Strony

sobota, 21 grudnia 2013

§ 20 § [YFM]

Od tamtych wydarzeń minął prawie rok. Dokładnie, nieco ponad dziewięć miesięcy. Pierwszy z nich był bez wątpienia najgorszy – atmosfera, jaka panowała w niedużej chatce była tak nieprzyjemna i pełna napięcia, że ledwie możliwa do zniesienia Z pewnością był to czas, gdy obaj jej mieszkańcy potrzebowali przestrzeni, a w ciasnocie czterech ścian było o nią trudno. Absalom cierpiał. Dręczyły go wyrzuty sumienia i poczucie winy. Nie mógł przestać myśleć o Basfie. Zapomnieć jego rozpaczliwych krzyków. Zapomnieć o okrucieństwie, do jakiego posunął się Mortalis. I o własnej bierności. Z drugiej strony, ciężko było mu z własnymi pretensjami wobec opiekuna. Starał się sobie wytłumaczyć jego działania i wiedział, że ten w pewnym sensie miał rację i próbował ich chronić, choć to wcale nie ułatwiało to młodzieńcowi spojrzenia mu w oczy. Mortalis. Opiekun. Kochanek. Morderca. Kiedyś wydawało mu się, że jest w stanie odróżnić od siebie wszystkie te słowa, a zwłaszcza ostatnie z nich, a teraz zlewały się one w jedno. Absalomowi coraz trudniej było postrzegać mężczyznę w taki sposób, jak czynił to do tej pory. Jego uczucia się nie zmieniły. Po prostu stopniowo zaczynał dostrzegać własną naiwność. Rozumieć, że widział opiekuna takim, jakim pragnął go widzieć. Teraz jednak musiał zostawić pozory i marzenia w swoich ulubionych opowieściach. Chciał zrozumieć człowieka, którego kochał. Odkryć go tak naprawdę.
Mortalis musiał czuć się niczym uwięziony w klatce. Nic dziwnego, rzeczywiście był w potrzasku. Nie chciał zostawić Absaloma tutaj, a tym bardziej nie chciał, by wyruszał wraz z nim. Miotał się, już nawet nie ponury, ale wściekły i milczący, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca. Ucieczka Golvana nakłoniła go do nocnej wizyty w mieście. Poszedł wówczas porozmawiać z Edalisem. Młodzieniec nie wiedział dokładnie, czego dotyczyła ich dyskusja. Podejrzewał jedynie, że przywódcy handlarzy, choć jego opiekun mógł też poprosić właściciela gospody o to, by ten skłonił Absaloma do tymczasowej przeprowadzki. Biorąc pod uwagę, że Edalis znów zaczął go do tego żarliwie namawiać, było to bardzo prawdopodobne. Mortalis musiał jednak znać swojego podopiecznego na tyle, by wiedzieć, że mimo delikatności, potrafił być uparty, a ta sprawa była dla niego tak ważna, że nie zamierzał ustąpić.
W kolejnych miesiącach wszystko zaczęło się powoli uspokajać i wracać do normy. Nie wydarzyło się nic, co mogłoby wzbudzić ich obawy. Mortalis wciąż był czujny i ostrożny, ale już nie pełen napięcia. Absalom powoli pogodził się z tamtą sprawą. Ich relacje zaczęły układać się tak, jak wcześniej. Młodzieniec wciąż trenował, czasem sam, czasem pod okiem opiekuna i uzyskiwał coraz lepsze rezultaty. Oprócz tego, intrygował go płaszcz Mortalisa… Tamtego dnia, mężczyzna chyba poszedł go szukać właśnie z tego powodu. Później chłopak przyznał się, że wziął go bez pytania i przeprosił, nie wspominając o tym, co zdarzyło się podczas jego ucieczki. Opiekun nie wydawał się być zdenerwowany, choć przyglądał się podopiecznemu z uwagą, jakby coś go zastanawiało, później jednak o nic nie dopytywał i nie drążył tematu. Absalom zdecydował się na dokładnie to samo, nie chcąc wzbudzać podejrzeń, choć był ciekaw, skąd Mortalis wziął coś tak niezwykłego. Niewątpliwie i bez tego odzienia był doskonałym wojownikiem, ale wraz z nim… Nic dziwnego, że uchodził za najlepszego w swoim fachu, skoro mógł się, niezauważony, dostać niemalże wszędzie.
Przez te kilka miesięcy, choć niewiele zmieniło się pod względem funkcjonowania mężczyzn, oni sami przeszli powolną przemianę. Mortalis przez większość czasu wciąż był ponury, rzadko się odzywał i coś niewątpliwie napawało go niepokojem, ale wydawało się, że pod wpływem obecności chłopaka nieco odżywał. Czasem się uśmiechał. Rzadziej spędzał dni samotnie, zamknięty w swojej pracowni, częściej zaś poświęcał czas podopiecznemu. Absalom również się zmienił. Zmieniła się jego mentalność, postrzeganie niektórych spraw, nie radykalnie i nie na tyle, by dało się od razu dostrzec różnicę, ale niewątpliwie nie był już tym samym zagubionym, naiwnym młodzieńcem, co wcześniej. A przynajmniej chciał tak sądzić. Zmieniło się też jego ciało. Trudno powiedzieć, czy miało to związek wyłącznie z treningami, czy wynikało z tego, że wciąż dojrzewał, ale stało się ono mniej chłopięce, a bardziej męskie. Mocniej umięśnione i silniejsze niż wcześniej. Nawet Edalis przyznał, że Absalom zmężniał, a ten nie posiadał się z radości, gdy to usłyszał. Zdecydowanie wolał siebie takiego. Czuł się pewniejszy. I… chyba bardziej atrakcyjny, choć wcześniej nie zdarzało mu się myśleć o sobie w takich kategoriach. Mortalis nigdy nie skomentował żadnych zmian, jakie zaszły w jego wyglądzie, choć niewątpliwie musiał je zauważyć. Być może nie zwracał na nie uwagi, albo zwyczajnie nie robiły mu one żadnej różnicy.
-Możesz zaczynać- obwieścił spokojnie chłopak.
Siedział na brzegu łóżka, jego opiekun zaś, tuż za jego plecami. Mężczyzna trzymał w prawej dłoni nieduże ostrze, drugą zaś przeczesywał niespiesznie długie włosy młodzieńca, które lada chwila miały zostać obcięte.
-Jesteś pewien…?- dopytał cicho ciemnowłosy.
Absalom nie musiał się nad tym zastanawiać. Skinął głową i obwieścił gotowość pogodnym pomrukiem, po czym przymknął powieki, czekając aż jego opiekun przejdzie do działania. Czuł, jak palce mężczyzny gładzą kosmyki jego włosów. Słyszał jego powolny oddech. To wszystko trwało długo. Zbyt długo. Przynajmniej kilkanaście minut, nim zaskoczony młodzieniec obejrzał się w stronę Mortalisa, zastanawiając się, dlaczego ten jeszcze nie uczynił co zamierzał.
-Na pewno chcesz je obciąć...?- zapytał po raz kolejny mężczyzna.
Absalom uśmiechnął się lekko.
-Na pewno- odparł z pełnym przekonaniem.
Mortalis znowu umilkł na dłuższą chwilę.
-… W niektórych kulturach włosy świadczą o sile wojownika- odezwał się w końcu.
-A w mojej po prostu pchają się do oczu- odpowiedział młodzieniec, po czym zachichotał.- I tak nie zamierzałem zapuszczać ich aż tak bardzo, już wcześniej były niepraktyczne, a teraz po prostu mi przeszkadzają. Nigdy nie mogę ich związać tak, żeby się trzymały. Dekoncentrują mnie podczas treningów.
Mortalis również miał długie włosy, ale on radził sobie z tymi kwestiami znacznie lepiej i najwyraźniej w żaden sposób mu one nie przeszkadzały. Dla Absaloma zaś stanowiły jedynie problem i realne ograniczenie. Nie był do nich szczególnie przywiązany, więc nie miał żadnego powodu, by się wahać lub później żałować swojej decyzji. Paradoksalnie, to jego opiekun wydawał się mieć z tym większy problem.
-… Lubisz moje włosy, prawda?- rzucił młodzieniec z nutką rozbawienia. Nigdy nie spodziewał się, że Mortalis mógłby odczuwać sentyment względem czegoś takiego.
-Po prostu sądzę, że do ciebie pasują- wyjaśnił krótko mężczyzna.- Choć z krótkimi z pewnością również będzie ci do twarzy. Więc jesteś pewien…?- zapytał po raz ostatni.
Absalom zaśmiał się lekko.
-Całkowicie.
Moment później było po wszystkim. Mortalis wręczył podopiecznemu długi, gruby pęk jego własnych włosów, nim zaczął wyrównywać to, co z nich pozostało. Absalom uśmiechnął się do siebie mimowolnie, oglądając jasnobrązowe pasma w dłoni. Ścisnął je mocniej palcami, nie potrafiąc okiełznać wyobraźni, w której znowu zagościły obrazy z jego najbardziej lubianych historii. W nich, takie momenty zawsze były ważne. Przełomowe. Młodzieniec chciał, by tak było i tym razem. Zamierzał traktować to niczym coś w rodzaju rytuału wejścia w dorosłość. Nie chciał być już postrzegany jak dziecko i stanowić obciążenia. Zamierzał być dla Mortalisa równym partnerem. Kimś godnym stania u jego boku i zdolnym, by samemu radzić sobie z własnymi problemami. Kimś wartościowym. Godnym zaufania i szacunku.
… Kimś, kto był w stanie odmienić Mortalisa.
I na zawsze odciąć go od strasznej przeszłości.

-Więc… Jak wyglądam…?- rzucił Absalom, stając w progu mniejszego z pomieszczeń.
Było już dość późno, zdążył się przebrać do snu, wiec miał na sobie jedynie luźne spodnie. Na jego policzkach zagościł lekki rumieniec, gdy dostrzegł, że wzrok siedzącego na podłodze Mortalisa przemknął wzdłuż jego nagiego torsu, zatrzymując się na nim na krótką chwilę, nim w końcu spoczął na twarzy młodzieńca.
-Dobrze- odpowiedział spokojnie jego opiekun.- Jak już mówiłem, do twarzy ci.
Chłopak uśmiechnął się lekko. Mógł obejrzeć swoje odbicie jedynie w tafli wody, ale i tak miał wrażenie, że w nowej fryzurze prezentował się korzystniej niż wcześniej. Mortalis miał precyzyjną rękę i obciął go bardzo równo.
-Kończysz już…?- zagadnął mężczyznę po chwili wahania.
-Za chwilę- odparł lakonicznie opiekun młodzieńca.
Absalom skinął głową, po czym wrócił z powrotem do izby, przymykając drzwi do pracowni mężczyzny. „Chwila” Mortalisa nie zawsze była „chwilą” dla jego podopiecznego, ale dziś chłopak nie zamierzał zasypiać bez ciemnowłosego u swojego boku. Właściwie mając go u boku również nie zamierzał zasypiać. Cóż, przynajmniej nie od razu… Zachichotał cicho i podszedł do łóżka, by poprawić pościel. Uwielbiał być z kochankiem blisko, choć czasami czuł się skrępowany, bo zwykle to on wszystko inicjował. Mortalisowi jednak również się to zdarzało, ostatnimi czasy coraz częściej, a to chyba można było uznać za dobry znak.
W pewnym momencie usłyszał za sobą ciche kroki. Pewnie w normalnych warunkach nie miałby szans zwrócić na nie uwagi – jego opiekun poruszał się niemalże bezszelestnie, ale odkąd ze sobą trenowali, Absalom musiał stać się bardziej wyczulony na tym punkcie. Mężczyzna przystanął tuż za plecami młodzieńca. Ten wyprostował się powoli. Chłodne, szorstkie palce Mortalisa przemknęły wzdłuż jego kręgosłupa, by w którejś chwili zboczyć z jego linii na bok i natrafić na stosunkowo głęboki, dobrze widoczny, ślad. Łatwo wyczuwalną skazę na skórze chłopaka, znajdującą się mniej więcej na wysokości jego bioder. Pamiątkę po jednym z ich wspólnych treningów.
-Przepraszam- rzucił cicho mężczyzna.- Zareagowałem zbyt wolno, ale zrobiłeś coś, czego się nie spodziewałem…
-To chyba dobrze?- podchwycił natychmiast młodzieniec.
-Byłoby dobrze, gdyby pozwoliło ci to uniknąć ataku, a nie dać się zranić.
Cóż. Trudno było odmówić opiekunowi racji, choć z drugiej strony Mortalisa tak trudno było czymkolwiek zaskoczyć, że sam fakt, iż w ogóle się to zdarzyło, należało uznać za powód do dumy.
… Nawet jeśli zaskoczyło się go kompletnym brakiem rozsądku.
-To nic- odparł pogodnie Absalom.- Lubię tę bliznę. W ogóle lubię blizny. Wszyscy dobrzy wojownicy je mają. Ty także…- dodał, a przez twarz mężczyzny przemknął wyraźny cień. Mortalis zapewne nie lubił, gdy się mu o tym przypominało. Choć zapomnieć również było trudno, biorąc pod uwagę to, jak wyglądał. Jednak chłopak nie mówił tego w żadnym złym kontekście, ale z podziwem. Pomijając tamtą noc, gdy opiekun go znalazł, nie było takiej chwili, by wygląd Mortalisa go przerażał, a już tym bardziej budził w nim odrazę.- To powód do dumy. Przypominają o stoczonych walkach.
… W tym konkretnym przypadku, o wyjątkowo głupim zachowaniu, które w starciu z kimkolwiek innym i wolniej reagującym, mogłoby się skończyć znacznie gorzej, ale Absalom był pewien, że nie tej wersji będzie się trzymał przy ewentualnym snuciu opowieści. Co prawda póki co nie miał ich komu snuć, więc zwyczajnie wyobrażał sobie, iż kiedyś nadejdzie taki dzień.
-Nie tylko- mruknął ponuro mężczyzna.- A ja nie jestem dobrym wojownikiem, tylko mordercą.
… Już nie – szepnął w myślach Absalom. Ani myślał pozwolić opiekunowi wrócić do dawnego zajęcia.
-Nie możesz być jednym i drugim?- zapytał na głos.- To znaczy… Musisz być dobrym wojownikiem, skoro tak sobie radzisz, poza tym ćwiczę z tobą, więc coś o tym wiem. Nie sądzę, bym kiedykolwiek był ci w stanie dorównać.
-Wszystkie te określenia nie mają większego znaczenia…- stwierdził cicho Mortalis.- Liczą się tylko dla ludzi, którzy się nimi posługują. Nie będą oni nazywać mordercy „dobrym wojownikiem”, bo zbyt dobrze się to kojarzy, a jednocześnie jest przerażająco prawdziwe. Wolą widzieć całokształt. Jestem więc mordercą.
-Nie dla mnie- odpowiedział stanowczo młodzieniec.
-Bo ty się nie boisz.
Absalom odwrócił się powoli w stronę opiekuna, stając z nim twarzą w twarz.
-A powinienem…?- zapytał niemalże prowokująco.
Ciemne oczy mężczyzny wpatrywały się w podopiecznego z taką intensywnością, że ten niemalże zadrżał. Odruchowo zwilżył wargi językiem czując, jak w jego lędźwiach narasta podniecenie i z trudem powstrzymując się przed tym, by wpić się w usta opiekuna. Nie musiał jednak opierać się własnemu pragnieniu. To Mortalis go pocałował. Powoli i stosunkowo subtelnie. Absalom uwielbiał, gdy ten całował go w ten sposób, choć sam był zbyt niecierpliwy, by utrzymać tempo. Jego usta napierały na wargi mężczyzny bardziej żarliwie i nieco chaotycznie. Młodzieniec miał spory problem w tym, żeby kontrolować się w jego obecności. Ramiona Mortalisa zacisnęły się wokół jego pasa. Sprowadziły go na łóżko, na którym już po chwili leżeli obaj, spleceni ze sobą ciasno, wciąż całując się namiętnie. Absalom pospiesznie zsunął z siebie spodnie. Skopał je gdzieś na bok, nie poświęcając im już najmniejszej uwagi. Za każdym razem obiecywał sobie, że gdy będą ze sobą po raz kolejny zachowa odrobinę więcej cierpliwości i będzie tak opanowany, jak jego opiekun, ale gdy przychodziło co do czego, nie potrafił się powstrzymać. Chciał czuć dotyk mężczyzny na swoim ciele, wszędzie, gdzie tylko było to możliwe, teraz, natychmiast. Wargi ciemnowłosego przeniosły się na szyję chłopaka. Palce błądziły po jego plecach, zsuwając się stopniowo niżej, na jego pośladki. Absalom jęknął mimowolnie, zagryzając wargę. Odruchowo otarł się sztywną męskością kilkukrotnie o udo opiekuna. Chciał go poczuć właśnie w tamtym miejscu. Mortalis przewrócił młodzieńca na plecy. Sam zawisł nad nim i przez chwilę patrzył wprost w jego oczy, nim ponownie wpił się w jego wargi. Chłopak zsunął z opiekuna dolną część garderoby na tyle, by wyswobodzić jego członka, którego następnie zaczął stymulować dłonią. Cichy jęk wyrwał się z ust mężczyzny, a jego palce przemknęły najpierw po zewnętrznej, a następnie wewnętrznej części uda chłopaka, by wreszcie zacisnąć się na jego męskości. Ich wzajemnym pieszczotom akompaniowały bezwstydne westchnienia i jęki, aż do momentu, gdy szczytowali obaj, jeden po drugim.
Po wszystkim wciąż leżeli w tym samym miejscu, wtuleni w siebie ciasno. Pomieszczenie było ciepłe i jasne, oświetlone płomieniami porozstawianych w nim świec. Budziło w Absalomie poczucie bezpieczeństwa, podobnie jak ściskające go mocno silne ramiona. Zawsze kochali się ze sobą w ten sposób. Młodzieńcowi to odpowiadało, choć niekiedy przychodziły mu do głowy różne inne… pomysły. Czasem wyobrażał sobie, że posuwa się do znacznie śmielszych rzeczy, że całuje Mortalisa w miejsca, w jakie dotąd całować się go nie odważył., że pieści ustami jego męskość. Albo że Mortalis robi to jemu. Już sama myśl sprawiała, że robiło mu się gorąco i dostawał dreszczy. Nigdy nie odważył się jednak niczego podobnego zaproponować, a tym bardziej doprowadzić do skutku. Wydawało mu się to zbyt… nieodpowiednie. Opiekun wciąż bardzo go onieśmielał, a on nie miał w tych sprawach żadnego doświadczenia, nie wiedział więc, czy w ogóle wypadało robić podobne rzeczy.
-Wiesz…- zaczął po długiej chwili ciszy, chcąc podzielić się z mężczyzną pewnym wnioskiem, który przyszedł mu do głowy już jakiś czas temu. - To… No… Seks…- odkaszlnął cicho, rumieniąc się wyraźnie. Mortalis przeniósł na niego uważne spojrzenie.- Chodzi mi o to, że on jest… To znaczy… Między mężczyznami… Wydaje mi się, że jest jakby… czystszy. I… I bardziej estetyczny. Od tego z kobietami. Tak sądzę- dokończył, odkaszlnąwszy raz jeszcze.
Dziwne. Uprawianie seksu z opiekunem zdecydowanie nie krępowało go tak bardzo, jak rozmawianie z nim o tym.
-Skąd ten pomysł…?- zapytał Mortalis, sprawiając wrażenie nieco zdziwionego tą konkluzją.
-No bo… Kobiety… Widziałem nagą kobietę- wyjaśnił, coraz mocniej zawstydzony, czerwieniąc się jeszcze bardziej.- I Edalis trochę mi opowiadał, więc… Wiem… Znaczy trochę… No i wiem, że one… Że one mają… No… Coś w rodzaju… Otworu… I… Eee… Tam wkłada się… Sam wiesz… A u nas… My… To znaczy… My kochamy się inaczej. Więc… Tak, właściwie to miałem na myśli- podsumował w końcu nieco chaotycznie, woląc już nie drążyć tematu i właściwie żałując, że w ogóle go zaczął.
-Mężczyźni również mogą uprawiać seks w podobny sposób- odparł krótko ciemnowłosy.
Młodzieniec spojrzał na niego ze zdumieniem.
-Niby jak…?- zapytał, marszcząc brwi. Mortalis nie spieszył się z odpowiedzią, trudno było orzec, czy w ogóle odpowiadać zamierzał, więc Absalom mimowolnie sam zaczął zastanawiać się nad jego słowami, analizując je dokładnie.- Przecież to niemożliwe…- stwierdził w końcu bez zrozumienia.- Przecież mężczyzna z mężczyzną… Przecież nie mieliby gdzie włożyć…- urwał, uświadamiając coś sobie nagle. O Stwórco… Ze świstem wypuścił powietrze z płuc, zerkając na opiekuna niemalże z przerażeniem.- Chodzi o…?
-Tak- potwierdził spokojnie mężczyzna, najwyraźniej doskonale wiedząc, do jakiej konkluzji doszedł jego podopieczny.
Absalom zamrugał z niedowierzaniem i z wrażenia aż podniósł się do pozycji siedzącej. Niewiarygodne. Więcej, wręcz szokujące! Że też coś takiego zupełnie mu umknęło… Potarł policzek, wciąż wyraźnie zakłopotany i zagryzł wargę, po czym zerknął nieśmiało na opiekuna.
-Czy to boli?- zapytał.
-Nie wiem- odpowiedział Mortalis.
Chłopak skinął głową ze zrozumieniem.
-… A czy jest przyjemne?- dopytał moment później, zaintrygowany.
-Absa. Skąd miałbym wiedzieć?
… No tak. Młodzieniec zastanowił się nad tym wszystkim raz jeszcze. To wydawało mu się… zupełnie nieprawdopodobne! Nie potrafił sobie nawet zwizualizować podobnego aktu, ale z drugiej strony… Skoro ludzie decydowali się na takie rzeczy, to raczej nie bez powodu, prawda…?
-… Chciałbyś spróbować…?- zdecydował się w końcu zapytać, na wpół zlękniony, na wpół zaciekawiony całą sprawą.
-Bez znaczenia- uciął Mortalis.
-To znaczy…?
-… Jeśli zechcesz- odpowiedział w końcu mężczyzna.- Ale nie dziś.
Absalom skinął głową. Właściwie ta odpowiedź sprawiła, że trochę mu ulżyło. Był zainteresowany, owszem, ale z drugiej strony nie zamierzał się z tym spieszyć. Wolał najpierw wszystko sobie przemyśleć i ustalić, jak to w ogóle było możliwe.

Absalom wracał z porannego treningu. Szedł powoli, z mieczem przypiętym do pasa, powłócząc nogami ze zmęczenia, raz po raz wzdychając cicho z nutką znużenia i frustracji. Naprawdę chciałby dysponować umiejętnościami, które chociażby w małej części przypominałyby te, jakimi mógł pochwalić się jego opiekun. Były takie dni, kiedy zauważał poprawę, kiedy był z siebie dumny i czuł, że jest już blisko osiągnięcia lepszych efektów, ale innymi razy zawodził na całej linii. A czasem, dodatkowo, jakby tego było mało, robił z siebie kompletnego głupka…
Gdy wyszedł spomiędzy drzew i dostrzegł, że jego opiekun siedzi przed chatką, aż jęknął głucho w duchu. Wyprostował się i przyspieszył kroku, starając się zachowywać w miarę naturalnie. Teraz już wiedział, do czego mogłyby mu się przydać długie włosy… Gdy zbliżył się do Mortalisa, machnął mu prawą dłonią na powitanie, lewą zaś, zupełnie nieudolnie, usiłował zasłonić tę samą część twarzy. Szedł tak szybko, że właściwie można by to już określić truchtem.
-Absa- głos mężczyzny zatrzymał chłopaka, gdy ten znajdował się już w progu domu.
Młodzieniec zacisnął na moment powieki.
-Tak…?- rzucił w końcu, mając jeszcze nadzieję, że Mortalis nie zauważył.
-Odwróć się.
A jednak… Absalom wziął głęboki, pełen rezygnacji oddech i powoli cofnął się o kilka kroków, stając przed opiekunem. Opuścił rękę, odsłaniając zdobiące niemalże cały jego policzek pokaźne, sino-czerwone limo. Mortalis zmarszczył brwi i podniósł się na nogi.
-Co się stało…?- zapytał, przyglądając się podopiecznemu z uwagą.
-Ja… Trenowałem…- odparł z wyraźnym wahaniem chłopak, starając się szybko wymyślić jakąś w miarę przekonującą i mniej ośmieszającą historyjkę, ale jak na złość, jego bujna wyobraźnia okazywała się zupełnie nieprzydatna akurat wtedy, gdy jej potrzebował. Nie miał żadnego pomysłu.
-Sam- zauważył jego opiekun.
-Taaak…- Młodzieniec odkaszlnął cicho, odwracając wzrok.- Ale gdy szedłem na polanę… Ja… Hm… Uderzyłem drzewo.
-Uderzyłeś…?- mruknął mężczyzna bez zrozumienia.
-Tak. To znaczy nie. To znaczy nie drzewo, tylko… Jedną gałąź. Która znajdowała się przede mną- wyjaśnił pospiesznie Absalom.- Mogłem pod nią przejść, ale… Ale jakimś cudem uznałem, że odepchnięcie jej z drogi będzie znacznie lepszym pomysłem…- dokończył ponuro, teraz mając pełną i cokolwiek bolesną świadomość, że było inaczej.- No i… Ono tak jakby mi oddało.
-… Drzewo?
-Tak. To znaczy nie całe drzewo…- sprostował raz jeszcze młodzieniec czując, że rumieni się z zażenowania.- Tylko ta konkretna gałąź. Nie zdążyłem się uchylić i… Tak. Tak właśnie. Przez moment myślałem, że straciłem oko, ale nic się nie stało, więc… Hm… Tak- dokończył kulawo.- Mogę już iść…?
Mortalis skinął głową.
-Następnym razem uważaj… Drzewa są niebezpieczne- stwierdził z absolutną powagą.
Absalom westchnął raz jeszcze i wszedł do chatki. Dopiero wtedy usłyszał dobiegające z zewnątrz, ciche parsknięcie. Coś jakby… śmiech? Nasłuchiwał jeszcze przez chwilę, ale nic podobnego już do niego nie dotarło. Przesłyszał się…? Być może. Ale jeśli nie…
Uśmiechnął się do siebie mimowolnie, od razu czując się trochę lepiej.
Jeśli nie, to właśnie z drobną pomocą pewnego drzewa, dokonał czegoś niemalże niemożliwego…

sobota, 7 grudnia 2013

Kilka ogłoszeń + Głosowanie

Trochę się tego nazbierało, więc dziś wyjątkowo będzie dłużej. Mam Wam do przekazania parę wiadomości - dla niektórych dobrych, dla niektórych złych, a dla innych pewnie takich i takich. 

Po pierwsze, wszystkim zainteresowanym raz jeszcze przypominam o konkursie:  KLIK

Po drugie, zła wiadomość brzmi następująco: zawieszam "Wyzwanie". Wiem, że to opowiadanie ma chyba najwierniejsze grono fanów i nikogo nie "olałam", próbowałam napisać rozdział, zabierałam się do tego już kilkukrotnie, parę tygodni temu napisałam połowę, usiłowałam to skończyć, ale nie jestem w stanie. Przyznam, iż od dłuższego czasu mam problem z tym opowiadaniem, nie potrafię wczuć się w jego klimat, to frustruje mnie, niewątpliwie frustruje też wielu czytelników, którzy długo czekają i odczuwają zmiany pod względem jakości fabuły, co nie jest dobre. W tym przypadku nie chodzi już nawet o brak weny, ale o swoistą awersję, którą zaczęłam odczuwać do tej historii. Być może potrzebuję od niej dłuższej przerwy, a nie chcę zostawiać Was w stanie oczekiwania. Zdaję sobie sprawę z tego, że będziecie rozczarowani, a wielu pewnie ma ochotę odgryźć mi głowę, ale proszę, postarajcie się przyjąć to w miarę spokojny sposób, wystarczą mi niektóre maile, jakie do mnie docierały. "Wyzwanie" jest więc oficjalnie zawieszone.

Trzecia rzecz: głosowanie. Mam skończony rozdział "Little Piece of Heaven" i wkrótce skończę także "You Found Me". Od Was zależy, które z tych opowiadań pojawi się w pierwszej kolejności, więc dajcie mi znać. Prawdopodobnie podliczę głosy w najbliższą środę.

Po czwarte zaś, z okazji świąt i tego, że mam naprawdę spory zapas, za dwa tygodnie pojawi się bonusowy "Astargot". Żeby była jasność: pojawi się także za tydzień i tydzień później, czyli łącznie trzy razy pod rząd. Nie znaczy to jednak, że opowiadanie z bs nie pojawi się we właściwym czasie - pojawi się, dodam rozdział historii, którą wybierzecie tutaj, a rozdział "Astargota" tam.

To chyba wszystko, co miałam do powiedzenia.

Pozdrawiam Was serdecznie.

- 14 - [Edmund Lancaster]

James dostał się do centrum miasta i dotarł na komisariat tak szybko, jak tylko był w stanie. Pan Richardson nie wyjaśnił mu zbyt wiele, z ich krótkiej rozmowy mężczyzna zrozumiał mniej więcej tyle, że jego profesor został zatrzymany przez policję i potrzebuje pomocy, a Edmund jest z nim, cały i zdrowy. Ta ostatnia wiadomość, połączona ze świadomością, że młodzieniec jest bezpieczny uspokoiła historyka, jednak tylko w ograniczonym stopniu. Nie miał pojęcia, co dokładnie się wydarzyło, dlaczego aresztowano jego byłego wykładowcę, a przede wszystkim, jak to znosił młody hrabia. Cała sytuacja była zresztą niepokojąca. Nigdy dotąd tajemnica Edmunda nie znajdowała się w tak dużym zagrożeniu. Zarówno profesor Richardson, jak i sam panicz Lancaster mogli powiedzieć kilka słów za dużo. Wszystko mogło się wydać. Owszem, ludzie raczej nie są szczególnie skłonni do przyjmowania pewnych rzeczy na wiarę, zwłaszcza tak abstrakcyjnych, jak to, że żyją wśród nich żywe trupy (a to określenie idealnie pasowało do młodego hrabiego), ale przecież wcale nie tak trudno było to udowodnić. A nawet pomijając tę kwestię... Edmund Lancaster nie istniał. Nie w tym stuleciu. Nie w tych czasach. Nie teraz. Nie miał dokumentów. Tożsamości. Oficjalnie rzecz biorąc – nigdy się nie urodził. Z prawnego punktu widzenia, nie powinien żyć w tym kraju. Z logicznego i zarazem naukowego punktu widzenia, nie powinien żyć wcale, co było znacznie trudniejsze do wyjaśnienia. Tak czy inaczej, wszyscy trzej mogli mieć poważne problemy. A James nie zamierzał narażać swojego podopiecznego na niebezpieczeństwo, a tym bardziej odejść stamtąd bez niego.
Gdy znalazł się na komisariacie, podszedł do dyżurki. Nie znał całej sprawy, więc wymienił jedynie nazwisko profesora, licząc na to, że w ten sposób się czegoś dowie. Siedząca przed nim kobieta gdzieś zadzwoniła, a chwilę później został odprowadzony do jednego z pomieszczeń. Wewnątrz dostrzegł notującą coś policjantkę, policjanta, naprzeciwko którego siedział pan Richardson wyjaśniając coś nerwowym głosem i…
-Edmund!- szepnął z ulgą mężczyzna, dostrzegając młodzieńca.
Siedzący na jednym z krzeseł hrabia niemalże podskoczył słysząc jego głos.
-Jamie!- wykrzyknął, po czym zerwał się z miejsca i przycisnął się do swojego opiekuna, rozglądając dookoła z wyraźną nieufnością. Jeszcze chwilę wcześniej nie sprawiał wrażenia przerażonego, wprost przeciwnie, wydawał się być zaskakująco spokojny, biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich się znalazł i to, jak zazwyczaj reagował na obcych ludzi. Najwyraźniej jednak były to pozory. Panicz Lancaster był zdenerwowany. Oddychał płytko i nierówno. A biorąc pod uwagę to, jak rzadko w ogóle zdarzało mu się oddychać… Niewątpliwie targały nim silne emocje.
Wtedy rozmawiający z Richardsonem policjant zwrócił na niego uwagę.
-Kim pan jest…?- zapytał, wstając i przyglądając się przybyłemu z uwagą.
-Nazywam się James Williams- odparł historyk.- Jestem… Zajmuję się Edmundem- wyjaśnił po chwili wahania. Starał się opanować, choć podobnie jak potomek hrabiów, strasznie się denerwował. Nie miał w swoim życiu zbyt wiele styczności z funkcjonariuszami prawa, a teraz naprawdę miał powód do obaw.- On nie radzi sobie zbyt dobrze sam… Potrzebuje pomocy…- wyjaśnił ostrożnie, nie chcąc, by Lancaster zrozumiał sens jego słów i zaprotestował.
Policjant pojął jednak w czym rzecz. Skinął głową.
-Jest pan jego prawnym opiekunem?- zapytał.
Historyk przełknął nerwowo ślinę.
-Tak- odpowiedział, zastanawiając się, czy funkcjonariusze zaraz to sprawdzą i czy nie wpakował się w problemy. Z drugiej jednak strony, gdyby powiedział cokolwiek innego, zapewne nie mógłby tu zostać.
Policjant chyba nie miał zamiaru tego weryfikować. Być może samo zachowanie Edmunda było dla niego wystarczającym dowodem na to, że mężczyzna mówi prawdę. James zauważył tylko, że tamta policjantka znowu coś zanotowała.
-Co się stało?- zapytał bez zrozumienia, spoglądając najpierw na stróżów prawa, a później swojego profesora. Pan Richardson nie wyglądał zbyt dobrze.
-Patrol zatrzymał samochód pana Henry’ego Richardsona…- mruknął policjant, łypiąc na profesora surowo.- … za jazdę niezgodną z przepisami. Wkrótce doszło do tego także stawianie oporu. I prowadzenie pojazdu pod wpływem alkoholu. W aucie był ktoś jeszcze. Ten chłopak. Edmund. Widać było, że starał się wydostać z pojazdu. Zapytany o to, co się wydarzyło, powiedział, że profesor Richardson go porwał. Ten z kolei upierał się, jakoby był to jego niespełna zmysłów syn. Przywieźliśmy ich tutaj i szybko okazało się, że pan Richardson nie ma dzieci. Wtedy powiedział o panu, zadzwonił i stwierdził, że pan będzie w stanie wyjaśnić nam to nieporozumienie.
James spojrzał na byłego wykładowcę z nieskrywanym rozczarowaniem, a może wręcz wściekłością. Już wcześniej przypuszczał, że coś takiego mogło się wydarzyć, ale po tym telefonie doszedł do wniosku, że być może pomylił się w ocenie, że mogło się zdarzyć coś innego. Coś „nieoczekiwanego”, jak to określił profesor Richardson, który teraz wpatrywał się w niego błagalnym niemal wzrokiem.
-Powiedz im, James…- rzucił drżącym głosem.- Powiedz im, jak było. Zostawiłeś u mnie Edmunda, prawda…? Ja… Ja zabrałem go tylko na przejażdżkę po mieście… Tylko na przejażdżkę po mieście, przysięgam…
-Ja tu będę zadawał pytania- stwierdził stanowczo policjant.- Panu radzę zachować milczenie i nie pogarszać swojej sytuacji.
Richardson umilkł. A James… James aż nie mógł uwierzyć w to, jak bardzo pomylił się co do tego człowieka! Nie wierzył w to, by ten zabrał Edmunda na zwykłą przejażdżkę. Jechał pod wpływem alkoholu. Złamał przepisy. Spieszył się. A przede wszystkim – nie wspomniał o tym historykowi ani słowem, a przecież ten nie wyraził zgody, by panicza gdziekolwiek zabierać. Prawda była oczywista. Profesor chciał go gdzieś wywieźć. Dokąd…? Tego James nie wiedział, ale był pewien, ze nie miało to nic wspólnego z dobrem Edmunda Lancastera.
-Więc panie… Williams, dobrze pamiętam?- rzucił policjant. Mężczyzna skinął głową, przenosząc spojrzenie na niego.- Czy to prawda, że zostawił pan tego chłopaka pod opieką pana Richardsona?
-Tak- odpowiedział cicho James.
I teraz bardzo tego żałował.
-I pozwolił mu pan zabrać go za miasto?
Historyk zawahał się, jednak tylko przez krótką chwilę.
-Nie- odparł zgodnie z prawdą, zerkając ukradkiem na profesora, który momentalnie pobladł.
Policjant również obejrzał się w jego kierunku.
-A więc nie tylko zabrał pan chłopaka bez jego własnej zgody, ale i bez zgody i wiedzy jego opiekuna…?- rzucił surowo, mrużąc oczy.- Zdaje sobie pan w ogóle sprawę z powagi sytuacji…? To jest porwanie.
-Nie!- zaprotestował gwałtownie Richardson, choć tym w istocie był jego czyn.- Nie porwałem go, przysięgam! James! James, powiedz jak było, przypomnij sobie, dzwoniłem do ciebie, mówiłem, że muszę coś załatwić, że wezmę Edmunda ze sobą…- naciskał profesor, wpatrując się w swojego niedawnego studenta, ale ten ani myślał wyciągać go z tarapatów. Zdawszy sobie z tego sprawę, Richardson ponownie zwrócił się do policjanta- Przecież to absurdalne!- parsknął głośno.- Nie jestem porywaczem! Tylko profesorem! Wykładowcą! Rektorem uczelni! Jestem powszechnie szanowany, dlaczego miałbym kogokolwiek porywać…?
-Pańskie tytuły nie robią na mnie wrażenia- odparł lakonicznie policjant.- Nie wiem po co. Ale liczę, że zaraz się dowiem.
-James!- wycedził przez zęby Richardson.- James, przecież zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji! Przecież nie chcesz, żeby wszystko wyszło na jaw! Powiedz coś! Zrób coś!
Mężczyzna ani drgnął.
-Proszę nie wpływać na świadka i nie pogarszać swojej sytuacji!- ofuknął go policjant, po czym spojrzał z uwagą na historyka.- Co miałoby wyjść na jaw? Jest coś, o czym nie wiemy?
-Nie mam pojęcia, o czym mówi ten pan- odpowiedział James, siląc się na spokój.
-Musimy wszystkich przesłuchać, ale to nie powinno potrwać długo. Czy jest jeszcze ktoś, kto mógłby być w sprawę zamieszany…? Albo czy masz pojęcie, dlaczego pan Richardson mógłby chcieć porwać Edmunda?
-Niczego nie rozumiecie!- wykrzyknął profesor, podnosząc się z miejsca.
-Proszę usiąść!- warknął natychmiast policjant.
Ten spełnił jego prośbę, ale nie przestał mówić:
-Nie rozumiecie! Ten chłopak… Zabrałem go, to prawda, ale nie macie nawet pojęcia, kto to taki! To Edmund Lancaster!- szepnął z pasją.
Policjant uniósł brew.
-I cóż z tego?- zapytał.
-Edmund Lancaster!- rzucił znacząco profesor, ale widząc, że nikt go nie rozumie, pospieszył z wyjaśnieniem- To nie byle żyjący współcześnie człowiek. Ale hrabia! Hrabia sprzed kilku wieków! Dziedzic rodziny Lancasterów, którego szczątków nigdy nie znaleziono! Teraz wiemy już dlaczego! To on!
-Chyba poczekamy na wyniki pańskiej krwi, panie Richardson…- odparł stróż prawa, uśmiechając się kwaśno i zerkając porozumiewawczo na swoją współpracownicę.- Coś czuję, że znajdziemy w niej coś więcej niż kilka promili alkoholu…
-Nie, proszę! Musicie mnie wysłuchać!- naciskał profesor.- Wiem, co mówię! Nie pozwolę, żeby to wszystko zaprzepaszczono, nawet, jeśli zaszczyt ogłoszenia tego odkrycia nie miałby przypaść mnie! A to jest odkrycie! Edmund Lancaster żyje od wieków! Funkcjonuje niemal jak normalny człowiek, choć nie ma w nim nic normalnego! To fenomen! Badania nad nim mogą przynieść ludzkości wiele odpowiedzi!
-Tak, tak, panie Richardson…- westchnął cicho policjant.- Mam jednak dziwne wrażenie, że najpierw to pan będzie musiał odpowiedzieć przed sądem.
-Niech pan sam sprawdzi! Niech pan sprawdzi! On nie oddycha!
Policjant zerknął na Edmunda, po czym przeniósł na profesora pełne politowania spojrzenie.
-Czyżby…?- zakpił.
Nietrudno było dostrzec, że Richardson się myli. Klatka piersiowa młodzieńca unosiła się i opadała równomiernie. Oddychał. Chyba należało się cieszyć, że cała ta sytuacja aż tak go zdenerwowała.
-To farsa!- parsknął profesor.- On udaje! Przysięgam! Niech pan sprawdzi… Niech pan sprawdzi jego puls! Proszę!
-Ani myślę. Proszę się opanować.
-BŁAGAM!- wrzasnął rozpaczliwie Richardson.- Błagam, niech pan to zrobi! Tylko to! Sam się pan przekona! Proszę!
Policjant wziął głęboki oddech, po czym… skierował się w stronę Edmunda. James zamarł, przerażony. Nie miał pojęcia, co zrobić ani jak się zachować.
-Pozwolisz, chłopcze…?- zwrócił się do hrabiego stróż prawa, po czym dotknął jego szyi. Przez te kilka sekund historyk stał w miejscu jak skamieniały, mając wrażenie, że jego własne serce lada chwila się zatrzyma.- Jak na trupa, ma przyzwoite tętno…- stwierdził jednak policjant, odsuwając się od potomka Lancasterów i przenosząc spojrzenie na profesora.- Cóż tym razem, panie Richardson? Jeszcze jakieś szalone teorie? Może mi pan powie, że mamy do czynienia z kosmitą…?
James czuł się kompletnie zdezorientowany. Tętno…? Przecież serce Edmunda... Dyskretnie zacisnął palce na nadgarstku młodzieńca, chcąc samemu to sprawdzić. Dotarł opuszkami do odpowiedniego miejsca. Jego oczy rozchyliły się ze zdumienia. Policjant się nie mylił. Edmund miał puls. Słabo wyczuwalny, ale jednak. Jego serce biło.
-Nie. Nie, to niemożliwe, to niemożliwe…- szepnął z niedowierzaniem Richardson, wsuwając palce w rzadkie włosy.- Wiem!- rzucił nagle, spoglądając na policjanta.- Proszę mu kazać się rozebrać! On…
-Słucham?!- warknął srogo stróż prawa.- Rozebrać się?! Za kogo mnie pan uważa?!
-Nie, nie, źle mnie pan zrozumiał, on…
-Powiedz mi, chłopcze, czy pan Richardson składał ci takie propozycje…?- zwrócił się do Edmunda policjant, wpatrując się w niego z uwagą.- Czy kazał ci się rozbierać?
-Tak!- potwierdził z oburzeniem młody Lancaster.- I mnie dotykał! Tutaj!- dodał, wskazując na swoją klatkę piersiową.
Policjant najpierw pobladł, potem poczerwieniał, a gdy obejrzał się w stronę profesora, ten dosłownie skurczył się pod jego spojrzeniem.
-Wyprowadź go- polecił policjantce.
Ta skinęła głową.
-Nie! Nie, proszę!- zaoponował Richardson. Kobieta nakazała mu wstać, on poniósł się z miejsca, a moment później został skuty.- Nic nie rozumiecie! Ten chłopak… On ma rany! Jest okaleczony!
-Zaraz pan będzie, jeśli pan nie wyjdzie- odwarknął stróż prawa.
Chwilę później, profesor został wyprowadzony z pomieszczenia. James i Edmund zostali w nim sam na sam z policjantem.
-Będę musiał przesłuchać chłopaka- stwierdził mężczyzna.- Jeśli zajdzie taka potrzeba, będzie mógł pan być obecny przy przesłuchaniu. Psycholog zresztą również. Pański podopieczny nie jest chyba ubezwłasnowolniony, prawda…? Nie wygląda to na poważne opóźnienie…
… Ale takie właśnie było. Opóźnienie o kilka wieków.
-N… Nie, nie jest…- odpowiedział James, z sekundy na sekundę czując, jak narasta w nim panika.
-Potrzebuję jego dokumentów. I pańskich, oczywiście. Dołożę wszelkich starań, aby to nie trwało długo.
-Czy to musi się odbyć akurat dzisiaj…?- zapytał historyk, a stróż prawa spojrzał na niego z uwagą.- Nic przy sobie nie mam, spieszyłem się, a Edmund sporo przeszedł, jest przerażony…- Na szczęście hrabia rzeczywiście sprawiał takie wrażenie. Był kurczowo przyciśnięty do opiekuna, trzymał się materiału jego kurtki, chyba trochę mu ulżyło po tym, co powiedział o Richardsonie, ale nadal był trochę zlękniony i zdezorientowany.- Nie chcę, żeby coś mu się stało. Lepiej go uspokoję, prześpi się z tym i wrócę z nim jutro. Bardzo proszę.
Policjant westchnął głęboko, ale ostatecznie skinął głową.
-Niech tak będzie. Ale potrzebuje pańskich danych osobowych.
-W porządku.
-I proszę przyjść jutro z samego rana. Nie ma się czym przejmować, naprawdę- dodał pocieszająco, zerkając na Lancastera.- Profesor czy nie, zamkniemy tego drania!

James siedział w salonie na kanapie, trzymając w dłoniach kubek z niedopitą herbatą i raz po raz zagryzając nerwowo dolną wargę. Niedawno wrócili do mieszkania. Mężczyzna zdążył jedynie zrobić Edmundowi kolację i napić się czegoś ciepłego, choć nie uspokoiło go to ani odrobinę. Miał kłopoty. Poważne kłopoty. Czuł ogarniającą go stopniowo panikę, gdy tylko myślał o jutrzejszym dniu. Coś w jego wnętrzu zaciskało się boleśnie. Nie miał wyjścia. Musiał iść na komisariat i złożyć wyjaśnienia. Policja miała jego dane. Gdyby się nie pojawił, to wzbudziłoby podejrzenia. Przecież Edmund był świadkiem, a zarazem ofiarą, a sprawa nie należała do błahych. Pewnie stróże prawa przyszliby tutaj, gdyby James nie pojawił się na komendzie pierwszy. Tylko co właściwie miał im powiedzieć…? Panicz Lancaster nie miał żadnych dokumentów. Nie było sensu wymyślać abstrakcyjnych wyjaśnień i kłamać, bo i tak prędzej czy później wyszłoby na jaw, że Edmund Lancaster, ten Edmund Lancaster nie istnieje. Przynajmniej nie w tych czasach. A co za tym idzie, że mężczyzna nie mógł być jego prawnym opiekunem, że wszystko od początku było kłamstwem. To wzbudziłoby pytania. Pytania, na które pan Richardson, po otrzeźwieniu, z pewnością zdołałby udzielić bardziej sensownych odpowiedzi… James już sam nie wiedział, która opcja byłaby gorsza. Uznanie Edmunda za nielegalnego imigranta albo kogoś w tym stylu, czy prawda na jego temat. Nie wiedział, co mogłoby się wydarzyć, jeśli brać pod uwagę pierwszą z możliwości. Co do drugiej też zresztą nie miał pewności. Tak czy inaczej, jeśli jutro ich rozdzielą, a tak pewnie się stanie… Tajemnica hrabiego prędzej czy później przestanie być tajemnicą. Potomek Lancasterów był w pojedynkę bezradny i kompletnie niesamodzielny. Ktoś prędzej czy później zbliżyłby się do niego na tyle, by zauważyć pewne niepokojące oznaki i zrozumiałby w czym rzecz. Zrozumiałby, że słowa profesora Richardsona nie były bredzeniem oszołoma pod wpływem alkoholu, ale wyjaśnieniami człowieka, który znał prawdę.
Dopiero po chwili mężczyzna zdał sobie sprawę z tego, że ktoś go obserwuje. Obejrzał się za siebie i dostrzegł stojącego w progu pomieszczenia Edmunda Lancastera, który przyglądał mu się badawczo.
-Coś się stało?- zapytał młodzieńca historyk, siląc się na uśmiech, ale nie był w stanie nawet udawać, że wszystko jest w porządku. Bał się. Bał się tego, co przyniesie jutro. Sytuacji, w którą sam się wpakował. Ale najbardziej bał się tego, że straci swojego podopiecznego. Przywiązał się do niego. Trudno było mu sobie wyobrazić dalsze funkcjonowanie bez obecności panicza.
-Jesteś smutny…?- rzucił niepewnie Edmund. Na początku ich znajomości pewnie nie zauważyłby tego nawet gdyby James rzewnie się rozpłakał, ale ostatnimi czasy stał się bardziej… empatyczny. Co prawda tylko w stosunku do swojego opiekuna, ale i to należało poczytać za niewątpliwy postęp.- Jesteś smutny, bo… wróciłem?- dopytał, na wpół zdezorientowany, na wpół przerażony tym wnioskiem.
-Oczywiście, że nie!- zaprzeczył natychmiast James, uśmiechając się do młodzieńca, tym razem szczerze.- Usiądź- poprosił, wskazując na miejsce obok siebie. Panicz Lancaster podszedł do kanapy, a następnie przysiadł u boku mężczyzny. Ten wbił w niego uważne spojrzenie.- Cieszę się, że wróciłeś. I że nic ci się nie stało- powiedział zgodnie z prawdą.- I nie jestem smutny tylko… zmartwiony.
-Dlaczego?- Hrabia zmarszczył brwi, wyraźnie nie rozumiejąc.- Porwał mnie, ale go złapali. Teraz utną mu głowę i będziemy mieć spokój.
James zaśmiał się niepohamowanie i potarł skronie.
-Nie utną mu głowy, Edmund- odpowiedział.
Potomek Lancasterów sprawiał wrażenie szczerze zmartwionego tą informacją.
-Jak to…?
-W tych czasach nie ucinają już głów- wyjaśnił James.- Teraz… Teraz są inne formy kary.
-Więc skąd mam wiedzieć, ze nie zrobi tego ponownie…?- szepnął ponuro Edmund.
-Jestem pewien, że nie- odpowiedział historyk, starając się uspokoić podopiecznego. Wątpił zresztą, by jego profesor zdecydował się na coś takiego po raz kolejny. Teraz miał poważniejsze problemy na głowie, a gdy go wypuszczą… Gdy go wypuszczą wszystko będzie prawdopodobnie wyglądało zupełnie inaczej. Wtedy to nie Richardson będzie największym zmartwieniem mężczyzny.- Ale…- zaczął moment później, po czym zawahał się, nie będąc pewnym czy powinien kontynuować.- Ale jutro musimy iść na policję… Do tego miejsca, w którym byliśmy dziś i…- urwał na chwilę, by wziąć głęboki wdech.- I może się tak zdarzyć, że… że na jakiś czas, zostaniesz beze mnie.
-Jak to? Jak to?!- rzucił młody Lancaster, przerażony tą wizją.- Bez ciebie…? Dlaczego bez ciebie?- dopytywał z niepokojem. Jego dłoń zacisnęła się na dłoni mężczyzny.
Historyk spojrzał na niego z zaskoczeniem. Wiedział, że Edmund źle znosił tego rodzaju informacje, ale ten gest… Dlaczego ten gest wydał się mężczyźnie aż tak dziwny, może wręcz podejrzany…? Być może miało to związek z jego ostatnimi przemyśleniami na temat ich relacji. Ostrożnym ruchem odsunął rękę młodzieńca, a następnie odłożył na stolik prawie pusty kubek.
-Nieważne- odpowiedział w końcu, uśmiechając się znowu. Wystarczyło, że on się zamartwiał. Nie chciał, by być może ostatnia, noc Lancastera w tym miejscu minęła mu w nerwowej, nieprzyjemnej atmosferze.- Nieważne, Edmund. Porozmawiamy o tym jutro…
W tym momencie o czymś sobie przypomniał. Tym razem to on chwycił hrabiego za dłoń. Ten drgnął wyczuwalnie, nie oponując jednak. James odwrócił ją delikatnie wewnętrzną stroną do góry. Zawędrował opuszkami palców do linii nadgarstka. Tym razem jednak nie wyczuł tętna.
-Twoje serce biło… Wtedy, na komisariacie…- rzucił James, puszczając rękę młodzieńca i podnosząc na niego uważne spojrzenie.- Jak to możliwe?
Edmund Lancaster wzruszył ramionami.
-Mówiłem ci przecież, że czasem bije.
-Tak, ale do tej pory to się nie zdarzyło. Nie odkąd jesteś ze mną. Więc dlaczego wtedy…?
Hrabia zamyślił się na chwilę.
-Bałem się- powiedział w końcu.- Bałem się, że już cię nie zobaczę. Tak jak jeszcze nigdy wcześniej. On powiedział, że mnie do ciebie zawiezie. Dlatego z nim pojechałem. Ale po drodze przypomniałem sobie, że powiedziałeś, że mam czekać tam. W tamtym domu, że stamtąd mnie zabierzesz. I pomyślałem sobie, że powiedziałbyś mi, gdybyś zmienił zdanie, więc się przestraszyłem. I chciałem wyjść. Ale on mi nie pozwolił. A później pojawili się ci wszyscy, dziwni ludzie i zabrali mnie do tamtego miejsca… Powiedziałem im o tobie, ale oni nic nie rozumieli…- westchnął cicho.- Myślałem, że mnie nie znajdziesz. Ale znalazłeś. Przyszedłeś po mnie. Jak wtedy, do zamku.
James uśmiechnął się do niego ciepło, po czym zerknął na zegarek.
-Robi się późno- ocenił.- To był długi dzień. Pościelę łóżko, a ty przygotuj się do snu, dobrze…?
Edmund skinął głową, wstając. Nie odszedł jednak, a zamiast tego nieśmiało zwrócił się do opiekuna:
-… Położysz się ze mną?
Mężczyzna zawahał się. Nie powinien się zgadzać. Zwłaszcza biorąc pod uwagę swoje przypuszczenia co do uczuć młodzieńca. Ale to była jedna noc. Być może ostatnia, jaką panicz tutaj spędzi.
-Dobrze- odpowiedział.

To była dla Jamesa ciężka noc. Edmund zasnął szybko, ale on sam przez długi czas nie był w stanie zmrużyć oka. Za nic nie mogąc wyciszyć myśli, wstał z łóżka, a następnie krążył po mieszkaniu, starając się nie robić hałasu i znaleźć miejsce, w którym byłby w stanie usiedzieć dłużej niż kilka minut, ale bez większych rezultatów. Był zdenerwowany i pobudzony. Nie potrafił przestać zamartwiać się jutrzejszym dniem. Może w ogóle nie powinien tam iść…? Może powinien czekać, aż to policja przyjdzie tutaj, po niego…? To dałoby mu trochę więcej czasu. Ale właściwie na co? Nie był przecież bohaterem sensacyjnego filmu, nie zamierzał ukrywać się przed stróżami prawa, urządzać widowiskowych ucieczek i strzelanin. Jeśli nie stawi się jutro z Edmundem na komisariacie, ktoś na pewno się tym zainteresuje. Z drugiej strony, jeśli tam pójdzie, właściwie sam odda się w ręce funkcjonariuszy. Czy podając się za opiekuna młodzieńca lub też nie informując władz o jego istnieniu, popełnił jakieś przestępstwo…? Czy coś mu groziło? Mógł pójść za to do więzienia? Nie wiedział. Kompletnie się na tym nie znał. Bardziej jednak niepokoiło go to, co mogło stać się z samym Lancasterem. Może od początku popełnił błąd…? Może Richardson ostatecznie miał rację, może trzeba było o nim komuś powiedzieć, gdzieś to zgłosić, szukać jakiegoś wsparcia… Choć z drugiej strony, skoro nawet jego własny profesor, którego James darzył zaufaniem, zamiast udzielić im pomocy, próbował wywieźć gdzieś Edmunda, a później narobił im kłopotów, trudno było sobie wyobrazić, by mogli na kogoś liczyć. Z dwojga złego, chyba lepiej, żeby ta historia skończyła się w ten właśnie sposób. Gdyby Richardsonowi udało się dostarczyć hrabiego tam, gdzie planował, mężczyzna pewnie nigdy już by go nie odnalazł i nie miał wiedzy, co się z nim stało. A tak, Edmund wyląduje w rękach państwa. Trudno było powiedzieć, co z tego wyniknie, ale James ufał swojemu krajowi na tyle, by nie podejrzewać go o najgorsze intencje. Choć przykład jego byłego wykładowcy świadczył o tym, że dobre intencje nie oznaczają dobrych uczynków.
Było niedługo przed piątą, gdy znużony krążeniem po mieszkaniu, położył się na kanapie i chwilę później usnął. Nie przyszło mu jednak wypoczywać długo. Obudziło go pukanie do drzwi. Najpierw tak ciche, że przez moment wydawało mu się, iż to element jego snu, ale moment później rozległo się ponownie, już głośniej. James poderwał się do pozycji siedzącej. Przeczesał nerwowo włosy palcami, po czym podniósł się z tapczanu, zerkając jednocześnie na zegarek. Było parę minut po ósmej. Mężczyzna nie miewał wielu dobrych znajomych, nie miewał też więc gości, a już zwłaszcza o tej porze. Wniosek więc wydał mu się przerażająco oczywisty. To była policja. Miał wrażenie, jakby jego wnętrzności skręciły się boleśnie, gdy tylko ta myśl przeszła mu przez głowę. Nie. Niemożliwe. Przecież to on miał się do nich zgłosić. A co, jeśli oni już wiedzieli…? Jeśli Richardson przekonał ich do tego, że ma rację? Co, jeśli przyszli po Edmunda?
-Jamie, kto to?- rzucił zaspanym głosem hrabia, pojawiając się w salonie.
Znowu rozległo się pukanie, choć teraz właściwie już łomotanie.
Historyk przyłożył sobie palec do ust, dając młodzieńcowi do zrozumienia, by ten mówił ciszej.
-Wracaj do sypialni, Edmund- poprosił podopiecznego.- Na razie nie wychodź, dobrze? Ja się tym zajmę.
Lancaster sprawiał wrażenie zaniepokojonego, ale posłusznie wrócił do pokoju. Łomotanie nie ustawało. James miał wrażenie, że lada chwila obudzi nie tylko jego, ale i wszystkich sąsiadów. Przeszedł prędko do łazienki, by pospiesznie zdjąć z siebie piżamę i przebrać się w leżące tam ubranie, po czym podszedł w końcu do frontowych drzwi. Nie mając jak sprawdzić, kto znajduje się za nimi, wziął głęboki oddech, po czym przekręcił zamek i otworzył je na oścież.
Czekała go duża niespodzianka.
-Ty…?- szepnął, zdumiony.
-Witaj, studenciku- rzuciła swobodnie stojąca przed nim kobieta.
To była Teresa Hawkes. Jak gdyby nigdy nic, przecisnęła się obok Jamesa i weszła do mieszkania. Czarne włosy związała w wysoką kitkę. Miała na sobie swoją skórzaną kurtkę, dżinsy i buty na wysokim obcasie, które z każdym jej krokiem generowały irytujący stukot. Historyk zamknął za nią drzwi, kompletnie zdezorientowany. Kobieta rozejrzała się dookoła.
-Straszne!- rzuciła niemalże z oburzeniem.- Co za koszmarne mieszkanie! Takie ciasne i… ciemne- mruknęła, wzdrygnąwszy się lekko. Nie czekając na zaproszenie, ba, nie czekając choćby na jedno słowo gospodarza, weszła do jednego z pomieszczeń. Akurat trafiło na kuchnię.- Czemu tu jest tak ciemno, do licha?- wymamrotała, po czym podeszła do okna i odsłoniła żaluzje. James przystanął w progu pokoju, ze zdumieniem obserwując jej poczynania.- I co to za zaduch?!- burknęła, otwierając je na oścież.- Och, mężczyźni… Zostawić was samych, a utoniecie we własnym brudzie, słowo daję… Potworne! Nie mogłabym tu mieszkać. Jestem przyzwyczajona do przestrzeni, a nie klitek…
-Tak, rozgość się…- wydusił z siebie historyk, wchodząc głębiej do pomieszczenia, nie bardzo wiedząc, co innego mógłby powiedzieć.
Ciemnowłosa odwróciła się w jego stronę, opierając plecami o parapet.
-Jak się pewnie domyślasz, nie wpadłam tu z kurtuazyjną wizytą- stwierdziła.
-To dobrze, bo to kiepski czas na podobne wizyty. Właściwie to w ogóle kiepski czas- przyznał James.- Wiem, że pewnie miałaś jakiś powód, ale…
W tym momencie w kuchni pojawił się Edmund. Dostrzegłszy nieoczekiwanego gościa, zmrużył oczy, wpatrując się w przybyłą z wyraźną niechęcią, by nie rzec, wrogością.
-Czarownica- szepnął.
-Trup- odparła swobodnie Teresa.
Panicz Lancaster aż zapowietrzył się z wrażenia.
-Nie jestem trupem!- zaprotestował gwałtownie, śmiertelnie oburzony jej słowami.
-Kwestia dyskusyjna- stwierdziła kobieta, wzruszając ramionami.- Do żywych z pewnością nie należysz. Och, już wiem!- rzuciła odkrywczo.- Zombie.
Hrabia zamrugał, wyraźnie zdezorientowany.
-Co takiego…?- zapytał niepewnie.
-Zaufaj mi na słowo, paniczu- odparła ciemnowłosa, uśmiechając się lekko.- To określenie idealnie oddaje twój obecny stan.
Edmund chyba nie miał pojęcia, o czym mówi kobieta, ale to wcale nie przeszkodziło mu w prychnięciu ze złością i pełnym gniewu obwieszczeniu:
-Pewnego dnia cię spalą!
… Krwiożercze skłonności Lancastera czasem przerażały Jamesa, ale brał poprawkę na czasy w jakich paniczowi przyszło się wychowywać.
-A ciebie zakopią- odpowiedziała Teresa.
Potomek hrabiów zaniemówił, wyraźnie przerażony tą wizją.
-A teraz zniknij mi z oczu- rzuciła ciemnowłosa, machnąwszy dłonią.- Bo w przeciwnym wypadku, to ja sprawię, że znikniesz i to na dobre…- mruknęła, uśmiechając się złowrogo.
Edmund wbił w nią pełne lęku spojrzenie, następnie przeniósł je na swojego opiekuna, a w końcu w pośpiechu wyszedł z pomieszczenia, wyraźnie poważnie traktując tę groźbę. Teresa zachichotała, zadowolona z efektu swoich słów.
-Ach, starzy, dobrzy Lancasterowie…- westchnęła niemal sentymentalnie, kręcąc głową.- Zawsze tacy naiwni, tacy płochliwi…
-Mogłabyś powiedzieć z czym do mnie przychodzisz?- ponaglił ją James.- Nie chcę być nieuprzejmy, ale zaraz muszę wyjść…
-Ach, tak… Pozwól, że wykażę się swoimi telepatycznymi zdolnościami i zgadnę… Czyżby na komisariat?
James zamarł na krótką chwilę.
-… Skąd wiesz?- dopytał w końcu.
-Jeśli odpowiedź brzmi: „tak”, nie musisz sobie zaprzątać głowy- obwieściła.- Wszystkim się zajęłam.
-Ale…
-Powiedz mi, studenciku, jak to jest, że deklarujesz przede mną, jakobyś chciał dotrzymać tajemnicy, a później rozpowiadasz o niej każdemu…?- zapytała Teresa z nutką irytacji.
-Nie każdemu- zaoponował cicho historyk.- Powiedziałem tylko profesorowi Richardsonowi.
-Ach, tak…- Ciemnowłosa uśmiechnęła się kpiąco.- Profesorek. W średnim wieku, samotny, nadużywający alkoholu i bardzo złakniony sukcesu…- wymieniała, a James na każde jej słowo reagował coraz większym zdumieniem i dezorientacją. Jak to możliwe, by wiedziała o tym wszystkim…?- Rzeczywiście, brzmi jak opis kogoś godnego zaufania. Pozwól, że dam ci małą radę: Jeśli sam narzucasz na siebie przestrzeganie jakiegoś sekretu… Trzymaj to w sekrecie. A jeśli zamierzasz wtajemniczać w to wszystko niewłaściwych ludzi, miej na uwadze, że czekają cię przykre konsekwencje.
-Ale…- bąknął mężczyzna, zupełnie nie wiedząc, co się właściwie dzieje.- Policja…
-Zajęłam się tym- powtórzyła jedynie Teresa.
-Jak?- nie rozumiał historyk.
Przewróciła oczyma i westchnęła ze zniecierpliwieniem, najwyraźniej nie mając najmniejszej ochoty tłumaczyć swemu rozmówcy tej kwestii.
-Jestem inteligentną kobietą. Tyle powinieneś już wiedzieć. Gdybyś był chociaż w połowie tak inteligentny jak ja, siedziałabym teraz wygodnie w domu, popijając kawę i oglądając odcinek swojej ulubionej telenoweli, a nie użerała się z ludźmi od bladego świtu. Wyobraź sobie, studenciku, że jeśli dochodzi do przestępstwa, którego ofiarą jest ktoś, kto dawno już powinien nie żyć, rodzi to kłopoty… Spore kłopoty.
-Nie chciałem tego- odpowiedział natychmiast James.- To był przypadek.
Ciemnowłosa parsknęła cicho.
-Domyśliłam się, że nie celowe działanie…- odparła kpiąco.- Następnym razem wykaż się jednak choćby odrobiną sprytu i nie pakuj się w sytuacje, z których sam nie potrafisz wyjść.
Mężczyzna milczał przez dłuższą chwilę, zastanawiając się nad tym, czego się dowiedział.
-Co teraz będzie…?- zapytał w końcu niepewnie.
Teresa wzruszyła obojętnie ramionami.
-Nic. Wasze wczorajsze spotkanie z przedstawicielami prawa, oficjalnie rzecz biorąc nie miało miejsca. Pan Richardson został zatrzymany za prowadzenie pojazdu pod wpływem alkoholu i stawianie oporu…- wyrecytowała niemalże, z wyraźnym znudzeniem.- Poniesie za to karę. Nie liczyłabym na nic surowego. Pewnie sporo wybuli, ale stać go na to i powróci do dawnych obowiązków. Choć, jeśli wieść się rozniesie, może to zaszkodzić jego karierze i pozycji… To nie byłoby najlepsze rozwiązanie. Ludzie postawieni pod ścianą gotowi są robić szalone rzeczy, czyż nie…?
Jamesa zaniepokoiły te słowa.
-Czy on…? Czy on pamięta?- zapytał.- O tym, co mu powiedziałem? O Edmundzie?
Teresa prychnęła, rozjuszona.
-Co ty sobie myślisz, co?- mruknęła z rozdrażnieniem.- Że masz do czynienia z wróżką z Królewny Śnieżki…?
-… W Królewnie Śnieżce nie było wróżki- odparł James.
Kobieta machnęła obojętnie dłonią.
-Ale była czarownica- stwierdziła.- Wszystko więc pasuje. Obawiam się jednak, iż nie mam tak cudownych zdolności, jak ciągle to sobie roisz. Mam jedynie znajomości. Znajomości w odpowiednich miejscach. Istnieje kilka innych osób, które żyją dłużej niż przeciętnie…- dodała znacząco, by zaraz dodać pod nosem z wyraźną irytacją- Szkoda, że nie pracują tam, gdzie trzeba… Och, gdyby te urzędasy przestały mi w końcu zawracać głowę…! Ach, właśnie…- ponownie przeniosła wzrok na mężczyznę, najwyraźniej o czymś sobie przypominając.- Potrzebuję zdjęcia Lancastera.
-Zdjęcia…?- James ciągle nie do końca za nią nadążał.- Po co?
Przewróciła oczyma.
-Żeby odprawić na nim krwawy rytuał... Żeby sporządzić dokumenty i dać mu tożsamość, oczywiście, a co żeś sobie myślał…?
Historyk uniósł brwi, szczerze zaskoczony.
-Wyciągnęłaś nas z kłopotów, a teraz jeszcze to…- szepnął.- Kiedy ostatnio cię odwiedziliśmy, nie wydawałaś się być chętna do pomocy. Dlaczego to robisz?
-Żebyście obaj nie narobili zbyt dużo kłopotów- odparła stanowczo.- Sobie, ale przede wszystkim mnie. Po prostu zachowujcie się jak zawsze, nie zwracajcie na siebie uwagi, żyjcie po cichu i dosłownie zniknijcie z mojego pola widzenia… Rozumiemy się?
James uśmiechnął się lekko.
-Tak. Dziękuję- odpowiedział z wdzięcznością.
-Tak, tak…- mruknęła obojętnie kobieta, po czym ruszyła się z miejsca i wyminęła historyka, ponownie przechodząc do przedpokoju. Ten podążył za nią.- Jeśli stanie się coś absolutnie alarmującego…- zaczęła, po czym zawahała się na moment, by ostatecznie westchnąć ciężko i powiedzieć- … możesz do mnie przyjść. Choć czuję, że pożałuję tych słów.
-Nie zamierzam ci zawracać głowy bez powodu. Przysięgam.
-Oby- odparła krótko Teresa, choć zabrzmiało to dość surowo, niemal jak groźba.
-Skąd właściwie wiedziałaś, że mamy kłopoty?- Tej kwestii historyk wciąż nie rozumiał.
-Obserwuję ludzi, którzy sprawiają problemy- odpowiedziała lakonicznie.
James spojrzał na nią ze zdumieniem.
-Obserwowałaś nas?
-Ludzi, którzy sprawiają problemy- powtórzyła raz jeszcze, tym razem bardziej dobitnie.
Mężczyzna przyglądał jej się z uwagą.
-… Jest coś, o czym mi nie mówisz, prawda?- dopytał.
-Oczywiście- parsknęła Teresa.- Cała masa rzeczy. Nie jesteśmy w tak intymnych relacjach, bym miała ci mówić o wszystkim, co mnie dotyczy, nie uważasz…? Bez urazy, studenciku, ale naprawdę nie jesteś w moim typie…
James wcale nie zamierzał dać się zbyć i chciał zapytać o coś jeszcze, ale w tym momencie znowu rozległo się pukanie do drzwi. Historyk spojrzał w ich stronę, zaskoczony i trochę zaniepokojony.
-Śmiało, otwórz- ponagliła to Teresa.- I nie miej takiej miny, to nie policja.
-Więc kto…?
-Nie wiem. Twoja dziewczyna?- zasugerowała.- Choć nie wyglądasz na kogoś, kto jakąś posiada…
James posłał jej ukradkowe, dalekie od sympatii spojrzenie, po czym podszedł do drzwi i otworzył je ostrożnie. Znów czekała go niespodzianka. Tym razem w progu stała Anette.
-Cześć!- przywitała się z nim pogodnie. Mężczyzna uśmiechnął się do niej i nie mając wielkiego wyboru, odsunął się, robiąc jej przejście. Nie żeby jej wizyta mu przeszkadzała. Chodziło raczej o drugiego gościa.- Wiem, że jest strasznie wcześnie i przepraszam! Cieszę się, że już nie śpisz, bałam się, że cię obudzę, zaraz muszę iść do pracy, a pomyślałam sobie, że lepiej przyniosę ci wszystkie swoje materiały…- rzuciła, wciskając mu w ręce pokaźny stos kserówek.- Odbitki z mojego segregatora!- rzuciła, uśmiechając się wesoło.- W wolnej chwili zabiorę się za szukanie informacji, a może to ci w czymś pomoże…
Dopiero w tym momencie zorientowała się, że w przedpokoju jest ktoś jeszcze. Przeniosła wzrok na stojącą kawałek dalej kobietę.
-Och… Dzień dobry- rzuciła odrobinę speszona.
Teresa przyglądała jej się z uwagą. Z dużą uwagą. Z większą uwagą niż przyglądała się do tej pory komukolwiek innemu. Podeszła do rudowłosej niespiesznym krokiem.
-Nazywam się Teresa Hawkes- przedstawiła się, uśmiechając niemalże czarująco i wyciągając w jej kierunku rękę.
-Anette- odparła dziewczyna, chwytając ją.
Ciemnowłosa zamknęła jej dłoń w żelaznym uścisku i nie puszczała przez naprawdę długą chwilę, wpatrując się przenikliwie w twarz dziewczyny, która z każdym momentem sprawiała wrażenie coraz bardziej zdezorientowanej.
-Śliczna młoda osoba…- rzuciła w końcu Teresa, uśmiechając się tak samo jak wcześniej.- Więcej, piękna… Masz ładne włosy…- stwierdziła, sięgając palcami wolnej dłoni do rudych pasemek dziewczyny.- Rude. Prawie mój ulubiony kolor… Rude kobiety są waleczne i niezależne… Płomienne… Pełne uroku i…
-Tereso, pozwól, że odprowadzę cię do drzwi!- przerwał jej James, odkładając skserowane papiery na bok i decydując się zareagować nim sytuacja wymknie się spod kontroli. Kobieta puściła dłoń Anette, najwyraźniej powracając do rzeczywistości.
-Miło było cię poznać- stwierdziła.
-Eee… Tak, ciebie też…- odparła niepewnie rudowłosa.
-Musisz już iść, pamiętasz?- James uśmiechnął się wymuszenie, po czym ogarnął brunetkę ramieniem i szybko wyprowadził ją z mieszkania.
Zatrzymali się dopiero przy schodach. Teresa strzepnęła z siebie jego rękę.
-Nie dotykaj mnie, niewdzięczniku. I powiedz mi, jak to jest, że mając do wyboru podstarzałego profesora i tą dziewczynę, zdecydowałeś się powiedzieć jemu…?- zapytała bez zrozumienia.- Jesteś głupszy niż sądziłam, naprawdę…
-Mówiłaś, że mam nikomu nie mówić- przypomniał historyk.
-Nie. Mówiłam coś o „nieodpowiednich osobach”. Miałeś słuchać uważnie, czyż nie…? Rozczarowujesz mnie, studenciku…- westchnęła, po czym ruszyła na dół.
James stał przez chwilę w miejscu, wsłuchując się w stukot jej obcasów, po czym wrócił do mieszkania i zamknął za sobą drzwi. Uśmiechnął się do rudowłosej.
-Kto to był…?- zapytała ze zdumieniem Anette.
-Znajoma- odparł wymijająco mężczyzna.- Nie przejmuj się nią, jest trochę eee… ekscentryczna.
Dziewczyna zachichotała.
-Zauważyłam. Przejrzyj kopie, które ci zostawiłam, dobrze?
-Oczywiście. Dziękuję, że o tym pomyślałaś… Zostaniesz na kawę?- odważył się zapytać. Od czasu ich „randki”, James czuł się strasznie zawstydzony i nie licząc wspólnej wizyty w zamku, nawet nie zastanawiał się nad tym, by gdzieś zaprosić rudowłosą. Nie na kolejne romantyczne spotkanie, ale… Na wspólne wyjście. Wspólne wyjście z przyjaciółką, którą Anette mogła przecież zostać. Wizyta Teresy podniosła go jednak na duchu. Czuł się tak, jakby ogromny kamień spadł mu z serca i wiedząc, że Edmund jest bezpieczny, nie obawiał się już niczego.
-Właściwie powinnam już iść… Chociaż…- zawahała się wyraźnie.- Nic się nie stanie, jak spóźnię się parę minut, prawda…?- rzuciła, uśmiechając się niewinnie.
-Tak sądzę… Ale tak się składa, że nie mam kawy- przypomniał sobie James, drapiąc się po głowie.- Może być herbata…?
Anette zaśmiała się pogodnie.
-Jasne. Cokolwiek masz. Jest Edmund…?
-Tak, w swoim pokoju. Zaraz zawołam go na śniadanie. A może zjesz z nami?
-… Bruno mnie zabije. Nie tym razem. Ale chętnie się z nim przywitam.
To był miły poranek. Jeden z najmilszych, jakie James spędził ostatnimi czasy. Z wesołą Anette i nieco burkliwym Edmundem, który wciąż wyraźnie nie przepadał za dziewczyną, jak zresztą chyba za wszystkimi ludźmi poza swoim opiekunem. Ale było spokojnie. Swobodnie. I bezpiecznie.
I James już wiedział, że gotów jest zrobić niemalże wszystko, by tak pozostało