Strony

piątek, 25 października 2013

20. Sytuacje krępujące [LPoH]

Staliśmy w aptece. Ja i Andy.
Ja – tuż przed kasą, pocierając nerwowo dłonie i udając, że naprawdę oczekuję na przybycie przebywającej na zapleczu kasjerki, choć z równym entuzjazmem wyczekiwałbym chyba tylko wyroku śmierci, Andy – przy gablocie, w której zaprezentowane zostały różnego rodzaju prezerwatywy i parę innych przedmiotów związanych z pożyciem intymnym, oglądając je z uwagą i bez cienia wstydu. Ja – dziękując Bogu, że jest dopiero kilka minut po ósmej i póki co, żaden inny klient nie zdążył się tu napatoczyć, Andy – chichocąc wesoło i co jakiś czas komentując to, co aktualnie rzuciło mu się w oczy. Ja – walcząc z tym, by nie uciec stąd gdzie pieprz rośnie, Andy – najwyraźniej świetnie się bawiąc, co stanowiło zresztą doskonałe podsumowanie całokształtu naszych relacji.
Jak się tu znalazłem i jakim cudem w ogóle się na to zgodziłem…? Dobre pytanie, bo naprawdę miałem nie lada problem z tym, by ustalić odpowiedź! W jednej chwili, ledwie wczorajszego wieczora, dyskutowałem znów z Andy’m na temat seksu (dobrze, Andy usiłował dyskutować, a ja usiłowałem unikać jednoznacznych odpowiedzi, rumieniąc się przy tym jak nastoletnia panna) i w pewnym momencie temat zszedł na zabezpieczenia. Chłopak zapytał, czy nie uważam, że trzeba zawsze uważać i być przygotowanym, gdyby ewentualnie miało do czegoś dojść. Zgodziłem się z nim. Zasugerował więc (po raz wtóry), że powinienem mieć w domu prezerwatywy. Do wcześniejszej zgody dodałem więc zastrzeżenie, że podobna ostrożność powinna obowiązywać osoby, które mają jakiekolwiek szanse na kontakty seksualne, a nie sfrustrowanych, podstarzałych, podkochujących się w nastolatkach zboczeńców bez zbytnich perspektyw, jeśli chodzi o kwestie związkowe (nie, nie, tak tego nie ująłem, ale sens zachowałem). Wtedy Andy zaczął mówić, że jesteśmy sami. Razem. W mieszkaniu. Spędzamy ze sobą dużo czasu, że wie, że mi się podoba i że ja podobam się jemu. Nawet, jeśli się zapieram i nie chcę się do tego przyznać, w każdej chwili może wydarzyć się COŚ, że nie obawiałby się szczególnie ze mną być, bo wie, że nie jestem najbardziej rozchwytywanym i towarzyskim mężczyzną (ha, ha… eufemizm roku), ale z drugiej strony nie trzeba mieć wielu kochanków, by się czymś zarazić, wystarczy jeden, lepiej nie ryzykować i nie odczuwać ewentualnego dyskomfortu. Tu również trudno było się z nim nie zgodzić. Wtedy stwierdził, że choćby dla świętego spokoju, a nie do celów użytkowych, powinienem się w coś zaopatrzyć. Co działo się dalej…?
… Wylądowałem tutaj dzisiejszego ranka.
Właśnie tyle. Nie mam bladego pojęcia, jakich konkretnie odpowiedzi udzieliłem mu później, bo cały temat jakoś się rozmył, a w mojej głowie, zamiast twórczych rozważań na temat prezerwatyw, pojawiły się dużo przyjemniejsze, choć zdecydowanie niepoprawne, wyobrażenia na temat mnie i Andy’ego. Mnie i Andy’ego, gdy działo się COŚ. Dzisiejszego ranka wyszliśmy na zakupy, a rudowłosy przypomniał sobie, że mieliśmy wstąpić do apteki, poczułem się nieco zdezorientowany, bo przez dobrą chwilę naprawdę nie potrafiłem sobie uświadomić, o co mu właściwie chodzi, ale moment później zrozumiałem.
Dobry Boże. Mam wrażenie, że za chwilę zejdę na zawał.
I nie, nie chodzi o to, że jestem purytaninem albo kimś aż tak nieśmiałym (naprawdę!), żeby wizja zakupienia prezerwatywy mnie przerażała. Robiłem to już wcześniej, niejednokrotnie zresztą, nie przeżywając podobnych rozterek. Chodziło o to, że byłem tu z Andy’m i że choć ukrywanie w „normalnych” warunkach tego, jak niepoprawny charakter mają niektóre z naszych relacji nie było dużym wyzwaniem, miałem wrażenie, że tu i teraz wszystko było absolutnie jasne. Co jeśli aptekarka albo któryś z klientów się zorientują? Nie było to zresztą aż takim wyzwaniem. Kupowałem młodemu chłopakowi prezerwatywy, cóż innego mogliby sobie pomyśleć? Co jeśli będą na nas krzywo patrzeć? Choć to właściwie nic strasznego. Co jeśli zaczną coś komentować? Albo jeśli spotkam któregoś z sąsiadów? Albo z jakiejś przyczyny, Andy wyda się komuś młodszy niż jest w rzeczywistości i będę miał jeszcze większe problemy…? Zdecydowanie bardziej wolałbym przyjść tutaj sam, ale teraz nie miałem wielkiego wyboru. Nie moja wina, że Andy miał istny zmysł handlowca i był w stanie bez najmniejszych problemów skłonić mnie do zrobienia tego, czego oczekiwał w taki sposób, że nawet nie wiedziałem, kiedy to się dzieje. Choć może nie był to zmysł handlowca. Może po prostu to ja traciłem przy nim głowę i rozeznanie w tym, na co się właściwie godzę.
Już naprawdę miałem ochotę zawołać Andy’ego, odwrócić się na pięcie i czym prędzej czmychnąć stąd niezauważony, jednak w tym momencie z zaplecza wyszła młoda aptekarka, która powitała mnie promiennym uśmiechem i radosnym:
-Dzień dobry! Bardzo przepraszam, dopiero co otworzyliśmy…
-Dzień dobry- odpowiedziałem zdecydowanie mniej pogodnie, usiłując się uśmiechnąć, ale chyba wyszło to marnie. Byłem potwornie skrępowany, a na mojej twarzy błąkał się zdradliwy rumieniec. Zerknąłem ukradkiem w stronę rudowłosego, który wciąż stał przy tej samej gablocie, bardzo czymś zaabsorbowany.
-Czym mogę służyć?- zapytała uprzejmie, wciąż w bardzo wesołym tonie.
Chciałbym mieć przynajmniej w połowie tak dobry humor jak ona.
-Eee… Ekhem…- mój rumieniec zapewne stał się właśnie jeszcze bardziej widoczny.- Chciałbym… To znaczy… Chcielibyśmy…- kobieta patrzyła na mnie z uwagą, czekając, aż wreszcie wyartykułuję to, po co przyszedłem.- Andy, wybrałeś już?- rzuciłem wreszcie w kierunku chłopaka.
-Chwila, chwila…- odparł tylko rudzielec takim tonem, jakby wcale mu się nie spieszyło.
Aptekarka dopiero teraz zauważyła jego obecność. Musiała też zwrócić uwagę na miejsce, w którym się znajdował, ale nie sprawiała wrażenia jakkolwiek poruszonej. Przeniosła spojrzenie na mnie, wciąż się uśmiechając.
-Bardzo dobrze pan zrobił- stwierdziła z pełnym przekonaniem. Uniosłem brwi i dosłownie osłupiałem, kompletnie zaszokowany, nie mając bladego pojęcia, skąd ten nagły wniosek i czego konkretnie dotyczył.- Przyprowadzając tutaj syna…- wyjaśniła, widząc moją minę.
-A-Ach, tak…- zająknąłem się tylko, po czym skinąłem głową, nie mając najmniejszej ochoty wyprowadzać tej pani z błędu. Właściwie to jej interpretacja sprawiła, że trochę mi ulżyło.
… Tak, wiem. Nie zmieniało to faktu, że i tak przyszedłem tutaj z niepełnoletnim chłopakiem, który właśnie oglądał prezerwatywy, które teoretycznie miały być przeznaczone dla nas, a to, że ktoś obcy miał mnie za jego ojca raczej nie powinno mnie pocieszać, przeciwnie, tym bardziej świadczyło o tym, że jestem starym zboczeńcem. Nie zapominam o tym ani na chwilę, naprawdę, choć i tak wolę, by inni ludzie nie mieli tej wiedzy.
-To odpowiedzialna decyzja- kontynuowała aptekarka takim tonem, jakby poczytywała sobie uświadamianie rodziców za życiową misję.- Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, że ich pociechy już wyrosły i wciąż traktują je jak małe dzieci. Prawda jest jednak taka, że teraz dzieci dorastają szybko. Chcą wszystkiego próbować i eksperymentować. Trzeba ich na to odpowiednio przygotować, jeśli chce się, by świadomie wkroczyły w dorosłość i nie popełniały błędów. Niestety, rodzice często zbyt późno zdają sobie sprawę z takiego stanu rzeczy.
-Tak, tak, rzecz jasna- potwierdziłem, kiwając przy tym głową.
W tym momencie dotarł do nas komentarz Andy’ego:
-Wiesz, że mają tu gumki z wypustkami…? Nigdy ich nie próbowałem... Ale bardziej podobają mi się te owocowe… O, owocowe z wypustkami! Ile mogę wziąć…?
Poczułem, jak mój rumieniec wraca ze zdwojoną siłą. Aptekarka sprawiała wrażenie nieco zdziwionej.
-To na pewno pierwszy raz syna…?- zapytała szeptem.- Wydaje się być dość dobrze obeznany…
-Trudno powiedzieć…- odparłem, śmiejąc się nerwowo.- Sama pani wie, ta dzisiejsza młodzież…
Pokiwała głową ze zrozumieniem.
-Tak czy inaczej, to dobrze, że mu pan towarzyszy. Nasze pociechy powinny mieć się do kogo zwrócić w razie wątpliwości. Co prawda, w szkołach prowadzone są zajęcia z edukacji seksualnej, ale poziom wielu z nich pozostawia sporo do życzenia… Poza tym, nie ma to jak indywidualna, prywatna rozmowa z kimś, kogo się zna i komu się ufa.
… Taaak. Andy nie miał się do kogo zwrócić w razie wątpliwości. Bo uciekł z domu, a i wcześniej, jak można się było domyślić, nie mógł tam liczyć na wiele wsparcia. I nie miał edukacji seksualnej w szkole, bo do żadnej szkoły nie chodził. Był dobrze obeznany, bo poszedł z kimś do łóżka w wieku czternastu lat, co, jak sam twierdził, wcale nie jest szokujące „w tych czasach”, ale mnie jakoś trudno było się pogodzić z tym poglądem. Teraz miał mnie. I podobno mi ufał, chociaż nie byłem pewien, w jakim stopniu. Czułem, że jest wiele spraw, o których nie chce ze mną rozmawiać. Mimo iż nasze kontakty były bardziej swobodne i otwarte niż na początku, wciąż niekiedy zdarzało mi się natrafić na ścianę milczenia, gdy zadawałem pytania na temat jego przeszłości albo wręcz na irytację, gdy dopytywałem ostrożnie, z kim koresponduje przez telefon.
-Weźmiemy też nawilżacz czy coś znajdzie się coś na miejscu?- rzucił Andy, wyraźnie zakupami podekscytowany.
-Bardzo rozsądne pytanie!- pospieszyła z odpowiedzią aptekarka, podchodząc do gabloty, przed którą stał rudzielec i zatrzymując się po jej drugiej stronie. Ja również ruszyłem w kierunku chłopaka, przystając obok niego i starając się wyglądać na mniej zdenerwowanego, niż w rzeczywistości byłem.- Mamy różne żele intymne i lubrykanty. Wiele z nich pobudza i wzmaga doznania, a ponadto, jeśli to pierwszy raz twojej partnerki, warto byłoby skorzystać z czegoś do nawilżenia, po to, by zagwarantować jej większy komfort…
Andy uniósł brew i spojrzał najpierw na kobietę, a później na mnie. Złośliwy uśmiech wymalował się na jego wargach.
-Skoro tak… Co pani poleca…?
Przez kilka minut w absolutnym milczeniu słuchałem, jak aptekarka wymienia zalety różnych produktów, prezentując Andy’emu także te, które nie znajdowały się na wystawie, a nawet powołuje się przy tym na osobiste doświadczenia i preferencje. I choć ja, prawdopodobnie, na miejscu chłopaka, mamrotałbym coś, mocno speszony, rudowłosy konwersował z nią zupełnie swobodnie, wyrażając swoje oczekiwania. W końcu wybrał jakieś dwa lubrykanty i znowu skupił się na prezerwatywach.
-Zdecydowałeś?- zagadnęła go aptekarka.
-Tak- potwierdził chłopak.- Wezmę… Kilka tych z prążkami i wypustkami. Gdzieś tak… Pięć?- rzucił, zerkając ukradkiem na mnie. Pokiwałem głową. Szczerze mówiąc, pozwoliłbym mu nawet wykupić całą aptekę, bylebyśmy wydostali się stąd jak najprędzej.- Pięć super cienkich. Pięć tych nawilżanych. O tych. Tak, właśnie tych. Przedłużające stosunek…? Nie, tego póki co nam nie trzeba… Och! No i smakowe, oczywiście! Czekoladowe i… truskawkowe- zdecydował wreszcie, a ja mimowolnie odetchnąłem z ulgą.- Lubię truskawki- dodał po chwili, po czym objął mnie ramieniem.- Mam nadzieję, że tobie też będą smakować, Mitch- dodał złośliwie, by zaraz unieść się na palcach i cmoknąć mój policzek w aż nazbyt znaczący sposób.
Jęknąłem w duchu ze zgrozą.
Aptekarka zamarła na krótką chwilę, wbijając w nas pełne zdumienia spojrzenie.
-Och… Eee… Oczywiście- otrząsnęła się w końcu, by przejść z wszystkimi wybranymi przez rudzielca rzeczami do kasy.
Powlokłem się w tamtą stronę, wyjmując portfel.
Kobieta nie była już równie wylewna, co wcześniej i pożegnała się z nami bez podobnej życiowej radości, jaka towarzyszyła jej na wstępie, choć trudno było mi ustalić, czy wynikało to z jakiejś niechęci czy po prostu ogólnego zaszokowania sytuacją.
Prędko opuściłem aptekę, z chichoczącym wesoło Andy’m u boku.
Już wiedziałem, że prawdopodobnie nigdy tam nie wrócę.

Wsunąłem do piekarnika przygotowane przeze mnie ciasto i zamknąłem drzwiczki, by następnie jeszcze przez moment, podziwiać przez szybkę własne dzieło, zastanawiając się przy tym, czy w ogóle okaże się zjadliwe. Tak, to pierwsze ciasto, jakie zrobiłem w swoim życiu. Tak, jestem z siebie dumny. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze nie tak dawno, mój kulinarny artyzm nie wykraczał poza zrobienie bardzo smacznej, ale jednak, jajecznicy. Nie miałem aspiracji by jadać wykwitnie albo chociaż różnorodnie, toteż zagłębianie się w meandry sztuki gotowania nie było mi do niczego potrzebne. W kwestiach żywieniowych, skupiałem się raczej na tym, by jadać zdrowe produkty. Teraz jednak miałem przy sobie Andy’ego, więc i ta sfera, jak większość w moim życiu, uległa radykalnej zmianie. Andy jadł znacznie więcej ode mnie (w końcu dorastał) i znacznie inaczej ode mnie (pizze, lody, słone przekąski i przeróżne słodycze na stałe znalazły miejsce w wyposażeniu mojej kuchni), ale bardzo lubił domowe jedzenie. To, co przyrządzaliśmy razem. Nieskromnie przyznam, że w całym procesie przyrządzania brałem większy udział, ale rudzielec też służył mi pomocą, a przede wszystkim to on to przyrządzanie inicjował. Nigdy nie sądziłem, że gotowanie przypadnie mi do gustu, ale gotowanie dla Andy’ego było prawdziwą przyjemnością. Znalazłem nawet w swoim domu dwie (!) książki kucharskie. Jedną dostałem w promocji do jakiejś innej zamówionej pozycji, druga natomiast, była chyba urodzinowym prezentem, zapewne od kogoś, kto sądził, że mi się przyda. I choć wynikało to z jego nieznajomości mojej osoby, ostatecznie, rzeczywiście, przydała się. Miałem skąd czerpać pomysły i przepisy. I gotowaliśmy. Razem. Często. Choć, biorąc pod uwagę preferencje smakowe Andy’ego – nie do końca zdrowo.
Chłopak stał przy zlewie, zmywając naczynia. Sam zaoferował się, że to zrobi. Nietrudno było jednak dostrzec, że nie ma w tym żadnego doświadczenia. Co najmniej od kwadransa, pod bieżącą wodą, szorował jedną miskę, zużywając do tego taką ilość płynu, która bez wątpienia wystarczyłaby na umycie wszystkich naczyń, jakie w ogóle posiadałem. Widać było narastającą w nim z każdą sekundą frustrację.
-Daj…- poprosiłem, podchodząc do niego i biorąc naczynie.
Podał mi jeszcze gąbkę, po czym odsunął się, odetchnąwszy cicho.
-Nie licz na to, że łatwo ci pójdzie, Mitch…- uprzedził mnie.
Wystarczyła jednak raptem chwila, trochę więcej siły i wprawy, a po zaschniętej na misce masie, nie pozostało ani śladu. Zakręciłem wodę i odłożyłem naczynie na suszarkę. Andy zamrugał ze zdumieniem, po czym posłał mi takie spojrzenie, jakbym na jego oczach dokonał czegoś nadzwyczajnego.
-Wow…- zagwizdał cicho, po czym odszedł kawałek dalej i usadowił się na blacie.- Masz cudowne ręce, Mitch…- stwierdził, a chwilę potem, jakby te słowa skojarzyły mu się z czymś zdecydowanie innym niż mycie naczyń, zachichotał wesoło pod nosem, a następnie zagryzł figlarnie wargę, zamyśliwszy się wyraźnie.
Zerknąłem na niego ukradkiem, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
Uporawszy się z resztą tego, co zalegało w zlewie, wytarłem ręce i podszedłem do chłopaka.
-Mam nadzieję, że coś z tego wyjdzie…- stwierdziłem, spoglądając w kierunku piekarnika. Moje dzieło było bowiem mieszanką dwóch różnych przepisów, gdyż brakowało nam produktów, aby skompletować którykolwiek z nich, o pozostałych nawet nie wspominając. Obiecałem sobie, że następne zakupy zrobię pod tym kątem, aby na przyszłość mieć wszystko czego trzeba.
-Jasne, że tak- stwierdził z pełnym przekonaniem rudowłosy.- Dobrze gotujesz, wiesz? Powinniśmy mieć swój program kulinarny. „Mitch i Andy”. Nie, nie. „Andy i Mitch”. To brzmi bardziej chwytliwe nie sądzisz…?
-Zdecydowanie…- potwierdziłem z rozbawieniem, przysuwając się do niego mimowolnie.
Objął mnie wokół szyi, przyciągając do pocałunku. Wpiłem się w jego usta. Jego język przesunął się po moich wargach, domagając się wejścia. Rozchyliłem je, pozwalając mu dostać się do ich wnętrza i przejąć inicjatywę. Wsunąłem dłoń w jego włosy, rozkoszując się tą chwilą. Uwielbiałem go. Tak bardzo, że momentami naprawdę trudno było mi nie ulec własnym fantazjom i nie posunąć się znacznie dalej, niż bym tego pragnął.
Oderwał się od moich ust i uśmiechnął wesoło.
-Wiesz…- zaczął powoli.- Powinniśmy zrobić użytek z tych gumek, które dzisiaj kupiliśmy… Nie żebym ci się narzucał czy coś, Mitch, ale sam rozumiesz… One też mają terminy ważności, a przy twoim tempie, jeśli chodzi o seks, mogą się zmarnować- zachichotał.- Musiałbym znaleźć kogoś innego, żeby się nie zmarnowały…
Momentalnie zdębiałem. Nie z powodu propozycji Andy’ego – do tych byłem już przyzwyczajony i wiedziałem, że w większości przypadków, nie są niczym więcej, jak tylko prowokacją, mającą wywołać u mnie konkretne reakcje. Ale to, co powiedział później… Wiedziałem, że to żart, jednak mimo wszystko... Gdy wyobraziłem sobie rudowłosego z jakimkolwiek innym mężczyzną, coś zakuło mnie w sercu. Poczułem się potwornie. Pomijając już fakt, że moja jakże przyjazna dla mnie wyobraźnia, podsunęła mi obraz rudzielca obściskującego się z takim facetem jak Hugo (co znowu wywołało u mnie idiotyczną zawiść względem najlepszego i jedynego przyjaciela, a przy tym poczucie kompletnej klęski, gdy tylko się z nim porównałem), uświadomiłem sobie, że nie mogłem rościć sobie do niego żadnych praw. Że nawet gdyby ni stąd ni zowąd pojawił się tutaj z jakimś jegomościem i oświadczył, że z nim odchodzi, nie mógłbym robić mu wyrzutów, oskarżyć go o zdradę czy najzwyczajniej w świecie się na niego złościć. Bo nie byliśmy w związku. Nawet nieoficjalnym związku. Owszem, nasza relacja nie była oczywista i niewinna. Całowaliśmy się. Pieściliśmy. Byliśmy ze sobą blisko, choć nie przekroczyliśmy jeszcze ostatniej granicy, która pozwalała mi sobie wmawiać, że zamierzam się po prostu zająć Andy’m, bez żadnych podtekstów, a już na pewno nie tych o podłożu seksualnym. Sam nie raz zaznaczałem, że nie chodzi mi o seks, że nie chcę uprawiać z nim seksu, że nie chcę, żeby nasze relacje uległy zmianie, że powinniśmy się ich trzymać i że wszystko odpowiada mi takie, jakie jest, będąc po trosze hipokrytą, który skrywa swoje prawdziwe pragnienia, a po trosze kimś, kto najzwyczajniej w świecie, nie chciał zrobić komuś takiemu jak Andy jakiegoś świństwa. Niezależnie od tego, jak bardzo był dojrzały, wciąż miał szesnaście lat. I trudno było mi uwierzyć, że mógłby mu się spodobać ktoś taki jak ja.
-Hej, Mitch, rozchmurz się…- jego głos wyrwał mnie z zamyślenia. Uśmiechnąłem się niemrawo i odsunąłem na bok. Zszedł z blatu, po czym zatrzymał się przy mnie.- To był żart, wiesz o tym, prawda…?- rzucił. Skinąłem niepewnie głową.- No. To idę do salonu. Przyjdź do mnie, jak skończysz tutaj- powiedział, po czym uśmiechnął się do mnie lekko i opuścił pomieszczenie.
Kilka minut krążyłem po kuchni, po czym wyszedłem z niej i przeszedłem do dużego pokoju. Stanąłem w progu. Andy siedział na kanapie, przed włączonym telewizorem, któremu nie poświęcał jednak dużo uwagi. W dłoni trzymał telefon komórkowy. Coś pisał. Ale co…? A przede wszystkim – do kogo…? Nie chodził już do tego klubu. Spędzał ze mną właściwie całe dnie, z nikim się więc nie spotykał, żadnych kolegów, znajomych, nikogo. Z rodziną też się nie kontaktował. Więc…?
-Z kim piszesz?- zapytałem otwarcie, choć właściwie te słowa wyrwały się z moich ust niemalże bezwiednie, bowiem aż za dobrze wiedziałem, jak Andy reagował na ten temat.
-Hm…?- rudzielec najwyraźniej nie dosłyszał pytania, bo jedynie spojrzał na mnie z uwagą, najwyraźniej oczekując, że je powtórzę.
Tym razem jednak nie starczyło mi śmiałości.
Uśmiechnąłem się tylko i wróciłem do kuchni.
Miałem nadzieję, że kiedyś Andy zaufa mi na tyle, by powiedzieć mi także o tej sprawie.

Zaproponowałem Andy’emu, żeby pierwszy poszedł pod prysznic, co zresztą, przez ostatnie parę dni, proponowałem mu zawsze, aby uniknąć sytuacji ze wspólnym „oszczędzaniem wody”. Gdy jednak mijałem się z nim w drzwiach łazienki i zobaczyłem jak z niej wychodzi, ubrany w mniej skąpą niż zwykle piżamę, ale i tak diabelnie podniecający, wycierając wilgotne włosy ręcznikiem, jak uśmiecha się do mnie i ociera się o mnie prowokująco, przechodząc tuż obok, to… STOP. Dość, Mitch. Dość. Jeśli nie chcesz znaleźć się nagle w sytuacji, w której absolutnie nie możesz się kontrolować, to takich sytuacji nie prowokuj. Mając te słowa na uwadze, poszedłem się myć. Gdy skończyłem, ubrałem się w piżamę i ruszyłem w kierunku sypialni, byłem przekonany, że na tym właśnie skończy się mój dzień. Gdy wszedłem do pomieszczenia, Andy siedział na brzegu łóżka. Patrzył wprost na mnie, jakby tylko czekał na moment, aż znajdę się w pokoju. Nie widziałem w tym nic dziwnego – wszak spaliśmy razem, nie raz rozmawialiśmy o tej porze albo… robiliśmy inne rzeczy. Uśmiechnąłem się do niego lekko i w tym momencie, mój wzrok padł na szafkę nocną, na której znajdowała się prezerwatywa i buteleczka lubrykantu. Zestaw aż nadto wymowny. Przeniosłem spojrzenie na rudzielca, szczerze mówiąc, nie mając bladego pojęcia, jak na to zareagować.
-Wiesz, Mitch, jak ta ci nie odpowiada, możesz spróbować innej… Wszystkie schowałem na dole- rzucił, mrugając porozumiewawczo i wskazując na szafkę. Odkaszlnąłem nerwowo, nie odpowiadając.- Okej, okej- chłopak uniósł dłonie.- Nie będę ci się naprzykrzał, ani cię błagał, ani nic w tym stylu, bo mam swój honor i tak dalej, i tak dalej… Po prostu chcę, żebyś wiedział, że to i tak się stanie. Zwłaszcza teraz, kiedy mamy już wszystko, czego potrzebujemy i nic nie stoi nam na przeszkodzie.
Cofnął się wgłęb łóżka, siadając po turecku. Przysiadłem tuż przed nim, wciąż nie będąc pewien, co powiedzieć.
-Planowałeś to…?- dopytałem niepewnie.
Rudzielec zaśmiał się lekko.
-Jasne, Mitch. Przecież na twoją inicjatywę musiałbym czekać wieki…
Uśmiechnąłem się dość niemrawo. Sięgnąłem po buteleczkę nawilżacza. Obróciłem ją w dłoni, po czym zacząłem czytać jej opis, bez żadnej konkretnej przyczyny, chyba jedynie po to, by zająć czymś swoje myśli. Zastanawiałem się nad tym, co zrobić. Wiedziałem, że trudno mi będzie odmówić. Jednak czy rzeczywiście tego chciałem…? O tak, zdecydowanie. Akurat w tej kwestii nie zamierzałem okłamywać samego siebie, pragnąłem Andy’ego jak nikogo wcześniej i pewnie gdyby nie masa spraw, które bez wątpienia komplikowały nasze relacje, jak choćby fakt, że nie odwzajemniał moich uczuć, że był ode mnie zależny, a ja nie chciałem z niego robić seksualnego utrzymanka, a przede wszystkim, że był niepełnoletni, dawno zrobiłbym kolejny krok. Czy naprawdę uda mi się utrzymać to wszystko, co do tej pory zbudowaliśmy, kiedy runie mit dobrego, altruistycznego człowieka, który bez żadnych powodów i wymogów bierze pod swój dach nastoletniego chłopaka…?
-Wiesz, tam gdzie wcześniej byłem, nie miałem takich luksusów…- stwierdził Andy, spoglądając na trzymany przeze mnie żel. Tam gdzie był wcześniej, czyli na ulicy. A właściwie w tym hotelu, choć nie wiedziałem, ile dokładnie czasu tam spędził, a zresztą mieszkanie w tamtym miejscu było właściwie w praktyce tym samym, co mieszkanie na ulicy, pomijając kwestie noclegu.- Więc to będzie miła odmiana…
Odwróciłem głowę, by na niego spojrzeć. Uśmiechnąłem się do niego i w czułym geście, musnąłem wolną dłonią jego policzek. Również odpowiedział mi uśmiechem. W takich momentach, kiedy moje serce krajało się na myśl, co z nim się działo, nim trafił do mnie, jak się z nim obchodzono i jak strasznie musiał przeżyć porzucenie przez tamtego mężczyznę – z większą mocą niż wcześniej uświadamiałem sobie, jaki charakter miały moje uczucia do niego. Kochałem go. Wiedziałem o tym, choć chwilami sam zastanawiałem się, czy za tymi słowami nie skrywam po prostu swojego pożądania. Czy nie usprawiedliwiam nimi swoich myśli i fantazji na jego temat. On był młody i piękny, ale mimo całej swej pewności siebie, strasznie pogubiony. A ja byłem stary, nieszczególnie atrakcyjny i chociaż kochałem go szczerze, mogłem wyrządzić mu krzywdę. Byłem przekonany, że Andy potrzebuje miłości. Ale wątpiłem, czy takiego rodzaju, jaką mogłem mu oferować ja.
Mimo to uległem, jak ulegałem zawsze, czując się niczym więzień własnych zmysłów i pragnień. Zaczęliśmy powoli. Delikatnie musnąłem jego wargi. Oddał muśnięcie i moment później, nasze usta złączyły się na dłużej. Ukradkiem odłożyłem nawilżacz na bok, po czym przysunąłem się bliżej Andy’ego. Nasze pocałunki były subtelne i początkowo zupełnie pozbawione namiętności czy pożądania, jakbyśmy całowali się po raz pierwszy, nie bardzo wiedząc, jak postąpić, by nie spłoszyć drugiej strony. Zsunąłem dłoń z jego policzka na szyję, a następie ramię. Delikatnie zsunąłem z niego materiał górnego odzienia rudzielca i musnąłem to miejsce wargami. Moja druga dłoń wkradła się pod koszulkę chłopaka. Zadrżał.
-Masz zimne ręce, Mitch- rzucił.
-Przepraszam- odpowiedziałem na chwilę przed tym, nim nasze usta złączyły się ponownie.
Tym razem był to dłuższy pocałunek, bardziej pewny i namiętny. Wciąż jednak zawierało się w nim wiele ostrożności, nie wiem, czy także ze strony Andy’ego, ale mojej na pewno. Nie chciałem zupełnie dać się ponieść emocjom i stracić kontroli nad tym, co się działo.
Chwyciłem za brzegi koszulki chłopaka i zacząłem podwijać ją powoli. Rudowłosy odsunął się, po czym uniósł ręce, pozwalając mi ją z siebie zdjąć. Odłożyłem odzienie na bok, a on położył się na plecach i spojrzał na mnie z zaczepnym uśmiechem.
-Użyj żelu, Mitch- poprosił.
Uniosłem brwi, nieco zdezorientowany.
-J… Już?- bąknąłem.
Zachichotał, rozbawiony moją reakcją.
-Zrób mi masaż.
Uśmiechnąłem się lekko, na powrót sięgając po buteleczkę. Siedząc tuż przy rudzielcu, naniosłem na opuszki palców trochę nieco lepkiej mazi i niespiesznym ruchem, zacząłem wędrować nimi wzdłuż środka jego klatki piersiowej, zostawiając po sobie błyszczący ślad. Zsunąłem nieco jego spodnie, by móc dotrzeć do podbrzusza chłopaka, na tym jednak się zatrzymałem.
-Na opakowaniu było napisane, że rozgrzewa…- rzucił Andy, zagryzając figlarnie wargę.- Ale trzeba na niego podmuchać. Żeby efekt był lepszy.
Zaśmiałem się cicho, po czym nachyliłem się nad torsem chłopaka i zacząłem delikatnie chuchać na rozprowadzony po nim żel – począwszy od najniższych partii, przechodząc coraz wyżej i wyżej… Pełen aprobaty pomruk wydobył się z ust rudzielca, zachęcając mnie, bym kontynuował. Gdy moje wargi znalazły się na odpowiedniej wysokości, zboczyłem z linii, by po chwili zacisnąć je wokół prawego sutka rudowłosego. Na przemian ssałem go i pieściłem językiem, słysząc ciche westchnienia Andy’ego i czując jak porusza się pode mną niecierpliwie, wyraźnie podniecony. Chwilę później, zająłem się drugim, w dokładnie ten sam sposób. Dłoń rudzielca zagościła na moment w moich włosach. Przesunęła się na twarz, a następnie szyję. Gładził ją palcami, zahaczając o moją skórę paznokciami i drażniąc ją w bardzo przyjemny i kuszący sposób. Przerwałem pieszczoty i podniosłem na niego wzrok.
-Napisz mi gdzieś swoje imię…- zachichotał, wskazując na żel.
-Gdzie…?- zapytałem, uśmiechając się wesoło.
Rudzielec odpowiedział mi podobnym uśmiechem.
-Wykaż się inwencją- odparł.
Sięgnąłem więc znów po lubrykant i za jego sprawą, nakreśliłem nieco ponad lewym biodrem chłopaka, nieduże i lekko krzywe: „Mitch”. Andy podniósł się na przedramionach, by zobaczyć moje dzieło, po czym pokiwał głową w wyrazie uznania.
-Myślałem, że zejdziesz nieco niżej, ale… Tu też może być. Sądzisz, że mógłbym mieć tatuaż w takim miejscu…?
-Tatuaż…?- zdziwiłem się. Właściwie… Tatuaż był czymś, co nawet pasowało do Andy’ego. Do takich ludzi jak Andy w ogóle. Zadziornych, buntowniczych i młodych. Choć szczerze mówiąc mnie ta kwestia była raczej obojętna.- Co chciałbyś sobie wytatuować…?
-Twoje imię- odparł prowokująco.
Parsknąłem śmiechem. Akurat taki tatuaż trudno było mi sobie wyobrazić.
-Nie podoba ci się ten pomysł?- zapytał.
-Eee… Myślę, że mógłbyś sobie wybrać jakiś ciekawszy wzór- odpowiedziałem zgodnie z prawdą, unosząc kąciki ust w lekkim uśmiechu.
Zachichotał, po czym przyciągnął mnie do pocałunku. W jego trakcie, bez większego oporu pozwoliłem mu się przewrócić na plecy. Chłopak usadowił się na mych biodrach, otarłszy się przy tym o moją męskość. Jęknąłem cicho.
-Moja kolej- oznajmił niemalże złowrogo, zabierając się za rozpinanie mojej koszuli od piżamy.
Gdy tylko uporał się z guzikami, sięgnął po żel i zaczął kreślić coś palcami na moim torsie. Czułem przyjemne ciepło rozchodzące się po moim ciele wraz z każdym jego dotykiem i promieniujące od jego centrum dreszcze. Zagryzłem wargę obserwując, jak błyszcząca maź, za sprawą rudzielca, układa się wzdłuż mojego torsu w ogromne, pionowe „ANDY”. Ostatnia litera kończyła się trochę poniżej mojego pępka. Obok chłopak domalował coś jeszcze. Nie dałbym sobie uciąć głowy, bo słabo to widziałem, ale biorąc pod uwagę kształt, jaki kreślił i uśmieszek błąkający się na jego wargach, było to nic innego, jak męski członek.
-Twoim zdaniem powinienem sobie wytatuować coś takiego…?- zażartowałem.
-Czemu nie?- odparł swobodnie.-  Nie zapomniałbyś o moim imieniu… I o paru innych… kwestiach- dokończył, chichocąc.
-Wątpię, bym mógł zapomnieć- odpowiedziałem zgodnie z prawdą, nie odrywając od rudowłosego spojrzenia i uśmiechając się do niego ciepło.
Te słowa zadziałały na niego dziwnie. Przez parę sekund wydawał się spłoszony, jakby nie spodziewał się, że powiem coś takiego, a później chyba trochę posmutniał. Szybko jednak ukrył własne emocje i rzucił:
-Jak myślisz, jak smakuje ten żel…?
-Cóż, w sumie… Andy, lepiej nie…
Nim zdążyłem dokończyć, język rudzielca przesunął się wzdłuż całego, ogromnego igrek. Chłopak podniósł głowę i oblizał wargi, by po chwili zastanowienia skwitować:
-Powiem ci, że jest całkiem smaczny.
-To w końcu twoje imię- odparłem z rozbawieniem.
Zaśmiał się i powrócił do moich warg w pełnym namiętności pocałunku. Poczułem słodkawy, nieco mdławy smak lubrykantu. Rozchyliłem usta, pozwalając na to, by nasze języki splotły się ze sobą. Całowałem go mocno i pożądliwie, a on znów zaczął ocierać się o moje krocze. Już wcześniej czułem, że moja bielizna zrobiła się przyciasna, ale teraz miałem ochotę natychmiast ją z siebie zrzucić. Choć, szczerze mówiąc, wolałbym najpierw zrzucić ją z Andy’ego…
Wiedząc jednak do czego wszystkiego to zmierza, zdecydowałem się przypomnieć:
-Wiesz, Andy…- wydusiłem z siebie pomiędzy kolejnymi pocałunkami, raz po raz powracając do jego gorących warg.- Ja nigdy nie uprawiałem seksu z mężczyzną…
-Spoko, spoko, Mitch- odpowiedział, przerywając na moment pieszczoty i wyjaśniając- Seks analny to seks analny. Z kobietą i mężczyzną jest tak samo. Chyba…- dodał po chwili z nutką wątpliwości, bo zapewne z kobietami takowych kontaktów nie miewał.- Pomijając to, co znajduje się z przodu. Osobiste preferencje. No i… parę innych spraw. Ale poza tym, to raczej dokładnie to samo.
-… Nie uprawiałem seksu analnego- odparłem.
Uniósł brwi, po czym uśmiechnął się cokolwiek pobłażliwie, ale chyba nie stanowiło to dla niego żadnej niespodzianki. Pocałował mnie raz jeszcze, tym razem krótko, więc gdy się odsunął, odruchowo podążyłem za nim, szukając jego warg. Ulokował się po drugiej stronie łóżka. Szybkim ruchem zdjął z siebie spodnie wraz z bielizną, odkładając je na bok. Wstrzymałem oddech, a mój wzrok skupił się w dość oczywistym miejscu. Andy rozsiadł się wygodnie i rozchylił uda.
-Odbyt trzeba nawilżyć. Ale jeśli cię to krępuje albo wydaje ci się nieprzyjemne, mogę to zrobić sam- stwierdził.
-Nie, nie, poradzę sobie- odparłem aż nazbyt gorliwie.
Rudzielec sprawiał wrażenie mocno rozbawionego. Przysunąłem się do niego bliżej, chwytając za buteleczkę z lubrykantem. Rozprowadziłem lepkawą maź na palcach jednej dłoni. Drugą oparłem na udzie chłopaka, kładąc je powoli na kołdrze i umożliwiając sobie lepszy dostęp do jego wejścia. Gdy tylko to uczyniłem, powoli, nie czując się do końca pewnie, wsunąłem w niego jeden palec. Andy poruszył lekko biodrami, po czym chwycił za swój członek i zaczął się onanizować niespiesznymi ruchami. Muszę przyznać, że był to widok, który na moment sprawił, że zapomniałem o tym, co właściwie robiłem i po prostu gapiłem się na niego bezwstydnie, nim w końcu opamiętałem się i kontynuowałem.
-Włóż drugi- zasugerował rudzielec.
Tak też uczyniłem i po chwili oba moje palce znalazły się w jego wnętrzu. Starałem się dotrzeć jak najgłębiej, rozprowadzając nawilżacz po ściankach jego odbytu i w pewnym momencie, natrafiłem na wypukły, okrągły punkt. Z ust rudzielca wydobył się cichy jęk.
-Dobra robota, Mitch…- skwitował moje poczynania, lekko drżącym głosem.
Masowałem opuszkami palców tamto miejsce, wsłuchując się w jego westchnienia i pojękiwania. Rudzielec przyspieszył ruchy dłonią. Oczy miał zamknięte, wargi lekko rozchylone. Wyglądał wspaniale. Nie byłem w stanie oderwać od niego wzroku. Jego oddech z chwili na chwilę stawał się coraz bardziej płytki. Wydawało mi się, że lada moment dojdzie, ale nagle przerwał pieszczoty.
-Poczekaj… Poczekaj…- rzucił, odsuwając się ode mnie.- Chcę, żebyś we mnie był…- powiedział, po czym przesunął się kawałek dalej, by sięgnąć po prezerwatywę.
Kolejny, intensywny dreszcz przebiegł wzdłuż mojego kręgosłupa. Nie mogąc dłużej wytrzymać, ściągnąłem z siebie dolne ubranie. Andy klęknął przy mnie. Rozerwał zębami opakowanie prezerwatywy, po czym wyjął ją, a następnie zaczął naciągać na moją męskość. Jego ręce trzęsły się nieco.
-Połóż się…- polecił mi, gdy tylko skończył.
Cofnąłem się i ułożyłem na plecach, czekając na to, co zrobi. Ustawił się w odpowiedniej pozycji, odwrócony do mnie tyłem, by po chwili opuścić się na mój członek, nabijając na niego jednocześnie. Chyba nie przygotowałem go do tego tak dobrze, jak powinienem. Bolesne syknięcie wydarło się z jego warg.
-Andy…- rzuciłem, zaniepokojony.
Po chwili zaczął się poruszać. Jego biodra rytmicznie unosiły się i opadały. Fala podniecenia zalała całe moje ciało. Zagryzłem wargę, starając się powstrzymać od jęków, ale kilka z nich i tak mimowolnie wydostało się z moich ust. Patrzyłem na niego jak zaczarowany, mimowolnie zaciskając dłonie na pościeli i usiłując się powstrzymać, by samemu nie przejąć nad wszystkim inicjatywy. Moment później podniosłem się jednak do pozycji siedzącej i objąłem go od tyłu, ograniczając tym samym możliwość jego ruchów, ale też wchodząc w niego głębiej. Jego wnętrze zaciskało się rozkosznie wokół mojego członka. Zsunąłem rude włosy chłopaka na jedno z jego ramion. Drugie na przemian muskałem wargami i pieściłem językiem, błądząc jednocześnie dłonią po torsie młodzieńca, drugą natomiast chwytając za jego męskość i rozpoczynając pieszczoty. Klatka piersiowa rudzielca szybko unosiła się i opadała, w rytmie płytkiego, urywanego oddechu. Drżał. Jego jęki stawały się coraz głośniejsze. Wiedziałem, że lada chwila będzie szczytował.
Nim jednak to nastąpiło, wyswobodził się z mojego uścisku i odsunął, a następnie ułożył na plecach. Klęknąłem pomiędzy jego rozchylonymi nogami i wszedłem w niego ponownie. Zagryzł wargi, oplatając mnie ciasno nogami. Poruszałem się w jego wnętrzu, starając się nad sobą panować i uniknąć gwałtownych ruchów, ale już po chwili moje biodra poruszały się niemalże bezwiednie. Nachyliłem się nad nim i wpiłem się w jego wargi, inicjując pocałunek pełen rozkoszy, która coraz bardziej intensywnymi falami, zalewała całe moje ciało. Usta Andy’ego raz po raz odrywały się na moment od moich, gdy ten brał głęboki oddech, ale zaraz łączyły się na powrót. Jego dłonie błądziły po moich plecach, by w kulminacyjnym momencie, zahaczyć paznokciami o skórę. Znieruchomiał, jęknąwszy w moje usta. Doszedł. Ja wciąż penetrowałem wnętrze chłopaka, wędrując wargami po jego policzku, a następnie szyi. Ssałem, lizałem, lekko zahaczałem zębami fragmenty jego skóry, chcąc poznać reakcje rudzielca i jego upodobania. Wsłuchany w jego pomruki, nadal kochałem się z nim bez opamiętania, zupełnie zatracając się w tym akcie.
I to było to. To była moja granica.
Szczytowałem w jego wnętrzu.
Spełniony, czując jak moje ciało wciąż drży z ekscytacji i podniecenia, a jednocześnie przerażony jak diabli, położyłem się obok Andy’ego. Młodzieniec przewrócił się na brzuch, po czym spojrzał w moim kierunku. Ku mej uldze, uśmiechnął się lekko. Wyglądał… jeszcze piękniej niż zwykle. Jego zielone oczy błyszczały. Może dlatego wydawało  mi się, że patrzył na mnie inaczej niż zwykle. Ciepło, ale bez pobłażliwości czy politowania.
-Dzięki, Mitch- powiedział krótko.
-Dziękuję, Andy…- odparłem, wciąż przyglądając mu się z nieskrywaną fascynacją.
Cisza.
I wtedy…
-Kocham cię- rzuciłem.
To nie było mimowolne stwierdzenie, coś, co mi się wymsknęło pod wpływem emocji. Wprost przeciwnie. Chciałem to powiedzieć. Już od dawna, ale teraz szczególnie. Chciałem, żeby wiedział. Żeby rozumiał, dlaczego z nim byłem. I że nie oczekuję niczego w zamian, że to nie zmieniało naszych ogólnych relacji, nie było żadną formą przymusu.
Andy sprawiał wrażenie zdziwionego i trochę zmieszanego.
-No…- zaczął, wyraźnie nie wiedząc, jak na to zareagować.- Ja ciebie też, Mitch, staruszku…- odparł wreszcie, śmiejąc się nerwowo.
Nie oczekiwałem odpowiedzi, a jednak ją dostałem.
Wiedziałem aż za dobrze, że to, co usłyszałem, nie było żadnym wyznaniem. Wiedziałem, że Andy mnie nie kocha. Wiedziałem, że te słowa były wymuszone, że czuł się skrępowany i miał wrażenie, że musi jakoś zareagować. A mimo to, niezależnie od tej świadomości, ucieszyłem się. Naprawdę i szczerze. Wstąpiła we mnie jakaś ekstatyczna radość. Zupełnie nieracjonalna i zupełnie bezpodstawna. Jakbym mimo oczywistości tej sytuacji, chciał wierzyć, że to, co powiedział, w najmniejszym nawet stopniu było prawdziwe.
Objąłem go ramieniem, przyciągając do siebie. Wtulił się we mnie. Ucałowałem go w czoło, nie mówiąc już nic więcej.
Nawet jeśli w oczach Andy’ego wciąż byłem tym samym Mitchem, nieudolnym, starym, nieprzystosowanym do życia i pozbawionym ambicji…
Chciałem wierzyć, że jest inaczej.
I nawet jeśli byłem tylko zakochanym głupcem…
Chciałem nim być.
Moje życie było pozbawione sensu, dopóki on się w nim nie pojawił.
I za nic nie zamierzałem wracać do tamtego etapu.

piątek, 18 października 2013

Ogłoszenie

Chciałam Was tylko poinformować, że dodałam galerię, zawierającą prace, które zostały mi do tej pory nadesłane - odnośnik do niej znajdziecie w linkach tutaj i na "Astargocie". Jeśli ktoś wysłał mi swoją pracę, a jej tam nie ma, to prawdopodobnie zapisałam ją w innym folderze i w takim wypadku, proszę o kontakt ;).

Poza tym, następnym razem pojawi się "Little Piece of Heaven".

Pozdrawiam.

niedziela, 13 października 2013

29. Nowe możliwości [Sunrise]

Ambitny plan wzięcia się za siebie i znalezienia sobie konstruktywnego zajęcia, który powziąłem po mojej ubiegłotygodniowej, dziwacznej, nocnej konwersacji z Amadeuszem (do której zresztą ani ja, ani demon, już nie wracaliśmy), okazał się wyjątkowo trudnym przedsięwzięciem. Ciężko było znaleźć sobie coś ciekawego do roboty, gdy nie miało się właściwie żadnych konkretnych zainteresowań i talentów, co, muszę przyznać, było bardzo zasmucającym, ale jednak prawdziwym, wnioskiem. Starałem się inspirować innymi ludźmi i myślałem nad tym, czym zajmują się oni. Szeroko pojęte tworzenie z pewnością nie było dla mnie. Zostawały mi zatem kwestie związane z dodatkowymi zajęciami i kursami. Może językowymi…? A może coś typowo praktycznego…? Choć kursy kosztowały, a ja czułem, że wkrótce będę musiał zacząć sam na siebie zarabiać, praca, z kolei oznaczała też zdecydowanie mniej czasu na tego rodzaju sprawy. Z drugiej jednak strony, taki kurs mógłby mi pomóc w znalezieniu pracy, skoro w swej ambicji, nie zamierzałem skończyć nawet liceum… W każdym razie, na kurs też nie miałem póki co żadnego pomysłu. Musiałbym się porozglądać i dowiedzieć, jakie konkretnie mam opcje. Jeśli chodzi o hobby, zawsze mogłem też zacząć coś kolekcjonować…

… Póki co kolekcjonowałem jedynie kolejne nieobecności i niedostateczne oceny, o ile w ogóle byłem klasyfikowany, a to raczej słabo wróżyło mojej smykałce do podobnych  rzeczy. Czy to nie dobijające, że naprawdę nie miałem w swoim życiu niczego, czym mógłbym się chcieć zająć? Myślałem nad innymi ludźmi, nad moimi przyjaciółmi, osobami, które znałem i czułem się potwornie… ograniczony. Jakbym był jedynym człowiekiem na Ziemi, który nie ma na siebie żadnego pomysłu.
By oddalić od siebie ponure myśli, zdecydowałem się zająć bardziej przyziemnymi kwestiami. Postanowiłem gruntownie wysprzątać całe mieszkanie. Szczerze mówiąc, nawet nie pamiętam, kiedy po raz ostatni odkurzałem… A odkąd miałem rękę w gipsie, prócz ton kurzu, doszedł jeszcze spory rozgardiasz i bałagan. Czasem nie chciało mi się odnosić czegoś na miejsce albo sprzątać. Zostawiałem to lub pomagał mi Amadeusz, który… cóż, lekko mówiąc, nie dbał o to, co gdzie się znajduje i w jakim stanie znajdować się powinno. Bałagan urósł więc do naprawdę sporych rozmiarów.
Zacząłem porządki od sypialni. Najpierw poukładałem wszystko w szafie i szafkach, dopilnowałem, by nic z nich nie wystawało i każdy przedmiot znalazł się na właściwym miejscu. Później starłem kurze, a na koniec zabrałem się za odkurzanie. Oczywiście biorąc pod uwagę fakt, że miałem sprawną tylko jedną rękę, wszystko zajmowało mi więcej czasu. Co prawda mógłbym poprosić o pomoc Amadeusza, teoretycznie porządki powinny pójść szybciej, ale w praktyce, podejrzewałem, że po jego działalności, panowałby tu jeszcze większy rozgardiasz niż wcześniej. Dlatego też zasugerowałem mu, żeby znalazł sobie coś do roboty i na jakiś czas zostawił mnie samego. Nie chciałem, by mnie rozpraszał. Odłożyłem na moment rurę od odkurzacza, by odsunąć szafę. Nie było to łatwe, ale po kilku chwilach mojego siłowania się z meblem, wreszcie mi się udało. Niestety nie pamiętałem już, że kiedyś odłożyłem na jej górę dość nieudany, urodzinowy prezent w postaci kobiecej figurki, stosunkowo perwersyjnej, warto by nadmienić, która spadła na posadzkę i roztrzaskała się na kawałki. Westchnąłem ciężko i zgarnąłem leżący nieopodal worekna śmieci, po czym przykucnąłem i zacząłem zbierać większe kawałki.
-Czemu jeszcze tego nie wyrzuciłem…?- mruknąłem sam do siebie.
W tym momencie kątem oka dostrzegłem, że ktoś za mną stoi. W pierwszej chwili moje serce przyspieszyło, ale właściwie natychmiast zorientowałem się, kto to taki. Amadeusz tak często pojawiał się przy mnie w najmniej spodziewanych momentach, że trudno było się do tego nie przyzwyczaić. Uśmiechnąłem się lekko pod nosem, wstając, po czym odwróciłem się w stronę demona, otwierając usta, by obwieścić mu, że jeszcze nie skończyłem i…
W tym momencie zorientowałem się, że to nie Amadeusz.
Zorientowałem się, że nie mam bladego pojęcia, kto przede mną stoi.
To był jakiś mężczyzna. Mniej więcej mojego wzrostu, szczupły, o ciemniejszej karnacji i zupełnie białych włosach, krótkich i postrzępionych, budzących skojarzenie z postaciami z kreskówek, które oglądałem jako dziecko. Sprawiał wrażenie kogoś młodszego ode mnie. Ubrany był dziwacznie – w ciemną kurtkę, zapiętą po samą szyję, spodnie, które sięgały ledwie kolan i kowbojskie buty, o ile produkowano kowbojskie buty w seledynowym kolorze.
Byłem tak strasznie zaszokowany faktem, że to jednak nie Amadeusz i tak potwornie przerażony, że nie mogłem wydusić z siebie ani słowa. Pierwszym, co narodziło się w mojej głowie, w oparach czystej paniki, był wniosek, że to jakiś kumpel Ricky’ego, który włamał się tutaj i przyszedł mnie pobić albo okraść. Nie rozumiałem tylko, jak mogłem nie usłyszeć, że dostaje się do środka.
-… Nie poznajesz mnie, Joshu Carter?- zapytał po chwili.
Nie widziałem go nigdy wcześniej, tego byłem całkowicie pewien. I nie poznawałem jego głosu. Ale sposób, w jaki się do mnie zwracał i specyficzne poczucie stylu, wydało mi się nagle aż za bardzo charakterystyczne…
-… Ty jesteś tym demonem…?- rzuciłem cicho, wciąż nie mając pewności.
Uniósł brew, jakby nie rozumiał, dlatego wzbudza to we mnie wątpliwość.
-Ach, tak…- odparł po chwili, skinąwszy głową z czymś na kształt łaskawego zrozumienia.- Zapomniałem, że wasze, ludzkie postrzeganie jest tak bardzo… ograniczone. Zapewne w twoich oczach się zmieniłem. Nie zwykłem stosować tego samego wizerunku dłużej, niż to absolutnie konieczne, a muszę przyznać, nie spodziewałem się, że przyjdzie nam się ponownie spotkać…
Ja również. I szczerze mówiąc, nie byłem pewien, czy czuć ulgę z faktu, że to TYLKO demon, a nie włamywacz czy seryjny morderca. Nie miałem bladego pojęcia, czego mógłby ode mnie tym razem chcieć.
-Co tym razem zrobiłeś Amadeuszowi?- zapytałem ostro.
-Tłumaczyłem ci już, że demonowi nie da się uczynić krzywdy. Skąd więc ta niepotrzebna troska…?
-Znowu sprawiłeś, że nie mogę go zobaczyć…?- rzuciłem.
-Nie- odpowiedział spokojnie.- On nie wie, że tutaj jestem.
-Jak to możliwe…?- nie rozumiałem.- Przecież wy, demony jakoś się… wyczuwacie…- stwierdziłem, a pełen litości uśmiech, jaki zagościł na twarzy mego rozmówcy sprawił, że poczułem się jak kompletny głupiec, który bredzi o czymś, o czym nie ma zielonego pojęcia.- W każdym razie, poprzednim razem zdawał sobie sprawę z twojej obecności.
-Bo wtedy musiałem dopilnować, by nie przeszkadzał nam w rozmowie…- wyjaśnił demon pełnym obojętności głosem.- Teraz nie miałem żadnej potrzeby, by mu się ujawniać. Jestem pewien, że minie trochę czasu nim wróci. Jest teraz bardzo zajęty.
Zmarszczyłem brwi. Jego słowa wzbudziły we mnie niepokój.
-Gdzie on jest…?- zapytałem.
-Nie wiesz…?- udał zdumienie, choć było aż nazbyt oczywiste, iż zdawał sobie z tego sprawę. Poczułem się niepewnie. Uśmiechnął się z rozbawieniem.- Powinieneś. Nie ma nic gorszego niż demon ogarnięty obsesją…- szepnął, nie odrywając ode mnie wzroku.- Zwłaszcza, jeśli to obsesja na punkcie człowieka. Ale dość o tym, Joshu Carter. Nie przybyłem tutaj, by dyskutować na ten temat.
-Więc co tu robisz?!- właściwie krzyknąłem, choć nie miałem zamiaru podnosić głosu. Moje emocje brały jednak górę. Trudno było mi ukryć, że wizyta tego demona wzbudzała we mnie irytację i lęk jednocześnie. Pamiętałem jeszcze, co działo się, gdy był tu poprzednio. Najpierw Amadeusz zniknął, a później ten stwór robił mi wodę z mózgu, udając moich przyjaciół i próbując mnie skłonić do podjęcia decyzji, której gorzko bym żałował. Choć… niekoniecznie, bo jak sam mówił, nic bym nie pamiętał, ale mimo wszystko.- Obiecywałeś, że gdy podejmę decyzję, zostawisz mnie w końcu w spokoju! Mówiłeś, że nigdy już nie spotkam ciebie, ani innego demona, a przynajmniej tak zrozumiałem twoje słowa. Naprawdę miałem nadzieję, że już cię nie zobaczę- dodałem, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że brzmiało to cokolwiek nieuprzejmie, ale nie dało się ukryć, że tak właśnie było.
-Ja również przypuszczałem, że nasze ostatnie spotkanie będzie… naszym ostatnim spotkaniem- dokończył po chwili zastanowienia, unosząc kącik ust w bardzo nienaturalnym uśmiechu.- Wierz mi, Joshu Carter, w przeciwieństwie do niektórych demonów, nie uważam kontaktów z ludźmi za szczególnie przyjemne…
Odetchnąłem cicho, próbując opanować emocje.
-Czego chcesz…?- zapytałem, względnie spokojnym, choć nadal mało przyjaznym tonem.
Mój spokój trafił szlag, gdy usłyszałem jego odpowiedź.
-Dać ci możliwość wyboru.
Sapnąłem z wściekłości.
-Ja już wybrałem! Wtedy kiedy, jak twierdziłeś, miałem wątpliwości, a więc tym bardziej nie zmienię decyzji teraz, kiedy poznałem się na twoich sztuczkach i mam pewność, że Amadeusz chce przy mnie być!- warknąłem.
Demon nie sprawiał wrażenia, jakby to, co mówię, jakkolwiek go obchodziło.
-Tę decyzję już podjąłeś…- zgodził się, wciąż wysoce bezemocjonalnym tonem, jakby dyskutował o pogodzie za oknem, a nie przybywał tutaj z jakąś dziwaczną misją, której celem było zapewne znowu rozdzielenie mnie i Amadeusza.- Niezależnie od tego, iż był to powodowany typowo ludzką naiwnością błąd, nie masz możliwości się z niej wycofać. Ostrzegłem cię. W tej sprawie również nie przybyłem.
-Więc powiedz jasno o co ci chodzi- zażądałem stanowczo.- Dla mnie też spotkania z tobą nie należą do przyjemnych, więc nie przedłużajmy tego niepotrzebnie.
Demon zachichotał.
-Mam naprawdę dużo czasu, Joshu Carter.
-Ale ja nie mam go tak wiele- mruknąłem.
Skinął głową.
-Z pewnością. Zanim jednak przejdę do wytłumaczenia powodów wizyty, musisz zrozumieć, iż istnieją pewne kwestie, których… nie zrozumiesz…- dokończył i uśmiechnął się sam do siebie, jakby jego własny dobór słów go rozbawił.
-Wiem- odparłem krótko.
Żyłem pod jednym dachem z demonem, na litość boską!
-Nasze światy istnieją od siebie niezależnie, choć my od siebie tak niezależni nie jesteśmy… Mamy niekiedy wpływ na wasze życie, a wy możecie wpływać na nasze funkcjonowanie, czego najlepszym dowodem jest fakt, że stoję tutaj i z tobą rozmawiam, Joshu Carter. Mimo ograniczeń, zawsze istnieją drzwi, które można otworzyć. A niekiedy, z każdym wschodem słońca, pojawiają się nowe możliwości…- rzucił, uśmiechając się lekko.
Zmarszczyłem brwi, jak się spodziewałem, niewiele z tego rozumiejąc.
-Gdy widzieliśmy się po raz ostatni, ostrzegłem cię, że utrzymanie tego rodzaju relacji, pomiędzy człowiekiem a demonem jest na dłuższą skalę niemożliwe- przypomniał.
-I myliłeś się- stwierdziłem, nie bez satysfakcji. Przyznaję, że od naszej rozmowy, parę razy wydawało mi się, że Amadeusz rzeczywiście mnie zostawi. Zwłaszcza wtedy, w szpitalu, kiedy właściwie sam mi to oznajmił. Wiem, że wiele rzeczy mogło się jeszcze zdarzyć, ale póki co nie mieliśmy żadnych problemów.
-Bynajmniej- odparł jednak ku mojemu zdumieniu demon. Parsknąłem lekceważąco, ale nie mogłem się powstrzymać, by nie spojrzeć na niego pytająco.- On nie chce być z człowiekiem. Chce za to, abyś ty stał się jednym z nas.
Zamurowało mnie. Nie spodziewałem się, że usłyszę coś podobnego. Chciałem coś powiedzieć, ale że chwilowo zupełnie brakowało mi słów, tylko pokręciłem głową i wyminąłem mojego rozmówcę, by przysiąść na brzegu łóżka.
Ja…? Jednym z nich…?
-To w ogóle możliwe…?- dopytałem niepewnie.
Gdy poprzednim razem widziałem się z tą istotą, zadałem jej chyba podobne, choć dotyczące odwrotnej sytuacji pytanie. Pytałem wtedy, czy Amadeusz może stać się człowiekiem.
-Ale jak to…?- rzuciłem po dłuższym momencie, bo mój rozmówca nie kwapił się odpowiedzieć.- Przecież to nie ma sensu! Podobno demony nie tolerują nawzajem swojej obecności! Gdybym stał się jednym z was, nie mógł bym się z nim… widywać- dokończyłem niepewnie, nie wiedząc, czy spotkania demonów, o ile takowe w ogóle miały miejsce, można było określić tym słowem.
-On najwyraźniej sądzi, że będzie inaczej- odpowiedział beznamiętnie demon.
-Skąd wiesz, co zamierza?- rzuciłem, brzmiąc nieco napastliwie.- I dlaczego w ogóle mi o tym mówisz?!
-Dlatego, że on chcę cię postawić niemal przed faktem dokonanym…- odparł gładko mężczyzna, uśmiechając się nieznacznie.- Nie da ci czasu do namysłu. Postawi ultimatum. Zapyta akurat wtedy gdy będziesz zmuszony udzielić mu natychmiastowej odpowiedzi… A ludzie o twoim usposobieniu, Joshu Carter, zwłaszcza kierowani abstrakcyjnymi pobudkami, rzadko podejmują racjonalne decyzje. Obaj wiemy, jak nierozsądnie byś postąpił…
Zacząłem się nad tym zastanawiać. Tak trudno było mi uwierzyć w to, co słyszałem! Ja miałbym zostać demonem…? Muszę przyznać, że… nie była to szczególnie kusząca perspektywa. Miałbym zostawić wszystkich ludzi, którzy byli mi bliscy? I ten świat w ogóle? Wszystko co z nim związane? W zamian za… bycie z Amadeuszem. Ale czy na pewno? I czy on naprawdę mógł tak wobec mnie postąpić? Kazać mi dokonać natychmiastowego wyboru, nie uprzedziwszy mnie wcześniej…? Chciałbym powiedzieć, że brzmi to nieprawdopodobnie, ale niestety brzmiało to zupełnie jak coś, co Amadeusz, w swoim egoizmie i przekonaniu o własnej racji, mógłby zrobić. Ta świadomość zaczęła przywoływać wspomnienia i fakty związane z naszym obecnym funkcjonowaniem. Przypomniałem sobie, jak odszedł i zostawił mnie wtedy w szpitalu. A potem wrócił i zupełnie się zmienił. Teraz był zupełnie inny. Cierpliwy i serdeczny, nie prowokował kłótni, spędzał ze mną dużo czasu, a jednocześnie zachęcał mnie, bym kontaktował się częściej z przyjaciółmi, a nawet rodziną… Boże, to dlatego? Chciał, żebym się nacieszył ich towarzystwem, bo wiedział, że wkrótce opuszczę ich na zawsze? Chciał, żebym uregulował swoje sprawy? Sądziłem, że po prostu się o mnie troszczy, że chce mojego dobra. A wtedy, gdy nie obchodziło go, czy skończę szkołę… No tak. Przecież zakładał, że nie będę człowiekiem na tyle długo, by musieć przejmować się swoją przyszłością.
W pierwszej chwili poczułem się wściekły i oszukany. Wszystko zaczęło układać się w mojej głowie w jedną, spójną całość i miałem wrażenie, że Amadeusz roztaczał wokół mnie intrygę i manipulował mną, chcąc skłonić mnie do podjęcia decyzji, jakiej ode mnie oczekiwał. Wszystkie jego słowa, gesty, obietnice, że zawsze już będziemy razem… Teraz zaczynałem rozumieć, dlaczego przestał się przejmować Ricky’m i tym, że coś może mi się stać. Jednak po dłuższym momencie rozważań, zacząłem się zastanawiać… Czy to naprawdę byłoby takie złe…? Być demonem. Być z Amadeuszem. Na zawsze. Brzmiało to trochę tanio, jak z romansideł dla rozmarzonych, pragnących wiecznej miłości dziewcząt, ale… Może tego właśnie chciałem. Więcej. Może taki los byłby dla mnie najlepszy. Ja naprawdę nie miałem żadnej przyszłości w tym świecie. Rzuciłem szkołę. Długo zaniedbywałem przyjaciół. Związek z Amadeuszem sprawił, że właściwie odizolowałem się od innych ludzi. W dodatku wciąż był tu Ricky, który mógł znowu uprzykrzyć mi życie…
W mojej głowie narodziła się tak dziwna myśl, że aż parsknąłem śmiechem.
… Może to było moje przeznaczenie?
Przypomniałem sobie o obecności demona. Podniosłem na niego wzrok.
-To po to tu jesteś…- stwierdziłem, uśmiechając się sam do siebie, zdziwiony faktem, że nie wpadłem na to wcześniej.- Nie chcesz, abym stał się jednym z was. Przyszedłeś mnie nastraszyć i przekonać, że nie powinienem tego robić.
-Masz o mnie bardzo złe zdanie, Joshu Carter. I mylisz się. Twoje relacje z demonem mogę określić mianem drobnego problemu. Mojego problemu- uściślił. Nie odrywałem od niego pełnego uwagi spojrzenia.- Jak długo dochodzi do kontaktów pomiędzy ludźmi, a demonami, tak długo ten problem istnieje. Ale gdy człowiek staje się jednym z nas… Mogę śmiało powiedzieć, że jeden problem mam z głowy.
-… Skoro jest ci to na rękę, dlaczego mówisz mi o tym wszystkim…?- zapytałem podejrzliwie.
Uśmiechnął się nieznacznie.
-Ofiarowuję ci coś bardzo cennego, Joshu Carter. Czas do namysłu. Wkrótce przekonasz się, jak wiele jest wart.
Naprawdę dlatego tutaj przybył…? W pierwszej chwili chciałem powiedzieć, że mu nie wierzę, ale w drugiej, uświadomiłem sobie, że może w jego interesie jest upewnić się, że podjąłem właściwą dla siebie decyzję i jestem co do niej w pełni przekonany. Nie był to z jego strony akt empatii, a rozwiązanie kolejnej problematycznej kwestii w stosunkach demonów i ludzi. Próbowałem sobie wyobrazić jak to jest być demonem. Jak to by było być z Amadeuszem już na zawsze. Zostawić wszystko w tyle. Łącznie z własnym ciałem i wszystkim, co z cielesnością związane. Nie potrafiłem. To przekraczało granice moich możliwości. Nie miałem żadnego porównania. Znałem demona, byłem z demonem, ale wiedziałem tak niewiele o jego funkcjonowaniu, o jego świecie, że nie byłem w stanie się w nim umiejscowić.
-… Może powinienem zostać demonem- powiedziałem jednak po chwili wahania.- Jeśli tego nie zrobię, Amadeusz odejdzie. Nie chcę żyć bez niego. Tutaj i tak niewiele mnie trzyma…- przyznałem, wzruszając ramionami.- I… dla ciebie też byłoby to wygodniejsze- zauważyłem, choć akurat ta kwestia nie miała najmniejszego wpływu na moją decyzję. Chyba po prostu desperacko szukałem argumentów, by potwierdzić swoje słowa.- Jestem pewien, że Amadeusz wie, co robi. Nie chciałby przecież nas rozdzielić. Wygląda na to, że to będzie najlepsze wyjście dla wszystkich.
-Nie powiedziałbym, że wie co robi…- odpowiedział ostrożnie demon. Spojrzałem na niego bez zrozumienia.- Gdy ktoś ofiarowuje ci piękne pudełko, zawsze sądzisz, że wewnątrz znajduje się coś wyjątkowego. Niekiedy jednak bywa tak, że pudełko jest puste. Pomyśl o tym, Joshu Carter.
-Tak zrobię- odparłem jedynie, nie wiedząc, co jeszcze mógłbym powiedzieć.
Demon patrzył na mnie przenikliwie. Spodziewałem się, że odejdzie, ale najwyraźniej nie zakończył jeszcze tematu.
-Więc wiesz, gdzie znajduje się Amadeusz?- zapytał po chwili otwarcie.
-Nie- odpowiedziałem zgodnie z prawdą.- Jest demonem. Może być wszędzie.
-Owszem. Może być wszędzie, ale jest w pewnym jednym, bardzo konkretnym miejscu…- stwierdził, uśmiechając się z rozbawieniem. Nie miałem pojęcia, do czego zmierza.- To kolejna tajemnica, którą przed tobą ma. Nie zdradzi ci jej, bo wie, że mogłaby diametralnie wpłynąć na twoją decyzję…
-O czym ty mówisz…?- rzuciłem, marszcząc brwi.
Zachichotał.
-Jeśli chcesz wiedzieć, Joshu Carter, zapytaj go sam. O ile rzeczywiście tego właśnie pragniesz. Błoga nieświadomość bywa błogosławieństwem…

Naprawdę nie miałem pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Moje emocje i postanowienia, zmieniały się jak w kalejdoskopie. Najpierw sam upierałem się przed sobą, że to może być najwłaściwsza decyzja. Dla mnie, dla Amadeusza, dla wszystkich. Zaraz później wściekałem się i nie rozumiałem, jak on mógł mi to zrobić! Ja nie byłbym w stanie postąpić tak wobec osoby, którą kocham. Więcej, nie mógłbym tak postąpić wobec nikogo! To nie był nic nie znaczący wybór. Powinien mi wszystko wyjaśnić. Pozwolić zrozumieć, jak to sobie wyobraża. Dać czas, bym poukładał swoje życie i przeanalizował powody, a on zamiast tego otaczał mnie przesadną i jak teraz rozumiałem, nieszczerą troską, roztaczał wokół mnie złudzenie, że wszystko jest wspaniale, że przemyślał sobie wiele spraw i w pewnym sensie dojrzał do naszej relacji. I po co…? Tylko po to, żebym w odpowiedniej chwili powiedział to, cochce usłyszeć. Z początku podchodziłem do słów mojego dzisiejszego gościa sceptycznie, ale teraz zaczynałem podejrzewać, że rzeczywiście mógłbym postąpić tak, jak twierdził. Amadeusz potrafił mną doskonale manipulować, wzbudzać we mnie emocje i naciskać na podjęcie decyzji, których z własnej woli bym nie wybrał. Później znowu zaczynałem się zastanawiać, czy mimo wszystko, nie jest to naturalna kolej rzeczy. W końcu demon nie pojawił się w moim życiu bez powodu. Może tak to się właśnie miało zakończyć. Może tak musiały się ostatecznie kończyć podobne związki pomiędzy ludźmi i demonami. Ale… czy ja naprawdę tego chciałem? I… Och, dobry Boże, raz jeszcze, jak on mógł mnie tak potraktować?! Czułem potworny żal. Miałem wrażenie, że od dłuższego czasu tylko mnie oszukiwał. Nie trzymał nerwów na wodzy ze względu na mnie, ale ze względu na siebie. Nie chciał mnie drażnić i nie chciał, bym w chwili wyboru miał wątpliwości co do jego postawy i uczuć. Teraz miałem. Wszystko się komplikowało, a ja naprawdę nie miałem pojęcia, co zrobić ze swoim życiem. I jeszcze tajemnica, o której mówił ten demon… Nie podobało mi się to.
Nie sprzątałem już dłużej. Krążyłem po mieszkaniu, rozmyślając, później starałem się skoncentrować myśli na czymś innym, a ostatecznie około dziewiętnastej położyłem się spać, mając nadzieję, że sen ukoi moje zmysły i rano będę mógł spojrzeć na całą sprawę z innej perspektywy. Niestety, sen nie nadchodził, za to mój umysł wciąż nawiedzały na przemian różne, często sprzeczne ze sobą, myśli i oceny całego tego wydarzenia. Nie wiem, ile dokładnie czasu minęło, ale w pewnym momencie zorientowałem się, że ktoś jest w pokoju. Amadeusz prześlizgnął się obok szafy, zahaczając o nią lekko, co przykuło moją uwagę.
-Amadeusz!- rzuciłem.
Sekundę później, był już przy moim łóżku.
-Myślałem, że śpisz- rzucił, uśmiechając się szeroko i siadając na jego brzegu.- Źle się czujesz, Josh? Zazwyczaj o tej porze jesteś jeszcze na nogach…
Podniosłem się na przedramionach, wpatrując w niego z uwagą.
-Gdzie byłeś?- zapytałem, a mój głos wbrew mojej woli zabrzmiał ostro i nieprzyjemnie.
To pytanie wyraźnie go zdumiało.
-Jak to… gdzie?- rzucił po chwili i zaśmiał się nerwowo. Nie mógł ukryć własnych emocji, tego, jak bardzo jest zdziwiony i skrępowany. Może nie zwróciłbym na to uwagi, gdybym nie wiedział, że coś przede mną ukrywa, ale teraz znalazłem po prostu dowód na potwierdzenie słów tamtego demona.- Nie rozumiem, o co mnie pytasz, Josh?
-Pytam o to, gdzie byłeś, kiedy nie było cię tutaj- powtórzyłem, starając się mówić spokojniej, ale szczerze mówiąc wciąż kiepsko mi to wychodziło. Miałem ochotę na niego krzyknąć i zapytać, jakim prawem mnie okłamywał?! Jakim prawem coś przede mną ukrywał?! Dlaczego postępował wobec mnie w taki sposób?! Powstrzymywałem się jednak, licząc na to, że może czegoś się od niego dowiem.
-Przecież sam kazałeś mi sobie pójść- przypomniał.
-Chcę tylko wiedzieć, gdzie byłeś- rzuciłem po raz kolejny, coraz bardziej poirytowany faktem, że nawet nie kwapi się odpowiedzieć.
-Jesteś zazdrosny…? Brzmisz jakbyś był… Josh, przecież wiesz, że…
-To aż taki problem?- warknąłem. Amadeusz aż podskoczył, wyraźnie zdezorientowany i spłoszony.- Nie możesz mi po prostu opowiedzieć, gdzie przez ten czas byłeś…?
-Nie denerwuj się…- odpowiedział, chociaż sam brzmiał, jakby był zdenerwowany. Choć w zupełnie innym znaczeniu tego słowa. Ja byłem po prostu wściekły, a on raczej pełen obaw.- Po prostu… Nie ma nic ciekawego, o czym mógłbym ci opowiedzieć. Byłem tu… I tam. Zajrzałem do twojej przyjaciółki. Do obu. A później… Ogólnie… Patrzyłem na różne rzeczy… Co innego mógłbym robić?
-Nie wiem- odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
… Chciałbym wiedzieć.
-No…- Amadeusz odkaszlnął cicho, rozglądając się po pomieszczeniu.- Nie skończyłeś sprzątać?- zapytał, zdziwiony. Szafa wciąż była odsunięta, chyba nawet nie odkurzyłem do końca kawałków szkła. Nie miałem sił ani chęci tego robić.
Zawahałem się. Przez kilka sekund miałem ochotę opowiedzieć mu o spotkaniu z tym demonem. Zażądać wyjaśnień i zapytać, jakim prawem pogrywa ze mną w ten sposób. Nie zrobiłem tego jednak. Chciałem, żeby to on mi opowiedział o tym, co zamierza. Sam nie wiem dlaczego. Może odpowiadała mi obecna atmosfera i nie miałem zamiaru prowokować kłótni. A może najzwyczajniej w świecie liczyłem na to, że Amadeusz wcale ze mną nie igra, że traktuje mi poważnie i zamierza mi wszystko powiedzieć, ale czeka na odpowiedni moment albo po prostu ruszy go sumienie, gdy zda sobie sprawę z tego, że postępuje wobec mnie niewłaściwie.
-Rozbolała mnie ręka- odpowiedziałem więc tylko.
-Mówiłem, żebyś się nie przemęczał. Pozwolę ci wypocząć- mruknął, po czym musnął krótko moje usta. Wciąż musiałem sprawiać wrażenie rozzłoszczonego, bo spojrzał na mnie z wyraźnym zdumieniem i rzucił- Nie masz dziś chyba dobrego dnia, co, Josh…? Chyba nie przeze mnie?
… Przez ciebie, ale zdążyłem przywyknąć.
-Nie- odparłem jednak, choć bardzo mnie kusiło, by powiedzieć coś innego. Spróbowałem się nawet uśmiechnąć. Może naprawdę źle go oceniłem. Może Amadeusz po prostu nie miał okazji, by mi powiedzieć o tym wszystkim. Przecież nie wyskoczy nagle z tekstem: „Hej, Josh, chciałbym, żebyś został demonem, brzmi fajnie, co?”. Choć… Kogo ja oszukiwałem? Okazji miał przecież aż nadto.- Tak sobie myślałem…- zacząłem po chwili, a on wbił we mnie pytające spojrzenie.- Myślałem, że powinienem zacząć coś planować. Na dłużej. Ze swoim życiem- wyjaśniłem. Skinął głową, nie komentując tego ani słowem.- I… Właściwie my też moglibyśmy coś zaplanować. Na przyszły tydzień. Albo jeszcze następny…- wyliczałem, bo nie miałem pojęcia, kiedy Amadeusz zamierzał wprowadzić swój plan w życie. Nie wiedziałem, ile jeszcze czasu tutaj mi pozostało.
-Planować…?- demon parsknął śmiechem.- Niby po co, Josh, przecież możemy spędzać ze sobą czas i bez tego. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale nie jestem szczególnie zajęty- zażartował.
… Ciekawe.
-Tak, ale…- zawahałem się na moment, nie chcąc się zdradzić.- Chciałbym zrobić coś wyjątkowego. I… To wymaga planów.
-Na przykład co?- nie rozumiał demon.
-Na przykład…- zastanawiałem się długo, ale nic nie przychodziło mi do głowy.- Nie wiem- przyznałem bezradnie. Amadeusz parsknął śmiechem.- Może moglibyśmy przygotować coś specjalnego. Coś na co obaj byśmy czekali…- dodałem znacząco.
-Jasne, Josh, co tylko zechcesz- odparł Amadeusz bez większego zainteresowania.
Westchnąłem bezradnie.
Dlaczego nie chcesz mi o wszystkim powiedzieć, ty dupku?!
-Tylko nie planuj niczego na najbliższą sobotę…- dodał demon, podnosząc się powoli.
-Dlaczego?- nie rozumiałem.
-Bo obiecałeś mi, że obejrzymy razem wschód słońca. A właściwie zaćmienie. Pamiętasz…?
… O Boże.
Pamiętałem.
Pamiętałem też słowa, które wypowiedział ten demon i które w obecnej chwili nabrały zupełnie innego znaczenia.
A niekiedy z każdym wschodem słońca, pojawiają się nowe możliwości…