Strony

sobota, 23 listopada 2013

§ 19 § [YFM]

Absalom był przerażony. Przez moment, ledwie kilka sekund, stał nieruchomo, niczym sparaliżowany, nie będąc w stanie oderwać wzroku od Golvana i jego towarzysza, który w tym momencie również pojawił się w pomieszczeniu. O Stwórco, gdyby to wszystko było ledwie złym snem… Chłopak wiedział jednak aż za dobrze, że podobne koszmary równie skutecznie ścigały go w rzeczywistości. Odzyskał władzę nad własnym ciałem i natychmiast, instynktownie, rzucił się w kierunku bocznego pomieszczenia, chcąc dostać w swoje ręce cokolwiek, czym byłby w się stanie bronić. Kompan Golvana był jednak szybszy. Zatrzasnął tuż przed twarzą młodzieńca niedomknięte wcześniej drzwi i sięgnął po miecz, a następnie wycelował ostrzem w Absaloma. Ten cofnął się odruchowo, jednak handlarz niewolników nie pozwolił mu na zachowanie dystansu, stąpając krok w krok za nim. Młodzieniec czuł chłód stali, przylegającej do jego szyi. Nie mając lepszego wyboru, bowiem w drzwiach stał kolejny wspólnik Golvana, Absalom wszedł na łóżko. Grożący mu bronią mężczyzna zatrzymał się tuż przy meblu. Teraz ostrze znajdowało się na wysokości klatki piersiowej chłopaka, co bynajmniej nie poprawiał sytuacji.
-Kto by pomyślał, że mając pod nosem miasto, ktoś rzeczywiście mieszkałby w takim miejscu jak to…- mruknął najbliższy współpracownik Golvana, rozglądając się dookoła z wyraźnym politowaniem.- W środku lasu… Pośród drzew… Jak na ptaszynę przystało- dodał, zerkając na młodzieńca i uśmiechając się do niego złośliwie, by zaraz zwrócić się do swego wspólnika- Jednak miałeś rację.
-Zwykle ją mam- odparł gładko Golvan, również wodząc wzrokiem po całym pomieszczeniu, w przeciwieństwie do kompana, z wyraźną uwagą i swoistym zaintrygowaniem.
Absalom próbował ocenić swoje szanse, chociaż wiedział, że jest w beznadziejnej sytuacji. Niewiele mógł zrobić, nie ryzykując przy tym własnym życiem. Nawet gdyby zresztą udało mu się chwilowo wyswobodzić, nie miał przy sobie żadnej broni, niczego, czym mógłby walczyć ze znacznie liczniejszą i uzbrojoną grupą przeciwników. Na posłaniu leżał jedynie płaszcz Mortalisa, jednak młodzieniec szczerze wątpił, by ten mógł mu się przydać w takich okolicznościach, pomijając fakt, że zapewne w ogóle nie miałby go jak założyć.
-Arisie, Darsha… Przeszukajcie resztę domu- nakazał Golvan, spoglądając na stojącego w drzwiach, siwowłosego mężczyznę, który skinął głową, wchodząc do środka. W ślad za nim, kroczył drugi z handlarzy, ten bardzo oszpecony. Obaj skierowali się do bocznego pomieszczenia. Otworzyli drzwi.
Absalom drgnął odruchowo, spoglądając w tamtym kierunku.
-Lepiej uważaj…- mruknął pilnujący go mężczyzna, reagując nawet na tak niewielki ruch. Podniósł ostrze wyżej, na powrót celując nim w szyję młodzieńca. Dwaj jego wspólnicy znaleźli się już w pokoju obok.- Nie chciałbym ci poharatać buźki, nawet nie masz pojęcia, jak strasznie obniżyłoby to cenę... Ale jeśli nie pozostawisz mi wyboru, na pewno znajdziemy kupców, którym twój wygląd nie będzie robił różnicy… Jeśli jednak mnie do tego zmusisz, pożegnasz się nie tylko z ładną twarzyczką.
-Możesz mi grozić ile zechcesz…- odparł Absalom, nie będąc w stanie powstrzymać drżenia głosu.- I tak mnie nie weźmiecie! Na pewno nie żywego!
-Uważaj, Absalomie…- odezwał się Golvan, uśmiechając się lekko.- Ja jestem raczej spokojnym i niezbyt rozrywkowym człowiekiem, ale wielu z moich towarzyszy lubi wyzwania…
Jego wspólnik zachichotał cicho, jakby na potwierdzenie tych słów.
-Golvan!- krzyknął siwowłosy jegomość z pomieszczenia obok.- Nie uwierzysz, co znaleźliśmy!
-A co można znaleźć w takim miejscu jak to…?- zakpił stojący przy Absalomie mężczyzna.
Przywódca handlarzy sprawiał jednak wrażenie zaciekawionego.
-Co takiego?- rzucił.
-To… Broń. Dużo broni. W życiu nie widziałem czegoś podobnego… Mogę się mylić, ale… Wydaje mi się, że to może być cenne.
-Co?- parsknął współpracownik Golvana.- Zestaw drewnianych mieczyków…?
Absalom dostrzegł, że Golvan przygląda mu się z uwagą.
-Nie sądzę, by rzeczywiście chodziło o drewniane mieczyki…- odpowiedział, nie przestając się uśmiechać i nie odrywając od młodzieńca badawczego wzroku.- Wydaje mi się za to, że ktoś skrywa przed nami jakąś tajemnicę… Czyż nie, Absalomie? Nie martw się. Spędzimy ze sobą naprawdę dużo czasu. Na pewno będziesz miał okazję nam ją zdradzić. A póki co… Zobaczę, jak wiele warta jest twoja kolekcja.
Przywódca handlarzy przeszedł niespiesznym krokiem przez izbę, zbliżając się do drzwi. Młodzieniec nie patrzył jednak w jego kierunku. Bacznie obserwował twarz tego, którego ostrze wciąż skierowane było wprost w jego krtań. Może Absalom nie był najlepszym uczniem – niektórych kwestii wciąż nie był w stanie pojąć, niektórych technik opanować, a spora część metod Mortalisa, budziła w nim zdumienie i mający źródło w naiwności, opór. Jednak jego opiekun często powtarzał zdanie, które utkwiło młodzieńcowi w pamięci – czekaj na odpowiedni moment i szukaj słabego punktu. I choć chłopak czuł, jak strach ściska jego serce, wiedział, że jeśli chce uciec, musi zaryzykować.
To było ledwie kilka sekund. Zauważył, jak oczy mężczyzny zwracają się w stronę przechodzącego obok Golvana. Jak jego usta otwierają się, jak gdyby zamierzał coś powiedzieć. Jak jego postawa się zmienia – jak gdyby przez ten moment poczuł się zbyt pewnie, rozluźnił, zapomniał o sytuacji, w jakiej się znajduje i zlekceważył Absaloma. Ten moment jednak wystarczył, by młodzieniec zaczął działać. Z całą mocą, chwycił przeciwnika za nadgarstek i odchylając się lekko, bez większych problemów odsunął na bok jego rękę. Na twarzy mężczyzny wymalowało się zdumienie. Jego ramię zesztywniało, widać było, iż gotów jest siłować się z chłopakiem i pewnie miałby spore szanse na zwycięstwo w podobnym starciu, gdyby nie fakt, że młodzieniec miał inne plany. Wykorzystując chwilową dezorientację przeciwnika, wciąż trzymając przed sobą jego wyprostowaną kończynę, z całej siły kopnął go w łokieć. Usłyszał trzask, który zbiegł się z przeraźliwym wrzaskiem. Jego oponent wypuścił miecz z ręki. Upadł na posadzkę i zwinął się na niej, krzycząc głośno z bólu. Absalom chwycił za miecz i zeskoczył z łóżka. Wymierzył ostrzem najpierw w leżącego na podłodze mężczyznę, który nie stanowił w tej chwili dla niego żadnego zagrożenia, a chwilę później, w zaszokowanego nagłym obrotem zdarzeń Golvana. Przywódca handlarzy uniósł dłonie w obronnym geście, nie sprawiając jednak wrażenia zlęknionego czy choćby rozgniewanego. Chłopak zawahał się przez chwilę, nie do końca wiedząc, co uczynić. Zaraz jednak opanował się i zaczął wycofywać prędko z chatki, nie odrywając wzroku od Golvana i zdając sobie sprawę, że gdyby zechciał walczyć z nim i jego pozostałymi wspólnikami, wciąż był na przegranej pozycji.
Gdy tylko znalazł się na zewnątrz, chciał jak najszybciej uciec, korzystając z chwili przewagi, ale nagle coś chwyciło go z niezwykłą mocą i uniosło w powietrze. Zdezorientowany i przerażony chłopak, uczynił to, co wcześniej jego nieszczęsny oponent – upuścił miecz. Dopiero po chwili zorientował się, co się wydarzyło. Trzymał go kolejny wspólnik Golvana. Ten olbrzym, o którym chłopak w tym zamieszaniu, zupełnie zapomniał. Absalom krzyknął i zaczął mocno wierzgać, usiłując wyswobodzić się z żelaznego uścisku mężczyzny, ale nie miał na to wielkich szans. Jego wyczyny zresztą wzbudziły w wielkoludzie jakiś rodzaj irytacji i niepokoju, bowiem ten ścisnął go w innym miejscu, chcąc zapewne, aby chłopak przestał się ruszać – jedną ręką obejmował go w pasie, drugą natomiast, wokół szyi. Młodzieniec szarpnął się raz jeszcze, czując, jak uciska jego krtań, odbierając mu oddech. Usiłował łapać gwałtownie powietrze, ale z chwili na chwilę, było mu coraz trudniej.
-P… Przestań… P-Proszę… Udusisz mnie- wycharczał z trudem.
Wszystko wskazywało jednak na to, że olbrzym ani nie rozumiał jego słów, ani tego, co właśnie, najwyraźniej zupełnie nieświadomie, czynił.
Absalom próbował powiedzieć coś jeszcze, ale nie był w stanie wydusić z siebie niczego więcej. Czuł, że lada chwila zginie. W tym jednak momencie, usłyszał cichy jęk trzymającego go mężczyzny i poczuł, że jego uścisk rozluźnia się wyraźnie. Nim jednak zdążył cokolwiek uczynić, olbrzym runął bezwładnie wprost na niego, całym ciężarem ciała przygniatając młodzieńca do ziemi. To był dla Absaloma bolesny upadek. Z niemałym trudem, wyswobodził się wreszcie spod tego człowieka i odczołgał na bok. Wciąż był przerażony, trząsł się cały i kaszlał głośno, mając wrażenie, jakby coś nadal uciskało jego gardło. Chcąc się zorientować w sytuacji i zrozumieć, co właśnie się stało, spojrzał na pozbawionego przytomności, leżącego twarzą do podłoża olbrzyma. Zauważył, że w jego kark wbite było niedużych rozmiarów ostrze. Zmarszczył brwi, po czym odruchowo przeniósł wzrok w kierunku wnętrza chatki. Serce podskoczyło mu do gardła. Tuż przy jej drzwiach, zobaczył nikogo innego, jak Mortalisa.
-Mor… Morta…- próbował z siebie wydusić, chcąc ostrzec opiekuna przed niebezpieczeństwem, ale jego głos był zbyt słaby, by ten mógł go usłyszeć.
W tym momencie, z chatki wyłonił się siwowłosy wspólnik Golvana. Najpierw spostrzegł leżącego na ziemi współpracownika, a zaraz później – także stojącego ledwie kilka kroków od niego Mortalisa. Był wyraźnie zdezorientowany. Sięgnął dłonią w kierunku pasa, chcąc zapewne dobyć miecza, ale ta chwila wahania wystarczyła, by dać Mortalisowi znaczną przewagę nad przeciwnikiem. Dopadł napastnika w mgnieniu oka. Chwycił go za włosy, gwałtownym ruchem odwracając plecami do siebie. Absalom nawet nie zdążył dostrzec, kiedy w dłoni jego opiekuna pojawił się sztylet, którego ostrze, ledwie sekundę później, zatopiło się w gardle napastnika. Młodzieniec widział nie raz w jaki sposób jego opiekun się poruszał, w jaki sposób walczył, jak szybko reagował, jak precyzyjny i nie pozostawiający oponentowi szans był jego atak. Nigdy jednak nie widział go w podobnych okolicznościach. Nie widział go… takiego. Twarz Mortalisa pozbawiona była wyrazu. Nie był przerażony ani nawet zaskoczony obecnością niespodziewanych gości. Walka zdawała się w nim nie budzić najmniejszych emocji. Morderstwo zresztą również. Jego oczy były lodowate i już nie koncentrowały się na ofierze, która upadła na ziemię, wykrwawiając się. Powolnym, spokojnym krokiem, wszedł do wnętrza domu. Wszystkie jego działania wydawały się być nie tyle nawet dopracowane do precyzji, co wręcz mechaniczne. Jakby nie zastanawiał się nad tym, co robi, ale kierował się jakimś specyficznym instynktem. Instynktem mordercy.
-Morta… Mortalis…!- zawołał chłopak, wciąż bardzo słabym głosem. Powoli dźwignął się na nogi, ale ledwie to uczynił, zrobiło mu się czarno przed oczyma i upadł z powrotem na ziemię, na moment chyba tracąc świadomość.
Wydawało mu się, że słyszał jakiś krzyk. I kroki. Jak gdyby ktoś przebiegł tuż obok niego, ale wszystko to było tak zamglone, że trudno było stwierdzić, czy należało do rzeczywistości, czy do świata złudzeń. Kiedy młodzieniec w końcu się ocknął, ponownie wstał, a następnie chwycił za miecz i pognał do wnętrza domku, chcąc pomóc opiekunowi. Mortalisowi jednak żadna pomoc nie była potrzebna. Gdy bowiem Absalom znalazł się w izbie, zastał potworny widok. Dwa ciała leżały bardzo blisko siebie – mężczyzny, któremu chłopak złamał rękę i tego drugiego, oszpeconego. Obaj mieli poderżnięte gardła. Cała podłoga skąpana była we krwi. Młodzieniec przełknął nerwowo ślinę.
W tym momencie Mortalis wyszedł z bocznego pomieszczenia. Dostrzegłszy podopiecznego, podszedł do niego szybko. Oparł dłonie na ramionach chłopaka.
-Jesteś cały, Absa…?- zapytał poważnie, przyglądając mu się z uwagą.
Ten pokiwał głową. Nie czekając dłużej, upuścił miecz, a następnie wtulił się w ciało mężczyzny i przymknął powieki, nie chcąc widzieć wszystkiego, co teraz go otaczało. Ramiona Mortalisa zacisnęły się wokół niego, jednak tylko na krótką chwilę.
-Zostań tutaj…- poprosił cicho mężczyzna, po czym wyswobodził się z uścisku młodzieńca i wyszedł na zewnątrz.
Absalom kiwnął głową, choć wcale nie chciał odstępować opiekuna na krok, a tym bardziej, nie chciał zostać sam w tym pomieszczeniu. Rozejrzał się dookoła. Ten widok był dla niego przytłaczający. Widział już różne potworne rzeczy, ale za każdym razem reagował tak samo. Pewien rodzaj wrażliwości, którego Mortalis zdawał się wcale nie posiadać, u niego nie ulegał żadnemu stępieniu. Wiedział, że ci mężczyźni byli źli. Wiedział, że chcieli zrobić mu krzywdę i pewnie w odwrotnej sytuacji, nie żałowaliby jego śmierci. On też ich nie „żałował” w dosłownym znaczeniu tego słowa. A mimo to… trudno było mu patrzeć na ich stygnące ciała. Ostrożnie wyminął zwłoki i wszedł do drugiego pomieszczenia, ale to było puste. Zmarszczył brwi. Coś go tknęło. Wrócił. Rozejrzał się raz jeszcze. Mężczyzna ze złamaną ręką. Jego okaleczony wspólnik. Wyszedł na zewnątrz. Mortalis klęczał obok olbrzyma. A gdzie…
-Gdzie jest Golvan?- rzucił ze zdziwieniem chłopak.
Jego opiekun podniósł na niego uważne spojrzenie.
-Kto…?- zapytał bez zrozumienia.
-Golvan… Jeden z nich- wyjaśnił Absalom, mocno zdezorientowany.- Ich przywódca. Nie ma jego zwłok.
Na twarzy Mortalisa wymalowało się zdumienie.
-Był tu ktoś jeszcze…?- szepnął z niedowierzaniem.
Młodzieniec skinął głową. Handlarz niewolników, korzystając z zamieszania, musiał umknąć oczom mordercy i uciec niezauważony. Mortalis nie był jednak kimś, kto byłby w stanie pozostawić tę sprawę w takim stanie. Zerwał się na nogi i ruszył biegiem do lasu.
-Mortalis!- zawołał za nim jeszcze chłopak, ale mężczyzna się nie zatrzymał.
Absalom zagryzł niepewnie wargę. Nie martwił się o opiekuna. Wiedział, że jeśli ten poradził sobie z tą uzbrojoną gromadą, ktoś taki jak Golvan, który zapewne nigdy nie walczył za siebie i miał od tego innych ludzi, nie mógł dla niego stanowić żadnego wyzwania. Tak czy inaczej, wszystkie te okoliczności były potwornie nieprzyjemne i stresujące. Już miał zawrócić i udać się z powrotem do domu (choć wcale nie był pewien, czy chce tam wchodzić), gdy nagle usłyszał zduszony jęk i zauważył, że ogromny mężczyzna porusza się lekko. Młodzieniec był zdumiony, ale bardzo szybko, choć nie bez trudu, przewrócił wielkoluda na plecy nie chcąc, by ten się udusił. Nie ulegało wątpliwości, że gdyby Mortalis chciał go zabić, pomocnik Golvana byłby już martwy. Jeśli więc żył, oznaczało to zapewne, że w ostrzu znajdował się inny rodzaj trucizny. Najwyraźniej taki, który miał go unieruchomić, bowiem olbrzym wciąż miał nieduże pole manewru, nie był w stanie się sam podnieść, właściwie nie potrafił nawet unieść ręki. Połowę twarzy miał zupełnie sparaliżowaną, przez co mówił bardzo niewyraźnie. Nie robiło to Absalomowi żadnej różnicy, bowiem z pełnym przekonaniem był w stanie stwierdzić, że język, którym posługiwał się współpracownik handlarzy, nie był tym, jaki znał on sam. Nie potrzebował jednak znać jego mowy, by wiedzieć, że ranny jest przerażony.
-Nie rozumiem cię…- powiedział chłopak, uśmiechając się niepewnie. Zapewne działało to w obie strony, czuł jednak, że musi się odezwać i liczył na to, że choćby ton jego głosu, uspokoi trochę mężczyznę.- Nie ruszaj się, proszę. Nie bój się. Nikt nie zrobi ci krzywdy.
Wielkolud coś odpowiedział. Mówił bardzo szybko. Absalom nie był w stanie wyłapać ani jednego znajomego wyrazu.
-Basfa… Basfa…- dotarło do niego w końcu i uświadomił sobie, że wcześniej już to słyszał. Przypomniał sobie, że w ten właśnie sposób zwracał się do olbrzyma Golvan albo któryś z jego ludzi.
-To twoje imię…?- podchwycił, po czym wskazał na siebie.- Absalom. Mam na imię Absalom.
Ciężko było stwierdzić czy Basfa zrozumiał jego przekaz. Wciąż sprawiał wrażenie zdezorientowanego i zlęknionego.
W tym momencie, spomiędzy drzew wyłonił się opiekun młodzieńca, który podszedł do nich szybkim krokiem. Był wyraźnie rozgniewany i zaniepokojony. Absalom już wiedział, że nie udało mu się odnaleźć Golvana.
-Mortalis…- zaczął powoli, prostując się i chcąc wyjaśnić całą sytuację.- To wszystko, co się wydarzyło, to…
-Później, Absa- uciął chłodno opiekun chłopaka, po czym przykucnął przy olbrzymie, spoglądając na niego lodowato.- Gdzie on jest?- mruknął szorstko.- Gdzie jest twój przywódca? Gdzie znajduje się wasze schronienie?
Wielkolud znowu coś powiedział, ale jak można było się spodziewać, Mortalis również nie sprawiał wrażenia zorientowanego w jego dziwnej mowie. Gwałtownym ruchem dobył sztyletu, po czym zbliżył go do szyi mężczyzny w aż nazbyt wymownym geście. Olbrzym zakwilił z przerażenia. W jego oczach pojawiły się łzy. Zaczął mamrotać coś niezrozumiale. Może sam przekaz pozostawał dla Absaloma niejasny, ale ton tego człowieka był błagalny i pełen rozpaczy. Wiedział, że mężczyzna i tak nie będzie im w stanie udzielić odpowiedzi. Na pewno nie teraz, gdy jego ruchy były mocno skrępowane, co uniemożliwiało komunikację gestami. Nie chciał, by Mortalis go straszył.
-Gdzie twój przywódca?- rzucił raz jeszcze opiekun młodzieńca, tonem ostrym niczym brzytwa.- Gdzie znajdę Golvana?
-Golvan! Golvan!- zawołał głośno pomocnik handlarzy, wreszcie natrafiając na słowo, które rozumiał. Niestety, dalsza część jego wypowiedzi była równie niejasna jak i poprzednie.- Basfa…- dało się słyszeć pomiędzy obcymi wyrazami.- Basfa…
-Basfa to chyba jego imię- wtrącił niepewnie chłopak.- Odłóż nóż- poprosił.- I tak niczego ci nie powie, on nawet nie rozumie, o co go pytasz.
-Wracaj do domu, Absa- nakazał mu stanowczo Mortalis, nie cofając ostrza.
-Dlaczego…?- zdumiał się chłopak. Przecież musieli gdzieś zabrać tego mężczyznę. Nie mogli go tu zostawić. Mortalis był silny, ale z pewnością nie zdołałby tego zrobić sam. Chyba, że… Młodzieniec zbladł momentalnie, gdy w jego myślach zrodził się nagle aż nazbyt oczywisty wniosek.- Ch… Chyba… Chyba nie chcesz go zabić?- wyjąkał, mając szczerą nadzieję, że się myli.
-Wracaj do domu- powtórzył mężczyzna.
Dla Absaloma stanowiło to najlepsze potwierdzenie. Owszem. To właśnie Mortalis zamierzał uczynić.
-Nie!- zaprotestował stanowczo.- Nie możesz!
Jego opiekun parsknął, w pełnym politowania wyrazie.
-Nie mogę…? Zrobiłem to z wszystkimi pozostałymi. Dlaczego miałbym oszczędzić tego, który chciał cię zabić…?
-Wcale nie chciał!- zawołał z pełnym przekonaniem Absalom. Na wargach Mortalisa wymalował się bardzo nieprzyjemny, pobłażliwy i pełen powątpiewania uśmiech.- Naprawdę! To nie byli mordercy, tylko handlarze niewolników!- Mężczyzna zmarszczył brwi, przyglądając się podopiecznemu z uwagą.- Moja śmierć niczego by im nie dała, chcieli mnie zabrać i sprzedać. Ten człowiek… Basfa… On naprawdę nie zdawał sobie sprawy z tego, co robił.
-Nawet jeśli… Czy stanął w twojej obronie tak, jak ty stajesz teraz w jego…?- rzucił cicho Mortalis.
Odpowiedź była aż nazbyt jasna.
-Nie…- przyznał Absalom po chwili wahania.- Ale to nic nie znaczy!
-Owszem. Znaczy tyle, że nie jesteś mu niczego winien. A on nie zasługuje na życie.
-Przestań!- zaoponował stanowczo młodzieniec. Słyszał pospiesznie wypowiadane przez Basfę słowa, coś na kształt błagania, jego łkanie i jęki. Może olbrzym nie rozumiał tego o czym teraz rozmawiali, ale aż za dobrze zdawał sobie sprawę z tego, co się dzieje.- To nie on o wszystkim decydował, tylko Golvan! Jestem pewien, że Basfa nie chciał mnie skrzywdzić i sam nie zrobiłby niczego takiego! Nie jest łowcą niewolników! Może sam jest niewolnikiem! Zabrali go pewnie ze względu na jego gabaryty i siłę! Nie jest zły!
-Och, czyżby…? Powiedział ci to?- zakpił Mortalis.
-Nie- odparł cicho chłopak.- Ale…
-Nie ma żadnych „ale”, Absa- odpowiedział chłodno mężczyzna, pełnym stanowczości głosem.- Prawda jest taka, że nie masz pojęcia, kim jest ten człowiek. To, co teraz opowiadasz, to jedynie bajka, którą sam ułożyłeś w głowie w imię swojej naiwnej wiary w dobro ludzi, którą wciąż bezpodstawnie wyznajesz. Nawet, gdybyś miał rację, on cię zaatakował. Skrzywdził. Omal nie zabił. Już sam fakt współpracy z handlarzami stawiałby go na równi z nimi.
-Nie, jeśli był do niej zmuszony!
Mortalis uśmiechnął się ledwie zauważalnie.
-Jest naprawdę niewiele sytuacji, w których człowiek jest do czegoś rzeczywiście zmuszony. Współdziałanie z kimkolwiek na pewno do nich nie należy. Niewolnik czy nie, ostatecznie decyzja należała do niego. Gdyby rzeczywiście był dobry i szlachetny, jak twierdzisz, a nie dbał o własne interesy, nie zgodziłby się im pomagać.
-Być może bał się o własne życie!- upierał się Absalom.- To nie czyni z niego złego człowieka! Tylko… zdesperowanego! Wszyscy popełniają błędy!
-I wszyscy za nie płacą. Wróć do domu, Absa.
-Nie- powtórzył stanowczo młodzieniec.- Jeśli chcesz go zabić, zrób to na moich oczach!- rzucił wyzywająco.
-Naprawdę sądzisz, że tego nie uczynię…?- mruknął Mortalis. Absalom tak właśnie sądził. Przez chwilę. Odpowiedź opiekuna nie pozostawiła mu bowiem żadnych złudzeń.- Chciałem ci jedynie oszczędzić cierpienia, ale jeśli zamierzasz na to patrzeć, droga wolna. Może to cię czegoś nauczy.
Młodzieniec drgnął. W pierwszym momencie, zupełnie bezwiednie, obejrzał się w kierunku chatki, jakby jego własne ciało domagało się, by skorzystał z rady opiekuna i odszedł stąd jak najprędzej. Ale czy rzeczywiście mógł to zrobić…? Nie chciał, by to się tak skończyło. Zamierzał odwieść Mortalisa od jego pomysłu, ale jak mógł to uczynić, jak…? Wahał się przez kilka sekund, ale strach zwyciężył.  Odwrócił się prędko i ruszył szybkim krokiem w stronę domu, zatrzymując się dopiero wówczas, gdy znalazł się w jego wnętrzu. Przywarł plecami do ściany, starając się udawać, że nie widzi pokrywającej posadzkę krwi i ciał zamordowanych handlarzy, że nie słyszy dobiegających z zewnątrz pełnych paniki krzyków. Zagryzł wargę, osuwając się powoli na podłogę. Nie chciał na to patrzeć. Nie chciał patrzeć na to, jak Mortalis kogoś morduje. Zwłaszcza w takiej sytuacji. Przecież ten człowiek już im nie zagrażał! Na pewno nie w tym stanie. Nie miał szans ani ich zaatakować, ani nawet się bronić. Zabicie kogoś takiego było czymś więcej niż okrucieństwem. I jak dotąd, młodzieńcowi wydawało się, że jedynie prawdziwe potwory zdolne są do podobnych czynów.
Nagle, w jednej sekundzie, krzyki ucichły.
Nastała głucha, ponura cisza.

Absalom był sam. Siedział na posadzce, trzymając w nieruchomych dłoniach nasiąknięty czerwoną cieczą materiał. Miał się zająć sprzątaniem całego tego bałaganu. Pewnie zresztą dawno już by się uwinął, gdyby nie fakt, że nie mógł skoncentrować myśli na czymkolwiek innym, prócz dzisiejszych zdarzeń. Pojawienia się Golvana i jego ludzi. Tej chwili, kiedy był całkowicie przekonany, że lada moment straci życie. Śmierci Basfy. To wszystko za bardzo go przytłaczało. Rodziło pytania, nie dając jednocześnie żadnych odpowiedzi.
Nie miał pojęcia, gdzie dokładnie podziewał się Mortalis. Powiedział, że pozbędzie się ciał. Wracał po każde kolejne i znikał z nimi w lesie. Teraz zostało już tylko jedno. Ciało jego ostatniej ofiary, leżące samotnie na zewnątrz, którego obraz powracał wciąż w myślach młodzieńca, niczym wyrzut sumienia.
Absalom usłyszał dochodzące z dworu kroki. Natychmiast wyrwał się z zamyślenia i zaczął myć podłogę. Niełatwo było pozbyć się krwi. Po jej starciu, na drewnianej powierzchni pozostawały szkarłatne przebarwienia. Chłopak szorował je tak mocno, jak mógł, ale i tak nie przynosiło to oczekiwanego efektu. Zamarł na krótką chwilę, gdy jego opiekun pojawił się we wnętrzu chatki. Młodzieniec spojrzał na niego ukradkiem. Nie powiedział ani słowa, kontynuował jedynie to, czym zajmował się wcześniej.
Tamto zdarzenie nie zdawało się wpłynąć na Mortalisa w żaden sposób. Mężczyzna był dokładnie taki jak zawsze – spokojny, ponury i małomówny. Absalom natomiast, nie potrafił tak łatwo przejść nad tym wszystkim do porządku dziennego. Nie wiedział, jak się zachować. Co powiedzieć. Jak zapomnieć o tym, co się wydarzyło, udawać, że nic się nie stało. Patrzeć na swojego opiekuna w taki sam sposób, w jaki patrzył na niego wcześniej. Być może był to efekt tego, jak bardzo czuł się w tym momencie wstrząśnięty, ale nie był w stanie sobie tego nawet wyobrazić.
-Zostaw to, Absa…- usłyszał ciche słowa Mortalisa, który przysiadł na brzegu łóżka.- Usiądź przy mnie- poprosił mężczyzna.
Młodzieniec zawahał się przez krótką chwilę. Otarł dłonie i dźwignął się z podłogi, po czym posłusznie usiadł obok swojego opiekuna, choć nie tak blisko, jak zwykł to czynić, jakby odruchowo usiłował utrzymać między nimi dystans. Mortalis przysunął się do niego. Oparł dłonie na ramionach chłopaka, patrząc wprost w jego oczy i najwyraźniej czekając na chwilę, gdy i on na niego spojrzy. Kiedy Absalom w końcu się przemógł i ich spojrzenia się spotkały, mężczyzna przemówił:
-Rozumiesz…? Rozumiesz, z jakiego powodu musiałem to zrobić?
Młodzieniec skinął powoli głową. Rozumiał. Bo opiekun chciał go chronić. Bo uznał, że było to konieczne. Bo nie chciał ryzykować. Absalom wcale nie zamierzał się o to spierać. Wprost przeciwnie, chciał zrobić wszystko, by uznać to wytłumaczenie za wystarczające i nie kłócić się więcej z Mortalisem, ale nagle poczuł bolesne ukłucie w sercu. Nie… Tak naprawdę nie rozumiał. Bo czy można było postępować w ten sposób tylko po to, by zapewnić sobie bezpieczeństwo…? Czy można było poświęcać życie innych ludzi, w imię niejasnych obaw…? Nie było w tym nic właściwego czy sprawiedliwego. To było… okrutne. I niepotrzebne. A chłopak naprawdę nie potrafił pojąć, dlaczego Mortalis widzi to zupełnie inaczej.
Nie zdołał się powstrzymać. Zerwał się gwałtownie na nogi, stając przed opiekunem.
-Bo taki właśnie jesteś!- krzyknął z rozgoryczeniem w głosie.- Czyjeś życie nie ma dla ciebie znaczenia! Wszystko podporządkowujesz swojej wizji świata! Uważasz, że ludzie są źli. Że są niewdzięczni i nie zasługują na szansę! Nawet ci, którzy błagają o litość. Nawet ci, którzy nie mają już szans się bronić! Wiem, że nie każdemu można wybaczyć! I że niekiedy trzeba podjąć trudną decyzję! Ale zabijanie kogoś, kto nie mógł już cię skrzywdzić i kto sam mógł być ofiarą…?
-I co byś z nim zrobił, gdybym pozostawił go przy życiu…?- zapytał beznamiętnie Mortalis, nie sprawiając wrażenia poruszonego tym wywodem.
Absalom milczał, zastanawiając się przez chwilę.
-… Nie wiem- przyznał w końcu, choć przecież nie był to żaden argument w kwestii tego, czy pozbawiać kogoś życia.- Pomógłbym mu się odnaleźć. Zamieszkałby z nami. Albo w mieście. Zapytałbym Edalisa, on na pewno coś by poradził.
-Twój problem, Absa, polega na tym, że błędnie oceniasz ludzi- oznajmił chłodno mężczyzna.- I zdecydowanie przeceniasz Edalisa.
Młodzieniec zmarszczył brwi.
-Jak możesz tak mówić…?- zapytał bez zrozumienia.- To twój jedyny przyjaciel- stwierdził, a Mortalis parsknął pobłażliwie, słysząc te słowa.- Zajął się mną, gdy byłem dzieckiem. Pomógł mi niejeden raz!
-Na moją prośbę.
-Więc pomógł tobie!
-Nie miał wyboru.
Chłopak zacisnął mocno wargi czując, że cały drży z wściekłości. Wiedział, że powinien skończyć tą rozmowę nim powie coś, czego będzie żałował, ale nie mógł powstrzymać się przed odpowiedzią.
-Właśnie, że miał! To ty masz problem z oceną ludzi, a nie ja! Nie doceniasz Edalisa, chociaż jest jedyną osobą, na której mogłeś zawsze polegać, mimo tego, że wasze relacje są skomplikowane! I nie doceniasz mnie! Powiedziałem ci, co do ciebie czuję, ale ty wciąż traktujesz mnie jak dziecko, które za chwilę zda sobie sprawę z tego, że się pogubiło…- stwierdził, nie kryjąc rozżalenia i rozczarowania.- Nie wiem, co jeszcze miałbym zrobić, żeby ci udowodnić, że znam samego siebie! Nie wiem! Czasami myślę sobie, że…- zaczął, ale zdając sobie sprawę z tego, że lada moment może przekroczyć granicę, umilkł gwałtownie.
Czując, że nie wytrzyma w tym miejscu ani chwili dłużej, ruszył szybkim krokiem do drzwi. Mortalis był jednak pierwszy. Zerwał się z miejsca i chwycił go za ramiona, a następnie przycisnął lekko do ściany.
-Nigdzie nie pójdziesz!- oznajmił ze stanowczością, jaką Absalom rzadko słyszał w jego głosie.- Wszystko, co robię, robię dla ciebie. Próbuję cię ustrzec prze niebezpieczeństwem, na jakie sam się naraziłeś, decydując się ze mną zostać- mówił, wyraźnie wytrącony z równowagi.- Każdy, kto zna miejsce naszego schronienia, stanowi zagrożenie. Nawet Edalis. Nawet ci, którzy w ostatnich chwilach swojego życia błagają o litość. A zwłaszcza Golvan. Jeśli się nie mylisz, to handlarz niewolników. Przywódca jednej z grup. Na pewno zna wielu ludzi z tamtego światka. Nawet nie masz pojęcia, jak wiele osób mnie szuka! Jeśli chcesz spokojnego życia, Absa, jeśli chcesz uniknąć widoku krwi, zrób to, o co prosiłem cię dawno temu! Zamieszkaj w mieście, bo ja nie jestem w stanie dać ci tego, czego oczekujesz.
Mortalis puścił chłopaka i odsunął się. Młodzieniec stał wciąż w tym samym miejscu, wpatrując się w niego z uwagą.
-Powiedziałeś też, żebym cię nie zostawiał…- przypomniał cicho.
Mężczyzna nic nie odpowiedział.
-Co zamierzasz zrobić z Golvanem?- zapytał Absalom.
-Zabić go- odpowiedział krótko Mortalis.- Ale najpierw muszę go znaleźć. Wyruszę z samego rana.
-Co takiego?!- krzyknął chłopak, podchodząc do opiekuna prędkim krokiem.- Nie możesz!- krzyknął, zaciskając dłonie na jego koszuli.- Obiecałeś mi! Obiecałeś, że już mnie nie zostawisz!
-Niczego nie obiecywałem.
-A co jeśli on wróci, kiedy ciebie nie będzie?- rzucił chłopak.
Wyglądało na to, że mężczyzna wziął już pod uwagę tę kwestię.
-Weźmiesz swoje rzeczy i zamieszkasz na ten czas u Edalisa. Przyjdę po ciebie, gdy będzie bezpiecznie.
-Nie!- zaprotestował gwałtownie chłopak.- Zostań tu ze mną albo weź mnie ze sobą! Nie zgodzę się na nic innego! Nie jestem już dzieckiem, które nie może samo podjąć decyzji!
-Gdybyś wyruszył ze mną, byłbyś w większym niebezpieczeństwie niż zostają tutaj zupełnie sam.
-… A więc jesteś gotów zaryzykować i pozwolić mi zostać?- zapytał Absalom niemalże wyzywająco.
Odpowiedź wydawała się oczywista.
-… Nie- przyznał cicho Mortalis.
Wyminął chłopaka i ruszył w kierunku drzwi, zatrzymując się w progu.
-Spróbuję przenieść ostatnie ciało. Jeśli nie poradzę sobie sam, będę potrzebował twojej pomocy- oznajmił, po czym wyszedł.
Absalom poczuł, jak coś zaciska się boleśnie w jego wnętrzu.
Nie chciał już nigdy oglądać czegoś podobnego.

9 komentarzy:

  1. Anonimowy6:44 PM

    Oooo! Taaaak ! I niech teraz wyruszą w podróż za Golvanem ! Sami... w ciemnym lesie... w namiocie...Takie rzeczy sprzyjają romantycznej atmosferze XD
    Ichi

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy9:38 PM

    super ta akcja z tym złamanym łokciem!

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy10:31 PM

    miałam nadzieję że Absalom zaatakuje Mortalisa D: zanim ten zabije Basfę
    i.

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy2:18 PM

    Boże... Ty nawet nie wiesz, jak ja przeżywam to, co tam się dzieje. Jestem dokładnie taka sama jak Absalom i doskonale go rozumiem. Nie dość, że masz piękny styl, to jeszcze potrafisz wzbudzić takie emocje...
    No cóż... czekam z niecierpliwością na kolejną notkę i pozdrawiam. Weny, wspaniała Autorko! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Absie urosły pazurki O.o zadziorny się zrobił :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Uuuuu~ Ale była akcja! Absa... Z jednej strony go rozumiem, ale z drugiej... Jest taki naiwny i wierzący w uczciwość wszystkich ludzi, że zaczyna mnie irytować we właśnie takich momentach. Na przykład ten, w którym kłócił się z Mortalisem, by zostawić olbrzyma przy życiu. Pfff~! Ten chciał go sprzedać nie wiadomo gdzie, a Absa go jeszcze broni. Obrońca uciśnionych, chcących go sprzedać, olbrzymów się znalazł. Phie.
    Rozdział świetny jak zawsze :3 Czekam na to opowiadanie najniecierpliwiej na tej stronce. Za tydzień Astargot! <3333333 Woohooo xD A co za dwa tygodnie? ;3
    Pozdrawiam i wenki życzę :3

    OdpowiedzUsuń
  7. Absa, ma rację. Mortalis zabił w tamtej chwili bezbronnego i to było okrucieństwem. Ale też i Mortalis ma rację, że każdy kto wie o tym domku itd. jest zagrożeniem. Każdy jest wrogiem i może ich zdradzić, zabić. To co wydaje się nie raz niewinne, słabe może okazać się potworem.
    Przeżywałam cały ten rozdział. Każde słowo tego co się działo. Widziałam oczami wyobraźni wszystko, każdy ruch, wydarzenie. Świetny rozdział i nie widać, że urwany. ^^

    OdpowiedzUsuń
  8. Yaoistka^^10:11 PM

    jeee *.* no coż Absa weź się w garść!!! ;PP
    weny i miłej nocy ^^

    OdpowiedzUsuń
  9. Rozdział przeczytałam już parę dni temu, ale jakoś nie wiedziałam co napisać. Czułam taką pustkę, bo tyle się w końcu zdarzyło w tym rozdziale. Wcześniej zaś targały mną wielorakie uczucia, bo cholernie się wczułam. xD

    Rozdział był po prostu genialny, epicki i nie wiem co jeszcze. <3

    Tak bardzo bym chciała, żeby Absa był szczęśliwy, ale dalej ma on coś z tej swojej dziecinności i idealizuje wszystko. Oby nie rozdzielili się, a najlepiej niech wyruszą razem.

    Weny i jeszcze więcej WENY.

    OdpowiedzUsuń