Strony

piątek, 29 listopada 2013

Konkurs :)





Zapowiadałam jakiś czas temu, że mam zamiar przygotować konkurs i oto jest. Jak widzicie, do wygrania będą drobne nagrody rzeczowe - wszystko związane ze światem "Chaosu", dwie bransoletki i trzy zawieszki, do których oczywiście dodane zostaną łańcuszki lub rzemyki zależnie od woli ewentualnych zwycięzców. Konkurs też jest ściśle tematycznie związany z "Chaosem", poszłam jednak za sugestią paru czytelników i forma prac będzie dowolna.

REGULAMIN

Nagrody są autorstwa mojej kochanej bety Magdaleny :). 

Pozdrawiam serdecznie i zapraszam zainteresowanych do wzięcia udziału :).


Regulamin

sobota, 23 listopada 2013

Ogłoszenie drobne

Najpierw muszę coś napisać na temat rozdziału "You Found Me". Sęk w tym, że nie jest on skończony. Nie wiem, jak to się stało, zwykle mi się to nie zdarza, ale pisałam go jakiś czas temu i musiałam odłożyć w czasie napisanie ostatniego fragmentu, a później kompletnie o tym zapomniałam. Zdałam sobie sprawę z tego dopiero dzisiaj. Postaram się w następnym rozdziale umieścić wszystko, co potrzebne, bo nie mam nic innego, co mogłabym opublikować, a nie chcę was skazywać na czekanie kolejnego tygodnia czy dwóch. 

Druga sprawa - za dwa tygodnie "Edmund Lancaster".

Pozdrawiam serdecznie.

§ 19 § [YFM]

Absalom był przerażony. Przez moment, ledwie kilka sekund, stał nieruchomo, niczym sparaliżowany, nie będąc w stanie oderwać wzroku od Golvana i jego towarzysza, który w tym momencie również pojawił się w pomieszczeniu. O Stwórco, gdyby to wszystko było ledwie złym snem… Chłopak wiedział jednak aż za dobrze, że podobne koszmary równie skutecznie ścigały go w rzeczywistości. Odzyskał władzę nad własnym ciałem i natychmiast, instynktownie, rzucił się w kierunku bocznego pomieszczenia, chcąc dostać w swoje ręce cokolwiek, czym byłby w się stanie bronić. Kompan Golvana był jednak szybszy. Zatrzasnął tuż przed twarzą młodzieńca niedomknięte wcześniej drzwi i sięgnął po miecz, a następnie wycelował ostrzem w Absaloma. Ten cofnął się odruchowo, jednak handlarz niewolników nie pozwolił mu na zachowanie dystansu, stąpając krok w krok za nim. Młodzieniec czuł chłód stali, przylegającej do jego szyi. Nie mając lepszego wyboru, bowiem w drzwiach stał kolejny wspólnik Golvana, Absalom wszedł na łóżko. Grożący mu bronią mężczyzna zatrzymał się tuż przy meblu. Teraz ostrze znajdowało się na wysokości klatki piersiowej chłopaka, co bynajmniej nie poprawiał sytuacji.
-Kto by pomyślał, że mając pod nosem miasto, ktoś rzeczywiście mieszkałby w takim miejscu jak to…- mruknął najbliższy współpracownik Golvana, rozglądając się dookoła z wyraźnym politowaniem.- W środku lasu… Pośród drzew… Jak na ptaszynę przystało- dodał, zerkając na młodzieńca i uśmiechając się do niego złośliwie, by zaraz zwrócić się do swego wspólnika- Jednak miałeś rację.
-Zwykle ją mam- odparł gładko Golvan, również wodząc wzrokiem po całym pomieszczeniu, w przeciwieństwie do kompana, z wyraźną uwagą i swoistym zaintrygowaniem.
Absalom próbował ocenić swoje szanse, chociaż wiedział, że jest w beznadziejnej sytuacji. Niewiele mógł zrobić, nie ryzykując przy tym własnym życiem. Nawet gdyby zresztą udało mu się chwilowo wyswobodzić, nie miał przy sobie żadnej broni, niczego, czym mógłby walczyć ze znacznie liczniejszą i uzbrojoną grupą przeciwników. Na posłaniu leżał jedynie płaszcz Mortalisa, jednak młodzieniec szczerze wątpił, by ten mógł mu się przydać w takich okolicznościach, pomijając fakt, że zapewne w ogóle nie miałby go jak założyć.
-Arisie, Darsha… Przeszukajcie resztę domu- nakazał Golvan, spoglądając na stojącego w drzwiach, siwowłosego mężczyznę, który skinął głową, wchodząc do środka. W ślad za nim, kroczył drugi z handlarzy, ten bardzo oszpecony. Obaj skierowali się do bocznego pomieszczenia. Otworzyli drzwi.
Absalom drgnął odruchowo, spoglądając w tamtym kierunku.
-Lepiej uważaj…- mruknął pilnujący go mężczyzna, reagując nawet na tak niewielki ruch. Podniósł ostrze wyżej, na powrót celując nim w szyję młodzieńca. Dwaj jego wspólnicy znaleźli się już w pokoju obok.- Nie chciałbym ci poharatać buźki, nawet nie masz pojęcia, jak strasznie obniżyłoby to cenę... Ale jeśli nie pozostawisz mi wyboru, na pewno znajdziemy kupców, którym twój wygląd nie będzie robił różnicy… Jeśli jednak mnie do tego zmusisz, pożegnasz się nie tylko z ładną twarzyczką.
-Możesz mi grozić ile zechcesz…- odparł Absalom, nie będąc w stanie powstrzymać drżenia głosu.- I tak mnie nie weźmiecie! Na pewno nie żywego!
-Uważaj, Absalomie…- odezwał się Golvan, uśmiechając się lekko.- Ja jestem raczej spokojnym i niezbyt rozrywkowym człowiekiem, ale wielu z moich towarzyszy lubi wyzwania…
Jego wspólnik zachichotał cicho, jakby na potwierdzenie tych słów.
-Golvan!- krzyknął siwowłosy jegomość z pomieszczenia obok.- Nie uwierzysz, co znaleźliśmy!
-A co można znaleźć w takim miejscu jak to…?- zakpił stojący przy Absalomie mężczyzna.
Przywódca handlarzy sprawiał jednak wrażenie zaciekawionego.
-Co takiego?- rzucił.
-To… Broń. Dużo broni. W życiu nie widziałem czegoś podobnego… Mogę się mylić, ale… Wydaje mi się, że to może być cenne.
-Co?- parsknął współpracownik Golvana.- Zestaw drewnianych mieczyków…?
Absalom dostrzegł, że Golvan przygląda mu się z uwagą.
-Nie sądzę, by rzeczywiście chodziło o drewniane mieczyki…- odpowiedział, nie przestając się uśmiechać i nie odrywając od młodzieńca badawczego wzroku.- Wydaje mi się za to, że ktoś skrywa przed nami jakąś tajemnicę… Czyż nie, Absalomie? Nie martw się. Spędzimy ze sobą naprawdę dużo czasu. Na pewno będziesz miał okazję nam ją zdradzić. A póki co… Zobaczę, jak wiele warta jest twoja kolekcja.
Przywódca handlarzy przeszedł niespiesznym krokiem przez izbę, zbliżając się do drzwi. Młodzieniec nie patrzył jednak w jego kierunku. Bacznie obserwował twarz tego, którego ostrze wciąż skierowane było wprost w jego krtań. Może Absalom nie był najlepszym uczniem – niektórych kwestii wciąż nie był w stanie pojąć, niektórych technik opanować, a spora część metod Mortalisa, budziła w nim zdumienie i mający źródło w naiwności, opór. Jednak jego opiekun często powtarzał zdanie, które utkwiło młodzieńcowi w pamięci – czekaj na odpowiedni moment i szukaj słabego punktu. I choć chłopak czuł, jak strach ściska jego serce, wiedział, że jeśli chce uciec, musi zaryzykować.
To było ledwie kilka sekund. Zauważył, jak oczy mężczyzny zwracają się w stronę przechodzącego obok Golvana. Jak jego usta otwierają się, jak gdyby zamierzał coś powiedzieć. Jak jego postawa się zmienia – jak gdyby przez ten moment poczuł się zbyt pewnie, rozluźnił, zapomniał o sytuacji, w jakiej się znajduje i zlekceważył Absaloma. Ten moment jednak wystarczył, by młodzieniec zaczął działać. Z całą mocą, chwycił przeciwnika za nadgarstek i odchylając się lekko, bez większych problemów odsunął na bok jego rękę. Na twarzy mężczyzny wymalowało się zdumienie. Jego ramię zesztywniało, widać było, iż gotów jest siłować się z chłopakiem i pewnie miałby spore szanse na zwycięstwo w podobnym starciu, gdyby nie fakt, że młodzieniec miał inne plany. Wykorzystując chwilową dezorientację przeciwnika, wciąż trzymając przed sobą jego wyprostowaną kończynę, z całej siły kopnął go w łokieć. Usłyszał trzask, który zbiegł się z przeraźliwym wrzaskiem. Jego oponent wypuścił miecz z ręki. Upadł na posadzkę i zwinął się na niej, krzycząc głośno z bólu. Absalom chwycił za miecz i zeskoczył z łóżka. Wymierzył ostrzem najpierw w leżącego na podłodze mężczyznę, który nie stanowił w tej chwili dla niego żadnego zagrożenia, a chwilę później, w zaszokowanego nagłym obrotem zdarzeń Golvana. Przywódca handlarzy uniósł dłonie w obronnym geście, nie sprawiając jednak wrażenia zlęknionego czy choćby rozgniewanego. Chłopak zawahał się przez chwilę, nie do końca wiedząc, co uczynić. Zaraz jednak opanował się i zaczął wycofywać prędko z chatki, nie odrywając wzroku od Golvana i zdając sobie sprawę, że gdyby zechciał walczyć z nim i jego pozostałymi wspólnikami, wciąż był na przegranej pozycji.
Gdy tylko znalazł się na zewnątrz, chciał jak najszybciej uciec, korzystając z chwili przewagi, ale nagle coś chwyciło go z niezwykłą mocą i uniosło w powietrze. Zdezorientowany i przerażony chłopak, uczynił to, co wcześniej jego nieszczęsny oponent – upuścił miecz. Dopiero po chwili zorientował się, co się wydarzyło. Trzymał go kolejny wspólnik Golvana. Ten olbrzym, o którym chłopak w tym zamieszaniu, zupełnie zapomniał. Absalom krzyknął i zaczął mocno wierzgać, usiłując wyswobodzić się z żelaznego uścisku mężczyzny, ale nie miał na to wielkich szans. Jego wyczyny zresztą wzbudziły w wielkoludzie jakiś rodzaj irytacji i niepokoju, bowiem ten ścisnął go w innym miejscu, chcąc zapewne, aby chłopak przestał się ruszać – jedną ręką obejmował go w pasie, drugą natomiast, wokół szyi. Młodzieniec szarpnął się raz jeszcze, czując, jak uciska jego krtań, odbierając mu oddech. Usiłował łapać gwałtownie powietrze, ale z chwili na chwilę, było mu coraz trudniej.
-P… Przestań… P-Proszę… Udusisz mnie- wycharczał z trudem.
Wszystko wskazywało jednak na to, że olbrzym ani nie rozumiał jego słów, ani tego, co właśnie, najwyraźniej zupełnie nieświadomie, czynił.
Absalom próbował powiedzieć coś jeszcze, ale nie był w stanie wydusić z siebie niczego więcej. Czuł, że lada chwila zginie. W tym jednak momencie, usłyszał cichy jęk trzymającego go mężczyzny i poczuł, że jego uścisk rozluźnia się wyraźnie. Nim jednak zdążył cokolwiek uczynić, olbrzym runął bezwładnie wprost na niego, całym ciężarem ciała przygniatając młodzieńca do ziemi. To był dla Absaloma bolesny upadek. Z niemałym trudem, wyswobodził się wreszcie spod tego człowieka i odczołgał na bok. Wciąż był przerażony, trząsł się cały i kaszlał głośno, mając wrażenie, jakby coś nadal uciskało jego gardło. Chcąc się zorientować w sytuacji i zrozumieć, co właśnie się stało, spojrzał na pozbawionego przytomności, leżącego twarzą do podłoża olbrzyma. Zauważył, że w jego kark wbite było niedużych rozmiarów ostrze. Zmarszczył brwi, po czym odruchowo przeniósł wzrok w kierunku wnętrza chatki. Serce podskoczyło mu do gardła. Tuż przy jej drzwiach, zobaczył nikogo innego, jak Mortalisa.
-Mor… Morta…- próbował z siebie wydusić, chcąc ostrzec opiekuna przed niebezpieczeństwem, ale jego głos był zbyt słaby, by ten mógł go usłyszeć.
W tym momencie, z chatki wyłonił się siwowłosy wspólnik Golvana. Najpierw spostrzegł leżącego na ziemi współpracownika, a zaraz później – także stojącego ledwie kilka kroków od niego Mortalisa. Był wyraźnie zdezorientowany. Sięgnął dłonią w kierunku pasa, chcąc zapewne dobyć miecza, ale ta chwila wahania wystarczyła, by dać Mortalisowi znaczną przewagę nad przeciwnikiem. Dopadł napastnika w mgnieniu oka. Chwycił go za włosy, gwałtownym ruchem odwracając plecami do siebie. Absalom nawet nie zdążył dostrzec, kiedy w dłoni jego opiekuna pojawił się sztylet, którego ostrze, ledwie sekundę później, zatopiło się w gardle napastnika. Młodzieniec widział nie raz w jaki sposób jego opiekun się poruszał, w jaki sposób walczył, jak szybko reagował, jak precyzyjny i nie pozostawiający oponentowi szans był jego atak. Nigdy jednak nie widział go w podobnych okolicznościach. Nie widział go… takiego. Twarz Mortalisa pozbawiona była wyrazu. Nie był przerażony ani nawet zaskoczony obecnością niespodziewanych gości. Walka zdawała się w nim nie budzić najmniejszych emocji. Morderstwo zresztą również. Jego oczy były lodowate i już nie koncentrowały się na ofierze, która upadła na ziemię, wykrwawiając się. Powolnym, spokojnym krokiem, wszedł do wnętrza domu. Wszystkie jego działania wydawały się być nie tyle nawet dopracowane do precyzji, co wręcz mechaniczne. Jakby nie zastanawiał się nad tym, co robi, ale kierował się jakimś specyficznym instynktem. Instynktem mordercy.
-Morta… Mortalis…!- zawołał chłopak, wciąż bardzo słabym głosem. Powoli dźwignął się na nogi, ale ledwie to uczynił, zrobiło mu się czarno przed oczyma i upadł z powrotem na ziemię, na moment chyba tracąc świadomość.
Wydawało mu się, że słyszał jakiś krzyk. I kroki. Jak gdyby ktoś przebiegł tuż obok niego, ale wszystko to było tak zamglone, że trudno było stwierdzić, czy należało do rzeczywistości, czy do świata złudzeń. Kiedy młodzieniec w końcu się ocknął, ponownie wstał, a następnie chwycił za miecz i pognał do wnętrza domku, chcąc pomóc opiekunowi. Mortalisowi jednak żadna pomoc nie była potrzebna. Gdy bowiem Absalom znalazł się w izbie, zastał potworny widok. Dwa ciała leżały bardzo blisko siebie – mężczyzny, któremu chłopak złamał rękę i tego drugiego, oszpeconego. Obaj mieli poderżnięte gardła. Cała podłoga skąpana była we krwi. Młodzieniec przełknął nerwowo ślinę.
W tym momencie Mortalis wyszedł z bocznego pomieszczenia. Dostrzegłszy podopiecznego, podszedł do niego szybko. Oparł dłonie na ramionach chłopaka.
-Jesteś cały, Absa…?- zapytał poważnie, przyglądając mu się z uwagą.
Ten pokiwał głową. Nie czekając dłużej, upuścił miecz, a następnie wtulił się w ciało mężczyzny i przymknął powieki, nie chcąc widzieć wszystkiego, co teraz go otaczało. Ramiona Mortalisa zacisnęły się wokół niego, jednak tylko na krótką chwilę.
-Zostań tutaj…- poprosił cicho mężczyzna, po czym wyswobodził się z uścisku młodzieńca i wyszedł na zewnątrz.
Absalom kiwnął głową, choć wcale nie chciał odstępować opiekuna na krok, a tym bardziej, nie chciał zostać sam w tym pomieszczeniu. Rozejrzał się dookoła. Ten widok był dla niego przytłaczający. Widział już różne potworne rzeczy, ale za każdym razem reagował tak samo. Pewien rodzaj wrażliwości, którego Mortalis zdawał się wcale nie posiadać, u niego nie ulegał żadnemu stępieniu. Wiedział, że ci mężczyźni byli źli. Wiedział, że chcieli zrobić mu krzywdę i pewnie w odwrotnej sytuacji, nie żałowaliby jego śmierci. On też ich nie „żałował” w dosłownym znaczeniu tego słowa. A mimo to… trudno było mu patrzeć na ich stygnące ciała. Ostrożnie wyminął zwłoki i wszedł do drugiego pomieszczenia, ale to było puste. Zmarszczył brwi. Coś go tknęło. Wrócił. Rozejrzał się raz jeszcze. Mężczyzna ze złamaną ręką. Jego okaleczony wspólnik. Wyszedł na zewnątrz. Mortalis klęczał obok olbrzyma. A gdzie…
-Gdzie jest Golvan?- rzucił ze zdziwieniem chłopak.
Jego opiekun podniósł na niego uważne spojrzenie.
-Kto…?- zapytał bez zrozumienia.
-Golvan… Jeden z nich- wyjaśnił Absalom, mocno zdezorientowany.- Ich przywódca. Nie ma jego zwłok.
Na twarzy Mortalisa wymalowało się zdumienie.
-Był tu ktoś jeszcze…?- szepnął z niedowierzaniem.
Młodzieniec skinął głową. Handlarz niewolników, korzystając z zamieszania, musiał umknąć oczom mordercy i uciec niezauważony. Mortalis nie był jednak kimś, kto byłby w stanie pozostawić tę sprawę w takim stanie. Zerwał się na nogi i ruszył biegiem do lasu.
-Mortalis!- zawołał za nim jeszcze chłopak, ale mężczyzna się nie zatrzymał.
Absalom zagryzł niepewnie wargę. Nie martwił się o opiekuna. Wiedział, że jeśli ten poradził sobie z tą uzbrojoną gromadą, ktoś taki jak Golvan, który zapewne nigdy nie walczył za siebie i miał od tego innych ludzi, nie mógł dla niego stanowić żadnego wyzwania. Tak czy inaczej, wszystkie te okoliczności były potwornie nieprzyjemne i stresujące. Już miał zawrócić i udać się z powrotem do domu (choć wcale nie był pewien, czy chce tam wchodzić), gdy nagle usłyszał zduszony jęk i zauważył, że ogromny mężczyzna porusza się lekko. Młodzieniec był zdumiony, ale bardzo szybko, choć nie bez trudu, przewrócił wielkoluda na plecy nie chcąc, by ten się udusił. Nie ulegało wątpliwości, że gdyby Mortalis chciał go zabić, pomocnik Golvana byłby już martwy. Jeśli więc żył, oznaczało to zapewne, że w ostrzu znajdował się inny rodzaj trucizny. Najwyraźniej taki, który miał go unieruchomić, bowiem olbrzym wciąż miał nieduże pole manewru, nie był w stanie się sam podnieść, właściwie nie potrafił nawet unieść ręki. Połowę twarzy miał zupełnie sparaliżowaną, przez co mówił bardzo niewyraźnie. Nie robiło to Absalomowi żadnej różnicy, bowiem z pełnym przekonaniem był w stanie stwierdzić, że język, którym posługiwał się współpracownik handlarzy, nie był tym, jaki znał on sam. Nie potrzebował jednak znać jego mowy, by wiedzieć, że ranny jest przerażony.
-Nie rozumiem cię…- powiedział chłopak, uśmiechając się niepewnie. Zapewne działało to w obie strony, czuł jednak, że musi się odezwać i liczył na to, że choćby ton jego głosu, uspokoi trochę mężczyznę.- Nie ruszaj się, proszę. Nie bój się. Nikt nie zrobi ci krzywdy.
Wielkolud coś odpowiedział. Mówił bardzo szybko. Absalom nie był w stanie wyłapać ani jednego znajomego wyrazu.
-Basfa… Basfa…- dotarło do niego w końcu i uświadomił sobie, że wcześniej już to słyszał. Przypomniał sobie, że w ten właśnie sposób zwracał się do olbrzyma Golvan albo któryś z jego ludzi.
-To twoje imię…?- podchwycił, po czym wskazał na siebie.- Absalom. Mam na imię Absalom.
Ciężko było stwierdzić czy Basfa zrozumiał jego przekaz. Wciąż sprawiał wrażenie zdezorientowanego i zlęknionego.
W tym momencie, spomiędzy drzew wyłonił się opiekun młodzieńca, który podszedł do nich szybkim krokiem. Był wyraźnie rozgniewany i zaniepokojony. Absalom już wiedział, że nie udało mu się odnaleźć Golvana.
-Mortalis…- zaczął powoli, prostując się i chcąc wyjaśnić całą sytuację.- To wszystko, co się wydarzyło, to…
-Później, Absa- uciął chłodno opiekun chłopaka, po czym przykucnął przy olbrzymie, spoglądając na niego lodowato.- Gdzie on jest?- mruknął szorstko.- Gdzie jest twój przywódca? Gdzie znajduje się wasze schronienie?
Wielkolud znowu coś powiedział, ale jak można było się spodziewać, Mortalis również nie sprawiał wrażenia zorientowanego w jego dziwnej mowie. Gwałtownym ruchem dobył sztyletu, po czym zbliżył go do szyi mężczyzny w aż nazbyt wymownym geście. Olbrzym zakwilił z przerażenia. W jego oczach pojawiły się łzy. Zaczął mamrotać coś niezrozumiale. Może sam przekaz pozostawał dla Absaloma niejasny, ale ton tego człowieka był błagalny i pełen rozpaczy. Wiedział, że mężczyzna i tak nie będzie im w stanie udzielić odpowiedzi. Na pewno nie teraz, gdy jego ruchy były mocno skrępowane, co uniemożliwiało komunikację gestami. Nie chciał, by Mortalis go straszył.
-Gdzie twój przywódca?- rzucił raz jeszcze opiekun młodzieńca, tonem ostrym niczym brzytwa.- Gdzie znajdę Golvana?
-Golvan! Golvan!- zawołał głośno pomocnik handlarzy, wreszcie natrafiając na słowo, które rozumiał. Niestety, dalsza część jego wypowiedzi była równie niejasna jak i poprzednie.- Basfa…- dało się słyszeć pomiędzy obcymi wyrazami.- Basfa…
-Basfa to chyba jego imię- wtrącił niepewnie chłopak.- Odłóż nóż- poprosił.- I tak niczego ci nie powie, on nawet nie rozumie, o co go pytasz.
-Wracaj do domu, Absa- nakazał mu stanowczo Mortalis, nie cofając ostrza.
-Dlaczego…?- zdumiał się chłopak. Przecież musieli gdzieś zabrać tego mężczyznę. Nie mogli go tu zostawić. Mortalis był silny, ale z pewnością nie zdołałby tego zrobić sam. Chyba, że… Młodzieniec zbladł momentalnie, gdy w jego myślach zrodził się nagle aż nazbyt oczywisty wniosek.- Ch… Chyba… Chyba nie chcesz go zabić?- wyjąkał, mając szczerą nadzieję, że się myli.
-Wracaj do domu- powtórzył mężczyzna.
Dla Absaloma stanowiło to najlepsze potwierdzenie. Owszem. To właśnie Mortalis zamierzał uczynić.
-Nie!- zaprotestował stanowczo.- Nie możesz!
Jego opiekun parsknął, w pełnym politowania wyrazie.
-Nie mogę…? Zrobiłem to z wszystkimi pozostałymi. Dlaczego miałbym oszczędzić tego, który chciał cię zabić…?
-Wcale nie chciał!- zawołał z pełnym przekonaniem Absalom. Na wargach Mortalisa wymalował się bardzo nieprzyjemny, pobłażliwy i pełen powątpiewania uśmiech.- Naprawdę! To nie byli mordercy, tylko handlarze niewolników!- Mężczyzna zmarszczył brwi, przyglądając się podopiecznemu z uwagą.- Moja śmierć niczego by im nie dała, chcieli mnie zabrać i sprzedać. Ten człowiek… Basfa… On naprawdę nie zdawał sobie sprawy z tego, co robił.
-Nawet jeśli… Czy stanął w twojej obronie tak, jak ty stajesz teraz w jego…?- rzucił cicho Mortalis.
Odpowiedź była aż nazbyt jasna.
-Nie…- przyznał Absalom po chwili wahania.- Ale to nic nie znaczy!
-Owszem. Znaczy tyle, że nie jesteś mu niczego winien. A on nie zasługuje na życie.
-Przestań!- zaoponował stanowczo młodzieniec. Słyszał pospiesznie wypowiadane przez Basfę słowa, coś na kształt błagania, jego łkanie i jęki. Może olbrzym nie rozumiał tego o czym teraz rozmawiali, ale aż za dobrze zdawał sobie sprawę z tego, co się dzieje.- To nie on o wszystkim decydował, tylko Golvan! Jestem pewien, że Basfa nie chciał mnie skrzywdzić i sam nie zrobiłby niczego takiego! Nie jest łowcą niewolników! Może sam jest niewolnikiem! Zabrali go pewnie ze względu na jego gabaryty i siłę! Nie jest zły!
-Och, czyżby…? Powiedział ci to?- zakpił Mortalis.
-Nie- odparł cicho chłopak.- Ale…
-Nie ma żadnych „ale”, Absa- odpowiedział chłodno mężczyzna, pełnym stanowczości głosem.- Prawda jest taka, że nie masz pojęcia, kim jest ten człowiek. To, co teraz opowiadasz, to jedynie bajka, którą sam ułożyłeś w głowie w imię swojej naiwnej wiary w dobro ludzi, którą wciąż bezpodstawnie wyznajesz. Nawet, gdybyś miał rację, on cię zaatakował. Skrzywdził. Omal nie zabił. Już sam fakt współpracy z handlarzami stawiałby go na równi z nimi.
-Nie, jeśli był do niej zmuszony!
Mortalis uśmiechnął się ledwie zauważalnie.
-Jest naprawdę niewiele sytuacji, w których człowiek jest do czegoś rzeczywiście zmuszony. Współdziałanie z kimkolwiek na pewno do nich nie należy. Niewolnik czy nie, ostatecznie decyzja należała do niego. Gdyby rzeczywiście był dobry i szlachetny, jak twierdzisz, a nie dbał o własne interesy, nie zgodziłby się im pomagać.
-Być może bał się o własne życie!- upierał się Absalom.- To nie czyni z niego złego człowieka! Tylko… zdesperowanego! Wszyscy popełniają błędy!
-I wszyscy za nie płacą. Wróć do domu, Absa.
-Nie- powtórzył stanowczo młodzieniec.- Jeśli chcesz go zabić, zrób to na moich oczach!- rzucił wyzywająco.
-Naprawdę sądzisz, że tego nie uczynię…?- mruknął Mortalis. Absalom tak właśnie sądził. Przez chwilę. Odpowiedź opiekuna nie pozostawiła mu bowiem żadnych złudzeń.- Chciałem ci jedynie oszczędzić cierpienia, ale jeśli zamierzasz na to patrzeć, droga wolna. Może to cię czegoś nauczy.
Młodzieniec drgnął. W pierwszym momencie, zupełnie bezwiednie, obejrzał się w kierunku chatki, jakby jego własne ciało domagało się, by skorzystał z rady opiekuna i odszedł stąd jak najprędzej. Ale czy rzeczywiście mógł to zrobić…? Nie chciał, by to się tak skończyło. Zamierzał odwieść Mortalisa od jego pomysłu, ale jak mógł to uczynić, jak…? Wahał się przez kilka sekund, ale strach zwyciężył.  Odwrócił się prędko i ruszył szybkim krokiem w stronę domu, zatrzymując się dopiero wówczas, gdy znalazł się w jego wnętrzu. Przywarł plecami do ściany, starając się udawać, że nie widzi pokrywającej posadzkę krwi i ciał zamordowanych handlarzy, że nie słyszy dobiegających z zewnątrz pełnych paniki krzyków. Zagryzł wargę, osuwając się powoli na podłogę. Nie chciał na to patrzeć. Nie chciał patrzeć na to, jak Mortalis kogoś morduje. Zwłaszcza w takiej sytuacji. Przecież ten człowiek już im nie zagrażał! Na pewno nie w tym stanie. Nie miał szans ani ich zaatakować, ani nawet się bronić. Zabicie kogoś takiego było czymś więcej niż okrucieństwem. I jak dotąd, młodzieńcowi wydawało się, że jedynie prawdziwe potwory zdolne są do podobnych czynów.
Nagle, w jednej sekundzie, krzyki ucichły.
Nastała głucha, ponura cisza.

Absalom był sam. Siedział na posadzce, trzymając w nieruchomych dłoniach nasiąknięty czerwoną cieczą materiał. Miał się zająć sprzątaniem całego tego bałaganu. Pewnie zresztą dawno już by się uwinął, gdyby nie fakt, że nie mógł skoncentrować myśli na czymkolwiek innym, prócz dzisiejszych zdarzeń. Pojawienia się Golvana i jego ludzi. Tej chwili, kiedy był całkowicie przekonany, że lada moment straci życie. Śmierci Basfy. To wszystko za bardzo go przytłaczało. Rodziło pytania, nie dając jednocześnie żadnych odpowiedzi.
Nie miał pojęcia, gdzie dokładnie podziewał się Mortalis. Powiedział, że pozbędzie się ciał. Wracał po każde kolejne i znikał z nimi w lesie. Teraz zostało już tylko jedno. Ciało jego ostatniej ofiary, leżące samotnie na zewnątrz, którego obraz powracał wciąż w myślach młodzieńca, niczym wyrzut sumienia.
Absalom usłyszał dochodzące z dworu kroki. Natychmiast wyrwał się z zamyślenia i zaczął myć podłogę. Niełatwo było pozbyć się krwi. Po jej starciu, na drewnianej powierzchni pozostawały szkarłatne przebarwienia. Chłopak szorował je tak mocno, jak mógł, ale i tak nie przynosiło to oczekiwanego efektu. Zamarł na krótką chwilę, gdy jego opiekun pojawił się we wnętrzu chatki. Młodzieniec spojrzał na niego ukradkiem. Nie powiedział ani słowa, kontynuował jedynie to, czym zajmował się wcześniej.
Tamto zdarzenie nie zdawało się wpłynąć na Mortalisa w żaden sposób. Mężczyzna był dokładnie taki jak zawsze – spokojny, ponury i małomówny. Absalom natomiast, nie potrafił tak łatwo przejść nad tym wszystkim do porządku dziennego. Nie wiedział, jak się zachować. Co powiedzieć. Jak zapomnieć o tym, co się wydarzyło, udawać, że nic się nie stało. Patrzeć na swojego opiekuna w taki sam sposób, w jaki patrzył na niego wcześniej. Być może był to efekt tego, jak bardzo czuł się w tym momencie wstrząśnięty, ale nie był w stanie sobie tego nawet wyobrazić.
-Zostaw to, Absa…- usłyszał ciche słowa Mortalisa, który przysiadł na brzegu łóżka.- Usiądź przy mnie- poprosił mężczyzna.
Młodzieniec zawahał się przez krótką chwilę. Otarł dłonie i dźwignął się z podłogi, po czym posłusznie usiadł obok swojego opiekuna, choć nie tak blisko, jak zwykł to czynić, jakby odruchowo usiłował utrzymać między nimi dystans. Mortalis przysunął się do niego. Oparł dłonie na ramionach chłopaka, patrząc wprost w jego oczy i najwyraźniej czekając na chwilę, gdy i on na niego spojrzy. Kiedy Absalom w końcu się przemógł i ich spojrzenia się spotkały, mężczyzna przemówił:
-Rozumiesz…? Rozumiesz, z jakiego powodu musiałem to zrobić?
Młodzieniec skinął powoli głową. Rozumiał. Bo opiekun chciał go chronić. Bo uznał, że było to konieczne. Bo nie chciał ryzykować. Absalom wcale nie zamierzał się o to spierać. Wprost przeciwnie, chciał zrobić wszystko, by uznać to wytłumaczenie za wystarczające i nie kłócić się więcej z Mortalisem, ale nagle poczuł bolesne ukłucie w sercu. Nie… Tak naprawdę nie rozumiał. Bo czy można było postępować w ten sposób tylko po to, by zapewnić sobie bezpieczeństwo…? Czy można było poświęcać życie innych ludzi, w imię niejasnych obaw…? Nie było w tym nic właściwego czy sprawiedliwego. To było… okrutne. I niepotrzebne. A chłopak naprawdę nie potrafił pojąć, dlaczego Mortalis widzi to zupełnie inaczej.
Nie zdołał się powstrzymać. Zerwał się gwałtownie na nogi, stając przed opiekunem.
-Bo taki właśnie jesteś!- krzyknął z rozgoryczeniem w głosie.- Czyjeś życie nie ma dla ciebie znaczenia! Wszystko podporządkowujesz swojej wizji świata! Uważasz, że ludzie są źli. Że są niewdzięczni i nie zasługują na szansę! Nawet ci, którzy błagają o litość. Nawet ci, którzy nie mają już szans się bronić! Wiem, że nie każdemu można wybaczyć! I że niekiedy trzeba podjąć trudną decyzję! Ale zabijanie kogoś, kto nie mógł już cię skrzywdzić i kto sam mógł być ofiarą…?
-I co byś z nim zrobił, gdybym pozostawił go przy życiu…?- zapytał beznamiętnie Mortalis, nie sprawiając wrażenia poruszonego tym wywodem.
Absalom milczał, zastanawiając się przez chwilę.
-… Nie wiem- przyznał w końcu, choć przecież nie był to żaden argument w kwestii tego, czy pozbawiać kogoś życia.- Pomógłbym mu się odnaleźć. Zamieszkałby z nami. Albo w mieście. Zapytałbym Edalisa, on na pewno coś by poradził.
-Twój problem, Absa, polega na tym, że błędnie oceniasz ludzi- oznajmił chłodno mężczyzna.- I zdecydowanie przeceniasz Edalisa.
Młodzieniec zmarszczył brwi.
-Jak możesz tak mówić…?- zapytał bez zrozumienia.- To twój jedyny przyjaciel- stwierdził, a Mortalis parsknął pobłażliwie, słysząc te słowa.- Zajął się mną, gdy byłem dzieckiem. Pomógł mi niejeden raz!
-Na moją prośbę.
-Więc pomógł tobie!
-Nie miał wyboru.
Chłopak zacisnął mocno wargi czując, że cały drży z wściekłości. Wiedział, że powinien skończyć tą rozmowę nim powie coś, czego będzie żałował, ale nie mógł powstrzymać się przed odpowiedzią.
-Właśnie, że miał! To ty masz problem z oceną ludzi, a nie ja! Nie doceniasz Edalisa, chociaż jest jedyną osobą, na której mogłeś zawsze polegać, mimo tego, że wasze relacje są skomplikowane! I nie doceniasz mnie! Powiedziałem ci, co do ciebie czuję, ale ty wciąż traktujesz mnie jak dziecko, które za chwilę zda sobie sprawę z tego, że się pogubiło…- stwierdził, nie kryjąc rozżalenia i rozczarowania.- Nie wiem, co jeszcze miałbym zrobić, żeby ci udowodnić, że znam samego siebie! Nie wiem! Czasami myślę sobie, że…- zaczął, ale zdając sobie sprawę z tego, że lada moment może przekroczyć granicę, umilkł gwałtownie.
Czując, że nie wytrzyma w tym miejscu ani chwili dłużej, ruszył szybkim krokiem do drzwi. Mortalis był jednak pierwszy. Zerwał się z miejsca i chwycił go za ramiona, a następnie przycisnął lekko do ściany.
-Nigdzie nie pójdziesz!- oznajmił ze stanowczością, jaką Absalom rzadko słyszał w jego głosie.- Wszystko, co robię, robię dla ciebie. Próbuję cię ustrzec prze niebezpieczeństwem, na jakie sam się naraziłeś, decydując się ze mną zostać- mówił, wyraźnie wytrącony z równowagi.- Każdy, kto zna miejsce naszego schronienia, stanowi zagrożenie. Nawet Edalis. Nawet ci, którzy w ostatnich chwilach swojego życia błagają o litość. A zwłaszcza Golvan. Jeśli się nie mylisz, to handlarz niewolników. Przywódca jednej z grup. Na pewno zna wielu ludzi z tamtego światka. Nawet nie masz pojęcia, jak wiele osób mnie szuka! Jeśli chcesz spokojnego życia, Absa, jeśli chcesz uniknąć widoku krwi, zrób to, o co prosiłem cię dawno temu! Zamieszkaj w mieście, bo ja nie jestem w stanie dać ci tego, czego oczekujesz.
Mortalis puścił chłopaka i odsunął się. Młodzieniec stał wciąż w tym samym miejscu, wpatrując się w niego z uwagą.
-Powiedziałeś też, żebym cię nie zostawiał…- przypomniał cicho.
Mężczyzna nic nie odpowiedział.
-Co zamierzasz zrobić z Golvanem?- zapytał Absalom.
-Zabić go- odpowiedział krótko Mortalis.- Ale najpierw muszę go znaleźć. Wyruszę z samego rana.
-Co takiego?!- krzyknął chłopak, podchodząc do opiekuna prędkim krokiem.- Nie możesz!- krzyknął, zaciskając dłonie na jego koszuli.- Obiecałeś mi! Obiecałeś, że już mnie nie zostawisz!
-Niczego nie obiecywałem.
-A co jeśli on wróci, kiedy ciebie nie będzie?- rzucił chłopak.
Wyglądało na to, że mężczyzna wziął już pod uwagę tę kwestię.
-Weźmiesz swoje rzeczy i zamieszkasz na ten czas u Edalisa. Przyjdę po ciebie, gdy będzie bezpiecznie.
-Nie!- zaprotestował gwałtownie chłopak.- Zostań tu ze mną albo weź mnie ze sobą! Nie zgodzę się na nic innego! Nie jestem już dzieckiem, które nie może samo podjąć decyzji!
-Gdybyś wyruszył ze mną, byłbyś w większym niebezpieczeństwie niż zostają tutaj zupełnie sam.
-… A więc jesteś gotów zaryzykować i pozwolić mi zostać?- zapytał Absalom niemalże wyzywająco.
Odpowiedź wydawała się oczywista.
-… Nie- przyznał cicho Mortalis.
Wyminął chłopaka i ruszył w kierunku drzwi, zatrzymując się w progu.
-Spróbuję przenieść ostatnie ciało. Jeśli nie poradzę sobie sam, będę potrzebował twojej pomocy- oznajmił, po czym wyszedł.
Absalom poczuł, jak coś zaciska się boleśnie w jego wnętrzu.
Nie chciał już nigdy oglądać czegoś podobnego.

niedziela, 10 listopada 2013

- 13 - [Edmund Lancaster]

To był spokojny poranek. Nietypowo cichy, bowiem ani Edmund, ani James nie byli zbyt skorzy do rozmów, ale mimo wszystko – spokojny. Mężczyzna sam dziwił się swojemu opanowaniu. To był w końcu ważny dzień. A nawet jeśli nie ważny w sensie jakiegoś wielkiego przełomu w jego historycznym „dochodzeniu”, to przynajmniej inny od wszystkich pozostałych. Dziś właśnie miał ponownie odwiedzić zamek Lancasterów, co powinno go napawać przynajmniej ekscytacją. I dziś także, miał pozostawić Edmunda pod opieką swojego profesora, co mogło z kolei budzić w nim cień niepokoju. Nie czuł jednak ani jednego, ani drugiego. Gdy tylko wstał, poszedł wraz z paniczem do sklepu, nerwowo licząc w myślach każdy wydany grosz i zastanawiając się, jak rozplanować wydatki na pozostałą część miesiąca. Po powrocie, przygotował śniadanie, w trakcie którego zadzwonił do profesora Richardsona upewniając się, że będzie mógł zostawić mu dziś potomka Lancasterów. Umówili się na godzinę trzynastą. Następnie James podał młodemu hrabiemu to, co dla niego przygotował – kilka kanapek i odgrzaną w piekarniku, wyjątkowo tanią pizzę, która na pewno nawet nie przypominała tej, jaką jedli ostatnio, ale chyba wzbudziła w Edmundzie miłe odczucia, bowiem uśmiechnął się szeroko, gdy tylko ją zobaczył.
Teraz jadł śniadanie przy kuchennym stole, a James siedział naprzeciwko niego, popijając herbatę i przeglądając, chyba już poraz tysięczny, opracowania na temat domu Lancasterów. I choć na tym właśnie powinien się teraz koncentrować całym sobą, jak to miał w zwyczaju, jego myśli niekontrolowanie odbiegały w stronę zupełnie innych rozważań. Oderwał się od czytania i ostrożnie podniósł wzrok na panicza. Młody hrabia był dziś jakiś nieswój. Sprawiał wrażenie zamyślonego, nie chciał oglądać telewizji i nawet o nic nie pytał. Być może obawiał się ponownego rozdzielenia z Jamesem. A może jakiś inny temat pochłaniał go aż tak bardzo. Odkąd bowiem mężczyzna wysnuł zeszłej nocy dość zaskakujący dla niego samego wniosek, że może przyczyna nietypowych zachowań Edmunda nie leży wyłącznie w jego braku obeznania we współczesnym świecie, ale także w pewnych… hm… pewnych uczuciach, którymi potencjalnie mógłby darzyć swojego opiekuna, nie potrafił przestać się nad tym zastanawiać. Z jednej strony wydawało mu się to abstrakcyjne i nieprawdopodobne – Edmund? Edmund miałby durzyć się w nim? Pomijając już fakt, że James jakoś nigdy nie przypuszczał, że mógłby być obiektem zainteresowania kogoś o odmiennych skłonnościach, Edmund był… szczególny. Potrzebował zainteresowania i wzmożonej uwagi. Wszystko trzeba było mu tłumaczyć. Nie odstępować go na krok. Przygotowywać mu kąpiele i posiłki. Z lubością oglądał kreskówki, pytał o rzeczy oczywiste dla przeciętnego, nawet nie pochodzącego z obecnej epoki, człowieka, był nieporadny i kompletnie niesamodzielny. I ten Edmund, w którym mimo jego wieku więcej było dziecka niż zbliżającego się ku dorosłości mężczyzny, miałby się zakochać…?
… Co prawda był to dokładnie ten sam Edmund, który wyciągnął Jamesa na randkę, któremu zdarzało się rzucać dwuznaczne uwagi, przytulać do swojego opiekuna w sposób, który nie zawsze można było uznać za przyjacielski, a nawet żądać, by ten się przed nim rozebrał.
Nic więc dziwnego, że mężczyzna miał wątpliwości. I choć nie wiedział, co właściwie mógłby zrobić, gdyby jego przypuszczenia okazały się prawdziwe – postanowił przyglądać się Lancasterowi uważniej i uważniej go słuchać, koncentrując się szczególnie na tych elementach, które do tej pory zrzucał na karb jego nieświadomości, braku obeznania i różnic w ich mentalności.
Póki co, dostrzegł jedynie, że panicz Lancaster na niego spoglądał. Często, właściwie raz po raz. Początkowo z uśmiechem, ale już po kilku spojrzeniach, sprawiał raczej wrażenie zdziwionego, następnie zdezorientowanego, aż wreszcie wyraźnie poirytowanego.
-Dlaczego ciągle na mnie patrzysz, Jamie?- zapytał, nieco rozgniewany.
… I w tym momencie mężczyzna uświadomił sobie, że nie było nic dziwnego w fakcie, że Edmund stale podnosił na niego wzrok, skoro sam gapił się na podopiecznego od dobrych kilkunastu minut.
-Eee… Ja… Uhm…- odkaszlnął, nie do końca wiedząc, co powiedzieć.
W tym momencie zadzwoniła leżąca na blacie komórka. Podniósł ją szybko i odebrał, korzystając z okazji, że nie musi się tłumaczyć ze swojego natrętnego gapienia.
-Cześć- usłyszał znajomy głos.
-Cześć, Anette- odparł, uśmiechając się lekko.
Na wargach Edmunda wymalował się pełen niezadowolenia grymas.
-Przepraszam, że nie oddzwoniłam wcześniej, ale wyciszyłam telefon w pracy i kompletnie o tym zapomniałam…- wyjaśniła rudowłosa.- Mam nadzieję, że to nie było nic pilnego.
-Nie, raczej nie- uspokoił ją James.- Chciałem ci tylko powiedzieć, że dziś idę do zamku Lancasterów i gdybyś zechciała mi towarzyszyć…
-NAPRAWDĘ?!- wykrzyknęła Anette głosem tak donośnym, że mężczyzna w pierwszym odruchu odsunął telefon od ucha.- Przepraszam. Przepraszam! Naprawdę mogę z tobą iść?! Myślałam, że po tym… nieporozumieniu… że już nie zadzwonisz- przyznała, wyraźnie zakłopotana. James westchnął cicho w duchu. Wolałby sobie nie przypominać tamtej chwili.- Ale… Tak, oczywiście, że chcę iść! O której?
-Możemy spotkać się wpół do drugiej w mieście- zaproponował James.
-A może o drugiej na miejscu? Muszę sobie znaleźć kogoś na zastępstwo.
-Nie ma problemu- zgodził się historyk, uśmiechając lekko.
-To świetnie. To wspaniale! Nawet nie wiesz, jak strasznie się cieszę! Och, rany, mam nadzieję, że Bruno się zgodzi… Do zobaczenia!
-Do zobaczenia…- odpowiedział James, chociaż dziewczyna rozłączyła się od razu po swoim pożegnaniu. Odłożył telefon na bok i wrócił do czytania opracowań, tym razem starając się skupić na nich i nie ulegając pokusie, by spojrzeć na siedzącego naprzeciw młodzieńca.
Najpierw usłyszał ciche prychnięcie. Moment później kolejne, nieco głośniejsze. A już po chwili, dobiegał go miarowy, niewątpliwie wytwarzany przez Edmunda stukot, który za nic nie pozwalał mu się skupić na tym, co czytał. Mężczyzna odetchnął głęboko i podniósł wzrok na swojego podopiecznego, który z rozwścieczoną miną, zerkając zazdrośnie na leżący przy opiekunie telefon, raz po raz uderzał widelcem w stół.
-Edmund…- zaczął historyk, siląc się na cierpliwość.- Coś się stało?
-To dlatego chcesz mnie zostawić…?- burknął z wyrzutem hrabia, mrużąc podejrzliwie oczy i celując sztućcem w Jamesa.- Mam zostać z kimś, kogo nie lubię, bo ty idziesz na randkę…?
Był zazdrosny. To oczywiste. Czy to był dowód potwierdzający hipotezę Jamesa…? Mężczyzna zastanawiał się nad tym przez dłuższą chwilę. Nie, raczej nie. Edmund Lancaster żył w innych czasach, zupełnie innych okolicznościach i wielu spraw wciąż nie rozumiał. Miał wszystko, czego tylko pragnął na wyłączność. W tym także ludzi. Był przyzwyczajony, że cała uwaga koncentruje się na nim i jego poczynaniach. Już na samym początku ich znajomości denerwował się i obrażał, twierdząc, że James go „ignoruje”. To nie była zazdrość o opiekuna, ale zazdrość o jego uwagę i czas.
-Jamie! Nie ignoruj mnie!- zdenerwował się Edmund, tym razem mając całkowitą rację, bowiem jego opiekun zamiast odpowiedzieć na pytanie, znowu pozwolił swoim myślom odpłynąć w bardzo dziwnym kierunku.
-Przepraszam, Edmund- odparł ze skruchą historyk.- Nie idę na randkę. Tylko do twojego zamku.
-Z nią! Nie chcę jej w swoim zamku! Ty też nie musisz tam iść!
-Edmund, nie zaczynaj…- poprosił spokojnie James, a hrabia prychnął, wyraźnie rozjuszony.- Wiesz, że zajmuję się takimi sprawami. Poza tym, tu chodzi też o ciebie. O twoją historię. Twoją przeszłość. Czasy w których żyłeś. To znaczy w których żyłeś kiedyś, a które teraz są przeszłością- usiłował wytłumaczyć. Lancaster zmarszczył brwi, wpatrując się w niego chmurnie.- Muszę się tym zająć. Z Anette się nie umawiam i to się raczej nie zmieni… A profesor Richardson jest naprawdę miłym człowiekiem. Jestem pewien, że wkrótce go polubisz.
Edmund Lancaster prychnął cicho, odwracając wzrok.
-Nie sądzę- odparł wyniośle.

James nie miał ochoty na długie spacery, nie zamierzał tracić czasu, ani tym bardziej męczyć Edmunda, w związku z czym zdecydował się na podróż czymś, co zbytnio nie uszczupliło jego i tak zatrważająco małego budżetu – skorzystał z usług komunikacji miejskiej. Nie był to pierwszy raz, kiedy panicz Lancaster podróżował publicznymi środkami transportu. Wczoraj również dotarli w pobliże osiedla pana Richardsona w taki właśnie sposób. I mimo, że młody hrabia zwyczajowo był zaintrygowany wszystkim co współczesne, nieznane, a przede wszystkim, mechaniczne, taki sposób przemieszczania się wyraźnie nie zrobił na nim wrażenia. Wprost przeciwnie. Całą drogę narzekał na hałas, wyraźnie się denerwował (zwłaszcza na zakrętach) i nietrudno było się zorientować, że cała, ledwie kilkunastominutowa podróż wiązała się dla niego z dużym dyskomfortem. Tym razem nie było niestety lepiej. Ba, było znacznie gorzej. Już gdy wsiadali, w autobusie było dużo ludzi, a na następnym przystanku, wewnątrz zrobiło się zupełnie tłoczno. Z rozmów między pasażerami wynikało, że jadą na jakiś rodzinny festyn, o którym oczywiście historyk nie miał żadnego pojęcia – i nic dziwnego, ostatnimi czasy lepiej wiedział, co działo się w tym mieście przed kilkuset laty niż ledwie wczorajszego dnia. Nietrudno było się domyślić, że w trzęsącym się autobusie, stojąc przyciśnięty do poręczy, pomiędzy tłumem innych, ładujących się na siebie osób, Edmund Lancaster musiał czuć się źle. Bardzo źle. Co z początku okazywał jedynie łypiąc na wszystkich złowrogo i trzymając kurczowo Jamesa za rękę (co z kolei musiało przywodzić ewentualnym obserwatorom – o ile w tym zgiełku ktokolwiek to zauważył –na myśl, dość oczywiste wnioski), ale wkrótce, mimo iż mężczyzna robił wszystko, by go uspokoić, młodzieniec nie wytrzymał i dosłownie eksplodował gniewem. Warczał na ludzi, by ci się od niego odsunęli, by go nie dotykali, by nie dotykali „Jamie’ego” i by nie naruszali jego „życiowej przestrzeni”, bo w przeciwnym wypadku czeka ich „sroga kara” i „niewątpliwie pożałują swoich haniebnych uczynków i braku szacunku”. W międzyczasie powoływał się na swojego wpływowego wuja i w ogóle na cały swój ród, zagroził paru osobom chłostą, a jednej nawet ścięciem głowy, z chwili na chwilę denerwując się coraz bardziej, zapewne ze względu na to, że jego słowa nie robiły aż takiego wrażenia, jak tego oczekiwał i pragnął.
… W tych okolicznościach, James nie uspokajał już jedynie swojego podopiecznego, ale i wszystkich pasażerów, zwłaszcza tych, którzy poczuli się dotknięci co poniektórymi obelgami młodzieńca i nieśmiało, subtelnie dawał do zrozumienia, że jego towarzysz nie jest do końca przy zdrowych zmysłach. Edmund Lancaster niewątpliwie śmiertelnie obraziłby się za podobne sugestie, jednak na szczęście dla historyka, jakiekolwiek sugestie rzadko wyłapywał.
Nic więc dziwnego, że mężczyzna poczuł prawdziwą ulgę, gdy wreszcie wysiedli na odpowiednim przystanku i resztę drogi do domu profesora pokonali piechotą. Młody hrabia zdążył w tym czasie nieco ochłonąć, co było Jamesowi na rękę, nie chciał, by ten denerwował się jeszcze bardziej przed wizytą u pana Richardsona. Przeszli przez bramę prowadzącą do jego posiadłości, którą ten po raz kolejny zostawił otwartą, po czym historyk zapukał do drzwi.
Te otworzyły się niemalże natychmiast, jakby ktoś stał tuż przy nich, wyczekując ich przybycia. W wejściu stanął profesor Richardson, który uśmiechnął się szeroko na widok swych gości.
-Wreszcie jesteście…- rzucił, choć James wątpił, by się spóźnili, wprost przeciwnie, na pewno byli przynajmniej kilka minut przed godziną, na którą się umówili.- Dasz wiarę, że jeszcze kwadrans temu musiałem stąd przeganiać jakiegoś akwizytora…?- zachichotał. Historyk uśmiechnął się niepewnie w odpowiedzi, przyglądając się swemu niedawnemu wykładowcy z uwagą. Wyglądał właściwie jak zawsze – był ogolony, uczesany i elegancko ubrany, jednak było w nim coś dziwnego. Być może to wrażenie miało związek z faktem, że James właściwie od progu poczuł dość intensywną woń alkoholu.- Wejdźcie, wejdź, James…- powiedział mężczyzna, wpuszczając swych gości do holu.- Dobrze cię widzieć- zwrócił się ponownie do byłego studenta.- Zastanowiłeś się nad naszą wczorajszą rozmową…?
Edmund prychnął. Zapewne fakt, że został całkowicie pominięty w tym powitaniu i potraktowany niemalże jak powietrze albo przynajmniej dodatek do swojego towarzysza, musiał go bardzo rozgniewać.
James oparł dłoń na ramieniu młodzieńca i spojrzał na Richardsona.
-Profesorze… Edmund jest bardzo zestresowany tą wizytą- wyjaśnił, chcąc subtelnie dać mężczyźnie do zrozumienia, że powinien mu poświęcić nieco więcej uwagi.
-Hm…? Doprawdy? Niepotrzebnie!- zaśmiał się profesor.- Co mogę dla ciebie zrobić, Edmund?- zagaił młodzieńca, wykorzystując tą okazję, by przyjrzeć mu się z równie wielką uwagą, co wczorajszego dnia.
-Chcę jeść- odparł hrabia.
Pan Richardson zdumiał się niepomiernie.
-Jeść…?- powtórzył niepewnie, po czym zerknął na swojego byłego studenta.
James skinął głową.
-Edmund je jak normalny człowiek- odparł, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że nie był to najlepszy dobór słów. Wszak normalny człowiek miał też normalnie funkcjonujący organizm, który pozwalał treści pokarmowej wędrować w odpowiednie miejsce, gdzie ta była trawiona, a następnie wydalana. Co prawda u Lancastera, jakimś cudem, ten mechanizm również działał, ale „cuda” właśnie nie bardzo pasowały do określenia „norma”.
-Ha… Nie spodziewałem się- przyznał profesor.- Zaraz coś dla ciebie przygotuję- zwrócił się do młodego Lancastera.- Może poczekasz w salonie…? Możesz pooglądać telewizor i…
Większej zachęty młody hrabia nie potrzebował, zwłaszcza, że towarzystwo profesora wyraźnie mu nie odpowiadało i bez słowa, dumnym krokiem, ruszył we wskazanym przez niego kierunku. James uśmiechnął się lekko pod nosem, po czym wbił uważne spojrzenie w stojącego przed nim mężczyznę.
-Przepraszam, profesorze, ale muszę zapytać…- zaczął. Nie chciał tego robić przy młodzieńcu, by go dodatkowo nie denerwować.- Czy pan jest pijany?- rzucił otwarcie, nie kryjąc niepokoju.
-Ja?- pan Richardson zaśmiał się głośno, machnąwszy dłonią.- Skąd! Skądże znowu! To znaczy wczoraj… Owszem, trochę sobie pofolgowałem. Ale któż uczyniłby coś innego na moim miejscu…?
Mężczyzna uśmiechnął się tylko niepewnie. Profesor zachowywał się tak, jakby dziś również wychylił kieliszek lub dwa. Nim jednak historyk zdążył o coś zapytać, były wykładowca ogarnął go ramieniem i zaczął prowadzić w kierunku jednego z pomieszczeń, jak się chwilę później okazało, kuchni. Gdy tylko się w niej znaleźli, zamknął drzwi i nie kryjąc podekscytowania zapytał znowu:
-Czy przemyślałeś już to, co ci wczoraj mówiłem?
James spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Czy przemyślałeś to, że Edmund Lancaster może być cenny dla naszej nauki jak mało kto…?- wytłumaczył.
Jego niedawny student odetchnął cicho.
-Mówiłem już, profesorze… Nic takiego nie wchodzi w grę- zaznaczył stanowczo.- Przynajmniej dopóki nie rozwiążę tajemnicy jego morderstwa.
Był to oczywisty wybieg i stawianie daleko idącego celu, bo James nie wyobrażał sobie, by i wówczas zgodził się na to, by oczy całego świata skoncentrowały się nagle na Bogu ducha winnym Edmundzie, nie wspominając już o reszcie działań.
-A co z tajemnicą jego życia…?- nie odpuszczał pan Richardson.- Zastanawiałem się wczoraj nad tą sprawą przez cały wieczór. Nad jej wszystkimi aspektami – także tym moralnym i etycznym. Rozumiem twoje obawy, ale… Przecież istnieją pewne priorytety. Istnieją rzeczy ważne i ważniejsze! Wiele lat temu, pewien naukowiec podał kilkunastu dzieciom drobnoustroje groźnej choroby, licząc się z tym, że mogą zginąć, ale dzięki temu wynalazł szczepionkę na czarną ospę! Dziś nie zgodzilibyśmy się na nic podobnego, ale czy można zaprzeczyć, że jego odkrycie zrewolucjonizowało świat i poprawiło jakość naszego życia…? Edmund Lancaster jest kimś absolutnie wyjątkowym. Kimś, kogo badanie może przynieść nam odpowiedzi na wiele pytań. Może dzięki niemu będziemy mogli żyć dłużej. Funkcjonować bez ważnych narządów. Może nie będą dłużej potrzebne przeszczepy. Może sięgniemy dalej i odkryjemy sekret nieśmiertelności! Zdajesz sobie sprawę z tego, jak wiele możliwości otwiera istnienie kogoś takiego, jak on…? Dla wielu ludzi stanie się on wręcz obiektem kultu! Dowodem na to, że cuda się zdarzają! Jest jedyny w swoim rodzaju! A może nie…? A co, jeśli czeka na nas więcej takich, jak on…? Co, jeśli potrzeba jedynie odpowiedniej osoby, aby ich znaleźć…? A może chodziło o ciebie, James? Kto wie? Kto wie…? Pomyśl, ile historycznych wydarzeń stanie się dla nas mniej zagadkowych!
-Wierzę, że nie znalazłem Edmunda bez przyczyny…- odpowiedział cicho historyk.- Myślę, że udało mi się to dlatego, że chciałem rozwikłać zagadkę jego śmierci. Oczywiście nie byłem pierwszym, który do tego dążył, ale sądzę, że musiał istnieć jakiś związek przyczynowo skutkowy, a nic innego nie przychodzi mi do głowy. Dlatego też czuję, że to właśnie jest moim celem. Odkrycie tego, co stało się z nim i z jego rodziną. Przez kogo zostali zamordowani i dlaczego. Może wtedy zrobię krok do przodu. I wtedy dowiem się także, jak to się stało, że Edmund Lancaster wciąż żyje.
-Ależ nie musisz robić tego wszystkiego sam, chłopcze!- przekonywał go Richardson.- Jest wielu historyków i wielu naukowców. Żyjemy w innych czasach. Dobrych czasach. Naukowcy nikogo nie mordują, ani nie krzywdzą, by udowodnić swoje racje. Prawa człowieka są przestrzegane. A Edmund jest przecież, mimo wszystko, człowiekiem…- to „mimo wszystko” jakoś zakuło Jamesa i bardzo mu się nie spodobało.- Pomyśl, na ilu ludziach przeprowadza się eksperymenty i badania, ale czy ich prawa są pogwałcane…? Czy są torturowani, czy cierpią…? Gdybyś tylko…
-Nie!- zaprotestował mężczyzna, tym razem znacznie bardziej stanowczo i ostro niż wcześniej. Jego niedawny wykładowca znieruchomiał i wbił w niego pełne zdumienia spojrzenie.- Powiedziałem już panu, że na to nie pozwolę.
-Czy zdajesz sobie sprawę z odpowiedzialności, jaką jesteś obciążony, nie ujawniając nikomu takiego odkrycia?!- warknął Richardson, wyraźnie rozjuszony odmową.
-Zdaję sobie sprawę z odpowiedzialności za Edmunda. To mi wystarcza.
-To niedorzeczne, James!- wykrzyknął profesor.
-Chronienie kogoś, na kim nam zależy?
-Stawianie jednego człowieka ponad dobro wszystkich innych!- głos pana Richardsona z chwili na chwilę stawał się coraz bardziej donośny.- Ponad naukę! Sądziłem, że to rozumiesz!
-A ja sądziłem, że pan zrozumie…- odparł cicho James, nie kryjąc rozczarowania.- Widać się myliłem.
Nie mówiąc już nic więcej, opuścił kuchnię i wrócił do holu.
-Edmund!- zawołał podopiecznego.- Edmund!
Młodzieniec wyłonił się z salonu i spojrzał na historyka pytająco.
-Wracamy do domu…- oznajmił James, wymuszając na sobie uśmiech, by nie niepokoić młodego Lancastera i mając nadzieję, że ten nie słyszał ich kłótni.
-Nie, James, zaczekaj!- zawołał desperacko profesor Richardson, również pojawiając się w pomieszczeniu. Podszedł do byłego studenta szybkim krokiem, patrząc na niego niemalże błagalnie.- Przepraszam. Wybacz mi, proszę! Wiem, że mnie poniosło, ale musisz zrozumieć… To wielka sprawa! Niezwykłe odkrycie! Nie możesz mnie winić, że rozważałem różne możliwości.,,
Mężczyzna odwrócił wzrok i tylko pokręcił głową, nie będąc pewnym, czy te przeprosiny go przekonały. Powiedział o wszystkim właśnie profesorowi Richardsonowi dlatego, że zawsze mógł liczyć na jego wsparcie, a ten nigdy nie zawiódł jego zaufania. Wydawało mu się, że nikt, poza nim, nie będzie mu w stanie pomóc. I z opieką nad Edmundem i z rozwiązaniem jego zagadki. Teraz jednak nie był już przekonany, co do słuszności swojej decyzji.
-Przepraszam…- powtórzył Richardson już nieco spokojniej, biorąc głęboki oddech.- Zdaję sobie sprawę z tego, że zachowałem się skandalicznie. Poniosło mnie. Chciałem ci jedynie pokazać mój punkt widzenia, ale… Wiem, że przesadziłem. Proszę, nie rezygnuj z mojej pomocy. Wierz mi, James, że niezależnie od tego, co się zdarzyło chwilę temu… Zrobię co do mnie należy. Przysięgam.

Pan Richardson długo musiał przekonywać swojego niedawnego studenta, by ostatecznie zgodził się pozostawić swego podopiecznego w jego rękach. Szczerze mówiąc, James mocno się wahał i naprawdę niewiele brakowało, a zabrałby Lancastera z domu profesora i wrócił z nim do siebie, rezygnując z wizyty w zamku. Chyba zresztą ta kwestia przeważyła w decyzji, jaką podjął. Jego spór z byłym wykładowcą wzbudził w nim duży niepokój. Z jednej strony starał się tłumaczyć sobie jego reakcje i zachowanie – miał wszak rację, nie co dzień spotykało się na swojej drodze żywo-zmarłych paniczów sprzed wielu wieków,  trudno było również nie przyznać, że z naukowego punktu widzenia, Edmund Lancaster był właściwie bezcennym znaleziskiem. Badanie jego ciała wyjaśniłoby sposób, w jaki funkcjonuje, a ponad to, rzeczywiście, mogłoby się okazać przełomowe nie tylko w samej biologii, ale pewnie i medycynie, a może także wielu innych, pokrewnych dziedzinach. James jednak aż za dobrze wiedział, co to oznaczało dla samego hrabiego. Już teraz jego życie trudno było uznać za „normalne”, ale jako obiekt laboratoryjny, będący przedmiotem nieustannych testów i badań (wszak nietrudno było sobie wyobrazić, że wielu naukowców, z wielu krajów chciałoby go zobaczyć osobiście i sprawdzić, czy całe zamieszanie wokół jego osoby nie jest jedną, wielką fikcją czy spiskiem) nie miałby go wcale. Nie mógł jednak tolerować tego, z jaką zapalczywością profesor usiłował przekonać go do zmiany zdania. Brzmiał niemalże obsesyjnie. Przychodząc do niego z Edmundem, James oczekiwał od niedawnego wykładowcy znacznie większej dozy zrozumienia i tolerancji. Przeliczył się. Wiedział, że pan Richardson nie był dziś… w najlepszej kondycji. Co zresztą również świadczyło na jego niekorzyść. Tak czy inaczej, zaufanie zostało nadszarpnięte. I historyk nie był pewien, czy ponownie zdecyduje się na to, by pozostawić Lancastera wraz z profesorem. Na szczęście, póki co, w grę wchodził tylko ten dzień. Tylko jeden dzień. Nic złego nie mogło się wydarzyć.
Musiał uspokoić Edmunda, bo ten bardzo się zdenerwował ich wymianą zdań, a później pożegnał się z młodzieńcem, obiecał, że odbierze go za kilka godzin, po czym raz jeszcze poprosił pana Richardsa, by ten dobrze się nim zajmował i opuścił jego posiadłość.
Wciąż nie do końca przekonany co do tego, czy dobrze zrobił, ruszył do zamku. Ze względu na wszystkie okoliczności, na miejscu zjawił się nieco spóźniony. Anette już na niego czekała.
-Cześć- rzuciła wesoło.
-Cześć- odpowiedział James, uśmiechając się do niej lekko.- Przepraszam za spóźnienie.
-Nie ma sprawy. Chociaż nie mogłam się już doczekać!- zaśmiała się dziewczyna.- Edmund z tobą nie przyjechał…?- zapytała, nieco zaskoczona.
Mężczyzna pokręcił głową.
-Nie, on... Jest u znajomego.
-Ach, tak… Wspominałeś, że nie interesuje się historią- przypomniała sobie rudowłosa.- Chociaż nazywając się tak, jak jeden z mieszkańców tego zamku…- zaczęła, zerkając na budynek, po czym zagryzła wargę i zachichotała cicho.- Idziemy?
Podeszli razem do bramy. James otworzył ją i wpuścił dziewczynę na teren posiadłości. Ruszyli razem w stronę zamku. Anette rozglądała się dookoła z uwagą, wyraźnie nieco zdezorientowana.
-To tyle…?- zapytała w końcu szeptem historyka, jakby obawiała się, że ktoś może ich usłyszeć.- Wystarczy po prostu przejść przez bramę…? Nie ma tutaj żadnych strażników albo… chociaż… sama nie wiem… nadzorcy?
-Pewnie jest…- odparł ostrożnie mężczyzna, choć w rzeczywistości nie zdziwiłby się, gdyby było inaczej. Ten zamek był specyficzny. Nie tylko ze względu na fakt, że znalazł w nim żyjącego przed wiekami hrabiego, w trudnym do jednoznacznego określenia stanie. Wszystko, co go dotyczyło, było dziwne. Nie budził niczyjego zainteresowania, jakby pozostawał na uboczu całego świata i naprawdę nikogo nie obchodził.- Chyba musi być ktoś, kto tu przychodzi, przynajmniej raz na jakiś czas. Jednak gdy byłem tu po raz ostatni, także nikogo nie spotkałem.
-Naprawdę?!- rzuciła dziewczyna, wyraźnie oburzona.- Ktoś powinien tego wszystkiego pilnować! A poza tym… Pomyśleć, że bałam się tu przyjść, żeby nie wpaść w tarapaty…- westchnęła, wyraźnie strapiona tym, że nie odważyła się odwiedzić tego miejsca sama.
James uśmiechnął się lekko.
Wszystko było dokładnie takie, jak zapamiętał. Brudna tabliczka, informująca o tym, że znajdują się na posiadłości należącej niegdyś do Lancasterów, a będącej obecnie własnością miasta i zabytkiem. Duże, frontowe drzwi, których otwarcie po raz kolejny przysporzyło mu nieco trudności. Długi, ciągnący się niemalże do przeciwległej ściany budynku korytarz, pełen mebli i obrazów. Podążyli nim oboje. James już ostatnim razem przyglądał się wszystkiemu z dużą uwagą, ale teraz starał się koncentrować na każdym, najmniejszym nawet fragmencie, jakby oczekiwał, że może znaleźć tu odpowiedź na dręczące go wątpliwości. Anette była wyraźnie podekscytowana i zachwycona tym, że wreszcie znalazła się w środku zamku. Oglądała dokładnie każdy mebel, jaki mijali, dotykała, chcąc poznać ich strukturę, nieśmiało otwierała szafki, zaglądając do ich, w zdecydowanej większości pustego, wnętrza. W pewnym momencie, zatrzymała się przy rodzinnym portrecie Lancasterów. James również przystanął w tym miejscu. Ciche westchnienie wyrwało się z jego warg. To tutaj po raz pierwszy spotkał Edmunda.
-Sądzisz, że to wszystko jest prawdziwe…?- zapytała, przesuwając dłonią po zdobionej ramie, by nieco oczyścić ją z kurzu.- To znaczy, te meble… Zostały odrestaurowane czy to zwykłe repliki?
-Nie wiem.
-Bo jeśli to nie są repliki, wszystko jest w doskonałym stanie…- stwierdziła dziewczyna, nie kryjąc podziwu.- To znaczy nie licząc kurzu i pajęczyn, ale mimo wszystko… Przecież ani Edward Lancaster, ani żaden z jego spadkobierców nie zamieszkiwali w tym zamku. Całe wyposażenie byłoby zatem dokładnie takie, jak wtedy, gdy zamek należał do Edmunda Lancastera.
James uśmiechnął się tylko w odpowiedzi. Nie był dziś zbytnio rozmowny, szczerze mówiąc, mimo starań, miał problemy z tym, żeby skupić się na czymkolwiek, z badaniem tego miejsca włącznie. Martwił się o Edmunda. Zastanawiał się, jak postępuje wobec niego profesor. Czy nie zadaje pytań, które zdenerwują młodzieńca albo sprawią mu przykrość. Młodego hrabiego nietrudno było wytrącić z równowagi, a potomkowi Lancasterów zdarzało się niekiedy bywać bardzo impulsywnym, więc sytuacja mogła nie być zbyt przyjemna.
-Nie wydaje ci się to dziwne…?- zagadnęła go Anette, gdy weszli do pierwszego pomieszczenia. Otworzyła torebkę i zaczęła w niej czegoś szukać, kontynuując- Jesteśmy tu tylko my dwoje. Zupełnie, jakby nikt inny nie interesował się tym miejscem. Nie chodzi zresztą o samą obecność, ale i wszystko inne.
-Tak… Tak, to jest dziwne…- potwierdził jej słowa James, choć myślami był daleko od tego tematu.
Dziewczyna wyjęła aparat fotograficzny i zaczęła pstrykać zdjęcia.
-Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza…?- dopytała po chwili.- Wiem, że niektórych miejsc nie wolno fotografować, ale to strasznie głupia zasada, poza tym, tego zamku chyba nie dotyczy…
Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
-Wyślesz mi te zdjęcia później?
-Jasne!- odparła rudowłosa z niegasnącym entuzjazmem.
Historyk chciałby być teraz w podobnym nastroju i podzielać jej zapał.
Przeszli parter, następnie weszli na piętro i tam również obejrzeli wszystkie pomieszczenia. W końcu pozostało im jedno: piwnica. Ponownie zeszli więc na dół, a następnie dostali się niewielkimi schodkami do kamiennego, pogrążonego w ciemności pomieszczenia. Na to Anette również okazała się przygotowana. Już po chwili wyciągnęła latarkę, którą oświetliła im drogę. James aż nie mógł uwierzyć, że nie wpadł na to samo. Ona pomyślała o wszystkim, on – myślał głównie o tym, co zrobić z Edmundem i jak zapewnić mu bezpieczeństwo.
-Potrzymasz…?- rzuciła rudowłosa, podając mu przedmiot.- Poświeć naokoło, a ja zrobię zdjęcia…
Historyk wziął od niej latarkę. Kolejno oświetlał poszczególne zakątki piwnicy, samemu przyglądając się wszystkiemu z uwagą. Pomieszczenie było nieduże, ale zupełnie puste i bardzo zimne. W pewnym momencie, coś rzuciło mu się w oczy. Na jednej ze ścian, zobaczył nieduży, czerwony kształt. Podszedł bliżej i dłonią odgarnął z tego miejsca warstwę kurzu. Ukazał mu się specyficzny symbol. Krzyż wsparty o szkarłatne oko.
-Widziałem już ten znak…- szepnął, w pierwszej chwili nie mogąc tego skojarzyć. Anette podeszła do niego- Na tym liście, który mi pokazałaś- podchwycił, spoglądając na dziewczynę.- Skoro był tam i jest tutaj… To nie jest przypadek…- szepnął, marszcząc brwi.- To musi coś znaczyć.
-Możliwe. Licz się z tym, że może znaczyć na przykład: „To moja piwnica, nie kradnij, bo przeklniemy cię na wieki”- zachichotała dziewczyna.- Mówiłam ci, że strasznie zaciekawił mnie ten symbol i starałam się go znaleźć. Przeszukałam wszystko, co związane z Lancasterami i nie znalazłam niczego podobnego. Ani symbolu, ani nawet słownej wzmianki o nim.
-Więc może nie powinniśmy się ograniczać do Lancasterów…- zasugerował mężczyzna. Anette spojrzała na niego z zaciekawieniem.- Może powinniśmy sprawdzić także pozostałych arystokratów zamieszkujących te ziemie. Wszystkich, z którymi Lancasterowie utrzymywali kontakt. Każdą rodzinę, z którą mieli albo chociaż mogli mieć coś wspólnego. Jeśli ten symbol coś znaczy, na pewno pojawi się ponownie.
… A jeśli nie, James znów zostanie z niczym. Nie żeby ten znak musiał być dla całej sprawy istotny. Dziewczyna miała rację, mógł oznaczać cokolwiek, ale skoro pojawił się już dwukrotnie, nie był to zwykły bazgroł. Nawet, jeśli nie miał nic wspólnego z Lancasterami, a tym bardziej z ich śmiercią, historyk musiał od czegoś zacząć.
-Możesz na mnie liczyć- zaoferowała się rudowłosa.
Mężczyzna spojrzał na nią z uśmiechem.
-Liczę raczej na twoje tajemnicze dojścia w archiwum.
Zachichotała pogodnie.
-Partnerzy?- zapytała, wyciągając dłoń.
Historyk skinął głową, ściskając ją lekko.
-Partnerzy.

Anette chciała obejść całą posiadłość raz jeszcze, ale James kompletnie nie miał do tego głowy. Zależało mu jedynie na tym, by jak najszybciej odebrać Edmunda. Chciał zostawić dziewczynę samą, ale ta stwierdziła, że woli nie przebywać w tym miejscu na własną rękę, w razie gdyby ktoś odpowiedzialny za zamek raczył się tu, mimo wszystko, pokazać. Pożegnali się więc. Rudowłosa obiecała, że dowie się wszystkiego, co znajdzie i poprosiła, by historyk dał jej znać, gdy ponownie będzie chciał obejrzeć zamek. James zgodził się, choć nie potrafił nawet wstępnie podać terminu ewentualnej, powtórnej wizyty. Musiał uporządkować sprawę z profesorem Richardsonem, a jeśli nie mógłby już liczyć na jego wsparcie, zastanowić się, co dalej robić z Edmundem i jak przygotować go na samotne oczekiwanie w domu.
Wsiadł w najbliższy autobus. Nie kursował do przystanku, na którym wysiadł z Edmundem, więc James musiał wysiąść wcześniej i resztę drogi pokonać na pieszo, nie opłacało mu się bowiem czekać na inny, zresztą chyba za bardzo się niecierpliwił. Tym razem brama od posiadłości profesora była zamknięta. Mężczyzna nacisnął umocowany przy niej przycisk, po czym usłyszał dobiegające z domu pana Richardsona, głośne dzwonienie. Czekał kilka minut, ale profesor się nie pojawił. Zadzwonił więc raz jeszcze. I jeszcze raz. Zdumiony i zdezorientowany, czując narastający niepokój, wyjął komórkę i wybrał numer byłego wykładowcy, licząc na to, że może ten jest na piętrze i zwyczajnie go nie słyszy. Wyglądało jednak na to, że profesor miał wyłączony telefon.
James był przerażony. Nie miał pojęcia, co robić. Nie bacząc na to, że ktoś może go zauważyć, zdecydował się przejść przez niezbyt wysokie ogrodzenie, a następnie dobiegł do drzwi. Załomotał w nie z całych sił.
-Panie Richardson!- krzyknął.- Panie Richardson!
Nie było żadnej reakcji. Obszedł dom dookoła.
-Panie Richardson!- zawołał raz jeszcze.- Edmund! EDMUND!
Dopiero, gdy ponownie znalazł się przy frontowych drzwiach, zdał sobie sprawę z tego, że na podjeździe brakuje samochodu profesora.
Boże. Dobry Boże. Zabrał gdzieś Edmunda. Ale dokąd? Do kogo? I w jakim celu…? Mężczyzna czuł narastającą panikę. Niepokoił się o podopiecznego. Nie powinien był go tutaj zostawiać. Nie powinien był! Dał się udobruchać tymi przeprosinami i uznał, że profesor nie ośmieli się zrobić niczego podobnego, a już na pewno nie w tak krótkim czasie, nie dziś! Jak mógł to zrobić…?
James nie miał pojęcia, jak postąpić. Wiedziony ostatnią, złudną nadzieją, wrócił do siebie, licząc na to, że być może pan Richardson, z jakichś względów, odwiózł młodego Lancastera tam albo sam Edmund uciekł i właśnie czekał na swojego opiekuna. Historyk nie mógł się jednak nawet dziwić, gdy przekonał się, że na klatce schodowej nikogo nie ma. Pospiesznie wszedł do mieszkania. Zatrzymał się w progu i nerwowo przeczesał włosy palcami, nie mając pojęcia, co robić. Chwycił za komórkę. Dłonie mu drżały. Raz jeszcze wybrał numer Richardsona, z takim efektem, jak i wcześniej. Chciał zadzwonić na policję, ale po chwili wahania, zdecydował się tego nie czynić. Co właściwie miałby im powiedzieć…? Może, że jego dawny wykładowca, rektor uczelni, porwał jego podopiecznego…? Nawet, gdyby pominąć fakt, że ten teoretycznie zmarł przed wiekami, brzmiało to nieprawdopodobnie, biorąc pod uwagę to, że nie miał żadnych dokumentów, niczego, co świadczyłoby o tym, że ów podopieczny w ogóle istniał.
Postanowił, że znowu pojedzie do profesora i będzie czekał pod jego domem. W końcu Richardson musiał tam, prędzej czy później, wrócić!
Nim jednak wyszedł z mieszkania, usłyszał dźwięk telefonu. Natychmiast chwycił za komórkę, choć numer, jaki zobaczył na wyświetlaczu, był mu nieznany. Odebrał.
-Halo?- zaczął nerwowo.
-James…?- usłyszał podobnie brzmiący głos byłego wykładowcy.
Mężczyzna zamarł momentalnie, zdumiony.
-Profesorze, gdzie pan jest?-  rzucił natychmiast.- Gdzie jest Edmund?!
-Spokojnie, James, spokojnie…- odparł pan Richardson, choć sam zdecydowanie na spokojnego nie brzmiał.- Stało się coś… eee… nieoczekiwanego. Jestem na komisariacie policji. Potrzebuję cię, chłopcze. Musisz mi pomóc wyjaśnić małe nieporozumienie…

piątek, 1 listopada 2013

Ogłoszenie + Konkurs

Kilka drobnych ogłoszeń :).

Po pierwsze, za tydzień pojawi się "Edmund Lancaster" :).

Po drugie (co dotyczy jedynie osób, które korespondują ze mną mailowo), Onet się zbiesił i nie wiem z jakiej przyczyny, wrzucił część adresów mailowych do SPAMU. Zorientowałam się dopiero wczoraj, więc nawet nie miałam jak wcześniej zareagować, a że do SPAMU zaglądam rzadko, a jego zawartość znika po tygodniu - jeśli napisaliście do mnie wcześniej niż 7 dni temu, po prostu nie mam Wam jak odpisać. Teraz będę starać się tam sprawdzać regularnie, więc wszystko powinno być okej, jeśli jednak wciąż nie otrzymacie ode mnie odpowiedzi - też sprawdźcie SPAM :P.

Po trzecie - noszę się z zamiarem, choć teraz właściwie to już postanowienie, zorganizowania na blogu małego konkursu. Nie mam jednak pewności co do formy. Chciałabym, żeby jak najwięcej osób miało możliwość wzięcia w nim udziału, a wiem, że narzucenie z góry jakiejś formy artystycznej, niektórym zamknie drogę ;). O losowaniu nie ma mowy, pytam więc Was o sugestie, jeśli macie jakieś propozycje - chętnie wysłucham :).

Pozdrawiam serdecznie.