbyt optymistyczne stwierdzenie. Odkąd poznałem Amadeusza, wiele w moim życiu się zmieniło. Nie cofnąłbym tego, co się wydarzyło, ale nie dało się ukryć, że pomimo wielu wspaniałych doświadczeń i decyzji, jakie dzięki niemu podjąłem, odizolowałem się mocno od przyjaciół, od ludzi w ogóle, prawie nie miałem życia towarzyskiego, zaniedbałem zupełnie szkołę i w efekcie nie zdałem. To znaczy wkrótce nie zdam, ale na jedno wychodzi. Może mój osąd był błędny. Może to samo zdarzyłoby się i bez Amadeusza. Z Ricky’m i jego oszustwami… Chociaż… Wydawało mi się, że główne znaczenie ma to, że Amadeusz jest demonem. Choć rzecz jasna, jego zaborczy i egoistyczny charakter też trochę mnie ograniczał.- Taki już jestem- stwierdziłem, wzruszając ramionami.- Kochałem się beznadziejnie w Ricky’m, a teraz kocham się beznadziejnie w tobie.
Sądziłem, że to już koniec tej rozmowy, więc zgasiłem światło w kuchni i wróciłem do sypialni. Usiadłem na brzegu łóżka i wtedy zdałem sobie sprawę, że demon podążył za mną. Stał tuż obok, nie odrywając ode mnie wzroku.
-Chcesz powiedzieć, że czujesz do mnie to, co czułeś do niego…?- zapytał.
Oho. Znowu przebłyski dawnego Amadeusza.
-Nie- odpowiedziałem spokojnie.- Z nim nie było to coś tak poważnego. Poza tym, jesteście dwoma różnymi osobami, więc to oczywiste, że czuję do was coś zupełnie innego. Tylko ja wciąż jestem dokładnie taki sam. I może w tym tkwi problem.
Demon patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, nie mówiąc ani słowa. Wreszcie wymamrotał coś, co było chyba bardzo lakonicznym pożegnaniem i zniknął. Westchnąłem głęboko. Napiłem się wody, po czym odstawiłem butelkę i położyłem się. Sen jednak nie przyszedł prędko. Długo zastanawiałem się nad naszą rozmową i nad swoją własną postawą. Amadeusz ostatnio złagodniał. Może zrozumiał, że za bardzo na mnie w pewnych kwestiach naciskał, że za bardzo mnie ograniczał. Byłem w końcu tylko człowiekiem, nie mogłem zamknąć swojego świata wyłącznie do jego osoby. Problem w tym, że ja również to czyniłem. Teraz spędzałem więcej czasu z Jenną, ale moja szkoła, moje funkcjonowanie poza nią… Musiałem się za siebie zabrać. Zrobić coś. Zapisać się na jakiś kurs, znaleźć sobie jakieś zajęcie, hobby…
Nie chciałem, aby wszystko, czym się zajmowałem, sprowadzało się do Amadeusza i jego zachcianek.
Potrzebowałem choćby odrobiny samodzielności.

sobota, 7 września 2013

Ogłoszenie

Pewnie wiele osób się tego spodziewało (a wiele wiedziało od jakiegoś czasu), ale teraz, po zakończeniu "Chaosu" mam zamiar pisać kolejne dodawane co dwa tygodnie opowiadanie. Będzie się ono ukazywało na innym blogu, ponieważ na pewno będzie od "Chaosu" dłuższe, poza tym jest tu już sporo historii i nie chcę wprowadzać zbędnego zamętu. Bloga znajdziecie tutaj. Nie jest on oczywiście jeszcze do końca przygotowany i pewnie zajmie to trochę czasu, choć pierwszy rozdział ukaże się już w poniedziałek, więc jeśli ktoś jest zainteresowany - serdecznie zapraszam.

Z "Chaosem" będzie to opowiadanie łączyć nie tylko regularność, ale przede wszystkim realia. Wydarzenia będą się rozgrywały około czterdzieści lat po finalnej bitwie, choć w zupełnie innym miejscu i innych okolicznościach. Te dwa opowiadania nie będą ze sobą w bezpośredni sposób związane (co oznacza mniej więcej tyle, że nie trzeba znać "Chaosu", by orientować się w fabule), jednak osoby, które czytały "Chaos", na pewno znajdą tam odpowiedzi na kilka pytań, bowiem niektóre wątki, które zostały otwarte i poruszone w tym opowiadaniu, będą tam miały ciąg dalszy i zostaną wyjaśnione.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie, przypominam, że za tydzień ukaże się "Sunrise", a następnym opowiadaniem w kolejności będzie "Wyzwanie".

Rozdział 51 [Chaos]

Podziękowania

Przed Wami ostatni rozdział "Chaosu". To opowiadanie jest dla mnie ważne nie tylko ze względu na to, jak długo je pisałam i że udało mi się dobrnąć do końca (co jest w moim przypadku niewątpliwym sukcesem), ale przede wszystkim dlatego, że po "Every Me" zwątpiłam, czy uda mi się prowadzić jakiekolwiek opowiadanie w mniej więcej regularnym rytmie. Właściwie większość historii, które zaczynałam na tym blogu, rozpoczynane były z myślą, iż będą ukazywać się w jakichś w miarę stabilnych i przyzwoitych odstępach czasu. Jednak za każdym razem coś nie wychodziło, a liczba opowiadań zaczęła szaleńczo narastać, czego efekty zapewne widać ;). Do tej pory staram się nieco uporządkować te kwestie, ale "Chaos" jest dla mnie opowiadaniem niewątpliwie przełomowym, zwłaszcza, że zamierzam pozostać w jego świecie i realiach na dłużej. Informacje o tym znajdziecie jednak w powyższym ogłoszeniu. Teraz chciałabym przejść do właściwej części podziękowań i zwrócić się do osób, które miały niewątpliwy wpływ na sam charakter "Chaosu", jego treść, formę albo najzwyczajniej w świecie - moją chęć do pisania.

Dziękuję więc:

Magdalenie - mojej ukochanej i najwspanialszej becie, za... Właściwie wszystko, bo dziękowanie jej tylko za czuwanie nad moimi literackimi wybrykami, byłoby zdecydowanym brakiem wdzięczności. Za komentarze, motywację, cierpliwość, pomysły i wsparcie od strony medyczno-biologiczno-logiczno-wszelakiej ;).

Sake - autorce rysunku Amira i Nadima, który możecie podziwiać w nagłówku bloga.

Virusowi - za czytanie przedpremierowych rozdziałów i wylewne, inspirujące komentarze.

Luanie - która w swych komentarzach po raz kolejny towarzyszyła bohaterom mojego opowiadania i dawała mi nimi niewątpliwą chęć do kontynuowania tej historii.

Ai~chan - za długie, liczne i wspomagające leniwą, autorską wenę, komentarze :).

A także wszystkim pozostałym osobom, które były/bywały na tym blogu i zostawiły po sobie wyraźny ślad w mojej pamięci, motywując mnie do pisania: J., cuzwant, Loli, D., Cannum, Miraculi, indy i Ann.

Miłego czytania :)


Amir przebudził się i uchylił powieki. Natychmiast oślepiło go jaskrawe światło. Odruchowo chciał unieść lewą rękę, by zasłonić oczy, jednak nie był w stanie nią poruszyć. Czuł jedynie przytępiony nieco ból, rozchodzący się wzdłuż ramienia i miał wrażenie, jakby jego kończyna przytwierdzona była do tułowia. Wreszcie, przyzwyczaił się do nieznośnej jasności i udało mu się zlokalizować jej źródło – ogromne okno, które wpuszczało do pomieszczenia promienie słońca.
Leżał, jak się okazało, nieopodal niego, tuż przy ścianie, na prowizorycznym posłaniu, okryty kocem. Poczuł przeszywający ból głowy i z cichym syknięciem uniósł, tym razem prawą, dłoń, wyczuwając w okolicach potylicy opatrunek. Miał wrażenie, jakby jego ciało jeszcze nie do końca przebudziło się ze snu, każdy ruch wykonywał bardzo powoli i z trudem. Odwrócił twarz w drugą stronę.
Ogarnęło go zdumienie. Na posłaniu obok leżał Nadim. Oczy miał zamknięte, twarz nieruchomą, na jego skroni znajdował się opatrunek.
-Nadim…- wydusił z siebie mężczyzna, gotów zerwać się i próbować go dobudzić, ale, nie wiedzieć skąd, nagle znalazł się przy nim ktoś, kto chwycił go mocno za ramiona, zmuszając do tego, by pozostał na swoim miejscu. Władca przeniósł na intruza zdumione spojrzenie. Elnir.- Zostaw…- rzucił głucho, wciąż starając się podnieść, jednak przyjaciel kochanka skutecznie mu to uniemożliwiał.- Muszę…
-Nic mu nie jest- odpowiedział spokojnym i zdecydowanym głosem potomek wilków, uśmiechając się lekko.- Obudził się już na długo przed tobą, też musiałem go odciągać, bo chyba z tej troski poturbowałby cię jeszcze bardziej… Jesteś w znacznie gorszym stanie od niego i nie powinieneś się ruszać, chyba zdajesz sobie z tego sprawę…?
Amir spojrzał raz jeszcze w stronę kochanka, przyglądając mu się z uwagą.
-Na pewno…?- dopytał cicho, przenosząc wzrok na Elnira.- Na pewno wszystko z nim w porządku?
-Cóż… Wszystko pewnie nie, nie był do końca przytomny, gdy ze mną rozmawiał, ale ma się całkiem dobrze- stwierdził z pełnym przekonaniem potomek wilków.- Nie musisz się przejmować, wypił jakieś ziółka i zasnął. Pewnie wkrótce się przebudzi.
Władca, w duchu, odetchnął z ulgą. Uniósł się nieco na jednym z przedramion, na tyle, na ile pozwolił mu trzymający go wciąż Elnir i rozejrzał po pomieszczeniu.
Okazało się ono niezbyt dużą salą. Oprócz nich, znajdowało się w niej jeszcze około dwudziestu paru osób, ułożonych w taki sam sposób, większość z nich spała. Gdzieś pomiędzy posłaniami wędrował nadworny medyk, tym, którzy byli przytomni, jakiś mężczyzna przyniósł jedzenie, a dwie kobiety siedziały w kącie pomieszczenia, obmywając ciało ciężko rannego potomka wilków. Amir opadł z powrotem na plecy. Był pewien, że rannych było znacznie więcej, zapewne przebywali w innych miejscach albo pomieszczeniach.
-Co się stało…?- dopytał Amir. Pamiętał o walce stoczonej z Fortisem i pamiętał jej zakończenie, ale to, co wydarzyło się później, było bardzo mgliste.- Wczoraj…
-Wczoraj to akurat spałeś…- Elnir parsknął cicho, unosząc brew w pobłażliwym geście.- Przedwczoraj zresztą też. To znaczy podobno ocknąłeś się raz czy dwa, ale ten twój medyk pilnował, żebyś się nie dobudził, chyba za bardzo by cię bolało… Ale wiem, o co pytasz. Zebrałem tych potomków wilków, którzy zdecydowali się jechać ze mną… Część z nich nie zgodziła się brać w tym udziału, ale była to nieduża grupa…- stwierdził przywódca plemienia.- Nim dotarliśmy na ulice, armia Fortisa zdążyła się już pojawić. Z początku wydawało mi się, że znaleźliśmy się w dobrym miejscu, w ten sposób mogliśmy otoczyć oddział, ale siła, jaką władali ci wojownicy…- Elnir westchnął głęboko i pokręcił głową.- To nie była siła żadnego śmiertelnika. Bezlitośnie dziesiątkowali wasze oddziały, zasiali prawdziwy popłoch… Dołączyliśmy do waszego generała i musieliśmy się wycofać, chociażby po to, by zabrać z najbliższych terenów część ludności, jaka tam pozostała… Oni natomiast nie szli już w jednym szyku, ale rozdzielili się. Starcie z nimi było właściwie niemożliwe do przeżycia, każdy z nas zdawał sobie z tego sprawę. Pomagałem ludziom, a później wróciłem w okolice schronu. Zauważyłem, że wejście do niego było otwarte. Nie wiem z jakiego powodu. Ci, którzy znajdowali się najbliżej wyjścia, wydostawali albo przynajmniej próbowali wydostać się na zewnątrz. Chciałem im pomóc, ale wtedy pojawił się jeden z wojowników Fortisa. Byłem pewien, że zginę. Niebo zaczynało ciemnieć, robiło się coraz bardziej czerwone, właściwie wręcz szkarłatne…- Amir słuchał jego słów z uwagą, przypominając sobie dokładnie przebieg starcia z Fortisem.- Kiedy to zobaczyłem, byłem pewien, że wam się nie powiodło. I że sam zaraz zginę. Stanąłem do pojedynku, ale wtedy, tamten potomek wilków upadł nagle bez życia. Pozostali podzielili jego los. W schronie panowała panika, więc musieliśmy pomóc tym, którzy się tam znajdowali, wydostać się na zewnątrz… A później zobaczyłem was. Swoją drogą, mieliście dużo szczęścia, że tam byłem, bo nie bardzo wyróżnialiście się na tle zastępów trupów…
-Jak wielu zostało rannych…?- zapytał cicho władca, patrząc na dowódcę plemienia z uwagą.
-Więcej niż zabitych, choć raczej cię to nie pocieszy, zważywszy na fakt, że i tych pierwszych jest od groma… Twoje wojsko oczyszcza ulice, ale trochę zajmie, nim doprowadzą je do jako takiego porządku… Od początku wiedziałem, że ci się powiedzie, człowieku- dodał po chwili, uśmiechając się lekko.
-Nie…- zaprotestował Amir.- Ja niczego nie zrobiłem, to Fortis sam…- zaczął, po czym syknął głośno, odzyskując chyba czucie w całym ciele, a przynajmniej coraz mocniej odczuwając przytłumiony wcześniej ból, w różnych partiach ciała.
Lewe ramię dokuczało mu najbardziej, jakby ktoś nieustannie szarpał za nie, usiłując wyrwać z jego ciała. Zacisnął powieki i jęknął głucho, kładąc dłoń na czole.
-Nie musisz nic teraz mówić…- stwierdził Elnir, prostując się.- Wypoczywaj. Ja muszę iść do swoich braci. Swoją drogą, ci twoi arystokraci to gorsi upierdliwcy niż się spodziewałem… Lepiej zdrowiej szybko, bo chyba zaczynają się za bardzo panoszyć.
Amir uśmiechnął się mimowolne. Gdy przywódca potomków wilków odszedł, przetoczył się na prawy bok. Przyglądał się śpiącemu Nadimowi z niewypowiedzianą ulgą. Szczerze mówiąc, choć z całych sił próbował od siebie odsuwać te myśli, nie przypuszczał, by któremukolwiek z nich udało się przetrwać starcie z Fortisem. Teraz to wszystko było za nimi. Wojna musiała przynieść wiele zniszczeń i strat, jednak zwyciężyli, a jej sprawca i orędownik „porządku” zginął. Chociaż, Amir nie był pewien, czy tak można było określić to, co spotkało legendarnego bohatera. I nie miał już takiej, jak wcześniej, łatwości formułowania ocen. Fortis się pogubił. Realizował plan, który nie był właściwie możliwy do realizacji, plan szalony i pozbawiony jakichkolwiek racjonalnych podstaw, ale… W pewnych sprawach trudno było odmówić mu racji. Może dlatego, władca w pierwszym odruchu sądził, że uda mu się go uratować. Ale pustka jaką widział w oczach potomka wilków oznaczała, że nie było już nic do ocalenia. Przejście zniknęło, a wraz z nim to, do czego prowadziło. Zniknął więc i kryształ. Nie było szans, aby dostał się w niepowołane ręce. A wraz z kryształem zniknął ten, który go stworzył – demon, sprawca całego tego nieszczęścia. Aż trudno było uwierzyć, że rzeczywiście są już bezpieczni.
Nadim poruszył się lekko. Uchylił powieki, natychmiast natrafiając na spojrzenie człowieka. Zamrugał kilkukrotnie, wyraźnie zaspany, po czym szeroki uśmiech wymalował się na jego wargach. Wysunął rękę spod kołdry i wyciągnął ją w kierunku Amira. Władca uczynił to samo, odnajdując dłoń kochanka i ściskając ją lekko.
-Cześć…- szepnął Nadim, nie przestając się uśmiechać.- Czekałem na ciebie.
-Tęskniłeś?
-Nudziłem się.
Człowiek zaśmiał się lekko. Potomek wilków puścił jego dłoń. Mężczyzna z lekkim zdumieniem patrzył, jak ten podnosi się nieco. Chwycił się w pół, a na jego twarzy wymalował się grymas bólu.
-Nie powinieneś wstawać…- zauważył władca, ale kochanek moment później przesunął się bliżej jego posłania. Amir zrobił mu miejsce, pozwalając, by ten ułożył się tuż przy nim. Potomek wilków objął go mocno.
-Przecież nie wstaję- odparł, wciąż zmęczonym głosem, wtulając twarz w szyję kochanka.
Leżeli przyciśnięci do siebie kurczowo, tak blisko jak wtedy, gdy nie musieli się przejmować niczym i nikim dookoła. Teraz było dokładnie tak samo, choć w sali roiło się od innych osób. Amira wcale to nie obchodziło. Miał wrażenie, że jego kochanka również. Zależało mu jedynie na tym, by mieć go przy sobie. I wiedział już, że uczyni wszystko, co w jego mocy, by tak pozostało.
Nadim złożył kilka powolnych pocałunków na ramieniu człowieka, później na jego szyi, wreszcie, usta potomka wilków przesunęły się na policzek Amira i zaczęły wędrować po jego twarzy. Kochanek całował jego czoło, powieki, linię szczęki, aż wreszcie, stęsknione za nim wargi. Amir obejmował go jednym ramieniem, wciąż czując nasilający się z każdą chwilą, nieznośny ból. Nie wiedział, czy to kwestia obrażeń czy podawanych mu później specyfików, ale robił się coraz bardziej senny, czuł, że lada chwila zaśnie. Potomek wilków oderwał się od jego warg i oparł dłoń na policzku mężczyzny.
-Dobrze widzieć cię żywego- szepnął miękko.

Amir stał na ustawionym w centrum głównego placu podwyższeniu. Czuł się lepiej, choć z pewnością niewiele lepiej wyglądał. Poruszał się jeszcze nie do końca sprawnie, jego lewa ręka, ugięta i zabandażowana wraz z tułowiem, spoczywała nieruchomo pod połami szaty. Po jego prawej stronie, znajdował się Elnir, który sprawiał wrażenie skrępowanego okolicznościami i z rosnącą nieufnością obserwował gromadzący się dookoła tłum, zapewne dlatego, iż był to tłum złożony wyłącznie z ludzi. Po lewej stronie władcy, zatrzymał się generał Manus, a kawałek za nim, czekali pozostali przemawiający, arcykapłan wraz ze swoją świtą i kilku urzędników, mających poinformować lud o konkretnych działaniach albo bieżącym stanie tego, czym się zajmowali. Z przodu krzątał się , ledwie widoczny na tle pozostałych obecnych Fryderyk, który zapewne sam chciałby zabrać głos przy takiej okazji, jednak jego zadaniem było jedynie pilnowanie przebiegu całej ceremonii. Oczywiście nie krył rozczarowania tak „rażącą niesprawiedliwością”, ale Amira nieszczególnie obchodziły jego argumenty i nawet nie musiał na nie zważać, bo okoliczności zdecydowanie nie sprzyjały wygłaszaniu krytyk politycznych albo próbom realizowania swoich interesów i postulatów, nawet w najbardziej subtelny sposób. Rzecz jasna, Fryderyk zachowywał się względem niego znacznie bardziej łagodnie, można by wręcz zaryzykować określenie – posłusznie , niż do tej pory, ale trudno było powiedzieć, czy ten nagły przypływ szacunku był szczery czy jedynie wykalkulowany. A nawet jeśli to pierwsze, władca podejrzewał, że może zniknąć tak nagle, jak i się pojawił. Amir chciał przedstawić ludności bieżące dane i to, czym obecnie zajmuje się i zajmować będzie królestwo. Wielu obywateli wciąż było zdezorientowanych. Zniszczenia na szczęście nie objęły znacznej części miasta, ale masa ludzi została bez dachu nad głową, wielu zostało ciężko rannych albo utraciło członków rodziny. Wojska były na ulicach, żołnierze mieli za zadanie zachować porządek, nie dało się co prawda wyczuć żadnego napięcia czy ewentualnego konfliktu, a wprost przeciwnie, jednak nie warto było ryzykować. Władca postanowił wykorzystać tę ewentualność do paru innych spraw. A że arcykapłan wyraził chęć uczestnictwa i prowadzenia mszy, w podzięce bogom za zwycięstwo – zezwolił i na to, wiedząc, że jest to moment, w którym lud z pewnością tego potrzebuje. Nie będąc jednak pewnym, na ile swobody w wypowiedziach i ocenie obecnego stanu pozwoli sobie arcykapłan – zadbał, by to Manus przemawiał jako pierwszy.
Dlatego też, gdy nadszedł czas, rozbrzmiał gong i wszyscy znajdujący się najbliżej umilkli – Fryderyk dał znak generałowi, by wyszedł na przód i zaczął, co Manus uczynił.
-Mówię do was w imieniu króla, armii i swoim własnym, nie tylko generała, ale przede wszystkim człowieka, który brał udział w bitwie od samego początku do końca i który przeżył dzięki wsparciu swoich żołnierzy… i nie tylko- dodał, zerkając w stronę Elnira. Potomek wilków odkaszlnął, wyraźnie skrępowany i skinął głową w kierunku generała, w uprzejmym geście.- Wielu z was nie zdawało sobie sprawy z tego, z czym się mierzyliśmy. Przyszło nam walczyć z siłą, która wydawała się być nie do poskromienia, z siłą nadludzką i absolutnie niszczycielską… A mimo to, zwyciężyliśmy.
Po jego słowach rozległy się oklaski i okrzyki radości. Manus uniósł dłoń w górę, uspokajając tłum.
-Ponieśliśmy ogromne straty…- kontynuował spokojnym, aczkolwiek stanowczym i donośnym głosem.- Zarówno te, które da się zastąpić i naprawić, jak i te, które nigdy zastąpione nie zostaną… Wiecie dobrze, o czym mówię. Armia straciła wielu wiernych i dzielnych żołnierzy. Ich rodziny – ojców i synów. Poległo także wielu cywili. Śmierć każdego z tych ludzi nie jest jedynie tragedią najbliższych, ale przekłada się na straty całego królestwa i tak też będzie, z woli króla, traktowana. Dlatego dowiecie się wkrótce o wsparciu dla tych rodzin, które zostały pokrzywdzone wskutek wojny i nie są w stanie się utrzymać, przez śmierć któregoś z jej członków, zniszczeń własności czy też odniesionych obrażeń uniemożliwiających podjęcie zatrudnienia. Armia, według rozkazów, pozostanie na ulicach, nie tylko po to, by pilnować porządku, ale również, by wspomagać ludność w próbach odbudowy ich mienia. Gdybyśmy mieli dziś odznaczać bohaterów, stały by za mną zastępy żołnierzy i cywilów, bowiem każdy, kto zdał sobie sprawę z tego, z czym przyszło nam walczyć i poczuwszy lęk w sercu, nie uciekł, nie spanikował, a stanął do boju, zasługuje na to miano… Ale jest tu tylko jedna osoba…- stwierdził Manus, patrząc w kierunku Elnira.- Potomek wilków. Przywódca plemienia, który poprowadził swoich braci do walki, walki u naszego boku. To wydarzenie wyjątkowe w naszej historii. Od wieków bowiem, wielu z nas, traktowało ich jako potencjalnych wrogów, a nie potencjalnych sojuszników, którymi się okazali. Wśród społeczeństwa krążyło wiele nieprawdziwych opinii i krzywdzących ocen. Przyszło bowiem ludności żyć w pobliżu tych, z których wielu w przeszłości, ta ludność właśnie, wymordowała, podbijając kontynent, robiąc miejsce dla własnych osad i królestw, niszcząc cały ich dobytek, kulturę, zabierając mienie i życie tym, którzy wcale na to nie zasłużyli…- powiedział. Fryderyk słuchał tego wszystkiego ze skwaszoną miną. Amir był pewien, że wśród gromadzących się przy podwyższeniu ludzi również znalazłoby się wielu, którzy byliby gotowi otwarcie zaprotestować, gdyby nie osoba mówiącego. Manus wzbudzał bowiem powszechny szacunek.- I ludność ta nie chciała zaakceptować tego faktu. Nie chciała zaakceptować swoich dawnych przewinień i dlatego całą odpowiedzialność za nie, zrzuciła na tych, którzy byli ofiarami jej działań. Tak napędzał się nieuzasadniony konflikt, który stopniowo łagodniał w ciągu ostatnich lat, szczególnie w czasie panowania poprzedniego króla… Trudno jednak było wyzbyć się uprzedzeń niechęci wobec tych, których właściwie nie znaliśmy. Znamy ich teraz. Wiemy, że nie są intruzami. Ich pomoc w czasie walki, jak i później, okazała się być nie do przecenienia. Są na swojej ziemi – udowodnili to, oddając życie za nią i za ludzi, w których obronie stawali. Dali też najlepszy wyraz temu, że nie dążą do naszej zagłady, a wprost przeciwnie. I choć droga do pełnego pojednania nie będzie prosta, oto postawiliśmy pierwszy krok, by uczynić je bardziej rzeczywistym… Dlatego za zasługi całego  plemienia, chcę nagrodzić jego przywódcę Orderem Bohaterów Alitis… Najwyższym istniejącym w naszym królestwie…
Manus wziął od Fryderyka trzymaną przez niego szkatułę i podszedł do potomka wilków. Wyjął z pojemnika order, po czym zawiesił go na szyi Elnira. Ten uśmiechnął się w odpowiedzi, nieco nerwowo. Gdy Manus odsunął się, obejrzał wyróżnienie z odrobinę pobłażliwą miną. Amir uśmiechnął się do siebie mimowolnie. Potomkowie wilków raczej nie zdawali sobie sprawy z jego wagi na terenie Alitis. Przez moment, zdawało się, że na placu panuje zupełna cisza, po czym, nagle, rozległy się donośne oklaski. Tłum zaczął wykrzykiwać hasła nie gniewne czy pełne niechęci, a wprost przeciwnie, radosne – co dla Elnira musiało stanowić niemałe zdumienie i może dlatego wzbudziło w nim jeszcze większą konsternację.
Niedługo później, rozpoczęła się msza. Amir wciąż stał blisko potomka wilków, który przysłuchiwał się słowom arcykapłana z wyraźnym znudzeniem, a może i swoistym niesmakiem. Miał jednak pewność, że z ust przywódcy kościoła, nie wyjdzie żadna krytyka czy negatywna ocena udziału potomków wilków w starciu. Po takim wyróżnieniu, po przemówieniu generała i po tym, jak to wszystko przyjęli ludzie – arcykapłan naraziłby się na bardzo nieprzychylne komentarze.
-Propagandowa szopka…- mruknął potomek wilków w kierunku władcy.
Amir spojrzał na niego z rozbawieniem.
-Co ci się znów nie podoba…?- zapytał.
-Wydaje ci się, że skoro, wyjątkowo, robicie to na naszą cześć, zmienię zdanie…?- Elnir prychnął cicho.- Wcześniej takie same przemówienia wygłaszano nie w naszej obronie, a wprost przeciwnie, by nas poniżyć… Wy, ludzie, nigdy się nie zmienicie…
-Chyba nie o nas wszystkich masz tak negatywne zdanie…- rzucił Amir z nutką złośliwości.
Oto bowiem, przy samym podwyższeniu, stała pewna niewiasta, która wydawała się władcy znajoma, choć nie pamiętał już, gdzie ją widział. Raz po raz spoglądała jedynie w kierunku Elnira i uśmiechała się do niego. On również unosił kącik ust w lekkim uśmiechu odpowiadając jej tym samym, z wyraźnym zadowoleniem wyłapując jej kolejne spojrzenia.
Potomek wilków odkaszlnął cicho.
-Nie wiem o czym mówisz- odparł dyplomatycznie.
-Oczywiście…- parsknął cicho władca.- Do niej też zwracasz się „człowieku”…?
Elnir z trudem stłumił w sobie śmiech.
-Ona… Ona jest wyjątkiem od reguły, człowieku- odpowiedział jedynie.- Zresztą, akurat ty nie będziesz mnie pouczał o międzyrasowych związkach.
-Och. Więc to już związek…?
Potomek wilków spąsowiał nieco i nie odpowiedział nic na tę uwagę, a zamiast tego, zapytał:
-Co planujesz zrobić w związku z Nadimem…?
Władca spojrzał na niego z uwagą.
-O co pytasz?
-Dobrze wiesz o co. Bo coś zamierzasz zrobić, prawda…?- dopytał surowo.
Amir skinął głową, odwracając wzrok w stronę tłumu.
-Pracuję nad tym- odpowiedział.

Amir, wraz z grupką żołnierzy, która, zresztą z polecenia Manusa i zgodnie z przepisami dotyczącymi stanu wyjątkowego, towarzyszyła mu gdziekolwiek się udał, pojawił się w obozowisku potomków wilków. Pobratymcy Nadima już od kilku dni zajmowali się porządkami, zarówno usuwaniem pułapek i ponownym zabezpieczaniem lasu, jak i przenoszeniu obalonych drzew w dalsze miejsca. Chyba jeszcze sami nie wiedzieli, co z tym wszystkim zrobić. Władca zaoferował im co prawda pomoc, ale Elnir jak zwykle uniósł się dumą i stwierdził, że oni, potomkowie wilków, poradzą sobie sami i nie potrzebują pomocy ludzi. Podobnie zareagował na sugestię, że wielu rzemieślników, kupców czy nawet drwali, chętnie wykupiłoby od nich drewno. Co oczywiście oznaczałoby w konsekwencji, iż potomkowie wilków zaczęliby posługiwać się tym, na co wielu z nich patrzyło wciąż cokolwiek pogardliwie i nieufnie – złotem. Decyzje przywódcy nie wydawały się jednak być ostateczne i w ich przyczynie mogło kryć się coś zupełnie innego. Amir zdawał sobie sprawę z tego, że po tym, co zdarzyło się w dzień bitwy, sytuacja w plemieniu nie była tak dobra jak wcześniej. Potomkowie wilków, którzy nie wsparli ludzi, nie zostali skazani na banicję, pozostali w grupie. Trudno było się temu dziwić, w wojnie zginęło wielu pobratymców Nadima, plemię było jeszcze mniej liczne niż wcześniej, nie mogli sobie pozwolić na kolejny uszczerbek. Co za tym szło, potomkowie wilków nie stanowili już zwartej jedności. Zaczynały się wśród nich tworzyć jakieś podziały, którym Elnir starał się zapobiec, choć chyba na próżno. Jak na ironię, zdawało się, że to właśnie mieszańcom lasu trudniej było przywyknąć do nagłej poprawy stosunków z królestwem, niż jego obywatelom. Amir nakazał swoim żołnierzom zaczekać i zsiadł z konia, po czym ruszył w stronę już kuśtykającego ku niego Elnira.
-Na litość boga!- syknął gniewnie potomek wilków.- Musisz przysyłać tu tych gońców i wszystko zapowiadać?! I przyjeżdżać z całą świtą?! Nie mógłbyś się pojawić tutaj sam, bez żadnej zapowiedzi, jak to miewałeś już w zwyczaju?- burknął.- Ludzie, ludzie, ludzie!- westchnął cierpiętniczo.- Cały dzień się tu jacyś kręcą! Ani chwili spokoju!
Amir zaśmiał się lekko.
-Wolałem, żebyś był na miejscu. Chciałbym to załatwić możliwie jak najprędzej- odparł.
-Chodź…- mruknął Elnir, dając mu znak dłonią, by ten szedł za nim.
Amir tak też uczynił. Na środku obozowiska rozpalone było ognisko, przy którym siedział Nadim i jeszcze jakiś potomek wilków. Były towarzysz człowieka podniósł na niego uważne, nieco niepewne spojrzenie. Uśmiechnął się widząc, że i Amir spogląda na niego ukradkiem.
-To jest Jostif, Nadima już znasz…- przedstawił obecnych Elnir, zajmując miejsce pomiędzy swoimi braćmi. Amir również usiadł przy nich.- Warunki raczej dalekie od królewskich, ale chyba przywykłeś… Czego właściwie chciałeś?
-Złożyć wam pewną propozycję…- odpowiedział spokojnie władca.
-Zamieniam się w słuch.
-Chciałbym włączyć was do królestwa- stwierdził Amir.
Elnir wbił w niego pełne zdumienia spojrzenie.
-Że co…?- rzucił.
-Chciałbym, abyście zostali obywatelami królestwa- powtórzył właściwie to samo, choć innymi słowy, władca, wciąż widząc malujące się na obliczu przywódcy, niepomierne wprost zdziwienie.- Pełnoprawnymi obywatelami- zaznaczył natychmiast.
-… I twoimi poddanymi…- dodał Elnir, mrużąc oczy.
Amir uśmiechnął się kpiąco.
-O tak, o to głównie mi chodzi…- rzucił, kiwając głową.- Z niczego nie czerpię większej, sadystycznej radości, jak ze świadomości poddaństwa twojego wspaniałego, dumnego i wiecznie niezależnego plemienia…
-Dobrze, już dobrze- burknął Elnir, unosząc dłoń na znak, że zrozumiał.- Co to właściwie miałoby zmieniać?
-Mielibyście dokładnie takie same prawa, jak i ludzie- odpowiedział spokojnie Amir.- Mój wuj wprowadził już szereg uregulowań, które wyrównywały waszą pozycję, ale nie da się ukryć, że, tak czy inaczej, jako nie-mieszkańcy, a raczej bezprawni okupanci tych ziem, jak niektórzy was postrzegali, byliście w znacznie gorszej sytuacji…
-Więc jakie to prawa miałyby nam posługiwać?
-Mógłbyś na przykład poślubić swoją ludzką wybrankę i uregulować wszystkie związane z tym kwestie…- Amir uśmiechnął się uroczo.
Nadim z trudem stłumił śmiech. Elnir prychnął, nieco obruszony.
-Ładna złośliwość, człowieku, ale tak się składa, że ani ja, ani tym bardziej moi bracia, nie potrzebujemy waszych małżeństw i uregulowań…- odparł stanowczo.- Właściwie to nie jestem pewien, czy potrzebujemy od was czegokolwiek.
-Zyskacie pełnię praw- powtórzył raz jeszcze władca.- Nikt nie będzie mógł was znikąd wygnać, odmówić wam noclegu w gospodzie czy sprzedaży na targu, będziecie mogli kierować się do sądów, nabywać domy i ziemie, samemu coś sprzedawać, uczyć się w naszych szkołach…
-Uczyć się pierdół!- parsknął Elnir.- Uczymy nasze dzieci tego, co im się przyda, a nie jakichś bredni…
-Nie wiesz, co im się przyda, bo nie wiesz, w jakich czasach przyjdzie im żyć- odpowiedział spokojnie mężczyzna.- Mamy różne szkoły. Uczniowie zawsze uczą się pisania i czytania, wiem, że dla wielu z was ta umiejętność nie wydaje się być istotna, ale zdaję się, że prędzej czy później, przyjdzie nam żyć jeszcze bliżej siebie niż do tej pory i wierzcie mi, ciężko sobie bez tego poradzić i nie dać się oszukać… Oprócz tego, w zależności talentu, jakim się wykażą, mogą dalej uczyć się pod okiem medyków, naukowców, artystów, rzemieślników, kupców, żołnierzy czy przedstawicieli jakichkolwiek innych zawodów, co pomoże im nabyć całą masę umiejętności… Wasi obywatele będą mogli zdobywać zatrudnienie w królestwie… Otrzymają wiele swobód, które naprawdę wam się przydadzą, nawet jeśli teraz, wydają ci się być zupełnie niepotrzebne…
-Doskonale, ale zapewne zyskamy też wiele obowiązków…- odparł Elnir.- Co z podatkami? Z daninami? Ze służbą w waszej armii? Jak to sobie wyobrażasz…?
-Jestem pewien, że uda się to ustalić w jakiś rozsądny sposób… A jeśli nie będzie wam to odpowiadać, możemy uznać, że jest to umowa czysto oficjalna. Zyskacie miano obywateli, ale dopóki nie będziecie w stanie składać danin czy płacić podatków, nie będziecie też tego czynić.
-A co z naszymi ziemiami…?- rzucił Elnir, nie odrywając od władcy uważnego spojrzenia.- Też będą twoje?
-Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale w obliczu prawa, one już są moje…- odpowiedział pobłażliwie Amir, wywołując u przywódcy potomków wilków oburzenie.- Spokojnie…- dodał natychmiast.- Nie zostanie wam odebrany ani skrawek lasu. Przysięgam. Będziecie tu mogli zostać, o ile zechcecie…
-O ile zechcemy…?- podchwycił Elnir, marszcząc brwi.
-Las jest zniszczony.
-A miasto nie…?
-Miasto odbudujemy szybciej.
-Damy sobie radę- odparł stanowczo przywódca plemienia.
Amir skinął głową.
-W porządku.
Elnir sprawiał wrażenie umiarkowanie przekonanego, choć wyraźnie wiele rzeczy budziło w nim jeszcze zdziwienie i niepewność.
-Dlaczego tak ci na tym zależy, co?- zapytał podejrzliwie.
-Chciałbym, żeby ta kwestia została uregulowana- odparł szczerze Amir.- Wszyscy się zgodzimy, że to, co miało miejsce, było zdarzeniem wyjątkowym. W sposób wyjątkowy również, zmieniło nastawienie społeczeństwa do was. Wielu ludzi wyraża wręcz aprobatę, wypowiadając się o waszych zasługach. Nawet nie wiem ile lat, a może raczej, ile wieków musiałoby minąć, by sami z siebie zmienili mentalność… Tak czy inaczej, uważam, że należy z tego skorzystać, bowiem taki stan nie będzie trwał wiecznie. Miesiąc, rok, może pięćdziesiąt lat… Prędzej czy później, nasze stosunki i tak ulegną zmianom, może na lepsze, może na gorsze, sęk jednak w tym, że włączenie was do królestwa może zapobiec ponownemu zepchnięciu was na dalszy tor…
-W jaki niby sposób…?- Elnir spojrzał na niego bez zrozumienia.- Chcesz regulować ludzkie opinie swoimi prawami…?
-Nie. Ale kiedy zostaniecie obywatelami, czas entuzjazmu wobec waszych działań i szacunek wystarczy na przyzwyczajenie się do tego faktu. A gdy ten czas minie, może nadal będziecie inni, ale nie będziecie już obcy. To właśnie zmieni się w oczach społeczeństwa.
Elnir milczał długą chwilę, zastanawiając się nad tym wyraźnie.
-A twoi arystokraci…?- zapytał.- Jak niby zamierzasz to wszystko wprowadzić…?
-Tak jak wprowadza się wszystkie dobre rozwiązania – bez ich wiedzy.
-I tak po prostu się zgodzą…?
-Nie sądzę, aby mieli wybór…- odparł zgodnie z prawdą Amir.- Mają prawo się odwołać, ale teraz opinia publiczna wypowiada się o was pozytywnie, nie będą ryzykować utraty poparcia. A wy będziecie odgrywać coraz bardziej istotną rolę.
Elnir zmarszczył brwi.
-W jaki sposób ma się to niby objawiać…?
Amir odkaszlnął cicho.
-Cóż… Jest wiele sposobów… Jednak chciałbym, aby jeden z was zamieszkał w zamku jako przedstawiciel waszej grupy- wypalił.
-Hę…?- Elnir spojrzał na niego bez zrozumienia. Amir odkaszlnął dyskretnie.- Och!- rzucił przywódca, zdając sobie sprawę w czym rzecz.- Oooch…- parsknął, chichocąc cicho. Władca posłał mu mordercze spojrzenie.- No tak, mogłem się tego spodziewać po tym nadmiarze zaangażowania!- oznajmił z nutką złośliwości.- Zawsze wiedziałem, że wy, ludzie, nie uczynicie dla nas niczego bezinteresownie… Chodzi o kogoś w rodzaju drugiego króla, tak…?
-Raczej bliskiego doradcy- sprostował mężczyzna.
-Jak bliskiego…?- pokpiwał Elnir.
Amir uniósł brew, spoglądając na niego z politowaniem.
-Bliskiego- powtórzył raz jeszcze.
-Hm…- przywódca plemienia udał, że się zastanawia.- Sam nie wiem… Trzeba kogoś wybrać, tak…? Ach, tyle różnych imion przewija mi się w głowie!- władca przewrócił oczyma, widząc, że Elnir doskonale się bawi.- Pierwsze lepsze… Niech stracę! Osoba po mojej prawej! Och, Nadim!- rzucił z teatralnym zdumieniem, zerkając na zdezorientowanego przyjaciela.- Padło na ciebie. Ty jedziesz.
-Ja…?- bąknął potomek wilków zerkając najpierw w kierunku kochanka, a później znów na Elnira.- Ale… To ty jesteś przywódcą…
Elnir parsknął cicho.
-No JA na pewno nie pojadę- oświadczył zdecydowanie.- Moje miejsce jest tutaj, poza tym, to rola przedstawiciela BLISKIEGO władcy, więc…
Amir raz jeszcze spojrzał na niego groźnie.
-Sądzę, że to jeszcze sprawa do przedyskutowania…- zaczął Nadim.
-Można by dyskutować, gdybyś nie chciał jechać- odparł krótko Elnir.- Ale chcesz. Więc w czym rzecz?
Potomek wilków wahał się przez chwilę. Amira trochę to niepokoiło, choć wydawało mu się, że niepewność Nadima nie ma związku z nim czy samym królestwem jako takim. Widział, jak kochanek patrzy na przyjaciela i ogląda się na pozostałych potomków wilków. Władca nie chciał niczego na nim wymuszać, wiedział, że opuszczenie lasu i swoich pobratymców, nie będzie łatwą decyzją. Ale nagle, Nadim uśmiechnął się, niemalże z ulgą.
-Więc… Więc kiedy miałbym jechać…?- zapytał, wciąż jeszcze skołowany.
Amir otworzył usta, ale to Elnir pospieszył z odpowiedzią:
-Najlepiej teraz. Sądzę, że twój ksią… eee… król, jest przygotowany, aby cię stąd zabrać.
-Ale… Ale przecież muszę się pożegnać i…
-Nie musisz się z nikim żegnać- odparł stanowczo jego przyjaciel.- To jest twój dom. Przenosisz się do miasta, ale chyba nie będziesz ubezwłasnowolniony… Mam nadzieję…- dodał, zerkając na Amira znacząco.- Nie zamknie cię w wieży, więc zawsze będziesz mógł się tu pojawić, zresztą na to właśnie liczę. Inaczej, będziemy musieli przygotować oblężenie zamku, a to dużo pracy…- uśmiechnął się lekko.
Nadim spoglądał na przyjaciela z niekłamanym zdumieniem. Może spodziewał się po nim innej reakcji, może sam był jeszcze zaskoczony całą sytuacją i nie wiedział, jak to wszystko przyjąć.
-Chcesz, żebym z tobą jechał…?- upewnił się jeszcze, patrząc na Amira.
-Przecież dobrze wiesz…- odpowiedział cicho władca.
Na ustach Nadima wymalował się szeroki uśmiech. Uściskał serdecznie Elnira i drugiego z potomków wilków, a następnie zerwał się z miejsca i bez słowa pognał w kierunku pozostałych braci. Przywódca plemienia parsknął śmiechem, wstając. Amir uczynił to samo. Przeszli razem kilka metrów, dyskutując jeszcze o sprawach królestwa. Zatrzymali się nieopodal żołnierzy, oczekując na Nadima.
-Jesteś zły, że go stąd zabieram…?- zapytał człowiek, zerkając na Elnira z uwagą.- To znaczy… Wesz, o co pytam.
Przywódca spojrzał na niego i westchnął cicho, wzruszając ramionami.
-Nie. Nie ukrywam, że jego preferencje do… zadufanych w sobie władców nieco mnie zdumiały…
-… rozumiem, że preferencje do ludzi już cię nie zdumiewają…- wtrącił złośliwie Amir.
-… ale…- kontynuował Elnir, ignorując jego słowa.- Cóż. Właściwie to jestem zadowolony, że to akurat ty- stwierdził.
Amir wbił w niego pełne zdziwienia spojrzenie.
-A zresztą, nie zawracaj mi głowy- spłoszył się przywódca, który chyba nie planował podobnej szczerości.
Stali przez kilka minut w zupełnej ciszy.
-Ale wiesz…- zaczął nagle Elnir.- On jest moim najlepszym przyjacielem. I jeśli zrobisz coś nie tak, zapomnę o tym, że jesteś królem- zagroził, zerkając ostro w kierunku władcy.
Amir odpłacił mu się podobnym spojrzeniem.
-Jeżeli nie przestaniesz mi grozić, zapomnę o tym, że jesteś jego przyjacielem- odparł w podobnym tonie.
Spoglądali tak na siebie dobrą chwilę, po czym obaj parsknęli gromkim śmiechem.
-Zabawny jesteś, człowieku!- zachichotał przywódca i klepnął władcę po ramieniu, co i tak było gestem nadmiernie sympatycznym z jego strony.- Też powinieneś się tu od czasu do czasu pojawić…- dodał, by zaraz rzucić wyzywająco- Pokazałbym ci, jak walczy „kaleka”!

Amir wraz ze swym towarzyszem i żołnierzami, wjechał na teren własnej posiadłości. Ci drudzy zatrzymali się nieopodal bramy, czekając na kolejne wezwanie, on natomiast pojechał z Nadimem do samej stajni. Jego kompan zsiadł z konia pierwszy, po chwili władca uczynił to samo. Uśmiechnął się lekko do potomka wilków, wyprowadzając go na zewnątrz. Szli obok siebie, krok w krok, w kierunku zamku, nie mówiąc wiele. Nadim wyraźnie czuł się trochę zdezorientowany, choć również zafascynowany miejscem, w którym się znalazł. Rozglądał się z dużą uwagą. Patrzył na mijanych ludzi, służących i strażników, a gdy ci kłaniali się królowi, ku rozbawieniu Amira, jego kochanek odpowiadał im dokładnie tym samym. Amir dobrze wiedział, że to wszystko działo się bardzo szybko i jego kompan będzie potrzebował długiego czasu, by przyzwyczaić się do nowej sytuacji. Zresztą, całe jego otoczenie również. Weszli do budynku. Przystanęli na moment w holu. Potomek wilków wodził wzrokiem po całym pomieszczeniu. Wydawało się, że jest pod ogromnym wrażeniem tego, co widzi.
-To strasznie duży zamek…- stwierdził, wzdychając cicho.- I piękny.
-Przecież już tu byłeś…- zauważył Amir.
Nadim spłoszył się nieco i spojrzał na kochanka.
Po czym uśmiechnął się lekko.
-Tak- potwierdził, skinąwszy głową.- Ale wtedy nie sądziłem, że kiedykolwiek będę miał tutaj zamieszkać… Miną wieki zanim odnajdę się w tych wszystkich korytarzach- zaśmiał się cicho.
-Zawsze doskonale orientowałeś się w terenie, do tego miejsca też szybko się przyzwyczaisz- uspokoił go Amir, uśmiechając się ciepło.- Zresztą, mnie wciąż zdarza się zapomnieć, gdzie znajduje się to czy inne pomieszczenie… Nie będziesz musiał znać rozkładu całego zamku, wiele pokoi przeznaczonych jest dla służby, wiele jest nieużywanych, wiele też spełnia inne role, na przykład sal do różnego rodzaju zgromadzeń…
Zbliżyły się do nich dwie służące.
-Wasza wysokość!- rzuciły obie, kłaniając się królowi w chodzie.
Nadim natychmiast się im odkłonił.
Spojrzały na niego ze zdumieniem. Jedna z nich zaczerwieniła się wyraźnie. Zachichotały, przyspieszając nieco kroku. Amir zaśmiał się cicho.
-Nie musisz im się kłaniać- poinstruował nieco zdezorientowanego kompana.- To służba. Bądź dla niej uprzejmy i wyrozumiały, ale nie pobłażliwy i nie spoufalaj się zbytnio.
-To twoi służący…- odparł Nadim, nie rozumiejąc.
-Twoi również. Gdy już oficjalnie zostaniesz mieszkańcem tego miejsca, będziesz miał ich do pełnej dyspozycji.
Potomek wilków sprawiał wrażenie cokolwiek zlęknionego tymi słowami.
-Nie potrzebuję służby!- zapewnił władcę natychmiast.- Naprawdę. Dam sobie radę sam.
-Nie zachowuj się tak, jakby to byli niewolnicy, zapewniam cię, że nimi nie są…- Amir uśmiechnął się z lekkim rozbawieniem.- Pracują tutaj, są traktowani właściwie i dostają za to odpowiednie pieniądze. Poza tym, w tak dużym zamku, służba zawsze jest potrzebna. Sam się o tym przekonasz. Funkcjonowanie bez niej jest właściwie niemożliwe.
Nadim pokiwał głową ze zrozumieniem, wyraźnie zamyślony. Sprawiał wrażenie przytłoczonego tym wszystkim i nieco przygaszonego. Wciąż rozglądał się po pomieszczeniu. Mijali ich kolejni służący, mocno zaskoczeni widokiem potomka wilków w tym miejscu.
-Twoi arystokraci nie wiedzą, że tu jestem, prawda…?- zapytał Nadim.
-Zaraz się dowiedzą…- odparł Amir, świadom tego, że Fryderyk aż za dobrze umie pozyskiwać informacje z dworu, zwłaszcza te, które ktoś starał się przed nim ukryć. Dlatego też, władca niczego ukrywać nie zamierzał.- Chodź…- objął potomka wilków ramieniem, prowadząc go w kierunku jednego z korytarzy.- Chciałbym, żebyś kogoś poznał.
-Och, nie…- Nadim był jeszcze bardziej zagubiony i wyraźnie niepewny, jakby spodziewał się jakichś nieprzyjemności. Chyba wydawało mu się, że Amir prowadzi go na spotkanie ze szlachcicami, bo dopytał nerwowo- Oni mogą się nie zgodzić, prawda? Na to, żebym tutaj był?
-Nie- odpowiedział z pełnym przekonaniem Amir.- To mój zamek i mam prawo gościć tu kogokolwiek zechcę, choć oczywiście wywoła to komentarze i pytania. Mogą się nie zgodzić na twoje doradztwo, ale jestem pewien, że nie będą stawiali oporu…- Nadim spojrzał na niego pytająco.- Zostało ich niewielu i nie mają takiej siły, jak wcześniej. Część z nich powróciła po swojej ucieczce i chce odzyskać majątek, więc będą robić wszystko, bym im to umożliwił. Druga część natomiast, chce ten majątek podzielić pomiędzy siebie, a więc również będzie się starała, aby rozstrzygnięcie było dla nich jak najbardziej korzystne… Tak czy inaczej, nie musisz się przejmować.
Potomek wilków nie sprawiał wrażenia, jakby wiele z tych tłumaczeń zrozumiał, ale z pewnością nieco go uspokoiły. Gdy zatrzymali się przed jednym z pomieszczeń, wziął głęboki oddech, chyba rzeczywiście sądząc, że zaraz czeka go spotkanie co najmniej mało przyjemne. Amir wszedł głębiej do komnaty. Zauważył znajomą służkę, która tuliła do siebie niemowlę, nucąc mu coś cicho.
-Zasnął?- zapytał szeptem władca.
Ta umilkła i odwróciła się w jego stronę, dostrzegając go dopiero teraz.
-Nie, panie- odpowiedziała, uśmiechając się pogodnie.- Przebudził się niedawno. Dopiero co był karmiony.
-Daj mi go, proszę…
Położyła dziecko na zdrowej ręce króla. Amir mógł już poruszać także drugą, ale zdecydowanie mniej sprawnie.
-Zostaw nas- nakazał.
-Będę obok- odpowiedziała służąca, wychodząc i mijając Nadima w drzwiach.
Potomek wilków sprawiał wrażenie mocno zadziwionego.
Amir nie był w stanie ukryć rozbawienia.
-To Hatim- powiedział, podchodząc bliżej kochanka wraz z niemowlęciem.- Mój bratanek.
-Mogę…?- zapytał Nadim i zaraz wziął malca na ręce. Przyglądał mu się przez dłuższą chwilę. Radosny uśmiech wkradł się na jego wargi. Zupełnie zniknęła jego wcześniejsza niepewność i niepokój.- Jaki malutki…- stwierdził wesoło, unosząc nieco dziecko.- Wcale nie płacze.
-Dzieci zazwyczaj płaczą na twój widok…?- zaśmiał się władca.
-Cóż…- Nadim opuścił z powrotem dziecko, wciąż nie odrywając wzroku od jego twarzy.- Ludzkie dzieci chyba powinny…
Amir pokręcił jedynie głową, chichocąc.
-Ma niebieskie oczy… Zupełnie inne od twoich…- powiedział Nadim, wyraźnie zaciekawiony i uradowany nieoczekiwanym towarzyszem.- I jest taki cichy…
Powiedział to nieco nie w porę, bo Hatim poruszył się nieznacznie i nagle na jego twarz wstąpił grymas zwiastujący nadchodzący płacz. I zaraz rzeczywiście, niemowlę zakwiliło głośno, zaciskając małe dłonie w piąstki.
-No i wykrakałeś…- zaśmiał się Amir.- Już się na tobie poznał.
Chciał wziąć bratanka, ale Nadim dobrze sobie radził. Widać było, że już wcześniej zajmował się dziećmi w tym wieku. Kołysał Hatima w ramionach i tuląc go do siebie, mówił coś nieustannie:
-Dlaczego płaczesz, maluszku…? Tak, wyglądam chyba trochę strasznie… Ale to tylko uszy. I ogon. Nie widziałeś jeszcze ogona. Zobaczysz jak podrośniesz. Spodoba ci się. Wszystkie ludzkie dzieci lubią nasze ogony…- Amir przysiadł na fotelu, przysłuchując się słowom kochanka i mocno starając, aby nie wybuchnąć śmiechem.- Ogon to fajna sprawa. Pobędę tu przez jakiś czas… Będę cię odwiedzał... Zajmował się tobą i z tobą rozmawiał…
Można by odnieść wrażenie, że zwłaszcza na tę informację, malec nie zareagował szczególnie entuzjastycznie, bo w tej chwili rozpłakał się jeszcze bardziej. Amir nie mógł powstrzymać chichotu. Też by się przeraził. Słuchanie Nadima nawet jemu przychodziło niekiedy z dużym trudem, a wszak był już w tym wprawiony! Zaraz jednak, Hatim zaczął uspokajać się, aż wreszcie umilkł zupełnie, wciąż kołysany przez potomka wilków i zaczął wpatrywać się w nowego opiekuna z czymś na kształt umiarkowanego zainteresowania. Wydał z siebie kilka dźwięków i uniósł małe dłonie w kierunku twarzy potomka wilków.
-Widzisz…?- Nadim wyszczerzył się do Amira pogodnie.- Mówiłem! Wszystkie dzieci mnie lubią!
Człowiek pokręcił jedynie głową, zaśmiawszy się cicho.
Potomek wilków krążył z malcem po pomieszczeniu, wciąż gadając do niego jak najęty, aż wreszcie jakiś niepokój wstąpił na jego twarz i zwrócił się do Amira.
-Więc…?- zapytał cicho.- Co będzie teraz…?
-Teraz wydam rozporządzenie, żeby przygotowano dla ciebie sypialnię…- zaczął spokojnie władca.
-Sypialnię?- przerwał mu Nadim, nieco zdumiony.- Osobną sypialnię? To znaczy… Eee…- spłoszył się wyraźnie.- Wiem, wiem!- zastrzegł natychmiast, nim Amir zdążył coś odpowiedzieć.- Wiem, co masz na myśli, oficjalne sprawy i tak dalej, tak?
-Dokładnie…- zaśmiał się Amir, rozbawiony początkowym, niemalże oburzeniem kochanka.- Poza tym, własna sypialna ci się przyda. Poinformuję wszystkich, że jesteś nowym mieszkańcem zamku, zapoznam cię z częścią służby, pokażę co i jak… I to chyba tyle.
-A co z tymi… naradami i tak dalej? Będę musiał na nich bywać…?
Amir skinął głową.
-Na większości…- odparł, wzdychając głęboko.- Na twoje nieszczęście, arystokraci nie bardzo mają inne rzeczy do roboty, więc zdarza im się wymuszać tego typu zebrania całkiem często… Ale to nic- uśmiechnął się do potomka wilków.- Jestem pewien, że dasz sobie radę.
-No nie wiem, czy łatwo jest udawać twojego doradcę…- parsknął cicho.
-Nie chcę, żebyś udawał- odpowiedział stanowczo Amir.
Kochanek spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Zamierzam mianować cię moim doradcą i tak też cię traktować…- wyjaśnił władca.- Będziesz prezentował zdanie swoich pobratymców. Przyda się ktoś taki, zwłaszcza odkąd będą częścią królestwa, jego obywatelami. Gadasz zazwyczaj wiele i wątpię, byś miał opory przed prezentowaniem swojego stanowiska, a więc naprawdę nie masz się czym przejmować…
-Tak, ale…- bąknął niepewnie Nadim.- To twoi arystokraci. Oni nie bardzo…
-W tym właśnie rzecz. Będziesz częścią rady. Chcąc nie chcąc, będą zmuszeni cię zaakceptować i z czasem się do ciebie przyzwyczają, uwierz mi na słowo. Twoja funkcja tutaj będzie korzystna dla potomków wilków nie tylko pod względem pewnego rodzaju prezentowania ich interesów, ale także zmiany nastawienia do nich… Członkowie rady bywają na spotkaniach, uroczystościach, zabierają głos publicznie… Twoje uczestnictwo w niej pokaże ludziom, że nie jesteście prymitywnymi barbarzyńcami, za jakich niektórzy wciąż was uważają.
-… Jeśli będę sobie jakoś radził…- powiedział potomek wilków, chyba jeszcze nie do końca pewien, czy rzeczywiście mu się to uda.- Kiedy o tym mówisz, brzmi to całkiem prosto, ale…
Amir podniósł się z miejsca i podszedł do kochanka.
-Pokonaliśmy samego demona…- przypomniał z uśmiechem.- No… prawie…- dodał po chwili, a Nadim parsknął śmiechem.- A teraz jesteśmy tutaj razem. Co mogłoby pójść źle…?


10 lat później


Amir siedział w swoim gabinecie, trzymając w ręce napisany przez Fryderyka (choć podpisany oczywiście jego nazwiskiem) list, adresowany do króla i królestwa Dostrim. Odczytywał go po raz kolejny, w skupieniu, ze zmarszczonymi brwiami, usiłując wydobyć z niego choć odrobinę treści, chociaż, jak zwykle, nie dostrzegł w nim nic poza oficjalnymi bredniami i dyplomatycznymi bzdurami, które jego zdaniem, dałoby się streścić w dwóch zdaniach. Na szczęście więc nie on, lecz głównie przewodniczący rady zajmował się formułowaniem wszelkich odpowiedzi, bo sam władca wciąż nie rozumiał, dlaczego komunikacja pomiędzy królewskimi rodami nie mogłaby być choć odrobinę bardziej oczywista i mniej rozwlekła. „Dzień dobry, wypowiadamy wam wojnę”. „Witamy, wszystko u nas dobrze”. „Pokój podtrzymany, nie zawracajcie nam głowy”. To byłoby o wiele prostsze, mniej nużące i czasochłonne. Odłożył pergamin na bok i odetchnął głęboko, oglądając się w stronę okna.
Od czasu jego powrotu z wyprawy, od czasu śmierci Ludwika, od czasu przejęcia przez niego tronu, pojawienia się Hatima, starcia z Fortisem, włączenia do królestwa potomków wilków i zamieszkania tutaj Nadima – minęło już dziesięć lat. Dziesięć lat względnego spokoju dla królestwa, nie licząc jednej groźby wojny po tym, jak Amir rzekomo obraził jednego z zagranicznych monarchów podczas jego wizyty tutaj, ten jednak szybko się wycofał.
Pomijając również wszelkie tarcia wewnętrzne te, jak zwykle, międzyklasowe, jak i międzyrasowe. Na oczach władcy dokonała się prawdziwa rewolucja w myśleniu, w sposobie traktowania i w ocenie potomków wilków. Choć z początku, pomimo entuzjazmu wielu ludzi, przemiany, były bardzo trudne, czas zrobił swoje. Niektórzy potomkowie wilków przenosili się z lasu do miasta lub na przedmieścia, dostawali ziemie, posyłali swoje dzieci do szkół, zawierali znajomości z ludźmi, niekiedy bliskie znajomości i choć jeszcze przed kilkoma laty, przyłapanie kogoś na takim romansie oznaczało dla tej osoby najczęściej ostracyzm, teraz ludzie byli znacznie łaskawsi. Trudno było mówić o wielkiej przychylności, ale liczne żarty, jakie powstawały na terenie królestwa na temat mieszanych związków, pokazywały, że obywatele zaczynają odczuwać dystans wobec takich spraw i są gotowi mówić o nich zupełnie otwarcie. Oczywiście te zmiany nie podobały się wszystkim. Nie podobały się nawet części potomków wilków, którzy nie popierali zachowania swoich współbraci i ich ,,spoufalania się'' z ludźmi. O dziwo, to właśnie wewnątrz plemienia, zaczęły coraz mocniej uwidoczniać się i narastać podziały, które niegdyś, gdy jednoczyli się przeciw tym, których uznawali za swych głównych wrogów, zostały zasypane i zupełnie zapomniane. Te dziesięć lat było też okresem spokojnym w życiu samego władcy. No, prawie. Hatim, choć jako niemowlę był bardzo cichy i trudny do wyprowadzenia z równowagi, wyrósł na istny wulkan energii. Wszędzie było go pełno i znał go każdy na dworze. Biegał po całym zamku, który znał jak własną kieszeń, wymyślając rozmaite zabawy. Bawił się i poza domem, ćwiczył walkę, marząc o byciu w przyszłości generałem, zapraszał do swej armii dzieci służących, był bardzo kontaktowy. Jeździł konno, wyruszał wraz z Nadimem na wyprawy do lasu, Amir natomiast pokazywał mu królestwo i wszystkie jego zakamarki. Chłopiec był bardzo przywiązany do swoich opiekunów. I bardzo zdolny, co nieustannie napawało Amira autentycznym zdziwieniem, bo Hatim nie tylko garnął się do walki, ale i do nauki, był bardzo ciekawy świata, budowy królestwa, jego historii, nawet spraw typowo związanych z polityką.
Amir wciąż był królem, co nie stanowiło oczywiście wielkiego zaskoczenia. Był też generałem. Został nim przed siedmioma laty gdy Manus, jeden z najdzielniejszych ludzi, jakich znał, przegrał walkę z nagłą i szybko postępującą chorobą. Jako władca i tak miał zwierzchnictwo nad armią, a do momentu wyboru nowego generała,  jeszcze ten tytuł spoczął na jego osobie. Amir z początku nie planował zajmować tej pozycji długo, ale wskutek różnego rodzaju przemyśleń i dyskusji oraz własnych ambicji, w końcu zajął się armią, a że ta wymagała dużej uwagi, koncentrował się głównie na niej. Oczywiście nie udałoby mu się tego uczynić, gdyby nie pomoc Nadima.
Drzwi do gabinetu otworzyły się gwałtownie i do środka wbiegł Hatim.
-Wuju!- zawołał, przystając na środku. Do pasa przypięty miał drewniany miecz, podobny do tego, którym i Amir bawił się w jego wieku. Po chwili w pomieszczeniu pojawił się również Nadim, który przystanął w progu i spojrzał na swojego podopiecznego, uśmiechając się lekko.- Wiesz, że znowu pokonałem stryja?
Tak właśnie nazywał swoich opiekunów. Amir był wujem, a Nadim stryjem, choć z punktu widzenia etymologicznego, nie miało to większego sensu. To było jednak pierwsze, co przyszło władcy do głowy, gdy malec uczył się nazywania świata.
-Doprawdy…?- Amir podniósł się z miejsca i podszedł do chłopca, biorąc go w ramiona i podnosząc.- Popatrz no! I stryj tak po prostu dał ci się pokonać…?
-No nie dał się…- odparł dumnie Hatim.- Ja go pokonałem! Jestem taaaaki silny! I jak już będę generałem to będę chodził na wojny i pokonywał wszystkich!
Amir odkaszlnął cicho.
-Tak, tak, może z tym lepiej poczekajmy…- mruknął, dość ostrożnie patrząc na plany i marzenia swojego bratanka, które powinien był rozumieć lepiej niż ktokolwiek inny. Jednak i jego spojrzenie na świat zmieniło się przez te wszystkie lata i jeszcze bardziej zaczął doceniać postępowania i decyzje swojego własnego wuja. Dowodzenie armią, a co za tym szło, cały szereg obowiązków, począwszy od rekrutacji, przez rozmaite szkolenia, organizowanie pomocy dla sojuszników i tym podobne sprawy – zajmowało masę czasu i kosztowało wiele energii. Król, pomijając szczególne okoliczności, naprawdę nie mógł sobie na to pozwolić, a Hatim był jedynym następcą tronu i, z własnej woli czy nie, będzie zmuszony go w przyszłości objąć. Poza tym, naprawdę nieszczególną radością napawała go wizja własnego podopiecznego, zmierzającego na jakąkolwiek wojnę.
-Powalczysz ze mną, wuju?- zapytał Hatim.
-Och, nie. Jestem pewien, że nie będę stanowił tak godnego przeciwnika jak stryj…- odparł z udawanym rozżaleniem, uśmiechając się ukradkiem w stronę kochanka.
-Przecież jesteś generałem. Hm… Wuju?
-Tak?
-Czy jak pokonam generała to sam zostanę generałem?- zapytał Hatim, marszcząc brwi.
Amir zaśmiał się niepohamowanie. Cóż. Wyczuwał w swym synu pewne dążenia i ambicje bardzo charakterystyczne dla szlacheckich rodów. Nawet metody już zaczął rozważać podobne, choć póki co, mniej krwawe.
-Masz dziesięć lat. Nie można dowodzić armią mając dziesięć lat- odpowiedział spokojnie mężczyzna, nie przestając się uśmiechać. Hatim westchnął głęboko, wyraźnie rozczarowany. Wuj odstawił go na podłogę.- Może chcesz pojeździć konno…? Jest ładna pogoda…
-Pojeździsz ze mną, wuju?
-Hm…- Amir zastanowił się przez chwilę.- Daj mi godzinkę, co?- zagadnął chłopca, który skinął głową, uśmiechając się szeroko.- Na razie potrenuj sam, później do ciebie przyjdę.
-A mogę pojeździć z Aniką?
Amir zerknął na niego bez zrozumienia.
-Z kim…?- zapytał, po czym spojrzał pytająco w stronę kochanka.
-To córka jednej ze służek- wyjaśnił Nadim, zdecydowanie lepiej orientujący się w tym wszystkim.
-Ach, tak- zreflektował się Amir.- Jasne, oczywiście, że możesz.
Hatim podskoczył uradowany i już miał zamiar wybiec, ale wuj zatrzymał go przy sobie.
-Czytałeś dziś?- zapytał, starając się brzmieć choć trochę surowo.
-Tak, wuju- odpowiedział Hatim.
-Cały rozdział?- upewnił się Amir.
Hatim spojrzał na niego jakoś dziwnie.
-Całą księgę- odparł, jakby to było oczywiste.
Władca uniósł brwi.
-Ach…- wydusił z siebie, nie kryjąc zdumienia,które zresztą bratanek wzbudzał w nim niemal nieustanie.- Tak. No cóż. Oczywiście. Dobrze. Możesz iść.
Hatim wyszczerzył się radośnie i wybiegł z pomieszczenia. Nadim zamknął za nim drzwi, wchodząc wgłęb gabinetu. Amir spojrzał na kochanka z uwagą i troską. Te dziesięć lat, które nie zmieniło wiele w jego własnej powierzchowności, mocno wpłynęło na potomka wilków. Wciąż miał w sobie masę energii, choć już na pierwszy rzut oka widać było, że jest wyraźnie słabszy. Zmizerniał i schudł. Na jego twarzy widać było oznaki starzenia, na jego głowie pojawiały się pierwsze pasma siwych włosów. Amir wiedział, że potomkowie wilków starzeją się szybciej w porównaniu z ludźmi, choć jeszcze przed kilkoma laty miałby pewnie problem z wyobrażeniem sobie kochanka w podobnym stanie. Te dziesięć lat zmieniło go nie tylko fizycznie. Tak, jak chciał tego Amir, Nadim został członkiem rady. Z własnej woli nauczył się biegle pisać i czytać, wyśmiewany po cichu przez arystokratów, jednak gdy nabył tę umiejętność, okazała się być ona bardzo przydatna, pod wieloma względami. Nadim doskonale radził sobie jako mówca. Zaskarbił sobie szacunek społeczeństwa, o co w jego sytuacji, a zwłaszcza przy oskarżeniach, jakoby jego pozycja wynikała jedynie z intymnych i bardzo nieprzyzwoitych stosunków z władcą, nie było łatwe. Zapracował również na niechęć arystokracji i samych członków rady, co chyba stanowiło dla niego najlepszą rekomendację. Początkowo zajmował się sprawami swoich braci w królestwie, ale szybko zaczął wspomagać Amira również w innych sprawach. Przyjmował zagranicznych gości, czasem zamiast króla organizował narady i przewodził im, prezentował stanowisko władcy, pojawiał się w miejscach, w których rządzący winien bywać, rozmawiał, dyskutował, odpowiadał na listy, organizował uroczystości i zajmował się wieloma innymi kwestiami. Rzeczywiście, pełnił niejako funkcję drugiego króla i bez niego Amir czuł się niekiedy zupełnie bezradny. To właśnie dzięki jego działaniom, umiejętnościom i wsparciu, mógł przejąć bezpośrednie zwierzchnictwo nad armią.
-Jak się czujesz…?- zagadnął Nadima, zatrzymując się tuż przy nim i kładąc dłoń na jego ramieniu.
-Dobrze- odpowiedział spokojnie potomek wilków, zresztą tak, jak odpowiadał zwykle.- Spotkałem się z delegacją z Dunmor. Byli wyraźnie zaskoczeni i niezadowoleni
z tego, z kim przyszło im rozmawiać. Otwarcie pytali nawet, czy nasza strona może zmienić przedstawiciela. Twierdzili, że ich rozpraszam.
-Wcale się nie dziwię…- wymruczał Amir, obejmując kochanka w pasie i przyciągając go do siebie. Potomek wilków parsknął cicho.- Też nie mógłbym się skupić.
-Obaj wiemy, że nie o to im chodziło…- Nadim uśmiechnął się lekko.- Trzeba było ich uprzedzić.
-Podałem twoje imię. To powinno wystarczyć.
-Tak, ale zdajesz sobie sprawę z tego, że oni mają szczególnie nieprzyjemne doświadczenia z moją rasą…- zaczął Nadim. Amir odkaszlnął cicho. Nie bardzo zdawał sobie sprawę, bo i nie bardzo wgłębiał się w temat, ale było to możliwe.- Powinieneś ich na to przygotować albo rzeczywiście wyznaczyć kogoś innego.
-W swoim królestwie mogą być niezadowoleni i ustalać zasady, ale tutaj, to ja będę decydował o tym, kto mnie reprezentuje…- stwierdził z całą stanowczością władca. Był zresztą pewien, że Nadim spisał się doskonale. Nie żeby potomkowi wilków nie zdarzały się bardzo charakterystyczne dla niego, nieco kłopotliwe, wypowiedzi oraz pomyłki (jak wtedy, gdy listownie, przez przypadek, zamiast serdecznie pozdrowić, serdecznie potępił jednego z monarszych delegatów), ale cóż z tego. I tak w ciągu tych lat stał się znacznie bardziej opanowany i poważny niż wcześniej.- Sądzisz, że powinienem zacząć powoli przyzwyczajać Hatima do faktu, że raczej nie zostanie generałem…?- zagadnął kochanka, wciąż obejmując go ciasno.
-Skąd wiesz, że nie zostanie?- zapytał Nadim.
-Bo będzie królem.
-Ty jesteś królem. Jedno nie przeszkadza drugiemu.
Amir zaśmiał się cicho.
-Ja mam bardzo szczególnego partnera…- stwierdził, muskając wargami usta potomka wilków.- On nie będzie go miał.
-Kto wie…- Nadim nie mógł powstrzymać uśmiechu.- Biorąc pod uwagę twojego wuja… Może to u was rodzinne…?
Amir posłał mu niemal ostrzegawcze spojrzenie. Potomek wilków parsknął śmiechem.
-To wysoce wątpliwe- odparł Amir, mając szczerą nadzieję, że tak właśnie jest. Jeszcze tego brakowało, by i Hatim cechował się skłonnościami powszechnie uznawanymi za gorszące! Och, nawet nie chciał sobie wyobrażać tych komentarzy i podejrzeń.- Lepiej dla niego, by znalazł sobie jakąś żonę.
-Żona też może być dobrym partnerem…- zauważył Nadim.- Niektóre królowe doskonale się spisują, nie uważasz…?
Amir parsknął tylko cicho. Jasne! Jeszcze czego!
-Ostatnio się przepracowujesz…- stwierdził, przyglądając się kochankowi z uwagą.
-Wcale nie- zaprotestował Nadim, uśmiechając się niepewnie.- Po prostu się starzeję.
-Świetnie się trzymasz.
-Kłam dalej.
-Mówię poważnie…- zachichotał Amir, wtulając się w ciało potomka wilków.
Uwielbiał go dokładnie tak samo, jak przed laty, choć ich relacja trochę się zmieniła. Nie była już tak szaleńcza i porywcza, raczej spokojna i stonowana. Cóż, tak naprawdę, starzeli się obaj, psychicznie dokładnie tak samo, fizycznie, w zupełnie innym tempie i choć Amir starał się ukrywać swoje obawy, stan Nadima go martwił. Potomek wilków nie cierpiał na żadne poważne przypadłości, nie przechodził ciężkiej choroby, nie tracił sił, wciąż miał w sobie dużo energii i doskonale sobie ze wszystkim radził, ale Amir wiedział, że jego kochanek może żyć znacznie krócej od niego. Mało który pobratymiec Nadima dożywał późnego wieku. Większość z nich odchodziła mając niewiele mniej albo niewiele więcej niż czterdzieści lat. Amir nie wyobrażał sobie, by mógł stracić kochanka. Dlatego otaczał go znacznie większą opieką niż wcześniej, dlatego często niemalże wymuszał na nim, pod różnymi pretekstami, spotkania z medykiem i pilnował, by ten nie miał nadmiaru obowiązków i spał odpowiednio długo. Nadim znosił to wszystko, nie zadając żadnych pytań i nie komentując postępowania władcy, choć z pewnością wiedział, jakie motywy nim kierowały.
-Chodź. Położymy się razem…- zaproponował, patrząc na potomka wilków.
Nadim zastanowił się przez chwilę.
-Obiecałem Elnirowi, że przyjadę.
-Dziś…?
-Niekoniecznie…- na wargach potomka wilków wymalował się figlarny uśmiech.
Amir zachichotał mimowolnie.
-Ale ty miałeś iść do Hatima…- przypomniał Nadim.
-Mam jeszcze czas. Poza tym, jakoś mu się wytłumaczę. Pojadę z nim gdzieś wieczorem. Więc jak…?- zapytał, by zaraz zacząć wędrówkę wargami wzdłuż szyi, a następnie policzka potomka wilków.
Poczuł, jak dłonie mężczyzny zaciskają się nagle na jego pośladkach.
Spojrzał na niego z niekłamanym zaskoczeniem.
-No proszę…- rzucił, mrużąc oczy.- A sądziłem, że będziemy wypoczywać…
-Mówiłem przecież, że nie jestem zmęczony…- Nadim uśmiechnął się tajemniczo.
Amir odpowiedział mu podobnym uśmiechem.
Akurat pod tym względem, jego życiowy towarzysz nie zmienił się przez te lata ani trochę.
Władca nachylił się nad kochankiem, by złożyć na jego ustach pocałunek, ale nim zdążył to uczynić, drzwi od pomieszczenia otworzyły się na oścież, a w progu pojawił się Fryderyk. Przewodniczący rady zakasłał głośno, niepotrzebnie zaznaczając swoją obecność, która została już wcześniej zauważona. Mężczyźni odsunęli się od siebie powoli i obaj spojrzeli w kierunku swojego gościa.
-Witaj, królu… Szanowny panie…- rzucił zwyczajowo piskliwym głosem arystokrata.- Anderze…?- zwrócił się do stojącego obok niego chłopaka, który od dobrej chwili, z wyraźnym zdumieniem spoglądał to na władcę, to na potomka wilków. Dopiero głos Fryderyka wyrwał go z zamyślenia. Młodzieniec otrząsnął się i podał przewodniczącemu rady jakieś dokumenty.
Ander był nikim innym, jak synem Fryderyka, którego ten zaczynał powoli wdrażać w swoje obowiązki i zadania, licząc zapewne na to, iż ten zajmie w przyszłości jego pozycję. Był to urodziwy, jasnowłosy młodzian, dwa razy wyższy od głowy rodziny, nic więc dziwnego, iż ich pokrewieństwo budziło zdziwienie i złośliwe komentarze. Niektórzy przypominali, że matka Andera jest całkiem wysoką kobietą. A inni dodawali, że jego ojciec też zapewne taki właśnie był…
-Nie udawaj zgorszonego, Fryderyku- mruknął Amir, podchodząc do swojego biurka i zasiadając za nim. Wskazał krzesło przed sobą mężczyźnie, ale ten jedynie uniósł dłoń, dając do zrozumienia, że nie zamierza zostać długo, co zresztą władcę z jasnych przyczyn ucieszyło.- Powinieneś był wcześniej ogłosić swoje nadejście. Zresztą, moja służba powinna była to zrobić, gdy zagościłeś w moim zamku…
Fryderyk wyglądał inaczej niż przed laty. Osiwiał zupełnie w przeciągu ostatnich dwóch lat. Na jego twarzy widać było zmarszczki, dowodzące jego słusznego wieku. Z pewnością jednak, nie stał się ani trochę mniej ambitny czy zdeterminowany i, póki co , nawet nie myślał o tym, by zrzec się stanowiska, choć paru innych arystokratów wyraźnie mu to sugerowało, również mając ochotę i odpowiednie poparcie, by przewodzić radą. Fryderyk miał jednak coś, czego nie posiadali oni – poparcie króla, które w obecnej sytuacji politycznej oznaczało bardzo wiele. Nie żeby Amir zaczął darzyć przewodniczącego jakąś szczególną sympatią – bynajmniej. Fryderyk wciąż bywał irytujący, uciążliwy niczym wrzód na tyłku, stawiał na pierwszym miejscu własne interesy i wyraźnie darzył zarówno Nadima, jak i wszystkich jego pobratymców głęboką niechęcią, którą skrywał oczywiście za fałszywymi uśmieszkami i dwuznacznymi komentarzami. Nie zmieniało to jednak faktu, iż świeżo po wojnie stanowił dla króla ogromną pomoc. Teraz zresztą też się to nie zmieniło. Fryderyk dobrze wiedział, co robi, znał układ sił, własne możliwości i wiedział, jak rozwiązywać problemy natury dyplomatycznej. Przydawał się więc niecierpliwemu królowi i jego nieco nieobytemu doradcy jak mało kto.
-Śpieszyłem się…- wyjaśnił Fryderyk, podchodząc do biurka i kładąc na jego blacie dokumenty. Amir przesunął je do siebie, przelotnie przeglądając kilka stron.- Poza tym, jestem w królewskim gabinecie, a nie sypialni…- dodał aż nazbyt znacząco, uśmiechając się przy tym z zupełnie nieszczerą serdecznością.
-Jedno leży blisko drugiego- odpowiedział spokojnie Amir.
-… Zauważyłem- skwitował złośliwie Fryderyk.- … szanowny panie… królu…- poprawił się po chwili, odkaszlnąwszy cicho.- Tak czy inaczej, przeczytaj to, panie i jak najprędzej podpisz. Zostawiam ci też poprawiony list twego szanownego doradcy…- rzucił, zerkając w stronę Nadima.- Na drugi raz radziłbym nie wysyłać niczego tak pospiesznie… Raczej nie wypada, by zagraniczni możni myśleli o nas niczym o bandzie analfabetów… Bez urazy, szanowny panie- dodał natychmiast, uśmiechając się do Nadima.
Ten położył uszy po sobie, ale starał się robić dobrą minę do złej gry. Amir dobrze wiedział, że jego towarzysz niekiedy zapominał, w jaki sposób należy pisać niektóre wyrazy, miał problemy z interpunkcją i wieloma innymi kwestiami, które dotyczyły pisania, ale nie było w tym nic zaskakującego, skoro opanował je w tak późnym wieku. Fryderyk wygłosił jeszcze kilka komentarzy, poinformował króla o zbliżających się wydarzeniach w królestwie, między innymi święcie na cześć jednego z lokalnych bóstw, niezbyt subtelnie przypomniał władcy o jego obowiązkach, po czym skłonił się i wraz z synem, opuścił gabinet.
Amir przewrócił oczyma, wzdychając ciężko.
Nadim podszedł do niego niespiesznym krokiem.
-Nie znoszę go…- stwierdził niezbyt odkrywczo, spoglądając w stronę drzwi za którymi zniknął Fryderyk.- Ale jego syn jest bardzo miły…
Władca uniósł brew, łypnąwszy na kochanka podejrzliwie.
-Jest przede wszystkim bardzo przystojny…- stwierdził, mrużąc oczy.- Już zacząłeś rozglądać się za młodszymi…?
-Już?- Nadim udał niepomierne zdziwienie.- Zacząłem to robić jakieś pięć lat temu!
Amir parsknął śmiechem i chwycił potomka wilków w pasie, chcąc ściągnąć go sobie na kolana, ale ten przycupnął na brzegu biurka, tuż przed królem, usadzając się zresztą centralnie na przyniesionych przez Fryderyka papierach. Nachylił się nad człowiekiem, by wpić się w jego wargi.
Amir westchnął mimowolnie. Miał dużo obowiązków. Pomijając te, które wziął na siebie przyjmując pozycję generała, wciąż był królem i, mimo pomocy Nadima, musiał pokazywać się tu i ówdzie, bywać na oficjalnych spotkaniach, festiwalach i sporej części narad. Do tego zmuszony był zapoznawać się z licznymi raportami, dyskutować z doradcami, decydować o rozwiązaniach nawet w pomniejszych sprawach. Z tego też powodu nie spędzał ani z kochankiem, ani z bratankiem tak wiele czasu, jak by tego chciał. Nadim nie narzekał. Sam miał sporo do roboty i doskonale rozumiał powinności króla. Amira dręczyła jednak coraz silniejsza świadomość, że ich młodość przeminęła. Może po nim nie było tego jeszcze widać, wszak nie miał nawet czterdziestu lat, a taki wiek wśród ludzi nie kwalifikował go do grona starców, przeciwnie. Jednak sam widok Nadima sprawiał, iż władca obawiał się ich przyszłości. W każdej chwili coś mogło się zdarzyć. Nie tylko potomkowi wilków, ale także jemu. Choroba albo zwyczajny wypadek… Albo też nie-całkiem wypadek. Nie chciał mieć wyrzutów sumienia i czuć, że nie dał Nadimowi i Hatimowi wszystkiego tego, na co zasługiwali.
-Kocham cię…- szepnął, odrywając się od warg kochanka.
Potomek wilków uniósł brew.
-Znowu wpadasz w melancholijny nastrój…?- zapytał, uśmiechając się z rozbawieniem.- Zawsze kiedy mi to mówisz, mam wrażenie, że chcesz subtelnie oznajmić mi coś innego…? Masz jakiś potajemny romans…?- zażartował.
Amir pokręcił jedynie głową, nie mówiąc ani słowa. Wyrażanie uczuć nie wychodziło mu do końca tak, jakby sobie tego życzył, więc niekiedy nie miał pojęcia, w jaki sposób przekazać kochankowi swoje wątpliwości i niepokoje. Zresztą, czuł, że Nadim jest ich całkowicie świadom.
Potomek wilków uśmiechnął się ciepło i złożył na czole władcy krótki pocałunek.
-Ja też cię kocham- odparł swobodnie, po czym zsunął się z blatu, na szczęście bez papierów Fryderyka.
-A co do subtelnie przekazywanych informacji…- Amir odkaszlnął cicho, zerkając w stronę dokumentów.- Wiesz, że muszę się za to teraz zabrać, prawda…?- zapytał. Jeśli przewodniczący rady, kazał mu coś zrobić „jak najszybciej”oznaczało to zwykle „natychmiast”. Nie sądził zresztą, by później znalazł na to odpowiednio dużo czasu, a, nauczony doświadczeniem, wolał zawsze czytać to, co podstawia mu się pod nos do podpisania.
-Wiem- odparł gładko Nadim.- Pojadę do Elnira- stwierdził, uśmiechając się lekko.- I zajrzę do Hatima. Powiem mu, że nie będziesz mógł dzisiaj do niego zejść.
Amir uśmiechnął się do kochanka z wdzięcznością.
Naprawdę nie wiedział, co by bez niego zrobił.
Starał się uporać z dokumentami jak najszybciej, ale i tak zajęło mu to dużo czasu, a zaraz później zmuszony był zajrzeć do centrum rekrutacji, żeby zapoznać się z bieżącym stanem rzeczy i skonsultować z dowództwem niższego stopnia. Gdy z powrotem znalazł się w zamku, była już noc. Przygotował się do snu i zajrzał na moment do komnaty bratanka, by zaraz później udać się na spoczynek do swojej sypialni.
A raczej do ICH sypialni. Co prawda Nadim miał własną, ale nie żeby spędził tam choćby jedną noc, pomijając kilka dość burzliwych momentów. Amira nie zdziwił zatem widok kochanka w jego łóżku. Nie zdziwił go też widok leżącej na podłodze kołdry, bo potomek wilków wciąż strasznie wiercił się przez sen. Z cichym westchnieniem, podniósł materiał i wchodząc do łóżka, nakrył nim kochanka, po czym przysunął go do siebie, by następnie wtulić się w jego plecy. Nadim poruszył się odrobinę.
-Już wróciłeś…?- zapytał sennie, by zaraz dodać z absolutną złośliwością- Anderze…?
Amir parsknął cicho.
-Wiesz, że pewnego dnia cię zamorduję, prawda?- zapytał, siląc się na powagę. Nadim nie sprawiał wrażenia wstrząśniętego tą deklaracją i tylko zachichotał wesoło.- Przestań machać ogonem, bo mnie łaskoczesz. I nie wspominaj tak często o innych mężczyznach, bo naprawdę zaczynam się robić zazdrosny…
-Och, daj spokój…- zaśmiał się potomek wilków.- Spójrz prawdzie w oczy, jeśli ktokolwiek znajdzie sobie młodego kochanka, to prędzej ty. Ja wyglądam jak starzec. A ty jesteś coraz przystojniejszy…
Amir odkaszlnął, rumieniąc się nieco.
-Przestań bredzić i śpij.
I rzeczywiście, chwilę później, jego kochanek znowu zapadł w sen. Władca leżał nieruchomo, wsłuchując się w jego spokojny oddech.
W ciągu tych lat często wracał myślami do przeszłości. Do swojego wuja, Hadrina i okoliczności ich śmierci. Ale rzadko zastanawiał się nad samym starciem z Fortisem. Na ten temat powstało w królestwie wiele mitów i opowieści, jednak sam król nie do końca rozumiał to, co się wówczas wydarzyło i przyczynę śmierci swojego przeciwnika. Czasem obawiał się, że to może się wydarzyć ponownie. W końcu na swojej drodze spotkali wiele demonów. Wiele z nich odzyskało też dawne siły. Upadek jednego z nich nie oznaczał w końcu klęski wszystkich – przeciwnie. Jednak to wydawało się być teraz tak odległe, że właściwie poza zasięgiem ich działania.
Przyszło im żyć w dziwnym świecie.
Świecie pełnym stworzeń, o których istnieniu wielu nie miało pojęcia.
Świecie pełnym mroku i zła, które kroczyło za ludźmi niczym cienie, kryjąc się pod postacią niewinności.
Amir wiedział, iż nadejdzie dzień, w którym śmiertelnicy będą zmuszeni zmierzyć się z tymi istotami.
Jemu przyszło mierzyć się z kimś innym. I może dlatego właśnie zwyciężył.
Podejrzewał bowiem, że to nic innego, jak typowo „ludzkie” uczucia Fortisa, ocaliły ich przed zagładą.
Teraz i tak nie miało to już znaczenia.
Bowiem ich historia dobiegła szczęśliwego końca.


ASTARGOT