Strony

niedziela, 10 listopada 2013

- 13 - [Edmund Lancaster]

To był spokojny poranek. Nietypowo cichy, bowiem ani Edmund, ani James nie byli zbyt skorzy do rozmów, ale mimo wszystko – spokojny. Mężczyzna sam dziwił się swojemu opanowaniu. To był w końcu ważny dzień. A nawet jeśli nie ważny w sensie jakiegoś wielkiego przełomu w jego historycznym „dochodzeniu”, to przynajmniej inny od wszystkich pozostałych. Dziś właśnie miał ponownie odwiedzić zamek Lancasterów, co powinno go napawać przynajmniej ekscytacją. I dziś także, miał pozostawić Edmunda pod opieką swojego profesora, co mogło z kolei budzić w nim cień niepokoju. Nie czuł jednak ani jednego, ani drugiego. Gdy tylko wstał, poszedł wraz z paniczem do sklepu, nerwowo licząc w myślach każdy wydany grosz i zastanawiając się, jak rozplanować wydatki na pozostałą część miesiąca. Po powrocie, przygotował śniadanie, w trakcie którego zadzwonił do profesora Richardsona upewniając się, że będzie mógł zostawić mu dziś potomka Lancasterów. Umówili się na godzinę trzynastą. Następnie James podał młodemu hrabiemu to, co dla niego przygotował – kilka kanapek i odgrzaną w piekarniku, wyjątkowo tanią pizzę, która na pewno nawet nie przypominała tej, jaką jedli ostatnio, ale chyba wzbudziła w Edmundzie miłe odczucia, bowiem uśmiechnął się szeroko, gdy tylko ją zobaczył.
Teraz jadł śniadanie przy kuchennym stole, a James siedział naprzeciwko niego, popijając herbatę i przeglądając, chyba już poraz tysięczny, opracowania na temat domu Lancasterów. I choć na tym właśnie powinien się teraz koncentrować całym sobą, jak to miał w zwyczaju, jego myśli niekontrolowanie odbiegały w stronę zupełnie innych rozważań. Oderwał się od czytania i ostrożnie podniósł wzrok na panicza. Młody hrabia był dziś jakiś nieswój. Sprawiał wrażenie zamyślonego, nie chciał oglądać telewizji i nawet o nic nie pytał. Być może obawiał się ponownego rozdzielenia z Jamesem. A może jakiś inny temat pochłaniał go aż tak bardzo. Odkąd bowiem mężczyzna wysnuł zeszłej nocy dość zaskakujący dla niego samego wniosek, że może przyczyna nietypowych zachowań Edmunda nie leży wyłącznie w jego braku obeznania we współczesnym świecie, ale także w pewnych… hm… pewnych uczuciach, którymi potencjalnie mógłby darzyć swojego opiekuna, nie potrafił przestać się nad tym zastanawiać. Z jednej strony wydawało mu się to abstrakcyjne i nieprawdopodobne – Edmund? Edmund miałby durzyć się w nim? Pomijając już fakt, że James jakoś nigdy nie przypuszczał, że mógłby być obiektem zainteresowania kogoś o odmiennych skłonnościach, Edmund był… szczególny. Potrzebował zainteresowania i wzmożonej uwagi. Wszystko trzeba było mu tłumaczyć. Nie odstępować go na krok. Przygotowywać mu kąpiele i posiłki. Z lubością oglądał kreskówki, pytał o rzeczy oczywiste dla przeciętnego, nawet nie pochodzącego z obecnej epoki, człowieka, był nieporadny i kompletnie niesamodzielny. I ten Edmund, w którym mimo jego wieku więcej było dziecka niż zbliżającego się ku dorosłości mężczyzny, miałby się zakochać…?
… Co prawda był to dokładnie ten sam Edmund, który wyciągnął Jamesa na randkę, któremu zdarzało się rzucać dwuznaczne uwagi, przytulać do swojego opiekuna w sposób, który nie zawsze można było uznać za przyjacielski, a nawet żądać, by ten się przed nim rozebrał.
Nic więc dziwnego, że mężczyzna miał wątpliwości. I choć nie wiedział, co właściwie mógłby zrobić, gdyby jego przypuszczenia okazały się prawdziwe – postanowił przyglądać się Lancasterowi uważniej i uważniej go słuchać, koncentrując się szczególnie na tych elementach, które do tej pory zrzucał na karb jego nieświadomości, braku obeznania i różnic w ich mentalności.
Póki co, dostrzegł jedynie, że panicz Lancaster na niego spoglądał. Często, właściwie raz po raz. Początkowo z uśmiechem, ale już po kilku spojrzeniach, sprawiał raczej wrażenie zdziwionego, następnie zdezorientowanego, aż wreszcie wyraźnie poirytowanego.
-Dlaczego ciągle na mnie patrzysz, Jamie?- zapytał, nieco rozgniewany.
… I w tym momencie mężczyzna uświadomił sobie, że nie było nic dziwnego w fakcie, że Edmund stale podnosił na niego wzrok, skoro sam gapił się na podopiecznego od dobrych kilkunastu minut.
-Eee… Ja… Uhm…- odkaszlnął, nie do końca wiedząc, co powiedzieć.
W tym momencie zadzwoniła leżąca na blacie komórka. Podniósł ją szybko i odebrał, korzystając z okazji, że nie musi się tłumaczyć ze swojego natrętnego gapienia.
-Cześć- usłyszał znajomy głos.
-Cześć, Anette- odparł, uśmiechając się lekko.
Na wargach Edmunda wymalował się pełen niezadowolenia grymas.
-Przepraszam, że nie oddzwoniłam wcześniej, ale wyciszyłam telefon w pracy i kompletnie o tym zapomniałam…- wyjaśniła rudowłosa.- Mam nadzieję, że to nie było nic pilnego.
-Nie, raczej nie- uspokoił ją James.- Chciałem ci tylko powiedzieć, że dziś idę do zamku Lancasterów i gdybyś zechciała mi towarzyszyć…
-NAPRAWDĘ?!- wykrzyknęła Anette głosem tak donośnym, że mężczyzna w pierwszym odruchu odsunął telefon od ucha.- Przepraszam. Przepraszam! Naprawdę mogę z tobą iść?! Myślałam, że po tym… nieporozumieniu… że już nie zadzwonisz- przyznała, wyraźnie zakłopotana. James westchnął cicho w duchu. Wolałby sobie nie przypominać tamtej chwili.- Ale… Tak, oczywiście, że chcę iść! O której?
-Możemy spotkać się wpół do drugiej w mieście- zaproponował James.
-A może o drugiej na miejscu? Muszę sobie znaleźć kogoś na zastępstwo.
-Nie ma problemu- zgodził się historyk, uśmiechając lekko.
-To świetnie. To wspaniale! Nawet nie wiesz, jak strasznie się cieszę! Och, rany, mam nadzieję, że Bruno się zgodzi… Do zobaczenia!
-Do zobaczenia…- odpowiedział James, chociaż dziewczyna rozłączyła się od razu po swoim pożegnaniu. Odłożył telefon na bok i wrócił do czytania opracowań, tym razem starając się skupić na nich i nie ulegając pokusie, by spojrzeć na siedzącego naprzeciw młodzieńca.
Najpierw usłyszał ciche prychnięcie. Moment później kolejne, nieco głośniejsze. A już po chwili, dobiegał go miarowy, niewątpliwie wytwarzany przez Edmunda stukot, który za nic nie pozwalał mu się skupić na tym, co czytał. Mężczyzna odetchnął głęboko i podniósł wzrok na swojego podopiecznego, który z rozwścieczoną miną, zerkając zazdrośnie na leżący przy opiekunie telefon, raz po raz uderzał widelcem w stół.
-Edmund…- zaczął historyk, siląc się na cierpliwość.- Coś się stało?
-To dlatego chcesz mnie zostawić…?- burknął z wyrzutem hrabia, mrużąc podejrzliwie oczy i celując sztućcem w Jamesa.- Mam zostać z kimś, kogo nie lubię, bo ty idziesz na randkę…?
Był zazdrosny. To oczywiste. Czy to był dowód potwierdzający hipotezę Jamesa…? Mężczyzna zastanawiał się nad tym przez dłuższą chwilę. Nie, raczej nie. Edmund Lancaster żył w innych czasach, zupełnie innych okolicznościach i wielu spraw wciąż nie rozumiał. Miał wszystko, czego tylko pragnął na wyłączność. W tym także ludzi. Był przyzwyczajony, że cała uwaga koncentruje się na nim i jego poczynaniach. Już na samym początku ich znajomości denerwował się i obrażał, twierdząc, że James go „ignoruje”. To nie była zazdrość o opiekuna, ale zazdrość o jego uwagę i czas.
-Jamie! Nie ignoruj mnie!- zdenerwował się Edmund, tym razem mając całkowitą rację, bowiem jego opiekun zamiast odpowiedzieć na pytanie, znowu pozwolił swoim myślom odpłynąć w bardzo dziwnym kierunku.
-Przepraszam, Edmund- odparł ze skruchą historyk.- Nie idę na randkę. Tylko do twojego zamku.
-Z nią! Nie chcę jej w swoim zamku! Ty też nie musisz tam iść!
-Edmund, nie zaczynaj…- poprosił spokojnie James, a hrabia prychnął, wyraźnie rozjuszony.- Wiesz, że zajmuję się takimi sprawami. Poza tym, tu chodzi też o ciebie. O twoją historię. Twoją przeszłość. Czasy w których żyłeś. To znaczy w których żyłeś kiedyś, a które teraz są przeszłością- usiłował wytłumaczyć. Lancaster zmarszczył brwi, wpatrując się w niego chmurnie.- Muszę się tym zająć. Z Anette się nie umawiam i to się raczej nie zmieni… A profesor Richardson jest naprawdę miłym człowiekiem. Jestem pewien, że wkrótce go polubisz.
Edmund Lancaster prychnął cicho, odwracając wzrok.
-Nie sądzę- odparł wyniośle.

James nie miał ochoty na długie spacery, nie zamierzał tracić czasu, ani tym bardziej męczyć Edmunda, w związku z czym zdecydował się na podróż czymś, co zbytnio nie uszczupliło jego i tak zatrważająco małego budżetu – skorzystał z usług komunikacji miejskiej. Nie był to pierwszy raz, kiedy panicz Lancaster podróżował publicznymi środkami transportu. Wczoraj również dotarli w pobliże osiedla pana Richardsona w taki właśnie sposób. I mimo, że młody hrabia zwyczajowo był zaintrygowany wszystkim co współczesne, nieznane, a przede wszystkim, mechaniczne, taki sposób przemieszczania się wyraźnie nie zrobił na nim wrażenia. Wprost przeciwnie. Całą drogę narzekał na hałas, wyraźnie się denerwował (zwłaszcza na zakrętach) i nietrudno było się zorientować, że cała, ledwie kilkunastominutowa podróż wiązała się dla niego z dużym dyskomfortem. Tym razem nie było niestety lepiej. Ba, było znacznie gorzej. Już gdy wsiadali, w autobusie było dużo ludzi, a na następnym przystanku, wewnątrz zrobiło się zupełnie tłoczno. Z rozmów między pasażerami wynikało, że jadą na jakiś rodzinny festyn, o którym oczywiście historyk nie miał żadnego pojęcia – i nic dziwnego, ostatnimi czasy lepiej wiedział, co działo się w tym mieście przed kilkuset laty niż ledwie wczorajszego dnia. Nietrudno było się domyślić, że w trzęsącym się autobusie, stojąc przyciśnięty do poręczy, pomiędzy tłumem innych, ładujących się na siebie osób, Edmund Lancaster musiał czuć się źle. Bardzo źle. Co z początku okazywał jedynie łypiąc na wszystkich złowrogo i trzymając kurczowo Jamesa za rękę (co z kolei musiało przywodzić ewentualnym obserwatorom – o ile w tym zgiełku ktokolwiek to zauważył –na myśl, dość oczywiste wnioski), ale wkrótce, mimo iż mężczyzna robił wszystko, by go uspokoić, młodzieniec nie wytrzymał i dosłownie eksplodował gniewem. Warczał na ludzi, by ci się od niego odsunęli, by go nie dotykali, by nie dotykali „Jamie’ego” i by nie naruszali jego „życiowej przestrzeni”, bo w przeciwnym wypadku czeka ich „sroga kara” i „niewątpliwie pożałują swoich haniebnych uczynków i braku szacunku”. W międzyczasie powoływał się na swojego wpływowego wuja i w ogóle na cały swój ród, zagroził paru osobom chłostą, a jednej nawet ścięciem głowy, z chwili na chwilę denerwując się coraz bardziej, zapewne ze względu na to, że jego słowa nie robiły aż takiego wrażenia, jak tego oczekiwał i pragnął.
… W tych okolicznościach, James nie uspokajał już jedynie swojego podopiecznego, ale i wszystkich pasażerów, zwłaszcza tych, którzy poczuli się dotknięci co poniektórymi obelgami młodzieńca i nieśmiało, subtelnie dawał do zrozumienia, że jego towarzysz nie jest do końca przy zdrowych zmysłach. Edmund Lancaster niewątpliwie śmiertelnie obraziłby się za podobne sugestie, jednak na szczęście dla historyka, jakiekolwiek sugestie rzadko wyłapywał.
Nic więc dziwnego, że mężczyzna poczuł prawdziwą ulgę, gdy wreszcie wysiedli na odpowiednim przystanku i resztę drogi do domu profesora pokonali piechotą. Młody hrabia zdążył w tym czasie nieco ochłonąć, co było Jamesowi na rękę, nie chciał, by ten denerwował się jeszcze bardziej przed wizytą u pana Richardsona. Przeszli przez bramę prowadzącą do jego posiadłości, którą ten po raz kolejny zostawił otwartą, po czym historyk zapukał do drzwi.
Te otworzyły się niemalże natychmiast, jakby ktoś stał tuż przy nich, wyczekując ich przybycia. W wejściu stanął profesor Richardson, który uśmiechnął się szeroko na widok swych gości.
-Wreszcie jesteście…- rzucił, choć James wątpił, by się spóźnili, wprost przeciwnie, na pewno byli przynajmniej kilka minut przed godziną, na którą się umówili.- Dasz wiarę, że jeszcze kwadrans temu musiałem stąd przeganiać jakiegoś akwizytora…?- zachichotał. Historyk uśmiechnął się niepewnie w odpowiedzi, przyglądając się swemu niedawnemu wykładowcy z uwagą. Wyglądał właściwie jak zawsze – był ogolony, uczesany i elegancko ubrany, jednak było w nim coś dziwnego. Być może to wrażenie miało związek z faktem, że James właściwie od progu poczuł dość intensywną woń alkoholu.- Wejdźcie, wejdź, James…- powiedział mężczyzna, wpuszczając swych gości do holu.- Dobrze cię widzieć- zwrócił się ponownie do byłego studenta.- Zastanowiłeś się nad naszą wczorajszą rozmową…?
Edmund prychnął. Zapewne fakt, że został całkowicie pominięty w tym powitaniu i potraktowany niemalże jak powietrze albo przynajmniej dodatek do swojego towarzysza, musiał go bardzo rozgniewać.
James oparł dłoń na ramieniu młodzieńca i spojrzał na Richardsona.
-Profesorze… Edmund jest bardzo zestresowany tą wizytą- wyjaśnił, chcąc subtelnie dać mężczyźnie do zrozumienia, że powinien mu poświęcić nieco więcej uwagi.
-Hm…? Doprawdy? Niepotrzebnie!- zaśmiał się profesor.- Co mogę dla ciebie zrobić, Edmund?- zagaił młodzieńca, wykorzystując tą okazję, by przyjrzeć mu się z równie wielką uwagą, co wczorajszego dnia.
-Chcę jeść- odparł hrabia.
Pan Richardson zdumiał się niepomiernie.
-Jeść…?- powtórzył niepewnie, po czym zerknął na swojego byłego studenta.
James skinął głową.
-Edmund je jak normalny człowiek- odparł, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że nie był to najlepszy dobór słów. Wszak normalny człowiek miał też normalnie funkcjonujący organizm, który pozwalał treści pokarmowej wędrować w odpowiednie miejsce, gdzie ta była trawiona, a następnie wydalana. Co prawda u Lancastera, jakimś cudem, ten mechanizm również działał, ale „cuda” właśnie nie bardzo pasowały do określenia „norma”.
-Ha… Nie spodziewałem się- przyznał profesor.- Zaraz coś dla ciebie przygotuję- zwrócił się do młodego Lancastera.- Może poczekasz w salonie…? Możesz pooglądać telewizor i…
Większej zachęty młody hrabia nie potrzebował, zwłaszcza, że towarzystwo profesora wyraźnie mu nie odpowiadało i bez słowa, dumnym krokiem, ruszył we wskazanym przez niego kierunku. James uśmiechnął się lekko pod nosem, po czym wbił uważne spojrzenie w stojącego przed nim mężczyznę.
-Przepraszam, profesorze, ale muszę zapytać…- zaczął. Nie chciał tego robić przy młodzieńcu, by go dodatkowo nie denerwować.- Czy pan jest pijany?- rzucił otwarcie, nie kryjąc niepokoju.
-Ja?- pan Richardson zaśmiał się głośno, machnąwszy dłonią.- Skąd! Skądże znowu! To znaczy wczoraj… Owszem, trochę sobie pofolgowałem. Ale któż uczyniłby coś innego na moim miejscu…?
Mężczyzna uśmiechnął się tylko niepewnie. Profesor zachowywał się tak, jakby dziś również wychylił kieliszek lub dwa. Nim jednak historyk zdążył o coś zapytać, były wykładowca ogarnął go ramieniem i zaczął prowadzić w kierunku jednego z pomieszczeń, jak się chwilę później okazało, kuchni. Gdy tylko się w niej znaleźli, zamknął drzwi i nie kryjąc podekscytowania zapytał znowu:
-Czy przemyślałeś już to, co ci wczoraj mówiłem?
James spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Czy przemyślałeś to, że Edmund Lancaster może być cenny dla naszej nauki jak mało kto…?- wytłumaczył.
Jego niedawny student odetchnął cicho.
-Mówiłem już, profesorze… Nic takiego nie wchodzi w grę- zaznaczył stanowczo.- Przynajmniej dopóki nie rozwiążę tajemnicy jego morderstwa.
Był to oczywisty wybieg i stawianie daleko idącego celu, bo James nie wyobrażał sobie, by i wówczas zgodził się na to, by oczy całego świata skoncentrowały się nagle na Bogu ducha winnym Edmundzie, nie wspominając już o reszcie działań.
-A co z tajemnicą jego życia…?- nie odpuszczał pan Richardson.- Zastanawiałem się wczoraj nad tą sprawą przez cały wieczór. Nad jej wszystkimi aspektami – także tym moralnym i etycznym. Rozumiem twoje obawy, ale… Przecież istnieją pewne priorytety. Istnieją rzeczy ważne i ważniejsze! Wiele lat temu, pewien naukowiec podał kilkunastu dzieciom drobnoustroje groźnej choroby, licząc się z tym, że mogą zginąć, ale dzięki temu wynalazł szczepionkę na czarną ospę! Dziś nie zgodzilibyśmy się na nic podobnego, ale czy można zaprzeczyć, że jego odkrycie zrewolucjonizowało świat i poprawiło jakość naszego życia…? Edmund Lancaster jest kimś absolutnie wyjątkowym. Kimś, kogo badanie może przynieść nam odpowiedzi na wiele pytań. Może dzięki niemu będziemy mogli żyć dłużej. Funkcjonować bez ważnych narządów. Może nie będą dłużej potrzebne przeszczepy. Może sięgniemy dalej i odkryjemy sekret nieśmiertelności! Zdajesz sobie sprawę z tego, jak wiele możliwości otwiera istnienie kogoś takiego, jak on…? Dla wielu ludzi stanie się on wręcz obiektem kultu! Dowodem na to, że cuda się zdarzają! Jest jedyny w swoim rodzaju! A może nie…? A co, jeśli czeka na nas więcej takich, jak on…? Co, jeśli potrzeba jedynie odpowiedniej osoby, aby ich znaleźć…? A może chodziło o ciebie, James? Kto wie? Kto wie…? Pomyśl, ile historycznych wydarzeń stanie się dla nas mniej zagadkowych!
-Wierzę, że nie znalazłem Edmunda bez przyczyny…- odpowiedział cicho historyk.- Myślę, że udało mi się to dlatego, że chciałem rozwikłać zagadkę jego śmierci. Oczywiście nie byłem pierwszym, który do tego dążył, ale sądzę, że musiał istnieć jakiś związek przyczynowo skutkowy, a nic innego nie przychodzi mi do głowy. Dlatego też czuję, że to właśnie jest moim celem. Odkrycie tego, co stało się z nim i z jego rodziną. Przez kogo zostali zamordowani i dlaczego. Może wtedy zrobię krok do przodu. I wtedy dowiem się także, jak to się stało, że Edmund Lancaster wciąż żyje.
-Ależ nie musisz robić tego wszystkiego sam, chłopcze!- przekonywał go Richardson.- Jest wielu historyków i wielu naukowców. Żyjemy w innych czasach. Dobrych czasach. Naukowcy nikogo nie mordują, ani nie krzywdzą, by udowodnić swoje racje. Prawa człowieka są przestrzegane. A Edmund jest przecież, mimo wszystko, człowiekiem…- to „mimo wszystko” jakoś zakuło Jamesa i bardzo mu się nie spodobało.- Pomyśl, na ilu ludziach przeprowadza się eksperymenty i badania, ale czy ich prawa są pogwałcane…? Czy są torturowani, czy cierpią…? Gdybyś tylko…
-Nie!- zaprotestował mężczyzna, tym razem znacznie bardziej stanowczo i ostro niż wcześniej. Jego niedawny wykładowca znieruchomiał i wbił w niego pełne zdumienia spojrzenie.- Powiedziałem już panu, że na to nie pozwolę.
-Czy zdajesz sobie sprawę z odpowiedzialności, jaką jesteś obciążony, nie ujawniając nikomu takiego odkrycia?!- warknął Richardson, wyraźnie rozjuszony odmową.
-Zdaję sobie sprawę z odpowiedzialności za Edmunda. To mi wystarcza.
-To niedorzeczne, James!- wykrzyknął profesor.
-Chronienie kogoś, na kim nam zależy?
-Stawianie jednego człowieka ponad dobro wszystkich innych!- głos pana Richardsona z chwili na chwilę stawał się coraz bardziej donośny.- Ponad naukę! Sądziłem, że to rozumiesz!
-A ja sądziłem, że pan zrozumie…- odparł cicho James, nie kryjąc rozczarowania.- Widać się myliłem.
Nie mówiąc już nic więcej, opuścił kuchnię i wrócił do holu.
-Edmund!- zawołał podopiecznego.- Edmund!
Młodzieniec wyłonił się z salonu i spojrzał na historyka pytająco.
-Wracamy do domu…- oznajmił James, wymuszając na sobie uśmiech, by nie niepokoić młodego Lancastera i mając nadzieję, że ten nie słyszał ich kłótni.
-Nie, James, zaczekaj!- zawołał desperacko profesor Richardson, również pojawiając się w pomieszczeniu. Podszedł do byłego studenta szybkim krokiem, patrząc na niego niemalże błagalnie.- Przepraszam. Wybacz mi, proszę! Wiem, że mnie poniosło, ale musisz zrozumieć… To wielka sprawa! Niezwykłe odkrycie! Nie możesz mnie winić, że rozważałem różne możliwości.,,
Mężczyzna odwrócił wzrok i tylko pokręcił głową, nie będąc pewnym, czy te przeprosiny go przekonały. Powiedział o wszystkim właśnie profesorowi Richardsonowi dlatego, że zawsze mógł liczyć na jego wsparcie, a ten nigdy nie zawiódł jego zaufania. Wydawało mu się, że nikt, poza nim, nie będzie mu w stanie pomóc. I z opieką nad Edmundem i z rozwiązaniem jego zagadki. Teraz jednak nie był już przekonany, co do słuszności swojej decyzji.
-Przepraszam…- powtórzył Richardson już nieco spokojniej, biorąc głęboki oddech.- Zdaję sobie sprawę z tego, że zachowałem się skandalicznie. Poniosło mnie. Chciałem ci jedynie pokazać mój punkt widzenia, ale… Wiem, że przesadziłem. Proszę, nie rezygnuj z mojej pomocy. Wierz mi, James, że niezależnie od tego, co się zdarzyło chwilę temu… Zrobię co do mnie należy. Przysięgam.

Pan Richardson długo musiał przekonywać swojego niedawnego studenta, by ostatecznie zgodził się pozostawić swego podopiecznego w jego rękach. Szczerze mówiąc, James mocno się wahał i naprawdę niewiele brakowało, a zabrałby Lancastera z domu profesora i wrócił z nim do siebie, rezygnując z wizyty w zamku. Chyba zresztą ta kwestia przeważyła w decyzji, jaką podjął. Jego spór z byłym wykładowcą wzbudził w nim duży niepokój. Z jednej strony starał się tłumaczyć sobie jego reakcje i zachowanie – miał wszak rację, nie co dzień spotykało się na swojej drodze żywo-zmarłych paniczów sprzed wielu wieków,  trudno było również nie przyznać, że z naukowego punktu widzenia, Edmund Lancaster był właściwie bezcennym znaleziskiem. Badanie jego ciała wyjaśniłoby sposób, w jaki funkcjonuje, a ponad to, rzeczywiście, mogłoby się okazać przełomowe nie tylko w samej biologii, ale pewnie i medycynie, a może także wielu innych, pokrewnych dziedzinach. James jednak aż za dobrze wiedział, co to oznaczało dla samego hrabiego. Już teraz jego życie trudno było uznać za „normalne”, ale jako obiekt laboratoryjny, będący przedmiotem nieustannych testów i badań (wszak nietrudno było sobie wyobrazić, że wielu naukowców, z wielu krajów chciałoby go zobaczyć osobiście i sprawdzić, czy całe zamieszanie wokół jego osoby nie jest jedną, wielką fikcją czy spiskiem) nie miałby go wcale. Nie mógł jednak tolerować tego, z jaką zapalczywością profesor usiłował przekonać go do zmiany zdania. Brzmiał niemalże obsesyjnie. Przychodząc do niego z Edmundem, James oczekiwał od niedawnego wykładowcy znacznie większej dozy zrozumienia i tolerancji. Przeliczył się. Wiedział, że pan Richardson nie był dziś… w najlepszej kondycji. Co zresztą również świadczyło na jego niekorzyść. Tak czy inaczej, zaufanie zostało nadszarpnięte. I historyk nie był pewien, czy ponownie zdecyduje się na to, by pozostawić Lancastera wraz z profesorem. Na szczęście, póki co, w grę wchodził tylko ten dzień. Tylko jeden dzień. Nic złego nie mogło się wydarzyć.
Musiał uspokoić Edmunda, bo ten bardzo się zdenerwował ich wymianą zdań, a później pożegnał się z młodzieńcem, obiecał, że odbierze go za kilka godzin, po czym raz jeszcze poprosił pana Richardsa, by ten dobrze się nim zajmował i opuścił jego posiadłość.
Wciąż nie do końca przekonany co do tego, czy dobrze zrobił, ruszył do zamku. Ze względu na wszystkie okoliczności, na miejscu zjawił się nieco spóźniony. Anette już na niego czekała.
-Cześć- rzuciła wesoło.
-Cześć- odpowiedział James, uśmiechając się do niej lekko.- Przepraszam za spóźnienie.
-Nie ma sprawy. Chociaż nie mogłam się już doczekać!- zaśmiała się dziewczyna.- Edmund z tobą nie przyjechał…?- zapytała, nieco zaskoczona.
Mężczyzna pokręcił głową.
-Nie, on... Jest u znajomego.
-Ach, tak… Wspominałeś, że nie interesuje się historią- przypomniała sobie rudowłosa.- Chociaż nazywając się tak, jak jeden z mieszkańców tego zamku…- zaczęła, zerkając na budynek, po czym zagryzła wargę i zachichotała cicho.- Idziemy?
Podeszli razem do bramy. James otworzył ją i wpuścił dziewczynę na teren posiadłości. Ruszyli razem w stronę zamku. Anette rozglądała się dookoła z uwagą, wyraźnie nieco zdezorientowana.
-To tyle…?- zapytała w końcu szeptem historyka, jakby obawiała się, że ktoś może ich usłyszeć.- Wystarczy po prostu przejść przez bramę…? Nie ma tutaj żadnych strażników albo… chociaż… sama nie wiem… nadzorcy?
-Pewnie jest…- odparł ostrożnie mężczyzna, choć w rzeczywistości nie zdziwiłby się, gdyby było inaczej. Ten zamek był specyficzny. Nie tylko ze względu na fakt, że znalazł w nim żyjącego przed wiekami hrabiego, w trudnym do jednoznacznego określenia stanie. Wszystko, co go dotyczyło, było dziwne. Nie budził niczyjego zainteresowania, jakby pozostawał na uboczu całego świata i naprawdę nikogo nie obchodził.- Chyba musi być ktoś, kto tu przychodzi, przynajmniej raz na jakiś czas. Jednak gdy byłem tu po raz ostatni, także nikogo nie spotkałem.
-Naprawdę?!- rzuciła dziewczyna, wyraźnie oburzona.- Ktoś powinien tego wszystkiego pilnować! A poza tym… Pomyśleć, że bałam się tu przyjść, żeby nie wpaść w tarapaty…- westchnęła, wyraźnie strapiona tym, że nie odważyła się odwiedzić tego miejsca sama.
James uśmiechnął się lekko.
Wszystko było dokładnie takie, jak zapamiętał. Brudna tabliczka, informująca o tym, że znajdują się na posiadłości należącej niegdyś do Lancasterów, a będącej obecnie własnością miasta i zabytkiem. Duże, frontowe drzwi, których otwarcie po raz kolejny przysporzyło mu nieco trudności. Długi, ciągnący się niemalże do przeciwległej ściany budynku korytarz, pełen mebli i obrazów. Podążyli nim oboje. James już ostatnim razem przyglądał się wszystkiemu z dużą uwagą, ale teraz starał się koncentrować na każdym, najmniejszym nawet fragmencie, jakby oczekiwał, że może znaleźć tu odpowiedź na dręczące go wątpliwości. Anette była wyraźnie podekscytowana i zachwycona tym, że wreszcie znalazła się w środku zamku. Oglądała dokładnie każdy mebel, jaki mijali, dotykała, chcąc poznać ich strukturę, nieśmiało otwierała szafki, zaglądając do ich, w zdecydowanej większości pustego, wnętrza. W pewnym momencie, zatrzymała się przy rodzinnym portrecie Lancasterów. James również przystanął w tym miejscu. Ciche westchnienie wyrwało się z jego warg. To tutaj po raz pierwszy spotkał Edmunda.
-Sądzisz, że to wszystko jest prawdziwe…?- zapytała, przesuwając dłonią po zdobionej ramie, by nieco oczyścić ją z kurzu.- To znaczy, te meble… Zostały odrestaurowane czy to zwykłe repliki?
-Nie wiem.
-Bo jeśli to nie są repliki, wszystko jest w doskonałym stanie…- stwierdziła dziewczyna, nie kryjąc podziwu.- To znaczy nie licząc kurzu i pajęczyn, ale mimo wszystko… Przecież ani Edward Lancaster, ani żaden z jego spadkobierców nie zamieszkiwali w tym zamku. Całe wyposażenie byłoby zatem dokładnie takie, jak wtedy, gdy zamek należał do Edmunda Lancastera.
James uśmiechnął się tylko w odpowiedzi. Nie był dziś zbytnio rozmowny, szczerze mówiąc, mimo starań, miał problemy z tym, żeby skupić się na czymkolwiek, z badaniem tego miejsca włącznie. Martwił się o Edmunda. Zastanawiał się, jak postępuje wobec niego profesor. Czy nie zadaje pytań, które zdenerwują młodzieńca albo sprawią mu przykrość. Młodego hrabiego nietrudno było wytrącić z równowagi, a potomkowi Lancasterów zdarzało się niekiedy bywać bardzo impulsywnym, więc sytuacja mogła nie być zbyt przyjemna.
-Nie wydaje ci się to dziwne…?- zagadnęła go Anette, gdy weszli do pierwszego pomieszczenia. Otworzyła torebkę i zaczęła w niej czegoś szukać, kontynuując- Jesteśmy tu tylko my dwoje. Zupełnie, jakby nikt inny nie interesował się tym miejscem. Nie chodzi zresztą o samą obecność, ale i wszystko inne.
-Tak… Tak, to jest dziwne…- potwierdził jej słowa James, choć myślami był daleko od tego tematu.
Dziewczyna wyjęła aparat fotograficzny i zaczęła pstrykać zdjęcia.
-Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza…?- dopytała po chwili.- Wiem, że niektórych miejsc nie wolno fotografować, ale to strasznie głupia zasada, poza tym, tego zamku chyba nie dotyczy…
Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
-Wyślesz mi te zdjęcia później?
-Jasne!- odparła rudowłosa z niegasnącym entuzjazmem.
Historyk chciałby być teraz w podobnym nastroju i podzielać jej zapał.
Przeszli parter, następnie weszli na piętro i tam również obejrzeli wszystkie pomieszczenia. W końcu pozostało im jedno: piwnica. Ponownie zeszli więc na dół, a następnie dostali się niewielkimi schodkami do kamiennego, pogrążonego w ciemności pomieszczenia. Na to Anette również okazała się przygotowana. Już po chwili wyciągnęła latarkę, którą oświetliła im drogę. James aż nie mógł uwierzyć, że nie wpadł na to samo. Ona pomyślała o wszystkim, on – myślał głównie o tym, co zrobić z Edmundem i jak zapewnić mu bezpieczeństwo.
-Potrzymasz…?- rzuciła rudowłosa, podając mu przedmiot.- Poświeć naokoło, a ja zrobię zdjęcia…
Historyk wziął od niej latarkę. Kolejno oświetlał poszczególne zakątki piwnicy, samemu przyglądając się wszystkiemu z uwagą. Pomieszczenie było nieduże, ale zupełnie puste i bardzo zimne. W pewnym momencie, coś rzuciło mu się w oczy. Na jednej ze ścian, zobaczył nieduży, czerwony kształt. Podszedł bliżej i dłonią odgarnął z tego miejsca warstwę kurzu. Ukazał mu się specyficzny symbol. Krzyż wsparty o szkarłatne oko.
-Widziałem już ten znak…- szepnął, w pierwszej chwili nie mogąc tego skojarzyć. Anette podeszła do niego- Na tym liście, który mi pokazałaś- podchwycił, spoglądając na dziewczynę.- Skoro był tam i jest tutaj… To nie jest przypadek…- szepnął, marszcząc brwi.- To musi coś znaczyć.
-Możliwe. Licz się z tym, że może znaczyć na przykład: „To moja piwnica, nie kradnij, bo przeklniemy cię na wieki”- zachichotała dziewczyna.- Mówiłam ci, że strasznie zaciekawił mnie ten symbol i starałam się go znaleźć. Przeszukałam wszystko, co związane z Lancasterami i nie znalazłam niczego podobnego. Ani symbolu, ani nawet słownej wzmianki o nim.
-Więc może nie powinniśmy się ograniczać do Lancasterów…- zasugerował mężczyzna. Anette spojrzała na niego z zaciekawieniem.- Może powinniśmy sprawdzić także pozostałych arystokratów zamieszkujących te ziemie. Wszystkich, z którymi Lancasterowie utrzymywali kontakt. Każdą rodzinę, z którą mieli albo chociaż mogli mieć coś wspólnego. Jeśli ten symbol coś znaczy, na pewno pojawi się ponownie.
… A jeśli nie, James znów zostanie z niczym. Nie żeby ten znak musiał być dla całej sprawy istotny. Dziewczyna miała rację, mógł oznaczać cokolwiek, ale skoro pojawił się już dwukrotnie, nie był to zwykły bazgroł. Nawet, jeśli nie miał nic wspólnego z Lancasterami, a tym bardziej z ich śmiercią, historyk musiał od czegoś zacząć.
-Możesz na mnie liczyć- zaoferowała się rudowłosa.
Mężczyzna spojrzał na nią z uśmiechem.
-Liczę raczej na twoje tajemnicze dojścia w archiwum.
Zachichotała pogodnie.
-Partnerzy?- zapytała, wyciągając dłoń.
Historyk skinął głową, ściskając ją lekko.
-Partnerzy.

Anette chciała obejść całą posiadłość raz jeszcze, ale James kompletnie nie miał do tego głowy. Zależało mu jedynie na tym, by jak najszybciej odebrać Edmunda. Chciał zostawić dziewczynę samą, ale ta stwierdziła, że woli nie przebywać w tym miejscu na własną rękę, w razie gdyby ktoś odpowiedzialny za zamek raczył się tu, mimo wszystko, pokazać. Pożegnali się więc. Rudowłosa obiecała, że dowie się wszystkiego, co znajdzie i poprosiła, by historyk dał jej znać, gdy ponownie będzie chciał obejrzeć zamek. James zgodził się, choć nie potrafił nawet wstępnie podać terminu ewentualnej, powtórnej wizyty. Musiał uporządkować sprawę z profesorem Richardsonem, a jeśli nie mógłby już liczyć na jego wsparcie, zastanowić się, co dalej robić z Edmundem i jak przygotować go na samotne oczekiwanie w domu.
Wsiadł w najbliższy autobus. Nie kursował do przystanku, na którym wysiadł z Edmundem, więc James musiał wysiąść wcześniej i resztę drogi pokonać na pieszo, nie opłacało mu się bowiem czekać na inny, zresztą chyba za bardzo się niecierpliwił. Tym razem brama od posiadłości profesora była zamknięta. Mężczyzna nacisnął umocowany przy niej przycisk, po czym usłyszał dobiegające z domu pana Richardsona, głośne dzwonienie. Czekał kilka minut, ale profesor się nie pojawił. Zadzwonił więc raz jeszcze. I jeszcze raz. Zdumiony i zdezorientowany, czując narastający niepokój, wyjął komórkę i wybrał numer byłego wykładowcy, licząc na to, że może ten jest na piętrze i zwyczajnie go nie słyszy. Wyglądało jednak na to, że profesor miał wyłączony telefon.
James był przerażony. Nie miał pojęcia, co robić. Nie bacząc na to, że ktoś może go zauważyć, zdecydował się przejść przez niezbyt wysokie ogrodzenie, a następnie dobiegł do drzwi. Załomotał w nie z całych sił.
-Panie Richardson!- krzyknął.- Panie Richardson!
Nie było żadnej reakcji. Obszedł dom dookoła.
-Panie Richardson!- zawołał raz jeszcze.- Edmund! EDMUND!
Dopiero, gdy ponownie znalazł się przy frontowych drzwiach, zdał sobie sprawę z tego, że na podjeździe brakuje samochodu profesora.
Boże. Dobry Boże. Zabrał gdzieś Edmunda. Ale dokąd? Do kogo? I w jakim celu…? Mężczyzna czuł narastającą panikę. Niepokoił się o podopiecznego. Nie powinien był go tutaj zostawiać. Nie powinien był! Dał się udobruchać tymi przeprosinami i uznał, że profesor nie ośmieli się zrobić niczego podobnego, a już na pewno nie w tak krótkim czasie, nie dziś! Jak mógł to zrobić…?
James nie miał pojęcia, jak postąpić. Wiedziony ostatnią, złudną nadzieją, wrócił do siebie, licząc na to, że być może pan Richardson, z jakichś względów, odwiózł młodego Lancastera tam albo sam Edmund uciekł i właśnie czekał na swojego opiekuna. Historyk nie mógł się jednak nawet dziwić, gdy przekonał się, że na klatce schodowej nikogo nie ma. Pospiesznie wszedł do mieszkania. Zatrzymał się w progu i nerwowo przeczesał włosy palcami, nie mając pojęcia, co robić. Chwycił za komórkę. Dłonie mu drżały. Raz jeszcze wybrał numer Richardsona, z takim efektem, jak i wcześniej. Chciał zadzwonić na policję, ale po chwili wahania, zdecydował się tego nie czynić. Co właściwie miałby im powiedzieć…? Może, że jego dawny wykładowca, rektor uczelni, porwał jego podopiecznego…? Nawet, gdyby pominąć fakt, że ten teoretycznie zmarł przed wiekami, brzmiało to nieprawdopodobnie, biorąc pod uwagę to, że nie miał żadnych dokumentów, niczego, co świadczyłoby o tym, że ów podopieczny w ogóle istniał.
Postanowił, że znowu pojedzie do profesora i będzie czekał pod jego domem. W końcu Richardson musiał tam, prędzej czy później, wrócić!
Nim jednak wyszedł z mieszkania, usłyszał dźwięk telefonu. Natychmiast chwycił za komórkę, choć numer, jaki zobaczył na wyświetlaczu, był mu nieznany. Odebrał.
-Halo?- zaczął nerwowo.
-James…?- usłyszał podobnie brzmiący głos byłego wykładowcy.
Mężczyzna zamarł momentalnie, zdumiony.
-Profesorze, gdzie pan jest?-  rzucił natychmiast.- Gdzie jest Edmund?!
-Spokojnie, James, spokojnie…- odparł pan Richardson, choć sam zdecydowanie na spokojnego nie brzmiał.- Stało się coś… eee… nieoczekiwanego. Jestem na komisariacie policji. Potrzebuję cię, chłopcze. Musisz mi pomóc wyjaśnić małe nieporozumienie…

7 komentarzy:

  1. Anonimowy7:16 PM

    Wow... *.*
    Napisze więcej jak pozbieram szczękę z podłogi...

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy8:07 PM

    mam nadzieję, że to 'nieoczekiwane' będzie zabawne :)

    ed.

    OdpowiedzUsuń
  3. ...lubisz psuć życie bohaterom swoich opowiadań, co? ;.; lubisz przyprawiać swoich czytelników o palpitacje serca i zapewniać im bezsenne noce, co? ;.; Będę się kolejny tydzień zastawiać, co też się do Diabła stało ;.;

    OdpowiedzUsuń
  4. I teraz pojawia się pytanie... Za ile dni, tygodni, czy miesięcy dostaniemy kontynuacje? Ile czasu będziemy musieli czekać, żeby dowiedzieć się, co się wydarzyło? I czemu tak długo? ; - ; Boże... Tak bardzo chciałabym wiedzieć, co się stało. Tak bardzo się martwię. Biedny Edmund, biedny James... To ten cały profesor! To jego wina! ;c

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy10:43 PM

    proszę zrób wyjątek i dodaj szybko cuąg dalszy. bo..no nie wytrzymie no. tyle emocji. poza tym wkurzył mnie ten profesorek Ciekawa jestem co zrobił... Chyba ze Edmund sam uciekł od niego.
    dziękuję za rozdzial.
    i przepraszam, że tak rzadko piszę,ale wiedz że czytam wszystko co dodajesz i z niecierpliwością czekam na kolejne rozdziały.

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy7:42 PM

    No nareszcie mialam czas, zeby wpasc do ciebie i sobie poczytac :D bo ostatnio zalatana bylam ;)
    Czekam, jka to dalej rozwiniesz. I oczywiscir zapraszam do mnie, tez odzylam ;)

    Kunoichi
    www.slodkiswiatyaoi.blox.pl

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy8:18 PM

    Why?! W takim momnecie?! Silencio, tak się nie robi! Hm, no dobra, autorzy zawsze tak robią :P Ale już mnie zżera ciekawość, co to się wydarzyło u profesora. Podejrzewam, że Richardson chciał zrobić coś wbrew Edmundowi, a tym samym wbrew prośbom Jamesa, ale Edmund bywa cwańszy niż się wydaje i jakoś sobie poradził ;) Oby. Co nie zmienia faktu, że nie mogę się doczekać kontynuacji.
    Alys

    OdpowiedzUsuń