Strony

niedziela, 1 września 2013

§ 18 § [YFM]

Mijały kolejne tygodnie, ale dni Absaloma nie wyglądały już tak samo, jak wcześniej. Zajęty treningami pod okiem Mortalisa, nie miał czasu, a często nawet sił, na długie przechadzki po lesie, wizyty w mieście i wszystkie te sprawy, którymi zazwyczaj zajmował się pod nieobecność mężczyzny. Miał natomiast jego. Tak blisko, jak nigdy wcześniej. Cieszył się każdą sekundą jego obecności. Gdyby tylko mógł, nie odstępowałby go na krok. Gdy był przy nim, nieustannie odczuwał euforię, zupełnie nieposkromioną radość, gdy zostawał sam, z niecierpliwością wyczekiwał momentu, w którym znowu będzie mógł go zobaczyć. Mortalis musiał to dostrzegać, choć wciąż podchodził do uczuć młodzieńca z wyraźnym dystansem. To Absalom był tym, który pierwszy go całował i nieśmiało dotykał, dając do zrozumienia, że chce jego bliskości. To on, zarumieniony, szeptał mu do ucha wstydliwe wyznania, licząc na to, że może w końcu usłyszy odpowiedź, która usunęłaby w cień jego własne wątpliwości. Jednak odpowiedź opiekuna stanowiły najczęściej jego spojrzenia – czasem pobłażliwe, czasem pełne politowania, czasem wręcz zmęczone. Niekiedy wzdychał cicho, mówił coś o zauroczeniach, o „młodzieńczych afektach”, czego Absalom nie był w stanie zrozumieć i o tym, że pewne „odczucia” zmieniają się z wiekiem – zupełnie jak gdyby wciąż traktował swojego podopiecznego jak nieświadome własnych emocji dziecko. Chłopak nie mógł być z tego faktu zadowolony, ale nie zamierzał się poddawać. Chciał udowodnić Mortalisowi, że jego uczucia są szczere i nie zmienią się z czasem. Ostatnio trenowali ze sobą rzadziej. Opiekun nie zaniedbywał tej kwestii, tak jak zapowiedział, młodzieniec miał ćwiczyć i ćwiczył niemal każdego dnia, jednak coraz częściej samotnie. Trudno było powiedzieć, z jakiego powodu. Czy to przez to, że Absalom coraz lepiej radził sobie z różnymi rodzajami broni, że sprawniej się poruszał, a przez to opiekun nabrał do niego zaufania…? Młodzieniec chciałby tak myśleć, ale wydawało mu się, że bardziej realistycznym powodem był powrót markotnego nastroju mężczyzny, przez który ten większość czasu spędzał w swoim pokoju, głównie przygotowując trucizny, od których , póki co, zdecydował się trzymać podopiecznego z daleka. Absalomowi nie przeszkadzało to aż tak bardzo. Uwielbiał obecność ciemnowłosego, a treningi z nim były pouczające, ale też potwornie wyczerpujące. Dlatego cieszył się, że miał okazję potrenować sam. Nie lenił się, ale też nie nadwyrężał sił. Często uciekał do świata wyobraźni, mała polana stawała się polem bitwy albo królewskim dziedzińcem, on – rycerzem przyodzianym w zbroję, przed którym umykał w popłochu groźny przeciwnik, a wokół szalejące tłumy…
Od czasu do czasu, raz na tydzień lub dwa, robił sobie dzień przerwy i wtedy, w zależności od nastawienia i humoru Mortalisa, albo spędzał go w jego towarzystwie, albo szedł do miasta, by móc spotkać się z Edalisem. Dziś zdecydował się na to drugie, z racji tego, że jego opiekun zdawał się zajęty swoimi sprawami. Gdy dotarł do gospody zauważył ze zdumieniem, że jej drzwi były zamknięte. Gospodarz zazwyczaj otwierał je na oścież albo chociaż uchylał, chcąc zakomunikować, że już otwarte. Dochodziła jednak godzina dwunasta, a Edalis zaczynał przecież pracę o wiele wcześniej. Absalom nie był pewien, co powinien zrobić, więc podszedł do najbliższego okna i zajrzał do środka. Wewnątrz sali, zobaczył przynajmniej kilkunastu jegomości, o dość nieświeżym wyglądzie, śpiących przy ścianie, przy stołach, na stołach lub też na podłodze. Nie był to zwyczajny widok o tej porze – później zresztą też nie, Edalis szybko pozbywał się z gospody tych, którzy nie byli już w stanie dalej pić i jeść, tym bardziej było to zdumiewające, ale oznaczało, że było otwarte. Absalom zdecydował się więc wejść do środka. Gdy znalazł się w gospodzie, zamknął za sobą drzwi.
-Edalis…?- rzucił niepewnie, przechodząc obok kompletnie pijanych i dalekich od stanu przytomności umysłu mężczyzn.- Edalis…?- zawołał raz jeszcze, zbliżając się do kontuaru. Zauważył, że dookoła panował straszny bałagan. Podłoga była śliska, omal się przez to nie przewrócił, na stołach stały powywracane kufle i pozostałe naczynia, część z nich znalazła się też zresztą na podłodze, najczęściej już w kawałkach. Gdy młodzieniec szedł przed siebie, niechcący strącił jeden ze stojących przy brzegu stolika talerzy, a ten spadł na ziemię z głośnym trzaskiem.
-Dobry Stwórco!- wysyczał jeden z pijanych jegomości, z niezwykłym trudem odrywając swoją głowę od stołu i przenosząc na Absaloma kompletnie nieprzytomne, acz gniewne jednocześnie , spojrzenie.- Słowo daję, jeszcze jeden krzyk, jeszcze jeden hałas, a policzę się z tobą, dzieciaku!
-Przepraszam- szepnął chłopak.
Mężczyzna odmruknął coś niezrozumiale, kładąc się z powrotem.
Chwilę później, Absalom usłyszał ciężkie, charakterystyczne odgłosy i zaraz Edalis , sapiąc głośno, wyłonił się zza schodów, trzymając w rękach naczynia, które zapewne sprzątał (a nie było to częstym widokiem).
-Chłopcze!- rzucił, zobaczywszy młodzieńca. Ten podszedł do niego prędko, po raz kolejny omal nie poślizgnąwszy się na pokrytej lepką cieczą posadzce.- Dobrze cię widzieć…- głos miał senny, wyraźnie zmęczony, ale nie dało się ukryć, że jest w dobrym nastroju. Nawet bardzo dobrym.
-Co tu się dzieje…?- zapytał cicho Absalom, nie chcąc po raz kolejny budzić śpiących.
-Jak to co?- zagrzmiał Edalis, najwyraźniej nie podzielając obaw młodzieńca.- Świętujemy!
-Świętujecie…?- rzucił niepewnie chłopak i dopiero po chwili uświadomił sobie, o co może chodzić.
Gospodarz niedbale odłożył wszystkie naczynia na najbliższy stolik, robiąc przy tym dużo hałasu. Kilku jegomości jęknęło błagalnie, ale żaden nie odezwał się ani słowem. Edalis rozłożył szeroko ramiona, uśmiechając się radośnie.
-Patrzysz na dumnego posiadacza przepięknej wnuczki, chłopcze!- rzucił z dumą.
Absalom uśmiechnął się pogodnie na te słowa. Gdy był tutaj po raz ostatni… Jakieś półtora tygodnia temu… Edalis narzekał, że Georgina już powinna rodzić i z poirytowaniem dopytywał, dlaczego dziecku nie spieszy się na ten świat, choć zaraz dodawał , z charakterystyczną dla siebie złośliwością, że gdyby miał takiego ojca, też by mu się nie spieszyło.
Absalom przytulił serdecznie gospodarza, starając się go objąć, choć komuś o jego rozmiarach trudno było ogarnąć ramionami Edalisa. Mężczyzna również go uścisnął, a raczej przycisnął do siebie, klepiąc jednocześnie po plecach.
-Zawsze wiedziałem! Zawsze wiedziałem!- mówił z dumą i wyraźnym poruszeniem.- Od początku czułem, że to będzie dziewczynka…
-… Mówiłeś, że to będzie chłopak…- przypomniał Absalom, wciąż przyciśnięty do klatki piersiowej mężczyzny.
-Hm…?- Edalis odsunął się, by móc go lepiej słyszeć.- Gdzie tam, chłopcze!- mruknął, machnąwszy obojętnie dłonią.- No… Może przez chwilę… Wydawało mi się, że mógłby to być chłopiec, ale… Podskórnie czułem od razu, o tak! W końcu córy wdają się w matki, a synowie w ojców! To najlepsze rozwiązanie!
-To wspaniała nowina- powiedział Absalom, wciąż uśmiechając się wesoło.- Jak czuje się Georgina…?
-Jak to kobieta po porodzie…- odparł Edalis, wzruszając ramionami.- Zmęczona i szczęśliwa. Widziałem ten malutki skarb na własne oczy, jest urocza…- westchnął gospodarz z rozrzewnieniem. Młodzieniec uśmiechnął się do siebie mimowolnie. Rzadko można było zobaczyć mężczyznę w podobnym stanie, równie poruszonego czymkolwiek.- Póki co tylko śpi. I nawet nie robi zbyt dużo hałasu! Ale jest zbyt wcześnie, żeby z nią tutaj przychodzić… Wpadniesz za tydzień czy dwa chłopcze, to zobaczysz! Podejrzewam, że i moja córa i jej mała chluba, będą tutaj razem! Będę się nią zajmował… Wychowywał ją…
-Wychowywał…?- podchwycił Absalom.
-Ano… Wychowałem dwie córki na wspaniałe kobiety, co ty myślisz chłopcze, że z kolejną dziewuchą z rodziny nie dam sobie rady?- żachnął się Edalis.- Oczywiście to dziecko Georginy… I tego patałacha… Ale właśnie ze względu na to, już czuję, że dziecku przyda się ktoś taki jak ja… Przecież ten gnojek na niczym się nie zna! Wychowałem swoje dzieci, wychowałem ciebie, więc i nią zajmę się tak, jak należy!
Chłopak uśmiechnął się tylko. Wiedział, że Edalis ma dobre zamiary i z pewnością będzie bardzo blisko ze swoją wnuczką, choć z drugiej strony, znając Georginę, bardzo wątpił, by ta całkowicie powierzyła mu córkę. Konflikt pomiędzy jej ojcem, a mężem wciąż był poważny – choć ona pewnie nie zdawała sobie sprawy z tego, jak mordercze zamiary miał w pewnym momencie Edalis – więc trzeba było najpierw zrobić coś, by jakoś go załagodzić.
-Więc, Georgina urodziła dopiero wczoraj…?- zapytał Absalom.
Edalis spojrzał na niego ze zdziwieniem.
-Skąd!- parsknął cicho.- Już ze cztery dni będzie!
-Więc czemu świętowaliście zeszłej nocy…?- nie rozumiał młodzieniec.
-Och, drogi chłopcze. Świętowaliśmy już od kilku dni, a podejrzewam, że będziemy świętować i następny tydzień! Nie bacz na bałagan, nie moja wina, gdzieś zniknęły mi wszystkie kelnerki… Słowo daję, jeśli wszystkie te dziewuchy za jakiś czas wrócą tutaj z brzuchami, to… Ach, zresztą mniejsza z tym! W każdym razie, na czas święta, darmowe trunki dla każdego, kto się tutaj przypałęta!
-… Nie zbankrutujesz od tego…?- zapytał z rozbawieniem Absalom.
-Och, chłopcze, nie obrażaj mnie! Nie zbankrutowałbym nawet, gdybym miał za darmo upijać tych darmozjadów przez rok!- rzucił i w tym momencie człowiek, który skarcił młodzieńca, podniósł głowę i spojrzał na gospodarza niemalże z nadzieją.- Na co się gapisz?- ofuknął go jednak Edalis.- Możesz nie marzyć, nie zamierzam tego robić!- stwierdził z pełną stanowczością, a z ust jegomościa wyrwał się jęk zawodu, na moment przed tym, nim jego głowa gwałtownie uderzyła z powrotem o stolik. Absalom obejrzał się na niego z lekkim niepokojem.- Nie przejmuj się, większej szkody jego rozumowi i tak to nie uczyni… Usiądź, chłopcze…- zwrócił się do młodzieńca Edalis, wskazując na stolik zastawiony naczyniami, które wcześniej niósł.
Młodzieniec zajął jedno z krzeseł. Gospodarz usiadł naprzeciwko niego.
-A jak tam ci się wiedzie…?- zagadnął go Edalis.- Co z…- zaczął i odkaszlnął tylko cicho, jakby chciał dać do zrozumienia, iż nie jest to pytanie wynikające z troski, a ot, po prostu z ciekawości.- Co z nim…?
-Rany się zagoiły- odpowiedział Absalom, uśmiechając się promiennie.- Nic mu nie będzie.
Gospodarz wydał z siebie odgłos, który można by określić mianem niezbyt entuzjastycznego pomruku.
-Edalis!- skarcił go chłopak.
-Wyjaśniałem ci to już setki razy, chłopcze…- westchnął ciężko mężczyzna.- Gdyby stała mu się krzywda, czułbym się z tym źle, ale fakt, że wciąż żyje, też nie napawa mnie szczególną radością… Zapewniam cię, że jego odczucia do mnie są podobne… Tak to już bywa z ludźmi, których łączy zbyt wiele tajemnic…
Absalom uniósł brew, po czym odetchnął cicho i tylko pokręcił głową, wciąż nie przyjmując do wiadomości tego wytłumaczenia i nie do końca rozumiejąc relacje, jakie łączyły obu, najbliższych jemu, ludzi. Wolał zmienić temat.
-Zauważyłeś we mnie jakąś… różnicę…?- zapytał nieśmiało.
Do tej pory rozpamiętywał to, że Edalis miał go określić mianem „chuchra”. Tym bardziej liczył więc na to, że gospodarz zauważy w nim jakąś zmianę. Bo przecież się zmienił. Może nie bardzo, ale… Ćwiczył. Nie był do końca pewien, czy to wyłącznie jego subiektywne wrażenie, ale zdawało mu się, że jego ciało zaczynało być bardziej umięśnione.
Gospodarz zmarszczył brwi i przyjrzał się chłopakowi.
-… Schudłeś…?- dopytał po chwili niepewnie, a Absalomowi mina zrzedła.- Chyba nie chorowałeś, co, chłopcze…?
-Wcale nie schudłem!- zaperzył się młodzieniec, czerwieniejąc lekko.- Przybrałem na wadze! Ćwiczę!- wyjaśnił, wciąż nieco urażony.
-Ćwiczysz…?- powtórzył Edalis.
-Tak. Walkę. Mortalis mnie uczy.
-Mortalis cię uczy!- gospodarz parsknął głośnym śmiechem.- A czegóż on cię może nauczyć, co, chłopcze…?
-Przecież umie walczyć…- rzucił bez zrozumienia Absalom.
-Jest mordercą- parsknął cicho mężczyzna.- Umie dźgnąć kogoś w plecy, a nie wyzwać na uczciwy pojedynek. To żaden wzór dla ciebie! Chcesz się uczyć walki, to przyjdź tutaj… Znajdę ci kogoś z miasta, kto zna się na tym lepiej od niego…
Absalom pokręcił głową. Edalis wiedział równie dobrze, jak i on, że Mortalis umiał posługiwać się bronią i chyba rzeczywiście chodziło tu tylko i wyłącznie o „stanowienie dobrego wzoru”. Młodzieniec nie chciał jednak uczyć się z nikim innym. Zwłaszcza, że jego treningi z opiekunem… Cóż… Miały niekiedy pewien specyficzny wymiar i atmosferę…
Wciąż spierał się o to z gospodarzem, gdy nagle drzwi do gospody otworzyły się na oścież z głośnym hukiem, co wzbudziło pełne niezadowolenia reakcje nietrzeźwego grona . Do środka wpadła jakaś młoda kobieta. Absalom nigdy wcześniej jej nie widział albo przynajmniej nie zwrócił na nią uwagi. Zatrzymała się nieopodal gospodarza, łapiąc gwałtownie oddech, jakby biegła przez całą drogę tutaj.
-Edalis…- rzuciła, patrząc na mężczyznę.- Oni znowu tu są.
Gospodarz natychmiast spoważniał. Sprawiał wrażenie poirytowanego i wytrąconego z równowagi. Absalom nie rozumiał, co się dzieje. Spojrzał na Edalisa pytająco, ale wyglądało na to, że ten nie ma czasu na wyjaśnienia. Podniósł się powoli z miejsca i kiwnął głową, dając kobiecie znak, by ta go poprowadziła. Młodzieniec nie bardzo wiedział, o co może chodzić i co ma zrobić, więc również wstał i poszedł z nimi. Gospodarz jak zwykle poruszał się bardzo ociężale, ale widać było, że zależało mu na pośpiechu. Gdy wyszli z gospody, przeszli ledwie kilkadziesiąt metrów i znaleźli się na rynku. Wyjątkowo jednak, to nie stoiska z towarami budziły największe zainteresowanie. Spora grupa ludzi zgromadziła się w samym centrum placu, ustawiając w kółko, najwyraźniej obserwując coś , albo czemuś się przysłuchując. Część kupców również wyglądała ciekawie zza swoich stanowisk, chyba żałując, że nie mogą ich opuścić, pozostali natomiast, sprawiali wrażenie równie poirytowanych, co Edalis , albo zupełnie obojętnych. Absalom nie czekał na gospodarza, sam popędził do przodu i przepchnął się pośród ludzi, by znaleźć się w pierwszym rzędzie i móc zobaczyć, co zwróciło ich uwagę. Na drewnianym podwyższeniu, stał mężczyzna, w wieku trzydziestu paru lat, ubrany w eleganckie szaty, wykonane z drogich materiałów, o jasnych blond włosach, związanych w kucyka, błękitnych oczach i pełnym uroku uśmiechu, jaki widniał na jego twarzy, gdy przemawiał do tłumu. Obok niego, już nie na podeście, stał inny jegomość, w podobnym wieku, odziany w ten sam sposób, dwójka młodych chłopaków i jakaś dziewka – ci z kolei wyglądali na okolicznych mieszkańców, jednego z nich Absalom kojarzył nawet z wyglądu.
-… Przybywamy z lepszego miejsca!- przemawiał stojący na podeście jegomość, donośnym, gładkim głosem.- Z Oasis! Królestwa położonego na samotnej wyspie, otoczonego spokojnymi wodami… Aby się tam dostać, trzeba wsiąść na statek i ruszyć na północ, decydując się na długą i mozolną przeprawę… Jednak, gdy znajdzie się już u celu, każdy przybysz zda sobie sprawę, iż warto było podjąć to ryzyko… Nikt, kto trafił do tego miejsca, nie mógłby wyrzucić z pamięci wysokich, sięgających chmur murów, otaczających miasto, wykonanych z gładkiego, lśniącego w słońcu kamienia… To jedno z najwspanialszych i najpiękniejszych miast, jakie istnieje na tym świecie!- mówił mężczyzna, a jego słowa rozbudzały wyobraźnię Absaloma, sprawiając, że ten widział przed oczyma ow o niezwykłe miejsce.- Ulice są czyste. Woda w jeziorach zupełnie przejrzysta. Hoduje się tam zwierzęta, jakich nie zna się na pozostałych lądach. Rosną tam najsmaczniejsze owoce, które importują do swoich krajów władcy i możni ze wszystkich stron świata, chcąc skosztować ich nieziemskiej słodyczy… Miasto to niemal ocieka złotem i klejnotami. Jest ich tak wiele, że szlachetnymi kamieniami zdobi się pomniki i mury zamków, wyszywa się je na chustach i strojach… Strojach, na które stać każdego, bowiem tam każda praca jest uczciwie i sowicie wynagradzana! Władający miastem rozumieją, że praca urzędnika nie jest warta więcej od pracy stajennego, bowiem bez żadnego z nich, królestwo nie mogłoby funkcjonować w tym stanie… Niestety, miasto umiera. W ostatnim stuleciu urodziło się w nim wyjątkowo mało dzieci. Dlatego, jego bramy zostały otwarte i wyruszyliśmy z niego my – gońcy. Rozpierzchliśmy się po świecie w poszukiwaniu tych, którzy gotowi byliby przebyć długą drogę, by ostatecznie stać się częścią naszego cudownego królestwa… Tym, którzy się zgłoszą, zapewnimy odpowiednią opiekę i wyżywienie… Nie poniosą żadnych kosztów. Mogą jedynie zyskać… To szansa, aby młodzi i starsi mogli wreszcie stanąć na nogi i wziąć los w swoje ręce! Ruszajcie z nami do Oasis… Zostańcie tam, załóżcie rodzinę i żyjcie w spokoju do późnej starości albo wzbogaćcie się i wróćcie tutaj, by pokazać tym, którzy w was wątpili, wasze osiągnięcia… Ta trójka śmiałków już się zdecydowała!- dodał, wskazując na stojących obok niego mieszczan. Jeden z młodzieńców prężył się z dumą i uśmiechał szeroko.- Jeśli i wy w głębi serca pragniecie przygody, nie wahajcie się. Ruszcie z nami!
Absalom słuchał jego słów jak zaczarowany, choć oczywiście nawet nie brał pod uwagę możliwości opuszczenia tego miejsca. Opuszczenia Mortalisa. Tak czy inaczej, nie mógł poskromić swojej wyobraźni, która roztaczała przed jego oczyma najwspanialsze obrazy cudownego miasta. I nie mógł nie czuć nutki zazdrości, gdy spoglądał na zadowolone twarze tych, którzy byli chyba jego rówieśnikami i mieli wkrótce wyruszyć do tego niebiańskiego miasta. Wysłannicy, wybrańcy, podróż statkiem, przygoda… Zupełnie jak w jego książkach. Słuchając jasnowłosego, zupełnie zapomniał o Edalisie i jego zdenerwowaniu. Aż do momentu, gdy usłyszał jego szorstki i pełen poirytowania głos:
-Wynocha… Odsuń się, mówię, przepuść mnie do przodu… Już, już, zabierać się…
Początkowo, wsłuchany w słowa przemawiającego, tłum, obracał się w jego stronę poirytowany, ale gdy tylko ludzie dostrzegali kto to taki, natychmiast rozstępowali się, robiąc mu przejście. Edalis cieszył się w tym mieście rzeczywiście niezwykłą reputacją, choć trudno było powiedzieć, czy wynika ona z szacunku, czy też ze strachu. A może z szacunku powodowanego strachem. Chwilę później, znalazł się tuż przy Absalomie.
Przemawiający umilkł, dostrzegłszy gospodarza. Przez moment widać było malujące się na jego twarzy niezadowolenie, ale zaraz na powrót przywołał uśmiech i zgrabnie zeskoczył z drewnianego podestu.
-Edalis!- rzucił serdecznym tonem, choć w zestawieniu z jego pierwszą reakcją, trudno było określić tę serdeczność mianem szczerej.- Miło cię widzieć… Przyszedłeś posłuchać tego, co mam do powiedzenia…?
-Przyszedłem raz na zawsze zakończyć te brednie…- warknął w odpowiedzi Edalis.- Wynocha z mojego miasta!- zagrzmiał.
-Twojego miasta…?- parsknął mężczyzna.- Zdaję się, że kiedy się ostatni raz widzieliśmy, Edalisie, byłeś jedynie karczmarzem, a nie zarządcą, ani tym bardziej właścicielem tego miejsca…
-A ty byłeś żerującym na kupcach oszustem, a nie ścierwem handlującym niewolnikami, Golvanie- odparł na te słowa gospodarz.
Wśród tłumu zapanowało wyraźne poruszenie. Absalom spojrzał na gospodarza ze zdumieniem. Dziewczyna, jedna trójki, która zdecydowała się towarzyszyć mężczyznom, spłoszyła się i natychmiast cofnęła, wyraźnie zlękniona.
Handlarze niewolników…? Absalom pamiętał, że gdy był jeszcze dzieckiem, Mortalis surowo przestrzegał go przed samotnym wałęsaniem się po mieście i rozmawianiem z obcymi ludźmi, a już zwłaszcza towarzyszeniem im albo decydowaniem się na rzekomą pomoc. Mówił, że do takich miejsc przybywają osoby, któr e porywają dzieci, by następnie uczynić z nich niewolników i sprzedać je, najczęściej za morzem. Od tamtej pory minęło jednak wiele lat i młodzieniec nigdy więcej nie słyszał o podobnym zjawisku.
-… To bardzo poważne oskarżenie, Edalisie…- odparł Golvan, opanowanym, spokojnym głosem, choć widać było, że słowa gospodarza wzbudziły w nim irytację.- Mam nadzieję, że masz na jego poparcie coś więcej prócz tych pustych, kłamliwych słów…
-Może zechcesz mi zatem wyjaśnić, kiedy to stałeś się „wysłannikiem cudownego królestwa”…?- zironizował gospodarz, wciąż spoglądając na mężczyznę z nieskrywaną wrogością.- Sądzę, że podróż na daleką wyspę, udomowienie się tam, a co dopiero zyskanie tak wysokiej rangi zajęłoby sporo czasu… Pomijając już fakt, że znając ciebie i twoje umiłowanie do złota, nie ruszyłbyś się z tego „raju”, ani na krok… Powiedz więc, jak to się stało, że jeszcze przed rokiem widzieliśmy się w tym samym miejscu, choć zupełnie innych okolicznościach…? Czyżbyś posiadał niezwykłą zdolność bycia w dwóch miejscach na raz, a może podróżujesz w czasie…?
-Nie przypominam sobie takiej sytuacji- odparł gładko Golvan. Jeden ze stojących u jego boku mieszczan, również zaczął sprawiać wrażenie bardzo niepewnego. Rozglądał się nerwowo na boki, wyraźnie nie wiedząc, co zrobić. Jasnowłosy musiał to dostrzec.- Nie dajcie się zwieść słowom tego człowieka!- zwrócił się do tłumu, któr ego entuzjazm zdecydowanie przygasł, wręcz zmienił się w niechęć.- Wrogowie Oasis są wszędzie! Wrogowie waszego szczęścia! Jeśli wy nie zechcecie skorzystać z okazji, uczyni to ktoś inny! Drugiej szansy nie będzie! Oasis…
-Nie ma żadnego chrzanionego Oasis!- przerwał mu głośno Edalis.- To brednia! Bajka! Jak możecie nabierać się na coś tak naiwnego…?- niepewny młodzieniec również wycofał się do tłumu. Golvan zacisnął wargi, wyraźnie zdenerwowany. Teraz u jego boku stał tylko jeden mieszczanin, ten jednak nie sprawiał wrażenia, jakby miał wątpliwości co do tego, na co się decyduje.- A ty chłopcze…?- zwrócił się do niego gospodarz.- Marzy ci się złoto…? Och, zobaczysz je! W ich sakiewkach, gdy już sprzedadzą cię jakiemuś rozleniwionemu, staremu szlachciurze, który w dodatku będzie lubił dotykać takich młodzieniaszków jak ty…- chłopak wybałuszył na niego oczy, po czym spojrzał na Golvana ze strachem. Chyba ten obraz podziałał na jego wyobraźnię, bo również odszedł.- A teraz wynocha!- warknął Edalis w kierunku jasnowłosego.
-To, co teraz robisz, Edalisie, nazywa się brakiem rozwagi…- wycedził przez zęby mężczyzna.- Nie chcesz mieć w nas wrogów. W mieszkańcach Oasis- sprecyzował po chwili, najwyraźniej wciąż nie wychodząc z roli.
-A ty nie chcesz, żebym skopał twój kościsty zad. Wynocha!
Golvan sprawiał wrażenie, jakby miał zamiar z tym dyskutować, ale tłum wyraźnie mu nie sprzyjał. Rozległy się gniewne pomruki, słychać było okrzyki wzywające jasnowłosego do odejścia, a nawet wzywające do paru cokolwiek bardziej drastycznych rozwiązań. Mężczyzna musiał wiedzieć, że jeśli on i jego towarzysz zaraz nie odejdą, ktoś im w tym pomoże. Rozmówili się ze sobą cicho.
-Popełniacie błąd- zwrócił się Golvan do ludności, uśmiechając się ze smutkiem.- Oasis to najwspanialsze miejsce, jakie istnieje, a wy mieliście szansę do niego dotrzeć. Zaprzepaściliście ją, ale inni z niej skorzystają. Żegnajcie.
Powiedziawszy ostatnie słowo, zerknął gniewnie w kierunku Edalisa i wraz ze swym kompanem czmychnął na bok, szybko przedzierając się przez miejsce, w którym tłum był najmniej liczny.
-No…- sapnął Edalis, uspokajając się nieco.- Chodź, chłopcze…- rzucił, ogarniając Absaloma ramieniem.- Nie zamierzam tracić na to ani chwili dłużej.

Absalom siedział w gospodzie jeszcze niecałą godzinę, po czym zdecydował się wracać. Całą drogę jego myśli zaprzątało jeszcze zdarzenie z handlarzami, reakcja Edalisa i, niestety nieistniejące, cudowne miasto, jednak gdy tylko znalazł się w pobliżu chatki, jedynym, na czym mógł się skoncentrować, była osoba Mortalisa. Zastanawiał się, czy mężczyzna w ogóle jest w domu. Owszem, nie wykonywał misji, nie wyruszał więc w podróże, jednak wychodził niekiedy, nad jezioro lub do lasu. Czasem szukał jakiś ziół, składników do maści i trucizn. Czasem po prostu spacerował.
Młodzieniec uchylił drzwi i wszedł do wnętrza chatki. Jego opiekuna nie było w izbie.
-Mortalis…?- zawołał i już miał przejść do drugiego pomieszczenia, gdy nagle spostrzegł leżący na łóżku, charakterystyczny, czarny płaszcz.
Zatrzymał się gwałtownie i ze zdziwieniem spojrzał na odzienie. Mortalis bardzo rzadko zostawiał swój płaszcz na wierzchu. Rzadko też w ogóle go używał – brał go ze sobą tylko wtedy, gdy wyruszał, więc Absalom nie miał okazji, by go przymierzyć czy nawet dokładnie obejrzeć.
… Właśnie. Brał go ze sobą tylko, gdy wychodził na misję. Po co więc wyciągnął go teraz…?
Chłopak przeszedł do drugiego pokoju. Jego opiekun siedział na podłodze. Ucierał tłuczkiem jakąś roślinę, której w obecnym, odbiegającym od pierwotnego stanu kształcie, Absalom nie mógł rozpoznać. Na dłoniach ciemnowłosego znajdowały się rękawiczki, obok niego stały miseczki z jakimiś substancjami, kawałek dalej leżał pas, do którego wpięte były fiolki o rozmaitej zawartości, wszystko wskazywało więc na to, że znowu zajmował się truciznami. Ostatnimi czasy często mu się to zdarzało. Młodzieniec niepokoił się o niego, ale opiekun twierdził, że nie ma do tego podstaw, nawet gdyby bowiem rzeczywiście omyłkowo otruł samego siebie, byłaby to niewielka dawka trucizny, a to był w stanie znieść, jeśli jednak nawet byłoby inaczej, miał odtrutki na większość specyfików, których używał.
-Tu jesteś…- rzucił Absalom, uśmiechając się z ulgą. Wciąż nie wiedział, co robił na łóżku tamten płaszcz, ale widział Mortalisa rano i wątpił, by ten tak szybko zdążył pójść gdzieś i…
… Kogoś zabić.
Nie znosił o tym myśleć.
-Mhm…- mruknął w odpowiedzi mężczyzna, nie odrywając się od swojego zajęcia.
Był w dość ponurym nastroju, co zresztą nie było w jego przypadku niczym nowym. Choć niekiedy… W pewnych momentach… Wtedy, gdy byli razem, Absalomowi wydawało się, że mężczyzna zaczyna zachowywać się swobodniej. Że jest… bardziej pogodny. Może nazwanie jego nastroju „wesołym”, byłoby sporą przesadą, ale przynajmniej zdawał się mniej ponury niż zwykle. Ostatnio jednak Mortalis znów był bardziej markotny.
-Po co robisz ich aż tyle…?- nie rozumiał młodzieniec, spoglądając na fiolki.- Przecież tutaj ci się nie przydadzą…- parsknął cicho.
Nie usłyszał odpowiedzi.
Odkaszlnął.
-Byłem w mieście- oznajmił, choć był pewien, że jego opiekun doskonale o tym wie, wszak poinformował go o swoich zamiarach tego ranka.- U Edalisa. Zdarzyło się coś dziwnego…
Czekał, aż Mortalis coś powie albo zapyta go o ciąg dalszy, ale że mężczyzna nie zareagował, Absalom doszedł do wniosku, że może nie powinien mu teraz zawracać głowy. Już miał wychodzić z pomieszczenia, gdy usłyszał ciche pytanie:
-Co zdarzyło się w mieście?
Przystanął w progu i spojrzał na mężczyznę.
-Edalis wygnał handlarzy niewolników- powiedział.
Mortalis zerknął na niego przelotnie.
-Dobrze- skwitował jedynie jego słowa.
-Miałbyś ochotę… potrenować…?- zapytał nieśmiało Absalom, chcąc spędzić z opiekunem trochę czasu. Oczywiście trening nie był najlepszym, co mógł sobie wymarzyć, ale od czegoś warto było zacząć.
-Poćwicz dziś sam- odpowiedział Mortalis.
Chłopak spojrzał na mężczyznę z nieskrywanym rozczarowaniem, ale ten raczej nie mógł tego dostrzec, pochłonięty swoją pracą. Absalom i tak musiał sobie znaleźć jakieś zajęcie, więc trening wydawał się być dobrym rozwiązaniem. Wszedł głębiej do pomieszczenia, chcąc wziąć broń. Poruszał się w tym miejscu znacznie sprawniej niż wcześniej, wiedział, gdzie co się znajduje, choć wciąż była tu masa rzeczy, zapewne również oręża, których przeznaczenie było dla niego jasne, ale sposób użycia – zupełnie niezrozumiały. Chwycił jeden z mieczy.
-Dlaczego miecz?- zapytał natychmiast Mortalis.
Absalom obejrzał się na niego. Mężczyzna nawet nie podniósł wzroku, wciąż był skoncentrowany na tym, co robił. Najwyraźniej znał dobrze to pomieszczenie i wiedział dokładnie, po co sięgał chłopak. Albo znał dobrze podopiecznego.
-Bo… jest bohaterski…?- rzucił młodzieniec, uśmiechając się niepewnie, choć wiedział, że ta odpowiedź nie usatysfakcjonuje mężczyzny.
Z ust jego opiekuna wyrwało się ciche westchnienie.
Absalom zawahał się, ale ostatecznie odłożył ostrze i zamiast tego, wybrał sztylety, po czym wyszedł z pomieszczenia. Naprawdę wolał używać innej broni, ale chciał, by Mortalis był zadowolony. Szedł do wyjścia, gdy jego wzrok raz jeszcze przyciągnął płaszcz mężczyzny. Zatrzymał się przy nim. Sam nie wiedział, co go podkusiło… W jednej chwili ściskał palcami przyjemnie gładki i śliski materiał, a w drugiej był już na zewnątrz, trzymając go w dłoniach i spiesząc się, niczym złodziej, uciekający ze swoim łupem z miejsca zbrodni. Po kilku metrach przystanął i zagryzł niepewnie wargę. Wiedział, że źle zrobił, biorąc to ze sobą. Płaszcz należał do Mortalisa. Nawet nie zapytał go o zgodę. Chociaż z drugiej strony… Przecież nie zamierzał zrobić z nim niczego złego, prawda…? Chciał go wziąć tylko na chwilę. Tylko na trening. A jeśli się zabrudzi…? Albo Absalom przez przypadek go zniszczy…? Miał ochotę zawrócić i odłożyć go z powrotem. Niestety, nie tak wielką jak na to, by zabrać go ze sobą, więc tak też uczynił. Będzie się pilnował. W końcu to był tylko trening. Sam nie mógł zrobić sobie krzywdy. I zwróci własność Mortalisa  nim ten zdąży się zorientować, że zniknęła.
Niedługo później był już na polu, gotów do rozpoczęcia ćwiczeń. Jeszcze przez moment dręczyły go wyrzuty sumienia i obawy o to, że jego opiekun zezłości się, jeśli o wszystkim się dowie. Jednak gdy nałożył płaszcz, skoncentrował się na czymś zupełnie innym. Chwycił za sztylety i zaczął trenować. Bardzo szybko zrozumiał, dlaczego Mortalis wykonuje swoje misje ubrany w ten sposób. Odzienie było bardzo wygodne. Nie przeszkadzało Absalomowi, nie plątało się, nie krępowało jego ruchów, wprost przeciwnie – zdawało się przylegać do jego ciała, być jego częścią, dawało znaczną swobodę ruchów. Nie był to upalny dzień, ale młodzieniec i tak obawiał się, że ubrany w ten sposób, szybko się zgrzeje, jednak płaszcz nie dawał mu ani odrobiny ciepła, zupełnie tak, jakby chłopak wcale go na sobie nie miał. Już po chwili, znowu dał się ponieść wyobraźni. Wyobrażał sobie, że jest nim. Mortalisem. Nie mordercą, ale… Ale… Kimś trochę innym. Bohaterem, pozostającym w cieniu. Chociaż, Absalom nie chciałby zostawać w cieniu, gdyby rzeczywiście był bohaterem. Tak czy inaczej, wyobrażał sobie, że porusza się właśnie tak jak on. Cicho, sprawnie, niemal niezauważalnie i bardzo szybko… Wyobrażał sobie, że walczy równie pewnie i z równą dokładnością odpiera ataki, zupełnie tak, jakby spodziewał się każdego z nich…
Z marzeń wytrącił go tętent kopyt, dobiegający z niedalekiej odległości. Absalom przystanął i przysłuchiwał mu się przez moment. Słyszał również trzask poruszających się po nierównej ziemi kół. Wyglądało na to, że nieopodal przejeżdżał jakiś powóz albo karoca. Czasem się to zdarzało. Gdy tylko więc źródło tych odgłosów oddaliło się, zapomniał o tym zupełnie i wrócił do ćwiczeń.
Zastanawiał się, czy kiedykolwiek będzie w stanie dorównać Mortalisowi. Albo choć trochę go przypominać. Podziwiał go. Nie tylko ze względu na te uczucia, które do niego żywił, nie tylko ze względu na swoje przywiązanie, na ich wspólną przeszłość. Umiejętności mężczyzny były zdumiewające. Jego ruchy były tak dokładne, a jednocześnie zupełnie spontaniczne, perfekcyjne w każdym calu… Młodzieniec trenował już jakiś czas pod jego okiem, stał się trochę szybszy, poruszał się pewniej, lepiej posługiwał się bronią, rzadziej dawał się zaskakiwać, ale pomiędzy tym, co potrafił on, a tym, co umiał jego opiekun, istniała ogromna różnica. Jak długo musiałby trenować, by chociaż w połowie przyswoić sobie jego umiejętności…? Chyba długie lata. Był ciekaw, gdzie Mortalis się tego nauczył. A może Absalom łudził się myśląc, że będzie w stanie mu dorównać. Może to, co potrafił jego opiekun, było po prostu talentem.
W tym momencie, usłyszał oklaski. Szybko rozpiął płaszcz, by schować sztylety i natychmiast odwrócił się w stronę, z której dobiegały, odruchowo zsuwając z głowy kaptur, przekonany, że zaraz zobaczy Mortalisa, który pewnie przyszedł tutaj, gdy zorientował się, że młodzieniec zabrał to, co do niego należało. Zobaczył jednak kogoś innego. Bez problemu rozpoznał twarz tego mężczyzny. To był ten człowiek z rynku. Handlarz niewolników. Golvan.
-Imponujące…- rzucił z podziwem w głosie, zbliżając się do młodzieńca. Ten drgnął, nie bardzo wiedząc, jak się zachować. Czuł się trochę niepewnie, ale nie bał się. Mężczyzna nie wyglądał na kogoś, kto mógł wyrządzić mu krzywdę, nie był nawet uzbrojony. Golvan przyjrzał mu się z uwagą.- Chwila… Czy to nie ciebie widziałem z Edalisem…?- zapytał, marszcząc brwi.- Znasz go…?
-… Trochę- odparł wymijająco Absalom.
-Edalis się myli- stwierdził Golvan, uśmiechając się serdecznie.- Myli się co do mnie. Miałem kiedyś wiele na sumieniu. Byłem złym człowiekiem. Owszem, niegdyś się znaliśmy… Prowadziliśmy podobne interesy…- rzucił znacząco.- Przeszkadzałem mu. Narobił mi problemów, a ja musiałem znaleźć sobie nowe zajęcie. Wtedy jednak odnaleźli mnie wysłannicy z Oasis i zwerbowali, abym im służył. Zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo żałosne było moje dotychczasowe postępowanie. Wierz mi. Nie mam na celu czynienia komukolwiek krzywdy.
Młodzieniec milczał. Nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Ten mężczyzna mówił w taki sposób… Miał gładki, przyjemny głos. Wydawało się, że był szczery. A z całą pewnością, przekonujący. Chłopak nie był pewien, czy należało dawać wiarę jego słowom. To miasto, o którym wspominał… było nieprawdopodobne! Ale czy nie byłoby wspaniale, gdyby rzeczywiście istniało…? Prawda była jednak taka, że Edalis wiedział, co robi. Nie rzucał bezpodstawnych oskarżeń. Chociaż z drugiej strony, był też pamiętliwy i mściwy. Może źle ocenił tego człowieka…? Może zaślepiły go jego dawne zatargi z nim…?
-Porozmawiaj z nim więc…- odparł cicho Absalom.
-Wątpię, aby mnie wysłuchał…- zaśmiał się jasnowłosy.- Poza tym, nie muszę się przed nim tłumaczyć. On wciąż błądzi, ja odnalazłem swoją drogę. Chcę pomagać ludziom. Takim ludziom jak ty…- rzucił i oparł dłoń na ramieniu młodzieńca. Ten spojrzał na niego, nieco speszony.- Chcę, aby i oni potrafili się odnaleźć w świecie, a wiem, że miasta i królestwa tutaj, na tym kontynencie, dają taką możliwość jedynie nielicznej garstce… Jak ci na imię…?
-Absalom…- odparł chłopak, wciąż zdezorientowany i trochę zawstydzony.
Golvan cofnął dłoń, choć nadal stał bardzo blisko niego.
-Mieszkasz tutaj…?- zapytał po chwili.
Mało brakowało, a chłopak odruchowo potwierdziłby jego słowa. Zaraz jednak otrząsnął się i rzucił:
-Nie. Oczywiście, że nie.
-A gdzie…?
-No… W mieście- odpowiedział młodzieniec.
-Więc co tutaj robisz…?- dopytywał mężczyzna.
-Trenuję.
-Widziałem…- Golvan uśmiechnął się szeroko.- Muszę przyznać, że twoje umiejętności zrobiły na mnie duże wrażenie… Rzadko kiedy widzę kogoś w tak młodym wieku, równie zaangażowanego w to, co robi… Świetnie walczysz.
-Naprawdę…?- zapytał Absalom, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
-Oczywiście! Twoi rówieśnicy muszą ci zazdrościć… Pewnie masz się z nimi tutaj spotkać?
-Nie… Ja… Trenuję sam- wyjaśnił chłopak.
-Och. Rozumiem.
-Golvan!- dobiegł ich głos i moment później, zza drzew wyłonił się kolejny mężczyzna. Jego również Absalom kojarzył. To on był razem z jasnowłosym na rynku.- Gdzie się podziewasz, do diabła?!
-Spokojnie!- rzucił w jego kierunku Golvan.- Spotkałem znajomego.
Mężczyzna zatrzymał się. Spojrzał na swojego towarzysza, a następnie Absaloma, po czym uśmiechnął się lekko.
-Skoro tak…- odparł jedynie i zaraz na powrót zniknął w lesie. Młodzieniec obejrzał się w jego kierunku ze zdziwieniem.
-Widzisz, Absalomie…- kontynuował Golvan, jak gdyby nic się nie zdarzyło.- Przydałby się nam ktoś taki jak ty. Nie wszyscy muszą zostać w Oasis. Niektórzy, tak jak ja, mogą służyć królestwu tutaj… Przemierzamy morza i lądy w poszukiwaniu odpowiednich osób… Napotykamy różne niebezpieczeństwa… I różne szanse. To najlepszy sposób, aby się wykazać, poznać świat i nauczyć czegoś nowego… No i wzbogacić. Nigdy nie chciałeś przeżyć takiej przygody…?
-Chciałem…- przyznał Absalom, uśmiechając się niepewnie. Nadal chciał.- Ale nie mogę. To znaczy… Nie mógłbym wyruszyć. Na pewno nie teraz.
-Rozumiem…- odparł spokojnie Golvan, skinąwszy głową.- Twoi rodzice by ci na to nie pozwolili, czyż nie…? Zapewne wciąż z nimi mieszkasz…?
-Nie… Moi rodzice nie żyją- odparł cicho chłopak.
-Och. Przykro mi. Więc pewnie narzeczona będzie się o ciebie niepokoić…?
-Narzeczonej też nie mam- odpowiedział z rozbawieniem Absalom.
Golvan uśmiechnął się lekko.
-Więc co cię tutaj trzyma?- zapytał.
Młodzieniec zagryzł wargę, nie odpowiadając. Mortalis. Czyli wszystko. Absolutnie wszystko, co miał. W życiu nie zdecydowałby się na żadną podróż bez niego. Nie zamierzał go opuścić. Nawet kilku dniowa rozłąka była czymś trudnym do zniesienia, rozłąka w dłuższej perspektywie była więc wręcz niewyobrażalna.
-Nie mogę…- powiedział w końcu, kręcąc głową.
-Rozumiem- odpowiedział gładko mężczyzna, skinąwszy głową.- Każdy z nas ma swoje tajemnice. I swoje zobowiązania. Jednak czasem warto sprawdzić inne możliwości… Oasis oferuje ich wiele…- rzucił, a w wyobraźni Absaloma na nowo odżył obraz cudownego miasta.- To miejsce jest wyjątkowe nie tylko z powodu atmosfery i niewątpliwego piękna. Zdradzę ci pewną tajemnicę…- zaczął jasnowłosy, ściszając głos. Młodzieniec spoglądał na niego z uwagą.- W Oasis żyje ostatni smok.
-Co takiego…?- zdumiał się chłopak.
-To prawda. Pod całym miastem rozciągają się tunele. Podobno bestia się w nich przemieszcza. Nigdy nie widziałem jej na własne oczy, ale widziałem coś, co do niej należało – smoczą łuskę. Była ogromna. Przerobiono ją później na tarcze dla kilkudziesięciu żołnierzy. Żadne ostrze świata nie jest w stanie przebić takiej osłony.
Smok…? Czy to możliwe, aby te istoty istniały naprawdę…? Mortalis mówił, że nie. Pewnie miał rację. W końcu podróżował po świecie. Choć na pewno nie był na innych lądach. Ten człowiek mógł więc mówić prawdę. Absalom był zafascynowany. Dałby wiele, by zobaczyć smoka na własne oczy. Jednak nie za cenę opuszczenia domu i wszystkiego, co było mu drogie.
-Nie chciałbyś sprawdzić, ile jeszcze tajemnic kryje w sobie to niezwykłe miejsce…?- zapytał Golvan, a w jego słowach kryła się pokusa.
Młodzieniec był jednak pewien swojego zdania. Mimo ciekawości, mimo młodzieńczych marzeń i ambicji – znał swoje miejsce. Miejsce u boku Mortalisa. Nawet zresztą, gdyby miał podejmować tak ą decyzję, przecież nie zrobiłby tego ot tak, w jednej chwili. Musiałby się przygotować, rozmówić z Mortalisem, zapytać go o zdanie… Nie mógł wyruszyć przecież w nieznane z zupełnie obcymi ludźmi.
-To jest moje miejsce- odpowiedział, uśmiechając się lekko.
-To…?- podchwycił Golvan, rozglądając się dookoła.- Ten las…?- dopytał z ciekawością.
-Tak… To znaczy nie… To znaczy… To wszystko- rzucił Absalom, odkaszlnąwszy cicho.- Miasto, las i… I… Te okolice. Nie chcę stąd odchodzić. Przykro mi.
Jasnowłosy uśmiechnął się w odpowiedzi.
-Mnie również…- stwierdził i westchnął strapiony.- Szkoda…- rzucił. Wydawało się, że lada chwila odejdzie. Chłopak uśmiechnął się do niego raz jeszcze, przepraszająco. Jednak , ku jego zdumieniu, mężczyzna wciąż stał w tym samym miejscu.- Bowiem widzisz, Absalomie…- kontynuował po dłuższym i nieco dezorientującym momencie ciszy.- Ja naprawdę nie znoszę wracać z pustymi rękami…
Młodzieniec spojrzał na niego bez zrozumienia. Kątem oka zobaczył, jak ktoś wyłania się z pobliskich drzew. To był ten sam mężczyzna, który był z Golvanem na rynku i który jeszcze nie tak dawno, przybiegł tutaj, wołając towarzysza. Teraz szedł w kierunku Absaloma. Chłopak wciąż nie do końca wiedział, co się wokół niego dzieje, ale instynktownie odwrócił się, szukając drogi ucieczki. Jednak tamten człowiek nie był jedynym, który szedł w jego stronę. Na polanie znajdowali się już kolejni. Wysoki, młody mężczyzna o przerażająco okaleczonej twarzy, bez jednego oka, ze zmiażdżonym, bezkształtnym nosem i szpetnymi bliznami pokrywającymi całą łysą głowę. Mający nie więcej niż trzydzieści parę lat jegomość, ubrany nie tak schludnie jak jego towarzysze, z postrzępionymi, ciemnymi włosami, wśród których przeplatały się wyraźne, siwe pasma. I chyba najpotężniejszy mężczyzna, jakiego Absalom kiedykolwiek widział w swoim życiu. Wysoki na dwa metry, szeroki, barczysty, bliżej mu było do olbrzyma niż człowieka. Chłopak drgnął, po czym odwrócił się znów w stronę Golvana.
-Kłamałeś…- rzucił, odruchowo sięgając prawą dłonią po doczepiony do pasa sztylet, ale ku swemu zdumieniu – nie znalazł go. Nie zdążył chwycić drugiego, bowiem poczuł na swoim gardle chłód stali.
Golvan trzymał nóż tuż przy szyi młodzieńca. Nóż Absaloma.
-Jak to zrobiłeś…?- zapytał bez zrozumienia chłopak.
Jasnowłosy zaśmiał się cicho.
-Gdy byłem dzieckiem, w trakcie krótkiej rozmowy, ściągałem z dłoni panien pierścionki i zrywałem z ich szyi złote łańcuszki… Jako młodzian w twoim wieku, potrafiłem zagadać kupca tak, by ten dopiero po kilkunastu minutach od mojego odejścia, orientował się, że zginęła mu masa cennych przedmiotów… Później wykorzystałem mój talent inaczej i zacząłem przekonywać kupców, by ubijali ze mną interesy. Korzystne tylko dla jednej strony. W ciągu chwili potrafiłem ich skłonić do tego, aby oddali mi majątek swojego życia… A dziś przekonuję matki, by oddały pod moją opiekę swoje najdroższe dzieci… Naprawdę sądzisz, iż istnieje cokolwiek, czego nie potrafię zrobić…?
-Więc wszystko zmyśliłeś…?- szepnął Absalom, usiłując się cofnąć, ale Golvan nie odstępował go na krok.- Nie ma żadnego Oasis. A Edalis się nie mylił. Naprawdę handlujesz niewolnikami.
-Ależ nie, Oasis istnieje…- odparł obojętnie Golvan.- Gdzieś. Nie żebym był tam chociaż przez sekundę… A cudowne miasto mogło istnieć w twojej głowie tak długo, jak tylko sam byś na to pozwolił, gdybyś tylko zechciał ruszyć z nami… Nic nie pomaga pozostać przy zdrowych zmysłach tak skutecznie, jak złudzenia…
-Nie pójdę z wami!- rzucił Absalom, choć zdawał sobie sprawę z tego, że jest w sytuacji bez wyjścia. Trzej mężczyźni stali w pewnej odległości od niego, ale na tyle blisko, by pochwycić go, gdyby próbował uciec. Golvan natomiast wciąż trzymał przy jego szyi ostrze.- Nie możecie mnie zabrać! Będziecie mieć kłopoty!
Golvan i dwójka jego towarzyszy jak jeden mąż parsknęli niepohamowanym śmiechem. Tylko olbrzymi mężczyzna milczał, chyba nie do końca rozumiejąc, co się dzieje.
-Pamiętasz, co mi powiedziałeś, Absalomie…?- zapytał Golvan, uśmiechając się litościwie.- Jesteś tu sam. Twoi rodzice nie żyją. Nikt nie będzie za tobą tęsknił. A już tym bardziej, nikt nie będzie pytał, co się z tobą stało. A nawet gdyby… Naprawdę sądzisz, że ktokolwiek byłby w stanie cię znaleźć…?- zachichotał.- Porywaliśmy ludzi z zatłoczonych ulic, werbowaliśmy zbuntowanych pa niczyków z dobrych domów i jak sądzisz, czy ktokolwiek nam przeszkodził…?
Młodzieniec oddychał płytko. Nie wiedział, co ma zrobić. Bał się wykonać chociaż jeden ruch, by jasnowłosy go nie zabił. Zresztą, zdążył zauważyć, że i pozostali mężczyźni byli uzbrojeni. Mógł sobie poradzić z jednym człowiekiem, ale z całą czwórką na raz, w takich okolicznościach, kiedy z łatwością mogli śledzić każdy jego ruch… Był bez szans.
-Posłuchaj…- Golvan opuścił broń. Jego ludzie byli blisko, najwyraźniej się nie obawiał.- Nie chcę zrobić ci krzywdy.
-Nie wierzę!- prychnął Absalom.
Jasnowłosy uśmiechnął się lekko.
-Akurat w tej kwestii, nie chodzi o mój miłosierny stosunek do ciebie. Niewolnika można sprzedać wtedy, kiedy żyje. I dostanę za ciebie więcej, jeśli będziesz cały i zdrowy. Zależy nam więc na tym samym. By nie stała ci się krzywda. Wierzę w twój rozsądek. Chodź z nami po dobroci.
Jeden z towarzyszy Golvana, ten najmniej przerażający, podszedł do Absaloma, chyba chcąc go chwycić i zmusić do tego, by ten poszedł z nimi. Młodzieniec wiedział, że jeśli ma szansę na to, by się wyswobodzić, to właśnie w tej chwili. Odskoczył więc i zrobił coś, co wielu mogłoby się wydać szaleństwem – ruszył biegiem wprost w kierunku najpotężniejszego z mężczyzn. Zdezorientowany olbrzym, wyciągnął ręce, chcąc go pochwycić, ale młodzieniec zrobił unik. Tak jak się spodziewał, ogromny człowiek nie był tak sprawny, ani zwinny i nie zdołał go złapać. Absalom biegł dalej, w kierunku drzew. Usłyszał pełen zaskoczenia i wściekłości krzyk olbrzyma i, ku swemu zdumieniu, śmiech pozostałych mężczyzn.
-Znowu to zrobił! On znowu to zrobił!
-Och, Basfa… Litości…
-Bierzcie chłopaka! Ruszcie się!
Młodzieniec w pierwszej chwili kierował się w stronę chatki, ale zaraz skręcił w inną stronę. Zdawał sobie sprawę z tego, że Mortalis mógłby mu pomóc, choć z drugiej strony, mężczyzna nie był przecież przygotowany na takie kłopoty, a napastników było aż tylu… Poza tym, Absalom nie był pewien, czy w ogóle byłby tam w stanie dostrzec. Już po chwili bowiem zdał sobie sprawę z tego, że jego przewaga wynikała jedynie z faktu, że zaczął biec jako pierwszy. Ci, którzy go gonili, byli jednak blisko, chłopak słyszał ich kroki i komentarze. Byli więc szybcy. Najwyraźniej szybsi od niego. Teraz , przed ich wzrokiem chroniły go jeszcze drzewa, ale wiedział, że lada moment, las stanie się mniej gęsty, a pnie coraz cieńsze. Nie miał szans. Nie miał żadnych szans… Słysząc, jak bardzo blisko niego znajdują się mężczyźni, stanął za jednym z pni. Sięgnął po sztylet i osunął się powoli na ziemię, osłonięty cieniem potężnego drzewa. Nasunął kaptur na głowę, starając się oddychać jak najciszej i mając nadzieję, że uda mu się pozostać niezauważonym. Kilka sekund później, zauważył przebiegającego tuż obok mężczyznę.
-Gdzie on jest?!- zawołał, odwracając się w kierunku towarzyszy, którzy musieli stać kawałek dalej.- Przysiągłbym, że chwilę temu go widziałem!
-Jak to gdzie…? Schował się…- Absalom rozpoznał głos mężczyzny, który towarzyszył Golvanowi na rynku.- Nie żeby miał duże możliwości… Szukajcie, mamy naszą ptaszynę.
Siwowłosy człowiek ruszył przed siebie. Jeden z jego towarzyszy, ten o zniekształconej twarzy, zatrzymał się tuż obok drzewa, za którym ukrywał się Absalom. Chłopak wstrzymał oddech. Ścisnął mocniej rękojeść sztyletu, przysięgając sobie, że będzie się bronił do samego końca. Teraz miałby doskonałą okazję do tego, by zaatakować – mężczyzna stał do niego plecami. Zaczął powoli odwracać się w jego stronę… Młodzieniec jednak nie wykonał żadnego ruchu. Czuł opór. Nie chciał zabić tego człowieka, a gdyby zrobił cokolwiek innego, pewnie natychmiast zwróciłby na siebie uwagę. W tym momencie, mężczyzna spojrzał prosto w jego kierunku. Absalom poczuł, że robi mu się słabo. Już miał po raz kolejny zrywać się z miejsca, gdy zdał sobie sprawę z tego, że… Ten człowiek go nie widzi. Patrzył wprost na niego… ale jakby nie zdając sobie sprawy z tego, że ten się tam znajduje. W pierwszej chwili, chłopak pomyślał, że może ten najzwyczajniej w świecie chciał mu pomóc i nie zamierzał zdradzić jego kryjówki, ale widział, z jaką uwagą człowiek rozgląda się dookoła, widział, że wyraz jego twarzy nie zmienił się ani o jotę, nie wymalowało się na nim zaskoczenie, ani żadna inna emocja. Nie widział go. Po prostu go nie widział. Ale jak…? Jak to możliwe? Chwilę później, mężczyzna odszedł. Obok drzewa przechodzili jednak kolejni. Siwowłosy. Towarzysz Golvana. Po kilkunastu minutach, pojawił się nawet ten olbrzym. Nikt jednak nie zwrócił na Absaloma najmniejszej uwagi. Chłopak słuchał w milczeniu rozmów i komentarzy tych ludzi, a te z każdą chwilą stawały się coraz bardziej pełne irytacji i zmęczenia. Młodzieniec nie wiedział, ile czasu upłynęło, nim wreszcie któryś z nich zarządził, że kończą poszukiwania i wracają. Absalom słyszał jak odchodzą, ale bał się, że to może być pułapka. Zwlekał więc jeszcze chwilę, nim wreszcie podniósł się na nogi, a następnie ruszył biegiem w kierunku domu, okrężną drogą, nie chcąc wpaść po raz kolejny na tych ludzi.
Gdy dotarł do chatki, był przerażony i wyczerpany, bardziej fizycznie niż psychicznie. Zsunął kaptur z głowy i oparł się plecami o zamknięte drzwi domku, oddychając głęboko i starając się uspokoić. Był już bezpieczny. Był już bezpieczny… Powtarzał sobie w myślach te słowa, wciąż nie mogąc zrozumieć, w jaki sposób udało mu się pozostać niezauważonym i umknąć. Miał szczęście. Więcej niż szczęście! Przecież to był cud! O, dobry Stwórco! Przymknął powieki i już miał ruszyć się z miejsca, gdy nagle zdał sobie z czegoś sprawę… Nic za sobą nie czuł. Żadnego oporu. A przecież wciąż wspierał się plecami o drzwi, prawda…? Obejrzał się za siebie, a to, co dostrzegł, sprawiło, że omal nie zemdlał. Jego ramię... tkwiło w drzwiach. Dosłownie wnikało w nie. To był jeden z najbardziej przerażających i dziwacznych widoków, jakich kiedykolwiek był świadkiem. Krzyknął i odskoczył gwałtownie, bez najmniejszego problemu wyswobadzając rękę, nie czując nawet, jakby działo się z nią coś szczególnego. Natychmiast chwycił się za ramię, dotykając go nerwowo, jakby sprawdzał, czy to wciąż tkwi na właściwym miejscu.
… Jak u licha…?
Czyżby już miał zwidy…? Przecież to niemożliwe… Wahał się przez dłuższą chwilę, pełen obaw, ale podszedł do drzwi i dotknął ich dłonią z taką ostrożnością, jakby obawiał się, że zaczną parzyć. Poczuł pod palcami drewnianą fakturę, tak stabilną i twardą jak zawsze. Zagryzł niepewnie wargę. Zastanawiał się przez moment nad tym wszystkim, co się wydarzyło, aż wreszcie pewna myśl zaświtała mu w głowie. Naciągnął rękaw płaszcza na dłoń, by ją zakryć i zaraz , raz jeszcze, przytknąć do drzwi. I tym razem nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach poczuł, jak opór maleje, a moment później… Jego dłoń przeniknęła przez drewno. Cofnął ją prędko, znowu zbyt zlękniony samym widokiem, by spróbować czegoś więcej. Odszedł kilka kroków dalej i złapał się za głowę, po czym zaczął krążyć dookoła, wciąż ledwie mogąc uwierzyć w to, co chwilę temu widział na własne oczy.
Płaszcz Mortalisa.
Absalom już wcześniej zastanawiał się nad tym, dlaczego jego opiekun jest do niego tak bardzo przywiązany. Teraz rozumiał aż za dobrze. Edalis powiedział mu kiedyś, że dobry morderca powinien umieć być niewidzialny i przenikać przez ściany. I to właśnie robił Mortalis. Dlatego brał ten płaszcz ze sobą za każdym razem, gdy wyruszał. Ale jak…? Jak Absalomowi udało się ukryć przed wzrokiem handlarzy…? Przecież nie raz widział swojego opiekuna odzianego w ten sposób. Nie znikał, ani nie stawał się wtedy niewidzialny, więc w czym rzecz…?
Młodzieniec nie miał pojęcia i wcale nie był pewien, czy chce pytać u źródła. Wszedł do chatki i zamknął za sobą drzwi, po czym pospiesznie zdjął z siebie odzienie, mimo swojej ciekawości, nie paląc się do tego, by sprawdzić, jakie jeszcze możliwości może oferować. Wciąż go to przerażało. Odłożył płaszcz na łóżko, by zaraz ostrożnie zajrzeć do pomieszczenia obok. Mortalisa nie było. Może zmartwił się, że chłopak tak długo nie wracał i postanowił pójść na polanę, by go odszukać.
… Choć wtedy, mógłby się natknąć na tamtych ludzi. Absalom zadrżał na samą myśl. Jego opiekun rzadko wychodził z domu nieuzbrojony, ale i tak… Było ich tak wielu, mogliby zwabić go w pułapkę, skrzywdzić…
Może jednak jego wyobrażenia były przesadzone. Może mężczyzna po prostu postanowił się przejść, jak zwykle albo poszedł nad jezioro. Jeśli tak, wkrótce pewnie wróci. Absalom odłożył sztylet na miejsce i wrócił do izby. Zdjął obuwie, a następnie położył się na łóżku, wzdychając cicho. Zerknął na leżący obok niego materiał. Ostrożnym ruchem, odsunął go od siebie. Przymknął powieki, zdawało mu się, że ledwie na moment, zmęczony treningiem i późniejszą ucieczką.
Obudziły go jednak dopiero odgłosy dobiegające z zewnątrz. Słyszał kroki. Podniósł się powoli do pozycji siedzącej i przetarł oczy, sądząc, że wraca jego opiekun. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że koło chatki znajdowało się więcej osób. Wstał niemal natychmiast, ale nie zdołał zrobić niczego więcej, bowiem w tym momencie drzwi domu otworzyły się na oścież i do środka, powolnym krokiem, wkroczył Golvan.
-A więc to jest twoje miejsce…- rzucił, rozglądając się dookoła.

12 komentarzy:

  1. Anonimowy3:58 PM

    nie wierzę, że to skończyło się w takim momencie! Końcówkę czytałam z zapartym tchem i teraz widzę, że to opowiadanie rozkręciło się na dobre. Nie każ czekać nam zbyt długo na następny rozdział,ten był na prawdę świetny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy4:00 PM

      naprawdę* wybacz :)

      Usuń
  2. Anonimowy5:07 PM

    Rozdział wymiata, nie wiem jak ja zniosę to czekanie na następna część. Co z Mortalisem? Czy porwą Absaldoma? Eh z jednej strony nie chce żeby mu się coś stało, a z drugiej, wiem że może być ciekawie. Absa jest taki uroczy w tych swoich marzeniach o przygodach, przykro by było gdyby ten wielki świat, miał oglądać jako niewolnik. A tak poza tym uwielbiam Absaldoma, jest naprawdę rozkoszny, to ten rodzaj uwielbienia jakim darzy się szczeniaka, rozczula i masz ochotę pogłaskać po główce:p

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam Absę, ale jest strasznie naiwny. Dał się przekonać pięknym słowom o wspaniałym świecie. I przeżył srogie rozczarowanie, a w dodatku ma poważne kłopoty. Ciekawe gdzie jest Mortalis i czy porwą chłopaka. A ten płaszcz jest wow. :D
    Weny, weny, weny na więcej. :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Żeby wprowadzać takie napięcie na koniec rozdziału... Bezlitosna jesteś T^T

    OdpowiedzUsuń
  5. Okrucieństwo T.T Ale nic się nie stało Mortalisowi, prawda? Prawda? ¤.¤ Żeby w takim momencie T.T

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja chcę już następny rozdział. Nie wytrzymam teraz tego oczekiwania. Mężny Absa pewnie da jakoś im radę. Ale co się stało z Mortalisem? Przecież on, doskonały wojownik nie powinien mieć najmniejszych problemów by ich pokonać... Ciekawy pomysł z tym płaszczem. xD W końcu Absalom ma coś namacalnego, a magicznego, rodem ze swoich historii. Oby YFM pojawiło sie prędko. Życze weny. ^^

    OdpowiedzUsuń
  7. Aż sie boję pisać... mam wrażenie, że jak zaczynam coś chwalić to tracisz wenę do tego opowiadania.. no dobra, do "wyzwania";) więc nie chciałabym i YFM mieć na sumieniu, zwłaszcza w takim momencie! wiec powstrzymam sie i nie będę piać z zachwytu ani układać kwiecistych poematów pochwalnych i zobaczymy jaki to efekt przyniesie:P
    pozdrawiam i życzę weny, czasu, sił i ochoty:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy8:58 PM

    kiedy pojawi się Chaos? :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Uuuuuu <3 Absa jest słodki xD Ciekawe czy da się porwać i czy Mortalis go uratuje *o* Hah, dobry jest Edalis, gruby, ciekawski, zawsze uśmiechnięty, szalony i nieco tajemniczy xD Zaś kocham Mortalisa *o* Charakter, wygląd, zachowanie, ooooogh~~ Już opisywany w prologu, był dla mnie bóstwem <33333 Kooocham goooo *^* Czekam na następną właśnie z tego opowiadania, prooooszę *o*

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy9:42 PM

    Co za naiwne stworzenie z Absy... Ale w sumie nie wiem czy bym się podobnie nie zachowała na jego miejscu. Ciekawe jak Golvan go wytropił. Ciekawe kiedy wróci Mortalis.
    Ech, przez chwilę miałam nadzieję, że Absa włada jakimiś magicznymi zdolnościami.
    Relacje Absy i Mortalisa są boskie. Miałam łzy w oczach wielokrotnie. Szkoda tylko, że są momentami spore przerwy pomiędzy rozdziałami, ale spoko, każdy ma swoje zajęcia. :)
    Mimo wszystko mam nadzieję, że kolejny rozdział pojawi się szybko.

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy11:34 PM

    Rany, przeczytałam YFM jednym tchem i tak bardzo chcę więcej! Co Ty robisz z człowiekiem, Silencio?? Uzależniasz po prostu..
    Rozdział kapitalny, jak każdy zresztą, co się będę rozwodzić. Tylko faktycznie urwałaś w takim momencie... =_= i martwcie się, ludziska, co dalej! Mam nadzieję, że Mortalis wróci i poszatkuje tych gnojków na sałatkę, a Absie nic się nie stanie oczywiście. ... Hm... z drugiej strony tak łatwo to chyba nie pójdzie. *obgryza paznokcie ze zdenerwowania*
    Mortalis kryje w sobie tyle tajemnic i niespodzianek, że aż się w głowie nie mieści. Ale przez to jak pobudza wyobraźnię! :)
    Absę w zasadzie rozumiem.. z tym jego podejściem do świata i ludzi... i z jego marzeniami i wyobrażeniami.. Ma czysty umysł i serce. Aż dziwne, że tyle lat życia obok Mortalisa nie sprawiło, że zagubił gdzieś tę dziecięcą radość i optymizm.
    W każdym razie, życzę dużo weny :) Na każde z Twoich opowiadań..
    Alys

    OdpowiedzUsuń