Strony

piątek, 25 października 2013

20. Sytuacje krępujące [LPoH]

Staliśmy w aptece. Ja i Andy.
Ja – tuż przed kasą, pocierając nerwowo dłonie i udając, że naprawdę oczekuję na przybycie przebywającej na zapleczu kasjerki, choć z równym entuzjazmem wyczekiwałbym chyba tylko wyroku śmierci, Andy – przy gablocie, w której zaprezentowane zostały różnego rodzaju prezerwatywy i parę innych przedmiotów związanych z pożyciem intymnym, oglądając je z uwagą i bez cienia wstydu. Ja – dziękując Bogu, że jest dopiero kilka minut po ósmej i póki co, żaden inny klient nie zdążył się tu napatoczyć, Andy – chichocąc wesoło i co jakiś czas komentując to, co aktualnie rzuciło mu się w oczy. Ja – walcząc z tym, by nie uciec stąd gdzie pieprz rośnie, Andy – najwyraźniej świetnie się bawiąc, co stanowiło zresztą doskonałe podsumowanie całokształtu naszych relacji.
Jak się tu znalazłem i jakim cudem w ogóle się na to zgodziłem…? Dobre pytanie, bo naprawdę miałem nie lada problem z tym, by ustalić odpowiedź! W jednej chwili, ledwie wczorajszego wieczora, dyskutowałem znów z Andy’m na temat seksu (dobrze, Andy usiłował dyskutować, a ja usiłowałem unikać jednoznacznych odpowiedzi, rumieniąc się przy tym jak nastoletnia panna) i w pewnym momencie temat zszedł na zabezpieczenia. Chłopak zapytał, czy nie uważam, że trzeba zawsze uważać i być przygotowanym, gdyby ewentualnie miało do czegoś dojść. Zgodziłem się z nim. Zasugerował więc (po raz wtóry), że powinienem mieć w domu prezerwatywy. Do wcześniejszej zgody dodałem więc zastrzeżenie, że podobna ostrożność powinna obowiązywać osoby, które mają jakiekolwiek szanse na kontakty seksualne, a nie sfrustrowanych, podstarzałych, podkochujących się w nastolatkach zboczeńców bez zbytnich perspektyw, jeśli chodzi o kwestie związkowe (nie, nie, tak tego nie ująłem, ale sens zachowałem). Wtedy Andy zaczął mówić, że jesteśmy sami. Razem. W mieszkaniu. Spędzamy ze sobą dużo czasu, że wie, że mi się podoba i że ja podobam się jemu. Nawet, jeśli się zapieram i nie chcę się do tego przyznać, w każdej chwili może wydarzyć się COŚ, że nie obawiałby się szczególnie ze mną być, bo wie, że nie jestem najbardziej rozchwytywanym i towarzyskim mężczyzną (ha, ha… eufemizm roku), ale z drugiej strony nie trzeba mieć wielu kochanków, by się czymś zarazić, wystarczy jeden, lepiej nie ryzykować i nie odczuwać ewentualnego dyskomfortu. Tu również trudno było się z nim nie zgodzić. Wtedy stwierdził, że choćby dla świętego spokoju, a nie do celów użytkowych, powinienem się w coś zaopatrzyć. Co działo się dalej…?
… Wylądowałem tutaj dzisiejszego ranka.
Właśnie tyle. Nie mam bladego pojęcia, jakich konkretnie odpowiedzi udzieliłem mu później, bo cały temat jakoś się rozmył, a w mojej głowie, zamiast twórczych rozważań na temat prezerwatyw, pojawiły się dużo przyjemniejsze, choć zdecydowanie niepoprawne, wyobrażenia na temat mnie i Andy’ego. Mnie i Andy’ego, gdy działo się COŚ. Dzisiejszego ranka wyszliśmy na zakupy, a rudowłosy przypomniał sobie, że mieliśmy wstąpić do apteki, poczułem się nieco zdezorientowany, bo przez dobrą chwilę naprawdę nie potrafiłem sobie uświadomić, o co mu właściwie chodzi, ale moment później zrozumiałem.
Dobry Boże. Mam wrażenie, że za chwilę zejdę na zawał.
I nie, nie chodzi o to, że jestem purytaninem albo kimś aż tak nieśmiałym (naprawdę!), żeby wizja zakupienia prezerwatywy mnie przerażała. Robiłem to już wcześniej, niejednokrotnie zresztą, nie przeżywając podobnych rozterek. Chodziło o to, że byłem tu z Andy’m i że choć ukrywanie w „normalnych” warunkach tego, jak niepoprawny charakter mają niektóre z naszych relacji nie było dużym wyzwaniem, miałem wrażenie, że tu i teraz wszystko było absolutnie jasne. Co jeśli aptekarka albo któryś z klientów się zorientują? Nie było to zresztą aż takim wyzwaniem. Kupowałem młodemu chłopakowi prezerwatywy, cóż innego mogliby sobie pomyśleć? Co jeśli będą na nas krzywo patrzeć? Choć to właściwie nic strasznego. Co jeśli zaczną coś komentować? Albo jeśli spotkam któregoś z sąsiadów? Albo z jakiejś przyczyny, Andy wyda się komuś młodszy niż jest w rzeczywistości i będę miał jeszcze większe problemy…? Zdecydowanie bardziej wolałbym przyjść tutaj sam, ale teraz nie miałem wielkiego wyboru. Nie moja wina, że Andy miał istny zmysł handlowca i był w stanie bez najmniejszych problemów skłonić mnie do zrobienia tego, czego oczekiwał w taki sposób, że nawet nie wiedziałem, kiedy to się dzieje. Choć może nie był to zmysł handlowca. Może po prostu to ja traciłem przy nim głowę i rozeznanie w tym, na co się właściwie godzę.
Już naprawdę miałem ochotę zawołać Andy’ego, odwrócić się na pięcie i czym prędzej czmychnąć stąd niezauważony, jednak w tym momencie z zaplecza wyszła młoda aptekarka, która powitała mnie promiennym uśmiechem i radosnym:
-Dzień dobry! Bardzo przepraszam, dopiero co otworzyliśmy…
-Dzień dobry- odpowiedziałem zdecydowanie mniej pogodnie, usiłując się uśmiechnąć, ale chyba wyszło to marnie. Byłem potwornie skrępowany, a na mojej twarzy błąkał się zdradliwy rumieniec. Zerknąłem ukradkiem w stronę rudowłosego, który wciąż stał przy tej samej gablocie, bardzo czymś zaabsorbowany.
-Czym mogę służyć?- zapytała uprzejmie, wciąż w bardzo wesołym tonie.
Chciałbym mieć przynajmniej w połowie tak dobry humor jak ona.
-Eee… Ekhem…- mój rumieniec zapewne stał się właśnie jeszcze bardziej widoczny.- Chciałbym… To znaczy… Chcielibyśmy…- kobieta patrzyła na mnie z uwagą, czekając, aż wreszcie wyartykułuję to, po co przyszedłem.- Andy, wybrałeś już?- rzuciłem wreszcie w kierunku chłopaka.
-Chwila, chwila…- odparł tylko rudzielec takim tonem, jakby wcale mu się nie spieszyło.
Aptekarka dopiero teraz zauważyła jego obecność. Musiała też zwrócić uwagę na miejsce, w którym się znajdował, ale nie sprawiała wrażenia jakkolwiek poruszonej. Przeniosła spojrzenie na mnie, wciąż się uśmiechając.
-Bardzo dobrze pan zrobił- stwierdziła z pełnym przekonaniem. Uniosłem brwi i dosłownie osłupiałem, kompletnie zaszokowany, nie mając bladego pojęcia, skąd ten nagły wniosek i czego konkretnie dotyczył.- Przyprowadzając tutaj syna…- wyjaśniła, widząc moją minę.
-A-Ach, tak…- zająknąłem się tylko, po czym skinąłem głową, nie mając najmniejszej ochoty wyprowadzać tej pani z błędu. Właściwie to jej interpretacja sprawiła, że trochę mi ulżyło.
… Tak, wiem. Nie zmieniało to faktu, że i tak przyszedłem tutaj z niepełnoletnim chłopakiem, który właśnie oglądał prezerwatywy, które teoretycznie miały być przeznaczone dla nas, a to, że ktoś obcy miał mnie za jego ojca raczej nie powinno mnie pocieszać, przeciwnie, tym bardziej świadczyło o tym, że jestem starym zboczeńcem. Nie zapominam o tym ani na chwilę, naprawdę, choć i tak wolę, by inni ludzie nie mieli tej wiedzy.
-To odpowiedzialna decyzja- kontynuowała aptekarka takim tonem, jakby poczytywała sobie uświadamianie rodziców za życiową misję.- Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, że ich pociechy już wyrosły i wciąż traktują je jak małe dzieci. Prawda jest jednak taka, że teraz dzieci dorastają szybko. Chcą wszystkiego próbować i eksperymentować. Trzeba ich na to odpowiednio przygotować, jeśli chce się, by świadomie wkroczyły w dorosłość i nie popełniały błędów. Niestety, rodzice często zbyt późno zdają sobie sprawę z takiego stanu rzeczy.
-Tak, tak, rzecz jasna- potwierdziłem, kiwając przy tym głową.
W tym momencie dotarł do nas komentarz Andy’ego:
-Wiesz, że mają tu gumki z wypustkami…? Nigdy ich nie próbowałem... Ale bardziej podobają mi się te owocowe… O, owocowe z wypustkami! Ile mogę wziąć…?
Poczułem, jak mój rumieniec wraca ze zdwojoną siłą. Aptekarka sprawiała wrażenie nieco zdziwionej.
-To na pewno pierwszy raz syna…?- zapytała szeptem.- Wydaje się być dość dobrze obeznany…
-Trudno powiedzieć…- odparłem, śmiejąc się nerwowo.- Sama pani wie, ta dzisiejsza młodzież…
Pokiwała głową ze zrozumieniem.
-Tak czy inaczej, to dobrze, że mu pan towarzyszy. Nasze pociechy powinny mieć się do kogo zwrócić w razie wątpliwości. Co prawda, w szkołach prowadzone są zajęcia z edukacji seksualnej, ale poziom wielu z nich pozostawia sporo do życzenia… Poza tym, nie ma to jak indywidualna, prywatna rozmowa z kimś, kogo się zna i komu się ufa.
… Taaak. Andy nie miał się do kogo zwrócić w razie wątpliwości. Bo uciekł z domu, a i wcześniej, jak można się było domyślić, nie mógł tam liczyć na wiele wsparcia. I nie miał edukacji seksualnej w szkole, bo do żadnej szkoły nie chodził. Był dobrze obeznany, bo poszedł z kimś do łóżka w wieku czternastu lat, co, jak sam twierdził, wcale nie jest szokujące „w tych czasach”, ale mnie jakoś trudno było się pogodzić z tym poglądem. Teraz miał mnie. I podobno mi ufał, chociaż nie byłem pewien, w jakim stopniu. Czułem, że jest wiele spraw, o których nie chce ze mną rozmawiać. Mimo iż nasze kontakty były bardziej swobodne i otwarte niż na początku, wciąż niekiedy zdarzało mi się natrafić na ścianę milczenia, gdy zadawałem pytania na temat jego przeszłości albo wręcz na irytację, gdy dopytywałem ostrożnie, z kim koresponduje przez telefon.
-Weźmiemy też nawilżacz czy coś znajdzie się coś na miejscu?- rzucił Andy, wyraźnie zakupami podekscytowany.
-Bardzo rozsądne pytanie!- pospieszyła z odpowiedzią aptekarka, podchodząc do gabloty, przed którą stał rudzielec i zatrzymując się po jej drugiej stronie. Ja również ruszyłem w kierunku chłopaka, przystając obok niego i starając się wyglądać na mniej zdenerwowanego, niż w rzeczywistości byłem.- Mamy różne żele intymne i lubrykanty. Wiele z nich pobudza i wzmaga doznania, a ponadto, jeśli to pierwszy raz twojej partnerki, warto byłoby skorzystać z czegoś do nawilżenia, po to, by zagwarantować jej większy komfort…
Andy uniósł brew i spojrzał najpierw na kobietę, a później na mnie. Złośliwy uśmiech wymalował się na jego wargach.
-Skoro tak… Co pani poleca…?
Przez kilka minut w absolutnym milczeniu słuchałem, jak aptekarka wymienia zalety różnych produktów, prezentując Andy’emu także te, które nie znajdowały się na wystawie, a nawet powołuje się przy tym na osobiste doświadczenia i preferencje. I choć ja, prawdopodobnie, na miejscu chłopaka, mamrotałbym coś, mocno speszony, rudowłosy konwersował z nią zupełnie swobodnie, wyrażając swoje oczekiwania. W końcu wybrał jakieś dwa lubrykanty i znowu skupił się na prezerwatywach.
-Zdecydowałeś?- zagadnęła go aptekarka.
-Tak- potwierdził chłopak.- Wezmę… Kilka tych z prążkami i wypustkami. Gdzieś tak… Pięć?- rzucił, zerkając ukradkiem na mnie. Pokiwałem głową. Szczerze mówiąc, pozwoliłbym mu nawet wykupić całą aptekę, bylebyśmy wydostali się stąd jak najprędzej.- Pięć super cienkich. Pięć tych nawilżanych. O tych. Tak, właśnie tych. Przedłużające stosunek…? Nie, tego póki co nam nie trzeba… Och! No i smakowe, oczywiście! Czekoladowe i… truskawkowe- zdecydował wreszcie, a ja mimowolnie odetchnąłem z ulgą.- Lubię truskawki- dodał po chwili, po czym objął mnie ramieniem.- Mam nadzieję, że tobie też będą smakować, Mitch- dodał złośliwie, by zaraz unieść się na palcach i cmoknąć mój policzek w aż nazbyt znaczący sposób.
Jęknąłem w duchu ze zgrozą.
Aptekarka zamarła na krótką chwilę, wbijając w nas pełne zdumienia spojrzenie.
-Och… Eee… Oczywiście- otrząsnęła się w końcu, by przejść z wszystkimi wybranymi przez rudzielca rzeczami do kasy.
Powlokłem się w tamtą stronę, wyjmując portfel.
Kobieta nie była już równie wylewna, co wcześniej i pożegnała się z nami bez podobnej życiowej radości, jaka towarzyszyła jej na wstępie, choć trudno było mi ustalić, czy wynikało to z jakiejś niechęci czy po prostu ogólnego zaszokowania sytuacją.
Prędko opuściłem aptekę, z chichoczącym wesoło Andy’m u boku.
Już wiedziałem, że prawdopodobnie nigdy tam nie wrócę.

Wsunąłem do piekarnika przygotowane przeze mnie ciasto i zamknąłem drzwiczki, by następnie jeszcze przez moment, podziwiać przez szybkę własne dzieło, zastanawiając się przy tym, czy w ogóle okaże się zjadliwe. Tak, to pierwsze ciasto, jakie zrobiłem w swoim życiu. Tak, jestem z siebie dumny. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze nie tak dawno, mój kulinarny artyzm nie wykraczał poza zrobienie bardzo smacznej, ale jednak, jajecznicy. Nie miałem aspiracji by jadać wykwitnie albo chociaż różnorodnie, toteż zagłębianie się w meandry sztuki gotowania nie było mi do niczego potrzebne. W kwestiach żywieniowych, skupiałem się raczej na tym, by jadać zdrowe produkty. Teraz jednak miałem przy sobie Andy’ego, więc i ta sfera, jak większość w moim życiu, uległa radykalnej zmianie. Andy jadł znacznie więcej ode mnie (w końcu dorastał) i znacznie inaczej ode mnie (pizze, lody, słone przekąski i przeróżne słodycze na stałe znalazły miejsce w wyposażeniu mojej kuchni), ale bardzo lubił domowe jedzenie. To, co przyrządzaliśmy razem. Nieskromnie przyznam, że w całym procesie przyrządzania brałem większy udział, ale rudzielec też służył mi pomocą, a przede wszystkim to on to przyrządzanie inicjował. Nigdy nie sądziłem, że gotowanie przypadnie mi do gustu, ale gotowanie dla Andy’ego było prawdziwą przyjemnością. Znalazłem nawet w swoim domu dwie (!) książki kucharskie. Jedną dostałem w promocji do jakiejś innej zamówionej pozycji, druga natomiast, była chyba urodzinowym prezentem, zapewne od kogoś, kto sądził, że mi się przyda. I choć wynikało to z jego nieznajomości mojej osoby, ostatecznie, rzeczywiście, przydała się. Miałem skąd czerpać pomysły i przepisy. I gotowaliśmy. Razem. Często. Choć, biorąc pod uwagę preferencje smakowe Andy’ego – nie do końca zdrowo.
Chłopak stał przy zlewie, zmywając naczynia. Sam zaoferował się, że to zrobi. Nietrudno było jednak dostrzec, że nie ma w tym żadnego doświadczenia. Co najmniej od kwadransa, pod bieżącą wodą, szorował jedną miskę, zużywając do tego taką ilość płynu, która bez wątpienia wystarczyłaby na umycie wszystkich naczyń, jakie w ogóle posiadałem. Widać było narastającą w nim z każdą sekundą frustrację.
-Daj…- poprosiłem, podchodząc do niego i biorąc naczynie.
Podał mi jeszcze gąbkę, po czym odsunął się, odetchnąwszy cicho.
-Nie licz na to, że łatwo ci pójdzie, Mitch…- uprzedził mnie.
Wystarczyła jednak raptem chwila, trochę więcej siły i wprawy, a po zaschniętej na misce masie, nie pozostało ani śladu. Zakręciłem wodę i odłożyłem naczynie na suszarkę. Andy zamrugał ze zdumieniem, po czym posłał mi takie spojrzenie, jakbym na jego oczach dokonał czegoś nadzwyczajnego.
-Wow…- zagwizdał cicho, po czym odszedł kawałek dalej i usadowił się na blacie.- Masz cudowne ręce, Mitch…- stwierdził, a chwilę potem, jakby te słowa skojarzyły mu się z czymś zdecydowanie innym niż mycie naczyń, zachichotał wesoło pod nosem, a następnie zagryzł figlarnie wargę, zamyśliwszy się wyraźnie.
Zerknąłem na niego ukradkiem, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
Uporawszy się z resztą tego, co zalegało w zlewie, wytarłem ręce i podszedłem do chłopaka.
-Mam nadzieję, że coś z tego wyjdzie…- stwierdziłem, spoglądając w kierunku piekarnika. Moje dzieło było bowiem mieszanką dwóch różnych przepisów, gdyż brakowało nam produktów, aby skompletować którykolwiek z nich, o pozostałych nawet nie wspominając. Obiecałem sobie, że następne zakupy zrobię pod tym kątem, aby na przyszłość mieć wszystko czego trzeba.
-Jasne, że tak- stwierdził z pełnym przekonaniem rudowłosy.- Dobrze gotujesz, wiesz? Powinniśmy mieć swój program kulinarny. „Mitch i Andy”. Nie, nie. „Andy i Mitch”. To brzmi bardziej chwytliwe nie sądzisz…?
-Zdecydowanie…- potwierdziłem z rozbawieniem, przysuwając się do niego mimowolnie.
Objął mnie wokół szyi, przyciągając do pocałunku. Wpiłem się w jego usta. Jego język przesunął się po moich wargach, domagając się wejścia. Rozchyliłem je, pozwalając mu dostać się do ich wnętrza i przejąć inicjatywę. Wsunąłem dłoń w jego włosy, rozkoszując się tą chwilą. Uwielbiałem go. Tak bardzo, że momentami naprawdę trudno było mi nie ulec własnym fantazjom i nie posunąć się znacznie dalej, niż bym tego pragnął.
Oderwał się od moich ust i uśmiechnął wesoło.
-Wiesz…- zaczął powoli.- Powinniśmy zrobić użytek z tych gumek, które dzisiaj kupiliśmy… Nie żebym ci się narzucał czy coś, Mitch, ale sam rozumiesz… One też mają terminy ważności, a przy twoim tempie, jeśli chodzi o seks, mogą się zmarnować- zachichotał.- Musiałbym znaleźć kogoś innego, żeby się nie zmarnowały…
Momentalnie zdębiałem. Nie z powodu propozycji Andy’ego – do tych byłem już przyzwyczajony i wiedziałem, że w większości przypadków, nie są niczym więcej, jak tylko prowokacją, mającą wywołać u mnie konkretne reakcje. Ale to, co powiedział później… Wiedziałem, że to żart, jednak mimo wszystko... Gdy wyobraziłem sobie rudowłosego z jakimkolwiek innym mężczyzną, coś zakuło mnie w sercu. Poczułem się potwornie. Pomijając już fakt, że moja jakże przyjazna dla mnie wyobraźnia, podsunęła mi obraz rudzielca obściskującego się z takim facetem jak Hugo (co znowu wywołało u mnie idiotyczną zawiść względem najlepszego i jedynego przyjaciela, a przy tym poczucie kompletnej klęski, gdy tylko się z nim porównałem), uświadomiłem sobie, że nie mogłem rościć sobie do niego żadnych praw. Że nawet gdyby ni stąd ni zowąd pojawił się tutaj z jakimś jegomościem i oświadczył, że z nim odchodzi, nie mógłbym robić mu wyrzutów, oskarżyć go o zdradę czy najzwyczajniej w świecie się na niego złościć. Bo nie byliśmy w związku. Nawet nieoficjalnym związku. Owszem, nasza relacja nie była oczywista i niewinna. Całowaliśmy się. Pieściliśmy. Byliśmy ze sobą blisko, choć nie przekroczyliśmy jeszcze ostatniej granicy, która pozwalała mi sobie wmawiać, że zamierzam się po prostu zająć Andy’m, bez żadnych podtekstów, a już na pewno nie tych o podłożu seksualnym. Sam nie raz zaznaczałem, że nie chodzi mi o seks, że nie chcę uprawiać z nim seksu, że nie chcę, żeby nasze relacje uległy zmianie, że powinniśmy się ich trzymać i że wszystko odpowiada mi takie, jakie jest, będąc po trosze hipokrytą, który skrywa swoje prawdziwe pragnienia, a po trosze kimś, kto najzwyczajniej w świecie, nie chciał zrobić komuś takiemu jak Andy jakiegoś świństwa. Niezależnie od tego, jak bardzo był dojrzały, wciąż miał szesnaście lat. I trudno było mi uwierzyć, że mógłby mu się spodobać ktoś taki jak ja.
-Hej, Mitch, rozchmurz się…- jego głos wyrwał mnie z zamyślenia. Uśmiechnąłem się niemrawo i odsunąłem na bok. Zszedł z blatu, po czym zatrzymał się przy mnie.- To był żart, wiesz o tym, prawda…?- rzucił. Skinąłem niepewnie głową.- No. To idę do salonu. Przyjdź do mnie, jak skończysz tutaj- powiedział, po czym uśmiechnął się do mnie lekko i opuścił pomieszczenie.
Kilka minut krążyłem po kuchni, po czym wyszedłem z niej i przeszedłem do dużego pokoju. Stanąłem w progu. Andy siedział na kanapie, przed włączonym telewizorem, któremu nie poświęcał jednak dużo uwagi. W dłoni trzymał telefon komórkowy. Coś pisał. Ale co…? A przede wszystkim – do kogo…? Nie chodził już do tego klubu. Spędzał ze mną właściwie całe dnie, z nikim się więc nie spotykał, żadnych kolegów, znajomych, nikogo. Z rodziną też się nie kontaktował. Więc…?
-Z kim piszesz?- zapytałem otwarcie, choć właściwie te słowa wyrwały się z moich ust niemalże bezwiednie, bowiem aż za dobrze wiedziałem, jak Andy reagował na ten temat.
-Hm…?- rudzielec najwyraźniej nie dosłyszał pytania, bo jedynie spojrzał na mnie z uwagą, najwyraźniej oczekując, że je powtórzę.
Tym razem jednak nie starczyło mi śmiałości.
Uśmiechnąłem się tylko i wróciłem do kuchni.
Miałem nadzieję, że kiedyś Andy zaufa mi na tyle, by powiedzieć mi także o tej sprawie.

Zaproponowałem Andy’emu, żeby pierwszy poszedł pod prysznic, co zresztą, przez ostatnie parę dni, proponowałem mu zawsze, aby uniknąć sytuacji ze wspólnym „oszczędzaniem wody”. Gdy jednak mijałem się z nim w drzwiach łazienki i zobaczyłem jak z niej wychodzi, ubrany w mniej skąpą niż zwykle piżamę, ale i tak diabelnie podniecający, wycierając wilgotne włosy ręcznikiem, jak uśmiecha się do mnie i ociera się o mnie prowokująco, przechodząc tuż obok, to… STOP. Dość, Mitch. Dość. Jeśli nie chcesz znaleźć się nagle w sytuacji, w której absolutnie nie możesz się kontrolować, to takich sytuacji nie prowokuj. Mając te słowa na uwadze, poszedłem się myć. Gdy skończyłem, ubrałem się w piżamę i ruszyłem w kierunku sypialni, byłem przekonany, że na tym właśnie skończy się mój dzień. Gdy wszedłem do pomieszczenia, Andy siedział na brzegu łóżka. Patrzył wprost na mnie, jakby tylko czekał na moment, aż znajdę się w pokoju. Nie widziałem w tym nic dziwnego – wszak spaliśmy razem, nie raz rozmawialiśmy o tej porze albo… robiliśmy inne rzeczy. Uśmiechnąłem się do niego lekko i w tym momencie, mój wzrok padł na szafkę nocną, na której znajdowała się prezerwatywa i buteleczka lubrykantu. Zestaw aż nadto wymowny. Przeniosłem spojrzenie na rudzielca, szczerze mówiąc, nie mając bladego pojęcia, jak na to zareagować.
-Wiesz, Mitch, jak ta ci nie odpowiada, możesz spróbować innej… Wszystkie schowałem na dole- rzucił, mrugając porozumiewawczo i wskazując na szafkę. Odkaszlnąłem nerwowo, nie odpowiadając.- Okej, okej- chłopak uniósł dłonie.- Nie będę ci się naprzykrzał, ani cię błagał, ani nic w tym stylu, bo mam swój honor i tak dalej, i tak dalej… Po prostu chcę, żebyś wiedział, że to i tak się stanie. Zwłaszcza teraz, kiedy mamy już wszystko, czego potrzebujemy i nic nie stoi nam na przeszkodzie.
Cofnął się wgłęb łóżka, siadając po turecku. Przysiadłem tuż przed nim, wciąż nie będąc pewien, co powiedzieć.
-Planowałeś to…?- dopytałem niepewnie.
Rudzielec zaśmiał się lekko.
-Jasne, Mitch. Przecież na twoją inicjatywę musiałbym czekać wieki…
Uśmiechnąłem się dość niemrawo. Sięgnąłem po buteleczkę nawilżacza. Obróciłem ją w dłoni, po czym zacząłem czytać jej opis, bez żadnej konkretnej przyczyny, chyba jedynie po to, by zająć czymś swoje myśli. Zastanawiałem się nad tym, co zrobić. Wiedziałem, że trudno mi będzie odmówić. Jednak czy rzeczywiście tego chciałem…? O tak, zdecydowanie. Akurat w tej kwestii nie zamierzałem okłamywać samego siebie, pragnąłem Andy’ego jak nikogo wcześniej i pewnie gdyby nie masa spraw, które bez wątpienia komplikowały nasze relacje, jak choćby fakt, że nie odwzajemniał moich uczuć, że był ode mnie zależny, a ja nie chciałem z niego robić seksualnego utrzymanka, a przede wszystkim, że był niepełnoletni, dawno zrobiłbym kolejny krok. Czy naprawdę uda mi się utrzymać to wszystko, co do tej pory zbudowaliśmy, kiedy runie mit dobrego, altruistycznego człowieka, który bez żadnych powodów i wymogów bierze pod swój dach nastoletniego chłopaka…?
-Wiesz, tam gdzie wcześniej byłem, nie miałem takich luksusów…- stwierdził Andy, spoglądając na trzymany przeze mnie żel. Tam gdzie był wcześniej, czyli na ulicy. A właściwie w tym hotelu, choć nie wiedziałem, ile dokładnie czasu tam spędził, a zresztą mieszkanie w tamtym miejscu było właściwie w praktyce tym samym, co mieszkanie na ulicy, pomijając kwestie noclegu.- Więc to będzie miła odmiana…
Odwróciłem głowę, by na niego spojrzeć. Uśmiechnąłem się do niego i w czułym geście, musnąłem wolną dłonią jego policzek. Również odpowiedział mi uśmiechem. W takich momentach, kiedy moje serce krajało się na myśl, co z nim się działo, nim trafił do mnie, jak się z nim obchodzono i jak strasznie musiał przeżyć porzucenie przez tamtego mężczyznę – z większą mocą niż wcześniej uświadamiałem sobie, jaki charakter miały moje uczucia do niego. Kochałem go. Wiedziałem o tym, choć chwilami sam zastanawiałem się, czy za tymi słowami nie skrywam po prostu swojego pożądania. Czy nie usprawiedliwiam nimi swoich myśli i fantazji na jego temat. On był młody i piękny, ale mimo całej swej pewności siebie, strasznie pogubiony. A ja byłem stary, nieszczególnie atrakcyjny i chociaż kochałem go szczerze, mogłem wyrządzić mu krzywdę. Byłem przekonany, że Andy potrzebuje miłości. Ale wątpiłem, czy takiego rodzaju, jaką mogłem mu oferować ja.
Mimo to uległem, jak ulegałem zawsze, czując się niczym więzień własnych zmysłów i pragnień. Zaczęliśmy powoli. Delikatnie musnąłem jego wargi. Oddał muśnięcie i moment później, nasze usta złączyły się na dłużej. Ukradkiem odłożyłem nawilżacz na bok, po czym przysunąłem się bliżej Andy’ego. Nasze pocałunki były subtelne i początkowo zupełnie pozbawione namiętności czy pożądania, jakbyśmy całowali się po raz pierwszy, nie bardzo wiedząc, jak postąpić, by nie spłoszyć drugiej strony. Zsunąłem dłoń z jego policzka na szyję, a następie ramię. Delikatnie zsunąłem z niego materiał górnego odzienia rudzielca i musnąłem to miejsce wargami. Moja druga dłoń wkradła się pod koszulkę chłopaka. Zadrżał.
-Masz zimne ręce, Mitch- rzucił.
-Przepraszam- odpowiedziałem na chwilę przed tym, nim nasze usta złączyły się ponownie.
Tym razem był to dłuższy pocałunek, bardziej pewny i namiętny. Wciąż jednak zawierało się w nim wiele ostrożności, nie wiem, czy także ze strony Andy’ego, ale mojej na pewno. Nie chciałem zupełnie dać się ponieść emocjom i stracić kontroli nad tym, co się działo.
Chwyciłem za brzegi koszulki chłopaka i zacząłem podwijać ją powoli. Rudowłosy odsunął się, po czym uniósł ręce, pozwalając mi ją z siebie zdjąć. Odłożyłem odzienie na bok, a on położył się na plecach i spojrzał na mnie z zaczepnym uśmiechem.
-Użyj żelu, Mitch- poprosił.
Uniosłem brwi, nieco zdezorientowany.
-J… Już?- bąknąłem.
Zachichotał, rozbawiony moją reakcją.
-Zrób mi masaż.
Uśmiechnąłem się lekko, na powrót sięgając po buteleczkę. Siedząc tuż przy rudzielcu, naniosłem na opuszki palców trochę nieco lepkiej mazi i niespiesznym ruchem, zacząłem wędrować nimi wzdłuż środka jego klatki piersiowej, zostawiając po sobie błyszczący ślad. Zsunąłem nieco jego spodnie, by móc dotrzeć do podbrzusza chłopaka, na tym jednak się zatrzymałem.
-Na opakowaniu było napisane, że rozgrzewa…- rzucił Andy, zagryzając figlarnie wargę.- Ale trzeba na niego podmuchać. Żeby efekt był lepszy.
Zaśmiałem się cicho, po czym nachyliłem się nad torsem chłopaka i zacząłem delikatnie chuchać na rozprowadzony po nim żel – począwszy od najniższych partii, przechodząc coraz wyżej i wyżej… Pełen aprobaty pomruk wydobył się z ust rudzielca, zachęcając mnie, bym kontynuował. Gdy moje wargi znalazły się na odpowiedniej wysokości, zboczyłem z linii, by po chwili zacisnąć je wokół prawego sutka rudowłosego. Na przemian ssałem go i pieściłem językiem, słysząc ciche westchnienia Andy’ego i czując jak porusza się pode mną niecierpliwie, wyraźnie podniecony. Chwilę później, zająłem się drugim, w dokładnie ten sam sposób. Dłoń rudzielca zagościła na moment w moich włosach. Przesunęła się na twarz, a następnie szyję. Gładził ją palcami, zahaczając o moją skórę paznokciami i drażniąc ją w bardzo przyjemny i kuszący sposób. Przerwałem pieszczoty i podniosłem na niego wzrok.
-Napisz mi gdzieś swoje imię…- zachichotał, wskazując na żel.
-Gdzie…?- zapytałem, uśmiechając się wesoło.
Rudzielec odpowiedział mi podobnym uśmiechem.
-Wykaż się inwencją- odparł.
Sięgnąłem więc znów po lubrykant i za jego sprawą, nakreśliłem nieco ponad lewym biodrem chłopaka, nieduże i lekko krzywe: „Mitch”. Andy podniósł się na przedramionach, by zobaczyć moje dzieło, po czym pokiwał głową w wyrazie uznania.
-Myślałem, że zejdziesz nieco niżej, ale… Tu też może być. Sądzisz, że mógłbym mieć tatuaż w takim miejscu…?
-Tatuaż…?- zdziwiłem się. Właściwie… Tatuaż był czymś, co nawet pasowało do Andy’ego. Do takich ludzi jak Andy w ogóle. Zadziornych, buntowniczych i młodych. Choć szczerze mówiąc mnie ta kwestia była raczej obojętna.- Co chciałbyś sobie wytatuować…?
-Twoje imię- odparł prowokująco.
Parsknąłem śmiechem. Akurat taki tatuaż trudno było mi sobie wyobrazić.
-Nie podoba ci się ten pomysł?- zapytał.
-Eee… Myślę, że mógłbyś sobie wybrać jakiś ciekawszy wzór- odpowiedziałem zgodnie z prawdą, unosząc kąciki ust w lekkim uśmiechu.
Zachichotał, po czym przyciągnął mnie do pocałunku. W jego trakcie, bez większego oporu pozwoliłem mu się przewrócić na plecy. Chłopak usadowił się na mych biodrach, otarłszy się przy tym o moją męskość. Jęknąłem cicho.
-Moja kolej- oznajmił niemalże złowrogo, zabierając się za rozpinanie mojej koszuli od piżamy.
Gdy tylko uporał się z guzikami, sięgnął po żel i zaczął kreślić coś palcami na moim torsie. Czułem przyjemne ciepło rozchodzące się po moim ciele wraz z każdym jego dotykiem i promieniujące od jego centrum dreszcze. Zagryzłem wargę obserwując, jak błyszcząca maź, za sprawą rudzielca, układa się wzdłuż mojego torsu w ogromne, pionowe „ANDY”. Ostatnia litera kończyła się trochę poniżej mojego pępka. Obok chłopak domalował coś jeszcze. Nie dałbym sobie uciąć głowy, bo słabo to widziałem, ale biorąc pod uwagę kształt, jaki kreślił i uśmieszek błąkający się na jego wargach, było to nic innego, jak męski członek.
-Twoim zdaniem powinienem sobie wytatuować coś takiego…?- zażartowałem.
-Czemu nie?- odparł swobodnie.-  Nie zapomniałbyś o moim imieniu… I o paru innych… kwestiach- dokończył, chichocąc.
-Wątpię, bym mógł zapomnieć- odpowiedziałem zgodnie z prawdą, nie odrywając od rudowłosego spojrzenia i uśmiechając się do niego ciepło.
Te słowa zadziałały na niego dziwnie. Przez parę sekund wydawał się spłoszony, jakby nie spodziewał się, że powiem coś takiego, a później chyba trochę posmutniał. Szybko jednak ukrył własne emocje i rzucił:
-Jak myślisz, jak smakuje ten żel…?
-Cóż, w sumie… Andy, lepiej nie…
Nim zdążyłem dokończyć, język rudzielca przesunął się wzdłuż całego, ogromnego igrek. Chłopak podniósł głowę i oblizał wargi, by po chwili zastanowienia skwitować:
-Powiem ci, że jest całkiem smaczny.
-To w końcu twoje imię- odparłem z rozbawieniem.
Zaśmiał się i powrócił do moich warg w pełnym namiętności pocałunku. Poczułem słodkawy, nieco mdławy smak lubrykantu. Rozchyliłem usta, pozwalając na to, by nasze języki splotły się ze sobą. Całowałem go mocno i pożądliwie, a on znów zaczął ocierać się o moje krocze. Już wcześniej czułem, że moja bielizna zrobiła się przyciasna, ale teraz miałem ochotę natychmiast ją z siebie zrzucić. Choć, szczerze mówiąc, wolałbym najpierw zrzucić ją z Andy’ego…
Wiedząc jednak do czego wszystkiego to zmierza, zdecydowałem się przypomnieć:
-Wiesz, Andy…- wydusiłem z siebie pomiędzy kolejnymi pocałunkami, raz po raz powracając do jego gorących warg.- Ja nigdy nie uprawiałem seksu z mężczyzną…
-Spoko, spoko, Mitch- odpowiedział, przerywając na moment pieszczoty i wyjaśniając- Seks analny to seks analny. Z kobietą i mężczyzną jest tak samo. Chyba…- dodał po chwili z nutką wątpliwości, bo zapewne z kobietami takowych kontaktów nie miewał.- Pomijając to, co znajduje się z przodu. Osobiste preferencje. No i… parę innych spraw. Ale poza tym, to raczej dokładnie to samo.
-… Nie uprawiałem seksu analnego- odparłem.
Uniósł brwi, po czym uśmiechnął się cokolwiek pobłażliwie, ale chyba nie stanowiło to dla niego żadnej niespodzianki. Pocałował mnie raz jeszcze, tym razem krótko, więc gdy się odsunął, odruchowo podążyłem za nim, szukając jego warg. Ulokował się po drugiej stronie łóżka. Szybkim ruchem zdjął z siebie spodnie wraz z bielizną, odkładając je na bok. Wstrzymałem oddech, a mój wzrok skupił się w dość oczywistym miejscu. Andy rozsiadł się wygodnie i rozchylił uda.
-Odbyt trzeba nawilżyć. Ale jeśli cię to krępuje albo wydaje ci się nieprzyjemne, mogę to zrobić sam- stwierdził.
-Nie, nie, poradzę sobie- odparłem aż nazbyt gorliwie.
Rudzielec sprawiał wrażenie mocno rozbawionego. Przysunąłem się do niego bliżej, chwytając za buteleczkę z lubrykantem. Rozprowadziłem lepkawą maź na palcach jednej dłoni. Drugą oparłem na udzie chłopaka, kładąc je powoli na kołdrze i umożliwiając sobie lepszy dostęp do jego wejścia. Gdy tylko to uczyniłem, powoli, nie czując się do końca pewnie, wsunąłem w niego jeden palec. Andy poruszył lekko biodrami, po czym chwycił za swój członek i zaczął się onanizować niespiesznymi ruchami. Muszę przyznać, że był to widok, który na moment sprawił, że zapomniałem o tym, co właściwie robiłem i po prostu gapiłem się na niego bezwstydnie, nim w końcu opamiętałem się i kontynuowałem.
-Włóż drugi- zasugerował rudzielec.
Tak też uczyniłem i po chwili oba moje palce znalazły się w jego wnętrzu. Starałem się dotrzeć jak najgłębiej, rozprowadzając nawilżacz po ściankach jego odbytu i w pewnym momencie, natrafiłem na wypukły, okrągły punkt. Z ust rudzielca wydobył się cichy jęk.
-Dobra robota, Mitch…- skwitował moje poczynania, lekko drżącym głosem.
Masowałem opuszkami palców tamto miejsce, wsłuchując się w jego westchnienia i pojękiwania. Rudzielec przyspieszył ruchy dłonią. Oczy miał zamknięte, wargi lekko rozchylone. Wyglądał wspaniale. Nie byłem w stanie oderwać od niego wzroku. Jego oddech z chwili na chwilę stawał się coraz bardziej płytki. Wydawało mi się, że lada moment dojdzie, ale nagle przerwał pieszczoty.
-Poczekaj… Poczekaj…- rzucił, odsuwając się ode mnie.- Chcę, żebyś we mnie był…- powiedział, po czym przesunął się kawałek dalej, by sięgnąć po prezerwatywę.
Kolejny, intensywny dreszcz przebiegł wzdłuż mojego kręgosłupa. Nie mogąc dłużej wytrzymać, ściągnąłem z siebie dolne ubranie. Andy klęknął przy mnie. Rozerwał zębami opakowanie prezerwatywy, po czym wyjął ją, a następnie zaczął naciągać na moją męskość. Jego ręce trzęsły się nieco.
-Połóż się…- polecił mi, gdy tylko skończył.
Cofnąłem się i ułożyłem na plecach, czekając na to, co zrobi. Ustawił się w odpowiedniej pozycji, odwrócony do mnie tyłem, by po chwili opuścić się na mój członek, nabijając na niego jednocześnie. Chyba nie przygotowałem go do tego tak dobrze, jak powinienem. Bolesne syknięcie wydarło się z jego warg.
-Andy…- rzuciłem, zaniepokojony.
Po chwili zaczął się poruszać. Jego biodra rytmicznie unosiły się i opadały. Fala podniecenia zalała całe moje ciało. Zagryzłem wargę, starając się powstrzymać od jęków, ale kilka z nich i tak mimowolnie wydostało się z moich ust. Patrzyłem na niego jak zaczarowany, mimowolnie zaciskając dłonie na pościeli i usiłując się powstrzymać, by samemu nie przejąć nad wszystkim inicjatywy. Moment później podniosłem się jednak do pozycji siedzącej i objąłem go od tyłu, ograniczając tym samym możliwość jego ruchów, ale też wchodząc w niego głębiej. Jego wnętrze zaciskało się rozkosznie wokół mojego członka. Zsunąłem rude włosy chłopaka na jedno z jego ramion. Drugie na przemian muskałem wargami i pieściłem językiem, błądząc jednocześnie dłonią po torsie młodzieńca, drugą natomiast chwytając za jego męskość i rozpoczynając pieszczoty. Klatka piersiowa rudzielca szybko unosiła się i opadała, w rytmie płytkiego, urywanego oddechu. Drżał. Jego jęki stawały się coraz głośniejsze. Wiedziałem, że lada chwila będzie szczytował.
Nim jednak to nastąpiło, wyswobodził się z mojego uścisku i odsunął, a następnie ułożył na plecach. Klęknąłem pomiędzy jego rozchylonymi nogami i wszedłem w niego ponownie. Zagryzł wargi, oplatając mnie ciasno nogami. Poruszałem się w jego wnętrzu, starając się nad sobą panować i uniknąć gwałtownych ruchów, ale już po chwili moje biodra poruszały się niemalże bezwiednie. Nachyliłem się nad nim i wpiłem się w jego wargi, inicjując pocałunek pełen rozkoszy, która coraz bardziej intensywnymi falami, zalewała całe moje ciało. Usta Andy’ego raz po raz odrywały się na moment od moich, gdy ten brał głęboki oddech, ale zaraz łączyły się na powrót. Jego dłonie błądziły po moich plecach, by w kulminacyjnym momencie, zahaczyć paznokciami o skórę. Znieruchomiał, jęknąwszy w moje usta. Doszedł. Ja wciąż penetrowałem wnętrze chłopaka, wędrując wargami po jego policzku, a następnie szyi. Ssałem, lizałem, lekko zahaczałem zębami fragmenty jego skóry, chcąc poznać reakcje rudzielca i jego upodobania. Wsłuchany w jego pomruki, nadal kochałem się z nim bez opamiętania, zupełnie zatracając się w tym akcie.
I to było to. To była moja granica.
Szczytowałem w jego wnętrzu.
Spełniony, czując jak moje ciało wciąż drży z ekscytacji i podniecenia, a jednocześnie przerażony jak diabli, położyłem się obok Andy’ego. Młodzieniec przewrócił się na brzuch, po czym spojrzał w moim kierunku. Ku mej uldze, uśmiechnął się lekko. Wyglądał… jeszcze piękniej niż zwykle. Jego zielone oczy błyszczały. Może dlatego wydawało  mi się, że patrzył na mnie inaczej niż zwykle. Ciepło, ale bez pobłażliwości czy politowania.
-Dzięki, Mitch- powiedział krótko.
-Dziękuję, Andy…- odparłem, wciąż przyglądając mu się z nieskrywaną fascynacją.
Cisza.
I wtedy…
-Kocham cię- rzuciłem.
To nie było mimowolne stwierdzenie, coś, co mi się wymsknęło pod wpływem emocji. Wprost przeciwnie. Chciałem to powiedzieć. Już od dawna, ale teraz szczególnie. Chciałem, żeby wiedział. Żeby rozumiał, dlaczego z nim byłem. I że nie oczekuję niczego w zamian, że to nie zmieniało naszych ogólnych relacji, nie było żadną formą przymusu.
Andy sprawiał wrażenie zdziwionego i trochę zmieszanego.
-No…- zaczął, wyraźnie nie wiedząc, jak na to zareagować.- Ja ciebie też, Mitch, staruszku…- odparł wreszcie, śmiejąc się nerwowo.
Nie oczekiwałem odpowiedzi, a jednak ją dostałem.
Wiedziałem aż za dobrze, że to, co usłyszałem, nie było żadnym wyznaniem. Wiedziałem, że Andy mnie nie kocha. Wiedziałem, że te słowa były wymuszone, że czuł się skrępowany i miał wrażenie, że musi jakoś zareagować. A mimo to, niezależnie od tej świadomości, ucieszyłem się. Naprawdę i szczerze. Wstąpiła we mnie jakaś ekstatyczna radość. Zupełnie nieracjonalna i zupełnie bezpodstawna. Jakbym mimo oczywistości tej sytuacji, chciał wierzyć, że to, co powiedział, w najmniejszym nawet stopniu było prawdziwe.
Objąłem go ramieniem, przyciągając do siebie. Wtulił się we mnie. Ucałowałem go w czoło, nie mówiąc już nic więcej.
Nawet jeśli w oczach Andy’ego wciąż byłem tym samym Mitchem, nieudolnym, starym, nieprzystosowanym do życia i pozbawionym ambicji…
Chciałem wierzyć, że jest inaczej.
I nawet jeśli byłem tylko zakochanym głupcem…
Chciałem nim być.
Moje życie było pozbawione sensu, dopóki on się w nim nie pojawił.
I za nic nie zamierzałem wracać do tamtego etapu.

7 komentarzy:

  1. Anonimowy3:37 PM

    Jej, pierwsza!!!
    Ale mi zrobiłaś prezent urodzinowy!!! Dziękuję!!! (Wiem, że to nie było planowane ale warto sobie pomarzyć, nie?)
    Przepadłam, przeczytałam już wszystkie twoje opowiadania i mogę stwierdzić, że mam kolejne uzależnienie. No cóż... i tak wszyscy twierdza ze najpierw wykończę moja wątrobę ;)
    Wiem, że ten komentarz nie ma sensu, ale przy każdym ruchu czuje jak móz obija mi się o czaszkę.
    Życzę weny, weny i jeszcze weny i chcę Gabriela... to moje ulubione imię i najlepiej, żeby się ogarnął i wykopał Węża. Jesteś cudowna. Dziękuję
    Pozdrawiam
    Honda

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak w sumie to... Biedny Mitch D: szkoda mi go trochę. Jestem ciekawa co tak na prawdę siedzi w głowie młodemu...

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękne... *.* Doskonale opisałaś ten ich pierwszy raz. W końcu Rudzielec dostał to czego chciał. A Mitch mógł się wreszcie dać trochę ponieść.

    Czytając pierwszą część, to co się działo rano to śmiałam się cały. Jak często pozory mylą. Nawet kochanka można pomylić z ojce. Ja sobie wyobrażam sobie minę tej kasierki.

    Rozdział cudny i lekki. Czytało się szybko, może nawet za szybko.
    Ciekawe co się będzie działo w następnym odcinku. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Szkoda mi Mitcha, bo nie wiem co tak naprawdę czuje Andy. Kim jest dla niego Mitch. Jak długo z nim zostanie itd. Cieszę się, że doszło do pierwszego razu miedzy nimi, a z sytuacji w aptece śmiałam się. Jak jak bym była na miejscu tej pani to by mi się oczka świeciły. No, ale jak mogła się tak pomylić. Który ojciec idzie kupować synowi takie rzeczy. :DD
    Czekam na więcej. ^^

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy10:02 PM

    Chociaż przyznam się, że to opowiadanie nie jest moim ulubionym (może po prostu nie lubię, kiedy jest zbyt duża różnica wieku u bohaterów?), to jednak ten rozdział bardzo mi przypadł do gustu. Chyba z wiadomych przyczyn^^ xD Jak zawsze pełne humoru, który u ciebie tak uwielbiam. I ten smaczek, że chce się więcej :P

    Strasznego Halloween ;>
    Cloode

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy1:03 PM

    Dopiero teraz się zorientowałam, że ten rozdział dodany był dzień po moich urodzinach :). Szybka jestem, nie ma co xP.

    Myo Dreams.

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy10:24 AM

    Wsiadłam zmarznięta do mocno spóźnionego autobusu, wyjęłam telefon, stwierdzając, że mogłabym sobie przeczytać jeden rozdzialik od Silencio... To był błąd xD Takich rozdziałów zdecydowanie nie powinno czytać się w zatłoczonym autobusie :D Calutką drogę miałam absolutny zaciesz na twarzy i tak się lekko i radośnie poczułam :D Boże, jak cudownie było! Znaczy rozdział cudowny ;) Sytuacja w aptece - powalająca, ale który ojciec by poszedł z synem kupować prezerwatywy i lubrykant, no błagam, pani aptekarko.. A seks... cieszę się, że w końcu do niego doszło, ale... ale szkoda mi Mitcha. Bo on jest taki ześwirowany na punkcie Andy'ego, a chłopak raczej tego nie odwzajemnia... lubi go, ale nie aż tak.
    Alys

    OdpowiedzUsuń